Jak wykorzystać swój strach do tego by pełniej żyć?

Nie przepłyniesz oceanu dopóki nie odważysz się stracić z oczu widoku brzegu. Krzysztof Kolumb

Życie w udeptanym kręgu

Puszek cały czas podskakiwał i merdał ogonem. Mieliśmy nie więcej niż siedem lat i uwielbialiśmy z nim biegać po sadzie. Uciekaliśmy, a Puszek gonił nas ujadając cienkim głosem. Wywracaliśmy się, a on skakał po nas tarmosząc za ubrania. Gdy tylko się pojawialiśmy, nie mógł się doczekać zabawy.

Skończyły się wakacje. Gdy następny raz zobaczyłem Puszka, był dużym psem. Co prawda nie miał na szyi łańcucha a jedynie linkę, był jednak uwiązany do budy.

Podszedłem, a on zaczął groźnie szczekać i rzucać się w moją stronę. Wyglądało to tak, jakby chciał zerwać się z uwięzi. Dzielnie szarpał się ze sznurkiem. Nie pamiętał mnie, po prostu na mnie szczekał. Trochę się bałem, ale podszedłem i odwiązałem sznurek. Od razu ucichł i skulił ogon. Potem pociągnąłem go w stronę ogrodu. Początkowo poszedł za mną, ale gdy tylko dotarł do granicy wydeptanego przez siebie kręgu, zatrzymał się. – Chodź – powiedziałem i jeszcze raz pociągnąłem. Pies przysiadł i zaczął skomleć. Nic nie pomogło szarpanie. Zaparł się, byle tylko nie przekroczyć magicznej, wydeptanej przez lata granicy. Próbowałem go nawet wynieść. Ze skowytem uciekał tam, gdzie czuł się bezpiecznie. Mógł funkcjonować tylko w tym małym fragmencie wydeptanego przez siebie świata. Zrobiło mi się smutno.

Jak każdy pies łańcuchowy, stał się maszynką do szczekania i udawania, że rzuca się na ludzi. Tak długo, póki miał na szyi sznurek, wyglądał na odważnego, zdeterminowanego, marzącego o wyrwanie się z uwięzi psa. Tak, jakby mówił: wypuście mnie, to ja wam pokażę!. Sznurek trzymający go na uwięzi wydawał się jego największym wrogiem.

Gdyby był człowiekiem, pewnie mógłby godzinami narzekać na to jak ciężko być na uwięzi i przysięgać, że gdyby tylko udało mu się stąd urwać, dopiero by pokazał!

Nasze granice

Czasem, gdy słucham, jak ludzi opowiadają o swoich ciągle niezrealizowanych marzeniach, mam wrażenie, że są w podobnej sytuacji. Ach, gdybym miał tylko więcej czasu mógłbym napisać książkę, albo gdybym tylko miał starsze dzieci mógłbym odbyć podróż wokół świata, ach gdybym miał więcej pieniędzy mógłbym założyć kawiarnię…. Te znienawidzone, koszmarne ograniczenia! Gdyby nie one…

A może jest inaczej? Może to, co nazywasz ograniczeniami jest twoją ochroną? Czymś, co sam budujesz by wieść spokojne, niewymagające życie?

Być może wydaje ci się, że napierasz, ale tak naprawdę, gdzieś w środku, po cichu cieszysz się, że nie możesz się stąd ruszyć.

Czego się boję?

Na początku roku przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zrobić jakichś postanowień noworocznych. Wziąłem kartkę i i góry wykaligrafowałem dużymi literami „2010” i zacząłem się zastanawiać, co by tu wpisać.

I wtedy wpadłem na pomysł, że zamiast kolejny raz spisywać pobożne marzenia dotyczące przyszłości, tym razem zrobię zupełnie inną listę: rzeczy, których się boję. Przez kilka kolejnych dni od czasu do czasu coś dopisywałem do listy albo coś skreślałem.

Starałem się by na liście były tylko rzeczy, które z jednej strony wiążą się z lękiem, a z drugiej są cenne i wiążą się z czyś ważnym.

Nie wyszło tego dużo. Jakieś siedem punktów.

Długo myślałem, że jestem odważnym człowiekiem. Mam na swoim koncie kilka rzeczy, które mogły pozwolić na taką ocenę. Gdy patrzę na tą listę, wcale nie czuję się odważny. Wręcz przeciwnie. Wiem, że w moim życiu jest wiele lęków.

Po co tak się torturować?

Po co tak się męczyć? Po co szukać rzeczy, których się boję?

Z dwóch powodów.

Po pierwsze by nie pomylić rutyny z dojrzałością. Od mniej więcej siódmego roku życia słyszałem, że jestem dojrzały (może dlatego, że bywałem nieśmiały). Co gorsza miałem kiedyś okres, że sam w to uwierzyłem. Czułem, że wreszcie wyrosłem z obaw, wahań i wątpliwości. Że udało mi się odkryć drogę. Że stałem się pewnym siebie, świadomym własnej wartości człowiekiem.

Bardzo łatwo osiągnąć takie poczucie dojrzałości. Wystarczy robić to, co zawsze. Ograniczyć się tylko do tego, co dobrze znasz. Nie mówię, że to złe. Tyle, że nie należy mylić przyzwyczajenia z dojrzałością.

Po drugie by nie stracić smaku życia. Swoją firmę zakładałem mając niecałe trzydzieści lat. Do dziś pamiętam ten czas jako jeden wielki okres erupcji. Nawet na studiach, podczas sesji nie zdarzało mi się nie przespać tylu nocy, co wtedy. Pracowaliśmy jak szaleni. Dziesięć lat później rozmawiałem z kimś, kto miał podobne doświadczenia o założeniu nowej firmy. Powiedział:

- Ale to już nie to. Gdy człowiek ma czterdziestkę, nie ma już tyle energii.

Przyznałem mu rację i powiedziałem.

- Masz rację. To już tak nie smakuje.

I wtedy uświadomiłem sobie, że tak się czuję. Życie mi już tak nie smakuje. Co z tego, że mam coraz więcej rzeczy, skoro one są coraz bardziej zwietrzałe?

Naprawdę? Każdy powyżej trzydziestki /czterdziestki / pięćdziesiątki jest skazany na życie bez smaku? Dlaczego osoba powyżej pięćdziesiątki miałaby by niezdolna do tego, by czuć taki sam smak życia jak nastolatek?

To nie jest kwestia wieku. To kwestia życia w udeptanym kręgu. Mając więcej lat, wyrobioną pozycję, stabilne źródło dochodów, itp. łatwiej wpaść w rutynę.

Całe szczęście istnieje jeszcze strach – drogowskaz, który pokazuje jak wyjść z tego stanu.

Strachu nie warto pokonywać, nie warto udawać, że go nie ma. Nie warto szukać stanu, w którym nie będziemy go nigdy czuć. Swój strach warto wykorzystać.

Jeżeli czujesz, że coś w twoim życiu nie do końca gra, przyjrzyj temu, czego się boisz.

Potem zdobądź się na odwagę.

Odwaga

Czytałem niedawno książkę niedoszłego prezydenta USA, Johna McCaina Rozważania o odwadze. Jednak znalazłem tam głównie opisy wojennych rzezi. McCainowi odwaga myli się z heroizmem i szałem bojowym. Zapewne z perspektywy żołnierza, jakim jest McCain, są to cenne rzeczy.

W rzeczywistości jednak, odwaga nie ma wiele wspólnego z będącym w amoku żołnierzem, pędzącym w stronę innych, równie nieprzytomnych żołnierzy.

Prawdziwa odwaga to świadome działanie wbrew temu, że czuje się strach i niewygodę. Taka odwaga znacznie częściej przejawia się w codziennym życiu niż na polu walki.

Czujesz lęk? Świetnie. To znaczy, że żyjesz. Że jesteś w podróży. Że życie znowu nabrało smaku.

Co praktycznie można zrobić by wyjść ze swojego udeptanego kręgu?

Zrób pierwszy, mały krok

Zazwyczaj myślimy o zmianach jak rewolucjoniści. Od dziś zaczynam żyć inaczej! Biegam, zdrowo się odżywiam, wcześnie wstaję, nie tracę czasu na telewizję, itd. Rewolucje są tak samo ponętne jak i przerażające.

Nic dziwnego, że wiele osób zwleka. Któregoś pięknego dnia zwolnię się z tej pracy i założę firmę, kiedyś, zacznę pisać, któregoś dnia w przyszłości wybiorę się w podróż.

Być może kiedyś ten dzień przyjdzie. Obudzisz się i nagle wszystko zmienisz. Ale po pierwsze: ten dzień może nigdy nie przyjść. Po drugie: rewolucja może skończyć się szybciej niż się zaczęła.

By się zmieniać, natura częściej używa ewolucji. Ewolucja jest mało spektakularna, ale znacznie bardziej skuteczna.

Poszukaj rzeczy, od których mógłbyś zacząć, bez wywracania wszystkiego do góry nogami. Zacznij od rzeczy, które nie są przerażające i stopniowo, ale regularnie idź do przodu.

Jak mówi chińskie przysłowie: nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Pierwszy krok zazwyczaj nie jest przerażający. To przecież nic strasznego postawić stopę za progiem. Ale gdy to zrobisz łatwiej ci będzie postawić kolejny krok, a potem kolejny. Wielka podróż nie tylko zaczyna się od małego kroku. Ona także składa się z małych kroków.

Co możesz zacząć dzisiaj robić?

Obserwuj, co czujesz

Odwaga nie polega na tym, by nigdy nie czuć strachu. Nie ma sensu udawać przed sobą kogoś, zawsze spokojnego i pełnego harmonii. Znacznie lepiej jest być świadomym wszystkiego, co czujesz.

To naturalne, że od czasu do czasu w twoim wnętrzu pojawią się budzące grozę chmury. Jednak ty nie jesteś chmurą. Nie jesteś swoim stanem emocjonalnym. Jesteś niebem.

Jesteś tym, który tego doświadcza. Obserwuj to, co się dzieje. Wiem łatwo się mówi. Ale nie ma innego sposobu.

Oswajaj się z niewygodą.

Nie da się całkiem uniknąć strefy komfortu. Zbyt szybko się przyzwyczajamy. Gdy wszystko jest precyzyjnie, wspaniale i wygodnie, zaczynają nas przerażać najmniejsze zmiany. Tracimy odporność psychiczną i rozkładają nas najmniejsze przeciwności.

Warto robić coś, co tą odporność utrzymuje. Ciągle niepokoić granice swojej strefy komfortu.

To nie muszą być wielkie rzeczy. Lubię przypominać sobie coś, co sto lat temu napisał William James:

Przez codzienne drobne ćwiczenia podtrzymuj w sobie zdolność do wysiłku. To znaczy: w rzeczach drobnych i małej wagi systematycznie spełniaj małe bohaterstwa, codziennie zrób coś trudnego, tylko dlatego, że jest to trudne (że nie masz do tego ochoty), abyś w chwili, gdy cię spotkają wielkie przeciwności, znalazł potrzebną siłę i sposób się z nimi zmierzyć. Tego rodzaju ascetyzm jest czymś w rodzaju ubezpieczenia, opłacanego od domu i ruchomości. Wnoszona opłata na razie nie przynosi żadnych korzyści, a może nawet nie zwróci się nigdy; lecz jeżeli nawiedzi nas pożar, dzięki niej unikniemy ruiny. Tak samo dzieje się z człowiekiem, który nawykł do skupiania uwagi, energii, wytrwałości i panowania nad sobą w sprawach codziennych. Stać on będzie jak wyniosła wieża, gdy wszystko się zachwieje koło niego, a ludźmi wątlejszej natury, niby liśćmi wiatr będzie pomiatał.


Komentarze (24)

  1. Renata 21 lutego 2010 o 23:52 #

    Witam
    czytać o strachu a właściwie o konieczności jego pokonania jest tak łatwo. A co robić gdy nas paraliżuje i obezwładnia? Czasem jest takie uczucie, że strach nami całkowicie zawładnął i w żaden sposób nie udaje się z nim wygrać?
    Bo im większa zmiana w życiu i związane z nim ryzyko tym trudniej wyjść z bezpiecznej przystani. Nawet gdy bardzo się tego pragnie.
    Bardzo trafnie porównał Pan sznurek do strachu, właściwie uświadomiłam sobie, że ja też mam swoje sznurki…i czasami wydają mi się silniejsze ode mnie…
    pozdrawiam
    Renata

    • Zbyszek 23 lutego 2010 o 7:32 #

      Renato, dziękuję za bardzo ważne pytanie. Odpowiedź:
      strach nas nie paraliżuje. Nie ma na świcie osoby sparaliżowanej przez strach. Paraliżuje nas koncentracja na strachu i próba pozbycia się go. Sam strach nie – nasza postawa wobec niego tak. Ktoś, kto akceptuje swój strach jest w stanie działać mimo niego. Paraliż jest efektem próba zmiany siebie w kogoś, kto się nie boi. Zamiast na działaniu skupiamy się na tym, jak się czujemy. Gdy następnym razem poczujesz paraliżujący strach, przywitaj go, nie próbuj go wyrzucać. Poczuj go tak jak możesz dokładniej. I mając go w sobie – tak jakbyś miała w swoim mieszkaniu niechcianego gościa, z którym nie możesz sobie poradzić – zajmij się tym, co masz do zrobienia.
      Wiem, łatwo się mówi. Ale z praktyką przychodzi wprawa.
      Dziękuję za wizytę i pozdrawiam.

  2. Dorota 22 lutego 2010 o 8:10 #

    „Ciągle niepokoić granice swojej strefy komfortu” –spodobało mi się to zdanie.

    Witaj Zbyszku, wprawdzie nie jestem stałą czytelniczką, ale taką z przypadku, ale jak czytam, to chętnie, bo z twoich notatek czuje się spokój, z jakim starasz się wytłumaczyć stan rzeczy. To wszystko, co tutaj napisałeś układa się w całość, jest jeden punkt, który zwrócił moją uwagę, a mianowicie pojęcie strachu jest z pojęciem lęku zmieszane, czy nie wydaje ci się, że te dwa stany mają zdecydowanie różny wpływ na nasze życie, a co się z tym wiąże pokonanie bariery graniczącej, lub ochronnej, bo o ile strach może być motywujący, to lęk może być paraliżujący. Szczególnie ten drugi punkt budzi moje zainteresowanie, czy dobrze zrozumiałam jesteś zdania, że nie warto lęku pokonywać, ale warto jego rolę wykorzystywać …? Z pewnością jest to zadanie godne zastanowienia i wykonania, bo lęk daje z pewnością głębszy wgląd w duszę, ale jak go wykorzystać tak praktycznie skoro paraliżuje…?

    • Zbyszek 23 lutego 2010 o 8:07 #

      Witaj Doroto. Cieszę, że zaglądasz i dziękuję za komentarz.
      Z pełnym rozmysłem traktuję lęk i strach jako synonimy. Znam teorie psychiatrów i całkowicie mnie nie przekonują (tak samo jak efekty ich pracy). Przekonuje mnie za to podejście np. Roberta Maurera, który pisze, że mnożenie takich nazw (np. lęk, nerwowość, stres, panika, itp.) to próba jest próba magicznej kontroli. Dajemy swoim odczuciom psychiatryczne etykietki (lęk, atak paniki, stres) i czekamy aż ktoś nas wyleczy. Celem takich nazw jest odcięcie się od swoich emocji i brak akceptacji dla nich.

      Czy naprawdę od środka ktoś potrafi odróżnić doznanie lęku od doznania strachu? Gdy dajemy sobie prawo odczuwać emocje, gdy akceptujemy w pełni swoje życie, nagle okazuje się, że po prostu się boimy.

      Zawsze staram się uważnie słuchać, jakich konstrukcji ktoś używa mówiąc o swoich emocjach. Dziecko i zdrowy, dojrzały człowiek najczęściej powie: Ja {podmiot} się boję.
      By tak powiedzieć trzeba traktować emocje (także te nieprzyjemne) jako coś normalnego, co nam się potrafi przydarzyć.

      Ludzie dorośli powiedzą inaczej: Mam atak lęku. Mam atak paniki {strona bierna, nie ma podmiotu}. Emocje to coś złego, coś co trzeba wyleczyć. Naprawdę masz lęk? A może po prostu się boisz? Nie, nie mogę się bać, bo to by znaczyło, że coś ze mną nie tak. Bo to by znaczyło, że muszę z tym żyć. Poproszę o terapeutę i leki.

      Czasem trzeba dużo pracy by człowiek przestał etykietować psychiatrycznie swoje emocje. A to jest dziś potwornie popularne. Mamy: depresje, lęki, ataki paniki, itp. Dawniej ludzie byli smutni i się bali. I żyli całkiem dobrze bez terapeutów i ton leków.

      A jak wykorzystać strach? Jako źródło informacji. Taką pełni funkcję ewolucyjną. Lence Armstron powiedział „strach jest bezcenną nauką”.

  3. Joanna 22 lutego 2010 o 18:17 #

    No właśnie Zbyszku, ja też zostałam z poczuciem, że zamiennie używasz pojęć strach i lęk, a to nie jest to samo.
    Niepokojenie granic swojej strefy komfortu brzmi…niepokojąco. Mam takie poczucie, by też nie przesadzić. Z jednej strony lubię komfort, z drugiej bardzo często rzucam się w różne niekomfortowe sytuacje życiowe, wychodząc z założenia, że w ten sposób mogę wiele zyskać i się nauczyć. Tylko żeby nie przekroczyć jakiejś granicy, za którą wciąż i wciąż bierzemy strach (strach jednak bardziej niż lęk?) za nauczyciela, zapominając o tym, że odpocząć też czasem trzeba i generalnie fajnie jest, jak w życiu jest miło i sympatycznie. Ja czasem wpadam w taką pułapkę.

  4. Dorota 23 lutego 2010 o 17:58 #

    Zbyszku, muszę przyznać, że takie podejście do tematu, jak zaprezentowałeś , a więc iście logiczne, jak najbardziej do mnie przemawia. O ile ja osobiście rozeznając się nieco w temacie mogłabym próbować moje stany lęku i strachu trochę rozróżniać, choć wiadoma sprawą, że będąc w akcji „na żywo” trudno jest o bezstronną samo kwalifikację, to faktem jest nie rozeznając się zupełnie w temacie, jest jeszcze trudniej. Boimy się i już. Jednak z całej tej wypowiedzi podoba mi się ostatnie zdanie, czyli praktyczne rozwiązanie(bardzo lubię praktyczne rozwiązania).

    Próby magicznej kontroli w postaci synonimów są niestety w wielu dzidziach życia nagminne, aż strach pomyśleć, jak bardzo można sobie zaszkodzić trzymając się kurczowo zwrotu x i jego autosugestywnej mocy. Z drugiej strony wydaje się takie proste, ale jednak sama jakoś nigdy nie zwracałam uwagi na ten problem, może inaczej, gdzieś mi tam świtał, a jednak sama definicja tej problematyki nie składała się w całość. To jest teoria, z którą mogłabym się zaprzyjaźnić. Dziękuję :-)

    • Zbyszek Ryżak 4 marca 2010 o 17:31 #

      Cieszę się Doroto i również dziękuję. :-)
      Chyba się z tym wiąże twój ostatni tekst nt. klątw i synonimów. Niektóre synonimy oswajają i poddają zjawisko naszej kontroli, inne ją odbierają.

  5. Kasia 28 lutego 2010 o 23:34 #

    Na skutek traumatycznych przeżyć od kilku miesięcy borykam się z czymś co być może dzisiejsza psychiatria lub psychologia nazwałaby stresem pourazowym. Odczuwanie strachu, lęku, ataków paniki towarzyszyło mi ciągle (szukałam w internecie wyjaśnień na temat co to lęk, strach, panika, bo chciałam lepiej zrozumieć co się ze mną dzieje). Gdy rozpoznawałam swoje emocje to wiedziałam, że się po prostu BOJĘ. Może mogłabym być ekspertką w tłumaczeniu co się dzieje z żołądkiem, sercem i oddechem gdy człowiek się boi ( tzn lęka, czuje strach, ma atak irracjonalnej paniki) Oczywiście nie mówimy tu o strachu na widok myszy, albo pająka. Teraz przeczytałam ten tekst i o ogóle nie zauważyłam, że użyłeś określeń takich jak „strach” lub „lęk”. A już w ogóle nie zwróciłam uwagi na to, że być może celowo, prowokacyjnie użyłeś ich zamiennie (to nie jest oskarżenie tylko żarcik). Dla mnie „strach. lęk. panika” to zawsze BAĆ SIĘ. A tak poza tym to o czym dla mnie był ten artykuł? O ODWADZE, o porzucaniu „wygodnego piekła” na rzecz „nieznanego nieba”, o tym,że warto np zmieniać pracę, przeprowadzać się do innego miasta, realizować marzenia i na początek wystarczy zrobić tylko jeden krok. Oczywiście nie bać się tego, że odczuwamy strach. Bo zrobić ten pierwszy krok pomimo lęku to prawdziwa odwaga. kasia

    • Zbyszek Ryżak 4 marca 2010 o 17:37 #

      Kasiu, bardzo Ci dziękuję za ten komentarz. Pięknie to napisałaś. To jedyna droga. Bać się, ale iść do przodu. Choćby o kilka milimetrów do przodu. Trzymam kciuki za drogę do „nieznanego nieba”. :-)

  6. Dorota 4 marca 2010 o 18:07 #

    Dokładnie Zbyszku, sprowokowałeś mnie nieco(pozytywnie) , aby zakończyć to co już parę dni leżało , a brakowało tylko kropki nad „i” :-)

  7. Adam 5 marca 2010 o 23:56 #

    Lęki pochłaniają nam większość energii. Jednak „maltretujemy” się nimi czy tego chcemy czy tez nie. Zamartwiamy się o zdrowie nawet gdy nasza logika podpowiada nam że wyolbrzymione obawy są często irracjonalne. Gdy „zgasimy lękowy pożar”, lub tez po kilku dniach „pożar wypali się sam”, wyszukujemy nowego quasi-problemu by na nim skoncentrować lupę uwagi i …. tak w koło. Jak Pana zdaniem skutecznie przerwać ten krąg nakręcania się lękami (w tym hipochondriami)?? Przecież poprzez to realne życie ucieka nam między placami.
    Przy okazji: świetna strona…

  8. Adam 19 marca 2010 o 14:24 #

    Podoba mi się Twój punkt widzenia, a większość Twoich artykułów działa w moim przypadku jak „rosół dla duszy”.
    Powiedz proszę tylko jak pogodzić zaakceptowanie lęków z pozytywnymi afirmacjami które programują podświadomość na ich neutralizacje?

    • Zbyszek Ryżak 25 marca 2010 o 15:38 #

      Na przykład akceptować lęki bez zajmowania się afirmacjami. Spróbuj nie neutralizować i nie osłabiać, zamiast tego stań tylko z boku. Jeżeli już afirmacja to taka: „nie jestem swoim lękiem, niezależnie od tego jak jest silny i niewygodny, jestem większy niż on”. Nasza podświadomość bez afirmacji neutralizuje lęki. Niestety nasze świadome wysiłki by zdusić lęk podsycają je.
      Lęk, to taki gostek w stylu Tymochwicza, albo innych piarowców: nie ważne co mówią, byle mówili. Kocha, gdy ktoś próbuje go usunąć, usmierzyć czy coś z nim zrobić. Ale gdy ktoś przyjmuje sytuację, taką jak jest, lęk po prostu powoli zdycha.

  9. Renata 24 sierpnia 2010 o 11:19 #

    Mam za sobą leczenie nerwicy lękowej. Piszę „mam za sobą”, bo porzuciłam niewiele dające porady psychiatry, a właściwie wypisywanie recept i zwolnień lekarskich od czasu do czasu. Czytam porady zawarte poniżej i przypominam sobie, że na początku, kiedy lęki pojawiały się sporadycznie, w sytuacjach, które absolutnie ich nie powodowały (czytanie książki, oglądanie filmu itp.) nie zwracałam na nie uwagi.
    Z czasem nasiliły się tak bardzo, że nie sposób było z nimi żyć. Miałam ochotę uciekać ze spotkań służbowych, nie spałam w nocy, bo lęk mnie budził. Czy to oznacza, że nie zaakceptowałam swojego lęku? Jak nie koncentrować się na strachu jeżeli powoduje on, że zapominam jak się nazywa krzesło a przede mną ważne zadania w pracy i w domu? Nie mam problemu z pokonaniem własnego lęku w sytuacjach, gdy zabieram się za coś nowego, wystarczy powtarzać daną czynność i lęk powoli ustępuje. Co zrobić z lękiem, który nie ma przyczyny? Czy to oznacza, że boję się wszystkiego? Przecież nie powinnam bać się np. wykonania rozmowy telefonicznej, czy napisania pisma (jestem polonistką). A jednak bywają dni, gdy potrafię dwa dni zbierać się do wykonania jednego telefonu, czy też przez pół dnia pisać pismo, które normalnie zajmuje mi 10 min.? Nie wiem, czy nie odbiegłam zbyt od tematu, ale takie jest moje doświadczenie związane z pokonywaniem lęku i będę bardzo wdzięczna za komentarz.

    • KASIA 6 września 2010 o 13:19 #

      proszę skontaktuj się ze mną mailowo suleckak [małpka] interia.pl

    • Zbyszek Ryżak 7 września 2010 o 13:18 #

      Renato, piszesz „przecież nie powinnam bać się np. wykonania rozmowy telefonicznej, czy napisania pisma (jestem polonistką).” Niby dlaczego nie powinnaś? Ja nie powienienem np. bać się występować przed ludźmi (jestem psychologiem, mam doświadczenie i jestem przygotowany). Boisz się tego, czego się boisz.

      Twoim problemem nie jest lęk, ale to, że boisz się, tego, że się boisz.

      Przestań sobie mówić co powinnaś czuć, a czego nie powinnaś. To nic przyjemnego bać się rozmowy telefonicznej czy napisania pisma. Ale nie ty decydujesz czy lęk pojawi się czy nie. Najprostszą rzeczą, którą może dla siebie zrobić jest zaakceptować, ze ten wredny lęk pacha się, tak gdzie go nie proszą. Łatwiej jest znieść czysty lęk niż „lęk przed tym, że mam lęk”.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam, Zbyszek

  10. Kasia 5 września 2010 o 11:47 #

    Witam, zrobiłam taką listę zatytułowaną „czego się boję”
    i od razu zaczełam się zastanawiać czy ten strach/panika to to samo co stres.
    Na pierwsze miejsce trafiły wystąpienia publiczne i przemówienia, to jest dla mnie koszmar mimo że wszyscy mówią że „mam gadne”. Może i mam, ale nie kiedy jestem sparaliżowana strachem czy stresem.

    Nie wiem właśnie czy dobrze zrozumiałam? czy o to właśnie chodzi?

    Czy taki stres w szybkich sytuacjach też można pokonać tym sposobem, jak Pan pisał do Renaty?
    Faktycznie tak jest że właściwie nie wiem czym się stresuję, tylko po prostu samym faktem że jestem zestresowana i że to po mnie bardzo widać i to się nakręca…

    • Zbyszek Ryżak 7 września 2010 o 13:22 #

      Kasiu, dobrze zrozumiałaś. O to chodzi. Możesz też spróbować stopniowo się odwrażliwiać – tzn. zacząć od czegoś co cię mniej przeraża i stopniowo oswajać się z obawami. Piszałem o tym w tym tekście: http://www.energiawewnetrzna.pl/2010/jak-oswoic-lek-spoleczny/. Napisz proszę, jak ci idzie. Mam nadzieję, że przynajmniej raz zablokujesz się na środku, tak by nie móc niczego z siebie wydusić. Takie wydarzenie później bardzo pomaga. Pozadrawiam i czekam na wiadomości.

  11. Ania 24 października 2010 o 18:30 #

    Witam,
    Ja podobnie jak Kasia boję się wystąpień publicznych, czytania na głos czegoś. Kiedyś z lekcji angielskiego uciekłam po prostu, bo nie mogłam opanować lęku jak czytałam na głos tekst. Musiałam wyjśc z sali, bo coś strasznego się działo ze mną i moim ciałem- serce waliło jak szalone, czułam, że niedługo nie wydobędę z siebie głosu. I do dzisiaj nie uczęszczam na lekcje języków publiczne, tylko mam lekcje prywatne. Mimo, że znam dobrze angielski takie rzeczy się dzieją. Nie rozumiem tego.
    Teraz mam taką pracę, że odbieram i wykonuję telefony w języku angielskim, czasem potrafię tak się zablokowac, że odkładam telefon na inny dzien, odwlekam jak mogę. Najgorzej, jak mam taki stan, a ktoś zadzwoni w nieodpowiednim momencie i wtedy nie mam wyjśca- nie ucieknę, muszę rozmawiać. A innym razem rozmawiam zupełnie na luzie i ludzie chwalą mój angielski. Zupełnie nie rozumiem co się ze mną dzieje, I ta myśl, czy dziś telefon zadzwoni, czy będzie spokój.. Co robić?

  12. Ania 24 października 2010 o 18:34 #

    Dodam, że kiedyś te stany były o wiele gorsze. Potem nastąpił przełom i byłam dumna z siebie, że już nie mam lęków i rozmawiam swobodnie, wręcz prowokowałam sytuacje do tetelefonowania w języku angielskim i byłam zadwolona, od razu życie bardziej mnie cieszyło. Może to się komuś wydać głupie, ale dla mnie to problem od lat.
    Niedawno stany lękowe wróciły a już było tak dobrze:( chyba jedynym dla mnie ratunkiem jest zmiana pracy, już sama nie wiem. Z drugiej strony angielski to mój atut i szkoda nie wykorzystywać tego w pracy:(

  13. Ania 24 października 2010 o 19:16 #

    Panie Zbyszku czytam właśnie artykuł „ekspozycje pozwalające oswoic lęk” i muszę powiedzieć, że jest to bardzo ciekawe. Analizując moje problemy myślę, że mniej lub bardziej stosowałam tę technikę w przeszłości i lęk faktycznie zmalał. Prowokowałam sytuacje, żeby dzwonić. Tylko dlaczego teraz wszystko powraca?
    Jutro mam rozmowe kwalifikacyjną i pewnie będzie też częściowo w obcym języku. Może dlatego lęk się nasilił? Ale mimo wszystko idę, żeby się z tym zmierzyć! To chyba o to chodzi w tej technice, prawda?

  14. Marta 7 listopada 2010 o 23:42 #

    Witam, pierwszy raz pisze na forum to co odczuwam…
    Mam 21 lat i świat zmienił mi się o 360 stopni.
    Otóż wiem, że mam nerwicę, lęki…
    Mam objawy somatyczne, zawroty głowy, nudności, przyspieszona akcja serca, pocenie się dłoni…OKROPNE UCZUCIE, które uniemożliwi mi normalne funkcjonowanie.
    Boje się wychodzić bo ciągle się tak czuję, wiem ze to SIEDZI w głowie.
    Najgorsze, ze sama się nakręcam myślami, a jestem raczej pesymistką ;/
    Jutro idę na pierwszą wizytę z psychologiem na samą myśl się już obawiam, że bedzie mi nie dobrze z powodu stresu… Ciągły stres spowodował , że teraz się czuję tak źle…
    Trzymajcie za mnie kciuki :-))
    MAM NADZIĘJĘ ZE DAM RADĘ :)
    Pozdrawiam WSZYSTKICH

  15. aga 13 września 2012 o 21:22 #

    Witam serdecznie. Od kilkunastu dni wynajmujemy razem z mężem przyczepę gastronomiczną……dzienny utarg jest masakryczny….prawie żaden…..nie mogę spać w nocy ,ponieważ budzę się z takim lękiem ,że ściska mnie za gardło :(. na 1-go musimy miec 2500 zł.Teraz mamy same straty……..Obawiam się ,że sama blokuję możliwość rozwoju tej budki,ponieważ ciągle żyję w strachu…..że do umówionej daty nie zdążymy zebrać wymaganej kwoty….nie wiem jak sobie z tym poradzić :(……To co czytałam brzmi bardzo ogólnikowo….Mam zacząć od małych kroków…….jakich?….jeśli mam tak mało czasu

Dodaj komentarz