Archive by Author
Dążenie do doskonałości czy lęk przed odrzuceniem?

Dążenie do doskonałości czy lęk przed odrzuceniem?

Opublikowano 11 listopada 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 14 komentarzy

Wielu perfekcjonistów, gdzieś tam w głębi jest przekonanych, że ich podejście do życia jest czymś cennym: W końcu nie jestem taki, jak ci, którzy robią byle co…nie jestem jak te wszystkie irytujące miernoty… Gdzieś tam jesteśmy, przynajmniej po części, zadowoleni z siebie i swojego wiecznego braku zadowolenia.

Owszem są ludzie, którzy kochają doskonałość, są ludzie u których pragnienie tego by być lepszym, by stworzyć coś bardziej doskonałego jest pozytywną siłą, motorem pchającym do przodu i inicjującym niezwykłe projekty.

Jeżeli jednak masz za sobą długą historię nigdy nie zrealizowanych zamierzeń, jeżeli ciągle rozbijasz się o brak odwagi by zacząć, o dokuczliwe zniechęcenie pojawiające się gdzieś po drodze, a szczególnie o lęk by poddać się ocenie (pokazać innym, to co napisałeś, zaoferować im swoje usługi, zgłosić swoją kandydaturę na jakieś stanowisko, poprosić kogoś o rękę itp.) – to jest mało prawdopodobne, że należysz do grupy „zdrowych” perfekcjonistów. Jest mało prawdopodobne, że to wszystko wypływa z twojej potrzeby piękna i bezkompromisowego umiłowania doskonałości.

Znacznie większe jest prawdopodobieństwo, że twój perfekcjonizm jest sposobem na radzenie sobie z lękiem przed odrzuceniem.

Nie miałem jeszcze dziesięciu lat. Może osiem? Wróciłem z wakacyjnej kolonii. Nie było mnie w domu dwa tygodnie.

- Mamo, mamo, tato, nauczyłem się piosenki!

- Tak? Zaśpiewaj…

Zaśpiewałem „Rusza kaczorek do booojuuuu, żegna swą …” . Dziwne, do dziś pamiętam melodię. Ciarki przechodziły mi po plecach. Poruszała mnie ta piosenka.

- Bez sensu, słowa głupie, kiepska melodia, nie najlepsze wykonanie!

Tak, z obiektywnego punktu widzenia tato miał rację, żenada. Zgadzam się. Kto nas uczył takich głupich piosenek?

Ale czy musiałem to wtedy wiedzieć? Całe szczęście mama powiedziała:

- Nie słuchaj go, ładnie zaśpiewałeś.

Dzięki mamo. Być może dzięki temu kilka razy udało mi się jednak coś zrobić. Być może dzięki temu nie wybrałem całkowitego schowania się przed światem. Ale mimo wszystko… Ból został.

Masz takie wspomnienia?

Ktoś wiecznie niezadowolony. Ojciec, matka, starszy brat, siostra, ważny krewny, nauczyciel:

- Stać cię na więcej

- To beznadziejne

- To nie jest najlepsze

- Do dupy…

Ból odrzucenia osadza się gdzieś głęboko.

A potem nagle masz 20-30-40 lat. Chcesz założyć firmę, napisać książkę, wziąć udział w zawodach, poprowadzić szkolenie… W środku, coś ci jednak mówi, że być może, to co chcesz zrobić jest tak debilne jak ta piosenkaZaczynasz się zatem przegotowywać. Szukasz sposobu by pozbyć się tego dokuczliwego poczucia, że za chwilę ktoś cię odrzuci, że za chwilę wszystko okaże się do dupy. Pracujesz długie godziny, komplikujesz, utrudniasz, zwlekasz, byle tylko nie zobaczyć w oczach innych ludzi, tego co dobrze pamiętasz z dzieciństwa. Czujesz zmęczenie, plączą ci się słowa, nogi robią ci się jak z waty… Już wiesz, że za chwilę będzie to co, zawsze było: nie nadajesz się, nie masz talentu, nie jesteś dobry… odrzucenie, brak akceptacji.

To nie jest żaden perfekcjonizm kochany. To nie ma nic wspólnego z dążeniem do doskonałości. To tylko lęk przed tym, że znowu usłyszysz - do niczego! Że znowu usłyszysz to od kogoś, kogo na kim ci przeraźliwie zależy.

Przedstawiam wam Misia Puchatka, który właśnie w tej chwili schodzi po schodach. Tak-tuk, tuk-tuk, zsuwa się Puchatek na grzbiecie, do góry nogami, w tyle za Krzysiem, który go ciągnie za przednią łapę. Odkąd Puchatek siebie pamięta, jest to jedyny sposób schodzenia ze schodów, choć Miś czuje czasami, że mógłby to robić zupełnie inaczej, gdyby udało mu się przestać tuktać, choćby na jedną chwilę i dobrze się nad tym zastanowić. A potem znów mu się zdaje, że nie ma na to innego sposobu.(A.A. Milne „Kubuś Puchatek”)

Tuktasz przez życie, we wszystkim klucząc, byle tylko ktoś cię nie wyśmiał i nie odrzucił. Nie nazywaj tego proszę perfekcjonizmem (chyba, że masz na myśli schorzenie psychiczne). To nie mam nic wspólnego z perfekcją. To walenie głową o każdy kolejny stopień schodów.

Jeżeli kiedykolwiek chcesz zrobić coś perfekcyjnego, coś wielkiego, coś cennego, najpierw naucz się stawiać czoła temu lękowi.

Nie jesteś już dzieckiem. To, co dziś chcesz pokazać innym, to nie jest jakaś przedszkolna piosenka. A nawet gdyby… Wytrzymaj.

Przyjrzyj się temu co czujesz. Czujesz ten lęk? Czujesz tą obawę? Zaprzyjaźnij się z tym. Nie staraj się ich schować po dywan. Wystaw twarz wprost na ich mroźne porywy. To jedyny sposób wyzwolenia.

Gdy nauczysz się to znosić, wtedy z czasem nauczysz się rzetelnie oceniać to co masz. Nauczysz się wychodzi z rzeczami niedopracowanymi a później stopniowo je doskonalić.

Pomyśl o kimś, kto rzeźbi w glinie. Jak brzydko wygląda rzeźba gdy jest nie skończona. Tyle trzeba usunąć, odjąć, wygładzić… Ale na tym polega rzeźbienie: na zajmowaniu się przez większą część czasu czymś brzydkim i niedoskonałym. Musisz zaprzyjaźnić się ze swoją bylejakością i niedoskonałością. Musisz z radością się nią dzielić. Musisz wychodzić z nią do ludzi. Z czasem nauczysz się przetwarzać ją w coś pięknego.

Z czasem nauczysz się schodzić po schodach na swoich nogach, a nie tuktać, bijąc głową o każdy kolejny stopień.

Jak przestać zwlekać i zacząć żyć?

Jak przestać zwlekać i zacząć żyć?

Opublikowano 25 października 2011 | By | Kategorie: psychologia działania | 8 komentarzy

Dziś mam prosty komunikat. Parafrazując mistrza Yodę z gwiezdnych wojen: robisz coś, albo nie robisz. Czekanie nic ci nie da.

Czego żałują ludzie w podeszłym wieku? Czy jakichś decyzji? Czy żałują, że za coś się zabrali? Nie. Najczęściej żałują tylko tego, że czegoś nie spróbowali. Że zamiast wstać i zrobić to, co czuli, że powinni zrobić, zwlekali.

Życie płynie. Każda chwila przybliża nas do czasu, w którym będzie za późno. W którym te wszystkie:

- Kiedyś to zrobię

- Kiedyś się odważę

- Kiedyś się za to zabiorę

- Kiedyś spróbuję

…zmienią się na: już za późno.

Dlaczego czekamy z zabraniem się za to wszystko, za co powinniśmy się zabrać?

Jest wiele wytłumaczeń. Niektóre brzmią nawet przekonywująco:

- Jeszcze nie jestem gotowy.

- Muszę nauczyć się jak sobie z sobą radzić.

- Nie czuję się dość pewny siebie.

- Czekam aż wymyślę coś naprawdę genialnego.

- Nie mogę pozwolić sobie na porażkę.

- Dziś mi się nie chce.

- Muszę nauczyć się motywować siebie.

- …

Nie ważne czy brzmią przekonywująco czy nie. To bzdury. Czekamy i czekamy. Godot nie przychodzi. Nie stajemy się ani o milimetr bardziej gotowi. Tężejemy w naszych nawykach, rutynach, przyzwyczajeniach…

Owszem doskonalić siebie, naprawiać siebie i wynajdować genialne pomysły jest cenną rzeczą. Doskonal się, ale rób to w biegu. Największą bzdurą jaką możną wymyśleć jest analizowanie siebie w oderwaniu od świata. Daj spokój, poznać siebie możesz tylko w działaniu.

Dzisiaj chciałbym Cię zaprosić na coś wyjątkowego. Projekt, dzięki któremu nie tylko nauczysz się praktycznej psychologii działania, nie tylko lepiej poznasz siebie, ale także zmienisz swoje życie – bo zaczniesz działać. Brzmi tajemniczo?

Zapraszam na tą stronę: http://dzialaj.energiawewnetrzna.pl

(To storna z ofertą mojego projektu szkoleniowego, który za kilka dni się zacznie).

 

 

Czy opłaca się być autentycznym?

Czy opłaca się być autentycznym?

Opublikowano 22 października 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 4 komentarze

Dwa powody dla których warto być prawdziwym

Dlaczego autentyczność? Autentyczność jest ważna z dwóch powodów: zewnętrznego i wewnętrznego. Zewnętrznego – bo w coraz większym stopniu pozwala osiągnąć sukces. Wewnętrznego – bo bez niej nie można poczuć prawdziwego zadowolenia z tego, co robimy.

Łatwiej zaakceptować drugi punkt. Mało kto liczy na to, że osiągnie prawdziwą satysfakcję udając. Nawet, gdy taką wybraliśmy drogę – np. uśmiechamy się do klientów, których w rzeczywistości nie cierpimy – liczymy, że któregoś dnia przestaniemy to robić. I mamy nadzieję, że dopiero wtedy, gdy będziemy mogli robić co nam się podoba i mówić co tylko nam w duszy gra, poczujemy prawdziwą satysfakcję.

Ale czy rzeczywiście autentyczność pozwala osiągnąć sukces? Czy rzeczywiście jest ważna z powodu zewnętrznego? Czy autentyczność nie jest czymś tylko dla mnie samego? Czymś, na co większość z nas może sobie pozwolić dopiero wtedy, gdy przejdzie przez czyściec udawania, gier i kamuflażu?

Czy opłaca się kłamać?

Jakiś czas temu przyjąłem zasadę by nie akceptować zasad moralnych i etycznych, jeżeli mi się to nie opłaca. Postanowiłem nie bawić się w grę pod tytułem: tak trzeba, bo tak mówią, a mówią, bo tak trzeba. Skoro moi prarodzice już zżarli to zakazane jabłko pozwalające określać samodzielnie co jest złe a co dobre, to nie będę udawał, że jestem naiwnym niewiniątkiem. Brzmi to może nieco przerażająco (nie akceptować zasad etycznych, z których nie ma się korzyści) ale zaręczam, że na razie nie odkryłem żadnego przykazania, które by mi się nie opłaciło. Problem z zasadami moralnymi nie bierze się z tego, że ktoś chce sam podejmować decyzję o tym, co jest dla niego dobra a co złe. Problem polega na tym, że często nie umiemy szerzej popatrzeć na siebie samego – na to kim jesteśmy i na to, czego pragniemy.

W programie telewizyjnym o którym wspominałem parę dni temu, dostałem pytanie czy trudno jest kłamać. Powiedziałem, że nie. Badania jakie przeprowadzono wskazują ponad wszelką wątpliwość, że przeciętna trafność jaką ludzie osiągają rozpoznając kłamstwa wynosi 54%. Mówiąc inaczej ta trafność jest nieznacznie wyższa niż przypadek. Gdybyś wziął monetę i umówił się z sobą, że jak wypadnie orzeł uznasz, że ktoś mówi prawdę a jak reszka, że kłamie – osiągnąłbyś trafność na poziomie 50% (tak samo prawdopodobne byłoby to, że trafisz, jak i to, że się pomylisz). Ci z nas, którzy są przekonani, o tym, że trudno ich okłamać zazwyczaj osiągają wyniki poniżej normy – 20%-30%. I dotyczy to nie tylko przeciętnych ludzi, ale także psychologów, sędziów czy policjantów – osób, które teoretycznie powinny radzić sobie lepiej. Na pierwszy rzut oka sprawa wygląda zatem tak, jakby opłacało się kłamać. A gdy jeszcze opanujemy kilka dodatkowych trików (np. będziemy pamiętać by się nie wiercić, trzymać otwarte dłonie i patrzeć w oczy) – staniemy się kłamcą praktycznie nie do wykrycia.

Nie jest trudno kłamać. To sprawa banalnie prosta. Jeżeli nie masz do czynienia z kimś specjalnie przeszkolonym w odkrywaniu kłamstw, zadanie jest banalnie proste. Oczywiście istnieje jakieś ryzyko, że ktoś kogo chcesz okłamać akurat przeszedł szkolenie i jego trafność wynosi 80% – 90%. Ale po pierwsze niewiele osób przechodzi takie szkolenie, a po drugie są one dosyć żmudne.

Czy to znaczy: kłam ile wlezie, gdy tylko masz interes? Nie. Problem polega na tym, że większości kłamców nie chodzi wcale o okłamanie kogoś. Kłamiemy dlatego, że chcemy aby ludzie nam ufali, podziwiali nas, abyśmy mieli z nimi lepsze relacje. To, że ktoś nie będzie nas podejrzewał o kłamstwo, wcale nie znaczy, że to wszystko nam się uda.

Popatrzmy co się dzieje, gdy kogoś okłamiesz. Po pierwsze zaczynasz kontrolować to, co mówisz i robisz. Nie możesz przecież dopuścić by kłamstwo wyszło na jaw. Każde kłamstwo, prędzej czy później będzie wymagało kilku innych kłamstw. Inaczej się wyda. Ponieważ musisz się pilnować by kłamstwo nie wyszło na jaw, twoja część poznawcza jest dosyć obciążona i przeładowana. Dużo dzieje się także w naszych emocjach. Normalny człowiek (nie psychopata) kłamiąc boi się, że zostanie odkryty. Ma także poczucie winy. To wszystko sprawia, że w relacji z kimś, kogo okłamujemy nie jesteśmy naturalni. Jesteśmy jak ktoś, kto staje na stoku narciarskim i zamiast pozwolić swojemu ciału na to by spontanicznie dostosowywało się do warunków i kształtu terenu, ciągle podejmuje decyzje o każdym kolejnym ruchu. Nawet, jeżeli nie złamie sobie nogi, to niewiele jest przyjemności w takiej jeździe.

To jest prawdziwa cena jaką płacimy za kłamstwo: brak głębokich, spontanicznych relacji z ludźmi.

Jeżeli chcemy by ludzie nam ufali, byśmy mieli z nimi głęboką relację, kłamstwo nam się po prostu nie opłaca. Jest jak szyba którą wstawiamy między siebie a innych. To, że ktoś się nie domyśli, że opowieść o moich doświadczeniach, koneksjach, osiągnięciach czy przeżyciach jest zmyślona niewiele jeszcze daje. Ten ktoś może mnie nie podejrzewać o oszustwo, ale nasza relacja będzie wyglądać inaczej niż wtedy, gdybym był z nim bardziej prawdziwy. Będzie bardziej sucha, płaska i pozbawiona wibracji. Nie będzie autentyczna.

Oczywiście nie chodzi o białe kłamstwa czy błahe kłamstewka. Nie mam na myśl jakiegoś radykalizmu. Każdemu zdarza się powiedzieć komuś „świetnie dziś wyglądasz” czy „z chęcią się z tobą spotkam”, mimo, że mielibyśmy ochotę powiedzieć coś zupełnie innego. Mam na myśli takie oszustwa, które wymagają podtrzymywania i które blokują spontaniczność.

To pierwszy, interpersonalny powód, dla którego warto być prawdziwym. Kłamstwo jest co prawda łatwe, ale od tego, że ktoś kupi moje zmyślenia do głębokiej, spontanicznej relacji droga jest daleka (o ile nie zamknięta). Dlatego pytanie jakie dostałem w trakcie programu (jak kłamać?) było głupie. We większości przypadków nie trzeba nic specjalnego umieć by kłamać.

Znacznie ważniejsze jest pytanie: Jak mówić prawdę? Albo: Jak być autentycznym? Jak sprawić by ludzie mi ufali? Jak sprawić bym był dla nich kimś prawdziwym? To nie jest takie banalne. Wbrew pozorom, mówienie prawdy wymaga umiejętności. Zanim jednak o umiejętnościach – czy to jedyna korzyść z mówienia prawdy?

Autentyczność a sukces i kariera

Mówiąc o „zewnętrznej” korzyści z bycia autentycznym mam na myśli nie tylko relacje interpersonalne (z naszymi przyjaciółmi, znajomymi czy rodziną).

Uważam, że bycie autentycznym ułatwia zrobienie kariery. Uważam, że coraz więcej porażek bierze się z braku autentyczności. I myślę, że ten punkt wzbudza najwięcej dyskusji. Potoczna mądrość mówi coś zupełnie innego. Chcesz zrobić karierę – kłam i oszukuj. Broń boże nigdy nie bądź szczery. Udawaj, że coś cię interesuje i nie przyznawaj się, na czym naprawdę ci zależy.

Najchętniej bym napisał, że takie opinie biorą się z nieudacznictwa. Ci, którym się nie udaje osładzają sobie ból porażki oskarżając tych wszystkich, którym się udało. Przegrałem, nic nie osiągnąłem, ale przynajmniej jestem uczciwy, szczery i moralnie lepszy. Rzeczywiście takie zrównywanie sukcesu z brakiem autentyczności czasem jest efektem perwersji (bo trudno inaczej nazwać moralne poczucie wyższości względem tych, którym się udało to, co my sami chcieliśmy osiągnąć).

Byłoby różowo, gdybym powiedział, że do tego to się sprowadza. Ale są ogromne obszary życia i pracy, w których strategia: symuluj, udawaj i wmawiaj dosyć dobrze się sprawdza. Szczególnie wtedy, gdy dysponujesz gigantycznymi środkami na reklamę, lub koneksjami i kontaktami. Zakładam jednak, że nie stać cię na wykupienie reklam i powtarzanie ich tak długo, aż wszyscy w nie wreszcie uwierzą (kłamstwo powtarzane tysiąc razy, staje się ponoć prawdą). Zakładam także, że nie jesteś na tyle sławny, by ludzie brali za dobrą monetę dokładnie wszystko co powiesz, bez względu na to czy ma to jakąś wartość czy nie. Zakładam także, że nie masz rozległych koneksji i układów, dzięki którym nie liczy się co umiesz lub myślisz, ale to, kto cię wspiera.

Jeżeli nie masz tego wszystkiego, zostaje ci tylko jedno: ty sam. To, co czujesz, to co myślisz, to czego doświadczasz. To wbrew pozorom bardzo cenne zasoby. Nawet wtedy, gdy wydaje ci się, że tak naprawdę, nic sobą nie reprezentujesz. Jeżeli masz tylko siebie, bądź w stosunku do siebie lojalny. Udawanie i gierki zostaw tym, którzy mają na to środki. Tobie szarej myszy polnej i tak nie uda się przebić tych dobrze ustawionych. Czegokolwiek byś nie robił, nie będziesz bardziej przekonywujący we wciskaniu kitu niż oni. Nie stworzysz bardziej przekonywujących pozorów. Masz jednak coś, czego ci wielcy, sławni i ustosunkowani nie mają. Masz siebie. Nie zawahaj się tego użyć!

Nie łakom się także na łatwiejsze początki. Tak, stwarzając pozory łatwiej jest zrobić pierwsze wrażenie. Łatwiej jest zrobić pierwsze kroki. Ale co potem? Utkwisz w ślepym punkcie i będziesz modlić się by ktoś cię wyciągnął.

Jeżeli bycie autentycznym jest gdzieś gorsze niż bycie pozorantem – nic tam nie zdziałasz. Lepiej byś odniósł porażkę i poszukał miejsca, gdzie możesz być sobą.

Autentyczność i pasja

Pamiętam z dzieciństwa takie rozmowy:

- Ucz się na lekarza! Lekarze mają dobrze.

- Ale mnie to w ogóle nie interesuje.

- Nie ważne co cię interesuje. Ważne, z czego są pieniądze.

Zawsze toczyłem ze swoim tatą długie dyskusje na temat tego czy w życiu trzeba robić to, co się lubi czy to, czego potrzebują inni (czyli: z czego są pieniądze). Jakiś czas temu wspomnienia wróciły, gdy czytałem jakąś internetową dyskusję. Ktoś argumentował:

- Praca z pasją to bełkot, to bzdury, które nigdzie nie prowadzą. Dlaczego ludzie, nie mogą zrozumieć, że liczy się tylko to, czego potrzebuje klient!

Po pierwsze jakbym słyszał swojego tatę. Gdy kończyliśmy dyskusję zawsze mi powtarzał:

- Zobaczysz, przejdzie ci. W którymś momencie człowiek przestaje zawracać sobie głowę tym czy coś lubi czy nie. Liczy się to, za co chcą ci płacić.

Po drugie, z tego co się zorientowałem ludzie, którzy tak gorąco wyśmiewają kierowanie się pasjami, sami nie osiągnęli sukcesu. Owszem, wielu z nich sparzyło się na robieniu tego, co sprawia im przyjemność, ale tak samo nie osiągnęli żadnych sukcesów przechodząc na drugą stronę barykady i kierując się tylko tym, za co inni chcą płacić. Wymarzone bogactwo ciągle jakoś nie przyszło.

Często ci ludzie robią naprawdę wiele, a mimo to efekty ich skoncentrowanego działania nie są zbyt zachęcające. Dlaczego? Przyjrzyjmy się temu na przykładzie „biznesów” internetowych.

„Najważniejsze czego szukają ludzie”

Po pierwsze robi się badanie słów kluczowych. To taka namiastka badania rynku. Sprawdza się ile osób wpisuje do przeglądarki kombinacje różnych słów. Im więcej osób wpisuje jakieś hasło i im mniej stron na ten temat, tym lepsza nisza. Załóżmy na przykład, że ktoś odkrywa niszę „zioła lecznicze”. Dziesięć tysięcy osób miesięcznie wpisuje to hasło do przeglądarki. Nasz kandydat na milionera idzie do biblioteki i mimo, że temat go zupełnie nie interesuje, pożycza książkę i robi stronę internetową, zatytułowaną np. ziolalecznicze.pl. Następnie odpowiednio ją pozycjonuje i po kilku miesiącach, gdy wpiszesz w googla zioła lecznicze, jego strona wyskoczy na jednym z pierwszych miejsc. Klikasz, bo akurat chcesz znaleźć informację, powiedzmy nt. bzu czarnego, który rośnie za twoim domem, albo interesuje cię czy marzanka ma jakieś pozytywne działania, albo jak przygotować nalewkę z nagietka.

I co widzisz na stronie? Kilka banalnych artykułów i mnóstwo reklam: leki ziołowe, apteki ziołowe, zioła kuchenne itp. Ponieważ nie interesują cię reklamy, zamykasz stronę. Albo raczej próbujesz. Nasz kandydat na internetowego milionera nie próżnował. Przez tych parę miesięcy zanim jego strona znalazła się na pierwszym miejscu listy zapisał się na szkolenie u innego kandydata na internatowego milionera i dowiedział się, że – jak by to powiedział Ferdek Kiepski – trza mieć swojego produkta coby zarabiać. Najlepszy jest ebook. Wystarczą trzy dni. Nie musisz nawet pisać. Zamiast pisać wystarczy nagrać i dać do przepisania. A w zasadzie po co tracić czas na nagrywanie. Kserujesz wybrane fragmenty książek z twojej biblioteki i zlecasz przepisanie ich z użyciem synonimów (by nikt nie mógł czepiać się, że to plagiat). Łatwizna! Teraz zatem, zanim opuścisz stronę ziołalecznicze.pl otwiera się oferta ebooka.

Ale by więcej osób kupiło, trzeba tą ofertę jakoś uwiarygodnić. Przydałoby się trochę opinii czytelników. Skąd je wziąć? Co za problem. Każdy da sobie radę. Tak trudno napisać parę słów?! Aha, jeszcze jedna rzecz. Klienci mają taki głupi zwyczaj sprawdzania, kto jest autorem. Dobrze jest wymyśleć dobre nazwisko i dobrą historię. Np.:

Jan Nepomucen Ziołoleczniczy, wielokrotny rekordzista świata w hodowli ziół leczniczych na czas. Pasjonat alternatywnej, bezwodnej hodowli ziół leczniczych. Światowy ekspert w zakresie hodowania ziół leczniczych w zupełnej ciemności…

No i super. Interes się kręci. Dajesz ludziom to co potrzebują, nie przejmujesz się tym, co ciebie interesuje, wczasy na Bahama, beemka, wino, kobiety i seminaria dla tych, którzy chcą iść twoją drogą.

Naprawdę?

Niestety. Pies z kulawą nogą nie chce kupować. Problem leży w ofercie – 99,9% osób oglądających ofertę naszego kandydata na interentowego milionera, bez żadnych problemów rozpozna czy rzeczywiście interesuje się ziołami leczniczymi, czy tylko coś wciska, by dostać trochę kasy. Jego oferta, w skali autentyczności od 1 do 10, osiąga wynik minus trzy. I to jest problem. Możesz działać w marketingowo doskonałej niszy. Możesz obsługiwać pilące potrzeby klientów. Możesz nawet nie mieć konkurencji. Ale jeżeli twoja oferta jest – jak mówią Anglicy – phony niewiele osiągniesz. To angielskie słowo tłumaczone jako sztuczny, podrabiany, fałszywy, udawany pochodzi ze slangu brytyjskich złodziei. Znaczyło ono pozłacany, tombakowy pierścień (gaelickie fainne – pierścień) który wciska się naiwnym jeleniom jako prawdziwe złoto.

Piszę o biznesach internetowych, pewnie dlatego, że nie za bardzo chcę opisywać ludzi, na których wiele razy się zawodziłem. Dokładnie to samo, w nieco innych realiach można zaleźć w każdej branży.

Przychodzi do mnie młoda osoba i mówi:

- Chciałabym pracować jako trener.

- A jakie szkolenia byś chciała prowadzić?

- Pasjonuje mnie komunikacja międzyludzka.

- Super. Wymień pięć książek, które z tego zakresu przeczytałaś w ciągu ostatniego roku.

- Eeee… roku…. .hmm…

Nie twierdzę, że to czy ktoś czyta książki na dany temat jest jedynym wyznacznikiem tego, czy się czymś naprawdę interesuje. Ale jeżeli prowadzisz szkolenia i coś cię naprawdę pasjonuje, to twoim naturalnym odruchem czytanie tego, co piszą inni. Nie robisz tego z przymusu, tylko z przyjemności. Gdy dostajesz cynk, że wyszła nowa książka, po prostu ręce ci się same do niej palą. Wolisz ją przeczytać niż iść do kina na jakiś film akcji. Oczywiście czytanie książek nie jest wyznacznikiem, ale to, czy kogoś coś naprawdę interesuje czy nie można dostrzec na tysiąc sposobów. I ludzie to czują, mimo, że nie zawsze są tego świadomi. Czasem nawet przez jakiś czas się nabierają, ale to tak jak z podrabianym pierścieniem. Jak trochę potrzesz, przekonasz się, że to nie złoto, a mosiądz.

Bez pasji twoja oferta jest sfejkowana

Gdy zajmujesz się czymś, co cię nie pasjonuje, do czego nie czujesz żadnej mięty jesteś skazany na to by mieć przeciętną, mierną, nie przekonywującą ofertę. Twoja oferta – nie ważne czy sprzedajesz ebooki, odtwarzacze komputery, usługi informatyczne, zawsze będzie odbierana jako fałszywa: udawana, nieautentyczna, sztuczna, podrabiana, naciągana, oszukańcza, obłudna, sfejkowana, kopiuj-wklejona, skalkowana, zerżnięta, mało przekonująca, płaska, jakaś-taka niewyraźna …

Ludzie nie będą chcieli od ciebie kupować nie dlatego, że nie potrzebują czegoś, ale dlatego, że czują twoją pustkę.

Konsultanci Joseph Pine i James Gilmore piszą w książce „Autentyczność. Czego klient naprawdę chce?”:

Udawany, sztuczny, obłudy, fałszywy, nieautentyczny. Czy twoi klienci używają tych słów na opisanie tego, co sprzedajesz lub jak to sprzedajesz? To właśnie sposób, w jaki coraz więcej i więcej klientów patrzy na to, co robią firmy. Ludzie w coraz większym stopniu widzą świat w kategoriach prawdziwości i fałszu. Coraz bardziej chcą kupować coś prawdziwego od kogoś autentycznego a nie coś udawanego od kogoś fałszywego.

Weź kilka sukcesów biznesowych ostatnich lat i prześledź kto za nimi stoi. Zobaczysz, że za każdym wielkim sukcesem stoi człowiek (lub kilka osób) z pasją. Weźmy kilka sukcesów z brzegu. Np.:

  • iPod (który powinien być wynaleziony przez Sony): Steve Jobs (jak sam powiedział: jeżeli nie kochasz tego, co robisz, odniesiesz porażkę).
  • Pixar (który powinien być założony przez Studia Walta Disneya): Ed Catmull, maniak, który śnił o robieniu realistycznych animacji, zanim to było możliwe.
  • Xbox (który powinien nie mieć szans z PlayStation): zespół graczy – projektantów, którzy tworzyli konsolę dla siebie. Gdy temu samemu zespołowi zlecono pracę nad przenośnym odtwarzaczem stworzył coś beznadziejnego – w odróżnieniu od konsoli gier, nikt nie czuł mięty do odtwarzaczy.
  • Google (kto jeszcze pamięta te wyszukiwarki? Lycos, AltaVista, Netsprint…) Larry Page i Sergey Brin, którzy pasjonowali się algorytmami wyszukiwania na długo przedtem niż którykolwiek z nich miał pomysł na zarabianie (sam zresztą pomysł na zarabianie był efektem przypadku).

Bez pasji nie ma prawdziwego zainteresowania i co się z tym wiąże autentyczniej oferty. Autentycznej, to znaczy takiej w której jesteś ty sam: twoje emocje, przeżycia, doświadczenia, radość, zapał, wola walki. Jeżeli tego wszystkiego brakuje, jeżeli w to co robisz włożyłeś tylko nadzieję na dobrą kasę i wygodne życie – ludzie to wyczują. Możesz nawet, przy odrobinie szczęścia i sprytu osiągnąć swój cel. Możesz zarobić na w miarę wygodne życie. Ale ciągle nie będzie to to, na co cię stać.

Dwa warunki sukcesu

Czy to znaczy, że pasja jest kluczem do sukcesu? Nie. Po pierwsze nie chodzi o samą pasję ale o autentyczną ofertę. Są ludzie, których pasja nie prowadzi do żadnej oferty. Pasja znaczy dla nich wyłącznie dobrą zabawę (we własnym, często jednoosobowym gronie). Dobrze się czymś bawić, ale to zdecydowanie za mało. Musisz jeszcze z tym wyjść do ludzi. Musisz chcieć i umieć się tym podzielić.

A to nie jest możliwe bez empatii. Wzór na sukces (dokładniej mówiąc jego najważniejsza część) brzmi:

Autentyczność + Empatia

Jeżeli chcesz sprzedać jakiś produkt lub usługę upewnij się, że naprawdę to cię interesuje. Nie musisz się tym pasjonować od zawsze. Możesz to pokochać po drodze. Jeżeli są to już te nieszczęsne zioła lecznicze – spróbuj w nie wejść.

Po drugie upewnij się, że umiesz poczuć się tak, jak twój klient. Bez tego twoja oferta być może będzie pełna pasji, ale nie wywoła rezonansu. Będziesz jak ktoś, kto gra muzykę, której absolutnie nikt nie rozumie. Albo jak ktoś, kto opowiada kawały, jakie tylko on jest w stanie zrozumieć. Mówiąc inaczej włóż w to siebie i skup się na potrzebach ludzi.

Empatia to nie znaczy prymitywne badania rynkowe z użyciem mniej lub bardziej zaawansowanego programu. Empatia to umiejętność wejścia w skórę klienta. Jeżeli nie masz empatii, najbardziej zaawansowane techniki ilościowych badań marketingowych ci nie pomogą.

Dopiero wtedy, gdy połączysz te dwie rzeczy, masz jakąś tam szansę odniesienia sukcesu w swoim biznesie albo na swojej ścieżce kariery.

Czy łatwo jest połączyć te dwa składniki? Nie. To bardzo trudne.

Ale masz do wyboru: mierna, przeciętna, pozbawiona życia oferta albo coś autentycznego i pełnego pasji. Można żyć udając zainteresowanie i troskę. Niektórzy nawet żyją całkiem dostatnio. To jednak pytanie do ciebie: Czy to ci wystarczy? Czy czasem nie masz ochoty zrobić coś więcej?

Jeżeli tak, być może pora by znaleźć miejsce, w którym to, co kochasz spotyka się z tym czego pragną inni? Póki nie połączysz tych dwóch rzeczy, wszystko będzie szło jak po grudzie.

Co dalej?

Bycie autentycznym nie jest takie łatwe. Być autentycznym to nie znaczy być ekshibicjonistą, który nie ma nic do ukrycia i daje wyraz wszystkim swoim myślom i emocjom. Tym jednak zajmiemy się w jakimś z kolejnych tekstów.

Jak zwykle jestem ciekawy co o tym myślisz.

Autentycznie nie wiem jak to zatytułować

Autentycznie nie wiem jak to zatytułować

Opublikowano 14 października 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 22 komentarze

Wczoraj dostałem z Amazona książkę „Autehenticity What consumer really want” (nie było wersji na kindle, musiałem poczekać na papier). Książka zaczyna się od motta:

Autentyczność będzie słowem – kluczem dwudziestego pierwszego wieku…

Poprzedni wiek zostawił nas w świecie podróbek i sztuczności. W takim świecie autentyczność ma cenę złota. Wczoraj ktoś wcisnął mi do ręki ulotkę „Smak prawdziwego chleba”. Na ulotce nikt nie reklamuje niskiej ceny czy jakości produktu, są za to słowa:

…wykorzystując stary oryginalny piec piekarski wypiekam chleb na zakwasie i drożdżach… korzystam z tradycyjnych, przedwojennych receptur mojego taty.

Gdybym położył przed tobą z jednej strony „prawdziwy chleb mojego taty”, a z drugiej wyrób zapakowany w folię, masowo produkowany, nafaszerowany polepszaczami i spulchniaczami, co byś wybrał? Czy byłby ktoś, kto by nie wybrał prawdziwego chleba? Coraz więcej osób z chęcią dopłaci, nawet sporo, by móc spróbować prawdziwego chleba. Niska cena, dostępność, szeroki wybór, dostawa, spełnianie kryteriów jakości ISO ileśtam itp. – to wszystko jest coraz mniej ważne wobec autentyczności. Chcemy kupować rzeczy, które wydają nam się prawdziwe.

Jeżeli już marketing zajmuje się autentycznością (książka, którą dostałem jest właśnie z tego zakresu) to o ile bardziej autentyczność jest ważna dla kogoś, kto chce się rozwijać zawodowo! Dwudziesty pierwszy wiek, będzie także wiekiem ludzi autentycznych. Albo mówiąc dokładniej będzie czasem z jednej strony ludzi autentycznych, odnoszących sukcesy i zmieniających świat, a z drugiej nisko opłacanej siły roboczej, która wykonuje rutynowe prace, zostawiając tworzenie, inicjowanie i nadawanie tonu tym drugim. Ale mniejsza o prognozy.

Komuś może się wydawać, że bycie autentycznym to prosta sprawa. Wystarczy tylko podjąć decyzję i już się jest. W rzeczywistości to duża umiejętność. Autentyczność zawsze była dla mnie jednym z najwyżej notowanych punktów w mojej hierarchii wartości. Ale mimo to, ciągle się uczę jak być autentycznym i ciągle mam wrażenie, ze jestem na początku drogi.

Oto przykład lekcji sprzed kilku dni.

Tydzień temu zostałem zaproszony do udziału w programie telewizyjnym dla młodzieży (o nazwie poziom 2.0). Na początku wahałem się, ale ciekawość zwyciężyła. Jak już się zgodziłem pomyślałem: Ale w czym ja pójdę? Szkolenia prowadziłem zazwyczaj w garniturach. Ale po pierwsze już mi się nie chce występować w garniturach, a po drugie to program dla młodzieży.

Poszedłem do sklepu. Była niedziela. W centrum handlowym kłębił się tłum ludzi. Byłem zły, że muszę robić zakupy zamiast bawić się z dziećmi, przeszkadzał mu tłum i huk czegoś, co pewnie było muzyką, zanim nie dotarło do kiepskich głośników. Czasem lubię robić zakupy, ale naprawdę nie tym razem. Niestety w poniedziałek rano miałem pojechać do Warszawy. Czułem się bliski tego by usiąść gdzieś na ławce i jak dziecko obrazić się na świat. Ale powiedziałem sobie:

- Nie masz wyboru, nie poddawaj się, wytrzymaj!

Łatwo powiedzieć. Nie mogłem przecież kupić byle czego. Po pierwsze nie lubię wydawać pieniędzy na coś, co będzie leżało nieużywane w szafie, po drugie szukałem czegoś, co będzie jakoś korespondowało ze mną. Mówiąc po ludzki – w czym będę robił dobre wrażenie.

Po dwóch godzinach błąkania się po sklepach zmusiłem się by coś kupić. Wróciłem do domu z reklamówką w ręce oraz złością i zmęczeniem w sercu. Następnego dnia rano ubrałem to, co kupiłem. Dosyć wąskie spodnie i szara bluza z nadrukiem (stara książka, trupia czaszka i kwiaty). To nie wyglądało najgorzej. Ale… to nie byłem ja. To nie było autentyczne. To był kostium na moje trzy minuty w telewizji.

-Kurcze… może zdążę jeszcze coś kupić w Warszawie?

Ale tym razem, może dlatego, że byłem po śniadaniu podszedłem do tego inaczej. Uświadomiłem sobie, że przecież nie muszę nic udawać.

To była ulga. Wyciągnąłem stare rzeczy i ubrałem się w nie. Świetnie się sprawdziły. Wygodne w pociągu, nie przekombinowane na ekranie. Co więcej wyglądałem po swojemu. Gdybym ubrał to, co kupiłem wyglądałbym tak jak wszyscy w wokół. Z tą różnicą, że oni mieli po 20 lat, a ja dwa razy tyle.

Ta banalna historyjka ma morał. Czasem wiele siły wkładamy w to, by znaleźć coś, co nas wyrazi, co wydobędzie naszą indywidualność albo pokaże, że nie jesteśmy kimś tuzinkowym. Kosztuje nas to wiele czasu, wysiłku i napięcia. Korzystając z tych zasobów moglibyśmy zrobić coś cennego. My jednak walczymy i z uporem szukamy czegoś wyjątkowego w kolejnych modnych sklepach.

Zapominamy, że wystarczy zajrzeć do własnej szafy. Zapominamy, że jesteśmy unikalni wcale nie wtedy, gdy bardzo staramy się tacy być. Wcale nie wtedym, gdy stroimy się w piórka intelektualistów, obrazoburców, przedsiębiorców, pisarzy czy ludzi twórczych. By być unikalnym wystarczy nie udawać kogoś, kim się nie jest. Być tą samą osobą, którą się jest na co dzień.

Być autentycznym oznacza nie poświęcać zbytniej energii na kreowanie samego siebie – dobór ubioru, słów czy imagu. Człowiek, który zaczyna zbytnio planować siebie (jak mówią spece od wizerunku, dba o swój personal brand) traci świeżość i prawdziwość. Staje się jak chleb z polepszaczami.

Tego samego dnia, gdy występowałem w telewizji spotkałem człowieka, który na pierwszy rzut oka wydał mi się oryginałem. Mniejsza o okulary, wisiorki, pierścionki, pas, marynarkę czy buty – dla mnie trochę za „telewizyjnie” ale być może taki miał styl. Ważniejszy był kontrast w tym, co mówił i jak się zachowywał. Z jednej strony, mówiąc o literaturze rzucał dupami i kurwami a z drugiej jego ciało zdradzało oznaki napięcia (żeby nie zwariować od tematów motywacyjnych, zajmuję się od wielu lat mową ciała). Gdy mu się uważnie przyjrzałem i uważnie go posłuchałem zrozumiałem, że ta cała maska jest po to, by ukryć obawę przed demaskacją. Miał coś do powiedzenia, ale kurcze… za dużo polepszaczy.

Coś w jego środku pewnie mówiło:

- Stary musisz panować nad tym, co ludzie widzą, tak by im nawet do głowy nie przyszło, że się na tym nie znasz, a twoja wiedza jest tylko teorią wyczytaną z książek.

Aby być autentycznym trzeba mieć przynajmniej jedną z tych rzeczy:

  • odwagę (nie przeraża mnie to, że ktoś uzna mnie za głupca)
  • pokorę (niby kim takim jestem? przecież jestem normalnym zjadaczem chleba)
  • rezygnację (najwyżej mnie wyśmieją, trudno…)
  • poczucie humoru (no to najwyżej pośmiejemy się ze mnie razem)
  • sklerozę (już zapomniałem…. ale o co chodzi?)

To pocieszające, że jest tyle możliwych źródeł autentyczności. Choć tej osobie zabrakło akurat wszystkich.

Jeszcze jedna uwaga. Zanim przywiążesz się do autentyczności: nie próbuj tego, póki nie masz jeszcze jednej rzeczy: życzliwości i szacunku do innych. Ci, którzy stawiają jedynie na autentyczność, nie mając w sobie życzliwości kończą zazwyczaj jako stare, złośliwe zrzędy, którym wydaje się, ze są pępkiem świata.

Świadomość własnych aspiracji

Świadomość własnych aspiracji

Opublikowano 01 października 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Czasem, gdy człowiek czuje się do niczego, rzeczywiście powinien coś w sobie poprawić – opanować jakieś umiejętności, zająć się czymś innym, albo zmienić stosunek do negatywnych doznań. Czasem jednak to nie człowiek powinien się zmienić, ale skala ocen, jakiej wobec siebie używa.

To trochę jak w szkole. Jeżeli jakiś uczeń ma dwóję, to może oznaczać, że poświęca za mało czasu na naukę lub brakuje mu zdolności. Ale może też znaczyć, że nauczyciel wystawia mu oceny na podstawie złych kryteriów. Jeżeli wszyscy uczniowie w klasie mają same dwóje, jest prawie pewne, że coś jest nie w porządku z kryteriami ocen. Ktoś wymaga umiejętności, jakich uczniowie nie są w stanie posiąść. Jeżeli cały czas, niezależnie od tego jak bardzo się starasz, czujesz się nic nie warty – być może z tobą, twoimi umiejętnościami, motywacją czy uzdolnieniami, wszystko jest w porządku. Zmiany wymagają natomiast oczekiwania, jakie masz pod swoim adresem.

Afrykańska księżniczka

Pewnemu afrykańskiemu królowi urodziła się córka . Było to akurat tego dnia, gdy pokonał wrogów. Przepełniony poczuciem tryumfu powiedział wtedy:

- Gdy dorośnie, zrobię dla niej ucztę jakiej świat nie widział! Stada wołów, które zostaną zabite będą tak wielkie, że kurz ich kopyt przesłoni słońce.

Radość z choćby największego zwycięstwa kiedyś musi się skończyć. Ojciec szybko zapomniał o swoich obietnicach. Jednak matka i niańki często powtarzały dziecku te słowa.

Minęło kilkanaście lat, w końcu przyszedł dzień dojrzałości. Zgodnie ze zwyczajem plemienia, księżniczka idzie na sawannę i czeka aż ojciec przyśle stado wołów, na czele którego wróci do wsi. Ojciec przysyła dwadzieścia wołów – tyle, ile przysyła się na cześć jednej z córek króla. Jednak ona mówi:

- Nie widzę żadnych wołów, kiedy mój ojciec przyśle stado?

Gdy słudzy wracają i powtarzają to ojcu, ten się cieszy. Mówi:

- Dobrze! Zna swoją wartość! W końcu jest księżniczką.

Przysyła zatem pięćdziesiąt wołów. Księżniczka znowu odmawia. Król przysyła sto, potem dwieście, wreszcie tysiąc. Księżniczka za każdym razem tylko spogląda w niebo i mówi:

- Jeszcze widzę słońce, jeszcze kurz stada go nie przesłonił.

Ojciec, początkowo przychylny, jest coraz bardziej wściekły. Wysłał już wszystkie swoje woły, pozbierał woły swoich poddanych, pożyczył woły sąsiadów, a księżniczka dalej nie chce wejść do wsi. Najchętniej zostawiłby ją samą sobie, ale nie pozwala mu na to królewska duma. Wysyła, więc wojowników na poszukiwania. Ci trafiają w końcu do zielonej doliny, w której jest pełno wołów. Nie zastanawiają się do kogo należą. Biorą je i pędzą do księżniczki. Wreszcie stado jest tak wielkie, że kurz przesłania słońce. Dumna księżniczka wreszcie przychodzi na dwór ojca. Woły zostają zabite i rozpoczyna się uczta, jakiej świat nie widział.

Wszystko skończyłoby się szczęśliwie, gdyby nie demon. To była jego dolina i jego woły. Demon przychodzi do wsi by wyrównać dług. Nikt nie może mu przeszkodzić, gdy uprowadza księżniczkę i zamyka ją w ciemnej jaskini. Mówi:

- Ponieważ zostałem upokorzony, upokorzę ciebie. Przez pięć lat będziesz mi usługiwać. Będziesz ciężko pracować swoimi rękoma.

W ciągu następnych dni dziewczyna traci pychę i zamiast marzyć o wielkich ucztach tęskni za codziennym życiem, jakie do tej pory wiodła.

Jest w tej legendzie kilka prostych prawd. Po pierwsze, stajemy się ambitni, bo wierzymy w słowa, które nam ktoś powtarza. Niańka, matka czy ktokolwiek powtarza nam o tym, jak to cenni jesteśmy a my wierzymy, że w naszym życiu czeka nas coś niezwykłego, czego nikt inny, nigdy jeszcze nie doświadczył. Banalne wydarzenie urasta do rangi przepowiedni.

Po drugie, do pewnego momentu dobrze być ambitnym. Jednak bardzo łatwo przekroczyć miarę. Gdy oczekujesz nieludzko wiele, nieludzko wiele ryzykujesz. Nawet, gdy uda ci się osiągnąć to, o czym marzysz, cena może być bardzo wygórowana. Być może nawet osiągniesz sukces. Ale co potem? Stajesz się dłużnikiem demona. Tyle osób mających osiągnięcia, o jakich tylko możemy marzyć, wpada w narkomanię, alkoholizm, rozwala jedno małżeństwo za drugim czy nawet popełnia samobójstwo. Udało im się zdobyć wspaniałe stado. Mieli swoje pięć minut, teraz o swoją własność upomniał się demon.

Demon z bajki był łagodny. Księżniczka dostała drugą szansę. Ale jest jeszcze inna wersja bajki. Kończy się słowami: marzyła o tym, by dostać drugą szansę, ale było za późno, jej duma pozbawiła ją na zawsze wolności i wygodnego życia.

Poziom naszych aspiracji nigdy nie jest bez znaczenia. Ma wpływ na świat i na nasz własny los. W ostateczności, to my na koniec będziemy płacić za aspiracje, nawet gdy to nie my jesteśmy winni tego że je mamy.

Równanie stosunku do siebie

Jeden z ojców psychologii, William James pisał:

Nasze uczucia wobec samych siebie wyznacza stosunek tego, co rzeczywiste, do naszych domniemanych możliwości, wyrażony ułamkiem, w którym mianownik stanowi nasze aspiracje, a licznik – uzyskane powodzenie:

Samo osiągnięcie jakiegoś powodzenia nie jest zatem warunkiem, tego, że będziemy się czuli zadowoleni z siebie.

Parę dni temu spotkałem młodego prawnika. Z mojej perspektywy osiągnął duże powodzenie: ma wspaniałe dzieci, kochającą żonę, dobrze zarabia, ma przyjemne mieszkanie. On jednak jest pełny frustracji i niezadowolenia z siebie: nie mam własnej kancelarii, nie mam domu pod miastem, nie jestem jeszcze dość sławny. To aspiracje sprawiają, że jego powodzenie nie przekłada się w żaden sposób na zadowolenie z siebie. Nie wiem, czy jego aspiracje są wygórowane. Być może, jego krytyczna postawa pod własny, adresem jest zupełnie uzasadniona.

Jednak wiele osób skazuje się na wieczne niezadowolenie z siebie oczekując rzeczy sprzecznych z prawami natury.

Na przykład kobieta w wieku czterdziestu pięciu lat nienawidzi siebie, bo jej ciało nie wygląda jak ciało osiemnastolatki. Mężczyzna w podobnym wieku, czuje się do niczego, bo nie ma bujnej fryzury jak piętnastolatek. Ktoś inny nie może spać, bo w ciągu roku nie stał się multimilionerem. Ktoś inny nie może sobie poradzić z poczuciem marnowania czasu, bo zajmując się wychowaniem dzieci, prowadzeniem firmy, działalnością społeczną i życiem towarzyskim ciągle nie może znaleźć czasu na realizację marzeń z dzieciństwa. Ktoś inny nie lubi siebie, bo nie udało mu się przewidzieć wydarzeń, które były zupełnie od niego niezależne…

Aspirujemy do tego by być kimś, kogo nie dotyczą prawa natury. Oczekujemy, że nie będziemy się starzeć, że w każdej dziedzinie życia będziemy genialni, że posiądziemy dar bilokacji i jasnowidzenia. Gdy okazuje się, że jesteśmy zwykłymi, normalnymi ludźmi, czujemy rozczarowanie.

Ćwiczenie 1

Czy twoje aspiracje zawierają w sobie coś nierealnego?

Nie myl rzeczy nierealnych z tym, co wymaga wielkiego wysiłku i łutu szczęścia. Wygranie olimpiady, dokonanie jakiegoś ważnego wynalazku, zbudowanie dochodowej firmy czy napisanie dobrej książki – to wszystko są rzeczy możliwe, choć bardzo trudne. Rzeczy niemożliwe, to takie, które są sprzeczne z prawami natury, z tym jak działa świat.

Oto kilka przykładów:

Nie starzeć się;

Nie umrzeć;

Zrzucić 20 kilo nadwagi w ciągu tygodnia, nie zmieniając ani diety ani stylu życia

Nigdy nie czuć negatywnych emocji;

Nauczyć się wirtuozowskiej, gry na instrumencie bez żmudnych ćwiczeń;

Być najlepszym absolutnie we wszystkim, czego się podejmę;

Dysponując godziną czasu zrobić pięć rzeczy, z których każda wymaga godziny niczym nie zmąconej koncentracji.

 

Jakie są twoje oczekiwania, które nie są spójne z prawami natury?

Absolutność wymagań

Często nasze wymagania nie dotyczą rzeczy niezgodnych z naturą. Np. nie ma nic nierealnego w tym by być dobrze zorganizowanym. Problem jest jednak w sposobie stawiania tych wymagań.

Częstym powodem zbyt długo utrzymującej się negatywnej oceny jest traktowanie naszych pragnień, jako absolutnych żądań. W efekcie nasze oczekiwania są równie niemożliwe do spełnienia jak oczekiwania tego, że będę się unosił w powietrzu. Przyjrzyjmy się, czy nie mamy w sobie tego rodzaju oczekiwań.

Ćwiczenie 2

Dokończ zdania zaczynające się takimi słowami:

Absolutnie muszę…

Nie wolno mi…

Za wszelką cenę…

Zawsze muszę…

Oto kilka przykładów:

Musze zawsze być dobrze zorganizowany.

Muszę dobrze zarabiać.

Absolutnie muszę osiągnąć sukces.

Inni ludzie muszą mnie podziwiać.

Nie wolno mi wiedzieć mniej niż wiedzą inni ludzie.

Nie wolno mi mieć gorszych dni.

Za żadną cenę nie mogę nigdy poddać się zwątpieniu.

Muszę zawsze czuć się szczęśliwy.

Nie wolno mi czegoś nie wiedzieć.

Nie mogę popełniać żadnych błędów.

Nie mogę być gorszym od sąsiada.

Mój dom musi być zawsze idealnie czysty i posprzątany.

Zawsze musze być perfekcyjną matką.

Jaka jest twoja lista absolutnych wymagań? Przypomnij sobie sytuacje, w których czułeś rozczarowanie sobą. Czy było w tobie jakieś muszę; nie wolno mi; absolutnie?

Wiele z naszych wewnętrznych standardów i oczekiwań ma sens. Ale nigdy nie mają sensu absolutne oczekiwania.

Być może w takim absolutnym oczekiwaniu jest zawarte coś, na czym ci zależy. Jest jednak duża różnica między chcę, a muszę.

Muszę być zawsze dobrze zorganizowany!

Naprawdę?

W każdej sytuacji? W odniesieniu do każdej dziedziny życia?

Co się stanie, gdy nie będziesz? Zmienią się losy świata? Stracisz niepowtarzalną okazję? Zrobisz coś, czego nie będziesz nigdy mógł naprawić? Będziesz musiał popełnić seppuku?

Być zawsze dobrze zorganizowanym ani nie jest możliwe ani nie jest potrzebne.

Przyjrzyj się swoim absolutnym oczekiwaniom. Przedyskutuj je z sobą. Bądź wrażliwy na ich pojawianie się. Uważaj na chwile, gdy je sobie powtarzasz. Gdy uświadomisz sobie, że się do czegoś absolutnie zmuszasz zadaj sobie pytanie:

Czy naprawdę?

Czy to w ogóle jest możliwe?

Co by się stało, gdyby muszę zmieniło się w chcę lub potrzebuję?

Świadomość aspiracji

Nikt nie twierdzi, że w imię wewnętrznego spokoju należy całkowicie porzucać jakiekolwiek aspiracje. Można oczywiście, raz na jakiś czas polepszyć sobie samopoczucie, twierdząc, że jest się marnym prochem, którego życie jest tylko nic nie znaczącym splotem okoliczności. Nie sądzę jednak, by ta metoda pomagała na długo. Człowiek, który niczego nie pragnie, przestaje żyć. Całkowite wyrzeczenie się swoich aspiracji byłoby niezgodne z zasadą miłości do siebie. Człowiek, który kocha siebie chce dla siebie dobrych rzeczy. Ma więc aspiracje.

Ważne jest jednak to, aby były one świadomie wybrane. Skoro mają tak istotny wpływ na to, jak czujemy się w odniesieniu do siebie, skoro mogą przekreślić radość z każdego osiągnięcia, lepiej by były rzeczywiście istotne.

Niestety nasze aspiracje często są przypadkowe. Nie trzeba wiele, byśmy je kupili. Wystarczy, że rodzice będą nam coś systematycznie powtarzać, albo że wszyscy nasi przyjaciele będą uważać, że coś jest cenne. Wystarczy, że zobaczymy co ma sąsiad, albo nawet obejrzymy jakiś bzdurny serial. Aspiracje przyczepią się do nas jak rzep do psiego ogona. Będziemy nimi żyć, będziemy na ich podstawie wystawiać sobie oceny. Będziemy pod ich kątem planować nasze dni i uzależniać od nich nasze wysiłki.

Nie zadamy sobie pytania: czy to rzeczywiście jest takie ważne? Czy naprawdę jestem skłonny za to zapłacić?

 

Jak ćwiczyć siłę psychiczną?

Jak ćwiczyć siłę psychiczną?

Opublikowano 24 września 2011 | By | Kategorie: Siła życiowa | 23 komentarze

Jest tyle przyjemniejszych, łatwiejszych i bezpieczniejszych rzeczy

Dlaczego w życiu trzeba robić tyle nieprzyjemnych rzeczy? Za oknem świeci słońce, pogoda w sam raz na to by wyjść do parku, usiąść i leniwie rozglądać się wokół. Tylko rozglądać? Nie, tyle wspaniałych rzeczy jest do zrobienia! Wszystko jest wspaniałe… oprócz tego biurka, tej klawiatury i tego tekstu.

Czy nie da się znaleźć żadnego sposobu, by nigdy więcej nie musieć robić nieprzyjemnych rzeczy? By nigdy więcej nie musieć robić czegoś, czego się boję, co jest nudne, co nie ma w sobie uroku? Owszem jest. Doskonały sposób. Poddać się i przestać myśleć o jakimkolwiek sukcesie. Pogodzić się z tym, że jest jak jest i inaczej nigdy nie będzie.

Wiele osób wybiera tą drogę. Gdybyśmy jednak wszyscy zdecydowali się na takie wyjście, ludzkość (gdyby w ogóle istniała) nie znałaby nawet ognia. Wyobraź sobie, jak musiał się czuć człowiek, który jako pierwszy podszedł do ognia, gdzieś na sawannie. Cała jego zwierzęca część rwała się do panicznej ucieczki. On jednak, krok za krokiem zbliżał się w stronę przerażającego żywiołu.

Jeżeli chcesz osiągnąć sukces – nie ważne czy będzie nim zarobienie miliona dolarów czy założenie szczęśliwej rodziny – co rusz będziesz musiał robić rzeczy, na które nie masz najmniejszej ochoty. Wokół ciebie będzie tyle przyjemniejszych, łatwiejszych i bezpieczniejszych zajęć. Wokół ciebie będzie tyle sposobów by sobie odpuścić, tyle łatwych wyjaśnień, tyle białych kłamstw, które będziesz mógł sobie bezkarnie opowiadać.

Ale gdzieś w środku, będziesz dobrze widział, że jeżeli to wszystko ma iść do przodu, jeżeli to wszystko ma być, tym czym tylko może być, musisz usiąść za tym biurkiem. Nie wiem jak wygląda twoje „biurko”. Może jest to rozmowa z klientem, może wysłanie podania o pracę, może złożenie oferty, a może szybszy powrót do domu z pracy, rezygnacja ze spotkania z kimś kogo lubisz, po to by mieć więcej czasu dla dzieci…

Ty sam dobrze wiesz, co to jest.

Ja sam – człowiek, którego nie rozumiem

W poprzednim tekście pożegnaliśmy się z wyobrażeniem, że świat będzie nas zawsze wspierał, że samo wybranie celu rozwinie pod naszymi nogami wygodną ścieżkę.

Trzeba się także pożegnać z drugą fantazją: że my sami nie będziemy sobie podkładali nogi. Że my sami będziemy się zawsze wspierać w drodze do tego, co ważne.

Gdy podejmujesz decyzję, że chcesz coś osiągnąć, albo, że chcesz trzymać się jakichś zasad, zazwyczaj nie doceniasz trudności, jakie sam sobie sprawisz. Wydaje ci się, że będziesz spójny logiczny i porządny. Wiesz przecież, że w twoim najlepszym interesie jest realizacja planów i stosowanie się do zasad.

George Loewenstein, ekonomista zajmujący się mechanizmami psychicznymi, mówi o zjawisku hot-cold empatyhy gap (luka empatyczna gorąco – zimno). Gdy jesteś zmotywowany i podekscytowany swoimi planami, gdy wierzysz, że uda ci się je osiągnąć, cierpisz na lukę w empatii. Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie, jak będziesz się czuł, gdy przyjdzie pokusa.

Loewenstein pokazuje, że gdy ludzie znajdują się w zimnym stanie – tzn. nie są głodni, pobudzeni, źli, zmęczeni czy sfrustrowani – nie są w stanie przewidzieć swoich ocen i zachowań w stanie gorącym. Loewenstein przeprowadził badania wśród studentów, podczas których w pierwszej części znajdowali się oni w racjonalnym, chłodnym stanie. Odpowiadali wtedy na szereg pytań dotyczących seksu (np. czy wyobrażają sobie współżycie z kobietą o 40 lat starszą albo czy wyznaliby miłość, tylko po to by się z kimś przespać, albo czy dopuszczają seks w trzy osoby itp.). W drugiej części badań, studenci znaleźni się w stanie gorącym (silne podniecenie seksualne). Ich oceny w istotny sposób uległy zmianie. Rzeczy, które wcześniej oceniali jako mało prawdopodobne teraz stały się całkiem prawdopodobne. Sprawy, które ich wcześniej brzydziły (różnego typu perwersje seksualne) nagle stały się całkiem fajne. Stali się innymi osobami.

Jak mówi Loewenstein: „bardzo łatwo zgodzić się na dietę, gdy nie jesteś głodny”. Bardzo łatwo czuć motywację do napisania wielkiej powieści, gdy nie zabrałeś się jeszcze do pisania albo gdy nie spotkałeś trudnego miejsca. Łatwo kupić kolorowy podręcznik do nauki języka obcego i wyobrażać sobie, że będziesz z niego regularnie korzystać. Łatwo rano, gdy jesteś wypoczęty zapisać dziesięć trudnych zadań do wykonania. Łatwo – jak w moim przypadku – postanowić przeprowadzić szkolenie, gdy nikt jeszcze się nie zapisał.

Łatwo, dlatego, że do głowy nawet nam nie przychodzi jak będziemy się zachowywali w sytuacji kryzysu. A kryzys rzadko kiedy nie przychodzi. Rzadko kiedy udaje nam się osiągnąć sukces nie czując po drodze zmęczenia, frustracji, lęku czy pokusy.

Nagle okazuje się, że siedzi we mnie jakiś diabeł, który mówi:

- nie chce mi się…

- po co się tak wysilać?

- i tak z tego nic nie będzie…

- nie mogę się zmobilizować…

- nie mam siły by to wytrzymać…

- mam ochotę się wycofać…

- już mi nie zależy…

- a tam, raz sobie odpuszczę…

Nagle okazuje się, że jestem zupełnie innym człowiekiem. Człowiekiem, któremu znacznie łatwiej zrobić rzeczy, które są całkowicie sprzeczne z moimi celami, interesem czy wartościami.

W tym stanie, to, co teraz wydaje ci się mocne, silne, wyraźne i pożądane, będzie tylko słabym, ledwie słyszalnym głosikiem. William James w swojej Psychologii podaje prosty wzór, pozwalający w takich sytuacjach osiągać swoje cele i żyć zgodnie ze swoimi zasadami:

W + I > S

Zacznijmy od końca.

S – to skłonność. To te wszystkie chęci odpuszczenia, poddania się, wycofania, zrobienia wyjątku czy machnięcia na coś ręką. To wszystkie pokusy, jakie na nas przychodzą.

I – to impuls płynący z ideału (tego, co jest dla nas ważne). Ten impuls płynący z ideału, jak pisze James – jawi się często jako cichy, słaby głosik, który trzeba wzmocnić w sposób sztuczny, by zyskał przewagę. Tym co go wzmacnia jest…

Wwysiłek. Dopiero wtedy, gdy impuls płynący z ideału (I) oraz wysiłek (W) łącznie przeważą naszą skłonność (S), działamy i robimy to, co powinniśmy robić.

I to by było tyle, jeżeli chodzi o tajemnice sukcesu.

Jeżeli ktoś chce, zawsze może pogrzebać w życiorysach sławnych osób. Niektórzy to lubią. Może, gdy będę myślał tak samo jak on, gdy będę się ubierał tak samo, to samo jadł, tak samo się poruszał, to osiągnę taki sam sukces. Może. Ale to wszystko są rzeczy drugorzędne. Zazwyczaj jedyną istotną tajemnicą jest wysiłek. Zdolność do pokonywania oporu, bezwładności i lęku.

Osiągniesz taki sam sukces, gdy będziesz zdolny do takiego samego wysiłku.

Siłę rozwija się przez ćwiczenia

Zdolność do wysiłku jest sprawą indywidualną. Jedni są w stanie zrobić sto pompek a drudzy tylko trzy. Kilka lat temu, gdy ktoś zapytał mnie ile potrafię zrobić pompek, musiałem przyznać ze wstydem:

- Trzy, w porywach cztery…

Miałem uzasadnienie. Urodziłem się z wadą serca. Wszyscy zawsze dbali o to bym się nie przemęczał. Potem przeszedłem operację serca. To także nie zachęcało do ruchu. Kilka lat po operacji pojawiłem się na badaniach u chirurga, który ją przeprowadził.

- O, widzę brzuszek, rusza się pan, ćwiczy pan coś?

- A mogę?

- Mogę? Pan musi!

No to spróbowałem. Na podłogę, ugiąć ramiona i wyprostować. O nie… Jaka ta siła ciążenia jest okropna. … Yyyyyy…. Opór wydaje się nie do pokonania. Ciało jak kloc drewna.

Nie ma się co dziwić. W taki sposób działają mięśnie. Wszystko, co wykracza poza standardowe obciążenie jest dla nich oporem nie do pokonania. W taki sposób działa też psychika. To, co wykracza poza nasze zwyczajne działania, wydaje się niemożliwe do zniesienia. Tyle, że widząc człowieka, który nie jest w stanie zrobić trzech pompek nie zakładamy, że los był dla niego niesprawiedliwy, że taki słaby się urodził i taki już musi być. Nie rozczulamy się nad jego cierpieniem podczas jego prób uniesienia pozbawionego mięśni ciała. Wiemy dobrze, że wszystko można zmienić poprzez ćwiczenia. Dlaczego tak bardzo mielibyśmy się przejmować naszą wytrzymałością psychiczną? Tym, że nie potrafimy pokonać oporu niepewności, lenistwa, obaw i wątpliwości? To przecież tylko kwestia siły. Siła nie jest magicznym darem. Ludzie, nie rodzą się ani silni ani słabi. Siła jest efektem ćwiczenia. Niczym więcej.

Przed chwilą sprawdziłem ile jestem w stanie zrobić pompek. Dziwne uczucie. Jakby mi ktoś wmontował w ręce hydrauliczne podnośniki. Robię pompkę za pompką i nie męczę się. Czuję w ramionach przyjemne uczucie sprężystego pokonywania oporu. Siła to przyjemne uczucie. Przerwałem po dwudziestu. Może to nie jest dużo, ale pogadamy za pół roku. Nie, wcale nie zamierzam robić setki. Wolę zostać przy dwudziestu….. tyle, że na jednej ręce.

Jak ćwiczyć siłę psychiczną? Pod wieloma aspektami ćwiczenie siły psychicznej, jest podobne do ćwiczeń siły fizycznej. To znaczy, że po pierwsze trzeba wiedzieć jak ćwiczyć.

Zasada podstawowa: bądź cierpliwy

Jeżeli chodzi o ćwiczenie mięśni, nie ma łatwiejszej i głupszej rzeczy niż przetrenowanie. Jestem dosyć niecierpliwą osobą. Jeżeli ktoś mi mówi, że trzeba ćwiczyć – zaczynam ćwiczyć. Nie ma czasu do stracenia. Pompuję ile się da. Efekt: kręci mi się w głowie, mam obolałe mięśnie, nie mogę spać w nocy, jestem cały czas zmęczony, czuję kłucie w bicepsach. Na drugi dzień nie mogę ćwiczyć. Zapominam o sprawie na tydzień. Po paru dniach, gdy wszystko wraca do normy znowu zryw. Tym razem prawie zerwany mięsień. Nie mogę używać ręki przez parę dni. Znowu przerwa.

Jeżeli chcesz zwiększyć swoją siłę musisz obciążać mięśnie. Musisz je obciążać znacznie bardziej niż robiłeś to do tej pory. Inaczej nie będą się rozwijać. Jeżeli jedyne, na co cię stać to gimnastyka w stylu dziadziusia robiącego poranne skłony i ugięcia ramion, to twoja siła nie wzrośnie. By mięśnie się rozwijały musisz im dostarczyć impulsu. Tym impulsem jest obciążenie. Nawet na granicy uszkodzenia. Po solidnym ćwiczeniu nasze mięśnie są pełne mikrourazów, a ich rozwój polega na tym, że organizm naprawia je i odbudowuje. Odbudowane są silniejsze i większe.

Sztuka polega jednak na tym, by nigdy nie przekraczać granicy. Przy zbyt dużym obciążeniu, nie mamy już do czynienia z mikrourazami, ale megaurazami. A to już wcale organizmu nie stymuluje. Wręcz przeciwnie.

Jeżeli nie masz cierpliwości, jeżeli nie umiesz słuchać swojego organizmu, jeżeli nie wiesz kiedy dość (tak jak ja, gdy zaczynałem ćwiczyć) nie rozwijasz siły, przeciwnie – osłabiasz się.

Jest wiele systemów ćwiczenia mięśni. Często jednak ludzie mylą „pompowanie” ze wzmacnianiem. W filmie „Pumping Iron” młody jeszcze Arnoldem Schwarzenegger leży na ławeczce i z wykrzywioną od bólu twarzą wyciska ciężary. Kulturyści są oczywiście silni (na pewno silniejsi ode mnie). Jednak w porównaniu np. z ciężarowcami to słabeusze. Osoba podnosząca ciężary, mimo znacznie mniej widowiskowego ciała ma znacznie więcej siły. Tajemnica jest ukryta w sposobie treningu. Ciężarowcy, którym zależy na sile mięśni a nie na masie, ćwiczą zupełnie inaczej niż kulturyści. Podstawowa zasada ich treningu mówi, by nigdy nie przemęczać mięśni i nigdy nie ćwiczyć do upadłego.

Pavel Tastsouline, guru treningu siłowego, były trener rosyjskich komandosów, który korzysta z odkryć trenerów dwuboistów, opowiada w swojej książce „Nagi wojownik” taką historię:

Parę miesięcy temu zaleciłem program ćwiczeń mojemu teściowi Rogerowi Antonsonowi, który, jak się złożyło był kiedyś żołnierzem piechoty morskiej. Miał robić 5 łatwych podciągnięć podchwytem, za każdym razem gdy schodził do piwnicy. Każdego dnia wykonywał od 25 do 100 takich podciągnięć bez wielkiego wysiłku. Każdego miesiąca Roger robił sobie kilka dni przerwy, a potem sprawdzał swoje wyniki. Zaskakująco szybko ten stary byk był w stanie podciągnąć się 20 razy pod rząd, czyli więcej, niż jako młody chojrak przed czterdziestu laty!

W jakiś czas później Roger sprzedał swój dom i przeniósł się do apartamentu. Będąc paranoicznie podejrzliwym komunistą, uznałem, że posunięcie to miało na celu obejście nakazu „podciągaj się za każdym razem, gdy schodzisz do piwnicy”. Toteż na mocy dekretu politbiura, towarzysz Antonson został poproszony o zamontowanie drążka do podciągania się między framugami. Rozsądnie przychylił się do woli partii i kontynuuje swój program ćwiczeń.

Mój ojciec Władymir, oficer armii radzieckiej, w moich szczenięcych latach wymógł na mnie, bym stosował identyczny program. W mieszkaniu rodziców nad drzwiami kuchennymi znajdował się pawlacz. Za każdym razem, gdy wychodziłem z kuchni miałem, zaczepiony o pawlacz czubkami palców wykonać tyle podciągnięć ile mogłem zrobić bez szarpania się.

Tsatsouline podsumowuje swoje zalecenia treningowe hasłem: „Rób jak najwięcej, pozostając jak najświeższym”. W treningu, mówi, nie chodzi o wycisk, ale o nabieranie wprawy. Potwierdzam, że jego metoda działa. Robiąc w przerwach pomiędzy pisaniem kolejnych tekstów po nie więcej niż pięć pompek, w ciągu miesiąca doszedłem do dwudziestu.

Nie piszę jednak o tym, by zachęcać cię do ćwiczeń mięśni (choć, jeżeli przy okazji ktoś zacznie ćwiczyć, to również będę się cieszył). Piszę o tym przede wszystkim, dlatego, że te zasady doskonale pasują do ćwiczeń dotyczących siły psychicznej.

Wiele osób nie zwiększa swojek siły psychicznej z dwóch powodów: albo nie wymaga od siebie niczego poza to, co zazwyczaj (ich ćwiczenia są jak poranne przysiady starszego pana), albo też daje sobie ustawiczny wycisk. Ustawicznie przemęcza swoją psychikę wymagając od siebie nie wiadomo, jakich osiągnieć.

Czy odnoszenie tych zasad treningu do psychiki nie jest trochę teoretyzowaniem?

Małe ćwiczenia psychiczne

Kilka lat temu grupa psychologów (Mark Muraven, Roy F. Baumeister i Dianne Tice) postanowili poszukać odpowiedzi na pytanie o to, czy można zwiększać siłę psychiczną. Ponieważ nikt tego rodzaju badań wcześniej nie prowadził, wymyślili kilka różnych metod i przydzielili je losowo do różnych grup badanych.

W pierwszej grupie, uczestnicy dostali banalne zadanie: przez najbliższe dwa tygodnie pamiętać o tym, by stać i siedzieć prosto. Ile razy poczuli, że są zgarbieni, mieli przyjąć poprawną postawę ciała.

Osoby przypisane do drugiej grupy miały za zadanie zapisywać wszystko co jadły. Jedynie zapisywać – bez wprowadzania do diety jakichkolwiek zmian.

Trzecia grupa była najbardziej liczna, bo badacze byli niemal pewni, że właśnie w niej efekty będą największe. Wydawało im się, że tutaj będą obserwować największy wzrost siły samokontroli. Studenci przypisani do tej grupy mieli za zadanie zmieniać wszystkie negatywne emocje czy nastroje na pozytywne.

Okazało się, że oczekiwania zupełnie się nie sprawdziły. Gdy uczestnicy po dwóch tygodniach wrócili do laboratorium i przeprowadzono szereg badań, które miały za zadanie ocenić zmiany ich siły samokontroli, grupa starająca się kontrolować emocje, była jedyną, która nie osiągnęła żadnych efektów. Próby kontrolowania emocji nie przełożyły się na wzrost siły psychicznej. Koniec, kropka.

Znacznie bardziej skuteczne okazało się samo monitorowanie swoich zachowań (zapisywanie tego, co zjadłem). Ale najbardziej skuteczną, zwycięską strategią, była ta pierwsza, wiążąca się ze zmianą swoich nawykowych zachowań. Profesor Baumeister pisze:

Ta stara, nudna rada „siedź prosto” okazała się bardziej użyteczna niż ktokolwiek sobie wyobrażał. Poprzez pokonywanie nawyku garbienia się, studenci wzmocnili swoją siłę woli i osiągali lepsze wyniki w zadaniach, które z postawą ciała nie miały nic wspólnego. Poprawa była największa w przypadku osób, które podeszły do zadania najbardziej starannie (co określono na podstawie zapisów w dziennikach, jakie prowadzili studenci, notując ile razy zmuszali się do tego by usiąść czy stanąć prosto).

Skuteczność tej taktyki nie ma związku z postawą ciała. Równie dobrze można wykonywać zupełnie inne zadania. Można kontrolować nawyki słowne. Np. zmusić się do tego by przestać używać przekleństw (jeżeli ktoś używa), albo by przestać wtrącać „wiesz” czy „tak?” Można próbować zmienić dominującą rękę (tzn. wykonywać lewą ręką, to co do tej pory wykonywaliśmy lewą – np. gasić światło, otwierać drzwi, itp.). Samo zadanie nie jest istotne. Ważne jest by regularnie pokonywać własną bezwładność.

Wybierając coś do ćwiczeń, pamiętaj o odpowiednim poziomie trudności. Z jednej strony to nie może być zadanie banalnie proste, coś co automatycznie wejdzie w krew i o czym szybko zapomnisz. Zadanie musi wiązać się z jakimś wysiłkiem. Inaczej siła nie będzie rosła.

Z drugiej jednak strony, to nie powinno być coś zbyt ciężkiego (jeżeli traktujemy nasze zadanie jako trening). Jeżeli zadanie będzie wymagało od nas ustawicznego skupienia, mobilizacji i poświęcania wielu sił, możemy w efekcie się przetrenować. Zabraknie nam siły na inne rzeczy.

Jeżeli jednak dobrze wybierzemy, możemy spodziewać się zaskakujących rezultatów. Po pierwsze wykonywanie takiego drobnego ćwiczenia bardzo często działa jak coś w rodzaju stymulujących witamin. Nagle przybywa nam siły w innych obszarach życia. Gdy kontroluję swoją postawę ciała czy sposób wysławiania się, okazuje się, że znacznie łatwiej jest mi ćwiczyć, uczyć się czy zdrowo odżywiać. Wzrost samodyscypliny w jednym obszarze życia pociąga za sobą analogiczny wzrost w innym.

Po drugie, takie dwutygodniowe ćwiczenie, jak pisze Baumeister

..może być dobrą rozgrzewką, przed podjęciem większego wyzwania jak, rzucenie palenie czy ograniczenie wydatków.

Nie próbowałem, ale myślę, że to rzeczywiście może zadziałać. Zanim rzucisz palenie, przez tydzień czy dwa, robisz coś wymagającego mniejszego samozaparcia, by zwiększyć swoje umiejętności. Gdybym sam miał problemy ze zmianą jakiegoś rodzaju nawyków, zacząłbym prawdopodobnie od takiej rozgrzewki.

Książka Baumeistera (Willpower: Rediscovering the Greatest Human Strength), z której pochodzą te cytaty wyszła jakiś miesiąc temu. Trafiła już na listy bestsellerów, jako coś przełomowego. Jednak Baumeister nie pretenduje do roli odkrywcy. Raczej kogoś, kto reaktywuje stare techniki. To wszystko są stare zasady, tyle że zapomniana na kilkadziesiąt lat. William James ponad 100 lat temu pisał:

Przez codzienne drobne ćwiczenia podtrzymuj w sobie zdolność do wysiłku. To znaczy: w rzeczach drobnych i małej wagi systematycznie spełniaj małe bohaterstwa, codziennie zrób coś trudnego, tylko dlatego, że jest to trudne, abyś w chwili, gdy cię spotkają wielkie przeciwności, znalazł potrzebną siłę i sposób by się z nimi zmierzyć. Tego rodzaju ascetyzm jest czymś w rodzaju ubezpieczenia, opłacanego od domu i ruchomości. Wnoszona opłata na razie nie przynosi żadnych korzyści, a może nawet nie zwróci się nigdy; lecz jeżeli nawiedzi nas pożar, dzięki niej unikniemy ruiny. Tak samo dzieje się z człowiekiem, który nawykł do skupiania uwagi, energii, wytrwałości i panowania nad sobą w sprawach codziennych. Stać on będzie jak wyniosła wieża, gdy wszystko się zachwieje koło niego, a ludźmi wątlejszej natury, niby liśćmi wiatr będzie pomiatał.

Dlaczego strategia małych ćwiczeń jest taka skuteczna? Po pierwsze sprawia, że nasza siła wewnętrzna wolniej się wyczerpuje. Dzięki ćwiczeniom rośnie nasza zdolność do długotrwałego wysiłku. To podstawowa korzyść. Myślę jednak, że ważne są jeszcze dwa czynniki.

Nie bez znaczenia jest sam sukces. Nawet, jeżeli jest to sukces w małej rzeczy, dzięki niemu czujemy się bardziej pewni siebie. Jeżeli udało mi się jedno, to uda mi się i drugie.

Ogromnie ważne jest także to, o czym pisał James: dzięki takim ćwiczeniom nawykamy do skupiania uwagi. Przywykamy do pamiętania o tym co dla nas ważne i do przywoływania tego do pamięci. To z tego powodu, nawet samo monitorowanie własnych zachowań podnosi naszą zdolność panowania nad nimi. Wykonując te drobne ćwiczenia trenujemy przede wszystkim naszą uwagę. A jak pisze James wysiłek woli jest wysiłkiem uwagi.

Dzisiaj tyle. Jeżeli ten temat jest dla Ciebie interesujący, proszę o sygnał. Z chęcią do niego powrócę i pokaże inne techniki.


Autor zdjęcia „Nie garb się”

Siła i szacunek dla przeciwnika

Siła i szacunek dla przeciwnika

Opublikowano 15 września 2011 | By | Kategorie: Siła życiowa | 37 komentarzy

Mam dowody na prawo przyciągania...

Nic mi nie stanie na przeszkodzie?

Gdyby nasze przedsięwzięcia przebiegały tak, jak sobie tego życzymy, żylibyśmy w bajkowym świecie. Każdy miałby to, o czym by tylko zamarzył. Zarabialibyśmy tyle ile nam tylko potrzeba (a nawet ile nam nie potrzeba), podróżowaliśmy tam, gdzie tylko byśmy chcieli. Nasze obrazy, książki, zdjęcia czy muzyka docierałby do ludzi na całym świecie i wzbudzały powszechny podziw. Mielibyśmy wokół siebie samych kochających i rozumiejących bliźnich. Żylibyśmy jak we śnie. Nie spotkałem ludzi, którzy nie chcieliby lepszego życia, którzy nie nosiliby gdzieś w środku planów, że kiedyś to zmienią, że coś zrobią, że się za to wezmą. Jeżeli myślisz, że twoje wielkie marzenia, plany czy aspiracje wyróżniają cię spośród innych ludzi, masz chyba zbyt negatywną koncepcję człowieka. Nie różnią cię. Każdy chce żyć lepiej. Każdy przynajmniej raz próbuje. Gdyby tylko wszystko było tak, jak to sobie wyobrażamy …

Niedawno dostałem list od oburzonego czytelnika Efektu jojo, któremu bardzo nie podobało się, że naśmiewam się z tzw. prawa przyciągania (tzn. z twierdzenie, że nasze wyobrażenia i przekonania mają moc sprawczą). Jak to – napisał – przecież ja mam dowody, że to działa! Wyobraziłem sobie, że będę mieć same piątki na świadectwie i miałem pod koniec roku same piątki!

Byłem w kropce, gdy to przeczytałem. Chciałem mu odpisać:

Chłopcze, to miłe, że masz piątki na świadectwie. Ja rzadko miałem takie dobre świadectwo. Gdy przypominam sobie czasy, gdy jeszcze ktoś mi wystawiał oceny, nigdy posiadanie piątek nie było najważniejszą rzeczą. Owszem, to było miłe. Ale ten cel nie mieścił się nawet w pierwszej dziesiątce moich marzeń. Pamiętam, że najważniejsze było np. zostać aktorem i wystawić wspólnie z kolegą sztukę Becketa (ćwiczyliśmy do upadłego jedną ze sztuk ledwie rozumiejąc, o co chodzi); zdobyć dziewczynę, która mi się podoba (średnio wyszło, bo mojemu przyjacielowi również się podobała, w końcu obydwaj, po wielu dramatycznych zwrotach akcji daliśmy sobie z nią spokój); zagrać na gitarze kilka standardów jazzowych (bolały paluszki, oj bolały…); napisać powieść (coś tam napisałem, ale całe szczęście zgubiłem zeszyt); a nawet – to marzenie trwało bardzo długo – uciec z kolegą przez zieloną granicę i zacząć podróż wokół świata (niestety nie udało się, choć przygotowania były zaawansowane).

Zgodzisz się chyba, że oceny na świadectwie to pierdoła w porównaniu z rzeczami, które są naprawdę ważne. Spróbuj osiągnąć coś naprawdę ważnego i wtedy będziemy rozmawiać. Nie piszę książek dla ludzi, którzy mają tak głupie cele jak piątki na świadectwie czy znalezienie piórka na ulicy (to jeden z przykładów z książki o prawie przyciągania). Piszę dla ludzi, którzy mają jaja, by chcieć czegoś, co naprawdę się liczy, by chcieć czegoś, co wprowadza w życie istotną różnicę. Gdy odważysz się na to i naprawdę postanowisz po to sięgnąć, gdy przestaniesz próbować czy działa czy nie działa, być może zobaczysz coś dziwnego. Problem z twoim prawem przyciągania jest taki, że gdy go stosujesz na próbę – często ci się „sprawdza”. Wszystko się zmienia, gdy chcesz czegoś naprawdę istotnego.

Nie napisałem mu tego jednak. Dawno temu przyjąłem zasadę by nie mówić ludziom rzeczy, na które absolutnie nie są gotowi. Po co sprawiać przykrość? Niech będzie, że jestem, jak napisał, typowo polskim autorem, który tylko narzeka. Wiem, że któregoś dnia – mam nadzieję, niedługo – ten człowiek postawi przed sobą cel, który jest naprawdę warty zachodu. I nagle okaże się, że samo życzenie to zbyt mało. Okaże się, że Norman Vincet Peale i Napoleon Hill, ojcowie pozytywnego myślenia, którzy od kilkudziesięciu lat ciągle przekonują, że wystarczy mocno chcieć, nie mają racji. Nie wystarczy chcieć. Nie wystarczy pragnąć. Nie wystarczy marzyć.

Regułą jest to, że nic nie przebiega tak, jak to sobie wymarzymy czy wyobrazimy. Czasem zdarzają się wyjątki i zbiegi okoliczności. Ale tylko głupiec liczy na przepadek. Czy ten człowiek będzie miał odwagę przyznać, że się mylił? Tego nie wiem. Teraz, póki nie odniósł porażki nie da się przekonać. Zafundowałem mu małą porażkę – skasowałem jego maila bez odpowiedzi. Pewnie wyobrażał sobie, że odpiszę. Boję się jednak, że to zbyt mało by się obudził i zaczął walczyć o coś ważnego.
Zupełnie inne prawo

Zupełnie inne prawo

Sukces nie jest kwestią tego, czy dobrze sobie coś wyobrażę czy nie. Nie jest kwestią tego czy obraz jest dość żywy i zmysłowy, czy też, jak mocno w niego wierzę. To nie jest kwestia tego czy opowiem o tym komuś innemu czy nie. Oczywiście życzenie, pragnienie, wizualizacja to cenne rzeczy . Ale dopiero wtedy, gdy pogodzimy się z tym, że nie istnieje żadna droga na skróty. Że nasze wyobrażenia nie przyciągają żadnych metafizycznych, kwantowych czy jakichkolwiek innych sił, które mają za zadanie nam służyć. Wiara w sprawczą moc wyobrażeń jest cechą psychicznych słabeuszy. Jest efektem z jednej strony bezmyślności, bezwładności myślowej, dziecięcego myślenie magicznego i tendencji do podążania za stadem. Z drugiej natomiast strony, efektem cwaniactwa i sprawności marketingowej ludzi, którzy „przyciągają” bogactwo każąc sobie słono płacić za książki i występy.

Nie ma żadnych magicznych praw. Jeżeli jednak bardzo potrzebujesz jakiegoś prawa, mam coś dla ciebie. Aby brzmiało dość poważnie i naukowo sięgnę do fizyki. To prawo, sformułował najpierw Galileusz a później Newton. Brzmi ono (dla tych, którzy lubią zadać nieco szyku cytuję w oryginalne):

Corpus omne perseverare in statu suo… nisi quatenus illud a viribus impressis cogitur statum suum mutare.

To pierwsza zasada dynamiki, która mówi, że ciało pozostaje w swoim stanie dopóki przyłożone siły nie zmuszą go do zmiany. Jeżeli na podłodze mojego pokoju stoi paczka z książkami, nie przesunie się sama w róg pokoju. Będzie trwała w swoim stanie, póki się nie schylę i nie przyłożę do niej siły większej od jej oporu (bezwładności i tarcia). Bez siły nie ma zmiany. Bez siły corpus omne perseverare in statu suo – każde ciało pozostaje w swoim stanie. Pierwsza zasada dynamiki Newtona jest zasadą oporu i siły. Nie wiemy dlaczego obowiązuje, ale wiemy, że z dziwnych powodów jakakolwiek zmiana wymaga pokonania oporu. Tym, co pokonuje opór jest siła.

To prawo obowiązuje na wszystkich możliwych płaszczyznach. Jeżeli nie użyjesz siły, wszystko zostanie tak jak zwykle. Skąd bierze się siła? Z naszej energii wewnętrznej. Sama nazwa tego bloga jest obietnicą pojawienie się oporu. Po co by ci była energia, gdybyś nie musiał napotykać na opór? Im więcej chcesz osiągnąć, tym większy opór. Oporu nie pokonasz przez marzenie. Opór pokonuje siła. Aby coś zmienić, musisz działać totis viribus – ze wszystkich sił (zwróć uwagę, że słówko viribus – siły, to zarówno nasze siły, jak i siły fizyczne).

 

Marzenie nadaje kierunek i nic poza tym nie załatwia

Tak, marzenie też się liczy

To, że tylko przyłożona siła może pokonać tarcie i bezwładność, nie znaczy, że cel czy marzenie zupełnie się nie liczy. Trzeba wiedzieć, czego się chce, trzeba znać swoje potrzeby. Trzeba umieć zajrzeć do swojego środka. Często takie spojrzenie wymaga wiele wysiłku. Trzeba się przebić przez grube pokłady złudzeń i samooszukiwań.

Osobą, która jako jedna z pierwszych zaczęła o tym mówić był Freud. Kład ludzi na kozetce i ułatwiał im dotarcie do własnych potrzeb ukrytych pod wierzchnimi warstwami psychiki. Ponieważ najczęściej były to potrzeby seksualne, Freud doszedł do wniosku, że źródłem naszej energii jest pociąg płciowy, a źródłem problemów jest sposób, w jaki tłumimy w sobie tą energię.

Miał rację w tym, że chodzi o energię. Nie miał racji, że chodzi tylko o seks. Takie były czasy i z tym ludzie (albo przynajmniej ci, którzy przychodzili do Pana Zygmunta) mieli problemy. Dziś wiemy, że nasza wewnętrzna energia znacznie wykracza poza libido (pociąg płciowy).

Jest jednak jeszcze jedna kluczowa różnica. Freud i pierwsi psychoanalitycy pracowali w totalnie innych warunkach, nie tylko ze wzglądu na rodzaj ukrytych wewnątrz nas potrzeb.
To naprawdę było nieco inne czasy

Grzejniki w środku Afryki

Ludzie epoki wiktoriańskiej rzadko mieli kontakt ze swoim wnętrzem. Nie wiedzieli czego naprawdę pragną. Trudno im było przebić się przez własne skorupy ochronne. Gdy jednak udawało im się to wreszcie zrobić, gdy (jak mówią w żargonie psychoanalitycznym) osiągali wgląd, wiele w ich życiu się zmieniało (przynajmniej w przypadku niektórych z nich, bo od początku terapia Freuda nie była zbyt skuteczna). Obserwując ich z boku moglibyśmy pomyśleć, że przyczyną zmiany był właśnie wgląd – tzn. wyciągniecie na wierzch i wyklarowanie ukrytych wewnątrz pragnień. Miej odwagę pragnąć, a będziesz zdrowy – tak moglibyśmy to skwitować.

Trzeba jednak pamiętać o jednym. To byli zupełnie inni ludzie. Epoka wiktoriańska była epoką silnej woli – ustawicznego treningu, samodyscypliny i samokontroli. Oczywiście ten nacisk na samokontrolę prowadził często do parodii – schorzeń psychicznych, braku naturalności czy fałszu – tego wszystkiego za co nie lubimy czasów królowej Wiktorii. Nie mniej jednak, ci ludzie dysponowali na skutek wychowania w określonych warunkach innymi możliwościami niż my.

Niektórzy psychoanalitycy zaczęli sobie to uświadamiać już w latach pięćdziesiątych. Roy Baumester, w nowiutkiej książce Willpower: Rediscovering the Greatest Human Strength, tak relacjonuje poglądy jednego z nich:

Allen Wheelis i jego koledzy odkryli, że ludzie osiągali wglądy szybciej niż w czasach Freuda. Potem jednak terapia grzęzła i kończyła się porażką. Bez twardego charakteru z epoki wiktoriańskiej, ludzie nie mieli siły by wykorzystać wgląd i zmienić swoje życie.

Cały kierunek zwany pozytywnym myśleniem jest niczym innym niż formą psychoanalizy. Jest to jednak technika totalnie nietrafiona do naszych potrzeb. To tak, jakby ktoś chciał montować grzejniki w Afryce. Owszem grzejniki to ważna rzecz, przydają się gdy jest chłodno. Ale po co montować kaloryfery, gdy temperatura nigdy nie spada poniżej dwudziestu pięciu stopni?

Dziś po serii kolejnych generacji skupionych tylko na swoich potrzebach i na robieniu sobie dobrze, po wielkim, marketingowym praniu mózgu, mówiącym, że życie musi być lekkie, łatwe i przyjemne, to stare podejście staje się jeszcze bardziej nieaktualne.

Owszem, wiemy czego pragniemy. Łatwo nam odkryć czego nam w życiu potrzeba. To dobrze. Ale twój problem polega na tym, że nie masz siły by wdrożyć to w życie. Jesteś bezradny. Osiągnąłeś wgląd i czekasz by wszystko się zmieniło. Tymczasem świat stawia opór. Taka jest jego natura.

Znasz siebie znacznie lepiej niż twoi pradziadkowie i prababki. Znasz tysiąc razy więcej przyjemności niż oni. Wiesz, co ci w duszy gra. Ale co z tego, skoro nie znasz swoje siły? Co z tego, skoro nie umiesz jej użyć?. Zamiast się jej uczyć ćwiczysz się w czymś, w czym i tak jesteś aż zanadto dobry: w fantazjowaniu i rozbudzaniu pragnień.

Nie mówię, że ślepa, wiktoriańska siła była czymś mądrym. Była tak samo głupia (a może nawet bardziej) jak dzisiejsze dogadzanie sobie bez opamiętania.

Mądrość polega na po łączeniu tych dwóch rzeczy: odwagi do tego by mieć pragnienia i siły do tego by je realizować.

Gdyby nasze przedsięwzięcia przebiegały tak, jak sobie planujemy, żylibyśmy w bajkowym świecie. A ponieważ zawsze napotykamy opór, tylko ci żyją jak w bajce, którzy mają dość siły bo go pokonać.

Sorry, to nic osobistego, ale mam zamiar obić ci gębę... nazywam się Opór. Twój Opór..

Doceń przeciwnika

Opór to poważny przeciwnik. Jeżeli chcesz go pokonać, zacznij od tego by nabrać przed nim respektu. Nie ma lepszego prezentu dla przeciwnika niż jego niedocenianie.

- E… taki przeciwnik… jednym palcem go pokonam, nie ma co się przejmować – mówi do siebie piłkarz albo bokser i zbiera cięgi. Przeciwnik nie został doceniony. Okazał się silniejszy. To najgłupszy rodzaj przegranej. Taki rodzaj klęski, który nie wzbudza współczucia. Jeżeli aż tak jesteś pyszny, jeżeli aż tak wierzysz w swoją wielkość i szczęśliwą gwiazdę – należy ci się przegrana. Ci, którzy odnoszą sukcesy nigdy nie pozwalają sobie na to by nie doceniać przeciwnika. Są na to zbyt mądrzy.

A co powiedzieć o kimś, kto jest przekonany, że w ogóle nie ma żadnego przeciwnika? Mam swoje marzenie i ono jakoś się zrealizuje. Nic nie stanie na przeszkodzie. Po prostu będzie tak jak chcę, wystarczy, że uwierzę.

To bardzo, bardzo na rękę dla Oporu. Pan Opór się cieszy. Im łatwiejszych sukcesów oczekujesz, tym łatwiej pokonają cię choćby niewielkie trudności. Im mniejszej ilości problemów się spodziewasz, tym mniejszy problem cię wytrąci z równowagi.

Lepiej przyjmij z góry, że po drodze spotkają cię trudności. Że wiele razy okaże się, że wszystko i wszyscy są przeciw tobie. Że nie będziesz mieć siły. Że będziesz mieć ochotę się wycofać. Że będziesz mieć ochotę machnąć na to wszystko ręką. Że zaczną ci wpadać do głowy inne pomysły na to czym by się zająć. Że raz po raz będziesz kuszony, często ponad swoje siły.

Zamiast fantazjować o świecie pozbawionym oporu, w którym marzenia realizują się tylko dzięki temu, że mocno chcesz, załóż z góry, że będziesz musiał się zmierzyć z bardzo mocnym przeciwnikiem. Owszem, ciesz się początkową energią, motywacją i radością. Jeżeli je czujesz, nie psuj ich, ale pamiętaj, że ścieżka nie zawsze będzie wiodła w słońcu.

Przygotuj się na to, bo najgorszym sposobem korzystania z siły jest dziwienie się, że nie jest tak jak chciałeś. Zamiast użyć swojej siły do tego by przebić się na drugą strony, marnujemy ją na trwanie w szoku, że przeszkody są tak wielkie.

- O nie, jak tak można, to niesprawiedliwe, dlaczego mi się to przydarza, dlaczego jestem tak poszkodowany, dlaczego inni maja łatwiej – nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele energii ulatnia się podczas narzekania na coś, co jest oczywiste i naturalne. Człowieku, wyobrażasz sobie, że mistrzem świata zostaje się wychodząc na pusty ring? Bądź pewny, że gdy wyjdziesz na ten ring, znajdzie się tam ktoś, kto obije ci twarz. Jeżeli uważasz, że to niesprawiedliwe, może lepiej nie wychodź na środek.

Samo zdziwienie przeciwnościami i protesty można by było jeszcze jakoś znieść. Najbardziej energochłonne jest udawanie, że nic się nie dzieje. Leją cię po gębie, a ty uśmiechasz się i mówisz: hm.. jaki miły wiatr… to chwilowe problemy, nic wielkiego, będzie lepiej…

Tak, tak, oczywiście, że chwilowe. Zaraz padniesz na deski i tyle z ciebie zostanie. Znam człowieka, który miał salon kosmetyczny. W biznesplanie wszystko było super. Człowiek był optymistą. Niestety klienci widocznie nie czytali biznesplanu, bo się nie zastosowali. Optymista był ciągle dobrej myśli. Będzie lepiej! To tylko lekki przeciwny wiaterek. Bach, bach, bach… nokaut. Nawet nie trzeba było liczyć.

Czy wiesz jak mocnym przeciwnikiem jest opór, z którym przyjdzie ci się zmierzyć? Tak mocnym, że nie raz będzie ci się wydawało, że nie dasz rady. Nawet, gdy będziesz walczył z pełnym zaangażowaniem, co rusz znajdziesz się na deskach. Pozbawiony sił, pełny smutku, poczucia samotności, oszołomiony, czujący się jak w więzieniu…

Ale gdy znajdziesz się w takim momencie pamiętaj proszę o czymś, co napisał Steven Pressfield w książce o oporze (The War Of Art: Winning the Inner Creative Battle) :

Pokonywanie oporu jest jak rodzenie. Wydaje się absolutnie niemożliwe, dopóki nie przypomnisz sobie, że kobiety robią to z pomocą lub bez od pięćdziesięciu milionów lat.

Tak, opór jest możliwy do pokonania. I tobie też to się uda. Nie trać czasu na rozpaczanie, zaprzeczanie czy fantazjowanie. Użyj wszystkich swoich sił, by przebić się wprost na drugą stroną. Totis viribus.

Masz silną czy słabą psychikę?

Masz silną czy słabą psychikę?

Opublikowano 09 września 2011 | By | Kategorie: zdrowe emocje | 23 komentarze

Co on tu?

Niedziela, wczesny ranek (tak gdzieś w okolicach dziesiątej). Przystanek tramwajowy. Ech… ciężkie jest życie… Dlaczego nic nie jedzie? Warto sprawdzić rozkład. Na środku grupa emerytów, którą trzeba ominąć. Dokładnie wtedy, gdy przechodzę obok, korpulentna pani z usztywnioną siwą fryzurą nachyla się do swojego kolegi, starszego pana w kremowej czapce z daszkiem. Niby tak poufnie, ale mówi głośno, żeby wszyscy słyszeli. Tak się składa, że wprost do mojego ucha:

- Co on będzie tu pieprzył, że psychika go załamuje!

Moje ciało automatycznie przyjmuje postawę obroną, pięści same się unoszą. Co, boks będzie? Nie… Pani odwraca się wcale mnie nie zauważając.

Psychika go załamuje? Hm… ma pani, pani starsza rację. Niech on lepiej nie pieprzy takich głupot. Ale czy panią, nigdy psychika nie załamuje? Być może jest pani wyjątkiem, ale wie pani co? Większość z nas ta pieprzona psychika załamuje.

Nie wiem, kim jesteś. Może przedsiębiorcą. Może dopiero się przygotowujesz, żeby zrobić karierę. Może chcesz odnieś sukces finansowy. A może wcale nie. Może zależy ci po prostu na tym, szczęśliwie i spokojnie żyć w rodzinie. Nie ważne. Jedno jest pewne: potrzebujesz mocnej psychiki. Takiej, która się na załamuje. Nie ma dwóch zdań. Jeżeli masz słabą, być może nie będziesz pieprzył, że psychika cię załamuje, może będziesz znosił to po cichu, ale niewiele osiągniesz. Bez silnej psychiki – nie zajdziesz daleko.

Czy masz mocną psychikę? Czy twoja psychika cię załamuje? Czy twoja psychika sprawia, że twoje życie jest jednym wielkim pasmem nieszczęść i ucieczek? Nie odpowiadaj na te pytania, póki nie wiesz, czym jest słaba psychika.

Pierwszy rodzaj objawów słabości

Gdybyś zapytał psychologa, co to jest słaba psychika mało kto by ci odpowiedział. Wiem, bo sam jestem psychologiem i za psychologów uważa się większość z moich znajomych i współpracowników. Usłyszałbyś byś od nas coś w stylu: nie da się tego tak powiedzieć, psychologia nie posługuje się takimi pojęciami, to zbyt ogólne pytanie, jest zbyt wiele teorii, to nie byłoby naukowe…

Trudno, niech będzie, że to nienaukowe. Od pewnego czasu jednak jestem coraz bardziej przekonany o tym, że siła psychiczna jest jedną z kluczowych rzeczy w naszym życiu. Problem jednak jest taki, że wiele osób absolutnie nie rozumie czym taka siła jest. By to zrozumieć musimy zacząć od słabości.

Są co najmniej dwa typy różnych objawów słabej psychiki. Pierwszy rodzaj to coś, co nam się najczęściej kojarzy ze słabością: lęk, wycofywanie się z przedsięwzięć, szybkie poddawanie się, niestabilność emocjonalna, mnóstwo negatywnych emocji przejmujących nad nami kontrolę.

Weźmy jakiś banalny przykład. Komuś podoba się dziewczyna. Postanawia podejść do niej i zacząć rozmowę. Robi to i dosyć szybko słyszy coś w stylu „spadaj koleś” (co może być powiedziane w bardzo różny sposób, np. nie podobasz mi się albo każdą dziewczynę tak zaczepiasz?)

- O przepraszam… mówi nasz podrywacz i wycofuje się speszony.

Oczywiście to był – jak nazywają to spece od podrywania – shit test. Dziewczyna właśnie sprawdzała (czasem nie będąc nawet tego świadoma) czy kolega jest dość silny by mógł ją w przyszłości ochronić przed niebezpieczeństwami. Szkoda, że się poddał, bo znajomość mogła by być cenna. Kolega nie przeszedł podstawowego testu siły psychiki. Wystarczyło mu powiedzieć parę nieprzyjemnych słów, wystarczyło, że coś nie poszło tak, jak tego chciał, a już pojawiły się w nim wątpliwości, zły nastrój, brak energii…

Potem nasz kolega zapomina o nieudanym podrywie i stwierdza: założę firmę. Idzie ze swoim rewelacyjnym pomysłem do klienta. Co mówi najczęściej klient?

Odpowiedź A: Kochany z nieba mi spadłeś! Czekałem na ciebie całe życie!

Odpowiedź B: Weź spadaj koleś (co oczywiście może być powiedziane na wiele różnych sposobów)

Jeżeli wybrałeś odpowiedź B, wygrałeś nasz konkurs (możesz postawić sobie swój ulubiony napój). Klient – nieważne czy jest to firma, z którą chcesz współpracować, czy klient indywidualny czy szef firmy, w której chcesz się zatrudnić, najczęściej odeśle cię na drzewo. Nie robi tego, jak gorąca laska, by sprawdzić czy nadajesz się na opiekuna jej przyszłego potomstwa, ale zrobi tak. Bo taka jest jego natura.

I co robi nasz słabowity kolega?

- O przepraszam, to ja lepiej zajmę się czymś innym…

Objawem słabości psychiki jest branie do siebie wszystkich przeciwności i wycofywanie się ze swoich zamierzeń przy pojawieniu się pierwszego, lepszego oporu.

Osoba słaba psychicznie przerzuca się z projektu w projekt wszędzie szukając łatwej prostej okazji. Jeżeli nikt nie wita go z otwartymi ramionami, jeżeli to, za co się zabrał nie przebiega tak, jak to sobie wyobraził, zaczyna czuć najpierw rozdrażnienie potem niepokój, potem smutek, potem złość, potem rezygnację (kolejność może być inna). Efekt jest zawsze taki sam: poszukam kogoś, kto mnie zechce… O ile dosyć łatwo znaleźć kobietę, która cię nie odrzuci (jak mówią, nie ma brzydkich kobiet, tylko mało wina) o tyle w biznesie / polityce / sztuce czy jakiejkolwiek innej dziedzinie życia, rzadko się takim osobom udaje.

To był pierwszy rodzaj objawów słabości psychiki: wycofywanie się i załamywanie pod wpływem przeciwności. Osoba silna psychicznie, to nie jest ktoś, kto potrafi znieść jedną czy dwie przeszkody. To ktoś, kto po dziewięćdziesiątej dziewiątej przeszkodzie jest ciągle tak samo świeży jak był na początku.

Te winogrona są kwaśne, a ci co mnie krytykują to nieoświeceni idoci!

Drugi rodzaj objawów słabości

Ten rodzaj jest nieco mniej oczywisty. Ale gdy mu się uważnie przyjrzymy, zobaczymy, że idzie w parze z pierwszym. To sztywne, neurotyczne przekonanie o swoje wielkości i specyficzny rodzaj perfekcjonizmu.

Jeżeli słyszę, jak ktoś mówi:

- Jestem wielki, tylko ja wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Nikt w Polsce / na świecie / w moim mieście nie ma tak dobrze poukładane w głowie jak ja – od razu wiem, że mam do czynienia ze słabą psychiką.

Człowiek o słabej psychice nie potrafi się z siebie śmiać, nie ma do siebie dystansu, nie dopuszcza do świadomości tego, że może się mylić, nie dopuszcza do świadomości tego, że popełnia błędy.

Jego poczucie wielkości jest mechanizmem obronnym, który ma za zadanie kamuflować słabość. Jak to działa?

Wróćmy do naszego podrywacza. Następny quiz. Co mówi sobie po tym, gdy dostał kosza? Oto dwie możliwości:

A) Twarda sztuka, ceni się! Muszę się bardziej postarać!

B) Głupia zdzira, nie będę się zadawał z idiotką!

Jeżeli wybrałeś odpowiedź B, znowu możesz sobie pogratulować (ale nie przesadzaj z tym ulubionym napojem). Już Ezop pisał o tym mechanizmie: lis, który nie mógł dosięgnąć winogron, stwierdził, że na pewno są kwaśne. Ludzie, którzy nas krytykują albo odmawiają nam tego, na czym nam zależy są: idiotami, głupcami, frajerami, nierozgarniętymi palantami, nieświadomymi osobnikami itp.

To samo się dzieje, gdy twój biznes spotka się z oporem klientów: o niewdzięczni! Przecież mam najlepszy w życiu produkt, ale głupota panuje w tym kraju! Jestem dla was za dobry!

Podstawowym objawem słabości psychicznej jest wycofywanie się z zamierzeń, jakie są dla nas ważne. Nie liczy się, czy wycofasz się jęcząc o ja biedy czy też mówiąc głupia zdzira. Wycofujesz się bo nie jesteś w stanie znieś oporu i bólu psychicznego. Przemądrzali cwaniacy są w rzeczywistości potwornie słabi psychicznie. Często grają twardzieli, tak długo póki mają wokół siebie tłum potakujących im ludzi. Można utrzymać łagodzącą wszystkie cierpienia bajkę o byciu kimś absolutnie wyjątkowym. Ale to nie siła. To samooszukiwanie się. Wystarczy popatrzeć co się dzieje, gdy tacy ludzie zostają sami. Nagle widać, jakimi są przeraźliwymi słabeuszami.

Silna psychika

Łatwo sobie teraz odpowiedzieć jak pracuje silna psychika. Człowiek o silnej psychice, to ktoś, kto potrafi radzić sobie z oporem – zarówno tym zewnętrznym, jak i (a może przede wszystkim) wewnętrznym.

Dla takiej osoby przeszkody nie są pretekstem do wyciągania dramatycznych wniosków na swój temat. O jejku… jak ciężko, to może dam sobie spokój, może poszukam czegoś innego, może znajdę jakiś inny sposób na życie.

Bardzo podoba mi się to, co powiedział Leonardo DiCaprio w jednym z wywiadów, a co wcześniej powiedział mu jeden z reżyserów, z jakim pracował:

Ból jest chwilowy, film zostanie.

Czasem wydaje nam się, że filmy, książki, wielkie przedsiębiorstwa, stabilne małżeństwa (i cokolwiek innego warto tworzyć) są zsyłane z nieba. Ot tak powstają sobie przy okazji, w wygodnej atmosferze i z lekkością poranka. Bzdura. Za większością wielkich rzeczy stoi jakiś psychiczny siłacz, który umiał sobie powiedzieć: ból mija, to co ważne zostaje!

Osoba silna psychicznie to także ktoś, kto ma dystans do siebie: nie traktuje swoich poglądów, oczekiwań i wyobrażeń jak prawd objawionych. Umie uważnie słuchać tego, co mówią inni, nie krytykując ich i nie ucząc ich swojej, jedynej prawdy. Umie się śmiać z siebie, zna swoje ograniczenia i słabości. Umie się uczyć, gdy ludzie go krytykują i wytykają mu błędy. Dzięki temu dobrze zna swoje granice. Wie w czym jest dobry a w czym sobie jeszcze nie radzi.

To ktoś, to umie także cenić innych ludzi, nawet wtedy, gdy dostaje od nich shit test. Klienci, którzy nie chcą z nim robić interesów, to nie są głupcy, ale ludzie, których trzeba nauczyć się rozumieć. To nigdy nie jest człowiek, jedyny w kraju, mieście czy na świecie. Gdy go zapytasz, czy jest jedyny, zazwyczaj powie:

- Coś ty, jest wielu takich jak ja! Podziwiam ich i uczę się od nich.

Siła psychiczna, najprościej mówiąc jest zdolnością do pokonywania oporów i przeciwności. Im silniejszy psychicznie jesteś, tym lżej i z większą świeżością radzisz sobie z niepowodzeniami, niechęcią, odmowami, własnymi błędami, własnym lenistwem czy biernością – tym wszystkim, co składa się na opór psychiczny.

A opór jest obecny wszędzie i zawsze. Tak samo jak przesunięcie jakiegokolwiek ciężaru wiąże się z pokonaniem oporu fizycznego, każde nasze przedsięwzięcie wymaga pokonania oporu psychicznego. Im większy ciężar, tym większy opór. Im większe przedsięwzięcie tym większy opór psychiczny.

Wiedza czy siła?

Nasza zdolność do pokonywania tego oporu nie jest kwestią posiadania odpowiednich przekonań, jakiegoś rodzaju obrazów psychicznych czy pozytywnego podejścia do życia. To jeden z błędów, w jakie wpadają wyznawcy różnego typu dróg na skróty. Przeczytałem mądrą książkę i teraz już wszystko wiem. Moje życie się zmieni! Mam więcej siły psychicznej. Przekonania są ważne, ale same przekonania niewiele zmieniają.

To tak, jakbyś przeczytał książkę o jakimś niezwykłym siłaczu, który łamie sztaby żelaza i stwierdził, że teraz też będziesz je łamał. Zdolność do pokonywania oporu to nie tylko kwestia przekonań. Nie to jest kwestią poznania jednej czy dziesiątej techniki. To jest kwestia siły!

Jak twierdzi profesor Roy F. Baumeister, nasza zdolność do wolicjonalnego działania funkcjonuje tak, jak mięśnie. Z jego badań nad tzw. ego depletion wynika, że gdy robimy trudne rzeczy stopniowo wyczerpujemy swoje wewnętrzne zasoby.

Jeżeli nasze zasoby psychiczne działają jak mięsień, to znaczy, że każdy z nas dysponuje różnym poziomem siły. Są przecież ludzie o mocniejszych i słabszych mięśniach.

Czy to jest wrodzone?

Człowiek nie rodzi się z silną lub słabą psychiką. Tak samo jak nie rodzi się silny lub słaby fizycznie. Oczywiście rodzą się tacy, którzy mają większe predyspozycje do tego by stać się siłaczami. Ale mało jest osób, które nie mogą stać się silne.

Siła mięśni jest przede wszystkim efektem ćwiczeń. Tak samo jest z siłą psychiczną. A w jaki sposób ćwiczyć?

Na to pytanie spróbuję odpowiedzieć w następnym tekście. Przedstawię tam 6 praktyczny zasad dbania o swoją siłę psychiczną.

Nowe szkolenie

Nowe szkolenie

Opublikowano 15 czerwca 2011 | By | Kategorie: szkolenia | 17 komentarzy

Wiara w siebie

(zdjęcie: JPhilipson)

Jakiś czas temu zadałem na tym blogu pytanie:

Czy prowadzisz takie życie, jakie chciałabyś prowadzić? Jeżeli nie do końca, jakie wewnętrzne przeszkody najbardziej ci to utrudniają?

Czy ktoś zgadnie, jaki powód wybierany był najczęściej? Krytyka? Brak wsparcia? Brak odpowiednich warunków? Rozpraszanie się? Zmęczenie i zniechęcenie?

Nic z tych rzeczy.

Problemem numer jeden, wybieranym przez ponad 60% osób odpowiadających na ankietę było stwierdzenie:

Mam za dużo wątpliwości na swój temat, brakuje mi wiary w siebie.

Długo zastanawiałem się, co z tym zrobić. Jeżeli ktoś przeczytał parę moich tekstów, wie, że nie jestem fanem skupiania się na sobie i obracania się wokół swojego ogona. Wiele z naszych problemów znika, gdy zamiast marynować się w sosie własnym, zwracamy większą uwagę na innych ludzi i świat. Wątpliwości w dużym stopniu są artefaktem – sztucznym produktem naszego gorącego pragnienia by wszystko było takie, ja sobie wymyślimy.

Dlatego jedną z najlepszych rad, jaką można dać osobom sparaliżowanym przez wątpliwości i brak wiary w siebie jest po prostu działanie. Zacznij działać, skup się na tym, co masz do zrobienia, a wątpliwości same znikną.

Z drugiej jednak strony wątpliwości nie zawsze są efektem zaaferowania sobą. Poza tym, nie zawsze łatwo jest przenieść uwagę na zewnątrz. Byłbym oszustem, gdybym twierdził, że rada po prostu to zrób komuś niezmiernie pomaga (oprócz tych, którzy każą sobie za nią płacić).

Byłbym też oszustem, gdybym twierdził, że wątpliwości pod swoim adresem to banalnie prosta sprawa. Jest cały szereg zjawisk nieco bardziej skomplikowanych. Np. tzw. syndrom oszusta (impostor syndrome) – poczucie, na które cierpi wiele odnoszących sukcesy osób. Ludzie ci, choćby święcili największe tryumfy, czują się wciąż nic nie warci, wydaje im się, że całe uznanie, jakie ich spotyka to tylko efekt pomyłki, że lada dzień ktoś się na nich pozna i że zostaną zdemaskowani jako oszuści.

Po przemyśleniu sprawy, postanowiłem jednak podjąć się tematu. Wątpię czy mi się to uda. Nie mam mocnego poczucia wiary w siebie. Czyli idealnie! Idealny moment by wziąć byka za rogi, albo – jak sugeruje ilustracja – skoczyć w przepaść.

Czy ktoś zechce przyłączyć się do mnie? Czy ktoś zechce razem ze mną, w ciągu dwóch tygodni przebyć drogę od wątpliwości do wolności?

Nie obiecuję, że wolność będzie polegała na braku wątpliwości. Wolność polega na możliwości prowadzenia takiego życia, na jakie nam zależy, niezależnie od wewnętrznych barier jakie stoją na naszej drodze. Tak jak odwaga polega często na robieniu rzeczy, których się człowiek boi, tak samo prawdziwa pewność siebie polega na działaniu mimo wątpliwości pod swoim adresem.

Zapraszam na szkolenie on-line pod tytułem:

Od wątpliwości do wolności. Jak radzić sobie z wątpliwościami i brakiem wiary w siebie?

W trakcie szkolenia nie będziemy się zajmowali ani NLP, ani pozytywnymi afirmacjami ani żadnymi cudownymi rozwiązaniami współczesnej psychopapki. Gdyby takie rozwiązania były skuteczne, nie sądzę, by 60% osób wymieniło brak wiary w siebie, jako coś, co blokuje ich twórcze życie. Gdyby sprawa była tak banalnie prosta, że wystarczyłoby parę wizualizacji, parę formułek, kilka strzelistych aktów „wiary w siebie”, niewiele osób tkwiłoby w marazmie.

Zajmiemy się czymś zupełnie innym. To będzie raczej sztuka robienia kroku w pustkę, bez żadnej pewności, że po drugiej stronie jest jakieś oparcie.

Wiara w siebie to ryzyko a nie  nastrój

Szkolenie zacznie się za tydzień, 23 czerwca 2011 i potrwa przez dwa tygodnie, do 7 lipca. Na specjalnej stronie, codziennie, przez 6 dni w tygodniu (oprócz niedziel) będzie pojawiał się nowy materiał. Będzie to nagranie video, tekst oraz ćwiczenia (czasem będzie to jedna z tych rzeczy). Oprócz tych materiałów, przez czas trwania kursu będzie działać prowadzone przeze mnie forum dyskusyjne. Trzy razy odbędzie się konferencja on-line (możliwość zadawania pytań na żywo i brania udziału w dyskusji). Będę także odpowiadał na maile z pytaniami od uczestników. Szkolenie – przez całe dwa tygodnie – będzie odbywało się absolutnie na żywo. Będę na bieżąco reagował na problemy i pytania uczestników. Dopiero następna wersja będzie odtwarzana. Nie muszę chyba przekonywać, że takie żywe szkolenia, mimo być może technicznych potknięć są znacznie cenniejsze niż słuchanie starych taśm.

Szkolenie – w odróżnienie od tego, które robiłem w tamtym roku – będzie płatne. Koszt udziału wynosi 59 zł. Obowiązuje zasada satysfakcji. Gdy ktoś stwierdzi, że nie jest zadowolony ze szkolenia, że niczego istotnego się nie nauczył – zwrócę całość kwoty. Nawet, gdy stwierdzi to po zakończeniu.

Jak się zgłosić? Za pomocą tego prostego formularza, podać mi swój adres e-mail i imię. Ponieważ nie mam w tym momencie jeszcze ustawionych wszystkich szczegółów technicznych, formalne zapisy będą później  (kiedyś człowiek był perfekcjonistą, ale to chyba minęło) .

Podanie adresu nie zobowiązuje do zapłacenia czegokolwiek (w każdym momencie można wypisać się z listy, albo nie wziąć udziału). Nie jest także gwarancją, że szkolenie się odbędzie – jeżeli nie zbierze się odpowiednia grupa, odwołam projekt. Będzie to jedynie informacja dla mnie (bardzo ważna, bo na jej podstawie podejmę ostateczną decyzję) oraz rezerwacja miejsca na liście uczestników (z wielu względów liczebność pierwszej grupy uczestników tego szkolenia będzie ograniczona).

Jeżeli jesteś zaintresowana/y udziałem, wypełnij ten formularz:
  1. (wymagane)
  2. (wymagany ważny e-mail)
 

cforms contact form by delicious:days

Szukając eleganckich rozwiązań

Szukając eleganckich rozwiązań

Opublikowano 08 czerwca 2011 | By | Kategorie: Krótko | 13 komentarzy

Pewnie jest wiele rzeczy, których powinienem się nauczyć. Ale jest jedna rzecz, absolutnie najważniejsza. Jeżeli jej nie opanuję na dość dobrym poziomie – marne mam szanse zrobić w życiu coś ważnego.

Piszą o niej m.in. Jason Fried i David Heinemeir Hansson w Rework (jeżeli ktoś nie zna tej książki, to nie przeczytał nic na temat efektywnej pracy).

Piszą oni, że gdy mamy jakiś problem do rozwiązania możemy próbować sobie z nim poradzić na dwa sposoby. Pierwszy to siłowy, poprzez gimnastykę intelektualna i robienie wszystkie „tak jak trzeba”. Drugi to sposób judo – szukanie rozwiązania, które wiąże się z maksymalnym efektem i minimalnym wysiłkiem.

Można mówić o judo – ja wolę mówić o elegancji. Chodzi o to, że zbyt rzadko poszukujemy eleganckich rozwiązań. Elegancja to zdolność numer jeden w każdej dziedzinie życia. Tak samo w sztuce, jak i biznesie, tak samo w wychowywaniu dzieci, prowadzeniu domu jak i projektowaniu nowych produktów i storn internetowych.

Eleganckie rozwiązanie to takie, które jest proste, minimalne, pozbawione napięcia i siłowania się. Eleganckie rozwiązanie to takie, które pozwala osiągnąć wiele, minimalnymi kosztami.

Niektórzy mówią i prostocie i braku kombinowania. To też, ale nie do końca. Prostota, szczególnie w wydaniu internetowym, to bardzo często prostactwo. Kto nie spotkał w Internecie jakiegoś prostaka ogłaszającego swoje proste techniki pokonania wszystkich problemów? Właśnie przed chwilą oglądałem taki występ (tym razem nie po polsku). To nie ma nic wspólnego z elegancją. Kretyni nie znają elegancji.

Do elegancji zdolni są tylko ludzie inteligentni. Ci niestety często tracą życie na siłowaniu się i konstruowaniu najbardziej wymyślnych i skomplikowanych systemów, które potem przewracają się przy lada podmuchu.

I właśnie tego chcę się nauczyć elegancji.

Pytanie jak?

Pierwsza sprawa to pozbyć się perfekcjonizmu. Perfekcjonizm zawsze wiąże się z siłowaniem się, kombinowaniem i zmaganiem się. Perfekcjonista skupia się zazwyczaj na spełnieniu swoich wyobrażeń, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Dla perfekcjonisty liczy się najbardziej napięcie i zmaganie. Perfekcjonista jest tak nim zaaferowany, że nie dostrzega co stanowi problem i co naprawdę jest potrzebne.

Pomysł na eleganckie rozwiązanie może pojawić się dopiero wtedy, gdy zaczynamy patrzeć na świat bardziej obiektywnie, bez naszych neurotycznych wyobrażeń o tym, jak coś musi wyglądać.

Dlatego pierwsze pytanie brzmi: Co stanowi minimum w tej sytuacji? Jakie są podstawowe, minimalne funkcje? Co jest najważniejsze a co jest dodatkiem?

Jaki tak naprawdę problem rozwiązujesz?

Czy oprócz ciebie ktoś potrzebuje rozwiązania tego problemu?

Jaki jeden aspekt tego problemu jest najbardziej bolesny?

Gdy wiesz już co stanowi  istota problemu pytanie brzmi:

Jaka jest najłatwiejsza droga? Co jest na tyle dobre by rozwiązać problem w istotny sposób?

Co jest dość dobre w tej sytuacji.

Doskonałe, wyczerpujące rozwiązania nigdy nie są eleganckie. Niektóre z tych „dość dobrych” są.

Te rozważania pojawiły mi się jako część pracy nad stroną sprzedającą moją książkę o uwadze (zmieniłem tytuł, ale jeszcze go nie zdradzę).  Mam tam wiele okazji do kombinowania. Pozdrawiam.

 

Spotkanie z wielką kałamarnicą

Spotkanie z wielką kałamarnicą

Opublikowano 07 czerwca 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 18 komentarzy

Dla mnie to wciąż duże zaskoczenie: gdy człowiek jest najbardziej zdołowany i zajęty walką ze światem i sobą samym, inni zamiast mu współczuć czują się lekceważeni.

Nie ukrywam: jestem człowiekiem, którego od czasu do czasu chwyta za nogę wielka kałamarnica i wciąga w swoje czarne, kotłujące królestwo. Tak, mnie też. Jedna ważna rzecz, jakiej nauczyłem się jakiś czas temu brzmi: nie istnieją trwałe, pewne rozwiązania, przynajmniej, jeżeli chodzi o psychikę. Nie można zrozumieć / doznać olśnienia / przepracować i mieć spokój do końca życia. Wiem, są tacy, którzy twierdzą, że osiągnęli trwałe szczęście, stabilność i skuteczność. Czy ja wiem? Jak widzę kolegę, który wszystko w swoim życiu już przepracował, poznał każdą technikę zarządzania sobą a np. po raz czwarty się właśnie rozwiódł, to jakoś mi to nie pasuje. Ale być może… być może da się osiągnąć trwałe oświecenie. Mnie bliżej jest zasady „raz uczyniwszy wybór, ciągle wybierać muszę”.

 

Ciągle muszę być uważny i świadomy, nigdy nie będę mógł przestawić życia na autopilota i mieć wszystko daleko z tyłu. Nigdy nie będę żył w świecie, w którym jest tylko blask, tylko szczęście i tylko zadowolenie. Nigdy nie będę żył w świecie, w którym nie ma głupoty, próżności, pomyłek i wielkiej, czarnej kałamarnicy. Ścieżka mojego życia zawsze będzie przebiegała tuż obok przepaści, tuż obok głupoty, skupienia na sobie, nieczułości, braku wrażliwości… To, co mnie dzieli od tej przepaści to delikatna jak oddech linia mojej uwagi.

Uważności się nie ma. Nie można jej przygotować i zainstalować. Nie da jej się wstawić w siebie jak jakiegoś modułu, który nieodmiennie robi swoje (jak się popsuje proszę o dostawę nowej). Uważność zawsze jest efektem wyboru i decyzji dokonywanych teraz. To znaczy, że zawsze łatwo ją pominąć.

Nie wystarczy mieć najbardziej właściwej wiedzy, znać najbardziej właściwe techniki czy mieć najbardziej właściwe przekonania. Czasem to wszystko mamy, ale jakoś nasza „właściwość” nie ułatwia nam życia. „Właściwość” czy poprawność jest pułapką. Myślisz, że któregoś dnia, dzięki tym wszystkim mądrym, sprawdzonym naukowo i życiowo rzeczom uda ci się stworzyć z siebie człowieka, który będzie żył tylko w świetle? Wiesz co, marzysz zdaje się o tym by zmienić się w golema. Pięknem i brzydotą człowieka jest to, że jesteśmy nieprzewidywalni. To, że naszą ścieżką jest to delikatne pasmo uwagi.

Moja córka męczy mnie pytaniem: - Tato a po co Bóg stworzył do drzewo, z którego nie było wolno jeść, przecież gdyby go nie było, ciągle byśmy byli nieśmiertelni. Odpowiedź na to pytanie zostawiłem przyjacielowi, który jest zawodowcem w tych sprawach, ale tak między nami mówiąc, coś mi się wydaje, że bez tego drzewa nie byłoby człowieka. Bez tego drzewa cały raj byłby pusty, jałowy i nie miałby absolutnie żadnego sensu. Idiotoodporny raj to zdecydowanie nie byłoby to samo. Raj był piękny, ale jego piękno nie polegało na tym, że Adam i Ewa mogli biegać tam na golasa, ale na tym, że na samym jego środku stało właśnie to drzewo. Podobnie jest z naszym życiem. Co byłoby ono warte, gdyby było idiotodoporne. Gdyby można było zaprogramować się na zawsze „skuteczne, zdrowe i właściwe” działanie? Ale zostawmy teologię.

Napisałem, że to wciąż zaskoczenie, gdy widzę, jaką krzywdę sprawia ludziom zajmowanie się swoimi sprawami. Pamiętam, po jakieś imprezie, usłyszałem od kogoś, że zadzieram nosa.

- Ja zadzieram nosa?

- Tak, stałeś z boku.

- Przecież stałem w kącie i trzymałem się na uboczu, bo byłem nieśmiały!

- Tak, ale oni odebrali to, jako dystansowanie się i brak chęci zadawania się z nimi. Poczuli się lekceważeni.

Gdy jesteś skupiony na sobie i swoich problemach, choćbyś nie wiem jak sobie to tłumaczył (np. jestem nieśmiały, mam depresję, nie nadaję się, nie mam nic ciekawego do powiedzenia, brakuje mi czasu, brakuje mi pieniędzy…) oni poczują się zlekceważeni.

Nie ważne, jak wiele masz na swoje wytłumaczenie. Tak po prostu jest. Chcesz by czuli się lekceważeni przez ciebie? Jeżeli nie, musisz odwiesić na chwilę swoje problemy i wyjść do nich. Czasem to znaczy dać wsparcie komuś, gdy sam właśnie czujesz, że jak nigdy potrzebujesz wsparcia. Czasem jedyne, co masz siłę zrobić to powiedzieć nic nie znaczące: jestem tutaj, jestem z tobą.

Zawsze jest łatwo dać się wciągnąć w świat wielkiej kałamarnicy. Nie ma łatwiejszej rzeczy niż zapomnieć o akceptacji, otwartości czy skupieniu uwagi na świecie.

To przerażające, że świat wielkiej kałamarnicy jest zawsze tuż obok. Że bariera pomiędzy nim a mną jest taka cienka. Ale popatrz na to z drugiej strony. To przerażające także dla niej! Drobny wybór, drobne przeniesienie uwagi, a już jej nie ma! Wystarczy, że pomyślisz: A co się dzieje z ludźmi, jak oni się czują, czy nie czują się odrzuceni? Czy nie czują się lekceważeni? Gdy tak myślisz, kałamarnica jest coraz bardziej niespokojna.

Gdy już zrobisz krok w stronę ludzi – odpowiesz na zaległe maile, załatwisz zaległe sprawy, wyciągniesz rękę, tam gdzie powinieneś był ją wyciągnąć – dzieje się dziwna rzecz. Nagle odzyskujesz także siebie. Np. dostrzegasz, że żyłeś do tej pory w poczuciu winy względem innych, że tak naprawdę to całe „zajmowanie się sobą samym” służyło temu by ich nie zawieść.

Gdy już zrobisz ten pierwszy krok, gdy czarna kałamarnica zachwieje się i wpadnie w przepaść (bo twoje życie jest jej przepaścią) okazuje się, że wcale nie musisz być altruistą. Owszem, możesz dać temu i tamtemu wsparcie. Możesz wysłuchać, podać rękę, pocieszyć. Ale możesz także z łatwością powiedzieć: nie pomogę ci, oczekujesz ode mnie zbyt dużo, nie oczekuj ode mnie czegoś, czego nie mogę ci dać. Wypadasz z przepaści ze świadomością swojej niedoskonałości. To ulga, że nie musisz przed nikim udawać.

Dogen, mistrz zen twierdził: żyć w harmonii z pełnią rzeczy znaczy przestać obawiać się niedoskonałości. Nie wierz komuś, kto mówi, że pełnia, szczęście czy harmonia jest jak obrazek nieba dla mało rozgarniętych dzieci: różowo- błękitne obłoczki, aniołowie w bielutkich szatach, łąki pełne różnokolorowych kwiatów i wiecznie sącząca się, delikatna muzyka.

Życie jest niedoskonałe, życie jest pulsowaniem, życie jest wpadaniem raz za razem w przepaść, życie jest ciągłym podejmowaniem tych samych decyzji. Życie zawsze może się popsuć. W życiu ciągle możesz zapomnieć o najważniejszych rzeczach. I to jest właśnie harmonia i pełnia. I to jest pokój. Buddą nie zostaje się przez liczenie oddechów ani techniki relaksacji. Buddą się jest od zawsze. Budzimy się obejmując swoją niedoskonałość a nie walcząc o to by się jej pozbyć. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nic tak nie jest pomocne na tej drodze jak wielka kałamarnica. Gdy spada w przepaść naszego życia, nagle zmienia się w kwiat (może nie od razu lotosu, ale stokrotka też jest przecież piękna).

Roboty na dachu – pewność siebie i skupienie się na zadaniu

Roboty na dachu – pewność siebie i skupienie się na zadaniu

Opublikowano 28 kwietnia 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 8 komentarzy


Za oknem robotnicy instalują się na dachu. Mają naprawić cieknącą od dziesięciu lat rynnę. Jest ich trzech. Jeden kurczowo trzyma się poręczy, sprawdza co chwilę zabezpieczające go liny. W porównaniu z pozostałymi, rusza się pokracznie. Wykonuje jakąś pracę, ale większość energii pochłania mu zajmowanie się własnym bezpieczeństwem.

Dwa pozostali zachowują się tak, jak gdyby byli na ziemi, a nie dwadzieścia – trzydzieści metrów nad nią. Ruszają się swobodnie i zdecydowanie. Są skupieni na zadaniu i jemu poświęcają całą swoja uwagę.

Brak pewności siebie polega na zajmowaniu się samym sobą. Niepewność siebie to poświęcanie olbrzymiej części energii na zabezpieczanie się, asekurowanie, sprawdzanie, upewnianie – albo odwrotnie – chwalenie, pokazywanie się czy sprawdzanie siebie.

Pewność siebie to umiejętność wykonywania swoich zadań bez nadmiernego zajmowania się sobą samym.

Podstawowa różnica między człowiekiem pewnym siebie a niepewnym jest taka, że osoba pewna siebie jest skupiona na swoim zadaniu. Człowiek niepewny zajmuje się zamiast tego sobą samym.

Pewność siebie to umiejętność angażowanie się całym sobą w to co, robisz. Nie osiągają jej ci, którzy tracą czas na budowanie choćby najmocniejszych i najsilniejszych rusztować i zabezpieczeń. Piąte, dziesiąte i setne nawet zabezpieczenie nie sprawi, że przestaniesz zajmować się sobą. Przeciwnie. Im ich więcej, tym mniej zostaje ci czasu i energii na wykonanie właściwej pracy.

Robotnicy skupieni na rynnach nie udają, że są na ziemi. Mają kaski, uprzęże, są przypięci linami. Ale zabezpieczywszy się, więcej nie zawracają sobie głowy własnym bezpieczeństwem. Ich uwaga przestała uporczywie wracać do nich samych.

Co z tego wynika dla ciebie? Pewność siebie jest nawykiem. Nabierasz jej stopniowo ucząc się skupiać na zadaniu mimo ryzyka, niewygody i przerażenia.

Nie chodzi o to, by udawać, że nie ma wysokości. Chodzi o to, by się z nią oswoić. Jeżeli zamiast skupić się na tym, co masz do zrobienia ciągle sobie powtarzasz: jestem pewny siebie, jestem wielki, jestem wspaniały… przypominasz kurczowo trzymającą się poręczy pokrakę. Albo kogoś, kto zamyka oczy i udaje, że jest na ziemi. Skup się na swojej rynnie, z czasem oswoisz się z wysokością.

Przygotuj się tak, jak przygotowują się inni, a potem zaakceptuj możliwość upadku i skup się na tym, co masz do zrobienia. Nie poświęcaj nadmiernej uwagi zabezpieczanie się i poprawę samopoczucia. Przestań się warunkować, afirmować czy enelpizować. Lepiej robić to, co masz do zrobienia choćby z drżącymi rękami niż kurczowo trzymać się poręczy. Jeżeli tak bardzo, bardzo zależy ci na tym, by nie spaść, nie pchaj się na dach. Gdy już na nim jesteś, przestań mieć pretensję do świata o to, że  jest źle urządzony.

Wyobraź sobie, że ten spięty robotnik upiera się, że aby naprawić rynnę dach musi znaleźć się na ziemi.  Śmieszne nie? Jeżeli rynna, którą masz naprawić jest na dachu, nie czekaj, aż ktoś położy ci dach na ziemi i będziesz mógł bez żadnego ryzyka nią się zająć.

Wielkich świąt!

Wielkich świąt!

Opublikowano 23 kwietnia 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Życie z alibi: dlaczego ciągle utrudniam sobie życie?

Życie z alibi: dlaczego ciągle utrudniam sobie życie?

Opublikowano 22 kwietnia 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 10 komentarzy

1.

Ciekaw jestem czy ktoś to zauważył. Pewnie tak, ale czytelnicy blogów (albo przynajmniej tego bloga) zazwyczaj są niezmiernie delikatni. By sprowokować krytykę trzeba się naprawdę postarać. Przedstawiając jeden z poprzednich tekstów, skomentowałem go mniej więcej tak: ten tekst powstał tak na szybko…naprawdę nie przykładałem się tak bardzo… po prostu usiadłem i napisałem.

W zasadzie powinienem jeszcze dodać kilka innych rzeczy: źle się czułem, miałem zły dzień, za oknem hałasowała śmieciarka, miałem w trakcie pisania pięć telefonów, bolała mnie głowa, poprzedniej nocy nie spałem…i w ogóle, naprawdę wszystko było przeciw mnie…aha, a w ogóle tym tematem zająłem się niedawno.

Pamiętam pierwsze szkolenie, jakie przeprowadziliśmy w składzie, który później stworzył firmę szkoleniową Human Factor. To było w jakimś eleganckim ośrodku nad Zalewem Zegrzyńskim. Na sali było prawie dwadzieścia osób. Większość z nich pracowała na kierowniczych stanowiskach w działach Zasobów Ludzkich. Niewiele osób w tych czasach miało jakieś doświadczenie w tej branży, nie mniej jednak nasze doświadczenie było komiczne: dwa miesiące pracy nad dwoma akademickimi podręcznikami, które dostaliśmy bezpłatnie od Amerykanów. Teraz mieliśmy dwa i pół dnia by nie tylko opowiedzieć tym ludziom, czym jest nowoczesne Zarządzanie Zasobami Ludzkimi, ale także by nauczyć ich potrzebnych im technik.

Wybija dziesiąta. Wychodzę na środek. Wszyscy na mnie patrzą. Nie ma obawy nie zemdleję, głos mi nie odmówi posłuszeństwa, nie zgubię wątku. Prowadziłem już wiele szkoleń. Witam ich z uśmiechem narzekając na kiepską pogodę (za wielkimi oknami niebo urządziło pokaz wszystkich odcieni szarości) po czym mówię mniej więcej tak:

Po raz pierwszy prowadzimy to szkolenie. Przygotowywaliśmy je do ostatniego momentu. Poświęcaliśmy na nie kilka ostatnich nocy. Ta plansza, którą za mną widzicie powstała dziś o piątej rano…

Czy trzeba być geniuszem by przewidzieć jak ludzie zareagują na te słowa? Czy trzeba mieć nie wiadomo jakie doświadczenie by domyśleć się, że raczej nie będzie to myśl: No to super, przyjechałem na dobre szkolenie ale: Co jest grane? Gdzie ja się znalazłem? Za co ja zapłaciłem?

Szkolenie mimo wszystko się udało. Inaczej nasza firmy nigdy by nie powstała. Udało się jednak dlatego, że gdy tylko skończyłem mówić, Beata, która była jedną z prowadzących, wzięła mnie i powiedziała: nie rób tego, bo wszystko zniszczysz, pomyśl jak ci ludzie się czują. Szybko zrozumiałem, że gdy mówię takie rzeczy ludzie niepokoją się czy trafili na złe szkolenie. Ten niepokój sprawia, że wycofują się. Gdy się wycofują i nie zabierają głosu, szkolenie rzeczywiście staje się do niczego.

Od tej chwili byłem bardzo wrażliwy na tego typu prezentacje. Nigdy więcej nie opowiadałem na środku sali szkoleniowej o tym, w jakiej to trudnej jestem sytuacji. Czasem bywało trudno. Nie raz zdarzało się prowadzić szkolenia np. z migreną. Aż mnie korciło by powiedzieć: przepraszam państwa, boli mnie głowa, dam z siebie wszystko, ale oceniając mnie bierzcie proszę to pod uwagę. Nigdy jednak, nikt nie dowiedział się, że mam jakikolwiek problem. Decyzja była zawsze prosta: nie prowadzę albo prowadzę. Nie ma czegoś takiego jak prowadzę z taryfą ulgową. Ale mimo tego, że robię tak od dawna, do dziś odczuwam pokusę by się tłumaczyć, skarżyć czy opowiadać, jaki jestem biedny.

2.

Dlaczego? Przecież to wydaje się zupełnie nielogiczne. Dlaczego ktokolwiek miałby mieć interes w tym by pokazywać się w gorszym świetle? Przecież bycie ocenionym pozytywnie – jako ktoś kompetentny, mądry, silny czy skuteczny – to jedna z naszych podstawowych potrzeb.

Dlaczego byłem taki głupi by mówić ludziom, że robimy to szkolenie po raz pierwszy i że zarwaliśmy kilka nocy?

Gdy mówiłem te słowa nie byłem świadomy tej strategii, ale była ona oczywista: po to by usłyszeć: jak na pierwszy raz to bardzo dobre szkolenie… jak na człowieka, który nie spał dwie noce, całkiem spójnie mówisz… pomyśleć, co by było, gdybyś miał więcej czasu… jestem pod wrażeniem.

Takie chwalenie się brakiem przygotowania czy słabościami miało na celu uproszenie innej skali ocen. Inaczej przecież oceniamy pracę kogoś, kto nie miał dość czasu a inaczej kogoś, kto miał go tyle ile potrzeba. Inaczej oceniamy amatora, który gdzieś tam sobie na boku i na szybko coś dłubie, a inaczej człowieka, który robi coś zupełnie na poważnie.

Stojąc na środku sali szkoleniowej i witając ludzi, potwornie bałem się, że szkolenie będzie porażką. Że uczestnicy ocenią naszą wiedzę, jako głęboko niewystarczającą, że nie będą zadowoleni z ćwiczeń, że powiedzą, że nie warto było zapłacić za to szkolenie. To był bardzo silny lęk, bo ta perspektywa była bardzo prawdopodobna.

Gdybym był na sto procent pewny, że na pewno nam się uda byłbym odcięty od rzeczywistości. Zaczynaliśmy, nie mieliśmy doświadczeń, nasza wiedza była pełna luk. Ryzyko porażki było wysokie.

To nie było tylko ryzyko tego, że ludzie będą częściowo niezadowoleni. To nie byłoby takie straszne. To, czego najbardziej się bałem – znowu, w nieuświadomiony, ale bardzo żywy sposób – to była perspektywa, że ci ludzie stwierdzą, że mają do czynienia z człowiekiem niekompetentnym, idiotą albo po prostu oszustem.

Czy to dziwne, że z góry przedstawiłem alibi? Byłoby to całkiem rozsądne, gdyby nie to, że ten sposób jeszcze bardziej przybliżał katastrofę.

Taki sam był motyw mojego tłumaczenia się pod tekstem. Bałem się, że tekst spotka się z negatywnymi reakcjami. Bałem się, że ktoś powie: ale to nie jest dość dogłębne, to nie jest dość przemyślane, powinieneś bardziej się postarać. Dla siedzącego gdzieś w środku mojego „małego ego” (lub po prostu umysłu), taka ocena byłaby równoznaczna ze stwierdzeniem: jesteś do niczego, nie znasz się, nie nadajesz się, nic z ciebie nigdy nie będzie. Małe sprytne ego, wiedząc to, szybko znalazło sposób: nie możecie oceniać moich możliwości na postawie czegoś, co napisałem szybko, nie mając dość czasu …. Moje alibi miało mnie ochronić przed potencjalnymi atakami i podejrzeniami o brak wielkości.

Tego rodzaju gierki można często spotkać. Ile razy tylko istnieje ryzyko, że zostaniemy nisko ocenieni, na zapas szukamy wytłumaczenia. Nie czekamy aż nas ktoś skrytykuje i aż poczujemy się zupełnie do niczego, ale spieszymy z wyjaśnieniami z góry: żeby od razu było jasne: moja porażka nie ma związku z moimi możliwościami!

3.

Dokładnie taką samą strategię stosujemy na potrzeby wewnętrzne. Zamiast uczestników szkoleń lub czytelników mówimy do samych siebie.

Cel mamy ten sam: przedstawić alibi i ochronić się w ten sposób przed możliwą krytyką. Jesteśmy przecież nie mniej surowymi krytykami jak inni. Często nawet znacznie surowszymi. Prawdopodobieństwo, że sami wydamy ocenę skazującą jest często znacznie większe niż prawdopodobieństwo, że zrobią to inni. Dodatkowo moja własna ocena jest bez porównania bardziej bolesna niż ocena innych osób. Gdy ktoś mnie skrytykuje, mogę przecież powiedzieć, że się nie zna i nie ma do tego podstaw. Nie można czegoś takiego powiedzieć w odniesieniu do siebie.

Bojąc się tego surowego, mieszkającego w nas krytyka, szukamy alibi.

4.

Nasz umysł preparuje alibi, bo ewentualna porażka jest dla niego jak upadek z urwiska w skalistą przepaść. Lepiej nie kusić losu i nie podchodzić do krawędzi. Gdy nie wygłosisz prezentacji, nikt cię nie wyśmieje, gdy nie napiszesz powieści, nikt nie powie, że jesteś grafomanem, gdy nie zaczniesz biznesu, na pewno nie splajtujesz.

Szukanie alibi pomaga poradzić sobie z lękiem przed porażką. Ale to nie wszystko. Jest jeszcze drugi, ważny aspekt. Pozwala utrzymać wysokie poczucie własnej wartości, jako kogoś niezwykłego, nieprzeciętnego i obdarzonego niezwykłym potencjałem.

Czy czujesz w sobie potrzebę bycia kimś niezwykłym? Czy zdarza ci się myśleć, że któregoś dnia staniesz się niezaprzeczalnie wielki, wspaniały i niezwykły? Czy wierzysz w to, że kiedyś zrealizujesz swój niezwykły potencjał, który znacznie przekracza to, czym dziś jesteś?

Nie sądzę by można znaleźć wiele osób, które mogłyby szczerze odpowiedzieć „nie”. Tak działa nasza kultura: aby czuć się kimś wartościowym, zasługującym na szacunek, musimy mieć poczucie ogromnych, nieskończonych możliwości.

By móc szanować siebie musimy się czuć wyjątkiem, diamentem wśród polnych kamieni. Powiedzieć sobie: niczym się nie wyróżniam, nie stać mnie na więcej, to niemal powiedzieć: nie mam powodu by żyć.

5.

Co ciekawe, nie chodzi o niezwykłe, realne osiągnięcia. Chodzi o same możliwości. Psycholodzy Dariusz Doliński i Andrzej Szmajke, autorzy książki „Samoutrudnianie. Dobre i złe strony rzucania kłód pod własne nogi ” piszą:

we współczesnym świecie ludzie podziwiani są w znacznie większym stopniu za potencjalne możliwości niż za rzeczywiste osiągnięcia. Aby więc czuć się człowiekiem wartościowym nie trzeba koniecznie osiągać rzeczywistych sukcesów; wystarczy wiedzieć, że jest się wystarczająco kompetentnym, aby je osiągnąć. Podobnie, aby być podziwianym przez innych ludzi, nie trzeba koniecznie imponować im realnymi osiągnięciami. Wystarczy by wiedzieli, że jeśli tylko włożylibyśmy trochę wysiłku, osiągnęlibyśmy bardzo wiele.

Mówiąc inaczej, we współczesnym świecie, dla większości z nas, poczucie własnej wartości jest równoznaczne z poczuciem posiadania potencjalnych możliwości. Póki mam poczucie, że moje możliwości są ogromne i nieograniczone, czuję się cenną i wartościową osobą.

6.

O ile w przypadku alibi przedstawianego innym osobom często naciągamy fakty (jak kobieta, która mówi, że nie miała czasu się umalować a malowała się przez czterdzieści minut) to w odniesieniu do siebie często je tworzymy. Tworzymy, to znaczy sami stawiamy się w sytuacjach, w których trudno jest nam coś osiągnąć. Przecież nikt mnie nie zmusił do tego by nie spać w nocy przed szkoleniem. Nikt nie zmusza studenta do tego by zabierał się za naukę na dwa dni przed egzaminem, a w dodatku by noc wcześniej zaliczył imprezę. Wiele z trudności, jakimi się tłumaczymy jest efektem naszych wyborów.

Takie aktywne fabrykowanie alibi, patrząc z punktu widzenia obrazu siebie, jako kogoś niezwykłego jest w 100% bezpieczne. Jeżeli mimo utrudnień uda mi się osiągnąć sukces – będę miał dowód, że jestem wielki. Nieprzeciętnie wielki.

Jeżeli mój tekst będzie sukcesem, mimo tego, że pisałem go na szybko – pomyślcie tylko, do czego byłbym zdolny, gdybym pracował nad nim dłużej! Jeżeli ludzie będą zadowoleni ze szkolenia, które prowadziłem niewyspany i zmęczony, pomyślcie tylko, do czego byłbym zdolny, gdybym się wyspał! Jeżeli uda mi się zdać egzamin, do którego się nie uczyłem, i przed którym ostro imprezowałem – pomyślcie tylko, do czego byłbym zdolny, gdybym się solidnie przygotowywał. I tak dalej. Za każdym razem wykonanie normalnej czynności, osiągniecie efektu, jaki przeciętni ludzie osiągają wielokrotnie w ciągu dnia, staje się dowodem bycia kimś absolutnie niezwykłym.

A co się stanie, gdy mi się nie uda? Żaden problem. Będę miał wytłumaczenie: gdyby nie te utrudnienia, to by mi się udało. Mam przecież nieograniczone potencjał, ale ten mój brak organizacji, lenistwo, nieprzemyślane decyzje, tendencje do załamywania się, alkohol, koledzy … mam żelazne alibi!

Zawsze wyjdę na swoje.

A dokładniej mówiąc mój obraz siebie, jako kogoś niezwykłego, wyjdzie na swoje. Będzie ustawicznie rozkwitał. Ani przez chwilę nie będzie podstaw by wątpić w to, że moje możliwości są ograniczone. Strategia szukania alibi sprawia, że moje głębokie przekonanie o sobie, jako kimś niezwykłym i nieprzeciętnym staje się niemożliwe do zanegowania. Nie można go zanegować, a raz na jakiś czas można dostać dowód jego słuszności.

7.

Znam przynajmniej dwie rodziny w takiej sytuacji. Dziecko od pierwszych dni jest przekonywane o swojej wyjątkowości. Nie ma wyjścia jak uznać, że jest wyjątkowo zdolne, podobnie jak jego ojciec (niedoceniony geniusz) i matka (chwilowo niedoceniana, genialna kobieta). Czy można mieć jakiś wybór, gdy ma się te geny?

W wieku pięciu, sześciu lat chłopiec miał już głęboko wdrukowaną wiarę w swoje niezwykłe zdolności. Nawet gdyby rzeczywiście był nieprzeciętny, taka wiara byłaby zabójcza. On jednak był zwykłym, średnio rozgarniętym dzieciakiem. Słowem kimś, kto przy niewielkiej pomocy życzliwych ludzi i kilku podmuchach dobrych wiatrów może daleko zajść.

Myśleć o sobie, jako o kimś niezwykłym jest bardzo przyjemnie, póki zasadnicza część życia odbywa się wśród tych, którzy traktują to za pewnik. Przyjemność kończy się, gdy trafiasz do innych ludzi. A ci, o zgrozo, nie wiedzą, że jesteś geniuszem! Nie wiedzą o tobie czegoś tak oczywistego! To tak, jakby ktoś nagle zaczął ci udowadniać, że jesteś żabą. A przecież nie jesteś żabą! Co z tego, że masz wyłupiaste oczy, długi język, zieloną skórę i robisz „kum, kum, kum”? Przecież dobrze wiesz, że nie możesz być żabą!

Nie ważne czy w pierwszej klasie podstawówki są oceny czy ich nie ma. Wystarczy, że nikt nie mdleje na twój widok, nikt nie zachwyca się twoimi pomysłami i nikt ci nie mówi, jak to znacznie lepiej niż inni sobie poradziłeś. W ogóle sam fakt, że ktoś inny bywa chwalony już budzi niepokój! Przecież mama i tato zawsze twierdzili, że inne dzieciaki są głupsze!

Takie dziecko, aby się nie załamać musi znaleźć jakieś alibi. To, jakie konkretnie, zależy od tego, jakie możliwości znajdują się w centrum wyidealizowanego obrazu siebie. Akurat w tej rodzinie, w centrum są zdolności poznawcze. Alibi trzeba poszukać w czymś, co jest mało istotne. Idealnie nadają się do tego możliwości społeczne.

Lepiej jest powiedzieć:

- Jest konfliktowy, uparty, nie umie powiedzieć, o co mu chodzi.

Niż przyznać się:

- Junior nie radzi sobie z materiałem, nie ma takiej inteligencji jak oczekiwaliśmy, wymaga pomocy.

Junior z ogromną ochotą bierze udział w akcji fabrykowania alibi, udowadniając wszystkim, że jest zdolnym choć upartym i małomównym chuliganem. Wszystko, byle tylko nie wyszło na jaw, że po prostu nie łapie tego, co do niego mówią i że przydałaby mu się pomoc. Mamusia i tatuś by po prostu nie znieśli tego, że ich dziecko jest średnio rozgarnięte. Na pewno by im się to nie spodobało. Hm… mogliby mnie wywalić z domu – myśli w głębi junior. Lepiej nie ryzykować!

8.

Strategia szukania alibi nie jest fanaberią, ale walką o przetrwanie i szacunek do siebie samego.

Stosując ją, chronisz siebie samego przed rozpadem. Bronisz siebie. Nie jest to efekt tego, że jesteś głupcem, idiotą, wariatem – czy jakiekolwiek epitetu miałbyś ochotę tu użyć. Stosujesz ją, bo chcesz żyć najlepiej jak można. Podziękuj swojej psychice, że walczy i się stara.

Następny krok możesz zrobić dopiero wtedy, gdy docenisz to, co robisz sam dla siebie. Gdy docenisz to, jak bardzo o siebie samego się starasz. Robisz to nieumiejętnie, ale to nie znaczy, że ci nie zależy.

Ten chłopiec toczy dramatyczną walkę. Demonstruje swoje niedostosowanie z miłości do siebie i swoich rodziców. Należy mu się w pierwszym rzędzie współczucie a nie pouczanie.

Jeżeli umiesz docenić wysiłek, jaki twoja psychika wkłada w obronę siebie i innych, możemy pójść dalej. Możemy przyjrzeć się temu ile za to płacisz.

9.

Uwolnienie od lęków i podtrzymywanie wysokiego poczucia wartości kosztuje. I to sporo. Kosztuje znacznie więcej niż byłbyś skłony zapłacić, gdybyś zastanowił się nad prawdziwą ceną.

Jakie konkretnie są koszty życia z alibi?

Po pierwsze uwolnienie od lęków trwa tylko chwilę. Lęk ciągle wraca i ciągle musimy sobie z nim radzić.

Po drugie, nasze poczucie wartości jest powierzchowne – w głębi czujemy, że jesteśmy oszustami, podskórnie ciągle mamy wątpliwości czy aby naprawdę nasze możliwości są takie nieograniczone. Ustawicznie ciągnie nas do tego by się sprawdzać. Całe życie zmienia się w konkursy i wyzwania.

Po trzecie, nasze rzeczywiste możliwości ulegają upośledzeniu. Na własne życzenie pakujemy się w kłopoty, z których nie ma żadnego rozsądnego wyjścia. Podejmujemy się zadań, które nie są możliwe do wykonania. A gdy już odnosimy porażki nie umiemy w żaden sposób wyciągnąć z nich wniosku. Nie szukamy pomocy tak, gdzie jest to nam naprawdę potrzebne, ale tam, gdzie to jest mniej ważne.

Jak poradzić sobie ze swoją tendencją do szukania alibi? Pierwsza rzecz to umieć rozpoznać tego rodzaju strategię.

W następnym odcinku przyjrzymy się kilku najczęściej spotykanym sposobom. Szukanie i preparowanie alibi może przyjąć olbrzymią liczbę form. Psycholodzy wymieniają kilkadziesiąt różnych sposobów na ten sposób obrony poczucia własnej wartości. Nie wymienię wszystkich, ale tylko kilka najważniejszych, takich, z którymi często się spotykam. Może znajdziesz wśród nich swoje?

Przeżuwanie: Jak przestać kurczowo trzymać się dna dołka?

Przeżuwanie: Jak przestać kurczowo trzymać się dna dołka?

Opublikowano 16 kwietnia 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 18 komentarzy

1.

Naturą naszych emocji jest ich czasowość: pojawiają się a następnie rozpraszają. Są jak dźwięk dzwonu. Gdy dzwon zostaje uderzony, początkowo jego dźwięk jest głośny, ale potem wybrzmiewa. By odezwał się jeszcze raz, musimy w niego znowu uderzyć.

Emocja nie może trwać niezmiennie. Byłoby to bardzo niebezpieczne dla organizmu. Każda emocji pełni ważną rolę w przetrwaniu. Np. strach stymuluje do ucieczki przez zagrożeniem a złość do ataku na przeszkodę. Emocje są sygnałem, który zmusza do odpowiedniej i szybkiej reakcji na zmieniające się warunki. Gdyby emocje trwały zbyt długo bylibyśmy niewrażliwi na kolejne zmiany.

Taką czasowość emocji wyraźnie widać w świecie zwierząt. Gdy na stado rzuca się drapieżnik, antylopy ruszają do ucieczki z energią, jaka jest im nie dostępna, gdy są spokojne. W końcu drapieżnik dopada jedną z nich. Antylopy jak gdyby nigdy nic, natychmiast wracają do skubania trawy. Gdyby było inaczej, gdyby musiały dochodzić do siebie czy się uspokajać, ich przetrwanie byłby zagrożone. Po pierwsze by przeżyć trzeba jeść i jak najszybciej zregenerować siły po wysiłku. Po drugie, kolejny drapieżnik miałby ułatwione działanie. Dochodzące do siebie antylopy byłby łatwym łupem.

Ze względów ewolucyjnych emocje trwają krótko. Czasem wybrzmiewają znacznie szybciej niż uderzenie dzwonu.

Dotyczy to także lęku, że sobie nie poradzę, smutku, że coś mi się nie udało czy poczucia, że jestem do niczego. Co prawda nie jesteśmy antylopami i nasz mózg jest zbudowany inaczej, jednak w swojej istocie nasz układ emocjonalny jest lepszą wersją tego, czym dysponują zwierzęta. Został zaprojektowany tak by intensywnie wybuchał i szybko się rozładowywał.

Najłatwiej zaobserwować czasowość emocji w odniesieniu do tych przyjemnych. Gdy wsiadasz do pachnącego świeżością samochodu możesz doświadczać euforii, ale po krótkim czasie, zanim jeszcze zapach świeżości zwietrzeje, przyzwyczajasz się do niego. Możesz być nieziemsko szczęśliwy, gdy urodzi ci się dziecko, ale zanim się spostrzeżesz zaczynasz się czuć znużony wszystkimi wiążącymi się z nim obowiązkami. Możesz by szczęśliwym, gdy dostaniesz się na wymarzone studia, ale zanim się spostrzeżesz, traktujesz je jak coś normalnego i zwykłego.

Nie ma dwóch układów emocji: pozytywnego i negatywnego. Wszystkie emocje korzystają z tych samych struktur. Negatywne emocje mijają tak samo jak pozytywne.

2.

Jak to się jednak dzieje, że tyle osób ma przeciwne wrażenie? W ich odczuciu emocje są trwałe, stabilne i niezmienne niczym skała. Szczególnie te negatywne i szczególnie te dotyczące ich samych.

Dlaczego tyle osób czuje smutek, przygnębienie i lęk całymi dniami, tygodniami, miesiącami czy nawet latami? Dlaczego tyle osób ciągle, niezależnie od sytuacji, czuje przygnębienie sobą i swoimi porażkami? Dlaczego ich stany emocjonalne nie wybrzmiewają? Czyżby miały jakieś wadliwe neurony? A może ich ewolucja poszła dalej i nie mają już nic wspólnego z antylopą uciekającą przed lampartem?

Nie. Odpowiedź jest inna. Mamy w sobie mechanizm, którego pozbawione są zwierzęta, który nie tylko nie pozwala emocjom wybrzmieć, ale także ustawicznie je podsyca. Tak, jakbyśmy mieli w sobie ludzika, który gdy tylko usłyszy dźwięk dzwonu, szybko przybiega i bez końca wali w niego z coraz większą siłą. Tym złośliwym ludzikiem jest tryb działania naszego myślącego umysłu, który bywa nazywany: ruminacją, roztrząsaniem, trybem rozwiązywania problemów czy trybem naprawiania.

3.

Słowo ruminacja zostało pożyczone przez psychologów (zresztą jak większość używanych przez nich pojęć) z innej dziedziny. Tym razem z biologii. W tej czynności specjalizuje się rząd ssaków noszących nazwę Ruminantia lub Przeżuwacze. Ich przedstawicielem, oprócz antylopy biegającej po tym tekście jest krowa, renifer czy żyrafa. Te ssaki robią coś, czego nie potrafi robić człowiek (to, co robimy, gdy kanapka jest twarda, to tylko żucie). Przeżuwanie to genialny, choć nieco obleśny z naszej perspektywy sposób jedzenia. Antylopa pasąc się jest jak kosiarka. Napełnia zbiornik, byle szybciej. Nie ma czasu drapieżnik może pojawić się lada chwila. Pokarm szybko trafia do jednej z czterech komór żołądka. Tam zmienia się w tzw. miazgę pokarmową (po angielsku nazywa się to cud) i dopiero wtedy, gdy są warunki, np. wieczorom, zawartość żołądka wraca z powrotem do paszczy i jest przeżuwana.

Ludzie ruminują tylko w przenośni – na poziomie umysłowym. Jak wygląda ta psychiczna ruminacja?

4.

Wracasz z pracy. Wokół wiosna, kwitną kwiaty, śpiewają ptaki, wieje lekki wiatr. Nie zauważasz jednak niczego. Myślisz:

Dlaczego ciągle nie mogę się przebić? Dlaczego ciągle mi nic nie wychodzi? Co jest ze mną nie tak? Muszę coś zrobić! Muszę to rozpracować. Muszę z tym dojść do porządku. Dlaczego jestem taki nieszczęśliwy? Jak mam to wszystko zmienić? Dlaczego szef ciągle mnie nie zauważa? Muszę jakoś zrobić na nim wrażenie. Bla, bla, bla…

Masa informacyjna, którą już raz zdawało się połknęliśmy, wraca i zapełnia nasz umysł. Analizujemy, roztrząsamy, filozofujemy, porównujemy, szukamy rozwiązań, które pozwolą nam wreszcie wszystko zrozumieć i naprawić.

Mamy wrażenie, że jeszcze chwila, a uda nam się znaleźć rozwiązanie i wszystko będzie dobrze. Mijają godziny, ale nic takiego się nie dzieje. Zapadamy się coraz bardziej. Im więcej myślimy tym więcej mamy problemów.

5.

Doskonały obraz wyjaśniający istotę ruminacji można znaleźć w książce Świadomą drogą przez depresję (tytuł nieco mylący, bo z książki wiele można wynieść nie cierpiąc na depresję, znacznie trafniejszy jest podtytuł Freeing yourself from chronic unhappinessUwalnianie się od chronicznej zgryzoty).

Otóż ruminacja jest jak próba czyszczenia rozlanego mleka, poprzez polewanie go wodą. Wyobraź sobie, że parobkowi pomagającemu przy krowach, rozlała się bańka mleka. Szybko bierze szlauch i próbuje spłukać mleko z posadzki. Niestety spłukiwanie zmienia kałużę mleka w białe jezioro. Im bardziej parobek się stara, tym więcej białego płynu jest na posadzce. Problem polega na tym, że woda zmieszana z mlekiem wygląda tak samo jak mleko. Im gorliwiej stara się spłukać mleko, tym więcej wokół bieli. Sztuczka polega na tym, jak dowiaduje się parobek od gospodarza, by najpierw pozwolić mleku spłynąć, potem wytrzeć resztki i dopiero wtedy zacząć spłukiwać posadzkę.

Podobnie jest z naszymi próbami posprzątania siebie. Jeżeli jesteś niecierpliwy i starasz się wszystko natychmiast usunąć, tyko pogarszasz sprawę. Twoje wytężone wysiłki zaprowadzenia w sobie porządku sprawiają, że to, co było małą kałużą staje się wielkim jeziorem. Gdybyś nie był tak porządny i tak przekonany, że zawsze masz być pełen pozytywnych emocji, zwarty, gotowy i uporządkowany, po godzinie mógłbyś już dawno zapomnieć o rozlanym mleku. Zamiast tego heroicznie walczysz na swoim białym, szalejącym jeziorze.

I to jest właśnie ruminacja. Jak piszą autorzy tej książki, jest ona „heroicznym usiłowaniem rozwiązania problemu, którego nie da się rozwiązać w ten sposób”.

6.

Gdy już wpadniemy w ruminację, trudno się z niej uwolnić. To trochę jak drapanie swędzącego miejsca. W chwili, gdy się drapiesz czujesz ulgę, ale gdy tylko przerwiesz, swędzenie staje się jeszcze bardziej nie do zniesienia.

Gdy ruminujemy mamy poczucie, że zbliżamy się do rozwiązania. Przecież jeszcze chwila i mi się uda! Jeszcze chwila a doznam olśnienia! To jak udział w teleturnieju o wysokich nagrodach. Jeszcze tylko jedno pytanie a nagroda będzie moja! Nie mogę tego tak zostawić! Niestety, okazuje się, że mijają kolejne chwile a my wcale nie jesteśmy bliżej wygranej.

Rozwiązywanie problemów jest niesamowicie cenną umiejętnością, póki zajmujemy się światem zewnętrznym. Jeżeli chcemy rozwiązać problem, jakim my sami jesteśmy, nigdy nam się to nie uda.

William, Teasdae i Segal (autorzy Świadomą drogą …..) piszą:

Ruminujemy, gdy czujemy się źle, ponieważ wierzymy, że objawi nam to sposób rozwiązania naszych problemów. Badania jednak pokazują, że ruminacja daje dokładnie przeciwny skutek: nasza zdolność rozwiązywania problemów wyraźnie słabnie. Wszelkie dane zdają się wskazywać na okrutną prawdę, że ruminacja jest częścią problemu, a nie rozwiązania.

Nie trzeba skomplikowanych badań by odkryć, że nasze przemyśliwania prowadzą donikąd. Można mieć nadzieję, że dojdę do jakiegoś rozwiązania, gdy myślę przez dziesięć minut czy nawet godzinę. Ale przez całą noc? Przez cały tydzień? Przez cały dzień? Pracowicie wracając do swojego jałowego filozofowania, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja?

Zdarzają się sytuacje, gdy warto usiąść i poważnie zastanowić się nad swoimi problemami. Poszukać przyczyn, znaleźć rozwiązanie, podjąć decyzje itp.

Dalai Lama w jednej z książek pisze:

Jeśli boisz się jakiegoś cierpienia, powinieneś sprawdzić czy jest coś, co możesz z tym zrobić. Jeśli możesz, nie ma potrzeby się o to martwić, jeśli nie możesz nic zrobić, również nie ma potrzeby by się martwić.

Czy możesz coś zrobić z problemem zatytułowanym Dlaczego nie radzę sobie z życiem? Zapewniam cię, że nie. To nie jest problem, który można rozwiązać, tak jak się rozwiązuje krzyżówkę.

7.

Ruminacja bardzo mocno wiąże się z notorycznym poczuciem braku własnej wartości i wątpliwościami na swój temat. Osoby, które doświadczają tego rodzaju doznań, bardzo często wskakują w tryb ruminacji. Pisałem w jednym z poprzednich tekstów o tym, jak łatwo wpaść w piekło samopotępienia. Wystarczy uchybienie, częściowa porażka, przelotna fala smutku czy nawet zmęczenie, a już czujemy się nic nie warci i bezradni.

Takie odczucie jeszcze byłoby do zniesienia. To naprawdę nic strasznego poczuć się raz na jakiś czas małym, bezradnym, zagubionym we wszechświecie człowiekiem. Tego rodzaju doznanie jest nawet potrzebne dla naszego rozwoju psychicznego.

Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy usiłujemy jak najszybciej posprzątać. O Boże, to przerażające, nie mogę się tak czuć! To straszne! Mam przecież tyle do osiągnięcia! Przecież muszę być człowiekiem sukcesu! Bla, bla, bla…

I karuzela rusza. Naprawa siebie staje się najważniejszą rzeczą na świecie. To sprawa numer jeden. Ważniejsza od wszystkich innych zajęć. Trzeba, czym prędzej wszystko zostawić i rozwiązać problem. W takiej sytuacji…:

…jak w ogóle moglibyśmy rozważać odwrócenie naszej uwagi od tych palących problemów i zajęcie się czymś innym, nawet gdyby miało to nam ulżyć? Dojście z sobą do ładu i przeforsowanie jakiegoś rozwiązania zawsze wydaje się najważniejszą sprawą na świecie – trzeba jak najszybciej dość, co tego, co jest z nami jest nie tak, wyszukać to, co musimy zrobić by zminimalizować spustoszenie, jakie w naszym życiu sieje nasze zmartwienie
(Świadomą drogą przez depresję).

To ruminacja jest przyczyną trwałego zablokowania naszego poczucia wartości w dolnych rejonach. To z jej powodu ludzie potrafią całymi latami czuć się zupełnie do niczego.

8.

Naucz się rozpoznawać swoją ruminację. Świadomość tego, że „właśnie teraz się to dzieje” stanowi ważny krok do tego by pozbyć się niepotrzebnego podtrzymywania negatywnego nastroju.

W moim przypadku ruminacja przydarza mi się, gdy zmęczony wracam do domu. Idę i myślę o tym, czego nie zrobiłem, co powinienem jeszcze zrobić. Moje myśli szybko zaczynają przesuwać się w stronę znalezienie genialnego rozwiązania czy genialnej filozofii działania. Automatycznie pogarsza mi się nastrój (mimo, że zazwyczaj spacery działają na mnie regenerująco).

Ruminacji czasem towarzyszą tzw. myśli automatyczne. U mnie jest to często niewinne pytanie „O co w tym chodzi?”. Gdy je słyszę w środku głowy od razu zwracam uwagę na to, czy czasem nie jestem „w ciągu”. To mogą być zupełnie inne myśli. Często spotykane są takie jak:

Jestem do niczego.

Zawiodłem.

Jestem rozczarowany.

Nie zniosę tego dłużej.

Co jest ze mną nie tak.

Jestem przegrany.

Dlaczego nie jestem gdzie indziej.

Muszę się stąd wyrwać.

Moje życie to porażka.

Jestem nieudacznikiem.

Nigdy nic mi się nie uda.

Coś się musi zmienić.

Nie warto.

Moja przyszłość jest ponura.

Dlaczego jestem taką ofermą.

(To niektóre pozycja z „Kwestionariusza myśli automatycznych” Kendalla i Hollona)

9.

Co zrobić, gdy odkryjesz, że zaczynasz zanurzać się w jałowe naprawianie siebie samego?

Najprostszego rozwiązania nauczyła mnie moja mama. Gdy po jakiejś szkolnej porażce wracałem przybity do domu, pełny myśli, że nigdy nie uda mi się być takim mądrym jak moi koledzy, mówiła: to nie koniec świata, nic się nie stało. Nie musisz mieć samych piątek. Nie to się najbardziej liczy. Trudno to oddać, bo to nie było w słowach. I to coś, chyba najpełniej jest obecne w postawie matki wobec swojego dziecka. To pozwolenie na to, by sobie nieco odpuścić.

Istotą ruminacji jest kurczowe trzymanie się intencji naprawy siebie i pozbycia się cierpienia. Rozwiązaniem jest porzucenie tej intencji. Zgoda na – jak nazwa to Jon Kabat Zin – pełną katastrofę.

Tak, moja życie to katastrofa. Nieustanna katastrofa. Jedno wielkie pasmo pomyłek. Nie ma żadnej złotej kuli, która by zabiła nieudacznika we mnie, zostawiając przy życiu człowieka sukcesu. Nie ma zaklęcia, które by zmieniło mnie natychmiast w księcia czy księżniczkę. Nie uda mi się wygrać zapasów z samym sobą. Nie uda mi się natychmiast pozbyć cierpienia.

Jeżeli będę kurczowo trzymał się intencji naprawiania siebie, tym szczelniej moje życie napełni się poczuciem wiecznego niezadowolenia.

Nawet, jeżeli twój ból jest bardzo dokuczliwy, nawet jeżeli jest nim głębokie poczucie tego, że jesteś nic nie wartą pomyłką, tak długo, póki nie zaakceptujesz tego doznania nic się nie zmieni. By coś zmienić, najpierw musisz to przyjąć – takie, jakie jest, bez żadnego naprawiania, łagodzenia czy upiększania.

Jedyne, co mogę rozsądnego zrobić to zejść sobie z drogi. Tak, jestem katastrofą. Koniec poszukiwań „złotej kuli” – koniec ruminacji.

Skończ ruminować, zacznij żyć. Jak mówi Pema Cziedryn: zacznij tu gdzie jesteś. Jestem nie dość dobry? Cóż, jestem nie dość dobry. Zatem jako „nie dość dobry człowiek” zrobię wszystko, co tylko mogę zrobić.

Sprawdź, co się z tobą dzieje, gdy porzucasz swoje próby naprawiania siebie. Czy masz wtedy więcej siły by zrobić krok naprzód? By zrobić to, co masz do zrobienia?

Takie porzucenie intencji, mimo, że bardzo skuteczne nie zawsze jest łatwe. Dlatego warto poznać jeszcze jeden sposób odpuszczania sobie ruminacji.

10.

Ruminacji towarzyszy odcięcie od danych zmysłowych. Osoba poddająca się ruminacji jest pochłonięta przez własne myśli, tak, że nie zauważa tego, co się dzieje wokół niej.

To bardzo ważne cecha. Stan analitycznego naprawiania siebie samego, dochodzenia ze sobą do porządku jest nie do pogodzenia ze stanem doświadczania.

Łatwiej jest puścić kurczowego trzymania się intencji naprawiania siebie, gdy nawiązujemy kontakt z danymi, jakie płyną z naszych zmysłów.

Istnieje wiele różnych sposobów na to by nawiązać pełniejszy kontakt z danymi zmysłowymi. Gdy przyjrzysz się swojemu codziennemu życiu znajdziesz, co najmniej kilka rzeczy, przy których nie zdarza ci się ruminować. Jedną z takich rzeczy w moim przypadku jest ruch. Gdy jestem zadyszany nie ruminuję. Podobnie nie zdarza mi się ruminować, gdy jadę samochodem. Gdy zbytnio kombinuję, mogę po prostu wsiąść do samochodu lub trochę pobiegać.

Nie są to jednak uniwersalne rozwiązanie. Wiem, że są ludzie, którzy szczególnie mocno przeżuwają w trakcie ćwiczeń fizycznych. Nigdzie tak łatwo nie wpadają w trans jak na siłowni czy podczas biegania. Są także ludzie, którzy zaczynają przemyśliwać swoje życie ile razy wsiądą za kierownicę.

Poszukaj swoich czynności, takich, przy których twoja uwaga najlepiej kontaktuje się ze zmysłami.

Możesz także opracować samodzielnie jakąś technikę wychodzenia z ruminacji. Niżej dwie podpowiedzi.

Technika pierwsza – najprostsza

  • Zwróć uwagę na pięć rzeczy, jakie możesz wokół siebie zobaczyć.
  • Następnie znajdź pięć różnych dźwięków.
  • Zwróć uwagę na pięć doznań płynących z twojego ciała.
  • Zwróć uwagę na zapach, temperaturę i fakturę.

Druga technika – prosta

1. Zorientuj się w czasie i miejscu. Która jest godzina? Jaki dziś jest dzień? Gdzie jesteś? Co tu robisz? Jak się tu znalazłeś?

2. Świadomie zobacz, usłysz, posmakuj, dotknij lub powąchaj. Użyj w świadomy sposób, co najmniej jednego ze zmysłów. Uświadom sobie, co widzisz, co słyszysz czy też, co czujesz.

3. Aktywnie działaj. Zacznij coś robić w świadomy sposób. Wstań, przeciągnij się, idź na spacer włącz muzykę czy porozmawiaj z kimś.

4. Nie kontynuuj myśli o tym, co nie dociera do twoich zmysłów. Jeżeli czegoś nie widzisz, nie słyszysz, nie dotykasz czy nie czujesz – w tym momencie to nie istnieje. Skup uwagę na tym, co dzieje się przed tobą. Tym, czego doświadczasz obecnie. Jeżeli myśli uporczywie powracają, nie walcz z nimi, ale też nie wdawaj się w nie.


Zdjęcia: Andy Smith, Viton i Daniil Kalinin