Archive for 'Bez kategorii'
Dwa kółka i pragnienie wewnętrznego spokoju

Dwa kółka i pragnienie wewnętrznego spokoju

Opublikowano 05 sierpnia 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 14 komentarzy

Pragnienie wewnętrznego spokoju

Panie, ten tego… dzisiejsze czasy są zwariowane. Wszystko takie szybkie i pełne zamętu. Tyle zmian wszędzie, że staremu człowiekowi trudno nadążyć. Nie trzeba mieć osiemdziesiąt lat by tak narzekać. Równie dobrze można mieć dwadzieścia. W zasadzie każdy z nas, przynajmniej w jakimś zakamarku psychiki, tęskni za wyciszeniem, wewnętrznym spokojem, równowagą czy balansem. Niech te burze przejdą i wreszcie zrobi się miła pogoda. Niech beztroskie wakacje zawsze trwają. Niech wszystkie trudne sytuacje same się rozwiązują, niech praca sama się znajduje, pieniądze same przyciągają, a zdrowie samo dba o siebie…

Czasem takie pragnienia są bardzo mocne. Zamykamy drzwi, chowamy się, wyjeżdżamy na wakacje, unikamy pewnych ludzi, rezygnujemy z przedsięwzięć, jakie moglibyśmy realizować. Mówimy sobie: Po co mi to? Ja wolę mieć spokój… I człowiek żyje sobie spokojnie, pełen harmonii i relaksu, aż któregoś dnia zawierucha i tak go dopada. I nie ma się przed nią już gdzie schować.

Niedawno ktoś mi się skarżył:

Moje życie to koszmar, nie wiem jak sobie poradzić, nie mam już siły… Powiedz mi jak się wyciszyć i zrelaksować… Jesteś psychologiem to pewnie wiesz, jak być bardziej szczęśliwym, i zrelaksowanym.

W takich sytuacjach zazwyczaj mam jedną, mało przyjemną odpowiedź:

Wiesz co, nie wydaje mi się żeby relaks był tym, czego teraz naprawdę potrzebujesz. Gdy życie jest koszmarem, to najczęściej znak, że nie robisz, czegoś, co powinieneś robić.

Nie jestem specjalistą od dobrego samopoczucia, analizy osobowości, tłumaczenia snów, rozgrzebywania symptomów, oddychania przeponą przez jedną dziurkę u nosa podczas stania na głowie itp. Harmonia, medytacja i te sprawy… To wszystko bywa cenne. Sam staram się medytować i od czasu do czasu relaksować. Ale bardzo często traktowane jest to jak plaster przyklejany na gnijącą ranę.

Człowieku, prowadzisz mało ważne życie, nie odważyłeś się zająć tym, co dla ciebie najważniejsze, tchórzysz przed swoim powołaniem i chcesz czuć harmonię szczęście oraz wewnętrzny spokój?

Chowasz się w mysiej dziurze, dłubiesz swoje bzdurne rzeczy, które nawet dla ciebie samego nie mają większej wartości i chcesz żyć pełnią życia?

Obudź się! Jedyne, co zdrowego zostało w twojej skorodowanej psychice, to właśnie to cierpienie. To głos zdrowej części ciebie, która usiłuje cię zmusić do działania. Gdy twoje życie zgrzyta i śmierdzi, to znak, że przestałeś słuchać tego, co w tobie największe. Zacznij słuchać, przestań kurczowo trzymać się spokojnego zakątka, daj się porwać działaniu, a zobaczysz, że wszystko się zmieni.

Czym nie chcesz się zająć?

Autorzy książki Jak osiągnąć trwały sukces. Rób w życiu to, co ważne piszą:

Równowaga to bzdura … Kiedy mówimy sobie, że potrzebujemy więcej równowagi, dobrze jest zapytać: a gdybym ją miał, co robiłbym takiego, czego teraz nie robię? Wygląda na to, że nasze zaniedbane pasje wysuwają swe żądanie … na to wszystko, co jest dla nas ważne i ma znaczenie musimy znaleźć miejsce.

Gdy słyszę jak ktoś jęczy, że mu ciężko w życiu, zastanawiam się zawsze:

Czego ta osoba nie chce zrobić? Przed jakim działaniem ucieka?

Ludzie potrzebują pomocy, ale najczęściej wcale nie polega ona na wyciszaniu, uspokajaniu czy rozmasowywaniu. Potrzebują pomocy przy zabieraniu się do działania i nabieraniu rozpędu.

Jazda na rowerze

Albert Einstein powiedział ponoć:

Życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę musisz poruszać się naprzód.

Równowaga? Owszem, ale tylko taka. Równowaga bez działania to oszustwo. Jedyną harmonię, szczęście i zadowolenie możemy osiągnąć wtedy, gdy pedałujemy.

Jazda na rowerze wydaje nam się banalną umiejętnością. Zapomnieliśmy jak to było, gdy pierwszy raz wsiadaliśmy na rower. Kilka miesięcy temu pomagałem w nauce jazdy na dwóch kółkach mojej córce. I wiem, że wbrew pozorom to skomplikowana umiejętność. Składa się na nią szereg konkretnych elementów. Trzeba umieć:

- wsiadać na rower i ruszyć (to bywa bardzo trudne, łatwo wsadzić dziecko na rower i pchać, ale przecież nie o to chodzi);

- balansować ciałem (nie da się tego wyjaśnić, trzeba wyćwiczyć);

- skręcać (gdy np. widzi się przed sobą dużą kałużę lub błoto);

- przyśpieszać (gdy jedziesz zbyt wolno i rower się chwieje na wszystkie strony);

- zwalniać (gdy np. ojciec nie może nadążyć);

- upadać i podnosić się z upadku (co bywa nieprzyjemne, nawet gdy ma się ochraniacze i kask);

- hamować i zatrzymywać się (na początku można zapomnieć, że przed zejściem z roweru warto go najpierw zatrzymać, poza tym hamulce to całkiem skomplikowane urządzenie).

By to wszystko opanować potrzebne są godziny ćwiczeń. Po drodze wiele razy można się zniechęcić. Ale naprawdę wszystkiego można się nauczyć. Po kilku razach powoli zaczyna coś wychodzić. Po kilku kolejnych, człowiek zapomina, że kiedykolwiek tego nie umiał.

Czego się nauczyć?

Tak samo jest z naszą umiejętnością działania. Jeżeli potrzebujesz w swoim życiu więcej równowagi czy harmonii, naucz się:

- wybierać projekt i zabierać się bez zwlekania do działania;

- balansować pomiędzy swoimi potrzebami i potrzebami świata, pomiędzy potrzebą doskonałości a potrzebą szybkiego zamknięcia projektu;

- skręcać, gdy wiadomo, że za chwilę pojawią się kłopoty, których można uniknąć;

- zwalniać, gdy stajemy się zbyt nieuważni;

- przyśpieszać, gdy zaczynamy grzęznąć;

- radzić sobie z porażkami, klęskami i zawiedzionymi oczekiwaniami;

- doprowadzać projekty, zamykać przedsięwzięcia

Każdy z nas może rozwinąć te umiejętności po prostu zabierając się za działanie.

Jak tam z twoją umiejętnością jazdy na rowerze? Czy czujesz równowagę podczas działania? Czy któraś z tych umiejętności jest dla ciebie szczególnie trudna? Co jeszcze chciałbyś (chciałbyś) przećwiczyć?

Co ciekawego?

Co ciekawego?

Opublikowano 05 sierpnia 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 5 komentarzy

Tym razem nagranie, w którym tłumaczę się z tego i owego :-)

Działanie z uwagą i bez nacisku

Działanie z uwagą i bez nacisku

Opublikowano 20 maja 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 25 komentarzy

Mokre ognisko

Od paru dni pada. Wszystko jest wilgotne, albo całkiem mokre. Gdy patrzę na mokrą zieleń drzew i stalowe niebo, przypominam sobie jak pewnego deszczowego lata włóczyłem się po Bieszczadach. To, że nasze buty były ciągle mokre można było jeszcze znieść. To, że z Połonin nic nie było widać – trudno. To, że się człowiek ślizgał w błocie – co zrobić? Ale najgorsze było to, że nie dało się rozpalić ogniska. Nawet, gdy coś zaczynało się palić, ognisko dymiło i szczypało w oczy. Poza tym, co to za przyjemność siedzieć przy ognisku pod parasolem?

Chyba tylko raz udało nam się rozpalić prawdziwe, trzaskające iskrami, radosne ognisko. Takie, w którym było więcej ciepła i ognia niż dymu i skwierczenia.

Deszcze przestaną padać i wszystko wyschnie. Ale niektórzy ludzie mogą nie poznać radości spalania się, jak dobre suche ognisko. Radości pełnego, ciepłego płomienia. Radości iskier i radości stawania się popiołem. Niektórzy z nas całe życie, nawet w najbardziej suche lata są jak mokre gałęzie. Tlą się niemrawo, dając więcej dymu niż ciepła.

Shunryu Suzuki mówi:

Gdy coś robisz, powinieneś całkowicie się spalać, jak dobre ognisko, nie zostawiając po sobie śladów…

Aby nie pozostawić żadnych śladów, kiedy coś robicie, powinniście robić to całym waszym ciałem i umysłem, powinniście być skoncentrowani na tym, co robicie. Powinniście robić to do końca, tak jak spala się dobre ognisko. Nie powinniście być dymiącym ogniem. Powinniście spalić się całkowicie. Jeśli nie spalacie się kompletnie, wasz ślad zostanie w tym, co robicie. Coś z was pozostanie, coś co nie jest całkowicie spalone.

Działać z pełnią energii

Ostatnio pisałem, jak ważne jest by zacząć coś robić a nie tylko czekać z założonymi rękoma.

No dobrze, mogę zacząć działać. Mogę zacząć coś robić. Co mi szkodzi? Mówią, że działanie przynosi efekty, co mi szkodzi spróbować?

Nie do końca chodzi o coś takiego. Ważne by zacząć działać, ale liczy się także sposób.

Robić coś warto z pełnym zaangażowaniem i pełną energią. Bez oszczędzania się i bez działania na pół gwizdka. Tak, jak mówi Suzuki – spalając się bez śladu.

I tu można by było skończyć. Takim sposobem dołączylibyśmy się do chóru doradców z uporem powtarzających:

  • Zmuś się
  • Zmobilizuj się
  • Wysil się
  • Napnij się
  • Wywrzyj na siebie nacisk
  • Weź się za gębę
  • Postaw się do pionu
  • itp.

To tzw. protestancka etyka pracy – by coś w życiu osiągnąć nie wolno się rozczulać. Trzeb być twardym, zdeterminowanym, pracowitym i śmiertelnie poważnym. Nie wolno tracić czasu na zabawę. Ten model powielają dziesiątki poradników, od napisanych w XVIII wieku przez Beniamina Franklina po dzisiejsze, napisane przez Briana Tracy.

Myślę, że wszyscy znamy te rady. I pewnie większość z nas stosuje je od dawna.

Dla mnie takie podejście jest czymś bardzo bliskim. Myślę, że jestem w nim mistrzem. Gdy tylko się za coś zabieram, zawsze potwornie się przejmuję. Staram się zawsze wszystko robić najlepiej jak można (a czasem nawet, jak nie można). Staram się jak mogę. Naciskam na siebie tak, że czasem ciężko mi oddychać. Przejmuję się i zmuszam, dopinguję i terroryzuję. Wygłaszam do siebie mowy i daję sobie ostatnią szansę.

Z jakimi efektami?

Briana Tracy pisze:

Gdy wywierasz na siebie nacisk, osiągasz więcej i pracujesz wydajniej niż kiedykolwiek. Stajesz się osobowością wysokowydajną oraz wysokoosiągającą. Czujesz się fantastycznie w odniesieniu do siebie i krok po kroku budujesz nawyk szybkiego kończenia zadań…

Hmm…. Kurcze, wygląda na to, że coś ze mną nie tak.

Opowiadanie bajek

Moja córka – jak wiele innych dzieci – wieczorem potrzebuje bajek. Ale nie jednej ani nie dwóch. Przy trzeciej jej oczka całkiem uważnie wpatrują się w świat wokół. Przy czwartej jest szansa, że odwróci się do mnie plecami i zacznie zasypiać. Ale gdy tylko przerwę, odwróci się nagle z pytaniem: tatusiu i co dalej? Dopiero piąta bajka daje gwarancję, że mam malucha z głowy.

Nic dziwnego, że w którymś momencie zabrakło mi bajek do czytania. Wyczytaliśmy wszystko co było w księgarniach, pobliskiej bibliotece i antykwariatach. Zacząłem zatem wymyślać coś na poczekaniu. Spodobało się. Nawet na tyle, że gdy potem kupiłem jakiś nowy zbiorek bajek i zacząłem go czytać, usłyszałem:

-Tatusiu, nie taką, opowiedz mi z głowy!

- Nie ma sprawy – powiedziałem z uśmiechem.

I opowiadałem bajkę po bajce. To była niesamowita zabawa. Sam byłem zdziwiony jak łatwo mi to przychodzi. Niektóre z bajek nawet mnie zaskakiwały. Ich fabuła rozwijała się w trakcie opowiadania. Rzadko wiedziałem co będzie za chwilę. Wiedziałem tylko tyle, że aby utrzymać zainteresowanie główny bohater musi mieć jakiś motyw, w którym przeszkadza mu jakiś czarny charakter albo niezwykłe przeszkody. Reszta brała się z powietrza.

Tworzenie bajek zaczęło mi się coraz bardziej podobać. Po jakiejś pięćdziesiątej bajce doszedłem do wniosku, że muszę je zapisywać. Szkoda by się zmarnowały! Może uda mi się je wydać? Marzyłem. To by było świetnie, zobaczyć swoją bajkę zilustrowaną i pięknie wydaną. Wiadomo, nigdy nic nie rób na pół gwizdka, zmuś się by to, co robisz było najlepsze. Zamówiłem w Amazonie kilka książek nt. pisania bajek. Pełny energii zacząłem doskonalić się w tej dziedzinie. Opowiadałem coraz solidniejsze bajki, coraz bardziej przemyślane, z coraz lepszym morałem. Zacząłem się przygotowywać do wieczornych sesji. Przed południem spisywałem wczorajsze bajki i wymyślałem co opowiem dzisiaj. Wieczorem, gdy siadałem przy łóżku córki, byłem w pełni przygotowany: obok leżały kartki z notatkami, z czasem nawet pojawił się dyktafon.

Po jakichś dwóch tygodniach takiego działania wieczory z „bajkami z głowy” zaczął być męczące.

Coraz częściej czułem, że moja bajka nie jest dość dobrze przygotowana. Coraz częściej miewałem poczucie winy, że nie przygotowałem się zbyt dobrze. Że mogłem zrobić więcej, że nie dość dobrze opracowałem motyw postaci, że czarny charakter nie jest dość przekonywujący, że morał nie jest dość klarowny….

Przyszedł taki wieczór, gdy po prostu nie byłem w stanie opowiedzieć „bajki z głowy”. Starałem się i starałem, ale nic mi nie przychodziło. Zaczynałem, ale nie miałem zielonego pomysłu co powiedzieć dalej. Opowiadanie bajek stało się koszmarem. Całe szczęście udało mi się kupić świetny zbiorek i wróciliśmy do czytania.

Pewnie nie każdy może opowiadać „bajki z głowy”, ale mam wrażenie, że jest wiele osób, które skutecznie blokują swoje twórcze możliwości przez to, że wywierają na siebie zbyt duży nacisk.

Są ludzie, którzy pięknie mówią, ale gdy stają przed grupą, tak bardzo im zależy na tym, by dobrze wypaść, że głos grzęźnie im w gardle. Są ludzie, którzy pięknie malują, ale gdy tylko chcą pochwalić się prze innymi, przechodzi im cała wena. Są ludzie (i to całkiem sporo), którzy na egzaminie nie potrafią przypomnieć sobie czegoś, co doskonale wiedzą.

Nie twierdzę, że rady jakich udziela Brian Tracy są nieskuteczne. Zapewne są osoby, którym nacisk na siebie dobrze zrobi. Ale w tych wszystkich sytuacjach próba zmuszania się, dopingowania, wywierania nacisku, ma dokładnie odwrotny efekt. Im mocniej chcesz, im bardziej naciskasz – tym gorzej. Tym bardziej jesteś zablokowany

Powrót do opowiadania bajek

Po pewnym czasie moje podręczniki bajkopisania trafiły w kąt. Także moje aspiracje by napisać zbiór wspaniałych bajek zginęły gdzieś w natłoku innych pomysłów na życie.

Któregoś dnia, jeszcze w łazience, by uspokoić rozbrykaną dziewczynkę, zacząłem coś opowiadać o gumowych zwierzątkach do kąpieli. Opowieść przerodziła się w długą bajkę. Nie myślałem o tym, że ją opowiadam. Pozbawiony aspiracji, oczekiwań, ocen i nacisków, znów bawiłem się opowieścią. Bajka opowiadała się sama. Było to dla mnie tak samo przyjemne jak dla mojej córki.

To było lekkie jak niedzielne śniadanie w środku lata. Śniadanie? Wiedziałem, że gdzieś już musiałem o tym czytać. Następnego dnia przypomniałem sobie gdzie. To były słowa, XVIII wiecznego, japońskiego nauczyciela szermierki Odagiri Ichuina. Radzi on wojownikowi miecza:

Niech działa tak, jakby zajmował się codziennymi sprawami – jakby z przyjemnością jadł śniadanie. Niechaj posługuje się mieczem jak pałeczkami do ryżu, podnosząc kawałki jedzenia i wkładając je do ust, odkładając pałeczki, gdy skończy posiłek. Posługiwanie się mieczem nie wymaga więcej uwagi niż siedzenie przy stole.

To dosyć szokujące zalecenie. Człowiek trzyma w ręku ostry jak brzytwa miecz, na przeciw niego stoi drugi, nasrożony samuraj, a on ma po prostu zachowywać się jakby delektował się swoją miską z ryżem. To paradoks, ale właśnie takie podejście sprawia, że wojownik staje się nie do pokonania.

To, coś zupełnie odwrotnego niż rady by się sprężyć, zmusić i zmobilizować. Ale czy te słowa nie przeczą także temu o czym była mowa na początku? Czy to nie jest odwrotność zalecenia: powinieneś całkowicie się spalać, jak dobre ognisko?

Myślę, że nie. Zalecenie by spalać się jak dobre ognisko można dobrze zrozumieć dopiero wtedy, gdy pamiętamy o zaleceniu robić to tak lekko, jakby się jadło śniadanie.

Na czym polega bycie mokrym ogniskiem

Człowiek, który spala się jak dobre ognisko, to ktoś, kto potrafi skupić się całkowicie na działaniu i który nie poświęca sobie samemu więcej uwagi niż to konieczne.

Bycie dymiącym, mokrym ogniskiem polega na tym, że duża część mojej uwagi uwięziona jest przez moje koncepcje i wyobrażenia na swój temat. Bardziej zależy mi na tym bym był doskonały, by inni mnie podziwiali i doceniali niż na tym, co robię. Zamiast działać, zastanawiam się, przygotowuję, motywuję, kalkuluję, oddaję wyobrażeniom i analizuję.

W moim przypadku była to seria myśli:

  • O rany, przecież nie mogę opowiadać takich prostych bajek. Stać mnie na coś więcej. One muszą być świetne, perfekcyjne, przemyślane!
  • Muszę robić to doskonale.
  • No, nie, przecież ta bajka nie jest dobrze wymyślona.
  • O nie, przecież ten pomysł nie jest dobry, stać mnie na coś lepszego.
  • Chyba jestem w tym dobry, nie mogę obniżać poprzeczki.

Taki sposób myślenia rozbudowuje oczekiwania pod własnym adresem. To z kolei prowadzi do coraz większego lęku. Lęku, że nie sprostam własnym oczekiwaniom.

Lęk

Tego rodzaju lęk jest jedną z największych przyczyn „dymienia”. Normalne obawy – gdy np. boję się, że stracę pieniądze, że mój tekst komuś się nie spodoba, że ugryzie mnie pies, że moja bajka nie będzie ciekawa, itp. jest rzeczą łatwą do zniesienia. Tego rodzaju obawy raczej nas mobilizują niż usztywniają.

Problem zaczyna się wtedy, gdy lękamy się nie spełnienia swoich własnych oczekiwań. Gdy obawiamy się, że nasze własne wyobrażenia na swój temat są nieprawdziwe. Tylko taki lęk nas paraliżuje.

To przerażające, że nie jestem taki, jakbym chciał. To przerażające, że nie czuję się tak, jak powinienem. To straszne, że nie czuję się tak pewny siebie, jak trzeba. To okropne, że nie jestem tak produktywny jakbym chciał.

Jedna z teorii psychologicznych mówi, że mamy w sobie kilka trakcji przetwarzania informacji na swój temat. Między innymi jedną, którą można nazwać „ja oceniającym” i drugą, którą można nazwać „ja doświadczającym”.

Gdy doświadczasz problemów i trudności, jesteś w stanie je pokonać. Blokady zaczynają się wtedy, gdy zaczynasz oceniać siebie samego. Różnego typu choroby psychiczne pojawiają się wtedy, gdy zbyt dużo czasu poświęcamy na ocenianie siebie.

Brian Tracy radzi:

Stwórz własny system przymusu. Podnieś sobie poprzeczkę i już jej nie obniżaj.

Takie podejście szybko prowadzi do uruchomienia ja oceniającego. Zamiast działać zaczynam się oceniać. Zamiast skupić się na życiu, zaczynam analizować i przetwarzać.

Mam inną radę:

Pozwól sobie działać bez przymusu, tak jakbyś jadł smaczne śniadanie. Gdy twoja poprzeczka jest zbyt wysoko – obniż ją.

Nie przejmuj się swoją doskonałością czy bezbłędnością. Nie przejmuj się nawet tym, gdy przychodzą do ciebie myśli, że wreszcie musisz wziąć się za siebie. Że musisz zrobić z sobą porządek.

Co ci to przeszkadza? Myśli są myślami. Pozwól im przepłynąć i nie goń za nimi jak za objawionymi prawdami. Wróć, do tego co robisz.

Gdy za bardzo ci takie myśli przeszkadzają, wstań i policz ile wokół siebie masz rzeczy o niebieskim kolorze. Albo poszukaj czegoś, na co do tej pory nie zwracałeś uwagi. Albo zwróć uwagę na to, co się dzieje z twoim oddechem. Albo wyjdź na spacer i poczuj krople deszczu na twarzy i chłód wiatru. Cokolwiek, co sprawi, że przestaniesz analizować i oceniać siebie a zaczniesz doświadczać. Tzn. doznawać tego, co się dzieje w twoich zmysłach.

To samo podejście możesz stosować wtedy, gdy czujesz potrzebę pokonania innych, pragnienie by zasłużyć na ich pochwałę czy ochotę zrobienia, czegoś, czego świat nie widział. Czy też gdy zaczynasz się zastanawiać czy coś ci wyjdzie tak, jak byś chciał. Zaakceptuj to wszystko. Pozwól by te myśli przypłynęły i wróć, tak szybko jak możesz do tego, co robisz.

Gdy ci się to uda, stopniowo, po pewnym czasie być może wróci uczucie, że to, czym się zajmujesz „robi się samo”. Być może poczujesz się całością z tym co robisz.

Dopiero takie działanie jest blisko palenia się. Ogień rozprzestrzenia się sam, bez naszego starania. Jedyne, co może mu przeszkodzić, to woda jaką ciągle się zalewamy. Tą wodą jest nasze skupienie na własnym obrazie. Analizowanie siebie, próby dorastania do własnych, ciągle śrubowanych oczekiwań pod swoim adresem.

Nie działaj w teorii, działaj teraz

Nie działaj w teorii, działaj teraz

Opublikowano 15 maja 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 61 komentarzy

Mam wiele doskonałych pomysłów. Mam wiele rzeczy do opowiedzenia i przekazania. Mógłbym zrobić wiele rzeczy znacznie lepiej, niż inni. Mógłbym zmienić świat na lepszy. Mógłbym być na miejscu tych wszystkich, którzy brylują, mądrzą się i osiągają sukcesy. Mógłbym to wszystko zrobić lepiej. Mógłbym być lepszym szefem niż mój szef. Potrafiłbym lepiej poprowadzić tą firmę. Byłbym lepszym politykiem niż ci wszyscy nieporadni partacze…, mógłbym, zrobiłbym, byłbym…

Zrobiłbym to, gdybym miał…

Sto lat temu, gdy zaczynałem pracę, od swojego szefa dyrektora firmy konsultingowej dostałem zadanie by przeprowadzić analizę potrzeb szkoleniowych dla jego pracowników. Powiedział mi:

- Sam bym to zrobił najlepiej, ale nie mam czasu.

Szef zbyt „Wielkim Konsultantem” był by coś mu odpowiedzieć. Zrobiłem analizę tak jak umiałem najlepiej. Rozmawiałem prawie ze wszystkimi, kilkudziesięcioma konsultantami. Wiele mi opowiedzieli o swoich potrzebach szkoleniowych. Ułożyłem to w bardzo klarowną matrycę, napisałem przejrzysty raport i przedstawiłem szefowi.

I na tym polityka szkoleniowa się skończyła. Nie było żadnej dyskusji ani szkoleń. Raport prawdopodobnie nigdy nie został przeczytany. Dwa lata później, w nieco zmodyfikowanej wersji (tak by nie zdradzać żadnych tajemnic) używałem go w swojej własnej firmie szkoleniowej jako jednego z przykładów ilustrujących techniki prowadzenia analizy potrzeb. Firma Wielkiego Konsultanta miała problemy, bo ktoś zarzucił im jakieś przekręty. Dziś – jak to się chyba mówi w tamtej branży – zmieniła formułę działania – czytaj padła.

Nauczyłem się wtedy by nie pracować z ludźmi, którzy mówią, w jakimkolwiek kontekście zrobiłbym. Bo to nie są ludzie, z którymi można cokolwiek zrobić.

Jedyna różnica pomiędzy tymi, którzy coś osiągają a tymi, którzy marnują życie leży w tym, że ci drudzy używają trybu przypuszczającego w odniesieniu do działania, a ci pierwsi działają. Naprawdę, nie ma innych różnic.

Trzeba by

Tryb przypuszczający: trzeba by, zrobiłbym, kiedyś muszę, pojawia się nawet wtedy, gdy ludzie doświadczają zagrożenia życia.

Stary frywolnik Aleksander Fredro miał rację, pisząc bajkę o podróżnych:

Dawnymi czasy, jak pewna wieść niesie,

Czterech podróżnych zabłądziło w lesie,

[…]

– Trzeba by — rzecze jeden i poziewa –

Przynieść więcej drzewa.

– Trzeba by — rzecze drugi

Legając jak długi –

Rozszerzyć ogniska,

By wszystkich grzało z bliska.

– Trzeba by — zamruczał trzeci –

Czym zasłonić od zamieci.

– Trzeba by nie spać — bąknął czwarty,

Na łokciu oparty.

Tak każdy powiedział,

Co wiedział,

I myśląc jeszcze o lepszym sposobie,

Zasnął sobie.

Cóż z tego: ogień zgasł, a nieostrożni

Pomarli podróżni.

Działać to znaczy wyjść do ludzi, z tym co masz. A to co masz jest najczęściej niegotowe, niedoskonałe i niewykończone.

Nigdy nie jesteś w pełni przygotowany by działać. Rzadko kiedy jest odpowiednia pora na to by coś zrobić.

Jesteś w trybie przypuszczającym, gdy używasz takich słów, jak:

- Zrobiłbym…

- Trzeba by…

-Kiedyś muszę…

- Powinienem…

Gdy robisz to zbyt często, twój umysł rozsmakowuje się w tym trybie funkcjonowania. Trybie właściwym dla ludzi, którym grozi przegranie życia. Nie pozwól sobie na takie ryzyko.

Wyjdź

Działaj. Jeżeli czujesz, że coś powinieneś zrobić – zrób to. Wyjdź na środek. Daj plamę. Wygłup się. Daj się wyśmiać.

Wygłup się, ale zrób to jeszcze raz. I jeszcze raz. Tyle razy ile trzeba. Upadnij, wstań i jeszcze raz upadnij. To boli, ale lepiej by bolało niż miałbyś przeżyć życie jak roślina.

Żaden upadek, żadne wygłupienie się, nie jest gorsze niż życie w teorii i gdybaniu.

* * *

Jak widzicie od pewnego czasu piszę bardzo rzadko.

Dziś obudziłem się w nocy myśląc o tym blogu. Trzeba go skasować – pomyślałem – za dużo mnie to kosztuje. Każdy post to przecież parę godzin pracy. Za dużo! A oprócz tego, tyle rzeczy jest na nim do dopracowania. Poza tym, tak mało wiem.…

Poczułem przyjemność rezygnacji i poddania się. To chyba moje specjalne, polskie geny się uruchomiły. Ach jak one kochają przegrywać i przeżywać dramat. Coś we mnie dalej myślało:

Pewnie mógłbym pisać bez żadnego zadęcia. Ot tak po prostu płodzić artykuł w ciągu godziny, jak wiele innych osób, ale to by było…

I tu obudziłem się naprawdę. Prawie na siebie krzyknąłem:

Cholera jasna, ale co by to było? Co takiego strasznego? Co takiego poniżającego? Dlaczego tego po prostu nie robisz?

Potem usiadłem, włączyłem komputer i napisałem ten tekst. Czterdzieści pięć minut.

Tekst nie jest doskonały. Och nie, jakie to przerażające…

Tkwienie w trybie przypuszczającym, to danina jaką składamy wygórowanym mniemaniom o sobie. Tekst nie jest doskonały, bo ja też nie jestem doskonały. Pora przestać kręcić się wokół swojej własnej doskonałości.

Czasem trzeba coś dopieścić, wycyzelować i udoskonalić. Ale nigdy kosztem działania. Doskonal się w biegu.

Nie mów co by trzeba ale działaj. Nie mów co byś zrobił, gdybyś miał więcej czasu ale zrób to nie mając czasu, albo przestań mówić. Nie mów co byś zrobił, gdybyś był na jego miejscu ale idź na jego miejsce, albo się zamknij.

Twoje zadanie

Stoper mówi, że minęło 45 minut. Ostatnie zdanie: zrób dziś coś, co odkładasz i do czego ciągle się przygotowujesz, coś, czego się obawiasz, albo wstydzisz. Może masz jakiś zaległy telefon do wykonania, jakiś tekst do napisania, jakiś blog do założenia, jakąś piosenkę do zaśpiewania, jakieś zwierzenie do zwierzenia, nie wiem co tam masz, ale coś co czeka na zrobienie bo nie czas, bo nie teraz, bo inne rzeczy, bo cośtam, cośtam

Sztuka prostego dziękowania

Sztuka prostego dziękowania

Opublikowano 06 maja 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 23 komentarze

Sztuka prostego dziękowania
Zdjęcie: http://www.flickr.com/photos/stuckincustoms/ / CC BY-NC-SA 2.0

W naszym życiu zazwyczaj umyka nam to, co znane. Najgorzej widzimy, to co przed naszym nosem. (William Barrett)

A czapeczka?!

Babcia pilnuje wnuka bawiącego się na plaży. Nagle wielka fala uderza o brzeg i porywa wnuka. Babcia pada na kolana, podnosi ręce do nieba i modli się:

- Boże miłosierny, Ty jesteś wielki i potężny, wyratuj go!

Po chwili morze wyrzuca chłopca na brzeg. Dziecko jest całe i zdrowe. Babcia patrzy na chłopca, opiera ręce o biodra, spogląda z oburzeniem w górę i mówi:

- A czapeczka?! Miał na głowie czapeczkę!

Często jesteśmy podobni do tej Babci. Gdy napięcie opada, zapominamy o wszystkim, nawet jeżeli przed chwilą czuliśmy się o krok od tragedii. Zamiast dziękować, skupiamy się na kolejnych zadaniach i kolejnych celach, choćby nawet dotyczyły drobiazgów. Przecież człowiek nie ma czasu na to by bawić się w dziękczynienia!

Czym jest wdzięczność?

Gregg Krech pisze:

Żyć wdzięcznością to otworzyć oczy na niezliczone sposoby na której jesteśmy wspierani przez świat wokół nas

Praktykowanie wdzięczności, to przede wszystkim sztuka patrzenia. Być wdzięcznym, to umieć dostrzec, sposób w jaki świat i inni ludzie są dla nas źródłem bezinteresownego dobra.

Przebudzenie wdzięczności

Czasem zdarza się coś, co budzi w nas wdzięczność. Nagle do nas dociera, że zupełnie bez swojej zasługi dostaliśmy wiele rzeczy. Czasem, jakieś przeżycie sprawia, że czujemy się wdzięczni za coś najważniejszego – nasze życie.

Kilkanaście lat temu przeszedłem operację serca. Wykonywał ją zespół lekarzy z Krakowskiej Akademii Medycznej. Gdyby nie operacja, nie żyłbym od jakichś dziesięciu lat. Żyję nie tylko dzięki nim, ale także wszystkim ludziom, którzy tam pracowali: pielęgniarkom, osobom technicznym, kierowcom.

Ścigali mnie telegraficznie, gdy się nie pojawiłem na badaniach, przyjęli mnie do szpitala, mimo, że zabrakł jakichś papierów, a przede wszystkim, zanim operacja się w ogóle zaczęła, doskonalili się i ciężko pracowali przez wiele lat, by jak najlepiej pomóc ludziom, takim jak ja.

Jak mógłbym nie czuć się w takiej sytuacji wdzięczny?

Pamiętam, jak kilkanaście dni po operacji poszedłem po raz pierwszy na spacer do parku obok szpitala. Na drzewach były zalążki liści. W cieniu resztki brudnego śniegu. Czuć było pierwsze powiewy wiosennego wiatru. Słychać było ptaki podniecone zbliżającą się wiosną. Dostałem to wszystko całkowicie bez mojej zasługi. Każdy mój oddech był darem. I mimo, że chodziłem powoli jak stuletni staruszek, byłem szczęśliwy.

Od tego czasu minęło ponad piętnaście lat. Szybko przestałem czuć, że dostałem coś cudownego za darmo. Zacząłem czuć, że należy mi się nie tylko życie, ale coś więcej. Że powinienem dostać coś lepszego, wygodniejszego, wspanialszego. I przestałem się czuć szczęśliwy. Zacząłem skupiać się na tym, czego mi brakuje i czego nie dostaję. Na tym, że nie zawsze jestem doceniany i szanowany, że nie mam tylu pieniędzy ile bym chciał, że nie stać mnie na to by wyjechać na długie wakacje…

Słowem, zacząłem wykłócać się o czapeczkę.

Mimo wielkich korzyści jakie niesie ze sobą wdzięczność, wolałbym nie powtarzać tamtego doświadczenia. Skąd w takim razie wziąć wdzięczność? W jaki sposób zrobić ją czymś trwałym?

Wyrażając ją.

Wyrazy wdzięczności? Czy mowa o tym, co wsuwa się lekarzowi dyskretnie do kieszeni? A może mowa o tym standardowym bukiecie kwiatów, jaki dostaje pod koniec roku nauczycielka? A może o tej nagrodzie jubileuszowej przyznawanej raz na jakiś czas przez hojnego prezesa? Nie. To nie są wyrazy wdzięczności.

Pokorne przyjmowanie

Japończycy przed każdym posiłkiem łączą ręce jak do modlitwy i mówią itadakimasu. Wielu z nich robi to mechanicznie, ale znaczenie tego zwrotu jest głębokie. Nie oznacza on, mimo, że czasem tak się go tłumaczy – zabierajmy się za jedzenie czy smacznego. Dosłownie oznacza to pokornie przyjmuję lub przyjmuję od kogoś, kto stoi wyżej ode mnie.

Japończyk powie swoje itadakimasu, także wtedy, gdy zapłacił za swój posiłek czy sam go przyrządził. Tym, co tak pokornie przyjmuje jest życie (ryby, zwierzęcia czy rośliny) oraz wysiłek innych ludzi (ktoś musiał uprawiać, hodować, łowić, transportować i przygotowywać). Dziękowanie jest właśnie takim pokornym przyjęciem. Jest oddaniem pokłonu, temu co, pozwala mi żyć. Jest uświadomieniem sobie tego, że żyję na łasce świata i innych ludzi.

Kwiaty, czekoladki i przeróżne podarunki mogą towarzyszyć naszej wdzięczności. Ale nie są one jej wyrazem. Co w takim razie jest? Jak można wyrazić naszą wdzięczność?

Proste, niewyszukane dziękowanie

Wyrazem wdzięczności jest dziękowanie. Proste, niewyszukane, zwyczajne. Takie, którego celem nie jest związanie drugiej strony, zmuszenie jej do podporządkowania się naszym potrzebom czy wzmocnienie więzów społecznych między nami.

Najprostszą formą wyrażania wdzięczności jest pełny szacunku pokłon. Pema Cziedrym pisze:

Uczniom tradycji zen zaleca się składanie pokłonów innym ludziom, a także zwyczajnym przedmiotom, by wyrazić w ten sposób szacunek. Uczy się ich, by poświęcali uwagę miotłom, sedesom, roślinom, wyrażając wdzięczność wszystkiemu, co się pojawia w ich życiu.

Prawdziwy wyraz wdzięczności to nie prezenty, pieniądze, przysługi czy kwiaty. Wyrazem wdzięczności jest pełne uwagi i szacunku pochylenie się.

Jeżeli chcesz uczyć się wdzięczności, zacznij od dziękowania temu, co nie może ci się odwdzięczyć. Jest tyle rzeczy, które mogę objąć swoją wdzięczną uwagą. Moje buty, jestem wam wdzięczny, za to, że mogłem dziś wygodne spacerować, mimo zimnego deszczu. Mój niebieski, poprzecierany fotelu, jestem ci wdzięczny, że od ponad dziesięciu lat pomagasz mi pisać i podtrzymujesz mój kręgosłup. Biuro, w którym siedzę, jestem ci wdzięczny, że mogę spokojnie i w ciszy spędzać godziny.

Dlaczego by nie pokłonić się przed swoimi oczyma, które pozwalają mi widzieć, to co piszę? Tak jak Czesław Miłosz:

Chwytliwe moje oczy, dużoście widziały,
Krajów i miast, wysp i oceanów.
Razem witaliśmy ogromne wschody słońca,
Kiedy szeroki oddech przyzywał do biegu
Po ścieżkach, na których podsychała rosa.
Teraz coście widziały, schowane jest we mnie.

Jest tyle rzeczy, którym warto dziękować.

Są też i ludzie. Im szczególnie warto dziękować. Nikt z nas nie mógłby żyć, gdyby nie inni. To nie my sami wynaleźliśmy pismo, to nie my nauczyliśmy się budować domy, to nie my skonstruowaliśmy samochody, ani nie my zbudowaliśmy internet. Każdy nasz dzień, każde działanie jest przepełnione tym, co dostaliśmy od innych – tym, którzy żyli kiedyś i żyją teraz. Ktoś, kto „sam sobie wszystko zawdzięcza”, bardzo ogranicza swoje pole widzenia. W zasadzie jest ślepy jak kret.

Wyrazem wdzięczności jest dziękowanie. Wiele osób stara się by ich podziękowania były wyszukane, przepiękne i zapierające dech w piersiach. Bukiet z pięćdziesięciu róż, złote kolczyki z brylantami, puszyste misie, wielkie serca z czerwonego pluszu, czekoladki o nazwie merci, złote kokardy i specjalny papier do pakowania. Moje podziękowania muszą być wyjątkowe, tak jak ja jestem wyjątkowy. OK. Nie ma w tym nic złego.

Jednak znacznie ważniejsze jest codzienne, niewyszukane i szczere dziękuję, połączone z uważnym spojrzeniem i uśmiechem.

Słowo dziękuję za czas, jaki ci ktoś poświęcił, uśmiech do osoby, która siedzi obok ciebie, słowo dziękuję za pozmywane talerze, przytulenie dziecka, które przyniosło laurkę,…

Gdy ktoś szuka wyszukanych form dziękowania, często zapomina o tych prostych, zwyczajnych, które nic nie kosztują, ale są najbliżej wdzięczności.

Jeżeli jesteś pewien, że dziękujesz na co dzień w prosty i autentyczny sposób, możesz od czasu do czasu zrobić coś ekstra. Ale jeżeli twoje dziękowanie, to jedynie kwiaty na urodziny, dzień kobiet i święta Bożego Narodzenia, spróbuj nauczyć się czegoś jeszcze.

Propozycje ćwiczeń

Wybierz przynajmniej jedno z tych ćwiczeń. A może wypróbujesz kilka?

Pokłony. Przez najbliższy tydzień, każdego dnia wybierz trzy rzeczy, na które nie zwracałeś uwagi. Każdego dnia inne. Nie staraj się wyszukiwać czegoś specjalnego. Weź po prostu to, co masz pod ręką. Komputer, skarpetki, zegarek, kubek, ołówek, itp. Zatrzymaj się na chwilę i zastanów się co dobrego te rzeczy wnoszą do twojego życia. Na co ci pozwoliły i pozwalają. Jak je wzbogaciły i w jaki sposób uczyniły pełniejszym? Gdy to zrobisz, złóż im prosty ukłon. Jeżeli kłanianie się martwej naturze, wydaje ci się śmieszne, bałwochwalcze, czy nieodpowiednie, nie rób tego. Wystarczy, że pomyślisz o tym, co dobrego te rzeczy wniosły.

Proste dziękowanie. Przez najbliższe trzy dni staraj się przyłapywać ludzi na wnoszeniu dobra do twojego życia. Rozglądaj się uważnie za wszystkim co od nich dostajesz. Ludzie dają ci wiele rzeczy mimo, że często nawet sobie tego nie uświadamiają. Gdy tylko to dostrzeżesz, jak najszybciej powiedz im o tym.

Powiedz im za co jesteś wdzięczny (to ważne by było to konkretne). Np.:

  • Dziękuję ci za rozmowę. Dobrze się czułem przez ten czas.
  • Dziękuję ci, że powiedziałeś mi co myślisz, to mi pozwoli dopracować ten tekst.
  • Dziękuję, że pozmywałeś naczynia. Dzięki temu nie muszę się śpieszyć.

Relacje. Wybierz jakąś osobę. To może być ktoś z rodziny, przyjaciel, znajomy czy mentor. Znajdź kilkanaście minut i dokładnie przyjrzyj się waszej relacji. Prześledź ją rok po roku (jeżeli jest krótsza miesiąc po miesiącu). Spisz wszystko, co od tej osoby dostałeś. W jaki sposób twoje życie stało się pełniejsze czy bardziej cenne dzięki tej osobie? Co ta osoba wniosła do twojego życia?

List wdzięczności. Wybierz kogoś, kto jest obecny w twoim życiu, komu jesteś wdzięczny, ale w zasadzie nigdy mu nie podziękowałeś. Usiądź i napisz do niej osoby list, w którym wyrazisz jej wdzięczność.

Umów się z nią osobą i przeczytaj jej ten list (lub naucz się go na pamięć i powiedz go jej).

Być może na początku będziesz się czuć nieco niezręcznie, ale to szybko przejdzie. Dziękowanie ludziom jest czymś naturalnym.

Wysłane podziękowania. Jeżeli tego jeszcze nie robisz, wprowadź nawyk dziękowania ludziom za spotkania czy poświęcony ci czas. Gdy spotkasz się z kimś, jakiś czas po spotkaniu (np. następnego dnia, lub nawet kilka godzin później) podziękuj mu. Możesz to zrobić w formie listu, maila, SMS-a czy telefonu do tej osoby. Postaraj się by to stało się twoim nawykiem.


Gregg Krech, Naikan: Gratitude, Grace, and the Japanese Art of Self-Reflection (Berkeley, California: Stone Bridge Press, 2002), 58

W poszukiwaniu źródła młodości

W poszukiwaniu źródła młodości

Opublikowano 27 kwietnia 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 4 komentarze

Źródło wiecznej młodości

Istnieje źródło młodości: to twój umysł, twoje zdolności, kreatywność jaką wnosisz do swojego życia i życia ludzi, których kochasz. Sophia Loren

Prawdziwych miejsc nie znajduje się na mapie. Herman Melville

Juan Ponce de León po raz pierwszy zobaczył Karaiby z pokładu jednego ze statków wchodzących w skład drugiej wyprawy Kolumba. Miał dwadzieścia kilka lat, był przystojny, silny i przedsiębiorczy. Powoli piął się w zaszczytach. Podbił i został gubernatorem wyspy zwanej przez Indian Boriquen. Zmienił jej nazwę na San Juan de Puerto Rico (z czasem nazwa została skrócona do Puerto Rico).

Życie było piękne. Siła i zaszczyty. Bogactwa Nowego Świata. Ciepłe i pachnące podzwrotnikowe noce, rozkosznie tańczące Indianki.

Ale nic nie trwa wiecznie. Traci władzę. Intryganci pozbawiają go gubernatorstwa. Piękny młodzieniec o regularnych rysach zmienia się w łysego, starego człowieka o sterczącym nosie i siwej brodzie. Coraz mniej sił by jak do tej pory bezwzględnie walczyć z Indianami, coraz mniej sił by swawolić w ciepłe noce z Indiankami.

Ciągle jest jednak uparty i przedsiębiorczy. I jak prawie wszyscy Hiszpanie odkrywający Nowy Świat jest marzycielem. Znów chce być młodym człowiekiem. Chce wrócić do czasów podbojów, miłości i tryumfów.

Ktoś mu mówi, że gdzieś tutaj w Nowym Świecie, na nie odkrytej jeszcze wyspie Bimini jest Źródło Wiecznej Młodości. Każdemu, kto się w nim wykąpie wraca młodość i siła. O Źródle mówią legendy Indian. Relacje można znaleźć także w Europejskich manuskryptach. Jak zapewnia księga cudów Azji:

Ja Prester Juan de Mandeville, widziałem to źródło i po trzykroć piłem z niego, a odkąd się napiłem czuję się zdrów i silny, albowiem ci co zeń piją, są wiecznie młodzi.

Są nawet ilustracje: na tle wiosennego pejzażu, sadzawka, na jej środku piękna fontanna. Z jednej strony wchodzą przygarbieni, pomarszczeni starcy, z drugiej wychodzą piękni, młodzi i powabni.

Czy to możliwe, że poważny doświadczony człowiek, rycerz, gubernator, szlachcic mógł uwierzyć w istnienie Źródła Wiecznej Młodości?

W tych czasach, szczególnie na Karaibach, mity traktowane są na równi z rzeczywistością. Ci, którzy wierzą tylko w to, czego mogą dotknąć, zostali w domu, w Europie. Nie odważyliby się wsiąść z Kolumbem na statek i popłynąć poza granice znanego im świata. Przebić się przez otaczającą zewsząd zasłonę horyzontu.

A gdy człowiek wygląda poza zasłonę, jego oczy są jeszcze niepewne i nie potrafią odróżnić złudzeń od rzeczywistości. Relacje pierwszych odkrywców nowego świata pełne są opisów fantastycznych zjawisk, przedstawianych jako najprawdziwsze obserwacje. Są opowieści o ludziach, którzy mają strusie łapy zamiast nóg, o gigantach, karłach, amazonkach, złotej krainie Eldorado (gdzie kacyk zawsze obsypany jest złotem, tak, że jego skóra odbija słońce jak lustro), o rybach wielkich jak delfiny, które śpiewają tak pięknie, że żeglarze usypiają na dźwięk ich głosu. Skoro to wszystko ktoś widział i opisał, skoro za horyzontem można było znaleźć tak wiele, dlaczego ma nie istnieć Źródło Wiecznej Młodości?

W 1513 roku, Ponce de León wypływa na poszukiwania we wskazanym przez Indian kierunku. Po niecałym miesiącu, widzi nieznany do tej pory ląd. Jest niedziela palmowa, po hiszpańsku Pascua Florida. Ląd dostaje nazwę Floryda.

Hiszpanie wchodzą na brzeg i zaczynają poszukiwania. Jak napisze jakieś czas później Hernando D’Escalante Fontaneda:

Tak zapaleni byli w swych poszukiwaniach, że nie przebyli ani przez rzekę, ani strumień ani jezioro ani nawet bagno, bez wykąpania się w nim. I nawet po dzień dzisiejszy nie ustali w swych poszukiwaniach, bez jakiegokolwiek jednak sukcesu. Ludzie, którzy potrafili stawić czoła niebezpieczeństwom morza, stali się ofiarami swojej wiary … sam kąpałem się w bardzo wielu rzekach, ale nigdy nie znalazłem właściwej.

Kilkanaście miesięcy później, gdy nie udaje się odnaleźć źródła, Ponce de León wraca do Puerto Rico.

Jednak po kilku latach (w 1521) organizuje kolejną wyprawę Zabiera ze sobą dwa statki i dwustu ludzi i wypływa w stronę Florydy. Tym razem, po wylądowaniu Hiszpanie są atakowani przez Indian. Strzała z zatrutym grotem trafia Juana w nogę. Wycofuje się i odpływa na Kubę, gdzie wkrótce umiera od rany.

Porażka? A może nie. Być może Ponce de León jednak odnalazł to, czego szukał? Może tym, co mu było potrzebne były same poszukiwania?

Juan Ponce de León nie potrafił zrozumieć że duchy, zjawy, potwory i źródła wiecznej młodości są projekcją naszych nieświadomych treści. Mamy je w sobie i to nasza psychika je stwarza patrząc na świat pod takim kątem, że wydaje się nam, że naprawdę istnieją Nie ma duchów, są tylko nasze własne lęki, które widzimy na zewnątrz siebie. Tak samo nie ma żadnej geograficznej Fontanny Młodości. Źródło Młodości nie leży gdzieś na Florydzie ani na mitycznej wyspie Bimini. Nie da się go znaleźć w górach ani jeziorach ani na bagnach.

Ale to nie znaczy, że nie ma go wcale. Jest wewnątrz nas, w środku. Jak pisał Herman Melville „prawdziwych miejsc nie znajduje się na mapie”. Te najprawdziwsze są w nas. Prawdziwe źródło młodości można odkryć tylko w sobie.

Te same źródła, które mówią o istnieniu źródła młodości wspominają też o źródle śmierci. Woda z niego zmienia się w skałę: „gdy ktoś się jej napije musi umrzeć, gdyż płyn twardnienie mu żołądku na kamień. I znowu – to nie gdzieś w Peru czy Patagonii jest to źródło.

Każdego dnia pijesz z jednego z tych źródeł. Postaw przed sobą szklankę wody i wypij solidny łyk. Pozwól, wodzie przeniknąć do swojego ciała. A teraz zamknij oczy i oceń z jakiego źródła pochodziła. Czy było to źródło śmierci czy źródło młodości?

Poznasz to po tym, co się teraz dzieje w tobie. Gdy było to pierwsze z nich poczujesz, że:

  • nie masz żadnych marzeń ani pasji,
  • swoim życiem nie wnosisz nic dla świata i innych ludzi,
  • skupiasz się tylko na sobie i na tym, czego nie dostałeś,
  • narzekasz ciągle, że wszystko jest nie tak jak trzeba,
  • narzekasz na przeszkody i utrudnienia jakie codziennie musisz znosić,
  • utyskujesz, na to, że nikt nie chce ci pomóc,
  • żałujesz, że nie urodziłeś się bogatszy czy bardziej utalentowany,
  • czujesz żal do swoich rodziców, że nie dość cię kochali,
  • nie lubisz swojego ciała i chciałbyś by było zupełnie inne,
  • żałujesz, że urodziłeś się w tym a nie w innym kraju,
  • obawiasz się, że tak naprawdę nie możesz nic zrobić bo i tak wszystkie wysiłki idą na marne, że nic się nie da już zrobić,
  • boisz się, że na wszystko jest już za późno,
  • przeraża cię, że czas biegnie tak szybko i wszystko tak szybko mija…

Gdy czujesz te i tysiące innych odczuć, woda jaka jest w twojej szklance, pochodzi ze źródła zamieniającego się w kamień. Z każdym łykiem stajesz się starcem, który ma w sobie niewiele życia. I nie ważne jak dawno temu się urodziłeś. Czy piętnaście lat czy dwadzieścia pięć, czterdzieści, sześćdziesiąt czy osiemdziesiąt.

Ale nie musisz się martwić, gdy łyk twojej wody miał właśnie taki smak. Można to zmienić. Pora wyruszyć na prawdziwe poszukiwanie wewnętrznego źródła młodości.

Gdy go odnajdziesz, woda będzie miała inny smak. Będziesz w niej mógł (mogła) poczuć smak:

  • marzenia, które nadaje sens codzienności,
  • skupienia na świecie i na innych ludziach a nie tylko na sobie i na tym, co mi dają,
  • radość i akceptacji z tego co masz wokół siebie,
  • zgody na swoje ciało, umysł, talent,
  • entuzjazm wobec wszystkich trudności i jakie stają ci na drodze.

Arciniegas, Burzliwe dzieje Morza Karaibskiego (Warszawa: PIW, 1968), 95

Wspomnienia Fontanedy: http://www.treasurelore.com/florida/fontaneda.htm

Arciniegas, Burzliwe dzieje Morza Karaibskiego (Warszawa: PIW, 1968), 95

Kilka osobistych wieści

Kilka osobistych wieści

Opublikowano 27 kwietnia 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Dostałem maila:
Napisz że coś. Tak długo nic nie piszesz.

A ostatnie wydarzenia w Polsce bardzo przeżyłam.

Czekam na następny artykuł.

Dziękuję Marzeno. To bardzo miłe uczucie, gdy ktoś mnie ponagla bym coś napisał. Może nie samo ponaglanie oczywiście, ale że komuś zależy. To motywuje, choć mam nadzieję, że nie będę nadużywać tego źródła motywacji..

Rzeczywiście od dawna nic się tu nie pojawiło. Piszę różne rzeczy, ale trochę chaotycznie. Przyjdzie czas na porządkowanie i dzielenie się.

Kwiecień okazał się trudnym miesiącem. Katastrofa lotnicza też, ale u mnie nie tylko. Moja mama została na sygnale przewieziona do szpitala po czym przeszła poważną operację. Gdy tuż po niej rozmawiałem z chirurgiem, modliłem się by skończył, bo od samego słuchania o mało nie zemdlałem.

Człowiek jest za delikatny. Zapomina jak kruche jest ciało.

Jak szybko wszystko może się zmienić.

Dla mnie ciągle jedyną receptą jest żyć w pełni, tak jak tylko potrafię.

Obiecałem sobie dwie konkretne rzeczy:

Nie skarżyć się (lub przynajmniej mniej się skarżyć). Człowiek narzeka na tysiące głupot i zapomina o czym naprawdę jest cierpienie. Czasem wystarczy zobaczyć np. 16 – letnią dziewczynę, która po kilku miesiącach w szpitalu i przeszczepie cieszy się, że wreszcie, w połowie maja będzie mogła być w domu. Cieszy się!

A co robimy my, którzy możemy chodzić i oglądać z świat z bliska? Trochę głowa mnie boli. Nie najlepsze pogoda. Weekend majowy nie zapowiada się najlepiej….

Nauczyć się wyrażać miłość i ciepło. Jedną z rzeczy, która mnie zaszokowała, gdy słuchałem wspomnień o Prezydencie było to, że zdaniem bliskich był to człowiek ciepły i serdeczny. Zrobiłem sobie szybko rachunek sumienia jak często ludzie biorą mnie za surowego, twardego i zadufanego człowieka. Często.

Drugie pytanie: dlaczego mnie za takiego biorą? Bo straszę ich swoimi minami, bo nie daję im poczuć swojej sympatii. Bo jestem nieśmiały i czasem czekam aż oni zrobią pierwszy krok. Bo czasem nie umiem wyrazić swoich ciepłych uczuć. Pora to zmienić. Muszę sam popracować nad tematem: jak wyrażać miłość i sympatię w codziennych kontaktach. Z pierwszych doświadczeń wiem, że to wymaga odwagi. Być surowym i zasadniczym jest znacznie, znacznie łatwiej.

Mama radzi sobie znakomicie. Być może jutro ją wypiszą. Jestem z niej dumny.

By było jednak coś więcej do przeczytania poszukałem wśród swoich nie wykorzystanych tekstów i wybrałem ten o Juanie Ponce de León. Mam nadzieję, że się spodoba. A oprócz tego pracuję nad czymś jeszcze.

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję na czekanie, aż coś napiszę!

Jak oswoić lęk (nie tylko) społeczny?

Jak oswoić lęk (nie tylko) społeczny?

Opublikowano 30 marca 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 4 komentarze

Pytanie

Od czasu do czasu dostaję od Was, drodzy czytelnicy pytania i prośby o poradę. Bardzo się z tego cieszę.

Ponieważ nie jestem osobą publiczną, jestem w stanie na wszystkie odpowiadać. Czasem tylko trochę się opóźniam. Mam nadzieję, że odpisałem wszystkim. Gdyby było inaczej – jeszcze raz proszę o kontakt. Nie zawsze jestem w stanie dać radę czy pomóc. Ale zawsze bardzo się cieszę, gdy ktoś do mnie pisze.

Zazwyczaj odpowiadam bezpośrednio, ale dziś postanowiłem zrobić inaczej. Dostałem maila, w którym jest taki problem:

…strasznie stresują mnie sytuacje, w których muszę występować publicznie … masz może na to jakąś prostą radę?

Ta osoba dużo traci nie występując przed ludźmi (nie piszę o szczegółach by zostawić sprawę całkiem anonimową).

Kiedyś zajmowałem się już tym tematem (Co zrobić z lękiem i tremą?). Ale wiem, że to nie rozwiązuje całkiem sprawy.

Stąd dzisiejszy tekst. Może nie jest to prosta rada, ale mam nadzieję, pomoże.

Jazda samochodem

Mam przyjaciela, który bardzo długo bał się jeździć samochodem. Prawo jazdy zrobił chyba jeszcze w szkole średniej, ale siadał za kierownicą tylko od wielkiego dzwonu. Robił to z niechęcią i obawami. Każda jazda wiele go kosztowała. Był zestresowany, i niepewny. Sam o sobie mówił, że koszmarnie jeździ i że ktoś, taki jak on nie powinien wsiadać za kierownicę.

Gdy tylko mógł prosił innych by go wozili. To było bardzo niewygodne. Nie dość, że był zależny od pomocy innych, to jeszcze mu to czasem wypominano.

I nagle w ciągu kilku ostatnich miesięcy coś się zmieniło. Postanowił zmienić całą tą sytuację. Wziął kilka lekcji jazdy a potem kupił nowy samochód. Ciągle czuł lęk, ale regularnie jeździł, nie pozwalając sobie na narzekanie. W ciągu pół roku zrobił jakieś piętnaście tysięcy kilometrów. Lęk przed jazdą znikł lub przynajmniej zmniejszył się do poziomu, jakiego każdy z nas doświadcza.

Terapie lęku społecznego

Mój przyjaciel nie korzystał z żadnych terapii czy pomocy ze strony specjalistów. Pewnie mógł to zrobić.

Dla ludzi, którzy przeżywają lęki istnieje wiele różnych terapii. Można na przykład sprawdzić u psychoanalityka czy samochód nie kojarzy się nam z penisem, którego obcięcia się boimy; można boksować się z poduszkami, wyładowując swoją złość na ojca, która przejawia się w błyszczących samochodach; można odgrywać teatralne scenki lub popracować z odczuciami fizycznymi… Można próbować budować kotwice, można dać się zahipnotyzować i otrzymać sugestię posthipnotyczną. Można przeanalizować z swój sposób myślenia i zmieniać stare przekonani na nowe.

Pewnie każda z tych technik może być pomocna. Choć niektóre są tak głupie, że znalezienie kogoś, komu pomogły graniczy z cudem (np. psychoanaliza).

Jest jednak jedno podejście, które jest najbliższe naturalnej metodzie, w nieświadomy sposób zastosowanej przez mojego przyjaciela. To technika odwrażliwiania (desensetyzacji) lub ekspozycji.

To zdecydowanie najbardziej efektywna technika radzenie sobie z lękami. Większość stosujących ją osób, odnosi sukcesy. Naukowcy piszą, że stosując tą metodę:

…w przypadku niektórych fobii, takich jak lęk przed zwierzętami, aż 90% ludzi, jest w stanie pokonać strach w ciągu paru godzin.
Martin. M. Anthony and Richard P. Swanson, Kiedy doskonałość nie wystarcza(Warszawa: Jacek Santorski, 2000), 181.

To rzecz nie do pomyślenia w przypadku innych podejść. Tam, większość osób doświadcza porażek (skuteczność jest zazwyczaj poniżej 50%).

Odwrażliwianie

Idea tego podejścia jest bardzo prosta. Chodzi o to, by przyzwyczaić się do sytuacji wzbudzającej lęk poprzez stopniowe, coraz mocniejsze ekspozycje.

Na przykład, gdy ktoś chce zwalczyć swój lęk przed wężami najpierw wchodzi do pokoju, gdzie daleko, na drugim końcu jest terrarium. Nawet nie patrzy na węże. Wystarczy, że jest w tym samym pomieszczeniu. Stara się wytrzymać napięcie. Po pewnym czasie lęk w naturalny sposób spada.

Później, gdy się oswoi, patrzy na węże z daleka.

Potem podchodzi kilka kroków bliżej.

Cały czas czuje lęk, ale jest on coraz słabszy. Z każdą kolejną ekspozycją, człowiek się odwrażliwia.

Im więcej ekspozycji, tym mniejszy lęk i większą swoboda działania.

Ekspozycja w życiu

Nie chodzi jednak o samo doświadczanie lęku czy znajdowanie się w sytuacjach wzbudzających lęk. Mój przyjaciel przez kilka lat od czasu do czasu jeździł, a jego lęk wcale nie był przez to mniejszy. Znam wiele osób, które często wychodzą przed grupę, a mimo to są tak samo (a nawet coraz bardziej) przerażone.

Takie epizody lęku są czymś innym niż ekspozycje, pozwalające się z nim oswoić. Najważniejsza różnica polega na tym, jak do nich podchodzimy, co myślimy i jak się zachowujemy.

Gdy przydarza nam się normalny epizod lęku, zazwyczaj dzieją się dwie rzeczy:

1) staramy się od niego wymigać, stosujemy różnego typu strategie unikowe (np. nadmiernie przygotowujemy się do prezentacji, staramy się nie myśleć o tym, co nasz czeka czy znajdujemy inne, niby pilniejsze zajęcia).

2) Angażujemy się w negatywne myślenie typu: na pewno sobie nie poradzę; zobaczą jaki jestem słaby; dlaczego jestem zawsze taki spięty; dlaczego mnie to spotyka; dlaczego znowu tego ode mnie chcą; czy nie mogliby raz mi dać spokoju; itp.

Dodatkowo wiele z takich epizodów lęku to wydarzenia nieprzewidziane i będące poza naszą kontrolą.

W efekcie, możemy wiele razy doświadczać tego samego i zupełne się z tym nie oswoić.

Czymś zupełnie innym niż epizody lęku są ekspozycje.

Ekspozycje pozwalające oswoić lęk

Tego rodzaju ekspozycje w zasadzie należałoby nazwać eksperymentami. Różnią się od epizodów lęku, tak jak wrzucenie do przerębla różni się od stopniowego hartowania czy jak wrzucenie do wody na środku morza różni się od stopniowej nauki pływania.

Ekspozycje są przede wszystkim zaplanowane przez ciebie samego. Nie możesz powiedzieć Dlaczego mnie to znowu spotyka?!

Zanim eksperyment się odbędzie, siadasz sam (lub z pomocnikiem) i planujesz co chcesz zrobić i jaki cel osiągnąć. Określasz, co będziesz robił, jak często, gdzie i w jakiej kolejności. Sam, dobrowolnie pakujesz się w trudną dla siebie sytuację.

Najważniejsza różnica między epizodem lęku a ekspozycją polega na sposobie, w jaki sposób się zachowujesz. Stajesz otwarcie na przeciw swojego lęku i na tyle, na ile możesz przyjmujesz go i spokojnie znosisz. Znalazłeś się w tej sytuacji właśnie po to, by doświadczać lęku. Nie ma sensu go unikać.

Nie gderasz, nie narzekasz, nie unikasz, po prostu odczuwasz to, co się dzieje. Dzięki takiej postawie lęk sam zaczyna stopniowo maleć.

Teraz praktycznie: jak samemu zastosować tą technikę?

Krok 1: Ustal cel

Zacznij od określenia swojego celu. Jaki typ sytuacji wywołuje w tobie napięcie, niepokój czy lęk? W jakiej konkretnej sytuacji chcesz poczuć się swobodniej?

Weźmy lęk związany z wystąpieniami publicznym oraz sytuacjami społecznymi. Panikujesz na samą myśl o tym by powiedzieć coś przed grupą. Twoim celem może być np.:

Swobodnie zabierać głos przed dwudziesto osobową grupą nie znanych mi osób.

Gdy czujesz lęk przed nawiązywaniem nowych kontaktów i zależy ci na tym, by to zmienić, możesz swój cele ustalić, jako:

Swobodnie podchodzić i nawiązywać kontaktu z osobami, których nie znam.

Mogą to być także bardziej szczegółowe cele dotyczące konkretnych typów ludzi. Gdy np. przejmujesz się opiniami innych osób, które oceniasz, jako bardzo inteligentne, możesz ustalić swój cele jako:

Swobodnie rozmawiać z osobami, które oceniam, jako bardziej inteligentne.

Nie jest dobrym pomysłem ustalić cel w stylu: nie czuć żadnego lęku i być zupełnie wyluzowanym z napięcia. Po pierwsze to nie jest realne, po drugie, uwierz, że lepiej czuć pewną umiarkowaną dawkę niepokoju. To działa jak doskonała przyprawa. Jesteś z nią bardziej autentyczny i bardziej ciekawy, a samo wystąpienie jest dla ciebie większym przeżyciem.

Krok 2: Opracuj listę sytuacji wywołujących różny poziom niepokoju

Jeżeli np. chcesz pozbyć się lęku przed wystąpieniami publicznymi, zacznij od określenia wszystkich sytuacji, w których tego rodzaju lęk się odzywa. Nie tylko tych, w których natężenie jest duże. Szczególnie cenne jest znalezienie takich, w których natężenie tego lęku jest nieco mniejsze.

Opisz te sytuacje w miarę szczegółowo, uwzględniając wszystkie czynniki, które mogą mieć wpływ na poziom niepokoju. Istotne może być:

  • Co robisz w tej sytuacji, na czym polega twoje zachowanie? (np. prowadzenie prezentacji, nawiązywanie kontaktu, swobodne pogawędka)
  • Ile osób bierze udział w sytuacji?
  • Kto bierze udział w sytuacji (czy na poziom twojego niepokoju mają np. wpływ takie czynniki jak: wiek, płeć, atrakcyjność, narodowość, postrzegana inteligencja drugiej osoby)?

Oto kilkanaście przykładowych sytuacji wzbudzających lęk społeczny. Być może znajdziesz na niej sytuacje, które również w tobie wzbudzają niepokój:

  • wygłoszenie 2 godzinnego wykładu do stu osobowej grupy nieznanych ci osób
  • wygłoszenie wykładu dla kilku osobowej grupy znanych ci osób
  • zapytanie obcej osoby o drogę lub godzinę
  • zabieranie głosu podczas spotkań ze współpracownikami
  • zabieranie głosu podczas spotkań z grupą osób, których nie znam
  • wygłaszanie toastów i składanie życzeń
  • zabieranie głosu w grupie przyjaciół
  • przedstawianie się kilku osobom
  • rozmiana pieniędzy w sklepie
  • przeprowadzenie prezentacji dla klienta, którego widzisz po raz pierwszy
  • składanie życzeń bliskim
  • zaproszenie znajomej osoby do kina
  • zaproszenie znajomej osoby na kawę
  • zabieranie głosu podczas spotkanie w grupie znajomych osób
  • dzwonienie do nieznanej osoby
  • odpowiadanie na drobne ogłoszenie w gazecie
  • zaproponowanie randki
  • rozmowa telefoniczna z przyjacielem
  • rozmowa kwalifikacyjna
  • zwrócenie towaru do sklepu
  • reklamacji usług
  • śpiewanie w obecności innych
  • zamawianie dania w restauracji
  • prowadzenie dłuższej rozmowy z sąsiadami
  • komplementowanie kogoś
  • niezgadzanie się z kimś
  • dołączanie do grupy rozmawiających osób
  • poproszenie drugiej osoby by nie paliła
  • opowiadanie o sobie

Krok 3: Opracuj hierarchię

Opisz sytuację, która jest twoim celem.

Ona jest na dachu i do niej chcesz się wspiąć. Gdybyś w tym momencie chciał to zrobić, prawdopodobnie lęk byłby zbyt duży by spokojnie wszystko wytrzymać (jeżeli nie, to nie trać czasu na dalsze planowanie, ale idź i zrób to, po kilku razach lęk się zmniejszy).

Teraz zbuduj drabinę, która doprowadzi cię do twojego celu. Znajdź przynajmniej pięć czy sześć sytuacji, w których czujesz mniejsze natężenie niż w sytuacji docelowej.

Wróć do tego, co wybrałeś w poprzednim punkcie i oceń każdą z sytuacji w skali od 0 do 100.

0 – brak jakichkolwiek negatywnych doznań

25 – nieznaczne natężenie

50 – umiarkowane natężenie

75 – znaczące natężenie

100 – ogromne natężenie

Potem uporządkuj sytuacje.

Przykładowo, załóżmy, że opracowałem tego rodzaju listę co niżej (w rzeczywistości byłaby dłuższa). Pamiętaj, że to przykład, nawet gdy masz tego samego rodzaju problem, twoja lista może wyglądać zupełnie inaczej.

Sytuacja (zadanie) Natężenie doznań negatywnych
Wygłoszę przemówienie przed kilkudziesięciu osobową grupą ludzi, których nie znam.


100
Wygłoszę prezentację przed kilkunastoosobową, kameralną grupą.


90
Wygłoszę prezentację, przed grupą składającą się z osób, które znam


70
Celowo nie wezmę portfela i stanę w kolejce do kasy


65
Urządzę przyjęcie dla znajomych z pracy


40
W trakcie spotkania poproszę kogoś i powtórzenie jakiejś wypowiedzi.


30
Kupię gazetę nie mając przy sobie żadnych drobnych


20

Krok 4: Ćwicz znoszenie lęku

Zacznij ćwiczyć – od sytuacji wzbudzających najsłabszy lęk, do tej, która wiąże się z najmocniejszym.

Nie przechodź wyżej, dopóki nie poczujesz, że w miarę spokojnie sobie z nią radzisz. Powtarzaj daną sytuację tak długo, aż poczujesz się w niej zupełnie swobodnie. Być może będziesz musiał to robić kilka razy.

Wykonując zadanie pamiętaj, że chodzi właśnie o dyskomfort, o to by nauczyć się go spokojnie znosić. To, że dyskomfort w wielu przypadkach zanika jest tylko dodatkowym efektem.

Celem takich ćwiczeń wbrew pozorom nie jest osłabienie lęku, ale osłabienie naszych tendencji jego unikania. Gdy przestajesz unikać, chować się i gderać pod nosem, niepokój sam spada. Nie ma innej możliwości!

Stawaj zatem przed swoimi doznaniami w sposób całkowicie otwarty. Nie uciekaj, nie chowaj się, nie rób uników. Nie szukaj ułatwień.

Powstrzymaj nawyki, które sprawiają, że uciekasz z tej sytuacji. Jeżeli rzeczywiście nie możesz znieść negatywnych emocji, zejdź o szczebel niżej. Ćwicz tak długo aż na danym szczeblu poczujesz, że jesteś w stanie robić swoje bez uciekania.

Nie musisz czuć się doskonale. Wystarczy, że będziesz w stanie spokojnie znosić całą sytuację.

Bądź pewien, że stopniowo będziesz się czuł coraz swobodniej. Trenuj regularnie. Dłuższa przerwa może cię zepchnąć w dół drabiny.

Dodatkowa pomoc – ćwiczenie w wyobraźni

Niektórzy zalecają dodatkowe ćwiczenia z użyciem wyobraźni. Szczególnie w latach 70 była to bardzo popularna metoda. Najnowsze badania pokazują niestety, że jest to metoda nie tylko znacznie słabsza od realnej ekspozycji, ale często blokująca rozwój.

Jeżeli tylko możesz, ćwicz w rzeczywistości a nie w wyobraźni. Szczególnie wtedy, gdy robisz to sam. Bardzo trudno jest zasymulować sytuację wzbudzającą lęk. Ktoś mi kiedyś opowiadał o dziewczynie, która ćwiczyła sztuki walki.

Zdobyła jakiś tam pas (chyba nawet czarny) i stoczyła wiele, symulowanych walk, podczas których wyobrażała sobie, że walczy z realnymi napastnikami. Wydawało się, że jest niepokonana. Aż do chwili, gdy została zaatakowana przez prawdziwych napastników. Mimo, że tych wszystkich symulacji po prostu zemdlała (co ją zresztą wyratowało z opresji).

Jeżeli zbytnio zaufasz wyobraźni, może się okazać, że co prawda potrafisz sobie doskonale wyobrazić siebie wyciszonego i spokojnego, ale niewielki ma to wpływ na normalne życie.

To nie znaczy, że nie można stosować ćwiczeń w wyobraźni. To może być metoda wprowadzająca. Możesz wyobrazić sobie trudną sytuację zanim wykonasz rzeczywiste ćwiczenie.

Wyobraź sobie wszystko, co może stać się najgorszego. Stwórz pełny obraz tego co się w takiej sytuacji może dziać. Nie zapomnij o:

  • doznaniach fizycznych
  • emocjach
  • myślach
  • dźwiękach
  • kolorach
  • temperaturze
  • zapachach
  • itp.

Pozwól sobie poczuć to wszystko. Poczuj dyskomfort i zanoś go spokojnie. Zwróć uwagę jak po chwili uczucie dyskomfortu samo zacznie spadać i uspokajać.

Wyobraź sobie, jak konstruktywnie działasz w tej sytuacji.

Nie musisz odgrywać przed sobą supermana, który nie ma żadnych słabości. Zamiast tego wyobraź sobie, że, jesteś w stanie znieść to, co odczuwasz. Wyobraź sobie, że mówisz w tej sytuacji „jestem w stanie to znieść”.

Przyzwól sobie na odczuwanie lęku

Przypomnienie o najważniejszej rzeczy: pamiętaj, że ćwiczysz właśnie po to by czuć dyskomfort i niepokój a następnie z nim się oswoić. Nie unikaj lęku, ale go zaakceptuj. Bądź aktywny w całej sytuacji, ale do lęku podchodź pasywnie.

Nie kupuj negatywnych myśli

W sytuacjach wzbudzających napięcie, nasze myśli podtrzymują i napędzają spiralę niepokoju.

Gdy uważnie przyjrzysz się myślom, jaki ci się pojawiają w takiej sytuacji, łatwo zauważysz, że mają one wspólną cechę. Są kategoryczne i tragizujące.

Możesz myśleć np.:

  • Jestem zupełnie do niczego.
  • Nigdy sobie z tym nie dam rady.
  • Nikomu, nigdy się nie spodobam.
  • Na pewno jej się nie spodobam.
  • Tragicznie mi idzie.
  • Robię z siebie durnia.
  • Wszyscy widzą, że sobie nie radzę.
  • Zaraz się wyda, że nic nie umiem.
  • Wszyscy wezmą mnie za idiotę.
  • Nie jestem w stanie tego wytrzymać

Takie tragizujące myśli niewiele mają wspólnego z prawdą, jednak póki nie jesteśmy ich świadomi mają ogromny wpływ na nasz stan emocjonalny.

Te myśli są zabójcze, tak długo jak je „kupujemy”. Tzn. bierzemy za prawdę i nie mamy do nich żadnego dystansu.

To, że mam w głowie tekst „robię z siebie durnia” nie znaczy, że robię z siebie durnia. Tak samo, jak osoba, która myśli „jestem bananem” nie staje się bananem. Myśl jest tylko myślą. Serią wyładowań w synapsach wywołanych przez określony układ bodźców.

Zamiast „kupować” myśl, uświadom ją sobie. Ok. teraz tak myślę. Tak jak zawsze. Tak jak tysiące innych osób w tej sytuacji.

Taki akt uświadomienie sobie, że myśli to tylko myśli przenosi nas na inny poziom.

Według mnie tyle wystarczy, ale niektórzy lubią jeszcze wspomóc ten proces tzw. zestawem pytań kwestionujących. Możesz je sobie zadać, gdy czujesz, że natywne myśli blokują twoje ruchy.

To trzy poste pytania D – N – A:

Dowody: Czy mam jakieś dowody, że …wezmą mnie za idiotę, że się wszescy widzą, że się denerwuję, że sobie nie poradzę, itp.?

Następstwa A nawet jeśli to co? Czy to naprawdę koniec świata? Czy naprawdę tego nie zniosę?

Alternatywne wyjaśnienia: Czy można spojrzeć na trudności w inny sposób? Jakie są alternatywne wyjaśnienia? Jak by na to patrzył, ktoś inny? Co by sobie myślała osoba, która jest dla mnie wzorem?

Może inne rady? Może inne pytania?

Czy ktoś ma może jakąś inną radę?

Może chciałby coś jeszcze uzupełnić?

A może napisanie komentarza wiąże się dla kogoś z obawą i niepokojem?

A może jakieś inne pytanie?

Dostrzec własne słabości

Dostrzec własne słabości

Opublikowano 23 marca 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 10 komentarzy

Dwie kieszenie

Jeden z cadyków, rabbi Bunam, powiedział do swoich uczniów:

- Każdy z was powinien mieć dwie kieszenie i w razie potrzeby sięgać do jednej albo do drugiej. W prawej kieszeni leżą słowa Dla mnie stworzono świat, a w lewej Jestem pyłem i prochem. (Martin Buber, Opowieści chasydów).

Dziś wielu osobom wydaje się, że rozwój polega wyłącznie na korzystaniu z prawej kieszeni. Za pomocą różnych technik uczymy się jak najczęściej tam zaglądać.

I dobrze, bo często jest nam to bardzo potrzebne. Ale szybko stajemy się karykaturą, gdy nasza lewa kieszeń pozostaje całkiem nieużywana.

Sięganie do lewej kieszeni, dostrzeganie swoich słabości oraz zła, jakie w sobie mamy nie jest pozostałością jakiegoś przestarzałego systemu religijnego. Nie jest wymysłem kaznodziei straszących piekłem. Jest jednym z warunków rozwoju i samorealizacji.

Warunek samorealizacji

Kiedyś już cytowałem Abrahama Maslowa (znanego z piramidy potrzeb). Maslow przeprowadził badania ludzi będących prawdziwymi okazami zdrowia psychicznego, których nazywał ludźmi samorealizującymi się. Pisał o nich:

Są to ludzie zdolni ze stoicyzmem akceptować własną ludzką naturę z jej wszystkimi brakami, z tym wszystkim, co odbiega od obrazu idealnego, bez prawdziwego zakłopotania.

Powiedzenie, że są to osoby zadowolone z siebie, sugerowałoby błędne wrażenie. Należy raczej powiedzieć, że są one zdolne przyjmować niedoskonałości i grzechy, słabości oraz zło ludzkiej natury, w tym samum, niekwestionującym duchu, w jakim przyjmuje się właściwości przyrody.

Ludzie realizujący się, to nie ci, którzy nie mają wad. Przeciwnie, to ci, którzy są w stanie dostrzec to, co w nich jest nie takie jak powinno.

To nie jest łatwe

Sięgnąć do lewej kieszeni nie jest łatwo. Nie ma w niej abstrakcyjnego posypania głowy popiołem, rozważań nad kruchością ludzkiego życia czy niepewną kondycją człowieka we wszechświecie. Są w niej konkretne słabości, braki, niedociągnięcia i błędy. Jest zło, jakie wyrządzamy innym.

To boli. Nic dziwnego, że wolimy się tym nie zajmować. Nasza psychika najeżona jest mechanizmami obronnymi, które pozwalają nam uciec od lewej kieszeni.

Przypisujemy innym nasze wady, wymyślamy dla nich miłe nazwy, pokrętnie je tłumaczymy. To inni są obłudni, my jesteśmy tylko przezorni. To inni są nieczuli i nieludzcy, my tylko musimy z czegoś żyć. To inni są rozbabrani i niezdecydowani, my tylko podejmujemy decyzję. Inni są beznadziejni i sobie nie radzą, my mamy od czasu do czasu słaby dzień.

C.S. Lewis pisze:

Zakładamy, często wierzymy w to, że nasze notoryczne wady są wyjątkowymi, pojedynczymi aktami. Odwrotną pomyłkę robimy, co do naszych zalet – podobnie jak kiepski tenisista, który swoją normalną formę nazywa „złymi dniami” a swoje rzadkie sukcesy uznaje za normę.

Gdyby wierzyć popularnej psychologii, przed takim tenisistą lada dzień otworzy się prawdziwa kariera. Każdy jednak wie, że tak nie będzie. Ten człowiek jest zbyt ślepy na to, by czegoś nowego się nauczyć czy coś w sobie zmienić.

Rozwój zaczyna się dopiero wtedy, gdy umiesz wziąć odpowiedzialność za swoje słabości. Gdy przestajesz zwalać winę na innych, gdy przestajesz nazywać swoje porażki przypadkami a swoje zwycięstwa potwierdzeniem normy.

Iść do przodu możesz dopiero wtedy, gdy masz odwagę popatrzeć uczciwie na swoje życie i dostrzec w nim swoje słabości, błędy i głupotę.

Świadomość słabości otwiera drogę

Ciarki mi przechodzą po grzebiecie, gdy słyszę jak ktoś cytuje słowa „prawda was wyzwoli”. Różne zakłamane typy upodobały sobie ten zwrot by uzasadniać nim niszczenie innych ludzi.

Tak, prawda wyzwala i otwiera drogę. Ale prawda dotycząca twojego własnego zła i słabości. Prawda dotycząca słabości innych ludzi, nigdy nikogo nie wyzwoliła.

Łatwo jest mówić, jaka jest prawda o innych. Znacznie trudniej szukać prawdy o sobie.

Jaka jest prawda na mój temat? To nie jest łatwe pytanie. Ale warto przynajmniej spróbować.

Oczywiście są w nas nie tylko słabości. Mamy wiele mocnych i dobrych stron. Ale bez słabości nasza odpowiedź jest niepełna.

Tak długo, póki cię nie zasmuci, nie przerazi czy nie rozczaruje to, co masz w sobie, znasz tylko pół prawdy.

Refleksja Naikan

Swoich słabości można szukać na różne sposoby. Jednym z nich jest japońska praktyka refleksji Naikan.

Jest banalnie prosta i nie wymaga żadnych szczególnych przygotowań. Potrzebujesz jedynie trochę czasu i jakiegoś spokojnego miejsca. Wystarczy nawet piętnaście minut. Oczywiście lepiej, gdy masz go więcej (w centrach Naikan ludzie siedzą i praktykują przez czternaście godzin dziennie przez tydzień).

Nie jest to żadna skomplikowana medytacja i nie chodzi w niej o wyciszanie czy kontrolowanie umysłu. W Naikan chodzi o otwarcie oczu na samego siebie.

Wybierz jakąś osobę obecną w twoim życiu. To może być któreś z rodziców, rodzeństwo, mąż, żona, partner czy partnerka, dziecko, nauczyciel, ktoś bliski czy ktoś, komu wiele zawdzięczasz.

Następnie poświęć minimum po dziesięć minut, na to by sobie odpowiedzieć na trzy kolejne pytania:

- Co dostałem od tej osoby?

Co dałem tej osobie?

- Jakie kłopoty i trudności sprawiłem tej osobie?

Możesz, szczególnie, gdy przeprowadzasz Naikan w odniesieniu do swojego ojca czy matki, potrzebować więcej czasu.

Gdy już wiesz, o co chodzi możesz zrobić listę osób, które spotkałeś w swoim życiu. Po kolei, w odniesieniu do każdej z nich odpowiadaj sobie na te trzy pytania.

Możesz także zastosować te pytania w nieco inny sposób. Poświęć wieczorem jakieś 15 minut na to by odpowiedzieć:

- Co dziś dostałem od innych?

- Co dałem dziś innym?

- Jakie kłopoty i trudności sprawiłem dziś innym?

Bądź konkretny i nie pomijaj żadnego pytania. Szczególnie trzeciego.

Twórca tej praktyki, buddysta i przedsiębiorca Ishin Yoshimoto radzi by poświęcać na ostatnie pytanie najwięcej czasu. Nie zadawalaj się odpowiedziami typu nic takiego nie było. Gdy czujesz, że trudno ci znaleźć odpowiedzi na trzecie pytania, poświęcaj na nie przynajmniej 60% czasu całego naikan.

Bez tego trzeciego pytania jakakolwiek refleksja na swój temat będzie niepełna.

Każdy z nas jest źródłem bólu, cierpienia i kłopotów dla innych ludzi. To nie jest ani łatwe, ani przyjemne.

Ale nie chodzi o samopoczucie. Wytrzymaj wszystkie negatywne uczucia. Dzięki temu łatwiej ci będzie zminimalizować ilość cierpień, jakie zadajesz innym.

Boże, naucz mnie być przeciętnym jak biało – czarna krowa

Boże, naucz mnie być przeciętnym jak biało – czarna krowa

Opublikowano 11 marca 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 18 komentarzy

Fioletowa krowa przy drodze speca od marketingu

Seth Godin, guru marketingu, rozpoczyna swoją książkę opowieścią o tym jak podróżował z rodziną przez Francję.

Gdy wyjechali z miasta byli oczarowani malowniczymi pastwiskami i pasącymi się na nich krowami. Widok, od którego przeciętny mieszczuch nie może oderwać oczu. Piękny jak książeczka z obrazkami, którą czytało się w dzieciństwie.

Dokładnie to samo robią moje dzieci, gdy na horyzoncie zobaczą choćby niewielką łaciatą figurkę krowy. Dla moich dzieci (i zapewne dzieci Godina), krowa jest znacznie bardziej egzotycznym zwierzęciem niż tygrys, gibon czy słoń. Te ostatnie widujemy od czasu do czasu w zoo. Krowy mamy wyłącznie na ilustracjach.

Po kilkunastu minutach w samochodzie Godinów coś zaczęło się jednak zmieniać. Na początek krowy stały się nieco mniej interesujące. Wystarczyło rzucić na nie okiem od czasu do czasu. Potem stawały się coraz bardziej zwyczajne. W końcu stały się nudne. Po niecałych dwudziestu minutach czar prysł i nikt już nie zwracał na nie uwagi..

Jak pisze Godin: każda krowa jest taka sama i gdy widziałeś jedną, widziałeś wszystkie. By ożywić uwagę, musielibyśmy zobaczyć coś zupełnie nowego. Na przykład fioletową krowę.

Godin wyciąga prosty wniosek: jeżeli chcesz przeżyć w dzisiejszym świecie, musisz stać się fioletową krową. Nie tylko musisz się różnić. Musisz być niezwykły i ponadprzeciętny. Inaczej ludzie cię nie dostrzegą i będzie tak, jakbyś nie istniał. Będziesz jednym z wielu nic nie wartych nudziarzy. Być przeciętnym to znacznie bardziej niebezpieczne niż się wyróżniać:

Chcę jasno powiedzieć, że bezpieczniej jest podejmować ryzyko – wzmocnić w sobie pragnienie dokonania naprawdę zadziwiających rzeczy.

Fioletowe krowy przy drogach specjalistów od rozwoju

Godin zajmuje się głównie marketingiem. Jednak te same rady można znaleźć w książkach z zakresu rozwoju osobistego: wyróżniaj się, bądź niezwykły i ponadprzeciętny. Nie bądź dobry – bądź niesamowity. Nie gódź się na przeciętność. Rozwijaj w sobie wyjątkową osobowość. Oczekuj od siebie niezwykłości. Dąż ustawicznie do wielkości.

Jak byś się czuł, gdyby ktoś ci powiedział, że jesteś przeciętny? Zgodnie ze słownikiem, przeciętny znaczy nie odbiegający od normy, taki, jakiego się najczęściej spotyka, zwykły. Przeciętna szybkość samochodu. Przeciętny zarobek. Przeciętny wygląd (ani ładny, ani brzydki). Przeciętny dzień (ani zły ani dobry, po prostu typowy).

Tymczasem przeciętny człowiek, to ktoś zły, słaby i do niczego. Gdyby ktoś ci powiedział, że jesteś przeciętny, potraktowałbyś to jako obelgę.

Gdy zajmowałem się projektowaniem systemów ocen pracy, zawsze mieliśmy problem z nazwaniem oceny opisującej większość pracowników. Oczywiście nie wchodziło w grę nazwanie jej przeciętną czy dostateczną. Rzadko pomagały inne nazwy, takie jak spełnia wymagania czy zgodnie z oczekiwaniami. Ludzie obruszali się, gdy nie dostawali najwyższej oceny. W wielu firmach, w których dział personalny nie dość dobrze sobie radził z systemem ocen, pod koniec roku, 98% pracowników otrzymywało najwyższe oceny. Wszyscy pracownicy nagle byli znacznie powyżej wymagań. Tylko dlaczego firma nie radziła sobie na rynku a pracownicy mieli poczucie, że nie są traktowani sprawiedliwie?

Jeden z amerykanów, którego cytuje John C. Maxwell, pisze:

Przeciętność wystawia na niebezpieczeństwo cały kraj. Ale zawsze pamiętaj: przeciętność zaczyna się od ciebie.

Pamiętaj, wróg czuwa! Bezpieczeństwo kraju wymaga by wszyscy byli w górnych pięciu procentach!

Nie tylko w Ameryce ludzie czują przymus bycia kimś wyjątkowym. Japoński autor Mishima Yukio w powieści Na uwięzi opisuje jedną z postaci, marynarza Ryuji:

Wiedział tylko, że gdzieś daleko w mrokach świata jest światełko jemu jednemu przeznaczone, które pewnego dnia zbliży się na tyle, by objąć swym blaskiem jego, nikogo więcej…wierzył, że: z całą pewnością czeka mnie niezwykły los, coś zupełnie ekstra, co nie jest dla byle kogo.

Tylko ludzie nieprzeciętni są w stanie coś osiągnąć. Nic dziwnego, że tak chętnie uczymy się tzw. kreatywności. Nikogo nie dziwi grupa menedżerów czy pracowników, którzy biegają po sali szkoleniowej w kolorowych czapeczkach, udają szalejące stado zwierząt, z zapamiętaniem rzucają papierowe samolociki czy licytują się tysiącami absurdalnych pomysłów. Kreatywność to firmowe życie lub śmierć.

Nigdy nie dziwiło mnie organizowanie takich zajęć na uczelniach czy w szkołach. Zdziwiłem się dopiero, gdy zobaczyłem ofertę dla przedszkolaków. Do tej pory naiwnie uważałem, że dzieci są wzorcem kreatywności. Teraz dowiedziałem się, że kreatywności trzeba się uczyć od dzieciństwa. Już czteroletnie maluchy dowiadują się, że bycie typowym to nieszczęście. Że tkwienie w jakimkolwiek schemacie to zbrodnia. Że oczywiste rozwiązania są najgorsze, bo coś sensownego może być dopiero efektem burzy mózgów.

Postęp rozlewa się dalej. Nawet kościół stara się iść do przodu. Jakiś czas temu widziałem plakat reklamujący rekolekcje. Pod zdjęciem grupy młodych ludzi w dziwnych pozach i z dziwnymi minami był wielki napis: Aby zerwać z przeciętnością. Do tej pory, naiwnie myślałem, że Bóg kocha prostaczków i szaraczków.

Ale to nawet lepiej. Kto by chciał być przeciętny? Przecież o to w życiu chodzi by błyszczeć i stać na środku sceny. Broń boże być takim samym jak inni!

Moja szczęśliwe przegrana walka

Ja też zawsze szukałem czegoś niezwykłego. Nie chciałem być przeciętny i zwyczajny. Czasem mi się to udawało. Nosiłem długie włoscy, ubierałem się dosyć niezwykle jak na standardy małego miasta, w którym zastało mnie dojrzewanie, czytałem poezję (czego nie robił nikt z moich towarzyszy niedoli zwanej technikum elektronicznym). Pisałem wiersze (dwa zostały wydrukowane w lokalnej gazecie).

W końcu, gdy byłem starszy, zabrałem się za pisanie książki. Ktoś wyjątkowy w którymś momencie swojego życia powinien napisać książkę. Lepiej wcześniej niż później, bo osoba niekonwencjonalna jakoś dziwnie potrzebuje ciągłego potwierdzania swojej niezwykłości.

Na początku szło doskonale. Pisanie przynosiło mi dużo przyjemności. Szybko skończyłem pierwszy, drugi i trzeci rozdział. W którymś jednak momencie poczułem, że to, co piszę nie jest dość twórcze, niezwykłe czy kreatywne. Krytycznie przejrzałem efekty swojej pracy.

Nie, to mógłby napisać każdy. Gdy jesteś kimś wyjątkowym musisz bardzie się postarać, więcej od siebie wymagać…. Musiałem wszystko poprawić. To nie mogła być prosta książka. To musiało być epokowe dzieło. Coś niezwykłego i dopracowanego do nieskończoności.

Poczucie zabawy i radości z pisania prysło. Zacząłem męczyć się z każdym kolejnym słowem. Byłem twardy i nie poddawałem się. Zaczynałem od nowa i motywowałem się. Ale miesiące mijały. A ja miałem tylko kolejne, nie nadające się do niczego wersje. Po pół roku codziennego, minimum trzy godzinnego pisania byłem na krawędzi depresji.

Któregoś dnia, wybrałem się do księgarni. Wziąłem z półki jakąś książkę. Dobry tytuł, piękna okładka, ale w środku kiepsko. Niespójne rozdziały, koszmarny język, banały. Zacząłem przeglądać inne książki.

Dotarło do mnie, że większość tego, co stoi na półkach to wcale nie są wielkie, wspaniałe i dobrze napisane dzieła. Po większości z nich, nawet tych najlepiej się sprzedających, za dziesięć lat nie będzie śladu. Większość z książek to przeciętne, nudne, biało – czarne krowy.

A jednak nie czułem się lepszy. Przeciwnie. Czułem się przegrany. Czułem, że przegrałem swoją walkę o wielkość i ponadprzeciętność. I czułem, że będę ją przegrywał tak długo, póki ją będę prowadził.

Zrozumiałem, że ludzie po prostu piszą książki (niektóre okazują się doskonałe, ale większość wychodzi średnio). Ja natomiast żyję w świecie fantazji i nierealnych oczekiwań.

Bardzo zatęskniłem za powrotem do rzeczywistości. Chciałem stać się jednym z tych wielu przeciętnych autorów książek. Napisać tylko tyle, by ktokolwiek zechciał to wydać, by ktokolwiek zechciał to wziąć do ręki i by ktokolwiek zechciał to przeczytać. Niech to będzie największy chłam, ale niech to się znajdzie na tej półce! Nie chcę być niezwykły. Chcę cokolwiek zrobić.

Im mocniej oczekiwałem od siebie czegoś niezwykłego, tym bardziej czułem się sparaliżowany. Im bardziej pragnąłem być fioletową krową, tym bardziej nie mogłem być żadną.

Wysoko zawieszona kładka

Nie mamy potrzeby bycia kimś niezwykłym, gdy piszemy list do przyjaciela. Pisanie przychodzi nam naturalnie i nie traktujemy go jak ciężkiej pracy. Wystarczy jednak powiedzieć komuś by napisał to samo, ale jako artykuł do książki, a sprawa staje się naprawdę męczącą.

Gdy piszę do przyjaciela, mogę być zwyczajny i normalny. Gdy piszę artykuł, muszę być genialny.

Gdy poddasz się nakazom niezwykłości, kreatywności i genialności, twoja praca staje się ciężka i męcząca.

Pisanie połączone z oczekiwaniem stworzenia czegoś genialnego jest jak chodzenie po kładce na wysokości stu metrów. Albo jak zdawanie ważnego egzaminu przed surowym profesorem.

Im więcej fioletowej krowy masz w głowie, tym większy stres i napięcie. Fioletowa krowa w głowie sprawia, że nigdy nie jesteś zadowolony i prawnie nigdy nie czujesz satysfakcji. Ciągle musisz się kontrolować i sprawdzać. Ciągle musisz się jeszcze bardziej i bardziej starać. Niewiele zostaje energii na pracę.

Fioletowa krowa, jest jak cenzor, który siedzi gdzieś w środku i ciągle mówi: to nie dość nowe, to nie dość odkrywcze, to nie dość kreatywne, to nie dość wielkie.

To my sami zapraszamy fioletową krowę. My sami wieszamy kładkę tak wysoko, mimo, że równie dobrze mogłaby wisieć metr nad ziemią. My sami wmawiamy sobie, że nasi bliźni są surowymi recenzentami, podczas gdy w rzeczywistości większość z nich to bardzo życzliwi słuchacze.

Pół roku po tym, gdy szczęśliwie udało mi się przegrać walkę o własną niezwykłość, wszedłem do tej samej księgarni i zdjąłem z półki książkę z moim nazwiskiem na okładce.

Przynajmniej na jakiś czas przestałem walczyć o swoją wielkość i niezwykłość. Zamiast pisać genialną książkę napisałem coś, co mogło zainteresować kilku znajomych. Przestałem troszczyć się o doskonałość i zacząłem po prostu pisać.

Gdy oglądałem swoją książkę, wiedziałem, że jest daleko od doskonałości. Wiedziałem, że przydałoby się jej wiele poprawek. Ale trzymałem ją w ręku. I to się liczyło. A gdy zacząłem jeszcze dostawać maile z podziękowaniami od czytelników, poczułem się jak krowa, która daje mleko. Fioletowe krowy nigdy nie dają mleka.

Paradoks

Czy dzisiejsze ulice pełne są wyjątkowych, niezwykłych i kreatywnych ludzi? Czy w dzisiejszych mediach jest wiele osób wyjątkowych i niezwykłych?

Udziwnionych, zmanierowanych, sztucznych – owszem. Ale wyjątkowych i niepowtarzalnych?

To smutne. W czasach, w których tak mocno pragniemy się wyróżniać, jesteśmy tacy jednakowi. Tygiel rodem z dramatu antycznego. Nasze pragnienie niezwykłości sprawia, że stajemy się tacy sami.

Seth Godin, którego cytowałem na początku zachęcał do tego by wzmacniać w sobie pragnienie dokonania naprawdę zadziwiających rzeczy.

Przeciwnie. Im mocniejsze w jest w tobie pragnienie dokonania niezwykłych i zadziwiających rzeczy, im bardziej pragniesz być kimś niezwykłym, tym większa przeciętność ci grozi.

Jakie jest rozwiązanie?

Przestań szukać nieprzeciętności i zacznij szukać autentyczności.

Przestań szukać niezwykłych, kreatywnych rozwiązań. Zamiast tego szukaj rozwiązań oczywistych i najprostszych.

Patricia Ryan Mason, w swojej książce Improv Wisdom cytuje wypowiedź projektanta oprogramowania, który zmienił swój sposób rozwiązywania problemów:

Wcześniej cenzurowałem wiele z moich pomysłów zanim dochodziłem do czegoś użytecznego. Teraz projektując interfejs użytkownika szukam rzeczy oczywistych. Gdy idę na spotkanie z Działem Rozwoju i mówię im o rzeczach łatwo dla mnie dostrzegalnych, kierownicy klaszczą w dłonie i mówią „Dlaczego myśmy o tym nie pomyśleli?” Wtedy wiem, że mój pomysł jest dobry. Wcześniej często szukałem czegoś sprytnego czy innowacyjnego, tracąc to co było na wprost mnie.

Nie pomijaj tego co ci pierwsze przychodzi na myśl. Nie bój się zaakceptować najbardziej oczywistych rozwiązań. Gdy patrzysz uważnie na to, co przed tobą i nie starasz się być drugim Enstinem czy Picassem, zazwyczaj żadna burza mózgów nie jest ci potrzebna.

Gdy piszesz, nie twórz ale napisz najprościej jak potrafisz to, co masz do napisania. Pisz jakbyś pisał do przyjaciela.

Gdy robisz zdjęcia, nie kreuj obrazu ale po prostu fotografuj to co widzisz. Nie szukaj rzeczy niezwykłych. Dostrzegaj to, co masz przed sobą.

To samo można odnieść do każdej dziedziny twórczości: muzyki, architektury, prawa, księgowości, informatyki, itd.

Pozwól sobie na przeciętność

Od środka każdy z nas jest kimś przeciętnym. Jak się na co dzień zaskakiwać, gdy człowiek zna się od dwudziestu, trzydziestu czy więcej lat?

Gdy staramy się być ponadprzeciętni, przestajemy być autentyczni. Być autentycznym to być zwyczajnym. Czasem nudnym, czasem powielającym. Takim jakiem jesteś w środku.

Twoja autentyczność być może okaże się dla innych czymś niezwykłym. Być może to, jak na co dzień widzisz świat będzie absolutnym olśnieniem dla kogoś innego. Być może to, co dla ciebie normalne, dla innych okaże się niesamowite. Może tak, może nie. Przestań się tym zajmować.

Bądź taki, jaki jesteś. Bądź biało – czarną (czy brązową) krową.

Nie szukaj egzaltacji i wyjątkowości. Nie goń za wybitnością. Nie próbuj zrobić coś specjalnego. Nie sil się na myślenie poza ramami i wymuszoną kreatywność.

Mistrz zen Shunryu Suzuki mówi:

Kiedy już nie próbujesz zrobić niczego specjalnego, wówczas robisz coś.

To naprawdę duża ulga nie musieć robić rzeczy niezwykłych.

Jeden z moich ulubionych psalmów (131) opisuje ten stan:

Panie, moje serce nie jest wyniosłe

i oczy moje nie patrzą z góry.

Nie gonię za tym, co wielkie

albo co przerasta moje siły.

Przeciwnie zaprowadziłem ład i pokój w mojej duszy.

Jak niemowlę u swej matki,

Jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza.

Piękny obraz, ale trudny do osiągnięcia. Wiedzieć o tym wszystkim to zbyt mało.

Wiem, jak bardzo pragnienie niezwykłości utrudnia mi życie. Jak bardzo komplikuję sobie pracę, starając się „robić coś specjalnego” i „goniąc za tym co wielkie i co przerasta moje siły”.

Ale co z tego, że wiem? Co z tego, że już kilka razy się przekonałem, że najlepsze efekty przynosi prostota? Co pewien czas na nowo łapię się na dopieszczaniu, uniezwyklaniu i ukreatywnianiu. Jeszcze wielu rzeczy musze się oduczyć by stać się autentyczny jak niemowlę. By pozbyć się traktowania siebie samego jakbym był fioletową krową.

Mam nadzieję, że może komuś mniej zawikłanemu w takie myślenie, ten tekst pomoże. Że zamiast kombinować, po prostu będzie robił rzeczy oczywiste i najbardziej potrzebne.

Naturalna wyjątkowość

Jeżeli dla kogoś biało czarne krowy są nudne i takie same, powinien zatrzymać samochód i spróbować wydoić jedną z nich. Albo przynajmniej uważnie jej się przyjrzeć. Okazałoby się, że nie ma dwóch takich samych. Że gdy widziałeś jedną, widziałeś tylko jedną.

Gdy pragniesz fioletowych krów jesteś tylko amerykańskim turystą. To nie krowa ma problem. To amerykański turysta ma problem z tym, jak widzi świat.

Gdy przestajesz szukać swojej wyjątkowości i zamiast tego przechodzisz zwyczajnie i uważnie przez kolejne chwile, sam z siebie stajesz się wyjątkowy. Bez żadnego świadomego wysiłku. Często sam nawet o tym nie wiesz.

Jak poradzić sobie ze wściekłością i rozdrażnieniem?

Jak poradzić sobie ze wściekłością i rozdrażnieniem?

Opublikowano 23 lutego 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 30 komentarzy

Jakie życie byłoby piękne, gdyby nie ci wszyscy okropni ludzie wokół nas! Gdybyśmy nie musieli się nimi złościć! Gdyby tylko robili to, co do nich należy i kierowali się podstawowymi zasadami!

Zdarza ci się czasem tak czuć?

Patrz pan, jacy ludzie!

Przychodziliśmy tam na wakacyjne obiady. Jedzenie, co prawda bez polotu, ale sama restauracja gustowna. Krzesła obite białą skórą, ściany z fakturą cegieł. Drewniana podłoga, solidne stoły, pod sufitem miedziane, stylizowane rury. Dopracowany każdy detal. Najbardziej podobały mi się regały z książkami, ustawione przed wejściem do toalet.

Stałem przy jednym i oglądałem jakieś zszarzałe wydanie Dublińczyków. Trzyletnia Zuzia również coś kartkowała.

- Tato, w tej książce nie ma obrazków…

Rozczarowana rzuciła książkę na podłogę i od razu sięgnęła po następną

- I w tej też …

- Tak, bo to dla dorosłych. Chodźmy już…

Gdy odkładałem książki, z hukiem otwarły się drzwi, na których przylepiona była postać chłopca w czerwonej czapce. Dziarskim krokiem wyszedł starszy pan. Na głowie siwy jeż. Okulary w złotych oprawkach. Wysunięta do przodu szczęka. Biała koszulka polo, kremowa myśliwska kamizelka z mnóstwem kieszonek i zamków.

W ręku książka.

- Ktoś wziął, żeby poczytać i zostawił.

Popatrzył na Zuzię, pochylił się w moją stronę i nieco ciszej dodał – Pieprzony naród! Bałaganiarze! No jak tak można?!

Miał w ręku dowód. Trudno dyskutować.

Kiwnąłem głową i wydusiłem z siebie

- Tak jest…

- No – brwi uniosły się wysoko – widział pan?! Z energią odłożył książkę na półkę i odmaszerował. Zapewne w stronę kolejnego frontu walki z bałaganiarskim narodem.

Nawet gdybym miał odwagę, nie zdążyłbym mu opowiedzieć, co wydarzyło się kilka minut temu.

A było tak. Skończyliśmy obiad i mieliśmy już wychodzić, gdy Zuzia powiedziała:

- Kupę!

- Może wytrzymasz do domu?

- Nie! Teraz!

Nie było wyjścia. Na chwilę zatrzymałem się przed drzwiami. Do których wejść? Czy do tych ozdobionych figurką dziewczynki w kwiecistej sukience? W końcu to Zuzia chciała się załatwić. A może do tych z chłopcem? W końcu była ze mną. Gdy analizowałem za i przeciw, sięgnęła po niewielką książkę w twardej, zielonej okładce.

Wybrałem drzwi z chłopczykiem. W środku było czysto i pachnąco. Jasne, halogenowe lampki odbijały się w białych płytkach. Już miałem rozebrać dziecko, ale sprawdziłem czy jest papier toaletowy. Nie było. Popatrzyłem na pojemnik na papierowe ręczniki obok kranu. Też pusto.

- Zuziu, idziemy do drugiej toalety. Tu nie ma papieru.

Z jej miny zrozumiałem, że muszę się śpieszyć. Szybko na ręce i biegiem do damskiej.

Tu było jeszcze piękniej. Lampy art-deco ze zwisającymi wokół klosza białymi koralikami.

Ale papieru też nie było. Zacząłem zastanawiać się, jakie naprawdę było przeznaczenie książek przed wejściem. Styl restauracji nawiązywał do dworku lub solidnej chaty, ale żeby aż tak? A tak w ogóle, gdzie jest ta książka? No tak, Zuzia zostawiła w męskiej.

Całe szczęście tutaj były przynajmniej papierowe ręczniki.

W tym samym czasie do męskiej toalety musiał wejść ostrzyżony na jeża pan. Na podłodze znalazł zostawioną w pośpiechu książkę.

- Bałaganiarze!

Z doświadczeniem się nie dyskutuje

Jaki wniosek z tej historii?

W tym, co widzisz wokół, jest więcej ciebie niż się spodziewasz. Często nie widzisz świata, ale swoje konstrukcje. Dopasowujesz to, co widzisz do swoich teorii. Tworzysz sztuczne fakty, wyolbrzymiasz, koloryzujesz.

Zasadniczy pan zapewne wszędzie widzi dowody bałaganu i niedociągnięć. Pewnie mógłby godzinami podawać przykłady tego, jak ludzie są nieporządni. Jego doświadczenie pokazuje mu, że ma rację.

Dlaczego? Czyżby ten człowiek był głupszy od innych? Miał zaburzone zdolności poznawcze? Takie etykiety kuszą. On jest głupi, ja jestem mądry. On ma problemy z myśleniem, ja nie. Mogę wzruszyć ramionami i odejść ciesząc się poczuciem bezpieczeństwa i zadowolenia.

Niestety. Jego umysł na pewno funkcjonuje doskonale. Przynajmniej tak dobrze jak umysł większości z nas. To nie jest kwestia mądrości lub jej braku. Każdy z nas stoi przed podobnym zagrożeniem. Także ludzie bardzo kreatywni i inteligentni.

Jakiś czas temu współautor serialu „Świat według Kiepskich” ogłosił, że emigruje do Egiptu, bo nie może wytrzymać tego, co doświadcza w Polsce. Mówił w wywiadzie:

Ludzie w Polsce są z roku na rok coraz bardziej agresywni i prostaccy. Narkomania w szkołach, pijaństwo, przestępczość na ulicach, seks w parkach. Materializm, brak tolerancji, zanik duchowości. Taka jest Polska.

Przez gazetę, która to opisała przetoczyła się dyskusja, czytelników. Wielu wtórowało emigrantowi, pisząc np. tak:

Wyemigrowałem na wieś, staram się być samowystarczalny i unikam ludzi. Moje otoczenie jest przyjazne, to pies ptaki, kawałek lasku, łąki, własny ogród. Ale za płotem zaczyna się piekło.

Piekło za płotem. Podoba mi się to sformułowanie. Ktoś inny pisze:

W naszym kraju żyje się źle, smutno i w wiecznym, stresie. Ostatnio wykańczałem mieszkanie i sam jestem wykończony – problemami z deweloperami, sprzedawcami, wykonawcami… Chcę być miłym, uczynnym, sympatycznym człowiekiem. Ale jak to zrobić, skoro wszyscy zachowuję się tak, jakby chcieli cię zniszczyć, wykiwać, dowalić.

Doskonale rozumiem tych ludzi.

Kiedyś ja również żyłem w takim koszmarnym świecie. Wokół pełno było cwaniaków, sfrustrowanych kretynów, kołtunów, karierowiczów, hipokrytów… Marzyłem, żeby wyjechać z tego koszmarnego kraju, w którym psy robią na chodnik, rodzice mieszają własne dzieci z błotem, ludzie są fałszywi i sztuczni, drogi dziurawe a ludzie pozbawieni empatii i skrupułów. To były ciężkie czasy.

Gdybym mógł, też pewnie bym wyjechał. Zamiast tego starałem się być najlepszym jak tylko się da. Przebaczałem ludziom, pamiętałem o tym, że trzeba być życzliwym, kontrolowałem swoje reakcje – ale nic z tego. Ludzie wokół wszystko psuli. Mógłbym się podpisać pod słowami jednego z pacjentów Karen Horney: Gdyby nie rzeczywistość zewnętrzna, nie miałbym żadnych problemów.

To było kiedyś. Od dawna nigdzie się nie ruszyłem poza Kraków, a nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spotkałem się z chamskim, agresywnym zachowaniem. Oczywiście nie jest idealnie. Czasem ktoś mnie potrąca. Bywam zły na ludzi. Czasem spotykam ludzi pijanych lub będących pod wpływem narkotyków. O seksie w parku się nie wypowiadam, bo może chodzę nie do tego parku i nie o tej porze, co trzeba?

Moje doświadczenie się zmieniło, mimo, że świat wokół zbytnio się nie zmienił.

Moja zmiana zaczęła się wtedy, gdy zacząłem traktować odczuwane przeze mnie oburzenie i święty gniew, jako informację o swoich własnych emocjach, a nie o tym, jacy są ludzie czy świat wokół mnie. Takie działanie nazywane jest czasem wycofywaniem projekcji.

Jak wycofać projekcję?

Pora na krótką pracę. Zastanów się czy jest coś, co cię denerwuje w innych ludziach. Jaka ich cecha szczególnie cię wkurza? Jakiego zachowania szczególnie nie znosisz? Na co zazwyczaj narzekasz?

Pomyśl przez chwilę.

Może to:

  • niestaranność,
  • agresja,
  • brak wyczucia,
  • skupienie na sobie,
  • brak inicjatywy,
  • brak współczucia,
  • rozbabranie,
  • chamstwo,
  • (to tylko przykłady, znajdź swoje.)

Spisz trzy najważniejsze punkty.

Jeżeli już znalazłeś, zadaj sobie pytanie odwracające. To pytanie można sformułować na kilka sposobów, może ono np. brzmieć:

Kiedy ostatni raz brała mnie chęć by się tak zachować?

Kiedy ostatni raz czułem ochotę by być właśnie takim?

Na ile w tym, co mnie tak oburza obecne są moje własne, ukryte intencje?

Na ile mogę w tym znaleźć siebie samego?

Załóżmy, że cechą, która mnie absolutnie denerwuje, osłabia i wyprowadza z równowagi jest chamskie, agresywne zachowanie ludzi. Gdy ktoś mnie wyprzedzi na ulicy lub, gdy ktoś mnie popchnie na chodniku, lub wciśnie się gdzieś przede mną, nie mogę tego zaakceptować. Czuję święte oburzenie. Mam ochotę wołać o pomstę do nieba.

Moje pytanie odwracające mogłoby brzmieć:

Kiedy ostatni raz miałem ochotę by przestać się liczyć z innymi?

Kiedy ostatni raz czułem się zmęczony tym by być dla wszystkich dobry i uprzejmy?

Ile w tym agresywnym zachowaniu, jest moich własnych intencji?

Czy mam w sobie jakieś agresywne, wrogie intencje?

Jeżeli coś mnie potwornie wkurza i denerwuje, to najczęściej dlatego, że po pierwsze odnajduję to w samym sobie, a po drugie jest to coś całkowicie sprzecznego z moim idealnym obrazem siebie.

Gdy tak potwornie denerwuje mnie to, że ludzie są nieporządni, to znak, że po pierwsze ja sam mam ochotę wyłamać się spod sztywnych reguł i przestać poddawać się porządkowi, a po drugie kurczowo trzymam się swojego wyobrażenia siebie, jako osoby wyłącznie porządnej.

Jedyną receptą by czegoś takiego się pozbyć jest z jednej strony akceptacja wszystkich swoich emocji, a po drugie nabranie dystansu do swoich idealnych obrazów.

Nabrać dystansu do swoich mniemań

O akceptacji swoich emocji była już mowa kilka razy. Tutak chodzi o to, by przestać kurczowo utrzymywać mniemania na swój temat. Mógłbym zadać sobie kilka pytań:

Czy muszę być zawsze oddany innym ludziom?

Czy musze nuć zawsze usłużny i bezinteresowny?

Czy muszę być zawsze osobą dobrą, uprzejmą, łagodną, mającą zawsze dobre relacja?

Czy muszę zawsze podobać się ludziom?

Czy naprawdę pod żadnym pozorem nie mogę być twardy?

Nie chodzi to, by poddać się tym wszystkim nieakceptowanym impulsom. Chodzi tylko o to, by umieć je w sobie nazwać. Samoświadomość wycofuje projekcje.

Jak wykorzystać swój strach do tego by pełniej żyć?

Jak wykorzystać swój strach do tego by pełniej żyć?

Opublikowano 19 lutego 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 19 komentarzy

Nie przepłyniesz oceanu dopóki nie odważysz się stracić z oczu widoku brzegu. Krzysztof Kolumb

Życie w udeptanym kręgu

Puszek cały czas podskakiwał i merdał ogonem. Mieliśmy nie więcej niż siedem lat i uwielbialiśmy z nim biegać po sadzie. Uciekaliśmy, a Puszek gonił nas ujadając cienkim głosem. Wywracaliśmy się, a on skakał po nas tarmosząc za ubrania. Gdy tylko się pojawialiśmy, nie mógł się doczekać zabawy.

Skończyły się wakacje. Gdy następny raz zobaczyłem Puszka, był dużym psem. Co prawda nie miał na szyi łańcucha a jedynie linkę, był jednak uwiązany do budy.

Podszedłem, a on zaczął groźnie szczekać i rzucać się w moją stronę. Wyglądało to tak, jakby chciał zerwać się z uwięzi. Dzielnie szarpał się ze sznurkiem. Nie pamiętał mnie, po prostu na mnie szczekał. Trochę się bałem, ale podszedłem i odwiązałem sznurek. Od razu ucichł i skulił ogon. Potem pociągnąłem go w stronę ogrodu. Początkowo poszedł za mną, ale gdy tylko dotarł do granicy wydeptanego przez siebie kręgu, zatrzymał się. – Chodź – powiedziałem i jeszcze raz pociągnąłem. Pies przysiadł i zaczął skomleć. Nic nie pomogło szarpanie. Zaparł się, byle tylko nie przekroczyć magicznej, wydeptanej przez lata granicy. Próbowałem go nawet wynieść. Ze skowytem uciekał tam, gdzie czuł się bezpiecznie. Mógł funkcjonować tylko w tym małym fragmencie wydeptanego przez siebie świata. Zrobiło mi się smutno.

Jak każdy pies łańcuchowy, stał się maszynką do szczekania i udawania, że rzuca się na ludzi. Tak długo, póki miał na szyi sznurek, wyglądał na odważnego, zdeterminowanego, marzącego o wyrwanie się z uwięzi psa. Tak, jakby mówił: wypuście mnie, to ja wam pokażę!. Sznurek trzymający go na uwięzi wydawał się jego największym wrogiem.

Gdyby był człowiekiem, pewnie mógłby godzinami narzekać na to jak ciężko być na uwięzi i przysięgać, że gdyby tylko udało mu się stąd urwać, dopiero by pokazał!

Nasze granice

Czasem, gdy słucham, jak ludzi opowiadają o swoich ciągle niezrealizowanych marzeniach, mam wrażenie, że są w podobnej sytuacji. Ach, gdybym miał tylko więcej czasu mógłbym napisać książkę, albo gdybym tylko miał starsze dzieci mógłbym odbyć podróż wokół świata, ach gdybym miał więcej pieniędzy mógłbym założyć kawiarnię…. Te znienawidzone, koszmarne ograniczenia! Gdyby nie one…

A może jest inaczej? Może to, co nazywasz ograniczeniami jest twoją ochroną? Czymś, co sam budujesz by wieść spokojne, niewymagające życie?

Być może wydaje ci się, że napierasz, ale tak naprawdę, gdzieś w środku, po cichu cieszysz się, że nie możesz się stąd ruszyć.

Czego się boję?

Na początku roku przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zrobić jakichś postanowień noworocznych. Wziąłem kartkę i i góry wykaligrafowałem dużymi literami „2010” i zacząłem się zastanawiać, co by tu wpisać.

I wtedy wpadłem na pomysł, że zamiast kolejny raz spisywać pobożne marzenia dotyczące przyszłości, tym razem zrobię zupełnie inną listę: rzeczy, których się boję. Przez kilka kolejnych dni od czasu do czasu coś dopisywałem do listy albo coś skreślałem.

Starałem się by na liście były tylko rzeczy, które z jednej strony wiążą się z lękiem, a z drugiej są cenne i wiążą się z czyś ważnym.

Nie wyszło tego dużo. Jakieś siedem punktów.

Długo myślałem, że jestem odważnym człowiekiem. Mam na swoim koncie kilka rzeczy, które mogły pozwolić na taką ocenę. Gdy patrzę na tą listę, wcale nie czuję się odważny. Wręcz przeciwnie. Wiem, że w moim życiu jest wiele lęków.

Po co tak się torturować?

Po co tak się męczyć? Po co szukać rzeczy, których się boję?

Z dwóch powodów.

Po pierwsze by nie pomylić rutyny z dojrzałością. Od mniej więcej siódmego roku życia słyszałem, że jestem dojrzały (może dlatego, że bywałem nieśmiały). Co gorsza miałem kiedyś okres, że sam w to uwierzyłem. Czułem, że wreszcie wyrosłem z obaw, wahań i wątpliwości. Że udało mi się odkryć drogę. Że stałem się pewnym siebie, świadomym własnej wartości człowiekiem.

Bardzo łatwo osiągnąć takie poczucie dojrzałości. Wystarczy robić to, co zawsze. Ograniczyć się tylko do tego, co dobrze znasz. Nie mówię, że to złe. Tyle, że nie należy mylić przyzwyczajenia z dojrzałością.

Po drugie by nie stracić smaku życia. Swoją firmę zakładałem mając niecałe trzydzieści lat. Do dziś pamiętam ten czas jako jeden wielki okres erupcji. Nawet na studiach, podczas sesji nie zdarzało mi się nie przespać tylu nocy, co wtedy. Pracowaliśmy jak szaleni. Dziesięć lat później rozmawiałem z kimś, kto miał podobne doświadczenia o założeniu nowej firmy. Powiedział:

- Ale to już nie to. Gdy człowiek ma czterdziestkę, nie ma już tyle energii.

Przyznałem mu rację i powiedziałem.

- Masz rację. To już tak nie smakuje.

I wtedy uświadomiłem sobie, że tak się czuję. Życie mi już tak nie smakuje. Co z tego, że mam coraz więcej rzeczy, skoro one są coraz bardziej zwietrzałe?

Naprawdę? Każdy powyżej trzydziestki /czterdziestki / pięćdziesiątki jest skazany na życie bez smaku? Dlaczego osoba powyżej pięćdziesiątki miałaby by niezdolna do tego, by czuć taki sam smak życia jak nastolatek?

To nie jest kwestia wieku. To kwestia życia w udeptanym kręgu. Mając więcej lat, wyrobioną pozycję, stabilne źródło dochodów, itp. łatwiej wpaść w rutynę.

Całe szczęście istnieje jeszcze strach – drogowskaz, który pokazuje jak wyjść z tego stanu.

Strachu nie warto pokonywać, nie warto udawać, że go nie ma. Nie warto szukać stanu, w którym nie będziemy go nigdy czuć. Swój strach warto wykorzystać.

Jeżeli czujesz, że coś w twoim życiu nie do końca gra, przyjrzyj temu, czego się boisz.

Potem zdobądź się na odwagę.

Odwaga

Czytałem niedawno książkę niedoszłego prezydenta USA, Johna McCaina Rozważania o odwadze. Jednak znalazłem tam głównie opisy wojennych rzezi. McCainowi odwaga myli się z heroizmem i szałem bojowym. Zapewne z perspektywy żołnierza, jakim jest McCain, są to cenne rzeczy.

W rzeczywistości jednak, odwaga nie ma wiele wspólnego z będącym w amoku żołnierzem, pędzącym w stronę innych, równie nieprzytomnych żołnierzy.

Prawdziwa odwaga to świadome działanie wbrew temu, że czuje się strach i niewygodę. Taka odwaga znacznie częściej przejawia się w codziennym życiu niż na polu walki.

Czujesz lęk? Świetnie. To znaczy, że żyjesz. Że jesteś w podróży. Że życie znowu nabrało smaku.

Co praktycznie można zrobić by wyjść ze swojego udeptanego kręgu?

Zrób pierwszy, mały krok

Zazwyczaj myślimy o zmianach jak rewolucjoniści. Od dziś zaczynam żyć inaczej! Biegam, zdrowo się odżywiam, wcześnie wstaję, nie tracę czasu na telewizję, itd. Rewolucje są tak samo ponętne jak i przerażające.

Nic dziwnego, że wiele osób zwleka. Któregoś pięknego dnia zwolnię się z tej pracy i założę firmę, kiedyś, zacznę pisać, któregoś dnia w przyszłości wybiorę się w podróż.

Być może kiedyś ten dzień przyjdzie. Obudzisz się i nagle wszystko zmienisz. Ale po pierwsze: ten dzień może nigdy nie przyjść. Po drugie: rewolucja może skończyć się szybciej niż się zaczęła.

By się zmieniać, natura częściej używa ewolucji. Ewolucja jest mało spektakularna, ale znacznie bardziej skuteczna.

Poszukaj rzeczy, od których mógłbyś zacząć, bez wywracania wszystkiego do góry nogami. Zacznij od rzeczy, które nie są przerażające i stopniowo, ale regularnie idź do przodu.

Jak mówi chińskie przysłowie: nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Pierwszy krok zazwyczaj nie jest przerażający. To przecież nic strasznego postawić stopę za progiem. Ale gdy to zrobisz łatwiej ci będzie postawić kolejny krok, a potem kolejny. Wielka podróż nie tylko zaczyna się od małego kroku. Ona także składa się z małych kroków.

Co możesz zacząć dzisiaj robić?

Obserwuj, co czujesz

Odwaga nie polega na tym, by nigdy nie czuć strachu. Nie ma sensu udawać przed sobą kogoś, zawsze spokojnego i pełnego harmonii. Znacznie lepiej jest być świadomym wszystkiego, co czujesz.

To naturalne, że od czasu do czasu w twoim wnętrzu pojawią się budzące grozę chmury. Jednak ty nie jesteś chmurą. Nie jesteś swoim stanem emocjonalnym. Jesteś niebem.

Jesteś tym, który tego doświadcza. Obserwuj to, co się dzieje. Wiem łatwo się mówi. Ale nie ma innego sposobu.

Oswajaj się z niewygodą.

Nie da się całkiem uniknąć strefy komfortu. Zbyt szybko się przyzwyczajamy. Gdy wszystko jest precyzyjnie, wspaniale i wygodnie, zaczynają nas przerażać najmniejsze zmiany. Tracimy odporność psychiczną i rozkładają nas najmniejsze przeciwności.

Warto robić coś, co tą odporność utrzymuje. Ciągle niepokoić granice swojej strefy komfortu.

To nie muszą być wielkie rzeczy. Lubię przypominać sobie coś, co sto lat temu napisał William James:

Przez codzienne drobne ćwiczenia podtrzymuj w sobie zdolność do wysiłku. To znaczy: w rzeczach drobnych i małej wagi systematycznie spełniaj małe bohaterstwa, codziennie zrób coś trudnego, tylko dlatego, że jest to trudne (że nie masz do tego ochoty), abyś w chwili, gdy cię spotkają wielkie przeciwności, znalazł potrzebną siłę i sposób się z nimi zmierzyć. Tego rodzaju ascetyzm jest czymś w rodzaju ubezpieczenia, opłacanego od domu i ruchomości. Wnoszona opłata na razie nie przynosi żadnych korzyści, a może nawet nie zwróci się nigdy; lecz jeżeli nawiedzi nas pożar, dzięki niej unikniemy ruiny. Tak samo dzieje się z człowiekiem, który nawykł do skupiania uwagi, energii, wytrwałości i panowania nad sobą w sprawach codziennych. Stać on będzie jak wyniosła wieża, gdy wszystko się zachwieje koło niego, a ludźmi wątlejszej natury, niby liśćmi wiatr będzie pomiatał.


Największa pułapka na drodze rozwoju osobistego – narcyzm

Największa pułapka na drodze rozwoju osobistego – narcyzm

Opublikowano 12 lutego 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 20 komentarzy

Tajemnicza umiejętność, którą psycholodzy nie chcą się dzielić

Musiałem kiedyś pokonać samochodem około tysiąca kilometrów. Jechaliśmy z koleżanką, zmieniając się, co pewien czas za kierownicą. Podróż zajęła nam kilkanaście godzin. Postanowiłem zrobić eksperyment. Polegał na tym, że nie mówiłem nic na swój temat, tak długo, póki o to nie zostałem zapytany. Zamiast tego skupiałem się na drugiej osobie i zadawałem pytania na jej temat.

Zadanie było trudne. Musiałem kilka razy gryźć się w język. Dałem sobie jednak jakoś radę. Mimo, że z natury jestem skupiony na sobie, szkolenia psychologiczne pozwoliły mi nauczyć się pewnej dyscypliny.

Efekt był doskonały. Rozmawiało nam się wspaniale. Później uświadomiłem sobie, że przez kilkanaście godzin ani przez chwilę nie rozmawialiśmy o mnie. Nie usłyszałem ani jednego pytania na swój temat.

Gdy byłem na pierwszym roku psychologii, ustawicznie powtarzano nam, że studiowanie psychologii nie pomaga w rozwiązywaniu swoich problemów i że osoby, których główną motywacją jest rozwiązanie swoich problemów powinny dać sobie spokój.

Zgadzam się, że coś takiego należy mówić kandydatom na psychologów. Ale to nieprawda. Istotą kształcenia terapeuty jest to, że uczy się go skupiać uwagę na drugiej osobie (kliencie), aktywnie go słuchać i brać pod uwagę jego interes.

Właśnie taka postawa, w której jestem zainteresowany drugą osobą a nie sobą, jest warunkiem zdrowia.

Niestety, wygląda to tak, jakby psycholodzy byli zazdrośni o tą umiejętność. Pacjentów za żadną cenę się w nią nie wtajemnicza. Przeciwnie, uczy się ich skupiania uwagi na sobie. Narzekania, kręcenia się wokół swoich doznań, analizowania siebie – swoich marzeń, pragnień i przeżyć.… Słowem blokuje się ich rozwój.

Po czym odróżnić wariata od psychiatry?

Zajmuję się psychologią już ponad dwadzieścia lat. Spotkałem się z kilkunastoma systemami terapii i doskonalenia ludzi. Ktoś wyliczył, że na świcie funkcjonuje ponad 450 różnych systemów i szkół terapeutycznych. Ich ilość ciągle rośnie. Każda szkoła stara się czymś wyróżniać.

I na pierwszy rzut oka, rzeczywiście można zobaczyć różnice. Tutaj pacjent leży na kozetce, a tutaj biega wokół. Tutaj najważniejsze są słowa, a tutaj ruchy. Tutaj analizuje dzieciństwo a tutaj planuje przyszłość…

Jednak, gdy w gabinecie zobaczysz dwie osoby, to zazwyczaj bez problemu poznasz, kto jest chory, a kto zdrowy. Chory, to ten, kto ciągle mówi i myśli o sobie. Zdrowy, to ten, kto skupia się na drugiej osobie.

Wiele badań wykazało, że chroniczne skupienie uwagi na sobie idzie w parze z częstością i głębokością zaburzeń psychicznych.

Na dwóch nogach

Warto rozumieć swój świat wewnętrzny. Nikt nie mówi, że nie.

Umiejętność rozumienia świata wewnętrznego i umiejętność rozumienia świata zewnętrznego uzupełniają się. Są jak dwie nogi. Obydwie w takim samym stopniu są potrzebne do sprawnego poruszania się. Gdy jedna szwankuje, trzeba ją wyleczyć.

Problem z większością psychologów polega na tym, że zajmują się nie tą nogą, co trzeba.

Klienci, którzy do nich przychodzą często dobrze wiedzą, co w sobie mają. Całe dotychczasowe życie stracili na myślenie o sobie – o tym, czego się boją, co ich ogranicza, co ich interesuje, co chcą zrobić… itp. Bez przerwy mielą, wałkują i odmieniają słowa ja, mnie, moje.

Zazwyczaj jednak nie mają zielonego pojęcia na temat tego, jakie potrzeby ma świat wokół nich. Psycholog zamiast uczyć klienta przekierowania uwagi na świat zewnętrzny i potrzeby innych ludzi, uczy jeszcze większego skupiania się na sobie.

Jaki jest efekt takich terapii? Doskonały, póki pacjent rozmawia z psychologiem. Coraz sprawniej analizuje swoje potrzeby i pragnienia. Terapeuta jest coraz bardziej zadowolony ze sprawności podopiecznego.

Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy spotyka się dwóch pacjentów. Niedawno słyszałem rozmowę pomiędzy ludźmi, w swoim mniemaniu bardzo rozwiniętymi psychicznie:

On: W ogóle nie rozumiesz moich potrzeb. Nie ma w tobie żadnej empatii!

Ona: A ty w ogóle nie dajesz mi żadnego wsparcia!

On: Nie, to ty nie doceniasz! Nie zauważasz, że jestem w stresie.

Ona: To ja jestem w większym stresie. Spróbowałbyś być przez dzień poczuć to, co ja…

…i tak dalej. Posługując się sprawnie różnymi pojęciami psychologicznymi licytują się, kto ma gorzej i żadno z nich nie ma najmniejszej ochoty by, choć na chwilę przerwać swoje skupienie na sobie.

Faza rozwoju

Egocentryzm jest naturalną fazą rozwoju człowieka. Dla niemowlęcia świat zewnętrzny nie istnieje. Jedyną rzeczywistością jest ono samo – jego doznania zimna, ciepła, głodu, sytości czy kontaktu fizycznego. Z czasem jednak, w miarę rozwoju zdolności umysłowych, niemowlę zaczyna odkrywać świat zewnętrzny. Robi to stopniowo. Jako małe dziecko dokładnie wszystko sprowadza do siebie. Potem zaczyna się domyślać, że za obrazami, jakie widzi jest coś więcej.

Pierwszym sygnałem jest pojawienie się tzw. stałości przedmiotu. Gdy niemowlęciu schować coś za zasłoną, nie będzie szukać. To, co znika z oczu, przestaje istnieć. Nieco większe dziecko nie poddaje się tak łatwo. Gdy schowasz mu zabawkę pod chusteczką, zacznie pod nią szukać, oczekując, że zabawka tam jest, mimo, że jej nie widać. To jedno z pierwszych osiągnięć poznawczych, przybliżających nas do odkrycia, że na zewnątrz nas jest niezależny od nas świat.

Niektórzy jednak dosyć szybko porzucają ten kierunek rozwoju.

Narcyzm

Wielu osobom nigdy nie udaje się wyjść za swojej skorupy pierwotnego narcyzmu. Albo wychodzą, ale natychmiast do mniej wracają. W skrajnym przypadku wpadają w urojenia, w łagodniejszym w ukrywany narcyzm.

Na pewnym przyjęciu, dystyngowany pan, po dłuższym monologu orientuje się, że całkowicie zmonopolizował rozmowę. Z uśmiechem mówi do swojej rozmówczyni:

- No dobrze, wystarczy już o mnie. Pomówmy może trochę o tobie. Co ty o mnie myślisz?

Narcyz, to ktoś, komu brakuje zainteresowania światem. To, co na zewnątrz jest dla niego w największym razie pretekstem do zajmowania się sobą – swoimi problemami, sukcesami i marzeniami.

Nic podobnego, ja kocham ludzi! – mówi narcyz. Zapomina powiedzieć, że tylko wtedy, gdy rozmawiają o nim. Kocham świat, mówi. Ale tylko wtedy, gdy ten świat pozwala mu się w nim przejrzeć. Świat jest bezużyteczny, gdy nie da się w nim zobaczyć własnego o obrazu.

Kto nie zna takich osób? Narcystycznych, niezdolnych do słuchania innych ludzi, nudziarzy raczących świat swoimi rzekomo odkrywczymi, a w rzeczywistości banalnymi opowieściami?

No dobrze, musze zadać to pytanie: kto nie ma w sobie narcyza? Choćby małej cząstki? Ja niestety mam.

Stan samorealizacji

Dla wielu samorealizacja, to stan, w którym spełnione będą ich wszystkie potrzeby i w którym, ludzie będą traktować ich tak, jak na to zasługują.

Nic podobnego.

Prawdziwa samorealizacja zaczyna się wtedy, gdy wychodzisz ze swojego urojonego świata i umiesz zapomnieć o swoim odbiciu.

Wspólną cechą ludzi, którzy osiągnęli wysoki poziom rozwoju nie jest to, że ustawicznie zajmują się sobą, ale to, że potrafią skupić swoją niepodzielną uwagę na drugiej osobie i świecie.

Obudź się. Świat to nie jest twój sen. Twoje potrzeby, odczucia i wrażenia są tylko jednymi z wielu.

Zamiast uczyć się jeszcze bardziej wikłać w siebie, wpadać w swoje własne sidła, naucz się patrzeć na świat.

Nie chodzi o to byś całkiem zapomniał o swoich potrzebach. Chodzi o to byś zobaczył wreszcie, jakie potrzeby mają inni ludzie.

Kochaj bliźniego jak siebie samego. To znaczy dostrzegaj potrzeby bliźniego, tak jak dostrzegasz swoje. Jedno i drugie jest ważne. Nie koncentruj uwagi tylko na swoich potrzebach. Co najmniej tyle samo uwagi poświęć temu, czego potrzebują inni.

Naucz się, przynajmniej na chwilę wyciszyć siebie i otwartym umysłem, przyjrzeć się drugiej osobie. Zobaczyć jak wygląda bez koloryzowania przez twoje potrzeby.

Propozycja ćwiczenia

Wybierz kilka osób ze swojego otoczenia i napisz (lub opowiedz) dla każdej z nich charakterystykę, tak jakbyś odpowiadała na pytania popularnego magazynu:

  • Co ta osoba lubi?
  • Czego ta osoba nie lubi?
  • Czego ta osoba potrzebuje?
  • Jakie są najważniejsze problemy tej osoby?
  • Jakie są jej najmilsze wspomnienia?
  • Czego obecnie potrzebuje?
  • Co ją ucieszyło w ostatnim czasie? Co jest jej źródłem radości?
  • Jakich emocji ma najwięcej?

Czy jesteś w stanie odpowiedzieć na każde z pytań w odniesieniu do wszystkich osób, które, na co dzień spotykasz? Narcyz by nie potrafił.

Ile piękna umiesz dostrzec?

Ile piękna umiesz dostrzec?

Opublikowano 03 lutego 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

Ośnieżone szczyty Alp

Ewa wróciła z tygodniowego urlopu w Alpach. Byłem kiedyś w tych samych okolicach (tyle, że w lecie). Z pola namiotowego, widać było skaliste szczyty. Zachwycaliśmy się strumieniami, które płynęły w korytach z białego kamienia. Chłonęliśmy odbicia chmur w jeziorach. Po całodziennej wspinaczce szczęśliwi schodziliśmy na dół. Zapytałem Ewy, jak jej się podobało.

- Wspaniale – powiedziała – przez tydzień nie było w okolicy żadnych marudzących i narzekających Polaków.

- To rzeczywiści świetnie, czy coś jeszcze fajnego tam było?

- Dzieciom się podobało…. ale ogólnie trochę drogo.

Są ludzie, którzy na skutek jakiś schorzeń nie czują zapachu albo smaku. Są ludzie, którzy nie potrafią powiedzieć czy mają pełny żołądek, czy są spragnieni, ani czy coś ich boli. Są tacy, którzy ze względu na uszkodzone nerwy nie odbierają wrażeń z całych partii ciała. Można im wbijać w rękę szpilkę, albo przypalić ich papierosem, ale oni – póki na to nie spojrzą – nie będą wiedzieli, że coś się z nimi dzieje.

Ewa jest pozbawiona odczuć estetycznych.

Cokolwiek dla ludzi jest piękne – górski krajobraz z ośnieżonymi szczytami czy czerwona karoseria samochodu, szmer strumyka czy głośne uderzenia gitar, smak wyrafinowanej potrawy czy wybuchy kolorowych fajerwerków – dla Ewy wszystko jest takie same. Nie wywołuje w niej żadnych szczególnych doznań. Bez dreszczu, rozkoszy, poczucia błogości czy poczucia niezwykłości. Nie sprawia, że miałaby ochotę uklęknąć, nie wywołuje głębszego oddechu, nie zatrzymuje w pół kroku.

Ewa jest inteligentna. Potrafi włożyć kwiat do wazonu i powiedzieć:

- Popatrz jaki ładny.

Robi to jednak tylko dlatego, że ktoś jej o tym powiedział. Gdyby usłyszała, że pogrzebacz w wazonie jest piękny i gdyby wszyscy wokół umówili się na wstawianie do wazonu pogrzebaczy, Ewa trzymałby w swoim domu kilka wazonów, pełnych pogrzebaczy.

Czysty pragmatyzm

Oczywiście Ewa ma preferencje. Jednak wartości estetyczne nie grają w nich żadnej roli. Ewa, jak sama się określa, jest czystym pragmatykiem.

Słyszałem kiedyś rozmowę pragmatyka z estetą. Siedzieli na trawie w parku i pociągali z butelki:

- Nawet dobre – stwierdził jeden – ja ci powiem, że lubię jak winko jest dobre.

- E tam… dla mnie to bez znaczenia. Ja tam bardziej praktycznie podchodzę. Najważniejsze, żeby moc miało!

Dla „pragmatyka” butelka wina za kilkaset złotych to całkowite nieporozumienie. Przecież za te pieniądze można mieć całą skrzynkę wódki! A najlepsza wódka, to oczywiście taka, która wchodzi jak woda!

Czy jest w tobie widz?

Władysław Tatarkiewicz cytuje słowa Pitagorasa:

Życie jest jak igrzyska: jedni przychodzą jako zapaśnicy, inni – żeby handlować, ale najlepsi przychodzą jako widzowie.

Mówiąc o widzach, Pitagoras nie miał na myśli ludzi zdystansowanych czy trzymających się z boku. Chodziło mu o tych, którzy widzą piękno. Jak pisze Tatarkiewicz takich, którzy „zajmują postawę estetyczną”.

Pitagoras nie do końca ma rację pisząc o typach ludzi. Według mnie to trzy typy postaw, które mamy w sobie. Każdy raz na jakiś czas jest zapaśnikiem. Ścigamy się z innymi, zmagamy się z przeciwnościami i doskonalimy swoje ciało i umysł. Każdy, raz na jakiś czas ma praktyczną postawę handlowca. Rachujemy zyski i straty, bierzemy oraz dajemy, planujemy i przewidujemy.

Wielu z nas jednak nie wykorzystuje trzeciej możliwości– postawy widza, który patrzy uważnie na świat i chłonie jego piękno.

Być widzem, to pozbyć się choć na chwilę okularów lepszy / gorszy oraz korzystny / niekorzystny, opuścić zwykłą, pragmatyczną postawę i zamiast tego zacząć bezinteresownie przyglądać się światu. Otworzyć się na niego i pozwolić by wywołał w nas rezonans.

Gdy człowiek przyjmuje tą postawę…

…przestaje myśleć abstrakcyjnie, całą siłę umysłu wkłada w oglądanie rzeczy, zatapia się w nich, świadomość swą wypełnia tym, co ogląda, tym co ma przed sobą, zapomina o własnej osobowości. (Tatarkiwicz, Dzieje sześciu pojęć, str. 367)

Gdzie znaleźć piękno?

Większość z nas przynajmniej od czasu do czasu doświadcza piękna. Raz na rok, gdy jedziemy na urlop i znajdujemy się w nieznanej okolicy, rozglądamy się z zachwytem wokół. Albo nieruchomiejemy, gdy po kilkugodzinnej wspinaczce na samym szczycie z mgieł wyłaniają się górskie urwiska. Albo, gdy przypadkiem znajdziemy się w środku nocy na wielkiej łące poza miastem i podnosimy głowę a widok drogi mlecznej rozwiniętej na czarnym niebie.

Zazwyczaj jednak, mimo, że jesteśmy do tego zdolni nie czujemy zbytnio piękna. Blokuje nas:

  • przyzwyczajenie,
  • znudzenie,
  • zmęczenie,
  • pośpiech,
  • popędzanie się,
  • zmuszanie się by ciągle być produktywnym, przezornym i rozsądnym,
  • ciągłe skupienie na sobie.

Słowem nasze nawyki. Przez nie jesteśmy ślepi na piękno, jakie promieniuje z miejsc, ludzi i przedmiotów.

Nawet jeżeli dawno nie byłeś na górskiej wycieczce, od lat nie widziałeś rozgwieżdżonego nieba czy wschodu słońca nad morzem, to wcale nie oznacza, że nie miałeś okazji by doznać piękna. Odczucia estetyczne nie są zarezerwowane dla górskich urwisk, morskich zachodów słońca czy rozgwieżdżonych nocy.

Poczucie piękna jest wydarzeniem, jakie zachodzi między nami a światem. Świat cały czas rozbrzmiewa dźwiękami, które mogłyby wprawić nas w rezonans, ale my blokujemy wszystkie nasze struny.

Gdy dziś rano jechałem do pracy w lusterku stojącego przede mną samochodu zobaczyłem oczy kierującej nim kobiety. Nie było widać twarzy, tylko oczy, piękne, uważne i spokojne.

Tysiące pięknych momentów czeka być zwrócił na nie uwagę:

- światło pierwszych latarni zawieszone nad ruchliwą ulicą,

- biały księżyc witający nad ranem lądujące samoloty,

- mozaika cieni na błyszczącym w mrozie śniegu,

- pierwszy powiew wiatru pachnącego liśćmi,

- dotyk trawy pod stopami,

- dudnienie kropel deszczu o parapet,

- śpiew ptaka ledwo przebijający się przez gwar rozmów,

- rytm kroków biegnącego dziecka,

- chłodne podmuchy zbliżającej się burzy,

- cisza niedzielnego popołudnia na werandzie z kubkiem herbaty,

- kolor oczu ukochanej osoby,

- dotyk rączki dziecka, które chce ci coś pokazać,

- smak kromki dobrego chleba podczas śniadania,

Rozejrzyj się wokół i zacznij tworzyć swoją listę.

Gotowość doświadczania

Gotowość doświadczania

Opublikowano 26 stycznia 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 10 komentarzy

Jak pokonać fale?

Wyobraź sobie niewielką, skalistą wysepkę, zagubioną gdzieś na oceanie. Wokół faluje granatowe morze. Białe grzywy fal rozbijają się o brzeg. Na wysepce nie rośnie wiele roślin i niewiele jest źródeł pitnej wody. Nic dziwnego, że jej mieszkańcy tęsknym wzrokiem patrzą na widoczny w dali brzeg sąsiedniej wyspy. Gdy uważnie się wpatrzeć, można na nim zobaczyć wspaniałe drzewa uginające się od owoców i spływający z góry strumień słodkiej wody.

Co prawda na skalistej wysepce nie ma żadnych materiałów z których można by było zbudować tratwę, jednak odległość nie jest tak duża by nie dało się jej pokonać wpław. Jest jednak jeden problem.

Wielkie oceaniczne fale, które pędzą wprost na brzegi skalistej wysepki, zawracając każdego śmiałka do punktu wyjścia.

Ludzie usiłujący dopłynąć do brzegów obfitej wyspy mają najróżniejsze strategie.

Są tacy, którzy się mocują. Gdy tylko zbliża się fala jeszcze mocniej i silniej wymachują rękami i nogami licząc, że wreszcie pokonają przeciwności. Niestety, mimo, że ich siła rośnie, ciągle są słabsi od oceanu.

Są tacy, którzy usiłują przeskoczyć fale jak latające ryby. Nie potrafią jednak utrzymać się zbyt długo w powietrzu by ta strategia przyniosła jakiś efekt.

Są tacy, którzy usiłują wymyślić jakiś podstęp. Gdy zbliża się fala ustawiają się bokiem, płyną wzdłuż i szukają jakiejś dogi między falami. Ich skomplikowane wysiłki jednak zawsze kończą się przy skalistym brzegu.

Są tacy, którzy chowają się przed falami. Tkwią latami za osłoną nie zwracając uwagi, że obfity brzeg jest tak sam daleko jak był.

To nie wszystkie metody. Na wyspie powstała szkoła, której celem jest pokonanie fal siłą umysłu. Jej adepci, gdy zbliża się fala zamykają oczy, odwracają się tyłem i wyobrażają sobie, że morze jest spokojne, jak górskie jezioro. Dzięki temu czują wewnętrzne wyciszenie i spokój. Problem jednak polega na tym, że fale nie bardzo zwracają na to uwagę. Główny mistrz tej szkoły, co prawda ciągle mieszka na skalistej wyspie, ale utrzymuje, że gdyby tylko chciał mógłby przejść po morzu jak po gładkiej amerykańskiej autostradzie.

Inna szkoła, to ci, którzy po serii niepowodzeń doszli do wniosku, że na drugiej wyspie tak naprawdę jest dokładnie tak samo i szkoda czasu na walkę.

Są jednak i ludzie, którzy potrafią pokonać fale i dopłynąć do brzegu drugiej wyspy. Nie stosują żadnego z tych sposobów. Nie mocują się z falami, nie próbują ich przechytrzyć, nie próbują ich wyciszać. Mimo, że pokonują odległość między wyspami wiele razy i to dzięki nim mieszkańcy skalistej wysepki mają co jeść, mało kto chce ich naśladować. Ich sposób – jedyny skuteczny sposób pokonywania wielkich, spychających z drogi fal – polega na czymś, wydawałoby się sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem – na wpływaniu w głąb fali.

Oto fragment autentycznego poradnika omawiającego podstawowe umiejętności pływania na otwartym oceanie:

Nigdy nie zwalniaj przed napływającą falą. Zawsze płyń wprost w nią.

Zanurkuj w falę, w chwili, gdy ma cię uderzyć. Nurkowanie w falach jest bardzo proste, ale może być najtrudniejszą rzeczą na świecie, gdy boisz się wody. Ujmując to najprościej. Woda na szczycie fali zmierza w kierunku brzegu. Woda blisko dna zmierza w stronę oceanu. Próbując przepłynąć nad falą, będziesz spychany do brzegu. Gdy zanurkujesz w głąb, fala weźmie cię w kierunku, w jakim chcesz płynąć.

Obserwuj fale, gdy przebijasz się prze fale przybrzeżne. Gdy płyniesz patrz na tak często jak spoglądasz na boję. W ten sposób wiesz, kiedy wejść pod falę. (The Basics of Ocean Swimming, Erik Burgan)

Zamiast próbować unikać fal, zamiast mocować się z nimi, zamiast je wyciszać, nurkujesz wprost w nie.

To jedyny bezpieczny sposób. Gdy odwracasz się tyłem i udajesz, że pływasz w spokojnym jeziorze, fala może cię zalać, pozbawić oddechu i rzucić o dno. Mocując się z falą na powierzchni, stawiając jej opór wikłasz się w walkę, której nie sposób wygrać.

Takimi falami, które ciągle zawracają nas z drogi są nasze negatywne emocje i myśli.

Zanurkować w fale znaczy w pełni doświadczać myśli i emocji, równocześnie nie przerywając ruchu do przodu. Obraz pokonywania fal w taki sposób jest metaforą gotowości doświadczania.

Nurkowania w fale

Człowiek, który unika jakiegoś rodzaju doświadczeń, stara się je osłabić lub ominąć. Używając morskiej metafory, to ktoś, kto za wszelką cenę stara się utrzymać głowę na powierzchni.

Zanurzenie się w fali może być przerażające. Tego przecież chcemy uniknąć – zalania przez niekontrolowany żywioł. Jednak tak długo póki będziemy próbować wszystko kontrolować, póki będziemy starali się mieć głowę zawsze ponad wodą – dopóty nie będziemy w stanie płynąć do przodu.

Jeżeli chcesz dopłynąć do celu musisz zanurzyć głowę – tzn. stracić kontrolę ( w każdym razie częściowo). Tylko pełne, pozbawione osłon i otwarte doświadczanie negatywnych uczuć pozwala szybko i bez blokowania się przebić przez nie.

Karen Horney, opisując ten aspekt uwagi nazwała go nieograniczoną receptywnością. Według jej słów, jest to:

…zgoda na to, by wszystko, co odbieramy w danej chwili, wniknęło w nas bez żadnego oporu z naszej strony. Nieograniczona receptywność oznacza, że jesteśmy w danej sytuacji razem z wszystkimi naszymi emocjami (Horney, Wykłady ostatnie)

Taki typ uwagi jest czymś paradoksalnym. Ludzie nie dopuszczają do siebie pewnych doznań, by skuteczniej działać i lepiej się czuć. Nie chcą by coś im dokuczało, przeszkadzało czy rozpraszało. Ale im bardziej próbują manipulować sobą, tym gorzej się czują i tym mniej są produktywni. Próba okrajania swoich doświadczeń ma efekt dokładnie odwrotny do zamierzonego.

Pragnienie uniesienia się

Pisząc poprzednie słowa rzuciłem okiem na półkę z książkami. Jest na niej książka o grzbiecie w morskim kolorze. Jej tytuł brzmi „Umysł ponad nastrojem”. Tego pragniemy: uwolnić się, wznieść ponad negatywne nastroje i złe myśli. Osiągnąć upragniony spokój i ciszę. Przestać się czegokolwiek bać i czymkolwiek przejmować. Książki i psycholodzy mówią, że jest to możliwe. Bardziej wierzymy ich wiedzy niż latom swoich doświadczeń. Zapewne kiedyś mi się wreszcie uda. Wreszcie poznam sposób na to, by tak ustawić swój umysł, aby przestał doświadczać nieprzyjemnych emocji i nieprzydatnych myśli.

I na pewno kiedyś się to uda. Każdy z nas wzniesie się ponad wszystkie nastroje, myśli i emocje. Jednak póki żyjesz, póki masz ciało, póki masz mózg z zestawem pracujących w nim struktur, póki jedną z funkcji twojego umysłu jest doznawanie całego zakresu emocji – także tych, które nie są przyjemne – jesteś poddany falowaniu.

Życie, to pływanie w falującym morzu. Oczekiwanie by żyć i równocześnie „wznieść się ponad” jest tak samo nierealne, jak oczekiwanie by morze przestało falować, gdy do niego wchodzisz.

Czasem fale są wyższe, czasem niższe. Czasem uderzają raz po raz, jak podczas sztormu, a czasem są rzadkie i leniwe, jak wtedy, gdy wieje letnia bryza.

Fale przeszkadzają, ale równocześnie są informacją, że płyniesz do przodu. Nie doświadczają ich tylko ludzie, którzy taplają się przy brzegu w osłoniętych zatoczkach. Im większe masz cele, im wyraźniejsze są twoje wartości, im więcej dla nich robisz, tym większe fale.

Możesz się ich przeląc i wrócić do zacisznej zatoczki. Możesz jednak przestać szukać spokoju. Zaakceptować fale. Przestać za wszelką cenę wyciszać się, doprowadzać swój umysł do klarowności, przestać próbować kontrolować poruszające go fale. I zamiast tego skupić się na tym, gdzie chcesz dopłynąć. Stawić czoła falom i pokonywać je, pozwalając każdej na to by cię przykryła.

Nie jest to niestety coś, co można w sobie raz na zawsze wytrenować. Trening zawsze się przydaje, ale nikt nie może w trwały sposób stać się otwarty na wszystko, co go dotyka.

Otwarcie się na to, co nas w danej chwili dotyka jest bardziej aktem niż cechą. Nie ma ludzi, którzy są całkowicie wolni od ukrywania się przed doznaniami. Są tylko osoby, które raz po raz podejmują decyzję by otwarcie doświadczyć tego, co je w danej chwili spotyka.

Ruch do przodu

Gotowość nazywana jest także akceptacją i uważnością. To doskonałe określenia, czasem jednak, niektóre osoby rozumieją je na opak.

Słowo akceptacja, kojarzy się im z rezygnacją i poddaniem się. Jest to postawa kłapouchego: Tak to już w życiu jest i nic nie zostaje jak się z tym pogodzić…

Odmianą tej samej postawy może być czekanie aż problemy miną: no dobrze teraz jest ciężką, ale kiedyś jeszcze będzie przepięknie.

Prawdziwa akceptacja jest czymś innym. Zaakceptować swój niepokój nie oznacza poddać mu się, schować się pod pierzynę i nic nie robić, bo na zewnątrz jest strasznie i trzeba przeczekać.

Zaakceptować niepokój oznacza doświadczyć go bez żadnego znieczulenia, a następnie – mimo całego lęku zrobić krok w stronę tego, co jest ważne.

Równie dobrze taką akceptację można by nazwać zwycięstwem nad negatywnymi emocjami. Ale zwycięstwo kojarzy się ze zmaganiem, tłumieniem i unikaniem uczuć. Nie chodzi ani o to by wygrać, ani o to by przegrać. Chodzi o to by nauczyć się współżyć ze wszystkim, co w nas jest a nad czym nie mamy kontroli.

Lęk, jaki czuję nie jest przeze mnie zawiniony, nie jest efektem moich grzechów czy błędów, nie mogę – póki żyję się go pozbyć, wyrzucić czy przepracować. Jest czymś nieuniknionym. Akceptacja jest zatem bardziej sztuką koegzystencji – doświadczania nieprzyjemnych rzeczy, połączonych z robieniem swojego.

Także uważność jest czasem rozumiana opatrznie. Uważność (mindfulness) jest bardzo pojemnym terminem, który obejmuje zarówno akceptację, jak i świadomość obecnej chwili. Może być jednak rozumiana jako skupianie się nad sobą i swoimi doznaniami. Być uważnym to siedzieć w kucki z zamkniętymi oczyma i myśleć tylko o swoim oddechu. Nie o coś takiego chodzi.

Ostatnio wolę używać słowa gotowość (a dokładniej gotowość doświadczania), bo wiąże się ono z aktywnością.

Kluczowym elementem gotowości jest świadomość tego, po co chcesz przejść przez tą falę. Jeżeli twoim jedynym celem jest znoszenie nieprzyjemnych doznań jesteś masochistą. Jeżeli twoim celem jest budowanie własnej doskonałości, jesteś skupionym na sobie egotykiem.

O gotowości doświadczania możesz mówić dopiero wtedy, gdy wiesz, co jest twoją wartością i podjąłeś decyzję by iść do przodu.

Gotowość doświadczania jest najskuteczniejszą strategią ruchu do przodu. Gdy jej nie masz, zamiast iść do przodu możesz tracić czas na przepracowywanie swoich doznań, ukrywanie się przed nieprzyjemnymi odczuciami – ogólnie na tworzeniu tysięcy skrytek.

Gdy decydujesz się na gotowość, po prostu opuszczasz całą tą zabawę. Mówisz: nie chodzi o to, bym był cały czas zadowolony, bym był doskonały, bym pokonywał wszystkie trudności bez zmrużenia oka. Chodzi o to by robić, to, co trzeba. Płacąc za to tyle, ile trzeba.

Nurkujesz w falach nie po to by się tym rozkoszować (choć może to być przyjemne) ale dlatego, że jest to najkrótsza i najprostsza droga na drugą stronę. Jakikolwiek inny sposób – bokiem, podskokiem, tyłem czy zwodem grodzi utonięciem albo przynajmniej wplątaniem się w dłuższą i niebezpieczną szamotaninę. Najkrótsza drogą na druga stronę, to pełne stawienie czoła. Stawienie czoła bez żadnej nadziei na to, że od tego fale się zmniejszą, staną się łagodne czy otworzy się przed nami korytarz ze ścian z morza.