Archive for 'Bez kategorii'
Dążenie do doskonałości czy lęk przed odrzuceniem?

Dążenie do doskonałości czy lęk przed odrzuceniem?

Opublikowano 11 listopada 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 14 komentarzy

Wielu perfekcjonistów, gdzieś tam w głębi jest przekonanych, że ich podejście do życia jest czymś cennym: W końcu nie jestem taki, jak ci, którzy robią byle co…nie jestem jak te wszystkie irytujące miernoty… Gdzieś tam jesteśmy, przynajmniej po części, zadowoleni z siebie i swojego wiecznego braku zadowolenia.

Owszem są ludzie, którzy kochają doskonałość, są ludzie u których pragnienie tego by być lepszym, by stworzyć coś bardziej doskonałego jest pozytywną siłą, motorem pchającym do przodu i inicjującym niezwykłe projekty.

Jeżeli jednak masz za sobą długą historię nigdy nie zrealizowanych zamierzeń, jeżeli ciągle rozbijasz się o brak odwagi by zacząć, o dokuczliwe zniechęcenie pojawiające się gdzieś po drodze, a szczególnie o lęk by poddać się ocenie (pokazać innym, to co napisałeś, zaoferować im swoje usługi, zgłosić swoją kandydaturę na jakieś stanowisko, poprosić kogoś o rękę itp.) – to jest mało prawdopodobne, że należysz do grupy „zdrowych” perfekcjonistów. Jest mało prawdopodobne, że to wszystko wypływa z twojej potrzeby piękna i bezkompromisowego umiłowania doskonałości.

Znacznie większe jest prawdopodobieństwo, że twój perfekcjonizm jest sposobem na radzenie sobie z lękiem przed odrzuceniem.

Nie miałem jeszcze dziesięciu lat. Może osiem? Wróciłem z wakacyjnej kolonii. Nie było mnie w domu dwa tygodnie.

- Mamo, mamo, tato, nauczyłem się piosenki!

- Tak? Zaśpiewaj…

Zaśpiewałem „Rusza kaczorek do booojuuuu, żegna swą …” . Dziwne, do dziś pamiętam melodię. Ciarki przechodziły mi po plecach. Poruszała mnie ta piosenka.

- Bez sensu, słowa głupie, kiepska melodia, nie najlepsze wykonanie!

Tak, z obiektywnego punktu widzenia tato miał rację, żenada. Zgadzam się. Kto nas uczył takich głupich piosenek?

Ale czy musiałem to wtedy wiedzieć? Całe szczęście mama powiedziała:

- Nie słuchaj go, ładnie zaśpiewałeś.

Dzięki mamo. Być może dzięki temu kilka razy udało mi się jednak coś zrobić. Być może dzięki temu nie wybrałem całkowitego schowania się przed światem. Ale mimo wszystko… Ból został.

Masz takie wspomnienia?

Ktoś wiecznie niezadowolony. Ojciec, matka, starszy brat, siostra, ważny krewny, nauczyciel:

- Stać cię na więcej

- To beznadziejne

- To nie jest najlepsze

- Do dupy…

Ból odrzucenia osadza się gdzieś głęboko.

A potem nagle masz 20-30-40 lat. Chcesz założyć firmę, napisać książkę, wziąć udział w zawodach, poprowadzić szkolenie… W środku, coś ci jednak mówi, że być może, to co chcesz zrobić jest tak debilne jak ta piosenkaZaczynasz się zatem przegotowywać. Szukasz sposobu by pozbyć się tego dokuczliwego poczucia, że za chwilę ktoś cię odrzuci, że za chwilę wszystko okaże się do dupy. Pracujesz długie godziny, komplikujesz, utrudniasz, zwlekasz, byle tylko nie zobaczyć w oczach innych ludzi, tego co dobrze pamiętasz z dzieciństwa. Czujesz zmęczenie, plączą ci się słowa, nogi robią ci się jak z waty… Już wiesz, że za chwilę będzie to co, zawsze było: nie nadajesz się, nie masz talentu, nie jesteś dobry… odrzucenie, brak akceptacji.

To nie jest żaden perfekcjonizm kochany. To nie ma nic wspólnego z dążeniem do doskonałości. To tylko lęk przed tym, że znowu usłyszysz - do niczego! Że znowu usłyszysz to od kogoś, kogo na kim ci przeraźliwie zależy.

Przedstawiam wam Misia Puchatka, który właśnie w tej chwili schodzi po schodach. Tak-tuk, tuk-tuk, zsuwa się Puchatek na grzbiecie, do góry nogami, w tyle za Krzysiem, który go ciągnie za przednią łapę. Odkąd Puchatek siebie pamięta, jest to jedyny sposób schodzenia ze schodów, choć Miś czuje czasami, że mógłby to robić zupełnie inaczej, gdyby udało mu się przestać tuktać, choćby na jedną chwilę i dobrze się nad tym zastanowić. A potem znów mu się zdaje, że nie ma na to innego sposobu.(A.A. Milne „Kubuś Puchatek”)

Tuktasz przez życie, we wszystkim klucząc, byle tylko ktoś cię nie wyśmiał i nie odrzucił. Nie nazywaj tego proszę perfekcjonizmem (chyba, że masz na myśli schorzenie psychiczne). To nie mam nic wspólnego z perfekcją. To walenie głową o każdy kolejny stopień schodów.

Jeżeli kiedykolwiek chcesz zrobić coś perfekcyjnego, coś wielkiego, coś cennego, najpierw naucz się stawiać czoła temu lękowi.

Nie jesteś już dzieckiem. To, co dziś chcesz pokazać innym, to nie jest jakaś przedszkolna piosenka. A nawet gdyby… Wytrzymaj.

Przyjrzyj się temu co czujesz. Czujesz ten lęk? Czujesz tą obawę? Zaprzyjaźnij się z tym. Nie staraj się ich schować po dywan. Wystaw twarz wprost na ich mroźne porywy. To jedyny sposób wyzwolenia.

Gdy nauczysz się to znosić, wtedy z czasem nauczysz się rzetelnie oceniać to co masz. Nauczysz się wychodzi z rzeczami niedopracowanymi a później stopniowo je doskonalić.

Pomyśl o kimś, kto rzeźbi w glinie. Jak brzydko wygląda rzeźba gdy jest nie skończona. Tyle trzeba usunąć, odjąć, wygładzić… Ale na tym polega rzeźbienie: na zajmowaniu się przez większą część czasu czymś brzydkim i niedoskonałym. Musisz zaprzyjaźnić się ze swoją bylejakością i niedoskonałością. Musisz z radością się nią dzielić. Musisz wychodzić z nią do ludzi. Z czasem nauczysz się przetwarzać ją w coś pięknego.

Z czasem nauczysz się schodzić po schodach na swoich nogach, a nie tuktać, bijąc głową o każdy kolejny stopień.

Czy opłaca się być autentycznym?

Czy opłaca się być autentycznym?

Opublikowano 22 października 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 4 komentarze

Dwa powody dla których warto być prawdziwym

Dlaczego autentyczność? Autentyczność jest ważna z dwóch powodów: zewnętrznego i wewnętrznego. Zewnętrznego – bo w coraz większym stopniu pozwala osiągnąć sukces. Wewnętrznego – bo bez niej nie można poczuć prawdziwego zadowolenia z tego, co robimy.

Łatwiej zaakceptować drugi punkt. Mało kto liczy na to, że osiągnie prawdziwą satysfakcję udając. Nawet, gdy taką wybraliśmy drogę – np. uśmiechamy się do klientów, których w rzeczywistości nie cierpimy – liczymy, że któregoś dnia przestaniemy to robić. I mamy nadzieję, że dopiero wtedy, gdy będziemy mogli robić co nam się podoba i mówić co tylko nam w duszy gra, poczujemy prawdziwą satysfakcję.

Ale czy rzeczywiście autentyczność pozwala osiągnąć sukces? Czy rzeczywiście jest ważna z powodu zewnętrznego? Czy autentyczność nie jest czymś tylko dla mnie samego? Czymś, na co większość z nas może sobie pozwolić dopiero wtedy, gdy przejdzie przez czyściec udawania, gier i kamuflażu?

Czy opłaca się kłamać?

Jakiś czas temu przyjąłem zasadę by nie akceptować zasad moralnych i etycznych, jeżeli mi się to nie opłaca. Postanowiłem nie bawić się w grę pod tytułem: tak trzeba, bo tak mówią, a mówią, bo tak trzeba. Skoro moi prarodzice już zżarli to zakazane jabłko pozwalające określać samodzielnie co jest złe a co dobre, to nie będę udawał, że jestem naiwnym niewiniątkiem. Brzmi to może nieco przerażająco (nie akceptować zasad etycznych, z których nie ma się korzyści) ale zaręczam, że na razie nie odkryłem żadnego przykazania, które by mi się nie opłaciło. Problem z zasadami moralnymi nie bierze się z tego, że ktoś chce sam podejmować decyzję o tym, co jest dla niego dobra a co złe. Problem polega na tym, że często nie umiemy szerzej popatrzeć na siebie samego – na to kim jesteśmy i na to, czego pragniemy.

W programie telewizyjnym o którym wspominałem parę dni temu, dostałem pytanie czy trudno jest kłamać. Powiedziałem, że nie. Badania jakie przeprowadzono wskazują ponad wszelką wątpliwość, że przeciętna trafność jaką ludzie osiągają rozpoznając kłamstwa wynosi 54%. Mówiąc inaczej ta trafność jest nieznacznie wyższa niż przypadek. Gdybyś wziął monetę i umówił się z sobą, że jak wypadnie orzeł uznasz, że ktoś mówi prawdę a jak reszka, że kłamie – osiągnąłbyś trafność na poziomie 50% (tak samo prawdopodobne byłoby to, że trafisz, jak i to, że się pomylisz). Ci z nas, którzy są przekonani, o tym, że trudno ich okłamać zazwyczaj osiągają wyniki poniżej normy – 20%-30%. I dotyczy to nie tylko przeciętnych ludzi, ale także psychologów, sędziów czy policjantów – osób, które teoretycznie powinny radzić sobie lepiej. Na pierwszy rzut oka sprawa wygląda zatem tak, jakby opłacało się kłamać. A gdy jeszcze opanujemy kilka dodatkowych trików (np. będziemy pamiętać by się nie wiercić, trzymać otwarte dłonie i patrzeć w oczy) – staniemy się kłamcą praktycznie nie do wykrycia.

Nie jest trudno kłamać. To sprawa banalnie prosta. Jeżeli nie masz do czynienia z kimś specjalnie przeszkolonym w odkrywaniu kłamstw, zadanie jest banalnie proste. Oczywiście istnieje jakieś ryzyko, że ktoś kogo chcesz okłamać akurat przeszedł szkolenie i jego trafność wynosi 80% – 90%. Ale po pierwsze niewiele osób przechodzi takie szkolenie, a po drugie są one dosyć żmudne.

Czy to znaczy: kłam ile wlezie, gdy tylko masz interes? Nie. Problem polega na tym, że większości kłamców nie chodzi wcale o okłamanie kogoś. Kłamiemy dlatego, że chcemy aby ludzie nam ufali, podziwiali nas, abyśmy mieli z nimi lepsze relacje. To, że ktoś nie będzie nas podejrzewał o kłamstwo, wcale nie znaczy, że to wszystko nam się uda.

Popatrzmy co się dzieje, gdy kogoś okłamiesz. Po pierwsze zaczynasz kontrolować to, co mówisz i robisz. Nie możesz przecież dopuścić by kłamstwo wyszło na jaw. Każde kłamstwo, prędzej czy później będzie wymagało kilku innych kłamstw. Inaczej się wyda. Ponieważ musisz się pilnować by kłamstwo nie wyszło na jaw, twoja część poznawcza jest dosyć obciążona i przeładowana. Dużo dzieje się także w naszych emocjach. Normalny człowiek (nie psychopata) kłamiąc boi się, że zostanie odkryty. Ma także poczucie winy. To wszystko sprawia, że w relacji z kimś, kogo okłamujemy nie jesteśmy naturalni. Jesteśmy jak ktoś, kto staje na stoku narciarskim i zamiast pozwolić swojemu ciału na to by spontanicznie dostosowywało się do warunków i kształtu terenu, ciągle podejmuje decyzje o każdym kolejnym ruchu. Nawet, jeżeli nie złamie sobie nogi, to niewiele jest przyjemności w takiej jeździe.

To jest prawdziwa cena jaką płacimy za kłamstwo: brak głębokich, spontanicznych relacji z ludźmi.

Jeżeli chcemy by ludzie nam ufali, byśmy mieli z nimi głęboką relację, kłamstwo nam się po prostu nie opłaca. Jest jak szyba którą wstawiamy między siebie a innych. To, że ktoś się nie domyśli, że opowieść o moich doświadczeniach, koneksjach, osiągnięciach czy przeżyciach jest zmyślona niewiele jeszcze daje. Ten ktoś może mnie nie podejrzewać o oszustwo, ale nasza relacja będzie wyglądać inaczej niż wtedy, gdybym był z nim bardziej prawdziwy. Będzie bardziej sucha, płaska i pozbawiona wibracji. Nie będzie autentyczna.

Oczywiście nie chodzi o białe kłamstwa czy błahe kłamstewka. Nie mam na myśl jakiegoś radykalizmu. Każdemu zdarza się powiedzieć komuś „świetnie dziś wyglądasz” czy „z chęcią się z tobą spotkam”, mimo, że mielibyśmy ochotę powiedzieć coś zupełnie innego. Mam na myśli takie oszustwa, które wymagają podtrzymywania i które blokują spontaniczność.

To pierwszy, interpersonalny powód, dla którego warto być prawdziwym. Kłamstwo jest co prawda łatwe, ale od tego, że ktoś kupi moje zmyślenia do głębokiej, spontanicznej relacji droga jest daleka (o ile nie zamknięta). Dlatego pytanie jakie dostałem w trakcie programu (jak kłamać?) było głupie. We większości przypadków nie trzeba nic specjalnego umieć by kłamać.

Znacznie ważniejsze jest pytanie: Jak mówić prawdę? Albo: Jak być autentycznym? Jak sprawić by ludzie mi ufali? Jak sprawić bym był dla nich kimś prawdziwym? To nie jest takie banalne. Wbrew pozorom, mówienie prawdy wymaga umiejętności. Zanim jednak o umiejętnościach – czy to jedyna korzyść z mówienia prawdy?

Autentyczność a sukces i kariera

Mówiąc o „zewnętrznej” korzyści z bycia autentycznym mam na myśli nie tylko relacje interpersonalne (z naszymi przyjaciółmi, znajomymi czy rodziną).

Uważam, że bycie autentycznym ułatwia zrobienie kariery. Uważam, że coraz więcej porażek bierze się z braku autentyczności. I myślę, że ten punkt wzbudza najwięcej dyskusji. Potoczna mądrość mówi coś zupełnie innego. Chcesz zrobić karierę – kłam i oszukuj. Broń boże nigdy nie bądź szczery. Udawaj, że coś cię interesuje i nie przyznawaj się, na czym naprawdę ci zależy.

Najchętniej bym napisał, że takie opinie biorą się z nieudacznictwa. Ci, którym się nie udaje osładzają sobie ból porażki oskarżając tych wszystkich, którym się udało. Przegrałem, nic nie osiągnąłem, ale przynajmniej jestem uczciwy, szczery i moralnie lepszy. Rzeczywiście takie zrównywanie sukcesu z brakiem autentyczności czasem jest efektem perwersji (bo trudno inaczej nazwać moralne poczucie wyższości względem tych, którym się udało to, co my sami chcieliśmy osiągnąć).

Byłoby różowo, gdybym powiedział, że do tego to się sprowadza. Ale są ogromne obszary życia i pracy, w których strategia: symuluj, udawaj i wmawiaj dosyć dobrze się sprawdza. Szczególnie wtedy, gdy dysponujesz gigantycznymi środkami na reklamę, lub koneksjami i kontaktami. Zakładam jednak, że nie stać cię na wykupienie reklam i powtarzanie ich tak długo, aż wszyscy w nie wreszcie uwierzą (kłamstwo powtarzane tysiąc razy, staje się ponoć prawdą). Zakładam także, że nie jesteś na tyle sławny, by ludzie brali za dobrą monetę dokładnie wszystko co powiesz, bez względu na to czy ma to jakąś wartość czy nie. Zakładam także, że nie masz rozległych koneksji i układów, dzięki którym nie liczy się co umiesz lub myślisz, ale to, kto cię wspiera.

Jeżeli nie masz tego wszystkiego, zostaje ci tylko jedno: ty sam. To, co czujesz, to co myślisz, to czego doświadczasz. To wbrew pozorom bardzo cenne zasoby. Nawet wtedy, gdy wydaje ci się, że tak naprawdę, nic sobą nie reprezentujesz. Jeżeli masz tylko siebie, bądź w stosunku do siebie lojalny. Udawanie i gierki zostaw tym, którzy mają na to środki. Tobie szarej myszy polnej i tak nie uda się przebić tych dobrze ustawionych. Czegokolwiek byś nie robił, nie będziesz bardziej przekonywujący we wciskaniu kitu niż oni. Nie stworzysz bardziej przekonywujących pozorów. Masz jednak coś, czego ci wielcy, sławni i ustosunkowani nie mają. Masz siebie. Nie zawahaj się tego użyć!

Nie łakom się także na łatwiejsze początki. Tak, stwarzając pozory łatwiej jest zrobić pierwsze wrażenie. Łatwiej jest zrobić pierwsze kroki. Ale co potem? Utkwisz w ślepym punkcie i będziesz modlić się by ktoś cię wyciągnął.

Jeżeli bycie autentycznym jest gdzieś gorsze niż bycie pozorantem – nic tam nie zdziałasz. Lepiej byś odniósł porażkę i poszukał miejsca, gdzie możesz być sobą.

Autentyczność i pasja

Pamiętam z dzieciństwa takie rozmowy:

- Ucz się na lekarza! Lekarze mają dobrze.

- Ale mnie to w ogóle nie interesuje.

- Nie ważne co cię interesuje. Ważne, z czego są pieniądze.

Zawsze toczyłem ze swoim tatą długie dyskusje na temat tego czy w życiu trzeba robić to, co się lubi czy to, czego potrzebują inni (czyli: z czego są pieniądze). Jakiś czas temu wspomnienia wróciły, gdy czytałem jakąś internetową dyskusję. Ktoś argumentował:

- Praca z pasją to bełkot, to bzdury, które nigdzie nie prowadzą. Dlaczego ludzie, nie mogą zrozumieć, że liczy się tylko to, czego potrzebuje klient!

Po pierwsze jakbym słyszał swojego tatę. Gdy kończyliśmy dyskusję zawsze mi powtarzał:

- Zobaczysz, przejdzie ci. W którymś momencie człowiek przestaje zawracać sobie głowę tym czy coś lubi czy nie. Liczy się to, za co chcą ci płacić.

Po drugie, z tego co się zorientowałem ludzie, którzy tak gorąco wyśmiewają kierowanie się pasjami, sami nie osiągnęli sukcesu. Owszem, wielu z nich sparzyło się na robieniu tego, co sprawia im przyjemność, ale tak samo nie osiągnęli żadnych sukcesów przechodząc na drugą stronę barykady i kierując się tylko tym, za co inni chcą płacić. Wymarzone bogactwo ciągle jakoś nie przyszło.

Często ci ludzie robią naprawdę wiele, a mimo to efekty ich skoncentrowanego działania nie są zbyt zachęcające. Dlaczego? Przyjrzyjmy się temu na przykładzie „biznesów” internetowych.

„Najważniejsze czego szukają ludzie”

Po pierwsze robi się badanie słów kluczowych. To taka namiastka badania rynku. Sprawdza się ile osób wpisuje do przeglądarki kombinacje różnych słów. Im więcej osób wpisuje jakieś hasło i im mniej stron na ten temat, tym lepsza nisza. Załóżmy na przykład, że ktoś odkrywa niszę „zioła lecznicze”. Dziesięć tysięcy osób miesięcznie wpisuje to hasło do przeglądarki. Nasz kandydat na milionera idzie do biblioteki i mimo, że temat go zupełnie nie interesuje, pożycza książkę i robi stronę internetową, zatytułowaną np. ziolalecznicze.pl. Następnie odpowiednio ją pozycjonuje i po kilku miesiącach, gdy wpiszesz w googla zioła lecznicze, jego strona wyskoczy na jednym z pierwszych miejsc. Klikasz, bo akurat chcesz znaleźć informację, powiedzmy nt. bzu czarnego, który rośnie za twoim domem, albo interesuje cię czy marzanka ma jakieś pozytywne działania, albo jak przygotować nalewkę z nagietka.

I co widzisz na stronie? Kilka banalnych artykułów i mnóstwo reklam: leki ziołowe, apteki ziołowe, zioła kuchenne itp. Ponieważ nie interesują cię reklamy, zamykasz stronę. Albo raczej próbujesz. Nasz kandydat na internetowego milionera nie próżnował. Przez tych parę miesięcy zanim jego strona znalazła się na pierwszym miejscu listy zapisał się na szkolenie u innego kandydata na internatowego milionera i dowiedział się, że – jak by to powiedział Ferdek Kiepski – trza mieć swojego produkta coby zarabiać. Najlepszy jest ebook. Wystarczą trzy dni. Nie musisz nawet pisać. Zamiast pisać wystarczy nagrać i dać do przepisania. A w zasadzie po co tracić czas na nagrywanie. Kserujesz wybrane fragmenty książek z twojej biblioteki i zlecasz przepisanie ich z użyciem synonimów (by nikt nie mógł czepiać się, że to plagiat). Łatwizna! Teraz zatem, zanim opuścisz stronę ziołalecznicze.pl otwiera się oferta ebooka.

Ale by więcej osób kupiło, trzeba tą ofertę jakoś uwiarygodnić. Przydałoby się trochę opinii czytelników. Skąd je wziąć? Co za problem. Każdy da sobie radę. Tak trudno napisać parę słów?! Aha, jeszcze jedna rzecz. Klienci mają taki głupi zwyczaj sprawdzania, kto jest autorem. Dobrze jest wymyśleć dobre nazwisko i dobrą historię. Np.:

Jan Nepomucen Ziołoleczniczy, wielokrotny rekordzista świata w hodowli ziół leczniczych na czas. Pasjonat alternatywnej, bezwodnej hodowli ziół leczniczych. Światowy ekspert w zakresie hodowania ziół leczniczych w zupełnej ciemności…

No i super. Interes się kręci. Dajesz ludziom to co potrzebują, nie przejmujesz się tym, co ciebie interesuje, wczasy na Bahama, beemka, wino, kobiety i seminaria dla tych, którzy chcą iść twoją drogą.

Naprawdę?

Niestety. Pies z kulawą nogą nie chce kupować. Problem leży w ofercie – 99,9% osób oglądających ofertę naszego kandydata na interentowego milionera, bez żadnych problemów rozpozna czy rzeczywiście interesuje się ziołami leczniczymi, czy tylko coś wciska, by dostać trochę kasy. Jego oferta, w skali autentyczności od 1 do 10, osiąga wynik minus trzy. I to jest problem. Możesz działać w marketingowo doskonałej niszy. Możesz obsługiwać pilące potrzeby klientów. Możesz nawet nie mieć konkurencji. Ale jeżeli twoja oferta jest – jak mówią Anglicy – phony niewiele osiągniesz. To angielskie słowo tłumaczone jako sztuczny, podrabiany, fałszywy, udawany pochodzi ze slangu brytyjskich złodziei. Znaczyło ono pozłacany, tombakowy pierścień (gaelickie fainne – pierścień) który wciska się naiwnym jeleniom jako prawdziwe złoto.

Piszę o biznesach internetowych, pewnie dlatego, że nie za bardzo chcę opisywać ludzi, na których wiele razy się zawodziłem. Dokładnie to samo, w nieco innych realiach można zaleźć w każdej branży.

Przychodzi do mnie młoda osoba i mówi:

- Chciałabym pracować jako trener.

- A jakie szkolenia byś chciała prowadzić?

- Pasjonuje mnie komunikacja międzyludzka.

- Super. Wymień pięć książek, które z tego zakresu przeczytałaś w ciągu ostatniego roku.

- Eeee… roku…. .hmm…

Nie twierdzę, że to czy ktoś czyta książki na dany temat jest jedynym wyznacznikiem tego, czy się czymś naprawdę interesuje. Ale jeżeli prowadzisz szkolenia i coś cię naprawdę pasjonuje, to twoim naturalnym odruchem czytanie tego, co piszą inni. Nie robisz tego z przymusu, tylko z przyjemności. Gdy dostajesz cynk, że wyszła nowa książka, po prostu ręce ci się same do niej palą. Wolisz ją przeczytać niż iść do kina na jakiś film akcji. Oczywiście czytanie książek nie jest wyznacznikiem, ale to, czy kogoś coś naprawdę interesuje czy nie można dostrzec na tysiąc sposobów. I ludzie to czują, mimo, że nie zawsze są tego świadomi. Czasem nawet przez jakiś czas się nabierają, ale to tak jak z podrabianym pierścieniem. Jak trochę potrzesz, przekonasz się, że to nie złoto, a mosiądz.

Bez pasji twoja oferta jest sfejkowana

Gdy zajmujesz się czymś, co cię nie pasjonuje, do czego nie czujesz żadnej mięty jesteś skazany na to by mieć przeciętną, mierną, nie przekonywującą ofertę. Twoja oferta – nie ważne czy sprzedajesz ebooki, odtwarzacze komputery, usługi informatyczne, zawsze będzie odbierana jako fałszywa: udawana, nieautentyczna, sztuczna, podrabiana, naciągana, oszukańcza, obłudna, sfejkowana, kopiuj-wklejona, skalkowana, zerżnięta, mało przekonująca, płaska, jakaś-taka niewyraźna …

Ludzie nie będą chcieli od ciebie kupować nie dlatego, że nie potrzebują czegoś, ale dlatego, że czują twoją pustkę.

Konsultanci Joseph Pine i James Gilmore piszą w książce „Autentyczność. Czego klient naprawdę chce?”:

Udawany, sztuczny, obłudy, fałszywy, nieautentyczny. Czy twoi klienci używają tych słów na opisanie tego, co sprzedajesz lub jak to sprzedajesz? To właśnie sposób, w jaki coraz więcej i więcej klientów patrzy na to, co robią firmy. Ludzie w coraz większym stopniu widzą świat w kategoriach prawdziwości i fałszu. Coraz bardziej chcą kupować coś prawdziwego od kogoś autentycznego a nie coś udawanego od kogoś fałszywego.

Weź kilka sukcesów biznesowych ostatnich lat i prześledź kto za nimi stoi. Zobaczysz, że za każdym wielkim sukcesem stoi człowiek (lub kilka osób) z pasją. Weźmy kilka sukcesów z brzegu. Np.:

  • iPod (który powinien być wynaleziony przez Sony): Steve Jobs (jak sam powiedział: jeżeli nie kochasz tego, co robisz, odniesiesz porażkę).
  • Pixar (który powinien być założony przez Studia Walta Disneya): Ed Catmull, maniak, który śnił o robieniu realistycznych animacji, zanim to było możliwe.
  • Xbox (który powinien nie mieć szans z PlayStation): zespół graczy – projektantów, którzy tworzyli konsolę dla siebie. Gdy temu samemu zespołowi zlecono pracę nad przenośnym odtwarzaczem stworzył coś beznadziejnego – w odróżnieniu od konsoli gier, nikt nie czuł mięty do odtwarzaczy.
  • Google (kto jeszcze pamięta te wyszukiwarki? Lycos, AltaVista, Netsprint…) Larry Page i Sergey Brin, którzy pasjonowali się algorytmami wyszukiwania na długo przedtem niż którykolwiek z nich miał pomysł na zarabianie (sam zresztą pomysł na zarabianie był efektem przypadku).

Bez pasji nie ma prawdziwego zainteresowania i co się z tym wiąże autentyczniej oferty. Autentycznej, to znaczy takiej w której jesteś ty sam: twoje emocje, przeżycia, doświadczenia, radość, zapał, wola walki. Jeżeli tego wszystkiego brakuje, jeżeli w to co robisz włożyłeś tylko nadzieję na dobrą kasę i wygodne życie – ludzie to wyczują. Możesz nawet, przy odrobinie szczęścia i sprytu osiągnąć swój cel. Możesz zarobić na w miarę wygodne życie. Ale ciągle nie będzie to to, na co cię stać.

Dwa warunki sukcesu

Czy to znaczy, że pasja jest kluczem do sukcesu? Nie. Po pierwsze nie chodzi o samą pasję ale o autentyczną ofertę. Są ludzie, których pasja nie prowadzi do żadnej oferty. Pasja znaczy dla nich wyłącznie dobrą zabawę (we własnym, często jednoosobowym gronie). Dobrze się czymś bawić, ale to zdecydowanie za mało. Musisz jeszcze z tym wyjść do ludzi. Musisz chcieć i umieć się tym podzielić.

A to nie jest możliwe bez empatii. Wzór na sukces (dokładniej mówiąc jego najważniejsza część) brzmi:

Autentyczność + Empatia

Jeżeli chcesz sprzedać jakiś produkt lub usługę upewnij się, że naprawdę to cię interesuje. Nie musisz się tym pasjonować od zawsze. Możesz to pokochać po drodze. Jeżeli są to już te nieszczęsne zioła lecznicze – spróbuj w nie wejść.

Po drugie upewnij się, że umiesz poczuć się tak, jak twój klient. Bez tego twoja oferta być może będzie pełna pasji, ale nie wywoła rezonansu. Będziesz jak ktoś, kto gra muzykę, której absolutnie nikt nie rozumie. Albo jak ktoś, kto opowiada kawały, jakie tylko on jest w stanie zrozumieć. Mówiąc inaczej włóż w to siebie i skup się na potrzebach ludzi.

Empatia to nie znaczy prymitywne badania rynkowe z użyciem mniej lub bardziej zaawansowanego programu. Empatia to umiejętność wejścia w skórę klienta. Jeżeli nie masz empatii, najbardziej zaawansowane techniki ilościowych badań marketingowych ci nie pomogą.

Dopiero wtedy, gdy połączysz te dwie rzeczy, masz jakąś tam szansę odniesienia sukcesu w swoim biznesie albo na swojej ścieżce kariery.

Czy łatwo jest połączyć te dwa składniki? Nie. To bardzo trudne.

Ale masz do wyboru: mierna, przeciętna, pozbawiona życia oferta albo coś autentycznego i pełnego pasji. Można żyć udając zainteresowanie i troskę. Niektórzy nawet żyją całkiem dostatnio. To jednak pytanie do ciebie: Czy to ci wystarczy? Czy czasem nie masz ochoty zrobić coś więcej?

Jeżeli tak, być może pora by znaleźć miejsce, w którym to, co kochasz spotyka się z tym czego pragną inni? Póki nie połączysz tych dwóch rzeczy, wszystko będzie szło jak po grudzie.

Co dalej?

Bycie autentycznym nie jest takie łatwe. Być autentycznym to nie znaczy być ekshibicjonistą, który nie ma nic do ukrycia i daje wyraz wszystkim swoim myślom i emocjom. Tym jednak zajmiemy się w jakimś z kolejnych tekstów.

Jak zwykle jestem ciekawy co o tym myślisz.

Autentycznie nie wiem jak to zatytułować

Autentycznie nie wiem jak to zatytułować

Opublikowano 14 października 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 22 komentarze

Wczoraj dostałem z Amazona książkę „Autehenticity What consumer really want” (nie było wersji na kindle, musiałem poczekać na papier). Książka zaczyna się od motta:

Autentyczność będzie słowem – kluczem dwudziestego pierwszego wieku…

Poprzedni wiek zostawił nas w świecie podróbek i sztuczności. W takim świecie autentyczność ma cenę złota. Wczoraj ktoś wcisnął mi do ręki ulotkę „Smak prawdziwego chleba”. Na ulotce nikt nie reklamuje niskiej ceny czy jakości produktu, są za to słowa:

…wykorzystując stary oryginalny piec piekarski wypiekam chleb na zakwasie i drożdżach… korzystam z tradycyjnych, przedwojennych receptur mojego taty.

Gdybym położył przed tobą z jednej strony „prawdziwy chleb mojego taty”, a z drugiej wyrób zapakowany w folię, masowo produkowany, nafaszerowany polepszaczami i spulchniaczami, co byś wybrał? Czy byłby ktoś, kto by nie wybrał prawdziwego chleba? Coraz więcej osób z chęcią dopłaci, nawet sporo, by móc spróbować prawdziwego chleba. Niska cena, dostępność, szeroki wybór, dostawa, spełnianie kryteriów jakości ISO ileśtam itp. – to wszystko jest coraz mniej ważne wobec autentyczności. Chcemy kupować rzeczy, które wydają nam się prawdziwe.

Jeżeli już marketing zajmuje się autentycznością (książka, którą dostałem jest właśnie z tego zakresu) to o ile bardziej autentyczność jest ważna dla kogoś, kto chce się rozwijać zawodowo! Dwudziesty pierwszy wiek, będzie także wiekiem ludzi autentycznych. Albo mówiąc dokładniej będzie czasem z jednej strony ludzi autentycznych, odnoszących sukcesy i zmieniających świat, a z drugiej nisko opłacanej siły roboczej, która wykonuje rutynowe prace, zostawiając tworzenie, inicjowanie i nadawanie tonu tym drugim. Ale mniejsza o prognozy.

Komuś może się wydawać, że bycie autentycznym to prosta sprawa. Wystarczy tylko podjąć decyzję i już się jest. W rzeczywistości to duża umiejętność. Autentyczność zawsze była dla mnie jednym z najwyżej notowanych punktów w mojej hierarchii wartości. Ale mimo to, ciągle się uczę jak być autentycznym i ciągle mam wrażenie, ze jestem na początku drogi.

Oto przykład lekcji sprzed kilku dni.

Tydzień temu zostałem zaproszony do udziału w programie telewizyjnym dla młodzieży (o nazwie poziom 2.0). Na początku wahałem się, ale ciekawość zwyciężyła. Jak już się zgodziłem pomyślałem: Ale w czym ja pójdę? Szkolenia prowadziłem zazwyczaj w garniturach. Ale po pierwsze już mi się nie chce występować w garniturach, a po drugie to program dla młodzieży.

Poszedłem do sklepu. Była niedziela. W centrum handlowym kłębił się tłum ludzi. Byłem zły, że muszę robić zakupy zamiast bawić się z dziećmi, przeszkadzał mu tłum i huk czegoś, co pewnie było muzyką, zanim nie dotarło do kiepskich głośników. Czasem lubię robić zakupy, ale naprawdę nie tym razem. Niestety w poniedziałek rano miałem pojechać do Warszawy. Czułem się bliski tego by usiąść gdzieś na ławce i jak dziecko obrazić się na świat. Ale powiedziałem sobie:

- Nie masz wyboru, nie poddawaj się, wytrzymaj!

Łatwo powiedzieć. Nie mogłem przecież kupić byle czego. Po pierwsze nie lubię wydawać pieniędzy na coś, co będzie leżało nieużywane w szafie, po drugie szukałem czegoś, co będzie jakoś korespondowało ze mną. Mówiąc po ludzki – w czym będę robił dobre wrażenie.

Po dwóch godzinach błąkania się po sklepach zmusiłem się by coś kupić. Wróciłem do domu z reklamówką w ręce oraz złością i zmęczeniem w sercu. Następnego dnia rano ubrałem to, co kupiłem. Dosyć wąskie spodnie i szara bluza z nadrukiem (stara książka, trupia czaszka i kwiaty). To nie wyglądało najgorzej. Ale… to nie byłem ja. To nie było autentyczne. To był kostium na moje trzy minuty w telewizji.

-Kurcze… może zdążę jeszcze coś kupić w Warszawie?

Ale tym razem, może dlatego, że byłem po śniadaniu podszedłem do tego inaczej. Uświadomiłem sobie, że przecież nie muszę nic udawać.

To była ulga. Wyciągnąłem stare rzeczy i ubrałem się w nie. Świetnie się sprawdziły. Wygodne w pociągu, nie przekombinowane na ekranie. Co więcej wyglądałem po swojemu. Gdybym ubrał to, co kupiłem wyglądałbym tak jak wszyscy w wokół. Z tą różnicą, że oni mieli po 20 lat, a ja dwa razy tyle.

Ta banalna historyjka ma morał. Czasem wiele siły wkładamy w to, by znaleźć coś, co nas wyrazi, co wydobędzie naszą indywidualność albo pokaże, że nie jesteśmy kimś tuzinkowym. Kosztuje nas to wiele czasu, wysiłku i napięcia. Korzystając z tych zasobów moglibyśmy zrobić coś cennego. My jednak walczymy i z uporem szukamy czegoś wyjątkowego w kolejnych modnych sklepach.

Zapominamy, że wystarczy zajrzeć do własnej szafy. Zapominamy, że jesteśmy unikalni wcale nie wtedy, gdy bardzo staramy się tacy być. Wcale nie wtedym, gdy stroimy się w piórka intelektualistów, obrazoburców, przedsiębiorców, pisarzy czy ludzi twórczych. By być unikalnym wystarczy nie udawać kogoś, kim się nie jest. Być tą samą osobą, którą się jest na co dzień.

Być autentycznym oznacza nie poświęcać zbytniej energii na kreowanie samego siebie – dobór ubioru, słów czy imagu. Człowiek, który zaczyna zbytnio planować siebie (jak mówią spece od wizerunku, dba o swój personal brand) traci świeżość i prawdziwość. Staje się jak chleb z polepszaczami.

Tego samego dnia, gdy występowałem w telewizji spotkałem człowieka, który na pierwszy rzut oka wydał mi się oryginałem. Mniejsza o okulary, wisiorki, pierścionki, pas, marynarkę czy buty – dla mnie trochę za „telewizyjnie” ale być może taki miał styl. Ważniejszy był kontrast w tym, co mówił i jak się zachowywał. Z jednej strony, mówiąc o literaturze rzucał dupami i kurwami a z drugiej jego ciało zdradzało oznaki napięcia (żeby nie zwariować od tematów motywacyjnych, zajmuję się od wielu lat mową ciała). Gdy mu się uważnie przyjrzałem i uważnie go posłuchałem zrozumiałem, że ta cała maska jest po to, by ukryć obawę przed demaskacją. Miał coś do powiedzenia, ale kurcze… za dużo polepszaczy.

Coś w jego środku pewnie mówiło:

- Stary musisz panować nad tym, co ludzie widzą, tak by im nawet do głowy nie przyszło, że się na tym nie znasz, a twoja wiedza jest tylko teorią wyczytaną z książek.

Aby być autentycznym trzeba mieć przynajmniej jedną z tych rzeczy:

  • odwagę (nie przeraża mnie to, że ktoś uzna mnie za głupca)
  • pokorę (niby kim takim jestem? przecież jestem normalnym zjadaczem chleba)
  • rezygnację (najwyżej mnie wyśmieją, trudno…)
  • poczucie humoru (no to najwyżej pośmiejemy się ze mnie razem)
  • sklerozę (już zapomniałem…. ale o co chodzi?)

To pocieszające, że jest tyle możliwych źródeł autentyczności. Choć tej osobie zabrakło akurat wszystkich.

Jeszcze jedna uwaga. Zanim przywiążesz się do autentyczności: nie próbuj tego, póki nie masz jeszcze jednej rzeczy: życzliwości i szacunku do innych. Ci, którzy stawiają jedynie na autentyczność, nie mając w sobie życzliwości kończą zazwyczaj jako stare, złośliwe zrzędy, którym wydaje się, ze są pępkiem świata.

Świadomość własnych aspiracji

Świadomość własnych aspiracji

Opublikowano 01 października 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Czasem, gdy człowiek czuje się do niczego, rzeczywiście powinien coś w sobie poprawić – opanować jakieś umiejętności, zająć się czymś innym, albo zmienić stosunek do negatywnych doznań. Czasem jednak to nie człowiek powinien się zmienić, ale skala ocen, jakiej wobec siebie używa.

To trochę jak w szkole. Jeżeli jakiś uczeń ma dwóję, to może oznaczać, że poświęca za mało czasu na naukę lub brakuje mu zdolności. Ale może też znaczyć, że nauczyciel wystawia mu oceny na podstawie złych kryteriów. Jeżeli wszyscy uczniowie w klasie mają same dwóje, jest prawie pewne, że coś jest nie w porządku z kryteriami ocen. Ktoś wymaga umiejętności, jakich uczniowie nie są w stanie posiąść. Jeżeli cały czas, niezależnie od tego jak bardzo się starasz, czujesz się nic nie warty – być może z tobą, twoimi umiejętnościami, motywacją czy uzdolnieniami, wszystko jest w porządku. Zmiany wymagają natomiast oczekiwania, jakie masz pod swoim adresem.

Afrykańska księżniczka

Pewnemu afrykańskiemu królowi urodziła się córka . Było to akurat tego dnia, gdy pokonał wrogów. Przepełniony poczuciem tryumfu powiedział wtedy:

- Gdy dorośnie, zrobię dla niej ucztę jakiej świat nie widział! Stada wołów, które zostaną zabite będą tak wielkie, że kurz ich kopyt przesłoni słońce.

Radość z choćby największego zwycięstwa kiedyś musi się skończyć. Ojciec szybko zapomniał o swoich obietnicach. Jednak matka i niańki często powtarzały dziecku te słowa.

Minęło kilkanaście lat, w końcu przyszedł dzień dojrzałości. Zgodnie ze zwyczajem plemienia, księżniczka idzie na sawannę i czeka aż ojciec przyśle stado wołów, na czele którego wróci do wsi. Ojciec przysyła dwadzieścia wołów – tyle, ile przysyła się na cześć jednej z córek króla. Jednak ona mówi:

- Nie widzę żadnych wołów, kiedy mój ojciec przyśle stado?

Gdy słudzy wracają i powtarzają to ojcu, ten się cieszy. Mówi:

- Dobrze! Zna swoją wartość! W końcu jest księżniczką.

Przysyła zatem pięćdziesiąt wołów. Księżniczka znowu odmawia. Król przysyła sto, potem dwieście, wreszcie tysiąc. Księżniczka za każdym razem tylko spogląda w niebo i mówi:

- Jeszcze widzę słońce, jeszcze kurz stada go nie przesłonił.

Ojciec, początkowo przychylny, jest coraz bardziej wściekły. Wysłał już wszystkie swoje woły, pozbierał woły swoich poddanych, pożyczył woły sąsiadów, a księżniczka dalej nie chce wejść do wsi. Najchętniej zostawiłby ją samą sobie, ale nie pozwala mu na to królewska duma. Wysyła, więc wojowników na poszukiwania. Ci trafiają w końcu do zielonej doliny, w której jest pełno wołów. Nie zastanawiają się do kogo należą. Biorą je i pędzą do księżniczki. Wreszcie stado jest tak wielkie, że kurz przesłania słońce. Dumna księżniczka wreszcie przychodzi na dwór ojca. Woły zostają zabite i rozpoczyna się uczta, jakiej świat nie widział.

Wszystko skończyłoby się szczęśliwie, gdyby nie demon. To była jego dolina i jego woły. Demon przychodzi do wsi by wyrównać dług. Nikt nie może mu przeszkodzić, gdy uprowadza księżniczkę i zamyka ją w ciemnej jaskini. Mówi:

- Ponieważ zostałem upokorzony, upokorzę ciebie. Przez pięć lat będziesz mi usługiwać. Będziesz ciężko pracować swoimi rękoma.

W ciągu następnych dni dziewczyna traci pychę i zamiast marzyć o wielkich ucztach tęskni za codziennym życiem, jakie do tej pory wiodła.

Jest w tej legendzie kilka prostych prawd. Po pierwsze, stajemy się ambitni, bo wierzymy w słowa, które nam ktoś powtarza. Niańka, matka czy ktokolwiek powtarza nam o tym, jak to cenni jesteśmy a my wierzymy, że w naszym życiu czeka nas coś niezwykłego, czego nikt inny, nigdy jeszcze nie doświadczył. Banalne wydarzenie urasta do rangi przepowiedni.

Po drugie, do pewnego momentu dobrze być ambitnym. Jednak bardzo łatwo przekroczyć miarę. Gdy oczekujesz nieludzko wiele, nieludzko wiele ryzykujesz. Nawet, gdy uda ci się osiągnąć to, o czym marzysz, cena może być bardzo wygórowana. Być może nawet osiągniesz sukces. Ale co potem? Stajesz się dłużnikiem demona. Tyle osób mających osiągnięcia, o jakich tylko możemy marzyć, wpada w narkomanię, alkoholizm, rozwala jedno małżeństwo za drugim czy nawet popełnia samobójstwo. Udało im się zdobyć wspaniałe stado. Mieli swoje pięć minut, teraz o swoją własność upomniał się demon.

Demon z bajki był łagodny. Księżniczka dostała drugą szansę. Ale jest jeszcze inna wersja bajki. Kończy się słowami: marzyła o tym, by dostać drugą szansę, ale było za późno, jej duma pozbawiła ją na zawsze wolności i wygodnego życia.

Poziom naszych aspiracji nigdy nie jest bez znaczenia. Ma wpływ na świat i na nasz własny los. W ostateczności, to my na koniec będziemy płacić za aspiracje, nawet gdy to nie my jesteśmy winni tego że je mamy.

Równanie stosunku do siebie

Jeden z ojców psychologii, William James pisał:

Nasze uczucia wobec samych siebie wyznacza stosunek tego, co rzeczywiste, do naszych domniemanych możliwości, wyrażony ułamkiem, w którym mianownik stanowi nasze aspiracje, a licznik – uzyskane powodzenie:

Samo osiągnięcie jakiegoś powodzenia nie jest zatem warunkiem, tego, że będziemy się czuli zadowoleni z siebie.

Parę dni temu spotkałem młodego prawnika. Z mojej perspektywy osiągnął duże powodzenie: ma wspaniałe dzieci, kochającą żonę, dobrze zarabia, ma przyjemne mieszkanie. On jednak jest pełny frustracji i niezadowolenia z siebie: nie mam własnej kancelarii, nie mam domu pod miastem, nie jestem jeszcze dość sławny. To aspiracje sprawiają, że jego powodzenie nie przekłada się w żaden sposób na zadowolenie z siebie. Nie wiem, czy jego aspiracje są wygórowane. Być może, jego krytyczna postawa pod własny, adresem jest zupełnie uzasadniona.

Jednak wiele osób skazuje się na wieczne niezadowolenie z siebie oczekując rzeczy sprzecznych z prawami natury.

Na przykład kobieta w wieku czterdziestu pięciu lat nienawidzi siebie, bo jej ciało nie wygląda jak ciało osiemnastolatki. Mężczyzna w podobnym wieku, czuje się do niczego, bo nie ma bujnej fryzury jak piętnastolatek. Ktoś inny nie może spać, bo w ciągu roku nie stał się multimilionerem. Ktoś inny nie może sobie poradzić z poczuciem marnowania czasu, bo zajmując się wychowaniem dzieci, prowadzeniem firmy, działalnością społeczną i życiem towarzyskim ciągle nie może znaleźć czasu na realizację marzeń z dzieciństwa. Ktoś inny nie lubi siebie, bo nie udało mu się przewidzieć wydarzeń, które były zupełnie od niego niezależne…

Aspirujemy do tego by być kimś, kogo nie dotyczą prawa natury. Oczekujemy, że nie będziemy się starzeć, że w każdej dziedzinie życia będziemy genialni, że posiądziemy dar bilokacji i jasnowidzenia. Gdy okazuje się, że jesteśmy zwykłymi, normalnymi ludźmi, czujemy rozczarowanie.

Ćwiczenie 1

Czy twoje aspiracje zawierają w sobie coś nierealnego?

Nie myl rzeczy nierealnych z tym, co wymaga wielkiego wysiłku i łutu szczęścia. Wygranie olimpiady, dokonanie jakiegoś ważnego wynalazku, zbudowanie dochodowej firmy czy napisanie dobrej książki – to wszystko są rzeczy możliwe, choć bardzo trudne. Rzeczy niemożliwe, to takie, które są sprzeczne z prawami natury, z tym jak działa świat.

Oto kilka przykładów:

Nie starzeć się;

Nie umrzeć;

Zrzucić 20 kilo nadwagi w ciągu tygodnia, nie zmieniając ani diety ani stylu życia

Nigdy nie czuć negatywnych emocji;

Nauczyć się wirtuozowskiej, gry na instrumencie bez żmudnych ćwiczeń;

Być najlepszym absolutnie we wszystkim, czego się podejmę;

Dysponując godziną czasu zrobić pięć rzeczy, z których każda wymaga godziny niczym nie zmąconej koncentracji.

 

Jakie są twoje oczekiwania, które nie są spójne z prawami natury?

Absolutność wymagań

Często nasze wymagania nie dotyczą rzeczy niezgodnych z naturą. Np. nie ma nic nierealnego w tym by być dobrze zorganizowanym. Problem jest jednak w sposobie stawiania tych wymagań.

Częstym powodem zbyt długo utrzymującej się negatywnej oceny jest traktowanie naszych pragnień, jako absolutnych żądań. W efekcie nasze oczekiwania są równie niemożliwe do spełnienia jak oczekiwania tego, że będę się unosił w powietrzu. Przyjrzyjmy się, czy nie mamy w sobie tego rodzaju oczekiwań.

Ćwiczenie 2

Dokończ zdania zaczynające się takimi słowami:

Absolutnie muszę…

Nie wolno mi…

Za wszelką cenę…

Zawsze muszę…

Oto kilka przykładów:

Musze zawsze być dobrze zorganizowany.

Muszę dobrze zarabiać.

Absolutnie muszę osiągnąć sukces.

Inni ludzie muszą mnie podziwiać.

Nie wolno mi wiedzieć mniej niż wiedzą inni ludzie.

Nie wolno mi mieć gorszych dni.

Za żadną cenę nie mogę nigdy poddać się zwątpieniu.

Muszę zawsze czuć się szczęśliwy.

Nie wolno mi czegoś nie wiedzieć.

Nie mogę popełniać żadnych błędów.

Nie mogę być gorszym od sąsiada.

Mój dom musi być zawsze idealnie czysty i posprzątany.

Zawsze musze być perfekcyjną matką.

Jaka jest twoja lista absolutnych wymagań? Przypomnij sobie sytuacje, w których czułeś rozczarowanie sobą. Czy było w tobie jakieś muszę; nie wolno mi; absolutnie?

Wiele z naszych wewnętrznych standardów i oczekiwań ma sens. Ale nigdy nie mają sensu absolutne oczekiwania.

Być może w takim absolutnym oczekiwaniu jest zawarte coś, na czym ci zależy. Jest jednak duża różnica między chcę, a muszę.

Muszę być zawsze dobrze zorganizowany!

Naprawdę?

W każdej sytuacji? W odniesieniu do każdej dziedziny życia?

Co się stanie, gdy nie będziesz? Zmienią się losy świata? Stracisz niepowtarzalną okazję? Zrobisz coś, czego nie będziesz nigdy mógł naprawić? Będziesz musiał popełnić seppuku?

Być zawsze dobrze zorganizowanym ani nie jest możliwe ani nie jest potrzebne.

Przyjrzyj się swoim absolutnym oczekiwaniom. Przedyskutuj je z sobą. Bądź wrażliwy na ich pojawianie się. Uważaj na chwile, gdy je sobie powtarzasz. Gdy uświadomisz sobie, że się do czegoś absolutnie zmuszasz zadaj sobie pytanie:

Czy naprawdę?

Czy to w ogóle jest możliwe?

Co by się stało, gdyby muszę zmieniło się w chcę lub potrzebuję?

Świadomość aspiracji

Nikt nie twierdzi, że w imię wewnętrznego spokoju należy całkowicie porzucać jakiekolwiek aspiracje. Można oczywiście, raz na jakiś czas polepszyć sobie samopoczucie, twierdząc, że jest się marnym prochem, którego życie jest tylko nic nie znaczącym splotem okoliczności. Nie sądzę jednak, by ta metoda pomagała na długo. Człowiek, który niczego nie pragnie, przestaje żyć. Całkowite wyrzeczenie się swoich aspiracji byłoby niezgodne z zasadą miłości do siebie. Człowiek, który kocha siebie chce dla siebie dobrych rzeczy. Ma więc aspiracje.

Ważne jest jednak to, aby były one świadomie wybrane. Skoro mają tak istotny wpływ na to, jak czujemy się w odniesieniu do siebie, skoro mogą przekreślić radość z każdego osiągnięcia, lepiej by były rzeczywiście istotne.

Niestety nasze aspiracje często są przypadkowe. Nie trzeba wiele, byśmy je kupili. Wystarczy, że rodzice będą nam coś systematycznie powtarzać, albo że wszyscy nasi przyjaciele będą uważać, że coś jest cenne. Wystarczy, że zobaczymy co ma sąsiad, albo nawet obejrzymy jakiś bzdurny serial. Aspiracje przyczepią się do nas jak rzep do psiego ogona. Będziemy nimi żyć, będziemy na ich podstawie wystawiać sobie oceny. Będziemy pod ich kątem planować nasze dni i uzależniać od nich nasze wysiłki.

Nie zadamy sobie pytania: czy to rzeczywiście jest takie ważne? Czy naprawdę jestem skłonny za to zapłacić?

 

Spotkanie z wielką kałamarnicą

Spotkanie z wielką kałamarnicą

Opublikowano 07 czerwca 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 18 komentarzy

Dla mnie to wciąż duże zaskoczenie: gdy człowiek jest najbardziej zdołowany i zajęty walką ze światem i sobą samym, inni zamiast mu współczuć czują się lekceważeni.

Nie ukrywam: jestem człowiekiem, którego od czasu do czasu chwyta za nogę wielka kałamarnica i wciąga w swoje czarne, kotłujące królestwo. Tak, mnie też. Jedna ważna rzecz, jakiej nauczyłem się jakiś czas temu brzmi: nie istnieją trwałe, pewne rozwiązania, przynajmniej, jeżeli chodzi o psychikę. Nie można zrozumieć / doznać olśnienia / przepracować i mieć spokój do końca życia. Wiem, są tacy, którzy twierdzą, że osiągnęli trwałe szczęście, stabilność i skuteczność. Czy ja wiem? Jak widzę kolegę, który wszystko w swoim życiu już przepracował, poznał każdą technikę zarządzania sobą a np. po raz czwarty się właśnie rozwiódł, to jakoś mi to nie pasuje. Ale być może… być może da się osiągnąć trwałe oświecenie. Mnie bliżej jest zasady „raz uczyniwszy wybór, ciągle wybierać muszę”.

 

Ciągle muszę być uważny i świadomy, nigdy nie będę mógł przestawić życia na autopilota i mieć wszystko daleko z tyłu. Nigdy nie będę żył w świecie, w którym jest tylko blask, tylko szczęście i tylko zadowolenie. Nigdy nie będę żył w świecie, w którym nie ma głupoty, próżności, pomyłek i wielkiej, czarnej kałamarnicy. Ścieżka mojego życia zawsze będzie przebiegała tuż obok przepaści, tuż obok głupoty, skupienia na sobie, nieczułości, braku wrażliwości… To, co mnie dzieli od tej przepaści to delikatna jak oddech linia mojej uwagi.

Uważności się nie ma. Nie można jej przygotować i zainstalować. Nie da jej się wstawić w siebie jak jakiegoś modułu, który nieodmiennie robi swoje (jak się popsuje proszę o dostawę nowej). Uważność zawsze jest efektem wyboru i decyzji dokonywanych teraz. To znaczy, że zawsze łatwo ją pominąć.

Nie wystarczy mieć najbardziej właściwej wiedzy, znać najbardziej właściwe techniki czy mieć najbardziej właściwe przekonania. Czasem to wszystko mamy, ale jakoś nasza „właściwość” nie ułatwia nam życia. „Właściwość” czy poprawność jest pułapką. Myślisz, że któregoś dnia, dzięki tym wszystkim mądrym, sprawdzonym naukowo i życiowo rzeczom uda ci się stworzyć z siebie człowieka, który będzie żył tylko w świetle? Wiesz co, marzysz zdaje się o tym by zmienić się w golema. Pięknem i brzydotą człowieka jest to, że jesteśmy nieprzewidywalni. To, że naszą ścieżką jest to delikatne pasmo uwagi.

Moja córka męczy mnie pytaniem: - Tato a po co Bóg stworzył do drzewo, z którego nie było wolno jeść, przecież gdyby go nie było, ciągle byśmy byli nieśmiertelni. Odpowiedź na to pytanie zostawiłem przyjacielowi, który jest zawodowcem w tych sprawach, ale tak między nami mówiąc, coś mi się wydaje, że bez tego drzewa nie byłoby człowieka. Bez tego drzewa cały raj byłby pusty, jałowy i nie miałby absolutnie żadnego sensu. Idiotoodporny raj to zdecydowanie nie byłoby to samo. Raj był piękny, ale jego piękno nie polegało na tym, że Adam i Ewa mogli biegać tam na golasa, ale na tym, że na samym jego środku stało właśnie to drzewo. Podobnie jest z naszym życiem. Co byłoby ono warte, gdyby było idiotodoporne. Gdyby można było zaprogramować się na zawsze „skuteczne, zdrowe i właściwe” działanie? Ale zostawmy teologię.

Napisałem, że to wciąż zaskoczenie, gdy widzę, jaką krzywdę sprawia ludziom zajmowanie się swoimi sprawami. Pamiętam, po jakieś imprezie, usłyszałem od kogoś, że zadzieram nosa.

- Ja zadzieram nosa?

- Tak, stałeś z boku.

- Przecież stałem w kącie i trzymałem się na uboczu, bo byłem nieśmiały!

- Tak, ale oni odebrali to, jako dystansowanie się i brak chęci zadawania się z nimi. Poczuli się lekceważeni.

Gdy jesteś skupiony na sobie i swoich problemach, choćbyś nie wiem jak sobie to tłumaczył (np. jestem nieśmiały, mam depresję, nie nadaję się, nie mam nic ciekawego do powiedzenia, brakuje mi czasu, brakuje mi pieniędzy…) oni poczują się zlekceważeni.

Nie ważne, jak wiele masz na swoje wytłumaczenie. Tak po prostu jest. Chcesz by czuli się lekceważeni przez ciebie? Jeżeli nie, musisz odwiesić na chwilę swoje problemy i wyjść do nich. Czasem to znaczy dać wsparcie komuś, gdy sam właśnie czujesz, że jak nigdy potrzebujesz wsparcia. Czasem jedyne, co masz siłę zrobić to powiedzieć nic nie znaczące: jestem tutaj, jestem z tobą.

Zawsze jest łatwo dać się wciągnąć w świat wielkiej kałamarnicy. Nie ma łatwiejszej rzeczy niż zapomnieć o akceptacji, otwartości czy skupieniu uwagi na świecie.

To przerażające, że świat wielkiej kałamarnicy jest zawsze tuż obok. Że bariera pomiędzy nim a mną jest taka cienka. Ale popatrz na to z drugiej strony. To przerażające także dla niej! Drobny wybór, drobne przeniesienie uwagi, a już jej nie ma! Wystarczy, że pomyślisz: A co się dzieje z ludźmi, jak oni się czują, czy nie czują się odrzuceni? Czy nie czują się lekceważeni? Gdy tak myślisz, kałamarnica jest coraz bardziej niespokojna.

Gdy już zrobisz krok w stronę ludzi – odpowiesz na zaległe maile, załatwisz zaległe sprawy, wyciągniesz rękę, tam gdzie powinieneś był ją wyciągnąć – dzieje się dziwna rzecz. Nagle odzyskujesz także siebie. Np. dostrzegasz, że żyłeś do tej pory w poczuciu winy względem innych, że tak naprawdę to całe „zajmowanie się sobą samym” służyło temu by ich nie zawieść.

Gdy już zrobisz ten pierwszy krok, gdy czarna kałamarnica zachwieje się i wpadnie w przepaść (bo twoje życie jest jej przepaścią) okazuje się, że wcale nie musisz być altruistą. Owszem, możesz dać temu i tamtemu wsparcie. Możesz wysłuchać, podać rękę, pocieszyć. Ale możesz także z łatwością powiedzieć: nie pomogę ci, oczekujesz ode mnie zbyt dużo, nie oczekuj ode mnie czegoś, czego nie mogę ci dać. Wypadasz z przepaści ze świadomością swojej niedoskonałości. To ulga, że nie musisz przed nikim udawać.

Dogen, mistrz zen twierdził: żyć w harmonii z pełnią rzeczy znaczy przestać obawiać się niedoskonałości. Nie wierz komuś, kto mówi, że pełnia, szczęście czy harmonia jest jak obrazek nieba dla mało rozgarniętych dzieci: różowo- błękitne obłoczki, aniołowie w bielutkich szatach, łąki pełne różnokolorowych kwiatów i wiecznie sącząca się, delikatna muzyka.

Życie jest niedoskonałe, życie jest pulsowaniem, życie jest wpadaniem raz za razem w przepaść, życie jest ciągłym podejmowaniem tych samych decyzji. Życie zawsze może się popsuć. W życiu ciągle możesz zapomnieć o najważniejszych rzeczach. I to jest właśnie harmonia i pełnia. I to jest pokój. Buddą nie zostaje się przez liczenie oddechów ani techniki relaksacji. Buddą się jest od zawsze. Budzimy się obejmując swoją niedoskonałość a nie walcząc o to by się jej pozbyć. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nic tak nie jest pomocne na tej drodze jak wielka kałamarnica. Gdy spada w przepaść naszego życia, nagle zmienia się w kwiat (może nie od razu lotosu, ale stokrotka też jest przecież piękna).

Roboty na dachu – pewność siebie i skupienie się na zadaniu

Roboty na dachu – pewność siebie i skupienie się na zadaniu

Opublikowano 28 kwietnia 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 8 komentarzy


Za oknem robotnicy instalują się na dachu. Mają naprawić cieknącą od dziesięciu lat rynnę. Jest ich trzech. Jeden kurczowo trzyma się poręczy, sprawdza co chwilę zabezpieczające go liny. W porównaniu z pozostałymi, rusza się pokracznie. Wykonuje jakąś pracę, ale większość energii pochłania mu zajmowanie się własnym bezpieczeństwem.

Dwa pozostali zachowują się tak, jak gdyby byli na ziemi, a nie dwadzieścia – trzydzieści metrów nad nią. Ruszają się swobodnie i zdecydowanie. Są skupieni na zadaniu i jemu poświęcają całą swoja uwagę.

Brak pewności siebie polega na zajmowaniu się samym sobą. Niepewność siebie to poświęcanie olbrzymiej części energii na zabezpieczanie się, asekurowanie, sprawdzanie, upewnianie – albo odwrotnie – chwalenie, pokazywanie się czy sprawdzanie siebie.

Pewność siebie to umiejętność wykonywania swoich zadań bez nadmiernego zajmowania się sobą samym.

Podstawowa różnica między człowiekiem pewnym siebie a niepewnym jest taka, że osoba pewna siebie jest skupiona na swoim zadaniu. Człowiek niepewny zajmuje się zamiast tego sobą samym.

Pewność siebie to umiejętność angażowanie się całym sobą w to co, robisz. Nie osiągają jej ci, którzy tracą czas na budowanie choćby najmocniejszych i najsilniejszych rusztować i zabezpieczeń. Piąte, dziesiąte i setne nawet zabezpieczenie nie sprawi, że przestaniesz zajmować się sobą. Przeciwnie. Im ich więcej, tym mniej zostaje ci czasu i energii na wykonanie właściwej pracy.

Robotnicy skupieni na rynnach nie udają, że są na ziemi. Mają kaski, uprzęże, są przypięci linami. Ale zabezpieczywszy się, więcej nie zawracają sobie głowy własnym bezpieczeństwem. Ich uwaga przestała uporczywie wracać do nich samych.

Co z tego wynika dla ciebie? Pewność siebie jest nawykiem. Nabierasz jej stopniowo ucząc się skupiać na zadaniu mimo ryzyka, niewygody i przerażenia.

Nie chodzi o to, by udawać, że nie ma wysokości. Chodzi o to, by się z nią oswoić. Jeżeli zamiast skupić się na tym, co masz do zrobienia ciągle sobie powtarzasz: jestem pewny siebie, jestem wielki, jestem wspaniały… przypominasz kurczowo trzymającą się poręczy pokrakę. Albo kogoś, kto zamyka oczy i udaje, że jest na ziemi. Skup się na swojej rynnie, z czasem oswoisz się z wysokością.

Przygotuj się tak, jak przygotowują się inni, a potem zaakceptuj możliwość upadku i skup się na tym, co masz do zrobienia. Nie poświęcaj nadmiernej uwagi zabezpieczanie się i poprawę samopoczucia. Przestań się warunkować, afirmować czy enelpizować. Lepiej robić to, co masz do zrobienia choćby z drżącymi rękami niż kurczowo trzymać się poręczy. Jeżeli tak bardzo, bardzo zależy ci na tym, by nie spaść, nie pchaj się na dach. Gdy już na nim jesteś, przestań mieć pretensję do świata o to, że  jest źle urządzony.

Wyobraź sobie, że ten spięty robotnik upiera się, że aby naprawić rynnę dach musi znaleźć się na ziemi.  Śmieszne nie? Jeżeli rynna, którą masz naprawić jest na dachu, nie czekaj, aż ktoś położy ci dach na ziemi i będziesz mógł bez żadnego ryzyka nią się zająć.

Wielkich świąt!

Wielkich świąt!

Opublikowano 23 kwietnia 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Życie z alibi: dlaczego ciągle utrudniam sobie życie?

Życie z alibi: dlaczego ciągle utrudniam sobie życie?

Opublikowano 22 kwietnia 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 10 komentarzy

1.

Ciekaw jestem czy ktoś to zauważył. Pewnie tak, ale czytelnicy blogów (albo przynajmniej tego bloga) zazwyczaj są niezmiernie delikatni. By sprowokować krytykę trzeba się naprawdę postarać. Przedstawiając jeden z poprzednich tekstów, skomentowałem go mniej więcej tak: ten tekst powstał tak na szybko…naprawdę nie przykładałem się tak bardzo… po prostu usiadłem i napisałem.

W zasadzie powinienem jeszcze dodać kilka innych rzeczy: źle się czułem, miałem zły dzień, za oknem hałasowała śmieciarka, miałem w trakcie pisania pięć telefonów, bolała mnie głowa, poprzedniej nocy nie spałem…i w ogóle, naprawdę wszystko było przeciw mnie…aha, a w ogóle tym tematem zająłem się niedawno.

Pamiętam pierwsze szkolenie, jakie przeprowadziliśmy w składzie, który później stworzył firmę szkoleniową Human Factor. To było w jakimś eleganckim ośrodku nad Zalewem Zegrzyńskim. Na sali było prawie dwadzieścia osób. Większość z nich pracowała na kierowniczych stanowiskach w działach Zasobów Ludzkich. Niewiele osób w tych czasach miało jakieś doświadczenie w tej branży, nie mniej jednak nasze doświadczenie było komiczne: dwa miesiące pracy nad dwoma akademickimi podręcznikami, które dostaliśmy bezpłatnie od Amerykanów. Teraz mieliśmy dwa i pół dnia by nie tylko opowiedzieć tym ludziom, czym jest nowoczesne Zarządzanie Zasobami Ludzkimi, ale także by nauczyć ich potrzebnych im technik.

Wybija dziesiąta. Wychodzę na środek. Wszyscy na mnie patrzą. Nie ma obawy nie zemdleję, głos mi nie odmówi posłuszeństwa, nie zgubię wątku. Prowadziłem już wiele szkoleń. Witam ich z uśmiechem narzekając na kiepską pogodę (za wielkimi oknami niebo urządziło pokaz wszystkich odcieni szarości) po czym mówię mniej więcej tak:

Po raz pierwszy prowadzimy to szkolenie. Przygotowywaliśmy je do ostatniego momentu. Poświęcaliśmy na nie kilka ostatnich nocy. Ta plansza, którą za mną widzicie powstała dziś o piątej rano…

Czy trzeba być geniuszem by przewidzieć jak ludzie zareagują na te słowa? Czy trzeba mieć nie wiadomo jakie doświadczenie by domyśleć się, że raczej nie będzie to myśl: No to super, przyjechałem na dobre szkolenie ale: Co jest grane? Gdzie ja się znalazłem? Za co ja zapłaciłem?

Szkolenie mimo wszystko się udało. Inaczej nasza firmy nigdy by nie powstała. Udało się jednak dlatego, że gdy tylko skończyłem mówić, Beata, która była jedną z prowadzących, wzięła mnie i powiedziała: nie rób tego, bo wszystko zniszczysz, pomyśl jak ci ludzie się czują. Szybko zrozumiałem, że gdy mówię takie rzeczy ludzie niepokoją się czy trafili na złe szkolenie. Ten niepokój sprawia, że wycofują się. Gdy się wycofują i nie zabierają głosu, szkolenie rzeczywiście staje się do niczego.

Od tej chwili byłem bardzo wrażliwy na tego typu prezentacje. Nigdy więcej nie opowiadałem na środku sali szkoleniowej o tym, w jakiej to trudnej jestem sytuacji. Czasem bywało trudno. Nie raz zdarzało się prowadzić szkolenia np. z migreną. Aż mnie korciło by powiedzieć: przepraszam państwa, boli mnie głowa, dam z siebie wszystko, ale oceniając mnie bierzcie proszę to pod uwagę. Nigdy jednak, nikt nie dowiedział się, że mam jakikolwiek problem. Decyzja była zawsze prosta: nie prowadzę albo prowadzę. Nie ma czegoś takiego jak prowadzę z taryfą ulgową. Ale mimo tego, że robię tak od dawna, do dziś odczuwam pokusę by się tłumaczyć, skarżyć czy opowiadać, jaki jestem biedny.

2.

Dlaczego? Przecież to wydaje się zupełnie nielogiczne. Dlaczego ktokolwiek miałby mieć interes w tym by pokazywać się w gorszym świetle? Przecież bycie ocenionym pozytywnie – jako ktoś kompetentny, mądry, silny czy skuteczny – to jedna z naszych podstawowych potrzeb.

Dlaczego byłem taki głupi by mówić ludziom, że robimy to szkolenie po raz pierwszy i że zarwaliśmy kilka nocy?

Gdy mówiłem te słowa nie byłem świadomy tej strategii, ale była ona oczywista: po to by usłyszeć: jak na pierwszy raz to bardzo dobre szkolenie… jak na człowieka, który nie spał dwie noce, całkiem spójnie mówisz… pomyśleć, co by było, gdybyś miał więcej czasu… jestem pod wrażeniem.

Takie chwalenie się brakiem przygotowania czy słabościami miało na celu uproszenie innej skali ocen. Inaczej przecież oceniamy pracę kogoś, kto nie miał dość czasu a inaczej kogoś, kto miał go tyle ile potrzeba. Inaczej oceniamy amatora, który gdzieś tam sobie na boku i na szybko coś dłubie, a inaczej człowieka, który robi coś zupełnie na poważnie.

Stojąc na środku sali szkoleniowej i witając ludzi, potwornie bałem się, że szkolenie będzie porażką. Że uczestnicy ocenią naszą wiedzę, jako głęboko niewystarczającą, że nie będą zadowoleni z ćwiczeń, że powiedzą, że nie warto było zapłacić za to szkolenie. To był bardzo silny lęk, bo ta perspektywa była bardzo prawdopodobna.

Gdybym był na sto procent pewny, że na pewno nam się uda byłbym odcięty od rzeczywistości. Zaczynaliśmy, nie mieliśmy doświadczeń, nasza wiedza była pełna luk. Ryzyko porażki było wysokie.

To nie było tylko ryzyko tego, że ludzie będą częściowo niezadowoleni. To nie byłoby takie straszne. To, czego najbardziej się bałem – znowu, w nieuświadomiony, ale bardzo żywy sposób – to była perspektywa, że ci ludzie stwierdzą, że mają do czynienia z człowiekiem niekompetentnym, idiotą albo po prostu oszustem.

Czy to dziwne, że z góry przedstawiłem alibi? Byłoby to całkiem rozsądne, gdyby nie to, że ten sposób jeszcze bardziej przybliżał katastrofę.

Taki sam był motyw mojego tłumaczenia się pod tekstem. Bałem się, że tekst spotka się z negatywnymi reakcjami. Bałem się, że ktoś powie: ale to nie jest dość dogłębne, to nie jest dość przemyślane, powinieneś bardziej się postarać. Dla siedzącego gdzieś w środku mojego „małego ego” (lub po prostu umysłu), taka ocena byłaby równoznaczna ze stwierdzeniem: jesteś do niczego, nie znasz się, nie nadajesz się, nic z ciebie nigdy nie będzie. Małe sprytne ego, wiedząc to, szybko znalazło sposób: nie możecie oceniać moich możliwości na postawie czegoś, co napisałem szybko, nie mając dość czasu …. Moje alibi miało mnie ochronić przed potencjalnymi atakami i podejrzeniami o brak wielkości.

Tego rodzaju gierki można często spotkać. Ile razy tylko istnieje ryzyko, że zostaniemy nisko ocenieni, na zapas szukamy wytłumaczenia. Nie czekamy aż nas ktoś skrytykuje i aż poczujemy się zupełnie do niczego, ale spieszymy z wyjaśnieniami z góry: żeby od razu było jasne: moja porażka nie ma związku z moimi możliwościami!

3.

Dokładnie taką samą strategię stosujemy na potrzeby wewnętrzne. Zamiast uczestników szkoleń lub czytelników mówimy do samych siebie.

Cel mamy ten sam: przedstawić alibi i ochronić się w ten sposób przed możliwą krytyką. Jesteśmy przecież nie mniej surowymi krytykami jak inni. Często nawet znacznie surowszymi. Prawdopodobieństwo, że sami wydamy ocenę skazującą jest często znacznie większe niż prawdopodobieństwo, że zrobią to inni. Dodatkowo moja własna ocena jest bez porównania bardziej bolesna niż ocena innych osób. Gdy ktoś mnie skrytykuje, mogę przecież powiedzieć, że się nie zna i nie ma do tego podstaw. Nie można czegoś takiego powiedzieć w odniesieniu do siebie.

Bojąc się tego surowego, mieszkającego w nas krytyka, szukamy alibi.

4.

Nasz umysł preparuje alibi, bo ewentualna porażka jest dla niego jak upadek z urwiska w skalistą przepaść. Lepiej nie kusić losu i nie podchodzić do krawędzi. Gdy nie wygłosisz prezentacji, nikt cię nie wyśmieje, gdy nie napiszesz powieści, nikt nie powie, że jesteś grafomanem, gdy nie zaczniesz biznesu, na pewno nie splajtujesz.

Szukanie alibi pomaga poradzić sobie z lękiem przed porażką. Ale to nie wszystko. Jest jeszcze drugi, ważny aspekt. Pozwala utrzymać wysokie poczucie własnej wartości, jako kogoś niezwykłego, nieprzeciętnego i obdarzonego niezwykłym potencjałem.

Czy czujesz w sobie potrzebę bycia kimś niezwykłym? Czy zdarza ci się myśleć, że któregoś dnia staniesz się niezaprzeczalnie wielki, wspaniały i niezwykły? Czy wierzysz w to, że kiedyś zrealizujesz swój niezwykły potencjał, który znacznie przekracza to, czym dziś jesteś?

Nie sądzę by można znaleźć wiele osób, które mogłyby szczerze odpowiedzieć „nie”. Tak działa nasza kultura: aby czuć się kimś wartościowym, zasługującym na szacunek, musimy mieć poczucie ogromnych, nieskończonych możliwości.

By móc szanować siebie musimy się czuć wyjątkiem, diamentem wśród polnych kamieni. Powiedzieć sobie: niczym się nie wyróżniam, nie stać mnie na więcej, to niemal powiedzieć: nie mam powodu by żyć.

5.

Co ciekawe, nie chodzi o niezwykłe, realne osiągnięcia. Chodzi o same możliwości. Psycholodzy Dariusz Doliński i Andrzej Szmajke, autorzy książki „Samoutrudnianie. Dobre i złe strony rzucania kłód pod własne nogi ” piszą:

we współczesnym świecie ludzie podziwiani są w znacznie większym stopniu za potencjalne możliwości niż za rzeczywiste osiągnięcia. Aby więc czuć się człowiekiem wartościowym nie trzeba koniecznie osiągać rzeczywistych sukcesów; wystarczy wiedzieć, że jest się wystarczająco kompetentnym, aby je osiągnąć. Podobnie, aby być podziwianym przez innych ludzi, nie trzeba koniecznie imponować im realnymi osiągnięciami. Wystarczy by wiedzieli, że jeśli tylko włożylibyśmy trochę wysiłku, osiągnęlibyśmy bardzo wiele.

Mówiąc inaczej, we współczesnym świecie, dla większości z nas, poczucie własnej wartości jest równoznaczne z poczuciem posiadania potencjalnych możliwości. Póki mam poczucie, że moje możliwości są ogromne i nieograniczone, czuję się cenną i wartościową osobą.

6.

O ile w przypadku alibi przedstawianego innym osobom często naciągamy fakty (jak kobieta, która mówi, że nie miała czasu się umalować a malowała się przez czterdzieści minut) to w odniesieniu do siebie często je tworzymy. Tworzymy, to znaczy sami stawiamy się w sytuacjach, w których trudno jest nam coś osiągnąć. Przecież nikt mnie nie zmusił do tego by nie spać w nocy przed szkoleniem. Nikt nie zmusza studenta do tego by zabierał się za naukę na dwa dni przed egzaminem, a w dodatku by noc wcześniej zaliczył imprezę. Wiele z trudności, jakimi się tłumaczymy jest efektem naszych wyborów.

Takie aktywne fabrykowanie alibi, patrząc z punktu widzenia obrazu siebie, jako kogoś niezwykłego jest w 100% bezpieczne. Jeżeli mimo utrudnień uda mi się osiągnąć sukces – będę miał dowód, że jestem wielki. Nieprzeciętnie wielki.

Jeżeli mój tekst będzie sukcesem, mimo tego, że pisałem go na szybko – pomyślcie tylko, do czego byłbym zdolny, gdybym pracował nad nim dłużej! Jeżeli ludzie będą zadowoleni ze szkolenia, które prowadziłem niewyspany i zmęczony, pomyślcie tylko, do czego byłbym zdolny, gdybym się wyspał! Jeżeli uda mi się zdać egzamin, do którego się nie uczyłem, i przed którym ostro imprezowałem – pomyślcie tylko, do czego byłbym zdolny, gdybym się solidnie przygotowywał. I tak dalej. Za każdym razem wykonanie normalnej czynności, osiągniecie efektu, jaki przeciętni ludzie osiągają wielokrotnie w ciągu dnia, staje się dowodem bycia kimś absolutnie niezwykłym.

A co się stanie, gdy mi się nie uda? Żaden problem. Będę miał wytłumaczenie: gdyby nie te utrudnienia, to by mi się udało. Mam przecież nieograniczone potencjał, ale ten mój brak organizacji, lenistwo, nieprzemyślane decyzje, tendencje do załamywania się, alkohol, koledzy … mam żelazne alibi!

Zawsze wyjdę na swoje.

A dokładniej mówiąc mój obraz siebie, jako kogoś niezwykłego, wyjdzie na swoje. Będzie ustawicznie rozkwitał. Ani przez chwilę nie będzie podstaw by wątpić w to, że moje możliwości są ograniczone. Strategia szukania alibi sprawia, że moje głębokie przekonanie o sobie, jako kimś niezwykłym i nieprzeciętnym staje się niemożliwe do zanegowania. Nie można go zanegować, a raz na jakiś czas można dostać dowód jego słuszności.

7.

Znam przynajmniej dwie rodziny w takiej sytuacji. Dziecko od pierwszych dni jest przekonywane o swojej wyjątkowości. Nie ma wyjścia jak uznać, że jest wyjątkowo zdolne, podobnie jak jego ojciec (niedoceniony geniusz) i matka (chwilowo niedoceniana, genialna kobieta). Czy można mieć jakiś wybór, gdy ma się te geny?

W wieku pięciu, sześciu lat chłopiec miał już głęboko wdrukowaną wiarę w swoje niezwykłe zdolności. Nawet gdyby rzeczywiście był nieprzeciętny, taka wiara byłaby zabójcza. On jednak był zwykłym, średnio rozgarniętym dzieciakiem. Słowem kimś, kto przy niewielkiej pomocy życzliwych ludzi i kilku podmuchach dobrych wiatrów może daleko zajść.

Myśleć o sobie, jako o kimś niezwykłym jest bardzo przyjemnie, póki zasadnicza część życia odbywa się wśród tych, którzy traktują to za pewnik. Przyjemność kończy się, gdy trafiasz do innych ludzi. A ci, o zgrozo, nie wiedzą, że jesteś geniuszem! Nie wiedzą o tobie czegoś tak oczywistego! To tak, jakby ktoś nagle zaczął ci udowadniać, że jesteś żabą. A przecież nie jesteś żabą! Co z tego, że masz wyłupiaste oczy, długi język, zieloną skórę i robisz „kum, kum, kum”? Przecież dobrze wiesz, że nie możesz być żabą!

Nie ważne czy w pierwszej klasie podstawówki są oceny czy ich nie ma. Wystarczy, że nikt nie mdleje na twój widok, nikt nie zachwyca się twoimi pomysłami i nikt ci nie mówi, jak to znacznie lepiej niż inni sobie poradziłeś. W ogóle sam fakt, że ktoś inny bywa chwalony już budzi niepokój! Przecież mama i tato zawsze twierdzili, że inne dzieciaki są głupsze!

Takie dziecko, aby się nie załamać musi znaleźć jakieś alibi. To, jakie konkretnie, zależy od tego, jakie możliwości znajdują się w centrum wyidealizowanego obrazu siebie. Akurat w tej rodzinie, w centrum są zdolności poznawcze. Alibi trzeba poszukać w czymś, co jest mało istotne. Idealnie nadają się do tego możliwości społeczne.

Lepiej jest powiedzieć:

- Jest konfliktowy, uparty, nie umie powiedzieć, o co mu chodzi.

Niż przyznać się:

- Junior nie radzi sobie z materiałem, nie ma takiej inteligencji jak oczekiwaliśmy, wymaga pomocy.

Junior z ogromną ochotą bierze udział w akcji fabrykowania alibi, udowadniając wszystkim, że jest zdolnym choć upartym i małomównym chuliganem. Wszystko, byle tylko nie wyszło na jaw, że po prostu nie łapie tego, co do niego mówią i że przydałaby mu się pomoc. Mamusia i tatuś by po prostu nie znieśli tego, że ich dziecko jest średnio rozgarnięte. Na pewno by im się to nie spodobało. Hm… mogliby mnie wywalić z domu – myśli w głębi junior. Lepiej nie ryzykować!

8.

Strategia szukania alibi nie jest fanaberią, ale walką o przetrwanie i szacunek do siebie samego.

Stosując ją, chronisz siebie samego przed rozpadem. Bronisz siebie. Nie jest to efekt tego, że jesteś głupcem, idiotą, wariatem – czy jakiekolwiek epitetu miałbyś ochotę tu użyć. Stosujesz ją, bo chcesz żyć najlepiej jak można. Podziękuj swojej psychice, że walczy i się stara.

Następny krok możesz zrobić dopiero wtedy, gdy docenisz to, co robisz sam dla siebie. Gdy docenisz to, jak bardzo o siebie samego się starasz. Robisz to nieumiejętnie, ale to nie znaczy, że ci nie zależy.

Ten chłopiec toczy dramatyczną walkę. Demonstruje swoje niedostosowanie z miłości do siebie i swoich rodziców. Należy mu się w pierwszym rzędzie współczucie a nie pouczanie.

Jeżeli umiesz docenić wysiłek, jaki twoja psychika wkłada w obronę siebie i innych, możemy pójść dalej. Możemy przyjrzeć się temu ile za to płacisz.

9.

Uwolnienie od lęków i podtrzymywanie wysokiego poczucia wartości kosztuje. I to sporo. Kosztuje znacznie więcej niż byłbyś skłony zapłacić, gdybyś zastanowił się nad prawdziwą ceną.

Jakie konkretnie są koszty życia z alibi?

Po pierwsze uwolnienie od lęków trwa tylko chwilę. Lęk ciągle wraca i ciągle musimy sobie z nim radzić.

Po drugie, nasze poczucie wartości jest powierzchowne – w głębi czujemy, że jesteśmy oszustami, podskórnie ciągle mamy wątpliwości czy aby naprawdę nasze możliwości są takie nieograniczone. Ustawicznie ciągnie nas do tego by się sprawdzać. Całe życie zmienia się w konkursy i wyzwania.

Po trzecie, nasze rzeczywiste możliwości ulegają upośledzeniu. Na własne życzenie pakujemy się w kłopoty, z których nie ma żadnego rozsądnego wyjścia. Podejmujemy się zadań, które nie są możliwe do wykonania. A gdy już odnosimy porażki nie umiemy w żaden sposób wyciągnąć z nich wniosku. Nie szukamy pomocy tak, gdzie jest to nam naprawdę potrzebne, ale tam, gdzie to jest mniej ważne.

Jak poradzić sobie ze swoją tendencją do szukania alibi? Pierwsza rzecz to umieć rozpoznać tego rodzaju strategię.

W następnym odcinku przyjrzymy się kilku najczęściej spotykanym sposobom. Szukanie i preparowanie alibi może przyjąć olbrzymią liczbę form. Psycholodzy wymieniają kilkadziesiąt różnych sposobów na ten sposób obrony poczucia własnej wartości. Nie wymienię wszystkich, ale tylko kilka najważniejszych, takich, z którymi często się spotykam. Może znajdziesz wśród nich swoje?

Przeżuwanie: Jak przestać kurczowo trzymać się dna dołka?

Przeżuwanie: Jak przestać kurczowo trzymać się dna dołka?

Opublikowano 16 kwietnia 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 18 komentarzy

1.

Naturą naszych emocji jest ich czasowość: pojawiają się a następnie rozpraszają. Są jak dźwięk dzwonu. Gdy dzwon zostaje uderzony, początkowo jego dźwięk jest głośny, ale potem wybrzmiewa. By odezwał się jeszcze raz, musimy w niego znowu uderzyć.

Emocja nie może trwać niezmiennie. Byłoby to bardzo niebezpieczne dla organizmu. Każda emocji pełni ważną rolę w przetrwaniu. Np. strach stymuluje do ucieczki przez zagrożeniem a złość do ataku na przeszkodę. Emocje są sygnałem, który zmusza do odpowiedniej i szybkiej reakcji na zmieniające się warunki. Gdyby emocje trwały zbyt długo bylibyśmy niewrażliwi na kolejne zmiany.

Taką czasowość emocji wyraźnie widać w świecie zwierząt. Gdy na stado rzuca się drapieżnik, antylopy ruszają do ucieczki z energią, jaka jest im nie dostępna, gdy są spokojne. W końcu drapieżnik dopada jedną z nich. Antylopy jak gdyby nigdy nic, natychmiast wracają do skubania trawy. Gdyby było inaczej, gdyby musiały dochodzić do siebie czy się uspokajać, ich przetrwanie byłby zagrożone. Po pierwsze by przeżyć trzeba jeść i jak najszybciej zregenerować siły po wysiłku. Po drugie, kolejny drapieżnik miałby ułatwione działanie. Dochodzące do siebie antylopy byłby łatwym łupem.

Ze względów ewolucyjnych emocje trwają krótko. Czasem wybrzmiewają znacznie szybciej niż uderzenie dzwonu.

Dotyczy to także lęku, że sobie nie poradzę, smutku, że coś mi się nie udało czy poczucia, że jestem do niczego. Co prawda nie jesteśmy antylopami i nasz mózg jest zbudowany inaczej, jednak w swojej istocie nasz układ emocjonalny jest lepszą wersją tego, czym dysponują zwierzęta. Został zaprojektowany tak by intensywnie wybuchał i szybko się rozładowywał.

Najłatwiej zaobserwować czasowość emocji w odniesieniu do tych przyjemnych. Gdy wsiadasz do pachnącego świeżością samochodu możesz doświadczać euforii, ale po krótkim czasie, zanim jeszcze zapach świeżości zwietrzeje, przyzwyczajasz się do niego. Możesz być nieziemsko szczęśliwy, gdy urodzi ci się dziecko, ale zanim się spostrzeżesz zaczynasz się czuć znużony wszystkimi wiążącymi się z nim obowiązkami. Możesz by szczęśliwym, gdy dostaniesz się na wymarzone studia, ale zanim się spostrzeżesz, traktujesz je jak coś normalnego i zwykłego.

Nie ma dwóch układów emocji: pozytywnego i negatywnego. Wszystkie emocje korzystają z tych samych struktur. Negatywne emocje mijają tak samo jak pozytywne.

2.

Jak to się jednak dzieje, że tyle osób ma przeciwne wrażenie? W ich odczuciu emocje są trwałe, stabilne i niezmienne niczym skała. Szczególnie te negatywne i szczególnie te dotyczące ich samych.

Dlaczego tyle osób czuje smutek, przygnębienie i lęk całymi dniami, tygodniami, miesiącami czy nawet latami? Dlaczego tyle osób ciągle, niezależnie od sytuacji, czuje przygnębienie sobą i swoimi porażkami? Dlaczego ich stany emocjonalne nie wybrzmiewają? Czyżby miały jakieś wadliwe neurony? A może ich ewolucja poszła dalej i nie mają już nic wspólnego z antylopą uciekającą przed lampartem?

Nie. Odpowiedź jest inna. Mamy w sobie mechanizm, którego pozbawione są zwierzęta, który nie tylko nie pozwala emocjom wybrzmieć, ale także ustawicznie je podsyca. Tak, jakbyśmy mieli w sobie ludzika, który gdy tylko usłyszy dźwięk dzwonu, szybko przybiega i bez końca wali w niego z coraz większą siłą. Tym złośliwym ludzikiem jest tryb działania naszego myślącego umysłu, który bywa nazywany: ruminacją, roztrząsaniem, trybem rozwiązywania problemów czy trybem naprawiania.

3.

Słowo ruminacja zostało pożyczone przez psychologów (zresztą jak większość używanych przez nich pojęć) z innej dziedziny. Tym razem z biologii. W tej czynności specjalizuje się rząd ssaków noszących nazwę Ruminantia lub Przeżuwacze. Ich przedstawicielem, oprócz antylopy biegającej po tym tekście jest krowa, renifer czy żyrafa. Te ssaki robią coś, czego nie potrafi robić człowiek (to, co robimy, gdy kanapka jest twarda, to tylko żucie). Przeżuwanie to genialny, choć nieco obleśny z naszej perspektywy sposób jedzenia. Antylopa pasąc się jest jak kosiarka. Napełnia zbiornik, byle szybciej. Nie ma czasu drapieżnik może pojawić się lada chwila. Pokarm szybko trafia do jednej z czterech komór żołądka. Tam zmienia się w tzw. miazgę pokarmową (po angielsku nazywa się to cud) i dopiero wtedy, gdy są warunki, np. wieczorom, zawartość żołądka wraca z powrotem do paszczy i jest przeżuwana.

Ludzie ruminują tylko w przenośni – na poziomie umysłowym. Jak wygląda ta psychiczna ruminacja?

4.

Wracasz z pracy. Wokół wiosna, kwitną kwiaty, śpiewają ptaki, wieje lekki wiatr. Nie zauważasz jednak niczego. Myślisz:

Dlaczego ciągle nie mogę się przebić? Dlaczego ciągle mi nic nie wychodzi? Co jest ze mną nie tak? Muszę coś zrobić! Muszę to rozpracować. Muszę z tym dojść do porządku. Dlaczego jestem taki nieszczęśliwy? Jak mam to wszystko zmienić? Dlaczego szef ciągle mnie nie zauważa? Muszę jakoś zrobić na nim wrażenie. Bla, bla, bla…

Masa informacyjna, którą już raz zdawało się połknęliśmy, wraca i zapełnia nasz umysł. Analizujemy, roztrząsamy, filozofujemy, porównujemy, szukamy rozwiązań, które pozwolą nam wreszcie wszystko zrozumieć i naprawić.

Mamy wrażenie, że jeszcze chwila, a uda nam się znaleźć rozwiązanie i wszystko będzie dobrze. Mijają godziny, ale nic takiego się nie dzieje. Zapadamy się coraz bardziej. Im więcej myślimy tym więcej mamy problemów.

5.

Doskonały obraz wyjaśniający istotę ruminacji można znaleźć w książce Świadomą drogą przez depresję (tytuł nieco mylący, bo z książki wiele można wynieść nie cierpiąc na depresję, znacznie trafniejszy jest podtytuł Freeing yourself from chronic unhappinessUwalnianie się od chronicznej zgryzoty).

Otóż ruminacja jest jak próba czyszczenia rozlanego mleka, poprzez polewanie go wodą. Wyobraź sobie, że parobkowi pomagającemu przy krowach, rozlała się bańka mleka. Szybko bierze szlauch i próbuje spłukać mleko z posadzki. Niestety spłukiwanie zmienia kałużę mleka w białe jezioro. Im bardziej parobek się stara, tym więcej białego płynu jest na posadzce. Problem polega na tym, że woda zmieszana z mlekiem wygląda tak samo jak mleko. Im gorliwiej stara się spłukać mleko, tym więcej wokół bieli. Sztuczka polega na tym, jak dowiaduje się parobek od gospodarza, by najpierw pozwolić mleku spłynąć, potem wytrzeć resztki i dopiero wtedy zacząć spłukiwać posadzkę.

Podobnie jest z naszymi próbami posprzątania siebie. Jeżeli jesteś niecierpliwy i starasz się wszystko natychmiast usunąć, tyko pogarszasz sprawę. Twoje wytężone wysiłki zaprowadzenia w sobie porządku sprawiają, że to, co było małą kałużą staje się wielkim jeziorem. Gdybyś nie był tak porządny i tak przekonany, że zawsze masz być pełen pozytywnych emocji, zwarty, gotowy i uporządkowany, po godzinie mógłbyś już dawno zapomnieć o rozlanym mleku. Zamiast tego heroicznie walczysz na swoim białym, szalejącym jeziorze.

I to jest właśnie ruminacja. Jak piszą autorzy tej książki, jest ona „heroicznym usiłowaniem rozwiązania problemu, którego nie da się rozwiązać w ten sposób”.

6.

Gdy już wpadniemy w ruminację, trudno się z niej uwolnić. To trochę jak drapanie swędzącego miejsca. W chwili, gdy się drapiesz czujesz ulgę, ale gdy tylko przerwiesz, swędzenie staje się jeszcze bardziej nie do zniesienia.

Gdy ruminujemy mamy poczucie, że zbliżamy się do rozwiązania. Przecież jeszcze chwila i mi się uda! Jeszcze chwila a doznam olśnienia! To jak udział w teleturnieju o wysokich nagrodach. Jeszcze tylko jedno pytanie a nagroda będzie moja! Nie mogę tego tak zostawić! Niestety, okazuje się, że mijają kolejne chwile a my wcale nie jesteśmy bliżej wygranej.

Rozwiązywanie problemów jest niesamowicie cenną umiejętnością, póki zajmujemy się światem zewnętrznym. Jeżeli chcemy rozwiązać problem, jakim my sami jesteśmy, nigdy nam się to nie uda.

William, Teasdae i Segal (autorzy Świadomą drogą …..) piszą:

Ruminujemy, gdy czujemy się źle, ponieważ wierzymy, że objawi nam to sposób rozwiązania naszych problemów. Badania jednak pokazują, że ruminacja daje dokładnie przeciwny skutek: nasza zdolność rozwiązywania problemów wyraźnie słabnie. Wszelkie dane zdają się wskazywać na okrutną prawdę, że ruminacja jest częścią problemu, a nie rozwiązania.

Nie trzeba skomplikowanych badań by odkryć, że nasze przemyśliwania prowadzą donikąd. Można mieć nadzieję, że dojdę do jakiegoś rozwiązania, gdy myślę przez dziesięć minut czy nawet godzinę. Ale przez całą noc? Przez cały tydzień? Przez cały dzień? Pracowicie wracając do swojego jałowego filozofowania, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja?

Zdarzają się sytuacje, gdy warto usiąść i poważnie zastanowić się nad swoimi problemami. Poszukać przyczyn, znaleźć rozwiązanie, podjąć decyzje itp.

Dalai Lama w jednej z książek pisze:

Jeśli boisz się jakiegoś cierpienia, powinieneś sprawdzić czy jest coś, co możesz z tym zrobić. Jeśli możesz, nie ma potrzeby się o to martwić, jeśli nie możesz nic zrobić, również nie ma potrzeby by się martwić.

Czy możesz coś zrobić z problemem zatytułowanym Dlaczego nie radzę sobie z życiem? Zapewniam cię, że nie. To nie jest problem, który można rozwiązać, tak jak się rozwiązuje krzyżówkę.

7.

Ruminacja bardzo mocno wiąże się z notorycznym poczuciem braku własnej wartości i wątpliwościami na swój temat. Osoby, które doświadczają tego rodzaju doznań, bardzo często wskakują w tryb ruminacji. Pisałem w jednym z poprzednich tekstów o tym, jak łatwo wpaść w piekło samopotępienia. Wystarczy uchybienie, częściowa porażka, przelotna fala smutku czy nawet zmęczenie, a już czujemy się nic nie warci i bezradni.

Takie odczucie jeszcze byłoby do zniesienia. To naprawdę nic strasznego poczuć się raz na jakiś czas małym, bezradnym, zagubionym we wszechświecie człowiekiem. Tego rodzaju doznanie jest nawet potrzebne dla naszego rozwoju psychicznego.

Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy usiłujemy jak najszybciej posprzątać. O Boże, to przerażające, nie mogę się tak czuć! To straszne! Mam przecież tyle do osiągnięcia! Przecież muszę być człowiekiem sukcesu! Bla, bla, bla…

I karuzela rusza. Naprawa siebie staje się najważniejszą rzeczą na świecie. To sprawa numer jeden. Ważniejsza od wszystkich innych zajęć. Trzeba, czym prędzej wszystko zostawić i rozwiązać problem. W takiej sytuacji…:

…jak w ogóle moglibyśmy rozważać odwrócenie naszej uwagi od tych palących problemów i zajęcie się czymś innym, nawet gdyby miało to nam ulżyć? Dojście z sobą do ładu i przeforsowanie jakiegoś rozwiązania zawsze wydaje się najważniejszą sprawą na świecie – trzeba jak najszybciej dość, co tego, co jest z nami jest nie tak, wyszukać to, co musimy zrobić by zminimalizować spustoszenie, jakie w naszym życiu sieje nasze zmartwienie
(Świadomą drogą przez depresję).

To ruminacja jest przyczyną trwałego zablokowania naszego poczucia wartości w dolnych rejonach. To z jej powodu ludzie potrafią całymi latami czuć się zupełnie do niczego.

8.

Naucz się rozpoznawać swoją ruminację. Świadomość tego, że „właśnie teraz się to dzieje” stanowi ważny krok do tego by pozbyć się niepotrzebnego podtrzymywania negatywnego nastroju.

W moim przypadku ruminacja przydarza mi się, gdy zmęczony wracam do domu. Idę i myślę o tym, czego nie zrobiłem, co powinienem jeszcze zrobić. Moje myśli szybko zaczynają przesuwać się w stronę znalezienie genialnego rozwiązania czy genialnej filozofii działania. Automatycznie pogarsza mi się nastrój (mimo, że zazwyczaj spacery działają na mnie regenerująco).

Ruminacji czasem towarzyszą tzw. myśli automatyczne. U mnie jest to często niewinne pytanie „O co w tym chodzi?”. Gdy je słyszę w środku głowy od razu zwracam uwagę na to, czy czasem nie jestem „w ciągu”. To mogą być zupełnie inne myśli. Często spotykane są takie jak:

Jestem do niczego.

Zawiodłem.

Jestem rozczarowany.

Nie zniosę tego dłużej.

Co jest ze mną nie tak.

Jestem przegrany.

Dlaczego nie jestem gdzie indziej.

Muszę się stąd wyrwać.

Moje życie to porażka.

Jestem nieudacznikiem.

Nigdy nic mi się nie uda.

Coś się musi zmienić.

Nie warto.

Moja przyszłość jest ponura.

Dlaczego jestem taką ofermą.

(To niektóre pozycja z „Kwestionariusza myśli automatycznych” Kendalla i Hollona)

9.

Co zrobić, gdy odkryjesz, że zaczynasz zanurzać się w jałowe naprawianie siebie samego?

Najprostszego rozwiązania nauczyła mnie moja mama. Gdy po jakiejś szkolnej porażce wracałem przybity do domu, pełny myśli, że nigdy nie uda mi się być takim mądrym jak moi koledzy, mówiła: to nie koniec świata, nic się nie stało. Nie musisz mieć samych piątek. Nie to się najbardziej liczy. Trudno to oddać, bo to nie było w słowach. I to coś, chyba najpełniej jest obecne w postawie matki wobec swojego dziecka. To pozwolenie na to, by sobie nieco odpuścić.

Istotą ruminacji jest kurczowe trzymanie się intencji naprawy siebie i pozbycia się cierpienia. Rozwiązaniem jest porzucenie tej intencji. Zgoda na – jak nazwa to Jon Kabat Zin – pełną katastrofę.

Tak, moja życie to katastrofa. Nieustanna katastrofa. Jedno wielkie pasmo pomyłek. Nie ma żadnej złotej kuli, która by zabiła nieudacznika we mnie, zostawiając przy życiu człowieka sukcesu. Nie ma zaklęcia, które by zmieniło mnie natychmiast w księcia czy księżniczkę. Nie uda mi się wygrać zapasów z samym sobą. Nie uda mi się natychmiast pozbyć cierpienia.

Jeżeli będę kurczowo trzymał się intencji naprawiania siebie, tym szczelniej moje życie napełni się poczuciem wiecznego niezadowolenia.

Nawet, jeżeli twój ból jest bardzo dokuczliwy, nawet jeżeli jest nim głębokie poczucie tego, że jesteś nic nie wartą pomyłką, tak długo, póki nie zaakceptujesz tego doznania nic się nie zmieni. By coś zmienić, najpierw musisz to przyjąć – takie, jakie jest, bez żadnego naprawiania, łagodzenia czy upiększania.

Jedyne, co mogę rozsądnego zrobić to zejść sobie z drogi. Tak, jestem katastrofą. Koniec poszukiwań „złotej kuli” – koniec ruminacji.

Skończ ruminować, zacznij żyć. Jak mówi Pema Cziedryn: zacznij tu gdzie jesteś. Jestem nie dość dobry? Cóż, jestem nie dość dobry. Zatem jako „nie dość dobry człowiek” zrobię wszystko, co tylko mogę zrobić.

Sprawdź, co się z tobą dzieje, gdy porzucasz swoje próby naprawiania siebie. Czy masz wtedy więcej siły by zrobić krok naprzód? By zrobić to, co masz do zrobienia?

Takie porzucenie intencji, mimo, że bardzo skuteczne nie zawsze jest łatwe. Dlatego warto poznać jeszcze jeden sposób odpuszczania sobie ruminacji.

10.

Ruminacji towarzyszy odcięcie od danych zmysłowych. Osoba poddająca się ruminacji jest pochłonięta przez własne myśli, tak, że nie zauważa tego, co się dzieje wokół niej.

To bardzo ważne cecha. Stan analitycznego naprawiania siebie samego, dochodzenia ze sobą do porządku jest nie do pogodzenia ze stanem doświadczania.

Łatwiej jest puścić kurczowego trzymania się intencji naprawiania siebie, gdy nawiązujemy kontakt z danymi, jakie płyną z naszych zmysłów.

Istnieje wiele różnych sposobów na to by nawiązać pełniejszy kontakt z danymi zmysłowymi. Gdy przyjrzysz się swojemu codziennemu życiu znajdziesz, co najmniej kilka rzeczy, przy których nie zdarza ci się ruminować. Jedną z takich rzeczy w moim przypadku jest ruch. Gdy jestem zadyszany nie ruminuję. Podobnie nie zdarza mi się ruminować, gdy jadę samochodem. Gdy zbytnio kombinuję, mogę po prostu wsiąść do samochodu lub trochę pobiegać.

Nie są to jednak uniwersalne rozwiązanie. Wiem, że są ludzie, którzy szczególnie mocno przeżuwają w trakcie ćwiczeń fizycznych. Nigdzie tak łatwo nie wpadają w trans jak na siłowni czy podczas biegania. Są także ludzie, którzy zaczynają przemyśliwać swoje życie ile razy wsiądą za kierownicę.

Poszukaj swoich czynności, takich, przy których twoja uwaga najlepiej kontaktuje się ze zmysłami.

Możesz także opracować samodzielnie jakąś technikę wychodzenia z ruminacji. Niżej dwie podpowiedzi.

Technika pierwsza – najprostsza

  • Zwróć uwagę na pięć rzeczy, jakie możesz wokół siebie zobaczyć.
  • Następnie znajdź pięć różnych dźwięków.
  • Zwróć uwagę na pięć doznań płynących z twojego ciała.
  • Zwróć uwagę na zapach, temperaturę i fakturę.

Druga technika – prosta

1. Zorientuj się w czasie i miejscu. Która jest godzina? Jaki dziś jest dzień? Gdzie jesteś? Co tu robisz? Jak się tu znalazłeś?

2. Świadomie zobacz, usłysz, posmakuj, dotknij lub powąchaj. Użyj w świadomy sposób, co najmniej jednego ze zmysłów. Uświadom sobie, co widzisz, co słyszysz czy też, co czujesz.

3. Aktywnie działaj. Zacznij coś robić w świadomy sposób. Wstań, przeciągnij się, idź na spacer włącz muzykę czy porozmawiaj z kimś.

4. Nie kontynuuj myśli o tym, co nie dociera do twoich zmysłów. Jeżeli czegoś nie widzisz, nie słyszysz, nie dotykasz czy nie czujesz – w tym momencie to nie istnieje. Skup uwagę na tym, co dzieje się przed tobą. Tym, czego doświadczasz obecnie. Jeżeli myśli uporczywie powracają, nie walcz z nimi, ale też nie wdawaj się w nie.


Zdjęcia: Andy Smith, Viton i Daniil Kalinin

Z czym naprawdę masz problem – z oceną siebie czy poczuciem własnej bezsilności?

Z czym naprawdę masz problem – z oceną siebie czy poczuciem własnej bezsilności?

Opublikowano 05 kwietnia 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 29 komentarzy

1.

Jakiś czas temu, składając klientowi ofertę zażądałem zbyt wysokiej ceny. Gdybym podał niższą, mielibyśmy szansę zdobyć zlecenie. Nawet przy znacznie niższej cenie, byłoby dla nas bardzo zyskowne. To były dziesiątki dni szkoleniowych. Przestrzeliłem. Tym bardziej bolesne, że nie wykorzystałem wszystkich okazji by sprawdzić, jaką warto dać cenę. Słowem zawaliłem i nie miałem na to żadnego uzasadnienia. Gdybym był swoim pracodawcą, musiałbym się ocenić w sposób negatywny, nawet bardzo negatywny. Mógłbym nawet pogrozić palcem. A tak byłem tylko na siebie wściekły.

Czy ta ocena przeszkadza mi w podejmowaniu kolejnych decyzji cenowych? Wręcz przeciwnie. Z jeszcze większą chęcią je podejmuję, bo dowiedziałem się o sobie jednej rzeczy więcej. Wiem jak unikać podobnej wpadki w przyszłości.

Negatywna ocena własnych zachowań nie utrudnia mi życia. Jest nieprzyjemna, ale daleko od niej do paraliżu czy długotrwałych dywagacji nad tym, co zrobić z życiem. Nie jest przyjemnie wiedzieć, że popełniło się głupi błąd. Nie jest przyjemnie wiedzieć, że człowiek nie osiągnął zakładanego przez siebie celu. Nie jest przyjemnie wypaść gorzej w porównaniu z innymi (np. wiedzieć, że zarabia się mniej od sąsiada, że przeczytało się mniej książek niż kolega z klasy, czy że gorzej zna się język obcy niż, ktoś, kto zaczął uczyć się w tym samym czasie). Ale czy te sytuacje są na tyle trudne, by ktokolwiek potrzebował w nich pomocy? Nie sądzę.

2.

O co zatem chodzi ludziom, którzy narzekają na negatywną samoocenę? O co chodzi tym wszystkim skarżącym się na niskie poczucie własnej wartości i wątpliwości pod swoim adresem?

Rzadko chodzi o samoocenę. Większość z narzekających nie za bardzo wie, na czym polega ocena siebie – szczególnie ta negatywna. To, co nazywają negatywną oceną siebie, albo poczuciem niskiej wartości, w rzeczywistości jest głębokim poczuciem własnej bezwartościowości i bezradności.

To, co czują, to nie jest jedynie negatywna ocena siebie. To jest osłabiające, paraliżujące i dramatyczne poczucie, mówiące, że jestem:

  • do niczego;
  • nic nie warty;
  • bezsilny;
  • nieadekwatny;
  • ułomny;
  • pozbawiony jakichkolwiek szans;
  • beznadziejny;
  • zły;
  • wadliwy;
  • nie taki jaki powinienem być.

Samoocena – jak mówi nazwa – jest oceną. Oceny mogą być pozytywne lub negatywne, mogą być lepsze lub gorsze, mogą być mniej lub bardziej surowe.

Ale to nie jest ocena. To czarna dziura. Coś znacznie bardziej surowszego niż najbardziej surowa ocena – to raczej natychmiastowe wyrzucenie ze szkoły, albo rozmowa na dywaniku u dyrektora.

3.

Od strony poznawczej, negatywna ocena siebie różni się od poczucia bezradności pod kątem trzech aspektów:

Poczucie bezradności jest wszechczasowe: zawsze zawalam, nigdy mi nic nie wychodzi, nigdy mi się nic nie uda. W rzeczywistości to była moja pierwsza próba, nie wyszło mi raz – ja jednak czuję, że nie wyjdzie mi absolutni nigdy. Jestem do niczego in saecula saeculorum… amen.

  • Poczucie bezradności jest zawodnikiem wszechkonkurencji. Nie udało mi się zrobić na kimś wrażenia albo napisać czegoś ciekawego i od razu czuję, że nic mi nie wychodzi, w niczym nie jestem dobry. Nie mam żadnych szans!
  • Poczucie bezradności jest także skupione wyłącznie na sobie. Byłem na rozmowie rekrutacyjnej. Kobieta, która przeprowadzała ze mną wywiad ewidentnie miała zły dzień, konkurencja była ogromna. Co powiem sobie, gdy nie dostanę pracy? Że to ja jestem zupełnie beznadziejnym przypadkiem i wszystko przeze mnie.

4.

Dosyć łatwo rozpoznać ten wzorzec myślenia. To zawsze jest generalizacja, katastrofizacja i przesada. Nie ma ocen pośrednich. Nie ma umiarkowanego rozczarowania. Nie ma selektywności, czy brania pod uwagę tego, co naprawdę się wydarzyło.

Co pewien czas, na tyłach samochodów widzę slogan „Albo Suzuki albo nic”. Osoby cierpiące na poczucie bezwartościowości działają zgodnie z podobną zasadą: „Albo jesteś geniuszem, albo niczym”. Nie ma stanów pośrednich: jest tylko geniusz i nikczemnik.

Wszystko co nie łapie się na geniusza to „nic” – absolutne dno nie warte powietrza, które zużywa. Zero i jeden. Brak wartości pośrednich, czy jak mówią elektronicy, analogowych.

I to stanowi ogromny problem. Większość życia dzieje się na płaszczyźnie analogowej – wśród wartości pośrednich. Jeżeli je skreślisz, twoje życie stanie się rażąco ubogie.

Jeżeli oceniasz siebie w zdrowy sposób, we większości przypadków twoje oceny są umiarkowane. Czasem oceniasz się pozytywnie, czasem negatywnie, ale bardzo rzadko, jeżeli w ogóle, myślisz o sobie w kategoriach geniusza lub absolutnego potępieńca. Dla osoby „dwustanowej” sama możliwość takiego myślenia o sobie jest już podejrzana. Albo Suzuki, albo nic – albo geniusz, bóg, święty, miliarder – albo nie mam po co żyć. Wszystko co pośrodku jest zgniłym kompromisem na który nie wolno się godzić.

Jest wiele powodów, dla których taka osoba stawia przed sobą tak nieludzkie standardy. Przynajmniej na krótką metę jest to bardzo dla niej opłacalne. Zajmiemy się tym jeszcze kiedyś. Często jednak to nie jest kwestia strategii czy interesu. Często taka osoba nie umie inaczej z racji połączenia, jakie istnieje pomiędzy emocjami, nastrojami i pamięcią.

5.

Poczucie bezwartościowości i ułomności jest czymś uzasadnionym, gdy człowiek zrobi coś naprawdę okropnego i koszmarnego. Albo, gdy znajduje się w sytuacji całkowicie bez wyjścia, tuż przed katastrofą. Jednak zdecydowana większość osób nigdy nie znajduje się w takich sytuacjach a mimo to, często doświadcza takiego samego poczucia jakby, co najmniej popełniła ciężki, niewybaczalny grzech śmiertelny albo znalazła się w sytuacji całkowitej katastrofy.

Wystarczy coś naprawdę drobnego – niewielkie spóźnienie, małe odstępstwo od planów, brak entuzjazmu u osoby, którą prosiło się o ocenę, negatywna opinia kogoś, którego zdania nikt nie poważa, porażka będąca wynikiem zewnętrznych sił, błąd który nie ma wcale krytycznego znaczenia – a już następuje zjazd na sam dół piekła, zjazd do czarnej dziury bycia „niegodnym wyrzutkiem i najgorszym przestępcą”.

Co gorsza, czasem takie poczucie pojawia się zupełnie bez powodów. Człowiek w dobrej kondycji kładzie się spać, jednak rano dźwięk budzika wyrywa ze snu zupełnie inną osobę, kogoś pełnego poczucia całkowitej nieadekwatności.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tak łatwo niektórym z nas zjechać na samo dno? Dlaczego tak często opanowuje nas demon poczucia bezradności, nieadekwatności i bezsilności? Skąd w ogóle bierze się w nas ta czarna noc?

6.

Jeżeli mieszkasz w przytulnym, dobrze ci znanym i w miarę wygodnym domu nie musisz sobie nic wyobrażać. Jeżeli nie, pomyśl o tym, jakie to mogłoby być przyjemne. Gdy już się wczujesz, wyobraź sobie, że którejś nocy twój dom się rozpada. Jakaś nieznana siła chwyta cię i nagle – nie masz zielonego pojęcia jak – znajdujesz się w czymś zupełnie ci obcym. Po raz pierwszy w życiu widzisz takie kolory, takie światło i słyszysz takie dźwięki. Ci, którzy cię porwali – ponieważ nie wiemy jak ich nazwać, nazwijmy ich kosmitami – są niepodobni do niczego, co do tej pory widziałeś. Są ogromni i wszechmocni. To, co umiałeś do tej pory w niczym się nie przydaje. Nie umiesz się ruszać w ich świecie, nie umiesz się porozumiewać…. Gdy czujesz głód, chłód albo niewygodę, możesz tylko krzyczeć, ale nawet twój krzyk jest dla ciebie całkowicie nowym doświadczeniem. Nigdy go nie słyszałeś.

Pytanie: czy w takiej sytuacji czułbyś się: (a) pewny siebie, pełny nadziei i spokoju; (b) bezsilny, przerażony i zagrożony?

Moja córka urodziła się w Szpitalu Uniwersyteckim. Nazwiska największych specjalistów wśród personelu i siermiężne sale pamiętające koniec XIX wieku. Pierwszego dnia, tuż nad ranem moja żona, trzymając się stojaka z kroplówką, poszła do sali, w której nocowały dzieci. Sala była wypełniona rzędami wózków. Taki mały supermarket. Nawet metki były. Tyle, że zamiast cen, nazwiska i godziny urodzin. Nasza mała darła się w niebogłosy, podobnie jak większość innych pakuneczków, ciasno owiniętych w wyblakłe od tysięcznych prań pieluch. Dwie pielęgniarki ze stoickim spokojem zajęte były wypełnianiem formularzy.

Pierwsze dni na tym świecie są trudne. Jesteś w stanie wczuć się przez chwilę w to, przez co musi przechodzić dziecko? Potocznie dzieciństwo kojarzy się z błogością i beztroską. To my, dorośli mamy prawdziwe problemy. Dzieci są takie zabawne, takie błogie… przecież one nie żyją jeszcze na poważnie… Patrzymy na nie przez pryzmat Kubusia Puchatka, Piotrusia Pana czy Boba Budowniczego. Gdy byłeś dzieckiem nie przypomniałeś w niczym misia imbecyla ani plastelinowej figurki, która „zawsze da radę”. Może czasem, ale oprócz tego toczyło się w tobie prawdziwe życie. Kubuś Puchatek jest opowieścią dorosłego o tym, jak chcielibyśmy, aby myślały dzieci. Ale one tak nie myślą. Znacznie bliżej ich psychiki jest William Golding we „Władcy Much” czy Janusz Korczak we wielu ze swych książek. Dzieci żyją naprawdę. Naprawdę cierpią, naprawdę się boją i naprawdę stają przed przerastającymi je problemami. My też żyliśmy naprawdę, tyle, że nie zawsze chcemy to pamiętać.

Oczywiście same traumatyczne przeżycia z okolic narodzin nie decydują o przyszłości człowieka. Ale dzieciństwo często jest jak film Hitchcocka – zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem jest tylko gorzej.

Nie mówię, że całe dzieciństwo, nie mówię, że dzieciństwo każdego. Ale we większości przypadków, gdyby nie doświadczenie bezradności, jakiego doznaliśmy w tym okresie, nie byłoby doświadczenia przytłaczającej bezradności w okresie dorosłości.

Ci z nas, którzy w trakcie dzieciństwa wiele razy musieli czuć, że są nic nie warci, źli, beznadziejni, godni pogardy, pozbawieni wartości, wadliwi, odrzuceni czy nie tacy jak powinni… doskonale opanowali wzorzec bezradności.

Co to jednak znaczy? Że powinniśmy przeprowadzić skomplikowaną analizę przeszłości by się uwolnić od poczucia bezsilności? Nic podobnego.

7.

To nie twoi rodzice ani twoje dzieciństwo jest winne tego, że co rusz czujesz się bezwartościowy. W dzieciństwie jedynie nauczyłeś się wzorców poczucia bezradności czy własnej nieadekwatności.

To trochę tak, jakby ktoś postawił kiedyś na twoje półce przytłaczający film pod tytułem „Jestem nic nie warty, ułomny i nieadekwatny”. Stoi na półce, to nie twoja zasługa, że go masz, ale od ciebie zależy jak często będziesz go oglądał. Czy to takie ważne, kto i kiedy go postawił? Czy świadomość tego cokolwiek zmieni?

Wątpię by możliwe było przeżycie dzieciństwa tak, by nie dostać po drodze tego filmu. Ja taki film dostałem i wszyscy, których dobrze znam też. Chciałbym powiedzieć, że moje córki będą pierwszymi osobami, które znam bez tego filmu, ale zbyt dobrze wiem, że taka sytuacja wymagałaby współpracy nauczycieli, dziadków, krewnych, kolegów i tysięcy innych ludzi. Każdy z nas prędzej czy później dostanie ten niechciany prezent. Oczywiście to nieco inna sytuacja dostać go od nauczyciela lub kolegi niż od rodzonego ojca, nie mnie jednak liczy się nie to, od kogo i w jakich warunkach go dostałeś, ale jak często go odtwarzasz.

Wiemy już skąd mamy możliwość zjazdów, ale ciągle nie wiemy, dlaczego tak łatwo w nie wpadamy. Dlaczego tak łatwo i tak często włączamy nasz przytłaczający film?

8.

Ponad trzydzieści lat temu dwóch brytyjskich psychologów poprosiło kilkunastu członków uniwersyteckiego klubu podwodnego o nauczenie się listy słów. Część z nich miała nauczyć się słów pod wodą, część na brzegu. Po opanowaniu listy badacze sprawdzali jak wiele ze słów nurkowie zapamiętali. Okazało się, że wiele zależy od tego gdzie odpamiętywane jest sprawdzane. Osoby, które uczyły się pod wodą, przypominały sobie ich znacznie więcej, będąc pod wodą. Osoby, które uczyły się ich na brzegu, znacznie więcej potrafiły ich sobie przypomnieć na brzegu. Okazało się, że kontekst ułatwia wydobycie z pamięci związanych z nim informacji.

Takim kontekstem mogą być nie tylko zewnętrzne warunki. Kolejne badania potwierdziły, że mogą być też nasze wewnętrzne warunki – szczególnie stany emocjonalne. Gdy jesteśmy smutni łatwiej nam przywołać do pamięci wydarzenia i informacja, z jakimi mieliśmy do czynienia, gdy byliśmy smutni. Fachowo to zjawisko nazywa się „pamięcią uzależnioną od stanu emocjonalnego”. Pod wpływem nastroju człowiek zmienia swój sposób myślenia oraz interpretowania rzeczywistości. Inaczej myślisz o sobie i świecie, gdy jesteś zadowolony, inaczej, gdy jesteś rozdrażniony czy smutny.

W efekcie niewielki zjazd nastroju może w nas uruchomić te same wzorce myślenia, jakie pojawiły się wtedy, gdy naprawdę byliśmy bezradni.

Nie mamy kontroli nad większością z naszych stanów emocjonalnych. To naturalne, że od czasu do czasu czujemy się zmęczeni, rozkojarzeni, apatyczni czy nie w sosie. Ludzie, którzy zawsze czują się tak samo pewni siebie, radośni i wypoczęci, powinni, czym prędzej odstawić prochy.

Problem jednak polega na tym, że niektóre z tych stanów emocjonalnych skojarzone są z wzorcami ułomności czy nieadekwatności. Zmęczenie, drobna porażka czy rozkojarzenie reaktywuje to wszystko, czego doświadczyliśmy w dzieciństwie. I mimo, że sytuacja jest teraz zupełnie inna, my na powrót stajemy się tym samym przerażonym wielkim światem dzieckiem. Nasze myślenie, emocje, doznania fizyczne wpadają w stare, dobrze znane koleiny.

9.

Co można z tym zrobić? Jest wiele szkół. Są tacy, którzy polecają dyskutować z swoimi myślami. Inni polecają przypominać sobie pozytywne doznania, inni wdrukowywać nowe doznania. Jeszcze inni polecają relaksacją i głębokie oddechy. Pomińmy tych wszystkich, którzy doradzają zakupy w aptece, monopolowym czy u dilera prochów.

Zanim zastosujesz jakąkolwiek metodę musisz mieć świadomość tego, co się dzieje.

Gdy już sobie uświadomisz, zobaczysz czy cokolwiek innego, oprócz świadomości będzie ci potrzebne. Pozytywne działanie większości z technik psychologicznych w ogromnej mierze jest efektem samej świadomości tego, co się z tobą dzieje. Świadomość to inaczej objęcie czegoś umysłem. Gdy uświadamiasz sobie jakiś zachodzący w tobie proces, stajesz się od niego większy. Nie można być świadomym czegoś, nie uruchamiając swojego „większego ja”.

Dlatego często wystarczy odpowiedzieć sobie na kilka prostych pytań:

Czy mój problem jest problemem z wątpliwościami i negatywnymi ocenami, jakie sobie czasem wystawiam czy też polega on raczej na uruchamiającym się poczuciem bezradności?

Jeżeli masz wątpliwości czy to, czego doświadczasz to poczucie bezradności, możesz sprawdzić, czy:

  • wystawiasz sobie ocenę wszechczasów (zawsze, nigdy)
  • wystawiasz sobie ocenę we wszystkich konkurencjach (nic mi nie wychodzi, nic mi się nie udaje)
  • przypisujesz porażkę tylko i wyłącznie siebie (gdybym tylko był inny, gdybym tylko zrobił coś innego).

Przyjrzyj się także swoim:

  • Emocjom (czy czujesz np. przygnębienie, lęk, apatię, wstręt?)
  • Doznaniom fizycznym (czy czujesz np. łomotanie serca, mrowienie, brak oddechu, odpływ energii, watę w nogach)
  • Wspomnieniom czy fantazjom (np. bycie opuszczonym przez matkę, wizja własnego pogrzebu)
  • Automatycznym myślom (np. nie dam rady, jestem do niczego, zawiodłem)

Im bardziej absolutna i abstrakcyjna ocena, im większy jej towarzyszy ból, im mocniejsze są towarzyszące jej doznania, tym większe szanse, że to, co ma miejsce to nie jest żądna negatywna ocena ani wątpliwości pod swoim adresem ale automatycznie wzbudzone poczucie bezradności.

10.

Jeżeli masz do czynienia z poczuciem bezradności przyjrzyj się temu, kiedy się pojawia.

Co konkretnie go reaktywuje? Jakie sytuacje najczęściej go wyzwalają? Jakie odczucia są na jego początku? O jakich porach, w jakich warunkach maszyna się uruchamia?

Czy jest to na przykład:

  • zmęczenie
  • porażka
  • pomyłka
  • brak pochwał
  • pochwały (to może wydawać się bezsensowne, ale pochwały także mogę wzbudzać „zjazd”)
  • spóźnienie
  • ból głowy
  • niepewność
  • niewyspanie
  • atak ze strony kogoś

Możesz założyć dziennik i codziennie spisywać wszystkie te sytuacje, w których nachodziło cię poczucie bezsilności i własnej bezwartościowości.

Prowadź badania jak naukowiec, który chce zrozumieć fenomen. Nie staraj się na niego wpływać, ale jedynie go precyzyjnie opisać. Obserwuj także jak długo fenomen trwa, pod wpływem czego słabnie, pod wpływem czego rośnie jego natężenie, pod wpływem czego mija.

Już sama taka uważna, akceptująca obserwacja zazwyczaj zmniejsza ilość ataków poczucia bezradności. A jeżeli nie zmniejsza to przynajmniej minimalizuje ich wpływ na nasze życie.

To nie jest wszystko, co możemy zrobić wobec ataków bezradności. Zajmiemy się być może innymi sposobami. To jednak wystarczy na początek.

11.

Ten tekst napisałem kilka dni temu. Jest za długi, ale mimo tego postanowiłem do niego dopisać coś, co przydarzyło mi się kilka dni temu.

Zanim to opiszę, wyznanie – tak, poczucie własnej ułomności i braku wartości co pewien czas do mnie powraca. Nie tak mocno jak kiedyś, nie mniej jednak, ten tekst nie jest teoretyczny (mimo, że korzystałem przy jego pisaniu z wielu książek i teorii). A teraz historyjka.

Parę dni temu moja córka budziła mnie kilka razy pod rząd. To ten wiek, w którym dzieciom śnią się różne koszmary. Po takiej czwartej czy piątej pobudce, nie mogłem zasnąć. Na wpół śpiący leżałem i męczyłem się. W którymś momencie znalazłem się w tak totalnym dole, że trudno opisać. To było tak, jakby ktoś przestawił jakąś wajchę w moim umyśle. Pełna depresja. Ból istnienia niemal fizyczny. Poczucie bezwartościowości, bezsilności, ułomności. Skupienie na porażkach, błędach i niewykorzystanych okazjach (a przez kilka ostatnich dni zrobiłem więcej głupich błędów niż przez ostatnie dwa lata). Moje pierwsza rekcja była taka jak chyba wszystkich: trzeba to przerwać, trzeba to naprawić, muszę z tego wyjść jak najszybciej! Kto jak kto, ale jak (choćby z racji pisania tego bloga, nie mogę przecież cierpieć na depresję!) Zacząłem się szamotać, przemyśliwając i przeżuwając wszystko to, co w moim życiu jest nie takie. Im bardziej walczyłem, tym było gorzej. Sen odszedł a depresja się pogłębiała.

Już prawie na krawędzie pomyślałem sobie jednak:

- Przecież to doskonała okazja by sprawdzić to, o czym piszę! Właśnie teraz czuję się absolutnie ułomny i bezwartościowy.

Postanowiłem ułożyć się wygodnie i w pełni doznawać tego wszystkiego, co na mnie spływało. Zacząłem przyglądać się doznaniom z ciała, obrazom i myślom. Przez chwilę czułem się tak, jakbym obserwował operację na żywo prowadzoną na mnie samym. A chwilę potem było rano a ja czułem w sobie głęboką energią. Nawet nie pamiętam, kiedy zasnąłem. Gdy przestałem walczyć i zacząłem doświadczać, wszystko rozproszyło się, tak jakby było to jednorazowe uderzenie, bolesne, ale szybko mijające. Najlepszą metodą na to by poradzić sobie z poczuciem pełnej katastrofy jest pozwolić jej trwać tak długo jak tego wymaga. Gdy przestajesz ją rozdrapywać, ból szybko mija.

Gdy czujesz ból fizyczny, weź środek przeciwbólowy. Gdy czujesz ból psychiczny – przyjmuj, przyjmuj, przyjmuj do otwartych dłoni. To dziwne, ale to najlepszy środek przeciwbólowy.

12.

Temat jest wielgachny i dlatego mam pytanie: czym mam jeszcze coś na ten temat napisać? Czy może wystarczy i lepiej skupić się na czymś innym? Jak uważasz?

Naturalna czy z silikonu? Dlaczego zdrowa samoocena nie zawsze wysoka?

Naturalna czy z silikonu? Dlaczego zdrowa samoocena nie zawsze wysoka?

Opublikowano 24 marca 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 22 komentarze

1.

Jestem dobry czy zły? Mam jakieś szanse czy jestem do niczego? Uda mi się coś osiągnąć czy nie? Zasługuję na szacunek czy nie? Jestem kimś cennym, czy kimś mało znaczącym? Mogę podobać się ludziom czy nie? Jestem mądry czy głupi?

Każde z tych pytań zawiera ocenę samego siebie. Czasem odpowiadamy na nie pozytywnie. Czujemy się wtedy dobrze a psycholodzy mówią, że mamy wysoką samoocenę. Czasem odpowiadamy negatywnie: jestem do niczego, nic mi się nie udaje, nie zasługuję na szacunek, nikomu się nie podobam, jestem głupcem… Nie czujemy się z tym dobrze a psycholodzy mówią wtedy, że mamy niską samocenę czy niskie poczucie własnej wartości.

Są oczywiście tacy, którym nigdy nie zdarza się myśleć o sobie źle. Absolutnie całe życie są przekonani o swojej doskonałości, wartości, pięknie czy mądrości. O takich psycholodzy mówią, że są narcystyczni. Ci ludzie czują się doskonale, ale ich opinia o sobie samym nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. W efekcie nie rozwijają się i nie osiągają tego, co mogliby osiągnąć.

Każdy zdrowy człowiek, przynajmniej od czasu do czasu, ma negatywne myśli na swój temat. Nie muszą być od razu dramatyczne (typu: jestem największą pomyłką w dziejach ludzkości), nie muszą dotyczyć całego życie (np. czego się nie dotknę to zawalam), nie muszą zdarzać się codziennie (czy nawet co tydzień). Nie mniej zdarzają się i za każdym razem wiążą się z jakimś bólem czy dyskomfortem.

Jednak takie przypadki negatywnych ocen siebie samego, (przeplatające się z pozytywnymi) to nie jest coś, co można by było uznać za chorobę. Wręcz przeciwnie, to sygnał zdrowia.

2.

Pierwszą, podstawową rzeczą, jakiej warto się nauczyć, jeżeli już zajmujemy się samooceną, to szacunek do tych chwil, w których mamy wątpliwości na swój temat i czujemy się z sobą źle.

Niektórzy z autorów czy mówców, powtarzają, że zawsze masz być zadowolony z siebie. Zawsze musisz być przekonany o swojej nieziemskiej, nadzwyczajnej wartości. Choćby nie wiem co, masz być pewny tego, że jesteś największym cudem świata. Masz być pewny, że każda kobieta śni być się chociaż do niej uśmiechnął, że każdy mężczyzna marzy o tym by z tobą pracować czy choćby usłyszeć twoją cenną radę. Masz być pewny, że twoje analizy i wypowiedzi są warte cytowania w wiadomościach i drukowania na pierwszych stronach gazet. Masz być zawsze pewny, że to tylko kwestia czasu aż zostaniesz największym przedsiębiorcą/ badaczem / odkrywcą / twórcą na świecie.

Można oczywiście tego próbować. Tyle, że to nie ma nic wspólnego ani z rzeczywistością ani ze zdrowiem psychicznym. Przypomina to coś, co dawniej nazywało się „watowaniem”.

3.

W środku bezpieczników starego typu był cienki drucik. Gdy płynął zbyt duży prąd, drucik się przepalał. Powszechne było wtedy tzw. watowanie bezpieczników. Kto by się bawił w kupowanie nowego bezpiecznika? Brało się przepalony bezpiecznik, wysypywało piasek i wstawiało nowy drut. Często znacznie grubszy niż ten poprzedni. Jeżeli i ten się przepalił to człowiek szukał czegoś naprawdę mocnego. Wstawiał drut gruby jak gwóźdź i był zadowolony, że nigdy mu nie wywali korków. Korków rzeczywiście nie wywalało, ale w przypadku awarii paliły się przewody w ścianach.

Bezpieczniki są po to, by uniknąć naprawdę poważnych kłopotów. Gdyby nie one, pożary wywołane przez instalacje elektryczne byłyby chlebem powszednim. Za małą wygodę (nigdy nie musisz otwierać skrzynki z bezpiecznikami) płaciłbyś wielkim ryzykiem, tego, że spali ci się cały dom.

Niskie poczucie własnej wartości nie jest ewolucyjną pomyłką. Jest czymś w rodzaju bezpiecznika. To sygnał alarmowy mówiący o tym, że być może dzieje się coś, co nie powinno się dziać. Być może powinieneś się wycofać z czegoś, coś zacząć robić, albo zrobić coś inaczej.

Jeżeli jesteś na przykład rodzicem i zdarzyło ci się krzyknąć na dziecko, powiedzieć mu coś upokarzającego czy zbyt często nie mieć dla niego czasu, negatywna ocena siebie jest czymś zdrowym. Zrobiłeś coś, co nie jest zgodne z twoim systemem wartości. Poczucie „coś jest ze mną nie w porządku” jest jak najbardziej uzasadnione. Zmień swoje zachowanie – przeproś dziecko, przytul go, znajdź dla niego więcej czasu itp. – a twoje poczucie „jestem do niczego” przejdzie.

Jeżeli jesteś studentem i zawaliłeś egzamin, bo zamiast się uczyć ustawicznie imprezowałeś, poczucie dyskomfortu jest na miejscu. Skończenie studiów jest dla ciebie wartością. Poczucie „coś jest nie tak” jest zdrowym sygnałem alarmowym. Jeżeli chcesz się go pozbyć, wystarczy byś przysiadł nad książką i w następnym terminie zdał egzamin.

Najlepszym sposobem by pozbyć się negatywnej samooceny czy wątpliwości pod własnym adresem jest zrobić to, co jest dla nas ważne. Nie ma tu żadnej filozofii ani żadnej drogi na skróty.

Nikt nie powiedział, że bycie dobrym rodzicem ogranicza się do chwalenia swoim dzieckiem, albo gładzenia go po główce, gdy śpi. To także radzenie sobie z rozwrzeszczanym, mającym zły humor buntownikiem i działanie często wbrew temu, co miałbyś ochotę zrobić. Nikt nie powiedział, że nauka to tylko ciekawe dyskusje na luźne tematy czy czytanie łatwych książek. To także zmuszenie się do tego by wytrzymać znudzenie czy zrezygnować z czegoś przyjemniejszego.

Albo bądź konsekwentny, albo zmień zasady.

Szukanie jakiegoś rodzaju psychologicznych dróg na skróty, jakichś trików, dzięki którym zawsze i niezależnie od zachowań możemy mieć poczucie wysokiej samooceny, jest zastawianiem na siebie pułapki.

To jak watowanie bezpiecznika. Poczujesz się milej, ale grozić ci będzie ryzyko katastrofy – przynajmniej z perspektywy twoich wartości.

Gdy przepalają się korki, rozsądny człowiek nie wstawia gwoździa, którego nic nie jest w stanie przepalić, ale najpierw szuka przyczyny. Może podłączonych jest zbyt wiele urządzeń (piekarnik, pralka, zmywarka i czajnik?). Może coś się przepaliło (np. kabel, żarówka?). Coś zmień.

Podobnie jest z poczuciem małej wartości. Nie próbuj go polepszać wmawiają sobie, że jesteś doskonały, ale zastanów się, co powinieneś zrobić inaczej.

Profesor psychologii Roy F. Baumeister, jeden z największych specjalistów z zakresu samooceny, pisze:

Świat mógłby stać się lepszym miejscem, gdyby więcej osób zapomniało o próbach podnoszenia swojej samooceny i skupiło się raczej na staraniach o to, by być lepszym człowiekiem. Zajmowanie się poczuciem swojej wartości jest w istocie zabieganiem o to by myśleć, że jest się lepszą osobą.

Mieć wysoką samoocenę jest przyjemnie, ale to tylko myśl. To, co myślisz na swój temat jest ważne, ale rola myśli, przynajmniej w porównaniu z działaniami jest zdecydowanie przeceniana.

4.

Są tacy, którzy mówią: no dobrze, ale gdy masz wysoką samoocenę, łatwiej ci robić dobre rzeczy. Według nich ludzie nie robią dobrych rzeczy, bo mają niską samoocenę. Student nie uczy się, bo ma złe mniemanie o sobie. Rodzic jest opryskliwy wobec dziecka, bo ma niskie poczucie własnej wartości. Młody przedsiębiorca nie wypuszcza nowych produktów, bo ma zbyt dużo wątpliwości pod swoim adresem.

Ten sposób myślenia jest bardzo na rękę naszej wewnętrznej inercji. Przecież to znacznie wygodniejsze i przyjemniejsze zająć się medytacją, psychoanalizą, coachingiem rozwojowym czy wzbudzaniem pozytywnych stanów, niż zacząć coś robić.

W rzeczywistości to tylko pokrętne pomysły mające początek w wewnętrznym oporze. Nie ma żadnych badań, które by potwierdzały, że osoby, którym sztucznie zawyżono samoocenę (np. poprzez afirmację) zmieniają swoje zachowania. Co się stanie, gdy sztucznie zwiększymy samoocenę imprezującemu studentowi (zakładając, że rzeczywiście ma niską)? Czy zacznie się uczyć? A może stwierdzi, że skoro jest taki dobry to przecież sobie jakoś poradzi? Raczej to drugie. Jeżeli sztucznie podniesiemy samoocenę nieumiejętnego rodzica, dojdzie do wniosku, że tak naprawdę wszystko robi w interesie dziecka. To w jego interesie krytykuje i wykpiwa, w jego interesie zawsze jest w pracy i w jego interesie nie ma dla niego czasu. Dzieciak na pewno kiedyś to doceni! Lękliwy przedsiębiorca, któremu napompujemy ego stwierdzi, że po prostu czeka na coś naprawdę wielkiego, godnego jego geniuszu.

Istnieje mocny związek między samooceną a działaniem. Ale nie w tą stronę, jakiej życzyłby sobie nasz wewnętrzny opór. Jeżeli jesteś studentem, masz niską samoocenę, bo się nie uczysz. Jako rodzic masz niską samoocenę, bo nie traktujesz dziecka tak, jak czujesz, że powinieneś. Jako przedsiębiorca masz niską samoocenę, bo nie wypuszczasz nowych produktów i nie wychodzisz do ludzi.

5.

To mit, że nie można działać mając niską samoocenę. Nie tylko można, ale i trzeba.

Nic nie mogę zrobić, bo mam niską samoocenę. Nic nie mogę zrobić, bo mam za dużo wątpliwości pod swoim adresem. Naprawdę? A ja myślę, że jest odwrotnie: Mam niską samoocenę – bo nie robię tego, co czuję, że powinienem. Mam zbyt dużo wątpliwości pod swoim adresem – bo zbyt długo zwlekam z działaniem.

Czy to takie ważne jaką masz samoocenę? Samoocena to tylko opinia. To tylko myśl.

O co ci chodzi: o samoocenę czy o życie? O myśli czy o rzeczywistość?

Przestań zadawać sobie pytanie: jak zmienić swoją samoocenę by wreszcie zrealizować marzenia? To nie jest dobre pytanie. Ono zawiera błędne założenie, że nie możesz zrealizować swoich marzeń, jeżeli doznajesz niskiej samooceny. Właściwie postawione pytanie brzmi: Jak zrealizować swoje marzenia, niezależnie od tego, co o sobie myślę?

Nie skupiaj się na samoocenie. Nie rób z niej najważniejszego problemu swojego życia. Pozwól jej być taką, jaka jest a zobaczysz, że sama zacznie się zmieniać.

5.

W tym miejscu powinienem zakończyć ten tekst. Ale by uniknąć nieporozumień jedną rzecz muszę dodać.

To nie jest kompletna prawda o samoocenie. Problem polega na tym, że oprócz tego rodzaju sytuacji, w których wystarczy zmienić swoje zachowanie by poczuć się lepiej, są sytuacje, w których niskie poczucie własnej wartości nie wiąże się z tym, co robimy czy czego nie robimy.

Gdyby posłużyć się przenośnią z bezpiecznikami, sprawa wyglądałaby tak: Siedzisz sobie spokojnie. W tle gra muzyka, mała lampka oświetla książkę. Nagle cyk i robi się ciemno. Bierzesz latarkę i sprawdzasz. Nic się nie przepaliło, nic specjalnego nie jest podłączone. Idziesz do skrzynki i włączasz bezpiecznik. Przez chwilę wszystko jest dobrze, ale po dziesięciu minutach znowu wszystko się powtarza.

Zdrowa samoocena jest procesem – jest jak sinusoida. Czasem w górze, czasem na dole. Są jednak osoby, u których krzywa samooceny jest cały czas pod kreską. Człowiek myśli osobie bardzo źle albo źle. Takie osoby przypominają kogoś, kto wpadł do jakiegoś ogromnego piaszczystego leju i ile razy usiłuje z niego wyjść, tyle razy osuwa się na samo dno.

W następnym tekście (pojawi się prawdopodobnie we wtorek) zajmiemy się mechanizmami, które nie pozwalają nam wyjść z dołka, albo zbyt długo nas w nim przytrzymują, albo sprawiają, że od razu lecimy na samo dno, zamiast zatrzymać się na adekwatnym poziomie.


Nie oczekuj jednak, że znajdziesz tam sposób na to by zawsze czuć się wspaniale. Sztywna ocena siebie, jako kogoś zawsze wspaniałego, doskonałego i wartego podziwu nie jest przykładem zdrowej, naturalnej samooceny. To silikon.

Czy jesteś w stanie zaakceptować chwile, w których masz niską samoocenę, czy jesteś w stanie zaakceptować, jako coś naturalnego wątpliwości pod swoim adresem? Czy jesteś w stanie obserwować siebie i swoje działania, gdy czujesz wątpliwości i wyrzuty? Czy jesteś w stanie odkryć to, co powinieneś zrobić inaczej?


Zdjęcia: feastoffun.com i Brian Hillegas

Żyj z uwagą: książka, która szuka recenzentów

Żyj z uwagą: książka, która szuka recenzentów

Opublikowano 17 marca 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 19 komentarzy

Dziś chciałbym zaprosić do czegoś bardzo nietypowego.

Od jakiegoś czasu drzemie sobie w moim komputerze zestaw tekstów zatytułowany „Żyj z uwagą”. Pisałem go z myślą o wysłaniu do jednego z wydawnictw, z różnych jednak względów zrezygnowałem.

Gdy odpuściłem sobie wydawnictwo nie bardzo miałem pomysł, co dalej z tym tekstem zrobić. Zaletą wydawnictwa jest to, że ktoś podejmuje za ciebie decyzję, czy tekst nadaje się do tego by go sprzedawać czy nie. Jeżeli powie ci, że się nadaje – super, cieszysz się mogąc oglądać książkę na półce, jeżeli powie, że nie – traktujesz go, jako wprawkę przed następnym tekstem. Mnie samemu takiego dystansu brakuje. Nie wiem, czy ten tekst nadaje się do tego by go sprzedawać. Pracować nad nim jeszcze czy dać sobie z nim spokój? Wypuścić go w świat czy traktować jak wewnętrzne ćwiczenie?

W końcu wpadłem na najprostszy z możliwych pomysłów. Dlaczego by zapędzić do pracy czytelników tego bloga?

To bardzo kameralny blog i nawet gdyby wszyscy rzucili się mi do pomocy, nie grozi mi zapchanie skrzynki.

Trochę z tym zwlekałem, odkładałem, unikałem… w końcu wkurzyłem się: teraz!

Oto moja propozycja:

Jeżeli jesteś zainteresowana / zainteresowany przeczytaniem książki tekstu i wystawieniem mi recenzji, wypełnij proszę formularz, który jest na dole strony. W ciągu najbliższych 24 godzin prześlę ci tekst (oczywiście bezpłatnie).

Warunki, jakie stawiam recenzentom

Jakie warunki trzeba spełnić by zostać recenzentem?

1) Podać swoje prawdziwe dane i informację na swój temat (imię, przedział wiekowy, zawód / zajęcie, miejscowość). Ja zobowiązuję się traktować te dane maksymalnie poufnie.

2) Zobowiązać się, że nie będziesz rozpowszechniał tekstu – przesyłał go znajomym i krewnym chomików i innych miłych zwierzątek.

3) Wyrazić zgodę na wykorzystanie twojej recenzji (którą przyślesz mi po przeczytaniu tekstu) lub jej fragmentu w celach promocyjnych.

Takie są reguły i zależy mi na tym, by nikt ich nie łamał.

Żeby było jasne: ja nic nie płacę, ty nic nie płacisz. Twoja korzyść to książka, moja – recenzja. Jedną rzecz chciałbym jeszcze sobie zastrzec (choć nie sądzę by było to potrzebne). Wyślę maksymalnie 300 kopii. Powyżej tej liczby oferta przestanie być aktualna.

Prośba

Prośba (ale już nie reguła, w związku z czym możesz tego nie zrobić i ciągle będzie ok.) jest taka. Chciałby abyś:

1) Przejrzał tekst.

2) Wybrał rozdział, który cię najbardziej interesuje.

3) Przeczytał go.

4) W okresie do 2 tygodni napisał kilka słów opinii (korzystając z ankiety, jaką ci prześlę, albo bez ankiety). Każda opinia będzie się liczyć, nawet stwierdzenie: nie miałem czasu się za to zabrać, czy nie przebrnąłem bo spać mi się chciało.

Informacje o książce

Książka liczy około 300 stron. Ale tak jak napisałem wyżej, oczekuję, że przeczytasz jeden, wybrany rozdział. Jeżeli przeczytasz więcej, czy nawet całość – super, będę się cieszył.

Tytuł (ciągle roboczy) brzmi Żyj z uwagą. Jak zmienić swoje życie i świat za pomocą uwagi?

O czym jest ta książka? O nowych oczach. Marcel Proust napisał:

Naprawdę odkrywcza podróż nie polega na oglądaniu nowych krajobrazów, ale na patrzeniu nowymi oczyma.

Takie „nowe oczy” mogą być wynikiem jakiegoś dramatycznego doświadczenia. Wiele osób zmienia sposób patrzenia na świat na skutek chorób lub nieszczęść. Mogą być też efektem stopniowej zmiany. Ludzie na przykład gorzknieją na starość i stają się skupieni na sobie i swoich bólach.

Ale nowe oczy mogą być także efektem celowego wysiłku. Intencją tej książki jest stworzyć okazję do podjęcia takiej „odkrywczej podróży”. To zaproszenie do tego by popatrzeć na nasze doświadczenia z innej, niż często robimy, perspektywy.

Uwaga to coraz modniejszy temat wśród publikacji psychologicznych. Winifred Gallagher, w książce „Rapt. Attention and Focused Life” pisze:

W miarę jak psychologia bardziej interesuje się przyczynami pozytywnego funkcjonowania człowieka, staje się coraz bardziej jasne, że umiejętne zarządzanie uwagą jest pierwszym krokiem do jakiekolwiek zmiany oraz jest parasolem obejmujących większość metod samorozwoju.

Gdy psycholodzy badają osoby odnoszące sukcesy i zadowolone ze swojego życia, okazuje się, że wyróżnia ich głównie sposób posługiwania się uwagą. Ani czynniki genetyczne, ani wrodzone zdolności ani warunki, w jakich te osoby się wychowały, nie różnią ludzi skutecznych i nieskutecznych. Różni ich przede wszystkim to, na co zwracają uwagą oraz w jaki sposób to robią.

Moim punktem wyjścia była lista błędów uwagi, jakie ludzie popełniają, a które pogarszają ich życie.

  • Odgradzamy się od bezpośrednich doświadczeń i żyjemy w świecie fantazji i wyobrażeń. Zamiast tego możemy nauczyć się być w kontakcie z bezpośrednimi doznaniami.
  • Blokujemy uwagę na negatywnych doświadczeniach. Staramy się je za wszelką cenę usunąć i zmienić, nie pozwalając im przepłynąć. Zamiast tego możemy nauczyć się otwartego i receptywnego doświadczania wszystkich doznań – także tych negatywnych.
  • Skupiamy się na tym, co jest nie tak, czego jeszcze nie mamy, czego nam brakuje, nie dostrzegając, jak wiele dostaliśmy. Możemy nauczyć się zwracać uwagę na to, co mamy i czym ciągle jesteśmy obdarowywani.
  • Skupiamy się na tym, czego my sami potrzebujemy, nie interesując się tym, czego potrzebują inni. Możemy nauczyć się zwracania uwagi także na potrzeby innych.
  • Zajmujemy się znacznie bardziej sobą niż światem wokół. Wpadamy w pułapkę zaabsorbowania sobą Zamiast tego możemy nauczyć się kierować uwagę na zewnątrz, a na siebie patrzeć, tak jak na jeden z elementów świata.
  • Skupiamy się na wielu rzeczach, działamy w sposób wielozadaniowy. Zamiast tego możemy nauczyć się skupiać się w pełni na jednej rzeczy.
  • Skupiamy się na drobiazgach, zapominając, co jest najważniejsze.
  • Skupiamy się na tym, co brzydkie i trudne, nie dostrzegając tego, co piękne i lekkie. Możemy nauczyć się dostrzegać piękno.

Jestem naprawdę bardzo ciekawy jak ocenicie ten tekst. Jeżeli przynajmniej niektóre recenzje będą pozytywne, tekst stanie się regularną książką. Jeżeli zatem jesteś zainteresowany tematyką, ale nie chcesz zostać moim recenzentem, trzymaj proszę kciuki za recenzentów. Od nich zależy, czy książka będzie niedługo dostępna.

Uwaga: faza recenzji została definitywnie zamknięta. Nie jestem w stanie przerobić wszystkich recenzji. Dziękuję za zainteresowanie i przepraszam. Książką będzie już niedługo dostępna w sprzedaży.

Pan Trzęsieniowy

Pan Trzęsieniowy

Opublikowano 15 marca 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 2 komentarze

Dwa tygodnie temu czytałem zbiór opowiadań Haruki Murakami pt. „Wszystkie boże dzieci tańczą”. W tle każdego jest trzęsienie ziemi.

W ostatnim opowiadaniu Ciastka z miodem mała dziewczynka Sara, co noc budzi się krzykiem. Jej mama, Sayoko, mówi:

.. Pewnie oglądała za dużo wiadomości o trzęsieniu ziemi w Kobe. Prawdopodobnie te obrazy są zbyt dramatyczne dla czteroletniej dziewczynki. Myślę tak, bo zaczęła się budzić w nocy mniej więcej od czasu trzęsienia ziemi. Mówi, że przychodzi do niej jakiś nieznajomy – „pan Trzęsieniowy”. Budzi ją i próbuje wepchnąć do niewielkiego pudełka. Jest za małe, człowiek się w nim nie zmieści. Sara mówi, że nie chce do pudełka, a wtedy on chwyta ją za ręke i próbuje tam wepchnąć na siłę, łamiąc jej kończyny w stawach. Dlatego Sara krzyczy i budzi się.

- Pan Trzęsieniowy?

- Uhm. Podobno jest stary, wysoki i chudy. Budzi się z tego snu, zapala światła w całym mieszkaniu, obchodzi wszystkie kąty i szuka go. W szafie, szafce na buty, pod łóżkiem, w szufladach komody. Powtarzam jej, że to tylko sen, ale nie słucha. Kiedy skończy poszukiwanie i upewni się, że go nigdzie nie ma, nareszcie się uspokaja i może znów zasnąć.

Nie jestem publicystą, nie piszę o bieżących wydarzeniach. Ale tym razem nie mogłem się powtrzymać.

Japonia jest tak blisko.

Pod koniec opowiadania, Sara śpi w objęciach Sayoko. Obok nich, patrząc na zegar siedzi pisarz Jumpej:

Pomyślał, ż będzie pisał inaczej niż do tej pory. Będzie pisał historie, w których ktoś nie może się doczekać światu, bo wtedy będzie mógł mocno uścisnąć ukochaną osobę. Ale na razie musi tu siedzieć i strzec tych dwóch kobiet. Nikomu nie pozwoli ich włożyć do żadnego głupiego pudełka. Choćby niebo się zawalił, choćby z hukiem rozstąpiła ziemia.

Zdjęcie: Mokedophoto

Być perfekcjonistą albo nie być  – oto jest pytanie

Być perfekcjonistą albo nie być – oto jest pytanie

Opublikowano 05 marca 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 21 komentarzy

1.

Jest piątek, ósma rano. Za oknem zimno i mglisto. Wsypałem kawę do włoskiej kawiarki i usiadłem za komputerem. Mam roboczy plan tekstu i wiem, o czym chcę napisać. To może być ciekawy tekst. Za jakieś trzy – cztery godziny tekst powinien być gotowy. Jak go skończę wrócę do pracy nad książeczką o radzeniu sobie z wątpliwościami pod własnym adresem. Oprócz tego mam dziś jeszcze kilka innych, mniej twórczych rzeczy do zrobienia.

Kawa przelała się z bulgotem. Kocham ten zapach. Nalewam ją do ulubionego kubka. Zaczynamy?

Dobra, dobra… zbyt dobrze znam tego starego drania, który teraz stuka w klawisze. Do dwunastej, mówisz? A nie chciałbyś tak czasem sobie popisać do wieczora? Albo przez najbliższe dwa dni? A co byś powiedział, gdybyś pracował nad tym tekstem przez najbliższy tydzień, zapominając po drodze o dziesiątkach innych rzeczy? Lubię cię stary draniu, ale wiem jak będzie. Gdy napiszesz pięć stron, przypomnisz sobie kilka dobrych anegdot, uruchomią ci się skojarzenia i stwierdzisz, że tekst będzie bez nich nie dość dobry. Z pięciu stron zrobi się trzydzieści albo nawet pięćdziesiąt. A potem pomyślisz, że to wszystko jest w zasadzie zbyt ważne by zamknąć w jednym, choćby długim artykule. Postanowisz napisać książkę i będziesz nad nią pracować przez kolejne dwa tygodnie. Potem, gdy wreszcie się zmęczysz, zaczniesz ją poprawiać. Pierwsze, drugie, trzecie czytanie a ona ciągle będzie wymagała zmian i udoskonaleń. Ciągle nie będzie to coś, z czego mógłbyś być zadowolony i co mógłbyś pokazać innym.

2.

Pragnienie doskonałości. Pogoń za pełnią. Stawianie sobie coraz wyższej poprzeczki. Poprawianie wszystkiego co się robi. Szukanie najlepszego i najpełniejszego wyrazu.

Czasem mu się poddaję. Niektóre z rzeczy, które piszę jest efektem takiej właśnie pogoni za doskonałością. Dochodzę do wniosku, że pogoń za ideałem jest biegiem w dobrą stronę. Pozwalam sobie na to, by zmienić plany i wydłużyć terminy. Czasem, zupełnie niespodziewanie powstają wartościowe rzeczy.

Ale jeszcze nie tak dawno, ten przymus poprawiania i doskonalenia, sprawiał, że moje życie było koszmarem.

Czasem ludzie zwierzają się, że napisali wiele listów, których nigdy nie wysłali, albo wiele tekstów, które leżą głęboko w szufladzie. W moim przypadku jest to siedmiuset stronicowa książka.

Miał to być krótki poradnik, który chciałem napisać w ciągu góra dwóch tygodni. Pisałem przez pół roku. Książka stawała się coraz bardziej doskonała, coraz bardziej wyczerpująca, coraz pełniejsza… aż w końcu przestałem rozumieć, o czym ona jest. W przebłysku jakiejś boskiej intuicji, zrozumiałem, że jedyne, co mogę zrobić to przestać nad nią pracować i pogodzić się z tym, że moja gorączkowa pogoń za doskonałym dziełem skończyła się gdzieś głęboko w buszu. Hm… bądźmy szczerzy: żadnym buszu, na wysypisku śmieci.

Przekombinowałem. Nie potrafiłem znaleźć umiaru. Nie wyczułem momentu, w którym to, nad czym pracowałem nadawało się do wypuszczenia w świat. Byłem wtedy skrajnym perfekcjonistą.

3.

Wiele osób dzieli ludzi na dwa typy:

(1.) Tych, którzy uparcie dążą do doskonałości; perfekcjonistów, którzy starają się być najlepsi na świecie; ludzi, którzy nigdy nie zadowolą się rzeczą z jakąkolwiek skazą.

(2.) Luzaków, którzy biorą życie takie, jakie jest, którzy robią wszystko byle jak najszybciej, byle skończyć i odhaczyć na liście.

Z perspektywy tych pierwszych, życie polega na tym by wiele od siebie wymagać. Ci drudzy są dla nich leniami, konformistami i darmozjadami.

Z perspektywy tych drugich, pierwsi są mistrzami komplikowania, utrudniania i robienia zamętu. Życie nie jest przecież po to, by ciągle się męczyć. Jest jak jest i po co filozofować?

4.

Jako urodzony perfekcjonista mógłbym długo wymieniać, jak bardzo luzacy nie mają racji i jak niebezpieczna jest bylejakość.

Bylejacy lekarze, którzy nie zadają sobie trudu by się doskonalić, zabijają ludzi.

Bylejacy kolejarze, którzy zamiast pracować piją na swojej zmianie wódę, wykolejają pociągi.

Bylejacy psycholodzy, którzy nie zadają sobie trudu by ciągle się rozwijać, mieszają pacjentom w głowie i utrudniają życie.

Bylejacy księża gadając na ambonie byle co, pozbawiają ludzi kontaktu z bogiem.

Bylejacy kierowcy, nie znający prawa ruchu, powodują wypadki.

Bylejacy rodzice, którzy nigdy nie zadają sobie trudu by przeczytać choćby jedną książkę z psychologii rozwojowej, rozwalają dzieciom życie emocjonalne.

Bylejacy dietetycy swoimi zaleceniami rozregulowują ludziom organizmy.

Bylejacy……

Można tą listę ciągnąć długo i długo. W każdym z punktów myślałem o jakiejś konkretnej osobie i konkretnym przypadku. Obawiam się, że każdy z nas mógłby dodać do tej listy przynajmniej tyle samo swoich własnych przykładów. Większość z nas to niestety perfekcyjności.

No to pora na coś, dla nas perfekcjonistów, mniej przyjemnego. Moje stracone pół roku, tak naprawdę nie było wielką stratą. Napisanie kilkuset stron, było w rzeczywistości dobrym ćwiczeniem. Perfekcjonizm jednak potrafi zaboleć znacznie bardziej.

5.

Alasdaire Clayre był człowiekiem uznawanym za wszechstronnie uzdolnionego. Doceniony został już w trakcie studiów na Oxford University gdzie zdobył kilka prestiżowych wyróżnień. Potem, jako profesor opublikował kilka docenianych prac naukowych. Ale na tym jego osiągnięcia się nie kończyły. Opublikował powieść, kilka tomów wierszy, nagrał kilka płyt z muzyką folk. Stworzył także dwunastoodcinkową serię programów telewizyjnych o Chinach – The Heart of the Dragon. Równolegle z programem powstała książka o tym samym tytule. W 1984 roku jego program zdobył Emmy Award (tzw. „telewizyjnego Oscara”).

Clayre’a nie było na ceremonii rozdania nagród. Nigdy nie zobaczył także wydanej pięknie książki. Kilka dni wcześniej skoczył pod nadjeżdżający pociąg.

Dr. Sidney J. Blatt, psycholog z Yale University stwierdził:

Śmierć profesora Clayre’a w ogromnym stopniu wiązała się z jego bezlitosnym perfekcjonizmem.

Clyre nigdy nie uważał tego, co zrobił za dość dobre. Gdy tylko udawało mu się coś osiągnąć, szybko dochodził do wniosku, że to nic takiego i stawiał sobie jeszcze wyższy, jeszcze bardziej wyśrubowany cel.

Jego życie skończyło się w wieku 48 lat, ale aż strach pomyśleć, co ten człowiek czuł przez te lata. Musiał żyć z poczuciem bycia kimś nic nie wartym, odrzuconym, przegranym. Ciągłe wyobcowanie, niezadowolenie. Ciągłe poprawianie wszystkiego i dostrzeganie samych braków i niedoskonałości.

Perfekcjonizm czasem zabija. A czasem zmienia życie w ustawiczne pasmo udręki. Zabiera każdą radość, psuje każde osiągniecie, niszczy każde dzieło.

Perfekcjonista jest jak człowiek ścigający swój cień. Na początku to nawet zabawne. Ale z czasem coraz bardziej męczące. Cień jest ciągle przed tobą, a tym masz coraz mniej siły. Gdy uda ci się dopaść miejsca, w którym cień był wczoraj, już go tam nie ma. Jest znowu dalej. Czasem człowiek zaczyna mieć dość całej tej pogoni.

6.

Nie być perfekcjonistą – źle. Być perfekcjonistą – jeszcze gorzej. Czy jest jakieś wyjście?

Myślę, że tak. Jest postawa, która nie jest ani perfekcjonizmem, ani bylejakością.

Jeżeli jesteś przywiązany do słowa „perfekcjonizm” możesz ją nazwać „zdrowym perfekcjonizmem” (w odróżnieniu od „neurotycznego perfekcjonizmu”, na który cierpiał Clyre). Jeżeli wolisz inny termin, możesz tą postawę, za psychologiem Tal Ben-Shaharem, optymizmem.

Niezależnie od nazwy, jaką wybierzesz proponuję ci cztery punkty, które pozwalają skończyć z chorym, neurotycznym perfekcjonizmem i zmienić go w coś zdrowego:

  • · Zostaw w sobie to, co jest cenne, kultywuj pragnienie doskonałości.
  • · Pozbądź się tego, co złe, przestań unikać bólu i lęku, zaakceptuj je, jako nieodłączny element działania.
  • · Zmień punkt odniesienia dla swojego dążenia do doskonałości.
  • · Określ, w czym jesteś ograniczony i uwzględnij te ograniczenia.

Przyjrzyjmy się po kolei każdemu z punktów.

7. Potrzeba doskonalenia

W epoce wiktoriańskiej odmawiano prawa bytu potrzebom seksualnym. Kulturalny człowiek, jak przecież wiadomo, nie miał tak niegodnych potrzeb. Mógł dzięki temu nie rozpraszając się, z pełnym oddaniem poświęcać swój czas na życie religijne i społeczne.

Dziś to może śmieszy. Ale moment. Czy w naszych czasach tłumienie nie przeniosło się na inne potrzeby? Przynajmniej w sferze popularnej kultury?

Abraham Maslow miał rację, mówiąc, że ludzie mają różne potrzeby. Potrzebują nie tylko jedzenia, seksu, schronienia czy przynależności. Naturalną potrzebą każdego człowieka jest także potrzeba transcendencji, realizacji własnego potencjału, piękna czy doskonałości.

Dążenie do doskonałości i pełni, jest naturalną, wrodzoną potrzebą każdego człowieka. Perfekcjonizm nie jest wynaturzeniem. Jest czymś tkwiącym w naturze naszego gatunku.

Maslow nie miał jednak racji (co zostało potwierdzone przez wiele badań) że nasze potrzeby są ułożone w postaci piramidy. Wg. Maslowa potrzeby wyższego rzędu (np. piękna czy transcendencji) mogą pojawić się gdy zaspokojone zostaną potrzeby niższego rzędu (gdy czujesz się bezpieczny, kochany i szanowny, nie mówiąc o tym, że masz gdzie mieszkać, co jeść i z kim spać). Gdyby było tak, jak Maslow sobie wyobraża, nie byłoby głodujących artystów, a wszystkie odkrycia, wynalazki, poematy czy symfonie byłyby dziełem, grubych, obrośniętych tłuszczem, poważanych i podstarzałych przedsiębiorców.

Potrzeba doskonałości jest naturalną potrzebą każdego człowieka w każdym wieku. Gdy ktoś twierdzi, że nie ma takiej potrzeby, że bylejak mu wystarcza, to tylko, dlatego, że ktoś nauczył go ją tłumić, podobnie jak w epoce wiktoriańskiej uczono tłumić „nieczyste” myśli.

Nie blokuj w sobie potrzeby doskonałości. Nie mów sobie, że nie ma sensu się starać, że wystarczy zrobić coś byle jak. Szanuj swoją potrzebę perfekcji.

8. Ucieczka przed bólem

Alasdaire Clayre zapewne miał mocno rozwiniętą potrzebę doskonałości i piękna. Myślę jednak, że to nie ona była głównym powodem jego cierpień. Według jego przyjaciół, Clayre był potwornie przerażony tym, co o jego książce i filmach mogą powiedzieć krytycy.

Pułapka negatywnego perfekcjonizmu zaczyna się wtedy, gdy do wysokich standardów dochodzi obawa przed bólem.

Neurotyczny perfekcjonista ma w głębi przekonanie, że gdy osiągnie doskonałość, będzie szanowany, kochany i podziwiany. W rzeczywistości jego perfekcjonizm jest próbą ucieczki od cierpienia.

Zaczyna się to bardzo wcześnie. Tatuś będzie ze mnie dumny, jak będę przynosić same piątki. Mamusia będzie mnie kochała, jak utrzymam w swoim pokoju doskonały porządek. Szkolni koledzy przyjmą mnie do paczki, jak będę umiał zrobić sto pompek. I tak dalej….

Jakikolwiek błąd i niedoskonałość może sprawić, że zostanę pozbawiony miłości, szacunku czy przynależności.

Być skrytykowanym, odrzuconym, czy nieszanowanym to dla każdej istoty ludzkiej wielki ból. Aby uniknąć tego bólu, neurotyczny perfekcjonista stara się robić wszystko tak dobrze jak tylko może.

Dziecko przestaje się uczyć dla przyjemności poznawania nowych rzeczy, zaczyna się uczyć dla szacunku ze strony ojca, rówieśników czy nauczycieli. Chłopak chodzi na siłownie nie dlatego że lubi ruch, ale po to by nie zostać odrzuconym przez rówieśników.

To bardzo głupia strategia. Doskonałość nie chroni przed bólem. Choćbyś nie wiem jak był doskonałym, zawsze znajdzie się ktoś, kto ci wbije szpilę.

Zawsze znajdzie się ktoś, kto się przyczepi. A to znajdzie literówkę, a to kolor mu się nie spodoba, a to będzie mu czegoś za mało, a to za dużo. Jak mu będzie pasować forma, to treść będzie nie ta. Jak treść będzie w porządku, do forma mogłaby być lepsza. Ponieważ będzie miał zły dzień, to ci powie, że jesteś głupcem bo jest zupełnie inaczej – i tu swoimi słowami powie dokładnie to samo co ty.

To oczywiście doświadczenia z pisania bloga, ale tak samo jest w każdej innej dziedzinie. Jeżeli wychodzisz z czymkolwiek do ludzi, zawsze musisz się liczyć z bólem. Czy zrobisz to mniej, czy bardziej doskonale i tak komuś się nie spodoba.

Neurotycznemu perfekcjoniście wydaje się, że można uniknąć bólu. Żyje w złudzeniu, że jak zrobi coś doskonale, dziesięć razy przeczyta, sto razy sprawdzi litrówki i dobierze genialne ilustracje, to będzie bezpieczny.

Złudzenie. Taki sam odsetek ludzi cię skrytykuje jak napiszesz coś bliskiego doskonałości (w twojej opinii) jak i wtedy, gdy napiszesz coś średniego (w twojej opinii).

Zamiast podwyższać standardy naucz się akceptować negatywne doznania.

Ból, poczucie odrzucania, lęk, wyobcowanie – cały szereg negatywnych doznań jest częścią życia każdego z nas. Aby żyć szczęśliwe musimy to zaakceptować. Problem zaczyna się wtedy, gdy wyobrażamy sobie, że nasze życie może być całkowicie pozbawione trudnych emocji.

9. Punkt odniesienia

Możesz mieć pokusę by pominąć ten punkt. Trzy pozostałe wydaje się wystarczające. Nie rób tego. Jest bardzo ważny. To klucz do zmiany negatywnego, neurotycznego perfekcjonizmy w pozytywny.

Do 2001 roku firma Nike miała misję:

Być najlepszym na świecie przedsiębiorstwem w branży sportowej i fitness.

W 2001 Nike zmieniała misją. Dziś brzmi ona tak:

Nieść inspirację i innowację dla każdego sportowca* na świecie. *Jeżeli masz ciało, jesteś sportowcem

Widzisz różnicę?

Nike ciągle jest firmą, która stara się być najlepsze (wystarczy zobaczyć jej produkty). Ale dziś robi to w zupełnie inny sposób.

Wcześniejsza misja była celem neurotycznego perfekcjonisty. Współczesna jest misją optymalisty / zdrowego perfekcjonisty.

Podobne zmiany podejścia zdarzają się wielu innym przedsiębiorstwom. Podczas dyskusji w laboratorium firmy HP, jeden z inżynierów wykrzyknął:

Dlaczego mamy stawać się najlepszym laboratorium na świecie? Dlaczego nie mamy być najlepszym laboratorium dla świata?

Neurotyczny perfekcjonista chce być najlepszy na świecie, lepszy niż inny, chce być numerem jeden. Często temu pragnieniu towarzyszy skrywana zawiść. Dobitnie opisała to Karen Horney (w książce Nerwica a rozwój człowieka). Taka osoba…

…mówi sobie, że jest i będzie kimś nieporównanie lepszym od „nich”. Stanie się kimś naprawdę wielkim i wszystkich zawstydzi. Ona im pokaże jak dalece jej nie docenili i jak bardzo skrzywdzili. Stanie się wielkim bohaterem, prześladowcą, przywódcą, uczonym o nieśmiertelnej sławie.

Misja neurotycznego perfekcjonisty brzmi: Pokonać! Być lepszym niż to stado baranów!

Misja zdrowego perfekcjonisty brzmi: być najlepszym dla świata. Być najlepszym dla innych.

Dla zamiast od czy na. Małe słowo, ale gigantyczna różnica. Wymaga całkiem nowych umiejętności. By być najlepszym dla świata, musisz nauczyć się rozpoznawać, czego świat od ciebie naprawdę potrzebuje. Musisz przestać kurczowo trzymać się swoich własnych standardów doskonałości i wyobrażeń o tym, co się liczy a co nie.

Musisz przestać kurczowo trzymać się swojego własnego zadowolenia i zainteresować się zadowoleniem innych. Miło jest, gdy ja jestem zadowolony (np. z tekstu) i inni są zadowoleni. Ale jest wiele sytuacji, w których sprawy nie są takie proste. Na przykład ja jestem bardzo zadowolony a inni (ci, na których mi zależy) nie są. Albo ja jestem nie do końca zadowolony, ale inni są bardzo. Ściganie swojego własnego zadowolenie jest nigdy niekończącym się pościgiem. Prawdziwe, trwałe zadowolenie z pracy pojawia się wtedy, gdy moje własne zadowolenie jest na drugim planie. Gdy najbardziej liczy się to, czy i jak skorzystają z tego ludzie. TO jeden z wielu paradoksów: im bardziej ci zależy na twoim własnym zadowoleniu, tym bardziej jesteś niezadowolony ze wszystkiego, co robisz.

To przybliża nas do ostatniego punktu: neurotyczny perfekcjonista żyje w swoim własnym świecie, jest człowiekiem, który ma ograniczony kontakt z rzeczywistością. Nie tylko z rzeczywistością innych ludzi, ale także z czasem i zasobami.

10. Liczenie się z rzeczywistością

Dwa tysiące lat temu, pewien bardzo ceniony przeze mnie nauczyciel mówił do swoich uczniów:

“Któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.”

To jest postawa optymalisty. Chcę osiągnąć najwięcej, ale docenia swoje ograniczenia. Jego celem jest jak najlepsze wykorzystanie swojego czasu i zasobów. By osiągnąć optymalny wynik musi mieć dobre rozeznanie, czym dysponuje.

Neurotyczny perfekcjonista z kolei to ktoś, kto nie akceptuje rzeczywistości. Wymaga od siebie zwycięstwa nad dziesięciotysięczną armią, nawet wtedy, gdy dysponuje pięcioma osobami. Rzuca się do wznoszenia wieży, nie sprawdzając nawet ile ma w kieszeni. Trudno nawet powiedzieć by przeceniał swoje możliwości. On nigdy ich nie ocenia. Traktuje je tak, jakby były nieograniczone i niewyczerpane.

Oczywiście są zasoby nieograniczone i niewyczerpane. Jednak problem z naszym światem jest taki, że wiele z zasobów jest ograniczonych. Na przykład czas.

Jeżeli piszę notatkę do bloga, nie mogę pisać książki ani być z dziećmi. Jeżeli na napisanie tekstu do bloga poświęcę w ciągu tygodnie czterdzieści godzin, niewiele mi zostanie na naukę, odpisywanie na maile, odpoczynek czy życie rodzinne.

By osiągnąć optimum muszę podejmować decyzję. Muszę kontrolować swoją potrzebę dokładności i dopracowywania szczegółów.

Neurotyk nie dostrzega takich ograniczeń. Po prostu robi wszystko szczegółowo i drobiazgowo, dziesięć razy przegląda tekst, przez trzy godziny szuka ilustracji, przez następne trzy godziny zastanawia się nad tytułem, potem jeszcze raz szuka literówek (a nuż ta potworna zbrodnia przeciw ludzkości zdarzyłaby się i jemu…) A później jest zdziwiony, że nie miał czasu na naukę, ładowanie akumulatorów czy życie społeczne.

Neurotyczny perfekcjonista żyje głównie, jak nazywają to psycholodzy, w tzw. czasie subiektywnym. Traktuje czas, tak jakby był bogiem i zawsze mógł go sobie sam stworzyć, gdy zajdzie taka potrzeba.

Neurotyczny perfekcjonista ma także problemy i z innymi aspektami rzeczywistości. Typowe jest dla niego np. przeszacowywanie swojego wpływu na innych.

11. Być odrobinę mniej ważnym

Na przykład ktoś pisze książkę, albo bloga i denerwuje się, że ludzie, który go przeczytali nie zmienili swojego życia. Po przeczytaniu kilku tekstów?

Wcześniej była mowa o tym, że neurotycznego perfekcjonisty nie interesują potrzeby inny. O, wypraszam to sobie! – powie wielu z nich – mnie, nie interesują potrzeby innych?! A kto chce:

- Dać im niezależność

- Obudzić w nich świadomość

- Nauczyć ich niezależności

- Zapewnić im przyszłość

- Otworzyć ich na prawdę

- Uaktualnić ich pełen potencjał

- Sprowadzić ich na dobrą drogę

- Zmienić gruntownie ich życie

Zdarza ci się spotkać ludzi, którzy mają takie cele? Jak na nich reagujesz? Czy ty sam chciałbyś by ktoś „sprowadził cię na dobrą drogę” czy „zmienił twoje życie”? Wątpię.

Zmieniasz życie ludzi? Człowieku czy ty jesteś Bogiem? Zostaw „zmienianie życia” Bogu i samym ludziom. Znajdź coś bardziej konkretnego. Takie ogólniki świadczą tylko o tym, że tak naprawdę nie znasz potrzeb innych ludzi.

Znam ojca, który pracuje po czternaście godzin dziennie. Mówi, że robi to dla dzieci by „zapewnić im przyszłość”. Jest perfekcjonistą i przyszłość musi zabezpieczyć tak, by się nie przesunęła o milimetr.

Tymczasem jego dzieci najbardziej potrzebują jego obecności. Prostej, zwyczajnej i codziennej. Ojciec buja jednak w swoich wyobrażeniach i nie potrafi dostrzec ich prawdziwych potrzeb.

To jeden z najtrudniejszych momentów zmiany perfekcjonisty w optymalistę: zacząć traktować siebie, jako osobę odrobinę mniej ważną.

Naucz się oceniać rzeczywistą wartość tego, co robisz z perspektywy ludzi, dla których pracujesz i z którymi żyjesz. Staraj się być najlepszym dla nich, najlepszym w ich konkretnej sytuacji, najlepszym w konkretnym momencie.

Co najlepszego mogę zrobić dla nich teraz?

W czym mogę im pomóc?

Co najlepszego mogę im dać?

Co będzie miało dla nich największe znaczenie?

12. Ciężka praca neurotycznego perfekcjonisty

Neurotyczni perfekcjoniści zazwyczaj ciężko pracują. Ale Zazwyczaj 80% swojego czasu i energii poświęcają na rzeczy, które mają znaczenie tylko i wyłącznie dla nich samych, a które tak naprawdę nie wnoszą żadnej wartości dla innych ludzi.

Dzięki ich nadludzkiemu wysiłkowi „mucha nie siada”. Ale dla kogo to ma wartość? Tylko dla nich.

Pracują długie godziny, nie sypiają nocami, przykładają się, ale większa część pary idzie w gwizdek a nie w tłoki.

Są jak gigantyczna firma, w której 80% kosztów produkcji pożera biurokracja, a tylko 20% tworzy wartości dla klienta.

Czy twoje dopieszczanie, doskonalenie, wygładzanie, rzeczywiście niesie jakąś wartość dla innych?

Czy rzeczywiście ktoś skorzysta na tym? Czy ktoś to zauważy? Czy zamiast zmieniać świat nie starasz się zadowalać swojego wewnętrznego krytyka?

Gdy w którymś momencie przestałem być zaaferowany misją „pisać najlepiej na świecie” zacząłem zauważać coś dziwnego. Moje szybko pisane, rwane i niedoskonałe teksty często dawały ludziom znacznie więcej niż te dopieszczone, wypolerowane i pisane tygodniami.

Zaczęło do mnie docierać, że wiele z rzeczy, które do tej pory były obiektem moich wysiłków, nie ma żadnej wartości dla większości ludzi. Rozczarowanie? Może. Ale też ulga

13. Artysta czy najemnik?

Kogoś, kogo nazywamy tutaj „zdrowym perfekcjonistą” Seth Godin nazywa w swojej książce Linchjpin Artystą.

Artysta, to według niego, ktoś, kto daje. Godin pisze:

Przestań rozliczać się z tego, czy coś jest dość dobre i zacznij tworzyć sztukę, która ma znaczenie. Przestań pytać, co z tego będziesz mieć i zacznij dawać ludziom dary, które coś zmieniają. Wtedy i tylko wtedy, zrealizujesz swój potencjał.

Czy obdarzasz ludzi darami? Rzeczywiście i naprawdę? Czy jesteś tak zduszony przez system, tak zindoktrynowany, że nie potrafisz wyobrazić sobie tworzenia sztuki i zbliżeaia się do ludzi, którzy dla ciebie się liczą?

Tłumiący nas system, o którym wspomina Godin, stara się nam wmówić, że aby istnieć musimy konkurować, zwyciężać i pokonywać. Że musimy wygrywać z innymi w kolejnych, coraz bardziej bzdurnych konkurencjach. Np. ulubiona konkurencją blogerów jest liczba subskrybentów. Im masz ich więcej tym cenniejszego prowadzisz bloga. Bój się, jeżeli ci nie przyrasta.

Potrzeba bycia lepszym od innych i najlepszym na świecie, może i daje przez chwilę energię. Ale na dłuższą metę przytłacza i przeraża. Wiele osób traci czas, energię i potencjał. Patrzą na wyeksponowane statystyki wielkich i myślą: nigdy mi się nie uda ich dogonić, nigdy nie uda mi się być lepszym od nich.

Po co ci to? Nigdy nie przejmuj się tym, czy kogoś prześcigniesz czy nie. Nigdy nie przejmuj się tym, jak wiele masz konkurencji i jak bardzo jest „silna” (najczęściej statystycznie). Może rzeczywiście nigdy się nie przebijesz. Może rzeczywiście nigdy nie będziesz najlepszy.

Czy to coś zmienia?

Czy to coś zmienia, jeżeli parę razy uda ci się być najlepszym w danym momencie? Czy to coś zmienia, jeżeli uda ci się być najlepszym dla jednej, konkretnej osoby? Dla kogoś, kto jest w jakiejś konkretnej sytuacji i ma jakieś konkretne potrzeby? Statystyki zadbają (albo i nie) same o siebie. Troszcząc się o wygrywanie i pokonywanie innych, niepotrzebnie nakładasz na siebie ciężar.

Pokonać wszystkich to naprawdę potwornie ciężkie zadanie. Dawać ludziom coś dobrego, dzielić się z nimi, traktować ich nie jak masę, ale jak indywidualności, jak żywe osoby, to coś znacznie lżejszego.

Nie konkuruj ze światem. Pomagaj mu. Nie wyrywaj sukcesów, dziel się tym, co masz najlepsze. Nie bądź najemnikiem zdobywającym miasto po mieście, bądź artystą.

Bądź prawdziwym artystą, takim, który:

- nie tyle śpiewa piosenki, ale daje ludziom przeżycia;

- nie tyle zapisuje kartki książki, ale pomaga ludziom lepiej zrozumieć świat;

- nie tyle tłucze kamienie, ale buduje katedrę;

- nie tyle sprzedaje ryby, ale wzbogaca ich posiłki;

- nie tyle przygotowuje pisma, ale rozwiązuje ich problemy i daje poczucie bezpieczeństwa.

Artysta wkłada całe swoje siły nie w to by pokonać innych i dostać nagrodę, ale by wnieść coś cennego w życie innych.

14.

Za pięć minut dwunasta. No stary draniu, napisaliśmy ten tekst. Co mówisz? Że warto by było jeszcze popracować? Że boisz się, że nie wszystko jest klarowne i jasne? Pewnie tak.

Czy myślisz, że tego świat od ciebie najbardziej teraz potrzebuje? Czy poświęcenie temu tekstowi kolejnych pięciu godzin jest czymś, co istotnie zmieni wartość, jaką będzie miał dla ludzi?

Ja wiem, że się boisz, każde wyjście na zewnątrz wiąże się z obawą. Całkiem uzasadnioną. Ale wiesz, co? Tyle razy daliśmy sobie radę, że damy sobie i teraz. Poza tym, co by było, gdyby nikt cię nigdy nie krytykował. Jeszcze wyrosły by ci ośle uszy, jak Pinokiu w krainie zabawek.

To, co stary, wysyłamy ten tekst?


Zdjęcia na Creative Commons: exipolar, Thomas Hawk, Yannic Meyer

Jak pokonywać bariery i ograniczenia?

Jak pokonywać bariery i ograniczenia?

Opublikowano 25 lutego 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 30 komentarzy

Dziś z dwóch powodów nietypowo.

Po pierwsze długo się nie odzywałem. Przepraszam tych, którzy zastanawiali się: napisze coś, czy nie? Mimo milczenia (a może dzięki niemu?) praca szła ostro, choć w sposób zupełnie inny od tego, co zaplanowałem.

Początkowo chciałem napisać krótki tekst o poczuciu własnej wartości (to jedna z najczęściej wybieranych barier). Zabrałem się do pisania, ale po drodze temat okazał się większy niż myślałem. Co najmniej jednej rzeczy musiałem się na nowo nauczyć. Z moim kindlem w ręce spędziłem kilka popołudni i wieczorów, wzbudzając u rodziny frustrację. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Czuje niepewność i bardzo się z tego powodu cieszę. Niepewność jest dobrym przewodnikiem (tak w każdym razie napisane jest w dzisiejszym tekście). Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu podzielę się „raportem” na ten wątpliwości na swój temat i tzw. poczucia własnej wartości.

Druga „nietypowość” to dzisiejsza forma tekstu. Zamiast typowego wpisu, jest plik .pdf do pobrania lub oglądania. To dla mnie eksperyment i bardzo jestem ciekaw waszych reakcji.

Plik można albo:

(1) oglądać on-line;

(2) pobrać na swój komputer (bez żadnych zapisów, wpisów i innych myków marketingowych) – zielony przycisk na dole.

Mam nadzieję, że wszystko będzie pracować.

Będę wdzięczny za wszystkie uwagi – także te techniczne.

Serdecznie pozdrawiam i życzę miłej lektury!

Pobierz tekst na swój komputer