Archive for 'historie'
Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

Opublikowano 02 lipca 2009 | By | Kategorie: historie | 9 komentarzy

Gilbert Kaplan miał 24 lata i był jednym z wielu dobrze zapowiadających się ekonomistów pracujących na nowojorskiej giełdzie.

Jeden z jego kolegów, pewnego dnia zaproponował:

- Może byś się wybrał ze mną na koncert do Carnegie Hall? W składzie orkiestry będzie nauczyciel mojego dziecka.

Gilbert z chęcią się zgodził. Lubił muzykę poważną. Jako dziecko uczył się nawet gry na fortepianie. W Carnegie Hall mieli grać II Symfonię Mahlera „Zmartwychwstanie”. Wolałby coś, co znał – Beethovena, Mozarta czy Bacha. Wszedł do sali koncertowej obojętny, bez żadnych specjalnych oczekiwań.

Wyszedł oszołomiony. Muzyka poruszyła go do szpiku kości. Nie mógł przestać o niej myśleć. Wspomina:

Poczułem się jakby przebiegła przeze mnie błyskawica. Muzyka objęła mnie wokół swoimi ramionami i nigdy mnie nie puściła.

Zamarzył by znaleźć się w środku. Wywoływać ją ruchami dłoni. Pozwolić jej przepływać przez siebie. Słowem, poprowadzić orkiestrę.

Marzenie dosyć powszechne. Nie ma chyba melomana, który by nie dyrygował swojemu odtwarzaczowi gdy nikt nie widzi. W rzeczywistości jednak wymachiwanie rękoma i podrygiwanie w rytm nagrania, nie ma wiele wspólnego z dyrygowaniem. Gdy przyjrzysz się temu co robi dyrygent, zauważysz, że jego ręce często wyprzedzają muzykę. Gdy np. pokazuje mocne uderzenie w kotły, przez chwilę nic nie słychać. Muzyk, nawet gdy ma pałki w pogotowiu, musi je jeszcze opuścić. Uderzenie słuchać zatem po chwili. Pokazując co będzie za chwilę, maestro równocześnie słucha uważnie tego, co się dzieje teraz. Gdy trzeba spowalnia albo przyśpiesza, gdy trzeba wycisza lub podgłaśnia. Musi także pamiętać o tym, co będzie za jakiś czas i z góry dać sygnał odpowiednim muzykom. Do tego dochodzi ciężka praca przed koncertem. Trzeba dać szczegółowe wskazówki i opanować muzyków (najczęściej zakompleksionych, złośliwych, przemądrzałych i niesamowicie biegłych). Prowadzenie orkiestry symfonicznej to naprawdę trudna sztuka. A prowadzenie orkiestry grającej II Symfonię Mahlera to cztery razy trudniejsza sztuka. Ponad stu muzyków, do tego prawie dwustuosobowy chór. Dwóch solistów. Prawie dziewięćdziesiąt minut muzyki.

Ponieważ sprawa była niemożliwa do zrealizowania, Kaplan zajął się ekonomią. Założył miesięcznik poświęcony inwestowaniu i osiągnął ogromny sukces. W ciągu następnych kilkunastu lat został milionerem oraz osobą o dużej reputacji w swojej branży.

Jednak jego miłość do symfonii Mahlera tak łatwo się nie poddała. Powoli przeradzała się w obsesję. Słuchał nagrań, jeździł na koncerty, zbierał pamiątki po Mahlerze, czytał co mógł. Ale to wszystko było za mało.

Po piętnastu latach, do czterdziestoletniego przedsiębiorcy dotarło że ma dwie możliwości. Może spróbować coś zrobić, albo może tylko mieć marzenie.

Pierwsza możliwość była bardzo ryzykowna. Łatwo zrobić z siebie głupca. Poważny inwestor i przedsiębiorca zabiera się za dyrygowanie. Bez żadnego wykształcenia muzycznego, bez doświadczenia, porywa się na Mahlera. Kolejny bogacz, któremu pieniądze przewróciły w głowie. Kolejny niedojrzały facet, który zamiast robić swoje, jak mały chłopczyk żyje dziecięcymi marzeniami. To nie byłby najlepszy zabieg z punktu widzenia PR-u.

A co będzie, jak nie wyjdzie? Co będzie jak muzycy nie będą słuchali? Jak każdy zacznie grać swoje i zamiast symfonii rozlegnie się chaos?

Czy nie lepiej zostać przy machaniu rękami przed drogim sprzętem hi-fi? Dźwięk jest przecież jeszcze lepszy niż w filharmonii. Po co ryzykować reputację?

Ale druga możliwość też wiązała się z ryzykiem. Kaplan mówi:

W życiu zawsze jest ryzyko, które podejmujesz lub nie. W moim przypadku były tylko dwa rodzaje ryzyka. Pierwsze, że zrobię z siebie głupca. Drugie, dla mnie znacznie większe, że przez całe życie będę zastanawiać się co by było, gdyby spróbował. Nie mogłem zdobyć się przez lata. Byłem zbyt przerażony by się odważyć. Ale w końcu…

…w końcu zdecydował się spróbować. Zbliżała się rocznica założenia jego czasopisma. Postanowił choć raz poprowadzić orkiestrę. Plan był prosty. Wynająć orkiestrę, zaprosić znajomych i wykonać ukochaną symfonię.

Wystarczy się przygotować. Po pierwsze partytura. Bagatela, dwieście dziewięć stron zapełnionych nutami. Wspomina:

Gdy zacząłem się uczyć, czułem, że nie robię żadnych postępów. Ucząc się przez dwa tygodnie, po dziewięć godzin dziennie, opanowałem zaledwie czternaście stron. To było zniechęcające. Ale wtedy uświadomiłem sobie, że przecież uczę się jednej strony dziennie. Nauka zajmie mi dwieście dziewięć dni. Kawałek po kawałku, ale robiłem postępy. To dało mi poczucie pewności.

Nie wystarczała znajomość nut. Kaplan, na prywatnych lekcjach uczył się także dyrygentury. Przygotowanie zajęło mu dziewięć miesięcy codziennej pracy po pięć – dziewięć godzin. Później mówił:

Gdybym wiedział, jakie to trudne, nigdy bym się na to nie odważył. Coś ci mówi idź do przodu podczas gdy logika mówi: nie rób tego. To tak jak z trzmielem. Od strony aerodynamicznej trzmiel nie jest zdolny do tego by latać. Jego waga, rozpiętość skrzydeł, to wszystko sprawia, że nie powinien nawet próbować. Ale o tym nie wie. I jakoś lata.

Lepiej podjąć ryzyko niż żyć z wyrzutami. Zawsze możesz zrobić więcej niż ci się wydaje. Największym problemem jest po prostu zacząć. Po prostu spróbuj. Zawsze możesz zrezygnować. To niesamowite jak niewiele osób próbuje cokolwiek zrobić, bo boją się uczynić pierwszy krok.

Pierwsze wykonanie II Symfonii pod batutą Kaplana było sukcesem. Do dziś Kaplan pracował z ponad trzydziestoma orkiestrami. Zaproszono go nawet na prestiżowy festiwal w Salzburgu, gdzie prowadził Londyńską Orkiestrę Symfoniczną. Od publiczności otrzymał niespotykaną, dziesięciominutową owację na stojąco. Płyty z jego wykonaniem symfonii, stały się bestsellerami.

Trzmiel, mimo, że nie powinien, poleciał. Niektórzy muzycy narzekają, że wykonania Kaplana nie są tak wielkie jak uważa publiczność i krytycy. Że sprawa jest rozreklamowania. Być może mają rację. Trzmiel nie jest owadem, który lata najpiękniej. Ale w odróżnieniu od narzekających, lata.

Czasem marzenie jest czymś, o czym staramy się zapomnieć. Czymś, co odsuwamy od siebie, tak długo, jak tylko się da. Wizja wydaje się zbyt nierealna. Logicznie rzecz biorąc nie powinniśmy mieć szansy na to, by ją zrealizować. Jak tam u ciebie? Czy jeszcze masz takie marzenie? Marzenie, którego nieco boisz się mieć? Coś, co jest zbyt nierealne by próbować? Dziś, zbyt nierealne, ale jutro… wszystko zależy od tego co dziś zrobisz.


Źródła cytatów:


1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

Opublikowano 02 czerwca 2009 | By | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 4 komentarze

Akceptacja siebie jest pierwszym krokiem

Czy to, że należy otworzyć się na wszystko co w sobie mamy (i jeszcze ten post) w sobie oznacza, że mamy tacy zostać? Poddać się i zrezygnować z naszych wizji? Ponieważ jestem mały i bezradny, to nic innego nie mogę, jak tylko siedzieć i czekać? Ponieważ się boję, to lepiej nie będę się forsował, w końcu mam żyć w zgodzie z tym co czuję?

Co ze słowami Williama Jamesa

Istoty ludzkie poprzez zmianę swoich wewnętrznych postaw, mogą zmieniać zewnętrzne aspekty swojego życia.

Czy to tylko pobożne życzenie?

Mam nadzieję, że nikt tego w ten sposób nie rozumie. Przyznanie się do negatywnych uczuć nie oznacza, że mamy zrezygnować. Akceptacja wszystkiego co w sobie mam jest pierwszym krokiem na drodze do tego zmieniać siebie i swoje życie.

Zanim jednak zaczniesz się zmieniać, musisz nauczyć się wsłuchiwać w siebie. Musisz rozwinąć w sobie nawyk wpuszczania światła, wszędzie tam, skąd dobiegają niepokojące dźwięki, tam gdzie coś się kryje.

Lokator małego mieszkania

Był sobie człowiek, który mieszkał w jednym ciasnym pokoju. Pokój był tak mały, jak te z reklamówek IKEA. Aby położyć się spać musiał złożyć stół i schować krzesła. Aby zrobić coś do jedzenia musiał schować łóżko i wystawić książki za drzwi. Widoki z okna też nie miały w sobie przestrzenni. Ceglasta ściana innego budynku. Także akustycznie mieszkanie był nieprzyjemne. Z mieszkań obok ciągle dobiegały jakieś dziwne dźwięki. Czasem pełne złości okrzyki, czasem kłótnie, czasem szlochy i zawodzenie. Miał już tego dość. Marzył by coś się zmieniło.

Któregoś dnia odwiedził znajomego. Jego kilkupokojowe mieszkanie wydawało mu się wielkie, przestronne i wspaniałe. Widok z okien go zachwycał. Lokator ciasnego mieszkanka poczuł się jak w raju. Znajomemu pochlebiał jego zachwyt. Zaproponował mu, że jeżeli tak bardzo mu się to wszystko podoba, może zrobić sobie kilka zdjęć jego mieszkania.

- Naprawdę, będziesz tak dobry dla mnie? Zapytał pełny szczęścia – To doskonały pomysł. Gdy wywieszę te zdjęcia w swoim mieszkaniu, będę mógł czuć się, tak jakbym był tutaj.

Obfotografował mieszkanie, poszedł do zakładu fotograficznego i kazał sobie zrobić największe odbitki jakie można. Gdy wrócił do swojej ciasnoty porozklejał zdjęcia wokół. W jego ciasnym mieszkaniu zrobiło się bardziej przestrzennie. Gdy patrzył na ścianę i widział duże zdjęcie, wydawało mu się że też ma takie wspaniałe mieszkanie jak jego znajomy. Nawet na oknie nakleił zdjęcie. Teraz, tak jak znajomy, gdy patrzył w stronę okna widział zielone drzewa. Czuł się o niebo lepiej. Wydawało mu się, że nie słyszy już nawet hałasów zza ścian. Przeszkadzały mu tylko czasem w nocy, gdy było ciemno. Ale wystarczyło zaświecić światło i popatrzeć na ściany.

Po pewnym czasie przywykł. Zdjęcia przestały mu dawać poczucie przestrzeni. Ale odkrył, że wystarczy zdobyć nowe zdjęcia na ścianę. Za niewielką opłatą, właściciele większych mieszkań z chęcią dzielili się tym, co widzą po przebudzeniu. Jedne zdjęcia przylepiał na drugie, aż po paru latach narosła całkiem spora ich warstwa. Nasz lokator był bardziej zadowolony ze swojego życia.

Któregoś wieczora usłyszał nieśmiałe pukanie do drzwi. Gdy otworzył drzwi zobaczył ubranego na szaro staruszka. Już miał go przegonić, ale staruszek wydał mu się znajomy. Rozmawiało im się tak dobrze, że zaprosił go do środka na herbatę. Gdy staruszek spojrzał na ściany powiedział:

- Widzę, ze marzysz o większej przestrzeni. To dobrze. Powiedz tylko, dlaczego nie sprawdziłeś, co jest za drzwiami na tej ścianie?

Staruszek wskazał jedną ze ścian.

- Drzwiami? Tu przecież nie ma żadnych drzwi.

- Może masz rację. Może mi się tylko wydawało? Powiedział z uśmiechem staruszek i poszedł.

- Miły człowiek – westchnął lokator ciasnego mieszkania – ale trochę zakręcony. Jego myśli zaczęły jednak krążyć wokół tego co powiedział. W końcu nie wytrzymał i zaczął zrywać z niej wszystkie zdjęcia i plakaty, jakie przez lata na niej przyklejał. Pod spodem rzeczywiście były drzwi. Już zupełnie zapomniał o tym, jak wyglądało jego mieszkanie, zanim zaczął ozdabiać jego ściany.

Pchnął je nieśmiało. Z ciemnej szpary dobiegał zawodzący, smutny dźwięk, ten sam, który wiele razy słyszał, tylko przestał na niego zwracać uwagę. Szybko zamknął drzwi i przykrył ścianę zdjęciami. Nie podobało mi się to. Nie chciał nic o tym wiedzieć.

Położył się spać mając nadzieję, że wszystko będzie jak dawniej. Nie mógł zasnąć. Nie pomogło przykrywanie się poduszką i liczenie owiec. Wstał, wyciągnął latarkę, jeszcze raz zerwał wszystko ze ściany i pchnął drzwi. Był przerażony, ale mimo tego zrobił krok do przodu. Pokój był pusty, a zawodzące płaczliwe dźwięki dobiegały z niesprawnej wentylacji. Gdy się oswoił, rozejrzał się i zobaczył okiennice. Gdy je otworzył, pokój okazał się jasnym pomieszczeniem, który wymagało tylko niewielkiego remontu.

To nie było jego jedyne odkrycie. Z duszą na ramieniu i latarką w dłoni  odrywał kolejne pomieszczenia. Jedno za drugim. W końcu zrozumiał, całe życie mieszkał w małym, ciasnym, kiepsko położonym pokoiku, który był częścią wielkiego, zamku. Gdyby nie strach przed dźwiękami dobiegającymi zza ścian, gdyby nie zdjęcia powieszone na ścianie, być może dawno by odkrył, że jest właścicielem wspaniałego, ogromnego zamku. Znacznie większego i piękniejszego niż to, co widział u innych. Być może już dawno by się przeniósł, do obszernej wspaniałej komnaty o jakiej zawsze marzył.

Gdy ktoś go odwiedzał i patrzył z rozmarzeniem na przestrzeń w jakiej mieszkał, nigdy nie pozwalał robić zdjęć. Zamiast tego dawał mu latarkę i pytał: „Czy sprawdziłaś kiedyś, co masz za ścianą?”

Wpuść światło

Wpuść światło, tam skąd dobiegają zatrważające dźwięki. Może nic tam nie będzie, może to tylko wiatr, albo buszujące myszy, a może – kto wie – będzie tam jakiś potwór, który czeka na oswojenie? Nie ma jednak innej drogi do tego by zacząć mieszkać we większym mieszkaniu. Przyklejanie na ścianę wspaniałych widoków daje tylko złudzenie przestrzeni. Gdy powtarzasz zaklęcia i zapewnienia o tym, jak wszystko jest wspaniałe, zaklejasz drzwi, które powinieneś pokonać. Jesteś bogaty, jesteś wspaniały, ale najpierw wpuść światło.

Nie ma skutecznej zmiany, która by opierała się na tłumieniu siebie. Jeżeli chcesz zmienić swoje życie i swoją postawę, musisz zacząć od wsłuchania się w siebie. Nic nie można w sobie zmienić, tak długo, póki najpierw tego nie doświadczysz.

Czego się boisz? Czego się obawiasz? Jakie stoją przed tobą lęki?

Patrz im w oczy. Oswajaj je. Bądź do nich większy. Nie pozwalaj im zabierać przestrzeni. Nie udawaj, że ich nie ma.

Photo by JoopDorresteijn 

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 5,00 out of 5)
Loading ... Loading ...
Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

Opublikowano 29 maja 2009 | By | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 2 komentarze

Afirmacje

Problem z niektórymi afirmacjami polega na tym, że próbujmey odcinąć jakąś część nas samych. Okrajamy się, stosujemy wobec siebie gwałt. Przypominamy rodzica, który bije dziecko równocześnie mówiąc do niego bardzo cię kocham. Psycholodzy taką postawę nazywają czasem brakiem kongruencji (spójności). Wielu z terapeutów dowodzi, że trzymywana przez dłuższy czas prowadzi do schizofrenii.

Być może taka postawa w odniesieniu do siebie nie jest aż tak groźna. Ale brak spójności w relacjach z sobą na pewno nie jest czymś zdrowym. Nie możesz bez żądnych następstw mówić sobie kocham się, w pełni się akceptuję, szanuję się, równocześnie tłumiąc i nie dopuszczając do głosu jakieś części siebie.

Miłość wymaga zaakceptowania wszystkiego – także uczucia własnej bezradności i nieporadności.

Niedzielna zjeżdżalnia

Kilka dni temu, w niedzielne przedpołudnie poszedłem z córką na plac zabaw. Było duszono i hałaśliwie. Trochę bolała mnie głowa, najchętniej bym się położył na ławce i usnął.

Zamiast tego siedziałem na skraju piaskownicy w której siedziała Zuzia i ziewając patrzyłem tępym wzrokiem w dal. Potem poszliśmy na huśtawki. Znudzony pomagałem jej się huśtać. Całe szczęście zbliżała się pora obiadu.

- Zuziu musimy wracać, mam już czeka z obiadem

- Dobrze, ale jeszcze zjeżdżalnia.

To była ta większa zjeżdżalnia. Wysoka na jakieś dwa metry. Zuzia bawiła się na niej poprzedniego lata. W tym roku była pierwszy raz. Powoli weszła na górę i ostrożnie zbliżyła się do rynny. Usiadła i zamiast jechać zaczęła się rozglądać. Przestałem ziewać i podszedłem do niej.

- Dlaczego nie zjeżdżasz?

- Tatusiu, ja się boję…

Z tyłu naciskał na nią tłum zziajanych dzieciaków.

- Dobrze, to przepuść inne dzieci. Nie musisz zjeżdżać.

Przepuściła dzieci i zaczęła schodzić. Powoli, trzymając się poręczy, na zgiętych nogach. Stawiała małe, bojaźliwe kroczki. Szła tak, nawet wtedy, gdy na najniższym poziomie, kilkanaście centymetrów nad ziemią. Inne dzieciaki wymijały ją podśmiewając się.

Poczułem złość. Gdy zeszła wygarnąłem bezmyślnie:

- Jak mogłaś pozwolić sobie pozwolić na taki strach!

Nic nie powiedziała, mnie zresztą też nie interesowała jej reakcja. Wziąłem ją za rękę i powiedziałem:

- Idziemy do domu.

Piętnaście sekund później, gdy wyszliśmy z placu zabaw, zaczęła płakać.

- O co chodzi? – zapytałem, ciągnąc ją w stronę domu

- Chcę tam wrócić.

- Gdzie?

- Na zjeżdżalnię! Chcę spróbować jeszcze raz.

- Ale przecież się bałaś.

- Nie będę się bała.

- Może jutro, teraz musimy iść do domu – nie miałem najmniejszej ochoty wracać.

Im dalej byliśmy placu, tym głośniej płakała. Nie chciała iść, więc wziąłem ją na ręce.  W jednej ręce płaczące dziecko, w drugiej rowerek. Z plac zabaw było jakieś dwadzieścia minut drogi. Działałem jak typowy rodzic. Spokojny, mimo, że w środku zły, z poczuciem przecież lepiej wiem, co dla ciebie dobre. Wymieniałem porozumiewające spojrzenia z innymi rodzicami: no tak, zdarza się, kto nie miał do czynienia z kapryszącym dzieckiem?

W końcu doszliśmy do domu. Ona mokra od łez, ja od potu. Tak długo nigdy jeszcze nie płakała. Wreszcie się zaniepokoiłem.

- Dobrze Zuziu, jak ci tak zależy, możemy wrócić….

To wcale nie pomogło, zaczęła płakać jeszcze bardziej.

Kucnąłem i pogłaskałem główkę. Powiedziała łkając:

- Tatusiu, ja się zastanawiam czy ty mnie jeszcze lubisz…

Wreszcie dotarło do mnie co się dzieje. Wziąłem ją na kolana, przytuliłem i powiedziałem:

- Tak Zuziu. Lubię cię. I lubię cię także wtedy gdy się boisz. Wcale mi to nie przeszkadza jak się boisz.

Uspokoiła się natychmiast. Dopiero teraz dotarło do mnie, że moja uwaga rzucona po zejściu ze zjeżdżalni sprawiła, że dziecko poczuło się odrzucone i jak najszybciej chciało odzyskać pełnię miłości. Jak najszybciej chciała zasłużyć na miłość. Zmienić to, co jej zdaniem odrzuciłem. W końcu, gdy ktoś kocha twoją część, to tak jakby wcale nie kochał.

Ponieważ ojcu nie spodobało się, że się przestraszyła, jak najszybciej musiała pokonać siebie i zrobić coś, co sprawi, że znowu poczuje jego szacunek. Poprzez swoją gruboskórność, nie zauważałem tego.

Potem powiedziałem jej:

- Naprawdę lubię cię, także wtedy gdy się boisz. To nic złego bać się czegoś. Czasem dopiero po kilku próbach odważamy się coś zrobić. Po prostu musimy próbować więcej razy. A czasem jak się nawet odważymy, ciągle się trochę boimy. Wiem, że gdy kilka razy spróbujesz, w końcu się odważysz zjechać. Może nie za następnym razem, ale na pewno ci się to uda. Wiesz, co ja też często się boję. Na przykład boję się wizyty znajomych (mieli za godzinę być u nas i rzeczywiście byłem spięty).

Zaciekawiona popatrzyła na mnie

- Chciałbym, żebyś mi pomogła. Pomożesz?

- Tak!

Byłem ciekaw, czy następnego dnia ciągle będzie chciała spróbować. W końcu główny powód, dla którego tak jej zależało na zmierzeniu się z trudnością minął. Gdyby dała sobie spokój, byłby to argument dla tych, którzy twierdzą, że tylko napięcie i poczucie braku popycha nas do przodu, że człowieka trzeba ciągle czymś straszyć i coś mu zabierać, bo inaczej będzie stał w miejscu.

Chciała. W inny sposób niż w niedzielę. To nie było rozpaczliwe i niekontrolowane muszę, muszę, muszę. Teraz podeszła do tego spokojnie i z radością. To była postawa fajnie, że mogę spróbować, cieszę się na to, że mogę zrobić coś trudnego. Gdy na placu zaproponowałem byśmy poczekali, aż nikogo na zjeżdżali nie będzie, z chęcią się zgodziła. Gdybyśmy wrócili tam w niedzielę, pchałaby się na ślepo, nie zwracając na nic uwagi.

Wyszła na górę, ja stanąłem obok.

- Tatusiu, trochę się boję.

- To może łatwiej będzie, jak będę dotykał twojego bucika.

- Dobrze.

Zjechała i była dumna z siebie.

Kochać w całości

Jeżeli komukolwiek mówisz „kocham cię”, ale odrzucasz go wtedy gdy czuje się słaby, zalękniony czy bezradny, tak naprawdę nie wiesz co to znaczy miłość. Możesz odrzucać zachowania drugiej osoby (np. dłubanie w nosie, kłamanie czy nie mycie rąk do obiadu) ale nigdy nie możesz odrzucić jego uczuć. Są rodzice – mam wrażenie, że głównie ojcowie – którzy w imię zrobienia ze swoich pociech „porządnych ludzi” mówią:

- Nie maż się!

- Jak możesz być taką ofiarą?!

- Jak możesz się tym przejmować!

- Natychmiast przestań płakać!

W ten sposób odrzucają swoje dziecko i wysyłają mu komunikat: jesteś do niczego! Tym samym blokują dziecku możliwość poradzenia sobie z jego emocjami. Jeżeli kogoś kochasz, nie możesz odrzucić żądnych jego emocji. Szczególnie poczucia bezradności. Tak na marginesie: ci „twardzi rodzice”, w swoim życiu zazwyczaj normalnymi, zakamuflowanymi tchórzami.

Relacja z sobą

Dokładnie tak samo jest w naszych relacja z sobą samym. Nie możesz blokować, tłumić czy odrzucać bezradnej części siebie. Akceptować siebie oznacza dostrzec wszystkie uczucia. Także te, jakich wolałbyś nie mieć.

Afirmacje nigdy nie powinny w tobie niczego tłumić ani blokować. Inaczej będziesz wobec siebie jak rodzic, który mówi “jak się nie odważysz, to nie jesteś godzien mojego szacunku”. Kto ma kochać bezwarunkowo, jak nie on?

Kto ma dawać nam wsparcie, jak nie my sami?

Zanim zastosujesz jakąkolwiek afirmacje, otwórz się na wszystkie odrzucone uczucia. Poczuj je. Nie obawiaj się, nie zawładną tobą. Jesteś większy niż one. W tym poście zależało mi na tym, by ci pokazać, że istnieje coś takiego, jak mechanizm tłamszenia tego, co mamy wewnątrz. Nie było rad praktyczynych, bo nie taki był cel. Ale jeszce wrócimy do tematu.

Nie noś się ze swoim marzeniem zbyt długo

Nie noś się ze swoim marzeniem zbyt długo

Opublikowano 23 maja 2009 | By | Kategorie: historie | 3 komentarze

Był sobie kiedyś człowiek, który znalazł żyłę złota. Szybko zamaskował swoje odkrycie i poszedł dowiedzieć się, do kogo należy ziemia. Właściciel był chętny do sprzedaży. Nie miał pojęcia co skrywa jego pole. Żądał jednak wysokiej kwoty. Tak wysokiej, że nasz poszukiwacz musiałby sprzedać dokładnie wszystko, co miał a na dodatek solidnie się zapożyczyć.

Trochę żal mu się zrobiło rzeczy, które zgromadził przez kawał życia. Trudno mu się było z nimi rozstać. Pomyślał: -Przecież nie muszę tego robić od razu. Do jutro na pewno nikt nie odkryje tego złota. Tak, jutro rano się tym zajmę.

Jednak następnego dnia pomyślał, że szkoda wszystko tak szybko sprzedawać – Więcej czasu pozwoli mi dostać lepszą cenę. Dziś się rozejrzę, a sprzedażą zajmę się jutro.

I tak dzień po dniu odkładał realizację swojego przedsięwzięcia.

Któregoś dnia zapytał sam siebie – A jeżeli się pomyliłem? Jeżeli tam nie ma żadnego złota? Albo jest go bardzo niewiele? Albo, jeżeli pomyliłem działki? Co wtedy?

Po kilku kolejnych dniach powiedział sobie: – Tak, to było tylko złudzenie. Tylko mi się wydawało. Dobrze, że byłem rozważny i nie dałem się ponieść emocjom.

 

W Hagakure, księdze samurajów, jest rada:

Zgodnie z naukami starożytnych mędrców, decyzję trzeba podejmować w przeciągu siedmiu oddechów. Pan Takanobu powiedział: „Jeżeli rozważanie trwa długo, efekty będą kiepskie”. Pan Naoshige powiedział „Jeżeli sprawy są załatwiane powolnie, siedem na dziesięć kończy się źle”. Wojownik jest osobą, która działa szybko. Gdy twój umysł błąka się tam i z powrotem, rozważanie nigdy nie doprowadzi cię do konkluzji. Ze świeżym, intensywnym i pełnym wigoru umysłem można podjąć decyzję na przestrzeni siedmiu oddechów. To jest kwestia determinacji i ducha zdolnego przebić się wprost na drugą stronę. 

Co myślisz o swoich możliwościach?

Opublikowano 27 października 2008 | By | Kategorie: historie | 4 komentarze

Pomalowane na biało ściany, wentylacja, nowoczesne (jak na lata pięćdziesiąte) meble. Trudno się domyśleć, że to piwnica. Na środku maszyna. Niewiele osób mogło ją zobaczyć. Jednak ci, którym się to udało byli zachwyceni. Jej światełka pobłyskiwały, zworki pstrykały, a wentylatory szumiały. Po włączeniu, gdy nagrzały się lampy (tranzystorów jeszcze nikt nie wymyślił) wystarczyło włożyć wypełnione przez uczniów testy, a maszyna zaczynała obliczać wyniki. Była niezawodna, obiektywna i pracowita. Po godzinie czy dwóch, jej drukarka z hukiem wypluwała listę nazwisk i punktów. To było lepsze niż dotychczasowe szablony i ołówki. [...]