Tag Archives: afirmacje
Naturalna czy z silikonu? Dlaczego zdrowa samoocena nie zawsze wysoka?

Naturalna czy z silikonu? Dlaczego zdrowa samoocena nie zawsze wysoka?

Opublikowano 24 marca 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 22 komentarze

1.

Jestem dobry czy zły? Mam jakieś szanse czy jestem do niczego? Uda mi się coś osiągnąć czy nie? Zasługuję na szacunek czy nie? Jestem kimś cennym, czy kimś mało znaczącym? Mogę podobać się ludziom czy nie? Jestem mądry czy głupi?

Każde z tych pytań zawiera ocenę samego siebie. Czasem odpowiadamy na nie pozytywnie. Czujemy się wtedy dobrze a psycholodzy mówią, że mamy wysoką samoocenę. Czasem odpowiadamy negatywnie: jestem do niczego, nic mi się nie udaje, nie zasługuję na szacunek, nikomu się nie podobam, jestem głupcem… Nie czujemy się z tym dobrze a psycholodzy mówią wtedy, że mamy niską samocenę czy niskie poczucie własnej wartości.

Są oczywiście tacy, którym nigdy nie zdarza się myśleć o sobie źle. Absolutnie całe życie są przekonani o swojej doskonałości, wartości, pięknie czy mądrości. O takich psycholodzy mówią, że są narcystyczni. Ci ludzie czują się doskonale, ale ich opinia o sobie samym nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. W efekcie nie rozwijają się i nie osiągają tego, co mogliby osiągnąć.

Każdy zdrowy człowiek, przynajmniej od czasu do czasu, ma negatywne myśli na swój temat. Nie muszą być od razu dramatyczne (typu: jestem największą pomyłką w dziejach ludzkości), nie muszą dotyczyć całego życie (np. czego się nie dotknę to zawalam), nie muszą zdarzać się codziennie (czy nawet co tydzień). Nie mniej zdarzają się i za każdym razem wiążą się z jakimś bólem czy dyskomfortem.

Jednak takie przypadki negatywnych ocen siebie samego, (przeplatające się z pozytywnymi) to nie jest coś, co można by było uznać za chorobę. Wręcz przeciwnie, to sygnał zdrowia.

2.

Pierwszą, podstawową rzeczą, jakiej warto się nauczyć, jeżeli już zajmujemy się samooceną, to szacunek do tych chwil, w których mamy wątpliwości na swój temat i czujemy się z sobą źle.

Niektórzy z autorów czy mówców, powtarzają, że zawsze masz być zadowolony z siebie. Zawsze musisz być przekonany o swojej nieziemskiej, nadzwyczajnej wartości. Choćby nie wiem co, masz być pewny tego, że jesteś największym cudem świata. Masz być pewny, że każda kobieta śni być się chociaż do niej uśmiechnął, że każdy mężczyzna marzy o tym by z tobą pracować czy choćby usłyszeć twoją cenną radę. Masz być pewny, że twoje analizy i wypowiedzi są warte cytowania w wiadomościach i drukowania na pierwszych stronach gazet. Masz być zawsze pewny, że to tylko kwestia czasu aż zostaniesz największym przedsiębiorcą/ badaczem / odkrywcą / twórcą na świecie.

Można oczywiście tego próbować. Tyle, że to nie ma nic wspólnego ani z rzeczywistością ani ze zdrowiem psychicznym. Przypomina to coś, co dawniej nazywało się „watowaniem”.

3.

W środku bezpieczników starego typu był cienki drucik. Gdy płynął zbyt duży prąd, drucik się przepalał. Powszechne było wtedy tzw. watowanie bezpieczników. Kto by się bawił w kupowanie nowego bezpiecznika? Brało się przepalony bezpiecznik, wysypywało piasek i wstawiało nowy drut. Często znacznie grubszy niż ten poprzedni. Jeżeli i ten się przepalił to człowiek szukał czegoś naprawdę mocnego. Wstawiał drut gruby jak gwóźdź i był zadowolony, że nigdy mu nie wywali korków. Korków rzeczywiście nie wywalało, ale w przypadku awarii paliły się przewody w ścianach.

Bezpieczniki są po to, by uniknąć naprawdę poważnych kłopotów. Gdyby nie one, pożary wywołane przez instalacje elektryczne byłyby chlebem powszednim. Za małą wygodę (nigdy nie musisz otwierać skrzynki z bezpiecznikami) płaciłbyś wielkim ryzykiem, tego, że spali ci się cały dom.

Niskie poczucie własnej wartości nie jest ewolucyjną pomyłką. Jest czymś w rodzaju bezpiecznika. To sygnał alarmowy mówiący o tym, że być może dzieje się coś, co nie powinno się dziać. Być może powinieneś się wycofać z czegoś, coś zacząć robić, albo zrobić coś inaczej.

Jeżeli jesteś na przykład rodzicem i zdarzyło ci się krzyknąć na dziecko, powiedzieć mu coś upokarzającego czy zbyt często nie mieć dla niego czasu, negatywna ocena siebie jest czymś zdrowym. Zrobiłeś coś, co nie jest zgodne z twoim systemem wartości. Poczucie „coś jest ze mną nie w porządku” jest jak najbardziej uzasadnione. Zmień swoje zachowanie – przeproś dziecko, przytul go, znajdź dla niego więcej czasu itp. – a twoje poczucie „jestem do niczego” przejdzie.

Jeżeli jesteś studentem i zawaliłeś egzamin, bo zamiast się uczyć ustawicznie imprezowałeś, poczucie dyskomfortu jest na miejscu. Skończenie studiów jest dla ciebie wartością. Poczucie „coś jest nie tak” jest zdrowym sygnałem alarmowym. Jeżeli chcesz się go pozbyć, wystarczy byś przysiadł nad książką i w następnym terminie zdał egzamin.

Najlepszym sposobem by pozbyć się negatywnej samooceny czy wątpliwości pod własnym adresem jest zrobić to, co jest dla nas ważne. Nie ma tu żadnej filozofii ani żadnej drogi na skróty.

Nikt nie powiedział, że bycie dobrym rodzicem ogranicza się do chwalenia swoim dzieckiem, albo gładzenia go po główce, gdy śpi. To także radzenie sobie z rozwrzeszczanym, mającym zły humor buntownikiem i działanie często wbrew temu, co miałbyś ochotę zrobić. Nikt nie powiedział, że nauka to tylko ciekawe dyskusje na luźne tematy czy czytanie łatwych książek. To także zmuszenie się do tego by wytrzymać znudzenie czy zrezygnować z czegoś przyjemniejszego.

Albo bądź konsekwentny, albo zmień zasady.

Szukanie jakiegoś rodzaju psychologicznych dróg na skróty, jakichś trików, dzięki którym zawsze i niezależnie od zachowań możemy mieć poczucie wysokiej samooceny, jest zastawianiem na siebie pułapki.

To jak watowanie bezpiecznika. Poczujesz się milej, ale grozić ci będzie ryzyko katastrofy – przynajmniej z perspektywy twoich wartości.

Gdy przepalają się korki, rozsądny człowiek nie wstawia gwoździa, którego nic nie jest w stanie przepalić, ale najpierw szuka przyczyny. Może podłączonych jest zbyt wiele urządzeń (piekarnik, pralka, zmywarka i czajnik?). Może coś się przepaliło (np. kabel, żarówka?). Coś zmień.

Podobnie jest z poczuciem małej wartości. Nie próbuj go polepszać wmawiają sobie, że jesteś doskonały, ale zastanów się, co powinieneś zrobić inaczej.

Profesor psychologii Roy F. Baumeister, jeden z największych specjalistów z zakresu samooceny, pisze:

Świat mógłby stać się lepszym miejscem, gdyby więcej osób zapomniało o próbach podnoszenia swojej samooceny i skupiło się raczej na staraniach o to, by być lepszym człowiekiem. Zajmowanie się poczuciem swojej wartości jest w istocie zabieganiem o to by myśleć, że jest się lepszą osobą.

Mieć wysoką samoocenę jest przyjemnie, ale to tylko myśl. To, co myślisz na swój temat jest ważne, ale rola myśli, przynajmniej w porównaniu z działaniami jest zdecydowanie przeceniana.

4.

Są tacy, którzy mówią: no dobrze, ale gdy masz wysoką samoocenę, łatwiej ci robić dobre rzeczy. Według nich ludzie nie robią dobrych rzeczy, bo mają niską samoocenę. Student nie uczy się, bo ma złe mniemanie o sobie. Rodzic jest opryskliwy wobec dziecka, bo ma niskie poczucie własnej wartości. Młody przedsiębiorca nie wypuszcza nowych produktów, bo ma zbyt dużo wątpliwości pod swoim adresem.

Ten sposób myślenia jest bardzo na rękę naszej wewnętrznej inercji. Przecież to znacznie wygodniejsze i przyjemniejsze zająć się medytacją, psychoanalizą, coachingiem rozwojowym czy wzbudzaniem pozytywnych stanów, niż zacząć coś robić.

W rzeczywistości to tylko pokrętne pomysły mające początek w wewnętrznym oporze. Nie ma żadnych badań, które by potwierdzały, że osoby, którym sztucznie zawyżono samoocenę (np. poprzez afirmację) zmieniają swoje zachowania. Co się stanie, gdy sztucznie zwiększymy samoocenę imprezującemu studentowi (zakładając, że rzeczywiście ma niską)? Czy zacznie się uczyć? A może stwierdzi, że skoro jest taki dobry to przecież sobie jakoś poradzi? Raczej to drugie. Jeżeli sztucznie podniesiemy samoocenę nieumiejętnego rodzica, dojdzie do wniosku, że tak naprawdę wszystko robi w interesie dziecka. To w jego interesie krytykuje i wykpiwa, w jego interesie zawsze jest w pracy i w jego interesie nie ma dla niego czasu. Dzieciak na pewno kiedyś to doceni! Lękliwy przedsiębiorca, któremu napompujemy ego stwierdzi, że po prostu czeka na coś naprawdę wielkiego, godnego jego geniuszu.

Istnieje mocny związek między samooceną a działaniem. Ale nie w tą stronę, jakiej życzyłby sobie nasz wewnętrzny opór. Jeżeli jesteś studentem, masz niską samoocenę, bo się nie uczysz. Jako rodzic masz niską samoocenę, bo nie traktujesz dziecka tak, jak czujesz, że powinieneś. Jako przedsiębiorca masz niską samoocenę, bo nie wypuszczasz nowych produktów i nie wychodzisz do ludzi.

5.

To mit, że nie można działać mając niską samoocenę. Nie tylko można, ale i trzeba.

Nic nie mogę zrobić, bo mam niską samoocenę. Nic nie mogę zrobić, bo mam za dużo wątpliwości pod swoim adresem. Naprawdę? A ja myślę, że jest odwrotnie: Mam niską samoocenę – bo nie robię tego, co czuję, że powinienem. Mam zbyt dużo wątpliwości pod swoim adresem – bo zbyt długo zwlekam z działaniem.

Czy to takie ważne jaką masz samoocenę? Samoocena to tylko opinia. To tylko myśl.

O co ci chodzi: o samoocenę czy o życie? O myśli czy o rzeczywistość?

Przestań zadawać sobie pytanie: jak zmienić swoją samoocenę by wreszcie zrealizować marzenia? To nie jest dobre pytanie. Ono zawiera błędne założenie, że nie możesz zrealizować swoich marzeń, jeżeli doznajesz niskiej samooceny. Właściwie postawione pytanie brzmi: Jak zrealizować swoje marzenia, niezależnie od tego, co o sobie myślę?

Nie skupiaj się na samoocenie. Nie rób z niej najważniejszego problemu swojego życia. Pozwól jej być taką, jaka jest a zobaczysz, że sama zacznie się zmieniać.

5.

W tym miejscu powinienem zakończyć ten tekst. Ale by uniknąć nieporozumień jedną rzecz muszę dodać.

To nie jest kompletna prawda o samoocenie. Problem polega na tym, że oprócz tego rodzaju sytuacji, w których wystarczy zmienić swoje zachowanie by poczuć się lepiej, są sytuacje, w których niskie poczucie własnej wartości nie wiąże się z tym, co robimy czy czego nie robimy.

Gdyby posłużyć się przenośnią z bezpiecznikami, sprawa wyglądałaby tak: Siedzisz sobie spokojnie. W tle gra muzyka, mała lampka oświetla książkę. Nagle cyk i robi się ciemno. Bierzesz latarkę i sprawdzasz. Nic się nie przepaliło, nic specjalnego nie jest podłączone. Idziesz do skrzynki i włączasz bezpiecznik. Przez chwilę wszystko jest dobrze, ale po dziesięciu minutach znowu wszystko się powtarza.

Zdrowa samoocena jest procesem – jest jak sinusoida. Czasem w górze, czasem na dole. Są jednak osoby, u których krzywa samooceny jest cały czas pod kreską. Człowiek myśli osobie bardzo źle albo źle. Takie osoby przypominają kogoś, kto wpadł do jakiegoś ogromnego piaszczystego leju i ile razy usiłuje z niego wyjść, tyle razy osuwa się na samo dno.

W następnym tekście (pojawi się prawdopodobnie we wtorek) zajmiemy się mechanizmami, które nie pozwalają nam wyjść z dołka, albo zbyt długo nas w nim przytrzymują, albo sprawiają, że od razu lecimy na samo dno, zamiast zatrzymać się na adekwatnym poziomie.


Nie oczekuj jednak, że znajdziesz tam sposób na to by zawsze czuć się wspaniale. Sztywna ocena siebie, jako kogoś zawsze wspaniałego, doskonałego i wartego podziwu nie jest przykładem zdrowej, naturalnej samooceny. To silikon.

Czy jesteś w stanie zaakceptować chwile, w których masz niską samoocenę, czy jesteś w stanie zaakceptować, jako coś naturalnego wątpliwości pod swoim adresem? Czy jesteś w stanie obserwować siebie i swoje działania, gdy czujesz wątpliwości i wyrzuty? Czy jesteś w stanie odkryć to, co powinieneś zrobić inaczej?


Zdjęcia: feastoffun.com i Brian Hillegas

Kontakt z rzeczywistością

Kontakt z rzeczywistością

Opublikowano 05 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 2 komentarze

Jeżeli tylko masz pełny kontakt z rzeczywistością nie grozi ci pycha. Pokora sama się rozwinie. Nie musisz robić nic specjalnego. Nie ma potrzeby byś się umartwiał, szukał upokorzeń czy na siłę siebie pomniejszał. W ogóle nie powinieneś się martwić ani interesować tym czy jesteś odpowiednie pokorny. Wystarczy tylko od czasu do czasu sprawdzić, czy ciągle jeszcze patrzysz na świat czy też zacząłeś wpatrywać się w lustro, gdzie ty sam zajmujesz największe miejsce.

Co to znaczy „pycha”?

Pycha i pokora to wieloznacznie pojęcia. Nie używa się ich w psychologii. Ale w normalnej rozmowie też trudno się dogadać: pycha, próżność, zarozumialstwo, nadymanie się, wyniosłość, arogancja, hardość, bezczelność, buta… dałoby się znaleźć jeszcze z trzydzieści synonimów a każdy z nieco innym znaczeniem. Sam się w to wpuściłem. Pora zatem bardziej konkretnie określić o co mi chodzi.
Osoba pyszna to ktoś, kto:

  • Po pierwsze ma ograniczony kontakt z rzeczywistością. Pomija wiele ważnych informacji, które mogłyby ułatwić mu skuteczne działanie.
  • Po drugie ma sztywną koncepcję swoich możliwości. Efektem takiej koncepcji jest ciągła potrzeba potwierdzania swojej wyższości nad innymi

W tym tekście zajmiemy się pierwszą rzeczą, za dwa dni następną.

Pełny kontakt z rzeczywistością

Wszystko, co się w nas dzieje jest procesem. Zmieniamy się ustawicznie. Dotyczy to zarówno naszego ciała (atomów, komórek, układów) jak i psychiki. Nasze emocje, niezauważalnie przechodzą jedna w drugą. Nasze myśli pojawiają się i znikają. Są chwile, gdy jesteśmy szczodrzy, są chwile, gdy jesteśmy skąpi. Są chwile, gdy jesteśmy mądrzy i przezorni, są chwile, gdy jesteśmy głupi i nieprzewidujący. Są chwile, gdy czujemy się silni i zaradni, są chwile, gdy czujemy się bezradni. Taka jest rzeczywistość.

My jednak budujemy sobie zestaw idealnych wyobrażeń na swój temat i pod ich kątem patrzymy na siebie i świat. Jung mówił o cieniu – miejscu, do którego spychamy wszystko to, czego nie akceptujemy w sobie, co nam się nie podoba, co nam nie pasuje do ideałów. To wszystko, do czego boimy się przed sobą przyznać. Wszystko co wystaje spod etykiet, jakie za wszelką cenę staramy się przylepić na własnym czole.

Jesteśmy ślepi na tą część nas samych. Tak kierujemy uwagą, że przez całe życie może do nas nie dotrzeć, coś co jest oczywiste dla człowieka patrzącego z boku.

Troskliwy ojciec

Tydzień temu rozmawiałem z człowiekiem, któremu zadarza się być okrytny wobec swojego dziecka. Opowiadał mi z dumą o tym jak karze swoje roczne dziecko. Mówił z przyjemnością jak cierpliwie znosi jego płacze, gdy sadza go na jakieś wycieraczce czy kocyku. Zapytałem go czy jest w stanie wczuć się w to, co się w dziecku wtedy dzieje. Czy kiedyś próbował wejść w świat dziecka?

- Oczywiście – odpowiedział – Julka jest wtedy zadowolona, bo ma poczucie granic.

Dwunastomiesięczne dziecko, które jest zadowolone z kary! Zapytałem, co o sobie myśli jako o rodzicu:

- Jestem czułym, wrażliwym i troskliwym rodzicem.

Założę się, że dalej będzie tak o sobie myślał, gdy jego dziecko będzie miało kilka lat więcej, a jego kary będą coraz bardziej dotkliwe. W końcu dzieci się leje tylko z miłości.

Ten człowiek żyje w swoim świecie. Ma tak mocne i sztywne wyobrażenia na swój temat, że stracił kontakt nie tylko ze swoimi uczuciami, ale i światem wokół siebie. Widzi tylko to, co pasuje do jego wyobrażeń na swój temat. Nie jest w stanie zobaczyć niczego, co by było z nimi sprzeczne.

Utrzymanie takiego świata w całości czasem wymaga zachodu. Skoro jestem takim troskliwym rodzicem, który rozumie potrzeby dziecka, dlaczego dziecko ciągle musi być karane? Zadanie mogłoby być trudne dla komputera. Trzeba przecież na bieżąco retuszować całą wizję.  Ale nie dla naszego umysłu. Zdolność naszej psychiki do retuszu świata jest przeogromna. Żaden komputer z Pixar Studio nie dorówna tej maszynie, którą ma w głowie przeciętny Kowalski.

Im bardziej grzęźniemy w fałszowanie świata, tym bardziej nasza „ciemna storna” rośnie i tym bardziej wymyka się spod kontroli. To z kolei prowadzi do jeszcze większej potrzeby retuszowania, a to pozbawia nas jeszcze większej porcji kontroli nad sobą. I tak to się rozwija. Stres, zmęczenie, depresja, lęki, napady złości są tylko efektami ubocznymi.

Co by się stało, gdyby ten człowiek przyznał się do tego, że bywa okrutny? Czy stałby się od razu zimnym oprawcą, który z rozmysłem torturuje własne dzieci?

Nic podobnego. Będąc świadomym tego, co ma w sobie mógłby unikać sytuacji czy zachowań, które ocenia jako złe.

Mogę coś z tym zrobić

Większość rodziców bywa wspaniałomyślna i empatyczna, ale bywa też okrutna i nieczuła. Także ja. Potrafiłbym być nieczułym sukinsynem, który musi wreszcie pokazać temu bachorowi, o co w życiu chodzi. Dlaczego taki nie bywam? Bo gdy pojawiają się we mnie takie odczucia (najczęściej wtedy, gdy jestem zmęczony) robię przerwę – wychodzę na chwilę albo zabieram się za inne zajęcie. A gdy nie mogę, staram się bardziej skupić się na tym, co robię. Zwalniam, tak by nie wymknęły mi się jakieś rzeczy, których będę żałował.

Nie przeraża mnie to, że czasem jestem wściekły na dziecko. Niby dlaczego miałoby mnie to przerażać? Czy zostałem kanonizowany? Czy jestem ogólnoświatowym wzorcem czułości i wrażliwości? Jeżeli nie, to chyba nie dzieje się nic niezwykłego. Ale to, że jestem wściekły, znaczy tylko tyle, że jestem wściekły. Emocje to emocje. Działania są czymś innym.

Świadomość, że mogę być też okrutny pomaga mi wziąć odpowiedzialność za to, co robię. Gdybym zakładał, że to niemożliwe bym był okrutny, przynajmniej parę razy w życiu by mnie poniosło. Gdy dwójka dzieci marudzi, krzyczy i wymyśla niestworzone rzeczy, łatwo stracić nad sobą kontrolę (szczególnie takiej osobie jak ja – niektórzy uważają mnie za osobę porywczą). Póki co, przez ostatnich kilka lat, chyba dwa razy niegroźnie krzyknąłem. No może trzy. Znam siebie i wiem, kiedy się zaczyna moja „fazka”. Wiem, co mam wtedy zrobić. Moja żona też mnie zna i wystarczy, że da mi sygnał.

Gdybym był przekonany, że jestem święty – byłbym bezradny. Jedyne, co mógłbym robić, to już po fakcie radzić sobie z koszmarnym poczuciem rozczarowania sobą (tzw. dysonansem poznawczym). Najprostszą metodą jest fałszowanie rzeczywistości. Można zwalać winę na dzieci, na zmęczenie, na innych ludzi. Albo udawać, że to, co robię dzieje się w imię szczytnych celów i jest wsparte naukową metodą (zawsze można znaleźć jakieś naukowe uzasadnienie).

Tak samo jest w każdej innej dziedzinie. Tym trudniej ci jest ci osiągnąć sukces im skrupulatniej chowasz przed sobą swoje negatywne cechy i emocje. Jeżeli chcesz być skuteczny, nie możesz wykrawać ze swojego życia jakiegoś pozytywnego, pięknego fragmentu i wpatrywać się w niego maślanym wzrokiem.

Lustro

W internecie można kupić wiele śmiesznych gadżetów. Na przykład lustro z napisem „Kocham Siebie”. W jednym ze sklepów tak go zachwalają:

Otrzymaj swoją codzienną porcję afirmacji z lustrem „Kocham Siebie”. Oszronione litery „Kocham Siebie” na twoim odbiciu dadzą ci doskonałą porcję pewności siebie, której codziennie rano potrzebujesz. To kwadratowe lustro może być powieszone na ścianie. W zestawie haki i ozdobne opakowanie.

Są lustra z innymi napisami. Znalazłem ofertę z całym zestawem „oszronionych napisów”:

  • Jestem piękna
  • Jestem mądry
  • Jestem genialny
  • Jestem utalentowany
  • Jestem silny

Jeżeli jestem taka piękna to, po cholerę kosmetyki i makijaże? Czy nie dlatego kobieta robi makijaż by ukryć słabości urody i wyeksponować mocne strony? Może zamiast wydawać pieniądze na podkłady, cienie i pomadki, lepiej kupić to magiczne lustro?

Jeżeli jestem zawsze mądry to, po co mam się uczyć czegokolwiek? Po co mam czytać? Wystarczy zobaczyć na swoim czole napis „jestem geniuszem”.

Jeżeli jestem utalentowany, po co mam ćwiczyć? Najlepiej pójść na casting programu „Mam talent” i kariera gotowa.

Jeżeli jestem taki silny, po co mam chodzić na siłownię, zdrowo się odżywiać czy stawiać przed sobą realne cele? Przecież nigdy nie zabraknie mi siły.

Udawanie, że nie masz żadnych słabych storn nie sprawi, że ich się pozbędziesz. Abraham Lincoln zapytał kiedyś:

- Ile nóg będzie miał pies, gdy ogon nazwiemy nogą?

- Cztery. Nazwanie ogona nogą, nie zrobi z niego nogi.

Wmawianie sobie, że jestem pracowity, mądry, utalentowany, itp. nie sprawi, że nigdy nie poczujesz lenistwa, że nie zrobisz nic głupiego ani, że wszystko będzie ci łatwo przychodzić.

Zamiast tracić czas na budowanie fałszywego obrazu lepiej jest poznać siebie. Gdy poznaję siebie, odkrywam, że:

  • Bywam brzydki
  • Bywam głupi
  • Bywam pozbawiany talentu
  • Bywam słaby

Jeżeli wiem o tym, mogę coś zrobić. Mogę pójść do kosmetyczki, albo stylistki, mogę porozmawiać z doradcą o tym, jak unikać nieprzemyślanych decyzji. Mogę zaplanować ćwiczenia, mogę zapisać się na siłownię albo odpowiednio ustawić dietę.

Posiadanie negatywnych cech nie jest wyrokiem skazującym. Wręcz przeciwnie. Jest punktem wyjścia do tego by się rozwijać.

To właśnie znaczy dla mnie pycha – wpatrywać się z zachwytem w swój piękny obraz. Tak traktować świat, by ten obraz cały czas był wyeksponowny i by nie okazał się pusty. Może to przyjemne. Może takie lustro pozwala lepiej poczuć się rano. Ale czy pozwala lepiej przeżyć dzień?

Źródło prawdziwej siły

Źródło prawdziwej siły

Opublikowano 31 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 24 komentarze

Czy ty też jesteś mistrzem rozwoju osobistego?

Co pewien czas rzuca mnie po internecie. Trafiam na przeróżne strony. Ostatnio coraz częściej spotykam ludzi, którzy chcą uczyć innych jak stać się człowiekiem sukcesu. Interesuje mnie to, bo sam chciałbym kiedyś nim zostać. Parę dni temu oglądałem pewne nagranie video. Młody człowiek, góra dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy lata zachwalał swoje zaawansowane szkolenie z zakresu rozwoju osobistego. Oczywiście elitarne, pośpiesz się, bo zostało tylko kilka miejsc. Mówił patrząc wprost w kamerę, a jednak miałem wrażenie, że był rozkojarzony i nieobecny. Być może to ten wyższy poziom rozwoju osobistego. Ktoś, kto prowadzi elitarne, zaawansowane seminarium z rozwoju osobistego niewątpliwie wiele sam już osiągnął. Na pewno rozwinął swoją osobistość na wyższym, niedostępnym przeciętnemu człowiekowi poziomie.

Nie obejrzałem nagrania do końca. W internecie dużo jest ludzi, którzy osiągnęli podobny, wyższy poziom rozwoju osobowości. Pewnych siebie, zdecydowanych. Mających poczucie własnej wartości.

Ale wiesz co? Oni niewiele wiedzą na temat rozwoju. Wiesz, kto naprawdę się na tym zna?

Nie, nie, nie… nie ty. Nawet o tym nie myśl. Bo jeszcze zabierzesz mi klientów.

Oczywiście, chodzi o mnie. Wiedziałem, że się domyślisz.

Żartuję. Nie jestem Brucem Lee. Jeżeli nie znasz tego starego dowcipu, przypomnienie:

Do szpitala wariatów przyjeżdża wizytacja. Pytają pierwszego pacjenta:

- Jak się pan nazywa?

- Bruce Lee

Pochodzą do następnego.

- A pan, jak się nazywa?

- Bruce Lee

To samo powtarza się w kolejnych salach, z kolejnymi pacjentami.

W końcu trafiają do dyrektora.

- Panie dyrektorze, dlaczego wszyscy uważają się za Bruca Lee?

- To wariaci…. To ja jestem Bruce Lee!

Nie jestem Brucem Lee. Nie jestem też Napoleonem, Billem Gatesem, Osho, Lao Tsy, Joe Vitale, Bobem Kiyosaki, Napoleonem Hillem, …

Pokora i pycha

Przypominałem sobie dwa stare pojęcia. Używano je wieki temu. Dziś nie mają zastosowania. Choć być może coś pomagają zrozumieć. To pokora i pycha.

Pokora kojarzy nam się z byciem sierotą. Popychadłem, kimś, kto nic w życiu nie osiąga. Pokornie i z uniżeniem człowiek dorabia się garba i zostaje byle kim. Zdrowy człowiek, to taki, który jest asertywny, przebojowy i bezczelny. Potrafi się cenić i dopominać o swoje. Ciche myszki, które nie umieją się bezczelnie promować dostają po uszach i klepią biedę. Oczywiście, kiedyś tam dostaną nagrodę. Jak ktoś wierzy w życie pozagrobowe, może na coś liczyć. Jezus powiedział: Błogosławieni cisi, bo na własność posiądą ziemię. Wiadomo, kiedy to będzie – jak nas już na ziemi nie będzie, albo ziemi już nie będzie.

Takie jest powszechne wyobrażenie na temat pokory. Myślę, że błędne. Pokora to olbrzymia siła. Taka, która pozwala naprawdę, tu i teraz „mieć na własność ziemię”.

Siła

Czasem tę siłę trudno dostrzec. Możesz mieć wrażenie, że pokorny człowiek to słabeusz. Ktoś, kto niewiele może. Ktoś, kogo złamie byle podmuch. Gdy widzisz obok niego wielkoluda prężącego mięśnie, od razu wiesz, na kogo postawić.

Kiedyś był taki człowiek. Miał mizerną posturę i był potwornie wstydliwy. Bał się zabrać głos w większym gronie. Gdy brał udział w zebraniach i chciał coś powiedzieć, zanim zebrał się na odwagę, temat się już zmieniał. Z czasem nauczył się kontrolować swoją nieśmiałość, ale jak wspomina w autobiografii, nigdy całkowicie jej się nie pozbył. Nigdy nie był w stanie swobodnie zabierać głosu – nawet w grupie przyjaciół.

Gdy ktoś, kto go nie znał patrzył z boku, miał wrażenie dziwaka. Drobny, słaby, dziwnie ubrany. Ale jak wspominają ludzie, którzy go widzieli w działaniu:

Jego siła pozostawała ukryta, dopóki nie wymagała tego sytuacja, wtedy w ułamku sekundy podrywał się i rozpędzał do setki, siedząc za kierownicą, tak spokojny jak zwykle (Eknath Easwaran).

Ten mały, pokorny człowiek znany jest jako Mahatma Ghandi.

Może to jednak zbyt odległy przykład.

Operacja

Kilkanaście lat temu przygotowywałem się do operacji serca. Na mojej sali było dwóch ludzi. Wesoły, wygadany i pewny siebie taksówkarz z Tarnowa, oraz mały, chuderlawy rolnik z jakiś zapadłej wsi. Taksówkarz ciągle był dobrej myśli:

- Raz, dwa to zrobią i człowiek od razu zapomni. Nie ma się, czego bać. Ha, ha, ha…

Był pewny siebie i nic sobie nie robił z tego, co go czeka. Ciągle odwiedzali go znajomi. Roześmiani i pewni siebie jak on.

Rolnik był cichy i raczej smutny. Najczęściej spokojnie patrzył na drzewa za oknem. Nie mówił wiele, ale nie ukrywał, że się boi.

Obydwaj mieli być operowani tego samego dnia. Wieczorem odbywa się „przygotowanie do operacji”. Wygląda to jak jakiś plemienny, ludożerczy obrzęd przed wrzuceniem delikwenta do gara. Golą człowiekowi klatkę piersiową, robią lewatywę, ubierają w sztywną, szpitalną pidżamę i dają tabletkę na uspokojenie. Myślę, że robią to specjalnie, żeby pacjentowi nie była za lekko. Po tym obrzędzie człowiek – jeżeli miał jakieś wątpiwości – zaczyna czuć powagę chwili.

Coś wreszcie dotarło do taksówkarza. Zmienił się. Zaczęły mu się trząść ręce. Zamiast kpić i pocieszać innych, patrzył pustym wzrokiem w ścianę. Szybo dostał drugą porcję „głupiego jasia” i odpłynął.

Rolnik zachowywał się dokładnie tak samo jak do tej pory. Rano, następnego dnia, gdy stałem na korytarzu, akurat wieźli go do windy (wiozą człowieka w pozycji leżącej nawet, gdy może chodzić, może boją się, że im uciekanie tuż przed kotłem). Popatrzył mi w oczy i szeroko się uśmiechnął. Taki uśmiech zdarza się, gdy człowiek jest całkowicie autentyczny i spójny z tym, co czuje. Gdy czuje zgodę, na wszystko co się dzieje. Gdy akceptuje lęk (co nie znaczy, że mu się poddaje).

Tydzień później, Rolnik i ja, byliśmy w tym samym sanatorium. Rany goiły się szybko, chodziliśmy na spacery i coraz mniej sapaliśmy pokonując cztery schodki u wejścia. Taksówkarza nie było. Leżał pod respiratorem. Do sanatorium przywieźli go miesiąc później, gdy nas wypisywano. Z dawnej pewności siebie mało zostało.

Widziałem kilka takich przypadków. Ludzie, którzy nie mieli kontaktu ze swoimi emocjami, którzy udawali bohaterów, przechodzi przez operację znacznie gorzej niż ci, którzy nie bali się przyznać, że się boją.

Pycha

Czytałem ostatnio kilka wywiadów z Kingą Baranowską. To młoda, idąca jak burza alpinistka, która m.in. zdobyła szczyt Kanczendzondze (wcześniej zginęła tam Wanda Rutkiewicz). W jednym z wywiadów mówi że wielcy, napakowali goście z reguły nie dają sobie rady w wysokich górach. Ktoś, komu wydaje się, że pokona naturę, nie miał jeszcze okazji się zmierzyć z jej ogromem. Kinga mówi:

Trzeba umieć poddać się naturze, zaakceptować to, że na górze od człowieka już niewiele zależy, bo rządzą tam pierwotne prawa przyrody. Dopiero wówczas można coś zdziałać. Wykorzystać umiejętności, kiedy pozwoli na to natura. (Cały wywiad tutaj)

Myślę, że wszystkie ekstremalne wydarzenia, te niezaplanowane, jak choroby i operacje, jak i te zaplanowane jak wyjście na ośmiotysięcznik, uczą pokory. Zarówno wobec świata jak i siebie oraz swoich sił.

Pycha polega na tym, że człowiekowi wydaj się, że zawsze i ze wszystkim sobie poradzi. Że zawsze wszystko mu się uda i że zawsze będzie miał wiele sił. To złudzenia, dziecinada, przebieranki, strojenie się w teatralne kostiumy, ubieranie papierowych koron.

Pycha, czyli sztywne, wysokie mniemanie na temat siebie i własnych możliwości, zaburza ocenę sytuacji. Alpinista, który nie potrafi realnie ocenić własnych możliwości po prostu ginie. Nikt, nawet największy twardziel nie jest w stanie wisieć na jednym palcu, w mrozie i lodzie i bez jedzenia. Tak samo, jak nikt nie jest w stanie świadomie otrzeć się o śmierć i nie poczuć strachu.

Mając dwadzieścia lat łatwo z pewną siebie miną, ubrać szaty mistrza, zaawansowanego w rozwoju osobowym. Ale przed tobą człowieku jeszcze parę gór. Parę mroźnych zawieruch. Kilka gór, na których brak tlenu i człowiek cały czas czuje się słaby, zmęczony i obolały.

Prawdziwa siła nie jest efektem papierowej wiedzy. Nie jest efektem obtrzaskania się w kolejnych, mielących to samo poradnikach, filmach i ebookach.

Prawdziwa siła nie bierze się z powtarzania sobie, jaki jestem wielki, dumny i wspaniały. Nie jest efektem afirmacji, kotwiczenia, czy pracy z terapeutą.

Pokora

Pokora to nie jest umniejszanie się, pomniejszanie, stawianie w kącie czy uważanie się za kogoś najgorszego. Pokora to taki stan, w którym po prostu jesteś taki, jaki jesteś. W którym nie udajesz przed innymi, ani przed sobą, że jesteś „kimś”. W którym nie udajesz, że czujesz coś innego niż czujesz. W którym nie stroisz się w jakieś maski czy etykiety.

Łacińskie słowo oznaczające pokorę – humilitas, wzięte jest ze słowa oznaczającego ziemie (humus).

Być pokornym, to być jak ziemia. Być pokorny, to być z ziemi. Ani z marsa, ani z wenus. Z otwartej, dostępnej dla wszystkich, chłonnej ziemi. Nie jesteś pokorny wtedy, gdy nad sobą rozciągasz parasol, który nie pozwala padać kroplom. Pokorny człowiek, to człowiek odsłonięty, nagi. Taki jak ziemia. Jak pisze Anselm Grün:

…humilitas oznacza pogodzenie się z naszą ziemską istotą, z naszą przyziemnością, z naszym światem popędów, z naszym cieniem. Humilitas oznacza odwagę przyznania się do prawdy o sobie.

Niech cię nie zwiedzie nieco jęczący ton, który co pewien czas się pojawia na tym blogu. Cały czas staram się, także przez mój przykład, położyć cię na ziemi. Bo wiem, ze dzięki temu będziesz silniejsza / silniejszy, Chciałbym byś nauczył się swojej głupoty, ograniczeń i słabości. Byś nauczył się ją radośnie przyjmować. Nie dlatego by się tym chwalić, ani nad nią użalać, ani jej poddawać.

Być może trochę ciężko to wszystko przyjąć.

Jestem neurotykiem. Człowiekiem splątanym przez zbyt wiele ograniczeń i emocji. Tak samo jak ty. Tak samo, jak dziewięćdziesiąt parę procent ludzi żyjących we współczesnej zachodniej cywilizacji.

To trochę dziwne być słabym, niezdarnym, pokręconym, głupim świrem, w świecie, gdzie każdy musi być doskonały, silny, mądry i odnoszący sukcesy.

Dla niektórych bardzo dziwne. Ale może, przyznając się do tego jesteśmy w całkiem dobrym towarzystwie?

Abraham Maslow, znany ze swojej teorii motywacji, zrobił coś bardzo cennego. Przeprowadził badania nad ludźmi, będącymi prawdziwymi okazami zdrowia psychicznego. Nazwał ich ludźmi samorealizującymi się (były to zarówno osoby współczesne jak i historyczne – np. Einstein, Huxley, Schweitzer, Spinoza, Casalas, Whitman). Jedną z ich kluczowych cech okazała się akceptacja – siebie, innych i przyrody. Maslow pisze:

Są to ludzie zdolni ze stoicyzmem akceptować własną ludzką naturę z jej wszystkimi brakami, z tym wszystkim, co odbiega od obrazu idealnego, bez prawdziwego zakłopotania. Powiedzenie, że są to osoby zadowolone z siebie, sugerowałoby błędne wrażenie. Należy raczej powiedzieć, że są one zdolne przyjmować niedoskonałości i grzechy, słabości oraz zło ludzkiej natury, w tym samum, niekwestioniującym duchu, w jakim przyjmuje się właściwości przyrody.

Czasem świeci słońce i jestem pełny radości. Jestem skuteczny i pewny siebie. Czasem wieje wiatr i boję się wyjść z domu. Jestem słaby i ograniczony. To normalne. Gdy to zaakceptujesz, gdy przestaniesz oczekiwać czegoś sprzecznego z naturą, zaczniesz docierać do prawdziwej siły.

Nie trać czasu na próby „zaawansowanego rozwinięcia swojej osobowości”. Szkoda energii. Carlos Castaneda w jednej ze swoich książek o Don Juanie pisze:

Większość naszej energii pochłania podtrzymywanie wysokiego mniemania o sobie… Gdybyśmy potrafili utracić odrobinę swojej ważności, zaszłyby dwa niezwykłe zdarzenie. Po pierwsze uwolnilibyśmy energię wkładaną w utrzymanie złudnego wizerunku własnej wielkości i po drugie, dostarczylibyśmy sobie dość energii by na mgnienie dojrzeć rzeczywistą wielkość wszechświata.

Nie widzisz wspaniałości świata, gdy ciągle jesteś skupiony na sobie.

Nie szukaj pozorów. Nie daj się omotać zawodowym manipulatorom (czy motywatorom – podobne słowo).

Szukaj prawdziwej siły i wiedzy. Nie tej papierowej.

A ona zjawia się wtedy, gdy odważysz się przyjąć swoją własną naturę. Taką, jaką jest. Gdy przestaniesz traktować siebie samego, jakbyś był kartką papieru, na której można wypisywać największe bzdury.

Spotkasz w sobie część tej samej natury, którą podczas wspinaczki spotyka himalaistka. Należy jej się szacunek, a nie lekceważenie.

Photo:

Sztuka wyborów

Sztuka wyborów

Opublikowano 20 czerwca 2009 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 4 komentarze

To nie burdel…

Poprzednio narzekałem trochę na afirmacje. Robiąc to, gdzieś tam w tyle głowy czułem jak może rosnąć niezadowolenie tych, którzy są zafascynowani pozytywnym myśleniem czy „prawem przyciągania”.

Faktem jest, że przez ostatni rok zmienił mi się trochę podgląd na istotę skutecznego działania i zdrowia psychicznego. Jakiś czas temu byłem świadkiem takiej rozmowy:

Psycholog: Co byś chciała osiągnąć? Jakie masz cele?

Klientka: Chciałabym się poczuć lepiej niż teraz.

Psycholog: To nie jest burdel i nie mogę ci tego obiecać.

Klientka: eeee…

Brutalne, ale prawdziwe. Psychologia, terapia czy ogólnie rozwój, to nie burdel byś miał po wyjściu zawsze czuć się dobrze.

Rozwój boli. Jeżeli nie, to znaczy, że się nie rozwijasz.

Można się na ten temat długo rozwodzić. Nie będę. Postraszę tylko. Arnold Mindel, twórca terapii zorientowanej na proces (której kiedyś byłem ogromnym fanem), napisał coś co niestety jest prawdą:

Całkowite rozluźnienie i eliminowanie myśli tworzących napięcia może być czymś wielce niezdrowym…wypieranie napięć poprzez relaksowanie się, rozmasowywanie czy wizualizowanie często poprzedza zachorowania na różnego rodzaju nowotwory. Napięcia, tak jak wszystkie inne procesy nie znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki, choć na krótki okres można je usunąć ze świadomości. Wyparte, czy rozluźnione napięcie nie znikają

Czy rzeczywiście musimy programować nasze umysły, aby się „rozluźniły”? Dlaczego mamy „zastępować stare myśli nowymi wyobrażeniami? Chociaż takie recepty są proste w użyciu, to jednak mogą szkodzić poprzez tworzenie chorób.

Mówiąc wprost, gdy wypierasz negatywne emocje, możesz tego nie przeżyć. Obawiam się, że gdyby ktoś zabrał się za badanie konsekwencji zdrowotnych pewnych radosnych terapeutów, musieliby pójść do więzienia.

Im starszy jestem, tym bardziej jestem tego świadomy i z tym mniejszą ochotą robię ludziom „dobrze”.

Umiar

Staram się jednak zachować umiar. Łatwo wpaść w odwrotną przesadę i skazywać ludzi na niepotrzebne i bolesne wglądy i cierpienia. To nie jest tak, że możemy się tylko poddać i użalać się nad sobą. Stosowanie afirmacji jest ryzykowne, ale czasem, lepiej je zastosować niż tkwić w miejscu, użalając się nad sobą.

Jest wiele różnych narzędzi i technik, które można stosować. Dziś chciałbym napisać o decyzji. Jestem bardzo ciekawy, co o niej myślicie. Czy ta procedura do czegoś może się przydać?

Decyzje a afirmacje

Z jednej strony decyzje i afirmacje są do siebie podobne. Jedne i drugie stosujemy wtedy, gdy czujemy, że coś idzie nie tak. Jedne i drugie opierają się na powtarzaniu. Afirmacje trzeba powtarzać, wybory trzeba ponawiać. Jednak w rzeczywistości, są to skrajnie odmienne strategie. Podstawowa różnica dotyczy tego, co dzieje się z naszymi emocjami i świadomością.

Afirmacje stosujesz po to, by czuć się dobrze. Twoim celem jest pozbyć się tego, co niewygodne. Starasz się jak najszybciej zastąpić to, co czujesz czymś innym. Starasz się nie myśleć o swoje słabości, bezradności czy porażce. Odcinasz swoje emocje i usuwasz je w kąt.

W efekcie pogarszasz swój kontakt z rzeczywistością. Zamiast np. przyjrzeć się sytuacji, w jakiej się znajdujesz (za oknem pada deszcz i trzeba wziąć parasol), starasz się odwrócić od niego uwagę i przywołać do pamięci coś miłego (zobaczyć w wyobraźni piękne słoneczne niebo). Wszystko jest fajnie, dopóki nie wyjdziesz na zewnątrz.

Afirmacje okrajają świadomość doznań. Wiele ze stłumionych emocji, wcale nie znika, ale przechodzi do podziemia. Trzymanie ich tam – już wiemy – może być bardzo groźne.

Inaczej jest, gdy podejmujesz decyzję. Nie musisz uciekać od tego, co czujesz. A nawet więcej – by podjąć decyzję musisz to brać pod uwagę.

Gdy dokonujesz wyboru (lub go ponawiasz) twoja świadomość się poszerza. Zawsze przecież wybierasz z czegoś. Dopiero, gdy uświadomisz sobie różne możliwości, możesz wybrać. Każdy wybór pozwala zatem na poszerzenie świadomości siebie i świata.

1. Gdzie jestem?

Decyzję czasem podejmujemy w sposób automatyczny, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robimy. Czasem jednak coś się zacina. Dlatego warto rozłożyć ją na elementy. To trochę sztuczne, ale ułatwia ćwiczenie.

Krok pierwszy to coś, czego, którego brakuje osobom poprawiającym sobie samopoczucie. Możesz zadać sobie pytanie:

  • Gdzie teraz jestem?
  • Co teraz czuję?
  • Co się teraz ze mną dzieje?

Bez tego pytanie możemy nieświadomie grzęznąć w różnego rodzaju działania, które nie biorą pod uwagę aktualnej sytuacji.

Kilka dni temu jechałem samochodem. Z tyłu na foteliku spała moja córka. Nagle jakiś kretyn zaczął zajeżdżać mi drogę. Nawet się nie spostrzegłem, a zacząłem z nim rywalizować. Zareagowałem automatycznie i zacząłem podejmować automatyczne decyzje. Całe szczęście szybko zadałem sobie pytanie: co się ze mną dzieje? Odpowiedź był prosta: czuję złość, zaczynam się ścigać.

To pytanie jest po to, by uruchomić proces decyzyjny. Nie chodzi o to, by cały czas być skupionym na sobie. Gdy jednak nie potrafimy go sobie zadawać, ryzyko polega na tym, że możemy nieświadomie angażować się w jakieś zachowanie, aż na wybór będzie za późno.

Gdy siedziałem za kierownicą, odpowiedź zajęła mi ułamek sekundy. Może się jednak zdarzyć, że pytanie będzie wymagać więcej czasu. Mój znajomy przyjechał na kilka dni do Krakowa. Spędziliśmy razem pierwszy dzień. Pod koniec przeprosił mnie i powiedział, że nie chciałby spotykać się ze mną następnego dnia. Ponieważ Kraków działa na niego refleksyjnie postanowił poświęcić ten czas na przyjrzenie się swojemu życiu. Okazało się, że to była jego standardowa praktyka. Co pewien czas jechał w miejsce, które lubił i włócząc się bez planu, przez cały dzień zadawał sobie pytanie „gdzie jestem?”.

Może się też zdarzyć, że aby odpowiedzieć na to proste pytanie będziesz potrzebować jeszcze więcej czasu i wysiłku. Na przykład kilka sesji z terapeutą.

2. Gdzie chcę być?

Od razu, gdy uświadomisz sobie, co się z tobą dzieje, zadaj sobie pytanie o to, do czego dążysz. Wybierz taką formę pytania, która ci najbardziej pasuje, na przykład:

  • Co jest teraz najważniejsze?
  • Na czym naprawdę mi zależy?
  • Czego naprawdę pragnę?
  • Co jest teraz dla mnie ważne?
  • Jak jest moja kluczowa intencja w tym momencie?

Podobnie, jak w poprzednim punkcie, odpowiedź może zająć ułamek sekundy. Siedząc za kierownicą od razu odpowiedziałem sobie dowieźć bezpiecznie dziecko.

Nieco dłużej zajmuje mi znalezienie odpowiedzi na to pytanie, gdy np. czuję tremę przed zajęciami. Czy zależy mi najbardziej na tym, by dobrze wypaść? A może ważniejsze jest to, by dać ludziom jak najwięcej? A może by ułatwić im wymianę wiedzy między sobą?

Jeszcze więcej czasu może zająć odpowiedź na to pytanie, np. w kontekście firmy. Gdy np. pracujesz jako przełożony, ciągle musisz zadawać sobie to pytanie. Ma one często formę:

  • Co mogę zrobić tylko ja?
  • Po co tu jestem?

Gdy nie potrafisz na to odpowiedzieć, grozi ci, że zaczniesz wykonywać zadania swoich podwładnych, a właściwa praca, jakiej nikt inny nie może wykonać, nie zostanie zrobiona.

Ten punkt przywołuje twoje kluczową intencję. Możesz mieć wiele przeciwstawnych celów. Możesz chcieć się zapaść pod ziemię, odpocząć, przestać czuć napięcie, ale równocześnie zmienić coś w swoim życiu, uwolnić się od napięcie, itp. Każdy z tych celów jest ważny, ale razem wywołują poczucie słabości.

Jeszcze więcej wysiłku, może ci znaleźć odpowiedź na to pytanie, gdy jesteś w jakimś martwym punkcie. Gdy czujesz się zagubiony czy pozbawiany energii. Wtedy, to pytanie może brzmieć: Czego chcę od życia? lub Co chcę w swoim życiu osiągnąć?.

Zwróć uwagę, że są to pytania o jedną rzecz. O, to co teraz, w chwili gdy zadajesz sobie to pytanie jest najważniejsze. Nie w teorii, nie w przyszłości, nie w ogóle.

3. Co wybieram?

Czasem w różnego rodzaju zbiorkach afirmacji można spotkać sformułowanie typu: wybieram powodzenie.

Nie o to chodzi. Wyboru dokonuje się, jak mówi słownik „spomiędzy pewnej liczby osób, rzeczy”. Potrzebujesz minimum dwóch rzeczy. Nie jesteś w stanie niczego wybrać, jeżeli droga, przed którą stoisz się nie rozgałęzia. Wyboru możesz dokonać tylko na rozdrożu. Jeżeli nie widzisz alternatyw, wybór jest tylko figurą językową, a nie wewnętrznym doświadczeniem.

Jeżeli odpowiedziałeś sobie na dwa powyższe pytania (gdzie jestem oraz gdzie chcę być), łatwo ci znaleźć rzeczy, z których wybierasz.

Stawiając się przed wyborem, uświadamiasz sobie wymiar, na którym twoje życie się opiera. Każdy z nas różni się tym, jakimi wymiarami się posługuje. Dla jednej osoby kluczowe znacznie może mieć np. wymiar sympatyczny – niesympatyczny, czy otwarty na innych – zamknięty na innych. Dla kogoś innego kluczowe będzie rozróżnienie pewny siebie – niepewny siebie czy powierzchowny – głęboki. Mamy oczywiście wiele takich wymiarów (konstruktów czy schematów ja, jak je nazywają różne teorie). Co więcej możemy je zmieniać i rozwijać w trakcie życia.

Jeżeli już posiadamy jakiś wymiar, to znaczy, że dysponujmy zasobami, jakie pozwalają nam funkcjonować na jego obydwu biegunach. Jeżeli twój umysł stworzył danego rodzaju wymiar, to znaczy, że dysponuje odpowiednią ilością doświadczeń i informacji, dzięki którym może funkcjonować tak lub tak.

Gdy uświadomisz sobie wybór, łatwiej ci będzie te zasoby przywołać. Oto kilka przykładowych wyborów:

  • Mogę siedzieć i użalać się nad sobą, lub mogę coś z tym zrobić.
  • Mogę być kimś, kto dławi rozmowę, lub mogę być uważnym słuchaczem.
  • Mogę być nieobecnym rodzicem, lub kimś, kto ma z nim dobry kontakt.
  • Mogę się wycofać lub znieść przeciwności i doprowadzić moje przedsięwzięcie do końca.

Gdy sobie uświadomisz wymiar, na którym dokonujesz wyboru, powiedz sobie na głos (lub) zapisz, co wybierasz.

4. Co mogę zrobić?

Najczęściej, gdy dokonasz wyboru, działanie pojawi się samo. Automatycznie zmieni się twój sposób poruszania się, oddychania czy myślenia. Wybór celu i sposobu działania uruchamia nasze wewnętrzne zasoby.

Nie jest to jednak regułą. Czasem warto jeszcze zadać sobie pytanie:

  • Co mogę teraz zrobić?

Wybór polega najczęściej na tym, by działać mimo tego jak się czuję – mimo tego, że czuję się bezradny czy zawstydzony, zmęczony…

Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

Opublikowano 02 czerwca 2009 | By | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 4 komentarze

Akceptacja siebie jest pierwszym krokiem

Czy to, że należy otworzyć się na wszystko co w sobie mamy (i jeszcze ten post) w sobie oznacza, że mamy tacy zostać? Poddać się i zrezygnować z naszych wizji? Ponieważ jestem mały i bezradny, to nic innego nie mogę, jak tylko siedzieć i czekać? Ponieważ się boję, to lepiej nie będę się forsował, w końcu mam żyć w zgodzie z tym co czuję?

Co ze słowami Williama Jamesa

Istoty ludzkie poprzez zmianę swoich wewnętrznych postaw, mogą zmieniać zewnętrzne aspekty swojego życia.

Czy to tylko pobożne życzenie?

Mam nadzieję, że nikt tego w ten sposób nie rozumie. Przyznanie się do negatywnych uczuć nie oznacza, że mamy zrezygnować. Akceptacja wszystkiego co w sobie mam jest pierwszym krokiem na drodze do tego zmieniać siebie i swoje życie.

Zanim jednak zaczniesz się zmieniać, musisz nauczyć się wsłuchiwać w siebie. Musisz rozwinąć w sobie nawyk wpuszczania światła, wszędzie tam, skąd dobiegają niepokojące dźwięki, tam gdzie coś się kryje.

Lokator małego mieszkania

Był sobie człowiek, który mieszkał w jednym ciasnym pokoju. Pokój był tak mały, jak te z reklamówek IKEA. Aby położyć się spać musiał złożyć stół i schować krzesła. Aby zrobić coś do jedzenia musiał schować łóżko i wystawić książki za drzwi. Widoki z okna też nie miały w sobie przestrzenni. Ceglasta ściana innego budynku. Także akustycznie mieszkanie był nieprzyjemne. Z mieszkań obok ciągle dobiegały jakieś dziwne dźwięki. Czasem pełne złości okrzyki, czasem kłótnie, czasem szlochy i zawodzenie. Miał już tego dość. Marzył by coś się zmieniło.

Któregoś dnia odwiedził znajomego. Jego kilkupokojowe mieszkanie wydawało mu się wielkie, przestronne i wspaniałe. Widok z okien go zachwycał. Lokator ciasnego mieszkanka poczuł się jak w raju. Znajomemu pochlebiał jego zachwyt. Zaproponował mu, że jeżeli tak bardzo mu się to wszystko podoba, może zrobić sobie kilka zdjęć jego mieszkania.

- Naprawdę, będziesz tak dobry dla mnie? Zapytał pełny szczęścia – To doskonały pomysł. Gdy wywieszę te zdjęcia w swoim mieszkaniu, będę mógł czuć się, tak jakbym był tutaj.

Obfotografował mieszkanie, poszedł do zakładu fotograficznego i kazał sobie zrobić największe odbitki jakie można. Gdy wrócił do swojej ciasnoty porozklejał zdjęcia wokół. W jego ciasnym mieszkaniu zrobiło się bardziej przestrzennie. Gdy patrzył na ścianę i widział duże zdjęcie, wydawało mu się że też ma takie wspaniałe mieszkanie jak jego znajomy. Nawet na oknie nakleił zdjęcie. Teraz, tak jak znajomy, gdy patrzył w stronę okna widział zielone drzewa. Czuł się o niebo lepiej. Wydawało mu się, że nie słyszy już nawet hałasów zza ścian. Przeszkadzały mu tylko czasem w nocy, gdy było ciemno. Ale wystarczyło zaświecić światło i popatrzeć na ściany.

Po pewnym czasie przywykł. Zdjęcia przestały mu dawać poczucie przestrzeni. Ale odkrył, że wystarczy zdobyć nowe zdjęcia na ścianę. Za niewielką opłatą, właściciele większych mieszkań z chęcią dzielili się tym, co widzą po przebudzeniu. Jedne zdjęcia przylepiał na drugie, aż po paru latach narosła całkiem spora ich warstwa. Nasz lokator był bardziej zadowolony ze swojego życia.

Któregoś wieczora usłyszał nieśmiałe pukanie do drzwi. Gdy otworzył drzwi zobaczył ubranego na szaro staruszka. Już miał go przegonić, ale staruszek wydał mu się znajomy. Rozmawiało im się tak dobrze, że zaprosił go do środka na herbatę. Gdy staruszek spojrzał na ściany powiedział:

- Widzę, ze marzysz o większej przestrzeni. To dobrze. Powiedz tylko, dlaczego nie sprawdziłeś, co jest za drzwiami na tej ścianie?

Staruszek wskazał jedną ze ścian.

- Drzwiami? Tu przecież nie ma żadnych drzwi.

- Może masz rację. Może mi się tylko wydawało? Powiedział z uśmiechem staruszek i poszedł.

- Miły człowiek – westchnął lokator ciasnego mieszkania – ale trochę zakręcony. Jego myśli zaczęły jednak krążyć wokół tego co powiedział. W końcu nie wytrzymał i zaczął zrywać z niej wszystkie zdjęcia i plakaty, jakie przez lata na niej przyklejał. Pod spodem rzeczywiście były drzwi. Już zupełnie zapomniał o tym, jak wyglądało jego mieszkanie, zanim zaczął ozdabiać jego ściany.

Pchnął je nieśmiało. Z ciemnej szpary dobiegał zawodzący, smutny dźwięk, ten sam, który wiele razy słyszał, tylko przestał na niego zwracać uwagę. Szybko zamknął drzwi i przykrył ścianę zdjęciami. Nie podobało mi się to. Nie chciał nic o tym wiedzieć.

Położył się spać mając nadzieję, że wszystko będzie jak dawniej. Nie mógł zasnąć. Nie pomogło przykrywanie się poduszką i liczenie owiec. Wstał, wyciągnął latarkę, jeszcze raz zerwał wszystko ze ściany i pchnął drzwi. Był przerażony, ale mimo tego zrobił krok do przodu. Pokój był pusty, a zawodzące płaczliwe dźwięki dobiegały z niesprawnej wentylacji. Gdy się oswoił, rozejrzał się i zobaczył okiennice. Gdy je otworzył, pokój okazał się jasnym pomieszczeniem, który wymagało tylko niewielkiego remontu.

To nie było jego jedyne odkrycie. Z duszą na ramieniu i latarką w dłoni  odrywał kolejne pomieszczenia. Jedno za drugim. W końcu zrozumiał, całe życie mieszkał w małym, ciasnym, kiepsko położonym pokoiku, który był częścią wielkiego, zamku. Gdyby nie strach przed dźwiękami dobiegającymi zza ścian, gdyby nie zdjęcia powieszone na ścianie, być może dawno by odkrył, że jest właścicielem wspaniałego, ogromnego zamku. Znacznie większego i piękniejszego niż to, co widział u innych. Być może już dawno by się przeniósł, do obszernej wspaniałej komnaty o jakiej zawsze marzył.

Gdy ktoś go odwiedzał i patrzył z rozmarzeniem na przestrzeń w jakiej mieszkał, nigdy nie pozwalał robić zdjęć. Zamiast tego dawał mu latarkę i pytał: „Czy sprawdziłaś kiedyś, co masz za ścianą?”

Wpuść światło

Wpuść światło, tam skąd dobiegają zatrważające dźwięki. Może nic tam nie będzie, może to tylko wiatr, albo buszujące myszy, a może – kto wie – będzie tam jakiś potwór, który czeka na oswojenie? Nie ma jednak innej drogi do tego by zacząć mieszkać we większym mieszkaniu. Przyklejanie na ścianę wspaniałych widoków daje tylko złudzenie przestrzeni. Gdy powtarzasz zaklęcia i zapewnienia o tym, jak wszystko jest wspaniałe, zaklejasz drzwi, które powinieneś pokonać. Jesteś bogaty, jesteś wspaniały, ale najpierw wpuść światło.

Nie ma skutecznej zmiany, która by opierała się na tłumieniu siebie. Jeżeli chcesz zmienić swoje życie i swoją postawę, musisz zacząć od wsłuchania się w siebie. Nic nie można w sobie zmienić, tak długo, póki najpierw tego nie doświadczysz.

Czego się boisz? Czego się obawiasz? Jakie stoją przed tobą lęki?

Patrz im w oczy. Oswajaj je. Bądź do nich większy. Nie pozwalaj im zabierać przestrzeni. Nie udawaj, że ich nie ma.

Photo by JoopDorresteijn 

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 5,00 out of 5)
Loading ... Loading ...
Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

Opublikowano 29 maja 2009 | By | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 2 komentarze

Afirmacje

Problem z niektórymi afirmacjami polega na tym, że próbujmey odcinąć jakąś część nas samych. Okrajamy się, stosujemy wobec siebie gwałt. Przypominamy rodzica, który bije dziecko równocześnie mówiąc do niego bardzo cię kocham. Psycholodzy taką postawę nazywają czasem brakiem kongruencji (spójności). Wielu z terapeutów dowodzi, że trzymywana przez dłuższy czas prowadzi do schizofrenii.

Być może taka postawa w odniesieniu do siebie nie jest aż tak groźna. Ale brak spójności w relacjach z sobą na pewno nie jest czymś zdrowym. Nie możesz bez żądnych następstw mówić sobie kocham się, w pełni się akceptuję, szanuję się, równocześnie tłumiąc i nie dopuszczając do głosu jakieś części siebie.

Miłość wymaga zaakceptowania wszystkiego – także uczucia własnej bezradności i nieporadności.

Niedzielna zjeżdżalnia

Kilka dni temu, w niedzielne przedpołudnie poszedłem z córką na plac zabaw. Było duszono i hałaśliwie. Trochę bolała mnie głowa, najchętniej bym się położył na ławce i usnął.

Zamiast tego siedziałem na skraju piaskownicy w której siedziała Zuzia i ziewając patrzyłem tępym wzrokiem w dal. Potem poszliśmy na huśtawki. Znudzony pomagałem jej się huśtać. Całe szczęście zbliżała się pora obiadu.

- Zuziu musimy wracać, mam już czeka z obiadem

- Dobrze, ale jeszcze zjeżdżalnia.

To była ta większa zjeżdżalnia. Wysoka na jakieś dwa metry. Zuzia bawiła się na niej poprzedniego lata. W tym roku była pierwszy raz. Powoli weszła na górę i ostrożnie zbliżyła się do rynny. Usiadła i zamiast jechać zaczęła się rozglądać. Przestałem ziewać i podszedłem do niej.

- Dlaczego nie zjeżdżasz?

- Tatusiu, ja się boję…

Z tyłu naciskał na nią tłum zziajanych dzieciaków.

- Dobrze, to przepuść inne dzieci. Nie musisz zjeżdżać.

Przepuściła dzieci i zaczęła schodzić. Powoli, trzymając się poręczy, na zgiętych nogach. Stawiała małe, bojaźliwe kroczki. Szła tak, nawet wtedy, gdy na najniższym poziomie, kilkanaście centymetrów nad ziemią. Inne dzieciaki wymijały ją podśmiewając się.

Poczułem złość. Gdy zeszła wygarnąłem bezmyślnie:

- Jak mogłaś pozwolić sobie pozwolić na taki strach!

Nic nie powiedziała, mnie zresztą też nie interesowała jej reakcja. Wziąłem ją za rękę i powiedziałem:

- Idziemy do domu.

Piętnaście sekund później, gdy wyszliśmy z placu zabaw, zaczęła płakać.

- O co chodzi? – zapytałem, ciągnąc ją w stronę domu

- Chcę tam wrócić.

- Gdzie?

- Na zjeżdżalnię! Chcę spróbować jeszcze raz.

- Ale przecież się bałaś.

- Nie będę się bała.

- Może jutro, teraz musimy iść do domu – nie miałem najmniejszej ochoty wracać.

Im dalej byliśmy placu, tym głośniej płakała. Nie chciała iść, więc wziąłem ją na ręce.  W jednej ręce płaczące dziecko, w drugiej rowerek. Z plac zabaw było jakieś dwadzieścia minut drogi. Działałem jak typowy rodzic. Spokojny, mimo, że w środku zły, z poczuciem przecież lepiej wiem, co dla ciebie dobre. Wymieniałem porozumiewające spojrzenia z innymi rodzicami: no tak, zdarza się, kto nie miał do czynienia z kapryszącym dzieckiem?

W końcu doszliśmy do domu. Ona mokra od łez, ja od potu. Tak długo nigdy jeszcze nie płakała. Wreszcie się zaniepokoiłem.

- Dobrze Zuziu, jak ci tak zależy, możemy wrócić….

To wcale nie pomogło, zaczęła płakać jeszcze bardziej.

Kucnąłem i pogłaskałem główkę. Powiedziała łkając:

- Tatusiu, ja się zastanawiam czy ty mnie jeszcze lubisz…

Wreszcie dotarło do mnie co się dzieje. Wziąłem ją na kolana, przytuliłem i powiedziałem:

- Tak Zuziu. Lubię cię. I lubię cię także wtedy gdy się boisz. Wcale mi to nie przeszkadza jak się boisz.

Uspokoiła się natychmiast. Dopiero teraz dotarło do mnie, że moja uwaga rzucona po zejściu ze zjeżdżalni sprawiła, że dziecko poczuło się odrzucone i jak najszybciej chciało odzyskać pełnię miłości. Jak najszybciej chciała zasłużyć na miłość. Zmienić to, co jej zdaniem odrzuciłem. W końcu, gdy ktoś kocha twoją część, to tak jakby wcale nie kochał.

Ponieważ ojcu nie spodobało się, że się przestraszyła, jak najszybciej musiała pokonać siebie i zrobić coś, co sprawi, że znowu poczuje jego szacunek. Poprzez swoją gruboskórność, nie zauważałem tego.

Potem powiedziałem jej:

- Naprawdę lubię cię, także wtedy gdy się boisz. To nic złego bać się czegoś. Czasem dopiero po kilku próbach odważamy się coś zrobić. Po prostu musimy próbować więcej razy. A czasem jak się nawet odważymy, ciągle się trochę boimy. Wiem, że gdy kilka razy spróbujesz, w końcu się odważysz zjechać. Może nie za następnym razem, ale na pewno ci się to uda. Wiesz, co ja też często się boję. Na przykład boję się wizyty znajomych (mieli za godzinę być u nas i rzeczywiście byłem spięty).

Zaciekawiona popatrzyła na mnie

- Chciałbym, żebyś mi pomogła. Pomożesz?

- Tak!

Byłem ciekaw, czy następnego dnia ciągle będzie chciała spróbować. W końcu główny powód, dla którego tak jej zależało na zmierzeniu się z trudnością minął. Gdyby dała sobie spokój, byłby to argument dla tych, którzy twierdzą, że tylko napięcie i poczucie braku popycha nas do przodu, że człowieka trzeba ciągle czymś straszyć i coś mu zabierać, bo inaczej będzie stał w miejscu.

Chciała. W inny sposób niż w niedzielę. To nie było rozpaczliwe i niekontrolowane muszę, muszę, muszę. Teraz podeszła do tego spokojnie i z radością. To była postawa fajnie, że mogę spróbować, cieszę się na to, że mogę zrobić coś trudnego. Gdy na placu zaproponowałem byśmy poczekali, aż nikogo na zjeżdżali nie będzie, z chęcią się zgodziła. Gdybyśmy wrócili tam w niedzielę, pchałaby się na ślepo, nie zwracając na nic uwagi.

Wyszła na górę, ja stanąłem obok.

- Tatusiu, trochę się boję.

- To może łatwiej będzie, jak będę dotykał twojego bucika.

- Dobrze.

Zjechała i była dumna z siebie.

Kochać w całości

Jeżeli komukolwiek mówisz „kocham cię”, ale odrzucasz go wtedy gdy czuje się słaby, zalękniony czy bezradny, tak naprawdę nie wiesz co to znaczy miłość. Możesz odrzucać zachowania drugiej osoby (np. dłubanie w nosie, kłamanie czy nie mycie rąk do obiadu) ale nigdy nie możesz odrzucić jego uczuć. Są rodzice – mam wrażenie, że głównie ojcowie – którzy w imię zrobienia ze swoich pociech „porządnych ludzi” mówią:

- Nie maż się!

- Jak możesz być taką ofiarą?!

- Jak możesz się tym przejmować!

- Natychmiast przestań płakać!

W ten sposób odrzucają swoje dziecko i wysyłają mu komunikat: jesteś do niczego! Tym samym blokują dziecku możliwość poradzenia sobie z jego emocjami. Jeżeli kogoś kochasz, nie możesz odrzucić żądnych jego emocji. Szczególnie poczucia bezradności. Tak na marginesie: ci „twardzi rodzice”, w swoim życiu zazwyczaj normalnymi, zakamuflowanymi tchórzami.

Relacja z sobą

Dokładnie tak samo jest w naszych relacja z sobą samym. Nie możesz blokować, tłumić czy odrzucać bezradnej części siebie. Akceptować siebie oznacza dostrzec wszystkie uczucia. Także te, jakich wolałbyś nie mieć.

Afirmacje nigdy nie powinny w tobie niczego tłumić ani blokować. Inaczej będziesz wobec siebie jak rodzic, który mówi “jak się nie odważysz, to nie jesteś godzien mojego szacunku”. Kto ma kochać bezwarunkowo, jak nie on?

Kto ma dawać nam wsparcie, jak nie my sami?

Zanim zastosujesz jakąkolwiek afirmacje, otwórz się na wszystkie odrzucone uczucia. Poczuj je. Nie obawiaj się, nie zawładną tobą. Jesteś większy niż one. W tym poście zależało mi na tym, by ci pokazać, że istnieje coś takiego, jak mechanizm tłamszenia tego, co mamy wewnątrz. Nie było rad praktyczynych, bo nie taki był cel. Ale jeszce wrócimy do tematu.

Być wobec siebie uczciwym

Być wobec siebie uczciwym

Opublikowano 26 maja 2009 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 8 komentarzy

Afirmacje czy kłamstwa?

Dawno temu Napoleon Hill napisał:

Dobrze znany jest fakt, że człowiek w końcu uwierzy w coś, co sobie wytrwale powtarza, niezależnie od tego, czy to coś jest prawdą czy fałszem. Jeśli człowiek będzie w siebie uporczywie wmawiał jakieś kłamstwo, w końcu przyjmie je za prawdę.

Hill się mylił. Zasada „kłamstwo sto razy powtarzane staje się prawdą” obowiązuje być może w propagandzie. Jeżeli chodzi o rozwój osobisty, kłamstwo wywołuje stres, wrzody i dyskomfort.

Abraham Lincoln zadał kiedyś pytanie:

- Ile nóg będzie miał pies, jeżeli ogon nazwiemy nogą?

I odpowiedział na nie:

- Cztery. Nazywanie ogona nogą nie czyni z niego nogi.

Kłamstwo jest kłamstwem. Powtarzanie sobie kłamstw z intencją przechytrzenia swojej podświadomości jest mało skuteczne. Jospeh Murphy wspomina:

W ciągu ostatnich 35 lat rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy głównie narzekali: „Całe tygodnie i miesiące mówiłem sobie: jestem zamożny, jestem bogaty – i nic z tego”. Wkrótce odkryłem, iż mówiąc: jestem zamożny, jestem bogaty – czuli w głębi duszy, że tylko się okłamują. Pewien mężczyzna powiedział mi: „Aż do znudzenie powtarzałem, że jestem bogaty. Tymczasem moja sytuacja tylko się pogarszała. Wiedziałem po prostu, że moje stwierdzenie nie odpowiadają faktom”.

Tymczasem Rhonda Byrne daje radę:

Jeśli słowa „Nie stać mnie na to” pojawiły się na twoich ustach zastąp je słowami „Stać mnie na to! Mogę to kupić!”. Powtarzaj to w kółko. Jak papuga.

Postaw sobie za punkt honoru, by przez następne trzydzieści dni patrzeć na wszystko, co ci się podoba i mówić sobie „Stać mnie na to. Mogę to kupić”. Kiedy widzisz przejeżdżający obok siebie samochód marzeń powiedz „Stać mnie na niego”. Kiedy widzisz ubranie, które ci się podoba, powiedz „Stać mnie na nie”

Robiąc to, zaczniesz przekonywać samego siebie , że stać cię na te rzeczy.

Załóżmy, że wchodzę do salonu sprzedaży samochodów mojej ulubionej marki. Staję przed samochodem i powtarzam sobie:

- Stać mnie na niego. Stać mnie na wszystko, czego tylko zapragnę.

Za pierwszym razem brzmi to trochę mało przekonywująco. Jakaś część mnie odzywa się:

- Nieprawda, nie możesz sobie na to pozwolić, masz przecież tylko trzy stówy, a ta maszyn kosztuje trzysta tysięcy!

- Zamknij się! – mówię – nie przeszkadzaj, przecież widzisz, że staram się przyciągnąć pieniądze. Jestem bogaty, stać mnie na niego, mogę mieć wszystko …

- Głupoty, przecież brakuje ci dwieście dziewięćdziesiąt siedem tysięcy…

- Cicho bądź. Jak uwierzę, to pieniądze do mnie same przyjdą. Stać mnie na to, stać mnie na to, stać mnie na to, stać…

- Głupoty, chyba w to nie wierzysz…

Zazwyczaj nie uświadamiamy sobie tego dialogu, ale pewne jest, że gdzieś tam wewnątrz się toczy. Inaczej nie byłoby potrzeby powtarzania tych zapewnień w kółko.

Po pewnym czasie oporny wewnętrzny głosik rzeczywiście cichnie. Człowiek może powtarzać swoje afirmacje ze swobodą.

Kim była ta protestująca część i co się z nią stało? Czy to było coś co bez żalu można wyrzucić?

Nie, to ważna cześć ciebie, jest niezbędna do tego by podejmować decyzje, planować działania, oceniać ryzyko i pokonywać trudności.

Nie zniknęła, ale została odepchnięta. Odszczepiłeś ją od siebie. Osłabiłeś jej wpływ. Blokując ją wprowadziłeś do siebie dysharmonię. Nauczyłeś się, że nie możesz sobie ufać. Nauczyłeś się, że twoje osądy są błędne, że należy je twardą ręką zdusić i podporządkować wyczytanym gdzieś hasłom. Nauczyłeś się, że kłamstwo jest więcej warte niż obserwacje.

Popatrzmy na to z boku. Jeżeli mamy dwa fakty:

  • Twój wymarzony samochód kosztuje trzysta tysięcy złotych.
  • Masz na koncie trzysta złotych

Czy wniosek:

  • Stać mnie na niego

Jest (a) prawdziwy (b) fałszywy?

Gdybyś był sprzedawcą samochodu, kogoś, kto wybrał (a) uznałbyś za idiotę. Gdy mówisz sobie „stać mnie na to” robisz z siebie idiotę. Własnoręcznie usiłujesz wyprać swój mózg.

Potrzebujesz wszystkich

Wyobraź sobie, że pracujesz w zespole, który składa się z kilku osób. Każda jest bardzo różna, ale wszystkie są niezbędne. Jedną z nich jest dziewczyna (nazwijmy ją Krystyna), której mocną stroną jest umiejętność krytycznej oceny sytuacji. Kryśka jak nikt inny potrafi dostrzec zagrożenia i pułapki, jakie stoją na drodze planowanych przedsięwzięć. Dzięki niej zespół zawczasu przygotowuje odpowiednie działania i omija niebezpieczeństwa. Kryśka nie jest wszechstronna. Ma wady. Jej słabą stroną są wizje. Nie zawsze je chwyta. Czasem jest też męcząca. Podczas dyskusji, zdarza się jej narzekać na całkiem dobre plany. Czasem wprowadza do zespołu napięcia. Zazwyczaj jednak zespół zyskuje na jej obecności. Krystyna zmusza innych jego członków do zaradności. Któregoś dnia jednak, wizjoner Wicek (którego mocną stroną są śmiałe wizje przyszłości) przejmuje kontrolę nad zespołem. Krytyczna Kryśka działa mu na nerwy. Ma już dość jej zrzędzenia. Gdy tylko Kryśka zaczyna coś mówić, on mocnym głosem powtarza swoją kwestię. Gdy Krystyna zaczyna: „brakuje nam jeszcze…” Wicek wchodzi jej w głos i mówi „wszystko mamy, wszystko mamy”. Powtarza to tak długo, póki Kryśka nie zamilknie. W końcu zniechęcona Kryśka nie wytrzymuje i wychodzi. „No, nareszcie…” wzdycha z ulgą Wicek i zabiera się do pracy. Niestety zespół pozbawiony Krystyny nie jest tak skuteczny. Jego plany są oderwane od rzeczywistości. Nie uwzględniają zagrożeń i pułapek. W efekcie wszystko bierze w łeb.

Ten zespół to twoje możliwości. Są różnorodne. Dysponujesz różnymi spojrzeniami na świat. Nie możesz pozbyć się niewygodnych członków i oczekiwać, że wszystko będzie doskonale działało. Niewygodni członkowie wprowadzają napięcie. Pytanie jednak, co jest twoim celem? Czy ważniejsze jest żyć w spokoju, czy stworzyć nową rzeczywistość?

Możesz tworzyć rzeczywistość, ale musisz w tym celu w pełni wykorzystać wszystkie swoje możliwości. A przede wszystkim nie możesz wprowadzać w swój wewnętrzny świat kłamstwa.

Kłamstwo nie tworzy przed nami nowych możliwości. Odwrotnie – zamyka je przed nami.

Jak pisze Jung:

Nie jesteśmy w stanie czegoś zmienić, tak długo, jak tego nie zaakceptujemy. Wyparcie się czegoś nie wyzwala a więzi.

Powtarzanie „stać mnie” wzmacnia lęk

Jeszcze jedna wątpliwość odnośnie strategii „powtarzania” brzmi: skoro cię stać, a pieniądze szerokim strumieniem do ciebie płyną, po jaką cholerę masz sobie powtarzać, że cię stać?

Zdarzyło ci się coś ostatnio kupić za gotówkę? Ile razy, zanim kupiłeś, powtarzałeś sobie „stać mnie na to”? Ja miesiąc temu kupiłem płaski telewizor. Ponieważ miałem pieniądze, wszedłem do sklepu, wybrałem i zapłaciłem. Jakoś nie miałem okazji powtórzyć sobie ani razu „stać mnie na niego”. Moje myśli krążyły nie wokół tego czy mnie stać, ale wokół tego, jaki mam wybrać model.

To, czy cię stać jest jednorazową decyzją. Gdy ciągle do tego powracasz, to znak, że nie jesteś pewny.

- Może jednak mnie nie stać?

- Stać mnie na to.

- Może jednak warto przemyśleć?

Im mniej masz pieniędzy, im mniej pewnie się czujesz pod, tym więcej razy powtarzasz sobie hasło „stać mnie na to”.

Gdy podjąłeś decyzję, samo powracanie do niej, może wzbudzić w tobie lęk.

Przez wiele lat pracowałem jako trener. Zdarzało mi się pracować z młodymi, niedoświadczonymi trenerami, którzy zaczynali i jeszcze bali się szkoleń. Wielu z nich się kamuflowało, chcąc jak najlepiej wypaść przede mną, ale ich lęk zawsze było łatwo rozpoznać. Jednym z objawów jest międlenie zapewnień „uda się”. Sami powtarzają i chcą by inni im powtarzali zapewnienia typu „Dam sobie radę. Jestem dobrze przygotowany. Na pewno dobrze pójdzie”.

Ktoś, kto się nie boi, po prostu nie zajmuje się tym, jak mu pójdzie. Skoro robiłeś już to szkolenie dziesiątki razy i zawsze było w porządku, dlaczego teraz miałbyś sobie coś tak oczywistego powtarzać? Ale gdy ci ciągle ktoś zwraca uwagę, na to jak pójdzie, sam zaczynasz się zastanawiać czy aby tym razem wszystko będzie dobrze?

Takiemu struchlałemu, młodemu trenerowi nie można pomóc zapewniając go, że jest dobrze przygotowany. Każde kolejne zapewnienie sprawi, że stanie się coraz bardziej nerwowy. Mówi mu się: „Przestań o tym myśleć, skup się na czymś innym. Nie zastanawiaj się czy ci wyjdzie, czy nie. Zamiast tego zainteresuj się kim są uczestnicy szkolenia, przejrzyj materiały albo zastanów się co ciebie w tym szkoleniu rusza. A w każdym razie więcej mi o tym nie mów!”.

Ścieżka tchórza, ścieżka wojownika

Kłamstwo – zarówno to, serwowane innym ludziom, jak i sobie – jest oznaką tchórzostwa. Kłamię, bo boję się powiedzieć prawdę. Kłamię, bo boję się przyznać. Kłamię, bo boję się, że nie wytrzymam. Okłamując siebie grzęźniemy w strategii unikania doświadczeń. Tłamsimy się, gwałcimy nasze poczucie odwagi i szlachetności. Jeżeli wejdziesz na ścieżkę tchórzostwa, stopniowo coraz więcej rzeczy będzie cię przerażać. 

Masz dwie ścieżki. Ścieżkę tchórza i ścieżkę wojownika.

Wojownikiem stajesz się gdy potrafisz przyjąć na siebie rzeczy trudne, niewygodne i ciężkie. Gdy potrafisz znieść własny strach, wątpliwości, obawy i brak. Wojownik brzydzi się kłamstwem. Prawda jest dla niego ważniejsza niż samopoczucie.

Gdy patrzy prosto w oczy swojego strachu, poczucia nieadekwatności, czy braku – to wszystko wcale nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale przestaje nim rządzić. Staje się mniejsze niż on.

Jest wiele zasad / sztuczek / technik / zasad, które powalają człowiekowi żyć, tak jak chce i sprowadzać swoje marzenia na ziemię, po której stąpa. Ale jedna zasada jest podstawowa:

- Nigdy nie okłamuj samego siebie. Nie wmawiaj sobie, że jest inaczej niż widzisz. Nie neguj faktów. Bądź uczciwy wobec siebie. Szanuj, to co czujesz i to co widzisz.

Produkowanie problemów

Co takiego przerażającego jest w fakcie, że brakuje mi 297 tysięcy? Co jest w tym takiego upokarzającego, blokującego, przerażającego? Czy to ma jakikolwiek związek z tym, co uda mi się zrobić w przyszłości? Nie mam 297 tysięcy, ale to przecież nie jest żadna przeszkoda by tyle zrobić. Gdy zaczynasz wałkować afirmacje, zaczynasz robić problem z tego, że nie masz pieniędzy.

Nie chodzi tylko o pieniądze. Okłamujemy się w wielu znacznie bardziej istotnych sprawach:

  • jestem szczęśliwy
  • jestem spokojny i zrelaksowany
  • jestem genialny
  • jestem inteligentny
  • wszyscy mnie kochają

Czy gdy sobie to mówisz, czujesz, że to prawda?

A może lepiej się przyznać, że czuję się teraz:

  • smutny i rozczarowany
  • zdenerwowany
  • głupi
  • opuszczony

Co takiego strasznego jest w tym, że tak się czujesz? Pozwól by świat płynął. Przyjmuj siebie, takim jakim jesteś. Nie chowaj się pod płaszczykiem zapewnień, w które i tak do końca nie wierzysz. Nie radzę ci byś usiadł i płakał. Radzę ci tylko być otworzył się na zmiany.

Wszystkiemu, co istnienie potrzebna jest swoboda
Cały świat należy do tych, którzy pozwalają mu
Płynąć lekko, zgodnie z naturalnym porządkiem
Ale jeśli ktoś się wysila i pozostaje
W nieustannym napięciu
Świat wydaje się niezwyciężony

(Tao te king, 48)