Tag Archives: akceptacja siebie
Jak oswoić lęk (nie tylko) społeczny?

Jak oswoić lęk (nie tylko) społeczny?

Opublikowano 30 marca 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 5 komentarzy

Pytanie

Od czasu do czasu dostaję od Was, drodzy czytelnicy pytania i prośby o poradę. Bardzo się z tego cieszę.

Ponieważ nie jestem osobą publiczną, jestem w stanie na wszystkie odpowiadać. Czasem tylko trochę się opóźniam. Mam nadzieję, że odpisałem wszystkim. Gdyby było inaczej – jeszcze raz proszę o kontakt. Nie zawsze jestem w stanie dać radę czy pomóc. Ale zawsze bardzo się cieszę, gdy ktoś do mnie pisze.

Zazwyczaj odpowiadam bezpośrednio, ale dziś postanowiłem zrobić inaczej. Dostałem maila, w którym jest taki problem:

…strasznie stresują mnie sytuacje, w których muszę występować publicznie … masz może na to jakąś prostą radę?

Ta osoba dużo traci nie występując przed ludźmi (nie piszę o szczegółach by zostawić sprawę całkiem anonimową).

Kiedyś zajmowałem się już tym tematem (Co zrobić z lękiem i tremą?). Ale wiem, że to nie rozwiązuje całkiem sprawy.

Stąd dzisiejszy tekst. Może nie jest to prosta rada, ale mam nadzieję, pomoże.

Jazda samochodem

Mam przyjaciela, który bardzo długo bał się jeździć samochodem. Prawo jazdy zrobił chyba jeszcze w szkole średniej, ale siadał za kierownicą tylko od wielkiego dzwonu. Robił to z niechęcią i obawami. Każda jazda wiele go kosztowała. Był zestresowany, i niepewny. Sam o sobie mówił, że koszmarnie jeździ i że ktoś, taki jak on nie powinien wsiadać za kierownicę.

Gdy tylko mógł prosił innych by go wozili. To było bardzo niewygodne. Nie dość, że był zależny od pomocy innych, to jeszcze mu to czasem wypominano.

I nagle w ciągu kilku ostatnich miesięcy coś się zmieniło. Postanowił zmienić całą tą sytuację. Wziął kilka lekcji jazdy a potem kupił nowy samochód. Ciągle czuł lęk, ale regularnie jeździł, nie pozwalając sobie na narzekanie. W ciągu pół roku zrobił jakieś piętnaście tysięcy kilometrów. Lęk przed jazdą znikł lub przynajmniej zmniejszył się do poziomu, jakiego każdy z nas doświadcza.

Terapie lęku społecznego

Mój przyjaciel nie korzystał z żadnych terapii czy pomocy ze strony specjalistów. Pewnie mógł to zrobić.

Dla ludzi, którzy przeżywają lęki istnieje wiele różnych terapii. Można na przykład sprawdzić u psychoanalityka czy samochód nie kojarzy się nam z penisem, którego obcięcia się boimy; można boksować się z poduszkami, wyładowując swoją złość na ojca, która przejawia się w błyszczących samochodach; można odgrywać teatralne scenki lub popracować z odczuciami fizycznymi… Można próbować budować kotwice, można dać się zahipnotyzować i otrzymać sugestię posthipnotyczną. Można przeanalizować z swój sposób myślenia i zmieniać stare przekonani na nowe.

Pewnie każda z tych technik może być pomocna. Choć niektóre są tak głupie, że znalezienie kogoś, komu pomogły graniczy z cudem (np. psychoanaliza).

Jest jednak jedno podejście, które jest najbliższe naturalnej metodzie, w nieświadomy sposób zastosowanej przez mojego przyjaciela. To technika odwrażliwiania (desensetyzacji) lub ekspozycji.

To zdecydowanie najbardziej efektywna technika radzenie sobie z lękami. Większość stosujących ją osób, odnosi sukcesy. Naukowcy piszą, że stosując tą metodę:

…w przypadku niektórych fobii, takich jak lęk przed zwierzętami, aż 90% ludzi, jest w stanie pokonać strach w ciągu paru godzin.
Martin. M. Anthony and Richard P. Swanson, Kiedy doskonałość nie wystarcza(Warszawa: Jacek Santorski, 2000), 181.

To rzecz nie do pomyślenia w przypadku innych podejść. Tam, większość osób doświadcza porażek (skuteczność jest zazwyczaj poniżej 50%).

Odwrażliwianie

Idea tego podejścia jest bardzo prosta. Chodzi o to, by przyzwyczaić się do sytuacji wzbudzającej lęk poprzez stopniowe, coraz mocniejsze ekspozycje.

Na przykład, gdy ktoś chce zwalczyć swój lęk przed wężami najpierw wchodzi do pokoju, gdzie daleko, na drugim końcu jest terrarium. Nawet nie patrzy na węże. Wystarczy, że jest w tym samym pomieszczeniu. Stara się wytrzymać napięcie. Po pewnym czasie lęk w naturalny sposób spada.

Później, gdy się oswoi, patrzy na węże z daleka.

Potem podchodzi kilka kroków bliżej.

Cały czas czuje lęk, ale jest on coraz słabszy. Z każdą kolejną ekspozycją, człowiek się odwrażliwia.

Im więcej ekspozycji, tym mniejszy lęk i większą swoboda działania.

Ekspozycja w życiu

Nie chodzi jednak o samo doświadczanie lęku czy znajdowanie się w sytuacjach wzbudzających lęk. Mój przyjaciel przez kilka lat od czasu do czasu jeździł, a jego lęk wcale nie był przez to mniejszy. Znam wiele osób, które często wychodzą przed grupę, a mimo to są tak samo (a nawet coraz bardziej) przerażone.

Takie epizody lęku są czymś innym niż ekspozycje, pozwalające się z nim oswoić. Najważniejsza różnica polega na tym, jak do nich podchodzimy, co myślimy i jak się zachowujemy.

Gdy przydarza nam się normalny epizod lęku, zazwyczaj dzieją się dwie rzeczy:

1) staramy się od niego wymigać, stosujemy różnego typu strategie unikowe (np. nadmiernie przygotowujemy się do prezentacji, staramy się nie myśleć o tym, co nasz czeka czy znajdujemy inne, niby pilniejsze zajęcia).

2) Angażujemy się w negatywne myślenie typu: na pewno sobie nie poradzę; zobaczą jaki jestem słaby; dlaczego jestem zawsze taki spięty; dlaczego mnie to spotyka; dlaczego znowu tego ode mnie chcą; czy nie mogliby raz mi dać spokoju; itp.

Dodatkowo wiele z takich epizodów lęku to wydarzenia nieprzewidziane i będące poza naszą kontrolą.

W efekcie, możemy wiele razy doświadczać tego samego i zupełne się z tym nie oswoić.

Czymś zupełnie innym niż epizody lęku są ekspozycje.

Ekspozycje pozwalające oswoić lęk

Tego rodzaju ekspozycje w zasadzie należałoby nazwać eksperymentami. Różnią się od epizodów lęku, tak jak wrzucenie do przerębla różni się od stopniowego hartowania czy jak wrzucenie do wody na środku morza różni się od stopniowej nauki pływania.

Ekspozycje są przede wszystkim zaplanowane przez ciebie samego. Nie możesz powiedzieć Dlaczego mnie to znowu spotyka?!

Zanim eksperyment się odbędzie, siadasz sam (lub z pomocnikiem) i planujesz co chcesz zrobić i jaki cel osiągnąć. Określasz, co będziesz robił, jak często, gdzie i w jakiej kolejności. Sam, dobrowolnie pakujesz się w trudną dla siebie sytuację.

Najważniejsza różnica między epizodem lęku a ekspozycją polega na sposobie, w jaki sposób się zachowujesz. Stajesz otwarcie na przeciw swojego lęku i na tyle, na ile możesz przyjmujesz go i spokojnie znosisz. Znalazłeś się w tej sytuacji właśnie po to, by doświadczać lęku. Nie ma sensu go unikać.

Nie gderasz, nie narzekasz, nie unikasz, po prostu odczuwasz to, co się dzieje. Dzięki takiej postawie lęk sam zaczyna stopniowo maleć.

Teraz praktycznie: jak samemu zastosować tą technikę?

Krok 1: Ustal cel

Zacznij od określenia swojego celu. Jaki typ sytuacji wywołuje w tobie napięcie, niepokój czy lęk? W jakiej konkretnej sytuacji chcesz poczuć się swobodniej?

Weźmy lęk związany z wystąpieniami publicznym oraz sytuacjami społecznymi. Panikujesz na samą myśl o tym by powiedzieć coś przed grupą. Twoim celem może być np.:

Swobodnie zabierać głos przed dwudziesto osobową grupą nie znanych mi osób.

Gdy czujesz lęk przed nawiązywaniem nowych kontaktów i zależy ci na tym, by to zmienić, możesz swój cele ustalić, jako:

Swobodnie podchodzić i nawiązywać kontaktu z osobami, których nie znam.

Mogą to być także bardziej szczegółowe cele dotyczące konkretnych typów ludzi. Gdy np. przejmujesz się opiniami innych osób, które oceniasz, jako bardzo inteligentne, możesz ustalić swój cele jako:

Swobodnie rozmawiać z osobami, które oceniam, jako bardziej inteligentne.

Nie jest dobrym pomysłem ustalić cel w stylu: nie czuć żadnego lęku i być zupełnie wyluzowanym z napięcia. Po pierwsze to nie jest realne, po drugie, uwierz, że lepiej czuć pewną umiarkowaną dawkę niepokoju. To działa jak doskonała przyprawa. Jesteś z nią bardziej autentyczny i bardziej ciekawy, a samo wystąpienie jest dla ciebie większym przeżyciem.

Krok 2: Opracuj listę sytuacji wywołujących różny poziom niepokoju

Jeżeli np. chcesz pozbyć się lęku przed wystąpieniami publicznymi, zacznij od określenia wszystkich sytuacji, w których tego rodzaju lęk się odzywa. Nie tylko tych, w których natężenie jest duże. Szczególnie cenne jest znalezienie takich, w których natężenie tego lęku jest nieco mniejsze.

Opisz te sytuacje w miarę szczegółowo, uwzględniając wszystkie czynniki, które mogą mieć wpływ na poziom niepokoju. Istotne może być:

  • Co robisz w tej sytuacji, na czym polega twoje zachowanie? (np. prowadzenie prezentacji, nawiązywanie kontaktu, swobodne pogawędka)
  • Ile osób bierze udział w sytuacji?
  • Kto bierze udział w sytuacji (czy na poziom twojego niepokoju mają np. wpływ takie czynniki jak: wiek, płeć, atrakcyjność, narodowość, postrzegana inteligencja drugiej osoby)?

Oto kilkanaście przykładowych sytuacji wzbudzających lęk społeczny. Być może znajdziesz na niej sytuacje, które również w tobie wzbudzają niepokój:

  • wygłoszenie 2 godzinnego wykładu do stu osobowej grupy nieznanych ci osób
  • wygłoszenie wykładu dla kilku osobowej grupy znanych ci osób
  • zapytanie obcej osoby o drogę lub godzinę
  • zabieranie głosu podczas spotkań ze współpracownikami
  • zabieranie głosu podczas spotkań z grupą osób, których nie znam
  • wygłaszanie toastów i składanie życzeń
  • zabieranie głosu w grupie przyjaciół
  • przedstawianie się kilku osobom
  • rozmiana pieniędzy w sklepie
  • przeprowadzenie prezentacji dla klienta, którego widzisz po raz pierwszy
  • składanie życzeń bliskim
  • zaproszenie znajomej osoby do kina
  • zaproszenie znajomej osoby na kawę
  • zabieranie głosu podczas spotkanie w grupie znajomych osób
  • dzwonienie do nieznanej osoby
  • odpowiadanie na drobne ogłoszenie w gazecie
  • zaproponowanie randki
  • rozmowa telefoniczna z przyjacielem
  • rozmowa kwalifikacyjna
  • zwrócenie towaru do sklepu
  • reklamacji usług
  • śpiewanie w obecności innych
  • zamawianie dania w restauracji
  • prowadzenie dłuższej rozmowy z sąsiadami
  • komplementowanie kogoś
  • niezgadzanie się z kimś
  • dołączanie do grupy rozmawiających osób
  • poproszenie drugiej osoby by nie paliła
  • opowiadanie o sobie

Krok 3: Opracuj hierarchię

Opisz sytuację, która jest twoim celem.

Ona jest na dachu i do niej chcesz się wspiąć. Gdybyś w tym momencie chciał to zrobić, prawdopodobnie lęk byłby zbyt duży by spokojnie wszystko wytrzymać (jeżeli nie, to nie trać czasu na dalsze planowanie, ale idź i zrób to, po kilku razach lęk się zmniejszy).

Teraz zbuduj drabinę, która doprowadzi cię do twojego celu. Znajdź przynajmniej pięć czy sześć sytuacji, w których czujesz mniejsze natężenie niż w sytuacji docelowej.

Wróć do tego, co wybrałeś w poprzednim punkcie i oceń każdą z sytuacji w skali od 0 do 100.

0 – brak jakichkolwiek negatywnych doznań

25 – nieznaczne natężenie

50 – umiarkowane natężenie

75 – znaczące natężenie

100 – ogromne natężenie

Potem uporządkuj sytuacje.

Przykładowo, załóżmy, że opracowałem tego rodzaju listę co niżej (w rzeczywistości byłaby dłuższa). Pamiętaj, że to przykład, nawet gdy masz tego samego rodzaju problem, twoja lista może wyglądać zupełnie inaczej.

Sytuacja (zadanie) Natężenie doznań negatywnych
Wygłoszę przemówienie przed kilkudziesięciu osobową grupą ludzi, których nie znam.


100
Wygłoszę prezentację przed kilkunastoosobową, kameralną grupą.


90
Wygłoszę prezentację, przed grupą składającą się z osób, które znam


70
Celowo nie wezmę portfela i stanę w kolejce do kasy


65
Urządzę przyjęcie dla znajomych z pracy


40
W trakcie spotkania poproszę kogoś i powtórzenie jakiejś wypowiedzi.


30
Kupię gazetę nie mając przy sobie żadnych drobnych


20

Krok 4: Ćwicz znoszenie lęku

Zacznij ćwiczyć – od sytuacji wzbudzających najsłabszy lęk, do tej, która wiąże się z najmocniejszym.

Nie przechodź wyżej, dopóki nie poczujesz, że w miarę spokojnie sobie z nią radzisz. Powtarzaj daną sytuację tak długo, aż poczujesz się w niej zupełnie swobodnie. Być może będziesz musiał to robić kilka razy.

Wykonując zadanie pamiętaj, że chodzi właśnie o dyskomfort, o to by nauczyć się go spokojnie znosić. To, że dyskomfort w wielu przypadkach zanika jest tylko dodatkowym efektem.

Celem takich ćwiczeń wbrew pozorom nie jest osłabienie lęku, ale osłabienie naszych tendencji jego unikania. Gdy przestajesz unikać, chować się i gderać pod nosem, niepokój sam spada. Nie ma innej możliwości!

Stawaj zatem przed swoimi doznaniami w sposób całkowicie otwarty. Nie uciekaj, nie chowaj się, nie rób uników. Nie szukaj ułatwień.

Powstrzymaj nawyki, które sprawiają, że uciekasz z tej sytuacji. Jeżeli rzeczywiście nie możesz znieść negatywnych emocji, zejdź o szczebel niżej. Ćwicz tak długo aż na danym szczeblu poczujesz, że jesteś w stanie robić swoje bez uciekania.

Nie musisz czuć się doskonale. Wystarczy, że będziesz w stanie spokojnie znosić całą sytuację.

Bądź pewien, że stopniowo będziesz się czuł coraz swobodniej. Trenuj regularnie. Dłuższa przerwa może cię zepchnąć w dół drabiny.

Dodatkowa pomoc – ćwiczenie w wyobraźni

Niektórzy zalecają dodatkowe ćwiczenia z użyciem wyobraźni. Szczególnie w latach 70 była to bardzo popularna metoda. Najnowsze badania pokazują niestety, że jest to metoda nie tylko znacznie słabsza od realnej ekspozycji, ale często blokująca rozwój.

Jeżeli tylko możesz, ćwicz w rzeczywistości a nie w wyobraźni. Szczególnie wtedy, gdy robisz to sam. Bardzo trudno jest zasymulować sytuację wzbudzającą lęk. Ktoś mi kiedyś opowiadał o dziewczynie, która ćwiczyła sztuki walki.

Zdobyła jakiś tam pas (chyba nawet czarny) i stoczyła wiele, symulowanych walk, podczas których wyobrażała sobie, że walczy z realnymi napastnikami. Wydawało się, że jest niepokonana. Aż do chwili, gdy została zaatakowana przez prawdziwych napastników. Mimo, że tych wszystkich symulacji po prostu zemdlała (co ją zresztą wyratowało z opresji).

Jeżeli zbytnio zaufasz wyobraźni, może się okazać, że co prawda potrafisz sobie doskonale wyobrazić siebie wyciszonego i spokojnego, ale niewielki ma to wpływ na normalne życie.

To nie znaczy, że nie można stosować ćwiczeń w wyobraźni. To może być metoda wprowadzająca. Możesz wyobrazić sobie trudną sytuację zanim wykonasz rzeczywiste ćwiczenie.

Wyobraź sobie wszystko, co może stać się najgorszego. Stwórz pełny obraz tego co się w takiej sytuacji może dziać. Nie zapomnij o:

  • doznaniach fizycznych
  • emocjach
  • myślach
  • dźwiękach
  • kolorach
  • temperaturze
  • zapachach
  • itp.

Pozwól sobie poczuć to wszystko. Poczuj dyskomfort i zanoś go spokojnie. Zwróć uwagę jak po chwili uczucie dyskomfortu samo zacznie spadać i uspokajać.

Wyobraź sobie, jak konstruktywnie działasz w tej sytuacji.

Nie musisz odgrywać przed sobą supermana, który nie ma żadnych słabości. Zamiast tego wyobraź sobie, że, jesteś w stanie znieść to, co odczuwasz. Wyobraź sobie, że mówisz w tej sytuacji „jestem w stanie to znieść”.

Przyzwól sobie na odczuwanie lęku

Przypomnienie o najważniejszej rzeczy: pamiętaj, że ćwiczysz właśnie po to by czuć dyskomfort i niepokój a następnie z nim się oswoić. Nie unikaj lęku, ale go zaakceptuj. Bądź aktywny w całej sytuacji, ale do lęku podchodź pasywnie.

Nie kupuj negatywnych myśli

W sytuacjach wzbudzających napięcie, nasze myśli podtrzymują i napędzają spiralę niepokoju.

Gdy uważnie przyjrzysz się myślom, jaki ci się pojawiają w takiej sytuacji, łatwo zauważysz, że mają one wspólną cechę. Są kategoryczne i tragizujące.

Możesz myśleć np.:

  • Jestem zupełnie do niczego.
  • Nigdy sobie z tym nie dam rady.
  • Nikomu, nigdy się nie spodobam.
  • Na pewno jej się nie spodobam.
  • Tragicznie mi idzie.
  • Robię z siebie durnia.
  • Wszyscy widzą, że sobie nie radzę.
  • Zaraz się wyda, że nic nie umiem.
  • Wszyscy wezmą mnie za idiotę.
  • Nie jestem w stanie tego wytrzymać

Takie tragizujące myśli niewiele mają wspólnego z prawdą, jednak póki nie jesteśmy ich świadomi mają ogromny wpływ na nasz stan emocjonalny.

Te myśli są zabójcze, tak długo jak je „kupujemy”. Tzn. bierzemy za prawdę i nie mamy do nich żadnego dystansu.

To, że mam w głowie tekst „robię z siebie durnia” nie znaczy, że robię z siebie durnia. Tak samo, jak osoba, która myśli „jestem bananem” nie staje się bananem. Myśl jest tylko myślą. Serią wyładowań w synapsach wywołanych przez określony układ bodźców.

Zamiast „kupować” myśl, uświadom ją sobie. Ok. teraz tak myślę. Tak jak zawsze. Tak jak tysiące innych osób w tej sytuacji.

Taki akt uświadomienie sobie, że myśli to tylko myśli przenosi nas na inny poziom.

Według mnie tyle wystarczy, ale niektórzy lubią jeszcze wspomóc ten proces tzw. zestawem pytań kwestionujących. Możesz je sobie zadać, gdy czujesz, że natywne myśli blokują twoje ruchy.

To trzy poste pytania D – N – A:

Dowody: Czy mam jakieś dowody, że …wezmą mnie za idiotę, że się wszescy widzą, że się denerwuję, że sobie nie poradzę, itp.?

Następstwa A nawet jeśli to co? Czy to naprawdę koniec świata? Czy naprawdę tego nie zniosę?

Alternatywne wyjaśnienia: Czy można spojrzeć na trudności w inny sposób? Jakie są alternatywne wyjaśnienia? Jak by na to patrzył, ktoś inny? Co by sobie myślała osoba, która jest dla mnie wzorem?

Może inne rady? Może inne pytania?

Czy ktoś ma może jakąś inną radę?

Może chciałby coś jeszcze uzupełnić?

A może napisanie komentarza wiąże się dla kogoś z obawą i niepokojem?

A może jakieś inne pytanie?

Dostrzec własne słabości

Dostrzec własne słabości

Opublikowano 23 marca 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 14 komentarzy

Dwie kieszenie

Jeden z cadyków, rabbi Bunam, powiedział do swoich uczniów:

- Każdy z was powinien mieć dwie kieszenie i w razie potrzeby sięgać do jednej albo do drugiej. W prawej kieszeni leżą słowa Dla mnie stworzono świat, a w lewej Jestem pyłem i prochem. (Martin Buber, Opowieści chasydów).

Dziś wielu osobom wydaje się, że rozwój polega wyłącznie na korzystaniu z prawej kieszeni. Za pomocą różnych technik uczymy się jak najczęściej tam zaglądać.

I dobrze, bo często jest nam to bardzo potrzebne. Ale szybko stajemy się karykaturą, gdy nasza lewa kieszeń pozostaje całkiem nieużywana.

Sięganie do lewej kieszeni, dostrzeganie swoich słabości oraz zła, jakie w sobie mamy nie jest pozostałością jakiegoś przestarzałego systemu religijnego. Nie jest wymysłem kaznodziei straszących piekłem. Jest jednym z warunków rozwoju i samorealizacji.

Warunek samorealizacji

Kiedyś już cytowałem Abrahama Maslowa (znanego z piramidy potrzeb). Maslow przeprowadził badania ludzi będących prawdziwymi okazami zdrowia psychicznego, których nazywał ludźmi samorealizującymi się. Pisał o nich:

Są to ludzie zdolni ze stoicyzmem akceptować własną ludzką naturę z jej wszystkimi brakami, z tym wszystkim, co odbiega od obrazu idealnego, bez prawdziwego zakłopotania.

Powiedzenie, że są to osoby zadowolone z siebie, sugerowałoby błędne wrażenie. Należy raczej powiedzieć, że są one zdolne przyjmować niedoskonałości i grzechy, słabości oraz zło ludzkiej natury, w tym samum, niekwestionującym duchu, w jakim przyjmuje się właściwości przyrody.

Ludzie realizujący się, to nie ci, którzy nie mają wad. Przeciwnie, to ci, którzy są w stanie dostrzec to, co w nich jest nie takie jak powinno.

To nie jest łatwe

Sięgnąć do lewej kieszeni nie jest łatwo. Nie ma w niej abstrakcyjnego posypania głowy popiołem, rozważań nad kruchością ludzkiego życia czy niepewną kondycją człowieka we wszechświecie. Są w niej konkretne słabości, braki, niedociągnięcia i błędy. Jest zło, jakie wyrządzamy innym.

To boli. Nic dziwnego, że wolimy się tym nie zajmować. Nasza psychika najeżona jest mechanizmami obronnymi, które pozwalają nam uciec od lewej kieszeni.

Przypisujemy innym nasze wady, wymyślamy dla nich miłe nazwy, pokrętnie je tłumaczymy. To inni są obłudni, my jesteśmy tylko przezorni. To inni są nieczuli i nieludzcy, my tylko musimy z czegoś żyć. To inni są rozbabrani i niezdecydowani, my tylko podejmujemy decyzję. Inni są beznadziejni i sobie nie radzą, my mamy od czasu do czasu słaby dzień.

C.S. Lewis pisze:

Zakładamy, często wierzymy w to, że nasze notoryczne wady są wyjątkowymi, pojedynczymi aktami. Odwrotną pomyłkę robimy, co do naszych zalet – podobnie jak kiepski tenisista, który swoją normalną formę nazywa „złymi dniami” a swoje rzadkie sukcesy uznaje za normę.

Gdyby wierzyć popularnej psychologii, przed takim tenisistą lada dzień otworzy się prawdziwa kariera. Każdy jednak wie, że tak nie będzie. Ten człowiek jest zbyt ślepy na to, by czegoś nowego się nauczyć czy coś w sobie zmienić.

Rozwój zaczyna się dopiero wtedy, gdy umiesz wziąć odpowiedzialność za swoje słabości. Gdy przestajesz zwalać winę na innych, gdy przestajesz nazywać swoje porażki przypadkami a swoje zwycięstwa potwierdzeniem normy.

Iść do przodu możesz dopiero wtedy, gdy masz odwagę popatrzeć uczciwie na swoje życie i dostrzec w nim swoje słabości, błędy i głupotę.

Świadomość słabości otwiera drogę

Ciarki mi przechodzą po grzebiecie, gdy słyszę jak ktoś cytuje słowa „prawda was wyzwoli”. Różne zakłamane typy upodobały sobie ten zwrot by uzasadniać nim niszczenie innych ludzi.

Tak, prawda wyzwala i otwiera drogę. Ale prawda dotycząca twojego własnego zła i słabości. Prawda dotycząca słabości innych ludzi, nigdy nikogo nie wyzwoliła.

Łatwo jest mówić, jaka jest prawda o innych. Znacznie trudniej szukać prawdy o sobie.

Jaka jest prawda na mój temat? To nie jest łatwe pytanie. Ale warto przynajmniej spróbować.

Oczywiście są w nas nie tylko słabości. Mamy wiele mocnych i dobrych stron. Ale bez słabości nasza odpowiedź jest niepełna.

Tak długo, póki cię nie zasmuci, nie przerazi czy nie rozczaruje to, co masz w sobie, znasz tylko pół prawdy.

Refleksja Naikan

Swoich słabości można szukać na różne sposoby. Jednym z nich jest japońska praktyka refleksji Naikan.

Jest banalnie prosta i nie wymaga żadnych szczególnych przygotowań. Potrzebujesz jedynie trochę czasu i jakiegoś spokojnego miejsca. Wystarczy nawet piętnaście minut. Oczywiście lepiej, gdy masz go więcej (w centrach Naikan ludzie siedzą i praktykują przez czternaście godzin dziennie przez tydzień).

Nie jest to żadna skomplikowana medytacja i nie chodzi w niej o wyciszanie czy kontrolowanie umysłu. W Naikan chodzi o otwarcie oczu na samego siebie.

Wybierz jakąś osobę obecną w twoim życiu. To może być któreś z rodziców, rodzeństwo, mąż, żona, partner czy partnerka, dziecko, nauczyciel, ktoś bliski czy ktoś, komu wiele zawdzięczasz.

Następnie poświęć minimum po dziesięć minut, na to by sobie odpowiedzieć na trzy kolejne pytania:

- Co dostałem od tej osoby?

Co dałem tej osobie?

- Jakie kłopoty i trudności sprawiłem tej osobie?

Możesz, szczególnie, gdy przeprowadzasz Naikan w odniesieniu do swojego ojca czy matki, potrzebować więcej czasu.

Gdy już wiesz, o co chodzi możesz zrobić listę osób, które spotkałeś w swoim życiu. Po kolei, w odniesieniu do każdej z nich odpowiadaj sobie na te trzy pytania.

Możesz także zastosować te pytania w nieco inny sposób. Poświęć wieczorem jakieś 15 minut na to by odpowiedzieć:

- Co dziś dostałem od innych?

- Co dałem dziś innym?

- Jakie kłopoty i trudności sprawiłem dziś innym?

Bądź konkretny i nie pomijaj żadnego pytania. Szczególnie trzeciego.

Twórca tej praktyki, buddysta i przedsiębiorca Ishin Yoshimoto radzi by poświęcać na ostatnie pytanie najwięcej czasu. Nie zadawalaj się odpowiedziami typu nic takiego nie było. Gdy czujesz, że trudno ci znaleźć odpowiedzi na trzecie pytania, poświęcaj na nie przynajmniej 60% czasu całego naikan.

Bez tego trzeciego pytania jakakolwiek refleksja na swój temat będzie niepełna.

Każdy z nas jest źródłem bólu, cierpienia i kłopotów dla innych ludzi. To nie jest ani łatwe, ani przyjemne.

Ale nie chodzi o samopoczucie. Wytrzymaj wszystkie negatywne uczucia. Dzięki temu łatwiej ci będzie zminimalizować ilość cierpień, jakie zadajesz innym.

Boże, naucz mnie być przeciętnym jak biało – czarna krowa

Boże, naucz mnie być przeciętnym jak biało – czarna krowa

Opublikowano 11 marca 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 18 komentarzy

Fioletowa krowa przy drodze speca od marketingu

Seth Godin, guru marketingu, rozpoczyna swoją książkę opowieścią o tym jak podróżował z rodziną przez Francję.

Gdy wyjechali z miasta byli oczarowani malowniczymi pastwiskami i pasącymi się na nich krowami. Widok, od którego przeciętny mieszczuch nie może oderwać oczu. Piękny jak książeczka z obrazkami, którą czytało się w dzieciństwie.

Dokładnie to samo robią moje dzieci, gdy na horyzoncie zobaczą choćby niewielką łaciatą figurkę krowy. Dla moich dzieci (i zapewne dzieci Godina), krowa jest znacznie bardziej egzotycznym zwierzęciem niż tygrys, gibon czy słoń. Te ostatnie widujemy od czasu do czasu w zoo. Krowy mamy wyłącznie na ilustracjach.

Po kilkunastu minutach w samochodzie Godinów coś zaczęło się jednak zmieniać. Na początek krowy stały się nieco mniej interesujące. Wystarczyło rzucić na nie okiem od czasu do czasu. Potem stawały się coraz bardziej zwyczajne. W końcu stały się nudne. Po niecałych dwudziestu minutach czar prysł i nikt już nie zwracał na nie uwagi..

Jak pisze Godin: każda krowa jest taka sama i gdy widziałeś jedną, widziałeś wszystkie. By ożywić uwagę, musielibyśmy zobaczyć coś zupełnie nowego. Na przykład fioletową krowę.

Godin wyciąga prosty wniosek: jeżeli chcesz przeżyć w dzisiejszym świecie, musisz stać się fioletową krową. Nie tylko musisz się różnić. Musisz być niezwykły i ponadprzeciętny. Inaczej ludzie cię nie dostrzegą i będzie tak, jakbyś nie istniał. Będziesz jednym z wielu nic nie wartych nudziarzy. Być przeciętnym to znacznie bardziej niebezpieczne niż się wyróżniać:

Chcę jasno powiedzieć, że bezpieczniej jest podejmować ryzyko – wzmocnić w sobie pragnienie dokonania naprawdę zadziwiających rzeczy.

Fioletowe krowy przy drogach specjalistów od rozwoju

Godin zajmuje się głównie marketingiem. Jednak te same rady można znaleźć w książkach z zakresu rozwoju osobistego: wyróżniaj się, bądź niezwykły i ponadprzeciętny. Nie bądź dobry – bądź niesamowity. Nie gódź się na przeciętność. Rozwijaj w sobie wyjątkową osobowość. Oczekuj od siebie niezwykłości. Dąż ustawicznie do wielkości.

Jak byś się czuł, gdyby ktoś ci powiedział, że jesteś przeciętny? Zgodnie ze słownikiem, przeciętny znaczy nie odbiegający od normy, taki, jakiego się najczęściej spotyka, zwykły. Przeciętna szybkość samochodu. Przeciętny zarobek. Przeciętny wygląd (ani ładny, ani brzydki). Przeciętny dzień (ani zły ani dobry, po prostu typowy).

Tymczasem przeciętny człowiek, to ktoś zły, słaby i do niczego. Gdyby ktoś ci powiedział, że jesteś przeciętny, potraktowałbyś to jako obelgę.

Gdy zajmowałem się projektowaniem systemów ocen pracy, zawsze mieliśmy problem z nazwaniem oceny opisującej większość pracowników. Oczywiście nie wchodziło w grę nazwanie jej przeciętną czy dostateczną. Rzadko pomagały inne nazwy, takie jak spełnia wymagania czy zgodnie z oczekiwaniami. Ludzie obruszali się, gdy nie dostawali najwyższej oceny. W wielu firmach, w których dział personalny nie dość dobrze sobie radził z systemem ocen, pod koniec roku, 98% pracowników otrzymywało najwyższe oceny. Wszyscy pracownicy nagle byli znacznie powyżej wymagań. Tylko dlaczego firma nie radziła sobie na rynku a pracownicy mieli poczucie, że nie są traktowani sprawiedliwie?

Jeden z amerykanów, którego cytuje John C. Maxwell, pisze:

Przeciętność wystawia na niebezpieczeństwo cały kraj. Ale zawsze pamiętaj: przeciętność zaczyna się od ciebie.

Pamiętaj, wróg czuwa! Bezpieczeństwo kraju wymaga by wszyscy byli w górnych pięciu procentach!

Nie tylko w Ameryce ludzie czują przymus bycia kimś wyjątkowym. Japoński autor Mishima Yukio w powieści Na uwięzi opisuje jedną z postaci, marynarza Ryuji:

Wiedział tylko, że gdzieś daleko w mrokach świata jest światełko jemu jednemu przeznaczone, które pewnego dnia zbliży się na tyle, by objąć swym blaskiem jego, nikogo więcej…wierzył, że: z całą pewnością czeka mnie niezwykły los, coś zupełnie ekstra, co nie jest dla byle kogo.

Tylko ludzie nieprzeciętni są w stanie coś osiągnąć. Nic dziwnego, że tak chętnie uczymy się tzw. kreatywności. Nikogo nie dziwi grupa menedżerów czy pracowników, którzy biegają po sali szkoleniowej w kolorowych czapeczkach, udają szalejące stado zwierząt, z zapamiętaniem rzucają papierowe samolociki czy licytują się tysiącami absurdalnych pomysłów. Kreatywność to firmowe życie lub śmierć.

Nigdy nie dziwiło mnie organizowanie takich zajęć na uczelniach czy w szkołach. Zdziwiłem się dopiero, gdy zobaczyłem ofertę dla przedszkolaków. Do tej pory naiwnie uważałem, że dzieci są wzorcem kreatywności. Teraz dowiedziałem się, że kreatywności trzeba się uczyć od dzieciństwa. Już czteroletnie maluchy dowiadują się, że bycie typowym to nieszczęście. Że tkwienie w jakimkolwiek schemacie to zbrodnia. Że oczywiste rozwiązania są najgorsze, bo coś sensownego może być dopiero efektem burzy mózgów.

Postęp rozlewa się dalej. Nawet kościół stara się iść do przodu. Jakiś czas temu widziałem plakat reklamujący rekolekcje. Pod zdjęciem grupy młodych ludzi w dziwnych pozach i z dziwnymi minami był wielki napis: Aby zerwać z przeciętnością. Do tej pory, naiwnie myślałem, że Bóg kocha prostaczków i szaraczków.

Ale to nawet lepiej. Kto by chciał być przeciętny? Przecież o to w życiu chodzi by błyszczeć i stać na środku sceny. Broń boże być takim samym jak inni!

Moja szczęśliwe przegrana walka

Ja też zawsze szukałem czegoś niezwykłego. Nie chciałem być przeciętny i zwyczajny. Czasem mi się to udawało. Nosiłem długie włoscy, ubierałem się dosyć niezwykle jak na standardy małego miasta, w którym zastało mnie dojrzewanie, czytałem poezję (czego nie robił nikt z moich towarzyszy niedoli zwanej technikum elektronicznym). Pisałem wiersze (dwa zostały wydrukowane w lokalnej gazecie).

W końcu, gdy byłem starszy, zabrałem się za pisanie książki. Ktoś wyjątkowy w którymś momencie swojego życia powinien napisać książkę. Lepiej wcześniej niż później, bo osoba niekonwencjonalna jakoś dziwnie potrzebuje ciągłego potwierdzania swojej niezwykłości.

Na początku szło doskonale. Pisanie przynosiło mi dużo przyjemności. Szybko skończyłem pierwszy, drugi i trzeci rozdział. W którymś jednak momencie poczułem, że to, co piszę nie jest dość twórcze, niezwykłe czy kreatywne. Krytycznie przejrzałem efekty swojej pracy.

Nie, to mógłby napisać każdy. Gdy jesteś kimś wyjątkowym musisz bardzie się postarać, więcej od siebie wymagać…. Musiałem wszystko poprawić. To nie mogła być prosta książka. To musiało być epokowe dzieło. Coś niezwykłego i dopracowanego do nieskończoności.

Poczucie zabawy i radości z pisania prysło. Zacząłem męczyć się z każdym kolejnym słowem. Byłem twardy i nie poddawałem się. Zaczynałem od nowa i motywowałem się. Ale miesiące mijały. A ja miałem tylko kolejne, nie nadające się do niczego wersje. Po pół roku codziennego, minimum trzy godzinnego pisania byłem na krawędzi depresji.

Któregoś dnia, wybrałem się do księgarni. Wziąłem z półki jakąś książkę. Dobry tytuł, piękna okładka, ale w środku kiepsko. Niespójne rozdziały, koszmarny język, banały. Zacząłem przeglądać inne książki.

Dotarło do mnie, że większość tego, co stoi na półkach to wcale nie są wielkie, wspaniałe i dobrze napisane dzieła. Po większości z nich, nawet tych najlepiej się sprzedających, za dziesięć lat nie będzie śladu. Większość z książek to przeciętne, nudne, biało – czarne krowy.

A jednak nie czułem się lepszy. Przeciwnie. Czułem się przegrany. Czułem, że przegrałem swoją walkę o wielkość i ponadprzeciętność. I czułem, że będę ją przegrywał tak długo, póki ją będę prowadził.

Zrozumiałem, że ludzie po prostu piszą książki (niektóre okazują się doskonałe, ale większość wychodzi średnio). Ja natomiast żyję w świecie fantazji i nierealnych oczekiwań.

Bardzo zatęskniłem za powrotem do rzeczywistości. Chciałem stać się jednym z tych wielu przeciętnych autorów książek. Napisać tylko tyle, by ktokolwiek zechciał to wydać, by ktokolwiek zechciał to wziąć do ręki i by ktokolwiek zechciał to przeczytać. Niech to będzie największy chłam, ale niech to się znajdzie na tej półce! Nie chcę być niezwykły. Chcę cokolwiek zrobić.

Im mocniej oczekiwałem od siebie czegoś niezwykłego, tym bardziej czułem się sparaliżowany. Im bardziej pragnąłem być fioletową krową, tym bardziej nie mogłem być żadną.

Wysoko zawieszona kładka

Nie mamy potrzeby bycia kimś niezwykłym, gdy piszemy list do przyjaciela. Pisanie przychodzi nam naturalnie i nie traktujemy go jak ciężkiej pracy. Wystarczy jednak powiedzieć komuś by napisał to samo, ale jako artykuł do książki, a sprawa staje się naprawdę męczącą.

Gdy piszę do przyjaciela, mogę być zwyczajny i normalny. Gdy piszę artykuł, muszę być genialny.

Gdy poddasz się nakazom niezwykłości, kreatywności i genialności, twoja praca staje się ciężka i męcząca.

Pisanie połączone z oczekiwaniem stworzenia czegoś genialnego jest jak chodzenie po kładce na wysokości stu metrów. Albo jak zdawanie ważnego egzaminu przed surowym profesorem.

Im więcej fioletowej krowy masz w głowie, tym większy stres i napięcie. Fioletowa krowa w głowie sprawia, że nigdy nie jesteś zadowolony i prawnie nigdy nie czujesz satysfakcji. Ciągle musisz się kontrolować i sprawdzać. Ciągle musisz się jeszcze bardziej i bardziej starać. Niewiele zostaje energii na pracę.

Fioletowa krowa, jest jak cenzor, który siedzi gdzieś w środku i ciągle mówi: to nie dość nowe, to nie dość odkrywcze, to nie dość kreatywne, to nie dość wielkie.

To my sami zapraszamy fioletową krowę. My sami wieszamy kładkę tak wysoko, mimo, że równie dobrze mogłaby wisieć metr nad ziemią. My sami wmawiamy sobie, że nasi bliźni są surowymi recenzentami, podczas gdy w rzeczywistości większość z nich to bardzo życzliwi słuchacze.

Pół roku po tym, gdy szczęśliwie udało mi się przegrać walkę o własną niezwykłość, wszedłem do tej samej księgarni i zdjąłem z półki książkę z moim nazwiskiem na okładce.

Przynajmniej na jakiś czas przestałem walczyć o swoją wielkość i niezwykłość. Zamiast pisać genialną książkę napisałem coś, co mogło zainteresować kilku znajomych. Przestałem troszczyć się o doskonałość i zacząłem po prostu pisać.

Gdy oglądałem swoją książkę, wiedziałem, że jest daleko od doskonałości. Wiedziałem, że przydałoby się jej wiele poprawek. Ale trzymałem ją w ręku. I to się liczyło. A gdy zacząłem jeszcze dostawać maile z podziękowaniami od czytelników, poczułem się jak krowa, która daje mleko. Fioletowe krowy nigdy nie dają mleka.

Paradoks

Czy dzisiejsze ulice pełne są wyjątkowych, niezwykłych i kreatywnych ludzi? Czy w dzisiejszych mediach jest wiele osób wyjątkowych i niezwykłych?

Udziwnionych, zmanierowanych, sztucznych – owszem. Ale wyjątkowych i niepowtarzalnych?

To smutne. W czasach, w których tak mocno pragniemy się wyróżniać, jesteśmy tacy jednakowi. Tygiel rodem z dramatu antycznego. Nasze pragnienie niezwykłości sprawia, że stajemy się tacy sami.

Seth Godin, którego cytowałem na początku zachęcał do tego by wzmacniać w sobie pragnienie dokonania naprawdę zadziwiających rzeczy.

Przeciwnie. Im mocniejsze w jest w tobie pragnienie dokonania niezwykłych i zadziwiających rzeczy, im bardziej pragniesz być kimś niezwykłym, tym większa przeciętność ci grozi.

Jakie jest rozwiązanie?

Przestań szukać nieprzeciętności i zacznij szukać autentyczności.

Przestań szukać niezwykłych, kreatywnych rozwiązań. Zamiast tego szukaj rozwiązań oczywistych i najprostszych.

Patricia Ryan Mason, w swojej książce Improv Wisdom cytuje wypowiedź projektanta oprogramowania, który zmienił swój sposób rozwiązywania problemów:

Wcześniej cenzurowałem wiele z moich pomysłów zanim dochodziłem do czegoś użytecznego. Teraz projektując interfejs użytkownika szukam rzeczy oczywistych. Gdy idę na spotkanie z Działem Rozwoju i mówię im o rzeczach łatwo dla mnie dostrzegalnych, kierownicy klaszczą w dłonie i mówią „Dlaczego myśmy o tym nie pomyśleli?” Wtedy wiem, że mój pomysł jest dobry. Wcześniej często szukałem czegoś sprytnego czy innowacyjnego, tracąc to co było na wprost mnie.

Nie pomijaj tego co ci pierwsze przychodzi na myśl. Nie bój się zaakceptować najbardziej oczywistych rozwiązań. Gdy patrzysz uważnie na to, co przed tobą i nie starasz się być drugim Enstinem czy Picassem, zazwyczaj żadna burza mózgów nie jest ci potrzebna.

Gdy piszesz, nie twórz ale napisz najprościej jak potrafisz to, co masz do napisania. Pisz jakbyś pisał do przyjaciela.

Gdy robisz zdjęcia, nie kreuj obrazu ale po prostu fotografuj to co widzisz. Nie szukaj rzeczy niezwykłych. Dostrzegaj to, co masz przed sobą.

To samo można odnieść do każdej dziedziny twórczości: muzyki, architektury, prawa, księgowości, informatyki, itd.

Pozwól sobie na przeciętność

Od środka każdy z nas jest kimś przeciętnym. Jak się na co dzień zaskakiwać, gdy człowiek zna się od dwudziestu, trzydziestu czy więcej lat?

Gdy staramy się być ponadprzeciętni, przestajemy być autentyczni. Być autentycznym to być zwyczajnym. Czasem nudnym, czasem powielającym. Takim jakiem jesteś w środku.

Twoja autentyczność być może okaże się dla innych czymś niezwykłym. Być może to, jak na co dzień widzisz świat będzie absolutnym olśnieniem dla kogoś innego. Być może to, co dla ciebie normalne, dla innych okaże się niesamowite. Może tak, może nie. Przestań się tym zajmować.

Bądź taki, jaki jesteś. Bądź biało – czarną (czy brązową) krową.

Nie szukaj egzaltacji i wyjątkowości. Nie goń za wybitnością. Nie próbuj zrobić coś specjalnego. Nie sil się na myślenie poza ramami i wymuszoną kreatywność.

Mistrz zen Shunryu Suzuki mówi:

Kiedy już nie próbujesz zrobić niczego specjalnego, wówczas robisz coś.

To naprawdę duża ulga nie musieć robić rzeczy niezwykłych.

Jeden z moich ulubionych psalmów (131) opisuje ten stan:

Panie, moje serce nie jest wyniosłe

i oczy moje nie patrzą z góry.

Nie gonię za tym, co wielkie

albo co przerasta moje siły.

Przeciwnie zaprowadziłem ład i pokój w mojej duszy.

Jak niemowlę u swej matki,

Jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza.

Piękny obraz, ale trudny do osiągnięcia. Wiedzieć o tym wszystkim to zbyt mało.

Wiem, jak bardzo pragnienie niezwykłości utrudnia mi życie. Jak bardzo komplikuję sobie pracę, starając się „robić coś specjalnego” i „goniąc za tym co wielkie i co przerasta moje siły”.

Ale co z tego, że wiem? Co z tego, że już kilka razy się przekonałem, że najlepsze efekty przynosi prostota? Co pewien czas na nowo łapię się na dopieszczaniu, uniezwyklaniu i ukreatywnianiu. Jeszcze wielu rzeczy musze się oduczyć by stać się autentyczny jak niemowlę. By pozbyć się traktowania siebie samego jakbym był fioletową krową.

Mam nadzieję, że może komuś mniej zawikłanemu w takie myślenie, ten tekst pomoże. Że zamiast kombinować, po prostu będzie robił rzeczy oczywiste i najbardziej potrzebne.

Naturalna wyjątkowość

Jeżeli dla kogoś biało czarne krowy są nudne i takie same, powinien zatrzymać samochód i spróbować wydoić jedną z nich. Albo przynajmniej uważnie jej się przyjrzeć. Okazałoby się, że nie ma dwóch takich samych. Że gdy widziałeś jedną, widziałeś tylko jedną.

Gdy pragniesz fioletowych krów jesteś tylko amerykańskim turystą. To nie krowa ma problem. To amerykański turysta ma problem z tym, jak widzi świat.

Gdy przestajesz szukać swojej wyjątkowości i zamiast tego przechodzisz zwyczajnie i uważnie przez kolejne chwile, sam z siebie stajesz się wyjątkowy. Bez żadnego świadomego wysiłku. Często sam nawet o tym nie wiesz.

Chmury i niebo: umiejętność obserwacji siebie

Chmury i niebo: umiejętność obserwacji siebie

Opublikowano 01 grudnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 30 komentarzy

Ten artykuł jest drugim z cyklu „Poznaj cztery umiejętności konstruktywnej obsługi siebie samego”. Pierwszy z nich był poświęcony umiejętności akceptacji.

Eksperyment

Wyobraź sobie, że jesteś chory i ktoś daje ci mocne lekarstwo. Dzięki niemu od razu wyzdrowiejesz, ale musisz się przygotować na nietypowe efekty uboczne. Możesz przez jakiś czas odczuwać palpitacje, drżenie rąk, złość, rozdrażnienie, strach lub smutek. To wszystko może być nieprzyjemne, jednak po jakimś czasie minie. Doznania będą chwilowe i oprócz dyskomfortu w żaden sposób trwale na ciebie nie wpłyną.

Zażywasz lek i rzeczywiście, po kilkudziesięciu minutach pojawiają się wszystkie objawy. Nie jest to przyjemne, ale przecież wiesz, że to nic takiego. Mówisz sobie:

- Aha, więc tak to wygląda. To nic takiego.

Załóżmy, że akurat zacząłeś oglądać jakiś ciekawy film. Czy przerwiesz seans? Prawdopodobnie nie. Wrócisz do swojego zajęcia i mimo, że nie ogląda ci się tak dobrze jak do tej pory, ciągle dobrze się bawisz. Gdy kończysz film, zauważasz, że wszystko, nie wiadomo, kiedy przeszło.

A teraz wyobraź sobie, że to samo lekarstwo podano komuś bez żadnej informacji o efektach ubocznych. Czy ta osoba zareaguje tak samo? Co się stanie, gdy kilkadziesiąt minut później, bez uprzedzenia pojawi się zestaw nieprzyjemnych doznań i emocji?

Najbardziej prawdopodobne będzie to, ze człowiek zacznie się niepokoić i podda się emocjom. Coś się ze mną dzieje, coś jest nie tak. Wkurza mnie ta sytuacja…. Przerwie to, co robi i albo zacznie się zastanawiać, co jest nie tak, albo będzie szukał ujścia dla emocji.

Im bardziej będzie się zastanawiał, tym wyraźniej będzie czuł negatywne doznania (świadomość wzmacnia odczuwanie). Gdy będzie szukał ujścia (np. skrzyczy żonę, że stuka garami, podczas gdy on ogląda) pojawi się poczucie winy, które jeszcze bardziej wzmocni rozdrażnienie. Słowem błędne koło zacznie się napędzać i po dwóch godzinach, gdy fizjologiczne działanie leku zniknie, ta osoba ciągle będzie czuła się pobudzona i rozdrażniona.

Jednym z najsłynniejszych eksperymentów psychologicznych były badania Stanleya Schachtera poświęcone naturze emocji. W ich trakcie ochotnikom podawano zastrzyk adrenaliny. Jedni słyszeli, że to niewinne witaminy bez żadnych efektach ubocznych. Innych rzetelnie informowano o tym, że pojawi się pobudzenie, drżenie mięśni i inne doznania.

Okazało się, że ludzie, których poinformowano o efektach ubocznych znacznie rzadziej poddawali się emocjom. Ci, którzy nie byli uprzedzeniu szybko zarażali się złością lub euforią od pomocników eksperymentatora.

Dlaczego tak łatwo zachować spokój i nie wpaść w błędny krąg, gdy jesteśmy uprzedzeni o efektach?

W takiej sytuacji, gdy pojawiają się doznania i emocje, wiesz, że są one tylko efektem podania leku. Masz do nich dystans. Jak to się czasem mówi – nie zlewasz się z nimi. Jest w tobie część obserwująca i część doznająca. Tu jestem ja a tu są moje doznania i emocje. Wiesz, że twoje doznania są tylko artefaktem, sztucznym wytworem. Nie są sygnałem alarmowym, który ma źródło w jakimś realnym zagrożeniu. Wiesz, że to „nic takiego”.

W drugiej sytuacji, gdy doznania przychodzą niespodziewanie, reagujesz inaczej. To, co się wtedy dzieje, niektórzy z psychologów nazywają fuzją poznawczą (cognitive fusion). W jej trakcie nasze emocje, myśli czy doznania traktujemy jak absolutną, jedyną rzeczywistość. Emocje i myśli stapiają się z całym tobą.

Możesz z nimi walczyć, możesz im się poddać, ale cały czas traktujesz je jak rzeczywistość.

Codzienne stapianie się z emocjami i myślami

Nasze emocje, myśli czy doznania fizyczne są powiązane z tym, co dzieje się w świecie. Gdy czuję złość, smutek czy zagubienie, to nie dlatego, że ktoś mi podał jakiś zastrzyk.

Ale mimo to, ten pierwszy sposób patrzenia (który miały osoby poinformowane o efektach) jest bliższy prawdzie niż drugi.

Nasze nastroje, uczucia i myśli są rezultatem pracy naszego umysłu. Są efektem pracy skomplikowanej i cudownej maszyny, zawierającej miliony skojarzeń i pojęć. Nie są jednak rzeczywistością. Są jakimś jej obrazem – mniej lub bardziej trafnym, mniej lub bardziej praktycznym – ale niczym więcej niż tylko obrazem.

Myśli są tylko myślami. Emocje są tylko emocjami.

Trudno nam to dostrzec od środka. Nieco łatwiej, gdy przyglądamy się temu z boku.

Oto Zbyszek Ryżak siedzi nad trudnym tekstem i ma wrażenie, że cały jego wysiłek idzie na marne. Ma poczucie, że nic mu się dziś nie udaje. Szamocze się i szamocze i nic z tego nie wynika. Wszystko jest szare i do niczego. Podchodzi do okna i patrzy na niebo o barwie płyt chodnikowych i myśli by dać sobie spokój. Potem siada za komputerem i otwiera pocztę. Znajduje maila z podziękowaniem od kogoś za pomoc. I nagle świat jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki się zmienia. Staje się piękny, cudowny i radosny. Zbyszek Ryżak jest przekonany, że to co robi ma sens. Zupełnie nie pamięta o tym, co było chwilę temu. Nawet niebo się zmienia. Przypomina mu teraz przyjemny pobyt w Szkocji. Co się stało? Czy świat się zmienił? Przeszła przez niego burza magnetyczna i wszystko pozmieniała? Nie. Świat cały czas jest taki sam.

To tylko mój umysł się przestawił.

Opinie naszego umysłu i jego doznania czasem są trafne, czasem nie. Czasem są cenne a czasem szkodliwe. Ale są to tylko opinie i obrazy. Coś, co nakładamy na świat.

Na codzień jesteśmy całkowicie zanurzeni w świecie swoich myśli i doznaniach. Obrazy, jakie wytwarza nasz umysł i doznania traktujemy jak coś realnego.

Co więcej, jeszcze się kłócimy i do upadłego walczymy, twierdząc, że nasze opinie są faktami.

Ostatnio słyszałem, jak ktoś mówił:

- Trzeba być realistą, nie da się w Polsce zarobić dużych pieniędzy bez kradzieży! Ktoś, kto mówi inaczej ma kłopoty z oceną rzeczywistości!

Taka wypowiedź świadczy o fuzji poznawczej – stopieniu się rzeczywistości z opiniami. Ta osoba myli swoje opinie i doznania z rzeczywistością. Nie przychodzi jej do głowy, że to, o czym mówi to tylko jedna z wielu ocen. Być może słuszna, być może nie, ale nic poza tym.

W największym stopniu fuzji podlegają obrazy i odczucia dotyczące nas samych.

- Jestem nieudacznikiem.

- Nigdy nic mi nie wychodzi.

- Jestem słaby.

- Ciągle wszystko plączę.

- Znowu przegrywam.

- Nic mi nie wychodzi.

- Nigdy mi się nic nie uda.

- Moje życie to bałagan.

- …

Tego rodzaju zdania mogą brzmieć jak mądre i obiektywne odkrycia. Człowiek siada i przychodzi do niego odkrywcza myśl:

- No tak. Bądź raz ze sobą szczery. Nigdy ci się to nie uda.

Czy zdarzyło ci się kiedyś mieć takie myśli? Mnie się zdarzyło i to nie raz.

Przypomnij sobie, jak się wtedy czułeś? Czy wydawało ci się, że to prawda? Że tak jest w rzeczywistości?

Zaczerpnąłem te sformułowania z listy typowych myśli automatycznych, jakie pojawiają się podczas depresji (bez obawy, nie wystarczy stwierdzić u siebie takich myśli by być uznanym za chorego). Tych myśli doświadczają ludzie będący w najróżniejszych sytuacjach – zarówno gospodynie domowe, jak i uznani reżyserzy czy bankierzy z osiągnięciami. Te myśli nie mają nic wspólnego z ich sytuacją, a jedynie z tym jak pracuje ich umysł.

Są jedynie bełkotem pijanego, depresyjnego mózgu.

Podstawowa różnica, jaka jest między chorymi na depresję a ludźmi, którzy potrafią żyć w sposób konstruktywny jest taka, że ci pierwsi bezkrytycznie „kupują” produkty swojego umysłu. Za obiektywną rzeczywistość biorą obrazy i doznania, jakie wytwarza skomplikowana maszyneria schowana pod ich czołem.

W efekcie:

  • ile razy pojawi się doznanie strachu – żyją w strachu,
  • ile razy pojawi się doznanie złości – żyją w złości,
  • ile razy pojawi się doznanie smutku – żyją w smutku.

Budzenie obserwatora

Gdyby nie możliwości metapoznania, nie moglibyśmy odpowiedzieć na najprostsze pytanie, typu: o czym teraz myślisz?. Możemy nie tylko powiedzieć, o czym myślimy, ale jak nasze myśli się zmieniają oraz jak łączą się z innymi doznaniami.

Dzięki metaświadomości możemy stanąć krok wyżej i przyjrzeć się temu jak pracuje nasz umysł.

Gdy przyjmiesz pozycję życzliwego i zainteresowanego obserwatora i skierujesz uwagę, na to co dzieje się w tobie, łatwo ci będzie pojąć, że twoje myśli i uczucia są myślami i uczuciami. Pojawiają się, przepływają i znikają. Zabarwiają świat, czasem go zaciemniają, czasem wyostrzają. Ale nie są światem.

Są wewnętrznymi zjawiskami wywołanymi przez nasz umysł.

Emocje i myśli są jak chmury na niebie – czasem burzowe, czasem lekkie i jasne, czasem poruszające się bardzo powoli a czasem szybko. Czasem jest ich niewiele (rzadko kiedy nie ma żadnej chmury) a czasem całe niebo jest zasnute.

Nie jesteś chmurami. Jesteś niebem, na którym się pojawiają. Gdy zapomnisz o tym, kim naprawdę jesteś, emocje mogą cię porwać. Zawsze jednak możesz na nowo uzyskać „metaperspektywę”, wyrywając się z fuzji poznawczej.

Gdy nauczysz się takiej perspektywy twoje życie może się zmienić:

  • gdy pojawi się w tobie doznanie strachu – zamiast żyć w strachu, możesz żyć ze strachem, robiąc to co powinieneś, mimo tego, że czujesz obawy;
  • gdy pojawi się w tobie doznanie złości – zamiast żyć w złości, możesz zacząć żyć ze złością – z kłopotliwym, hałaśliwym i dokuczliwym lokatorem, ale jednak lokatorem a nie właścicielem;
  • gdy pojawi się w tobie doznanie smutku – zamiast pogrążać się w nim, możesz żyć ze smutkiem, ciężarem, który cię spowalnia ale nie zamyka w czarnej norze.

Gdy zamiast żyć w emocjach, żyjesz z emocjami jesteś jak człowiek, który został uprzedzonym, że mogą się pojawić różne efekty uboczne. Robi swoje i pozwala emocjom oraz myślom wybrzmieć.

Uwagi do ćwiczeń

Wyjście poza stopienie się ze swoimi myślami czy odczuciami jest dosyć trudne.

To chyba najtrudniejsza umiejętność z tych, o których piszę w tym cyklu.

Łatwo pomylić ją z żonglerką poznawczą. Zacząć np. fantazjować, że umiemy wyjść poza siebie, wejść w skórę drugiej osoby czy nawet unieść się poza świat. Tu naprawdę nie chodzi ani o pozycje percepcyjne NLP, ani o „doświadczenia astralne”. Tego rodzaju praktyki wiążą się z jeszcze mocniejszym zagłębianiem się w swój umysł. Jednym z podstawowych wskaźników czy w swoich ćwiczeniach nie zbaczasz na manowce jest poczucie zwykłości i normalności. Gdy czujesz, że dzieje się coś niesamowitego, niezwykłego, że doświadczasz doznań o niezwykłej przenikliwości, że udało ci się wreszcie zobaczyć istotę świata i przeniknąć przez zasłony materii – to sygnał, że pora zrobić przerwę. Iść do ubikacji, albo pogadać z kimś o cenie rzodkiewki. Gdy mimo tego poczucie olśnienia nie ustępuje, warto udać się do psychiatry albo spowiednika (rabina, imama, guru, sensia, rosiego czy kogo tam masz). Albo jesteś wariatem, albo świętym.

Druga uwaga. Nie da się tego ćwiczyć bez przynajmniej pewnego poziomu akceptacji (pierwszej umiejętności, o której była mowa w poprzednim tekście tego cyklu). Tak długo, póki nie uda ci się porzucić oczekiwania na to by było inaczej niż jest, nie możesz przyglądać się temu jak pracuje twój umysł.

Porzuć nadzieję na uwolnienie się od negatywnych doznań. Porzuć przynajmniej część nadziei, bo inaczej niczego nie dostrzeżesz. Póki chcesz by było inaczej będziesz „przyspawany” do obrazów tworzonych przez swój chimeryczny i zmienny umysł.

Akceptacja oznacza życzliwość czy łagodność dla siebie. Gdy ciągle wybierasz i stawiasz warunki: tak powinienem się czuć, taki powinienem być, tak powinienem myśleć, itp. jesteś nieżyczliwy dla tego, co się w tobie pojawia.

Jesteś jak ktoś, kto wydał przyjęcie, rozesłał zaproszenia a teraz nie wpuszcza tych, którzy przyszli ubrani nie w takich kolorach jak lubi. Gospodarz, mimo, że ma prawo mieć swoje preferencje, musi być życzliwy wobec wszystkich gości.

Z drugiej strony sama akceptacja może być pułapką. Gospodarze nie powinien zostawiać swego domu, całkowicie we władanie gości. Gdy tylko akceptujesz, ale tkwisz w fuzji, negatywne emocje szarpią tobą i porywają cię.

Dlatego ważne jest by oprócz godzenia się na nie umieć je traktować tak jak tego wymagają – jako emocje i myśli – produkty naszego umysłu.

Propozycje ćwiczeń

Jest wiele ćwiczeń, które ułatwiają rozwój umiejętności obserwacji czy de-fuzji poznawczej. Ten artykuł jest wprowadzeniem w temat. Jeżeli będzie taka potrzeba mogę podać więcej ćwiczeń. Teraz tylko wybrane trzy.

Ćwiczenie Eckharta Tolle

Eckhart Tolle, proponuje bardzo proste ćwiczenie (może nawet zabawę), które pomaga rozwinąć umiejętność obserwacji swojego umysłu:

Zamknij oczy i powiedz sobie: Ciekawe, jak pierwsza myśl mi się nasunie. A potem czekaj na nią z wytężoną czujnością, jak kot przy mysiej dziurze. Jaka myśl wyskoczy z dziury? Spróbuj (Echart Tolle, Potęga teraźniejszości, str. 116).

Póki jesteś w pełnej obecności myśli, tak chętnie się nie pojawiają. Gdy się już pojawią ciągle możesz je przez chwilę poobserwować. Nie musisz rzucać się na nie jak kot.

Podsłuchiwanie myśli

By ułatwić sobie obserwację tego, co się dzieje z twoim umysłem możesz posłużyć się wyobraźnią i zabawą. Np.:

  • Pomyśl, że twój umysł jest stacją radiową, posłuchaj tego, co się w nim dzieje, tak jakbyś słuchał radia. Co mówi spiker? Jaką muzykę nadaje?
  • Pomyśl, że twoje myśli to telefon. Słyszysz dzwonek, podnosisz do ucha i słyszysz np.:. Hej, czy ja już ci mówiłem, że nic ci z tego nie wyjdzie? Pomyślałem sobie, że chciałbyś usłyszeć moją rzetelną opinię na twój temat: jesteś ofiarą!
  • Potraktuj swój umysł jak wyskakujące reklamy internetowe. Co się na nich pojawia?

Liczenie oddechów

To chyba podstawowe ćwiczenie, pozwalające rozwinąć tą umiejętność. Prawdziwym celem tego ćwiczenia nie jest uspokojenie czy regulowanie oddechu. Nie jest nawet rozwój umiejętności koncentracji. Najważniejsza jest umiejętność obserwowania swoich myśli jak zjawisk przepływających przez nasz umysł.

Oto krótka instrukcja

Usiądź wygodnie (możesz na krześle lub na poduszce ułożonej na podłodze). Wyprostuj kręgosłup. Głowę trzymaj prosto. Wyobraź sobie, że do samego czubka głowy masz przywiązaną linkę, która podnosi cię do góry, będąc dokładnym przedłużeniem kręgosłupa. Rozluźnij ramiona. Linka podnosi cię tylko w linii kręgosłupa. Ręce połóż swobodnie na kolana. Możesz także położyć je jedną na drugiej, wewnętrzną stroną do góry, lewa dłoń grzbietem na prawej, palce prostopadle do linii nosa. Nie przyciskaj łokci do tułowia, pozwól im leżeć swobodnie. Aby ustabilizować pozycję, możesz wykonać tułowiem i głową parę ruchów w lewo i prawo. Wybierz pozycję w samym środku – najbardziej równomierną i stabilną. Zamknij oczy lub opuść powieki. Możesz skupić wzrok na jakimś punkcie leżącym przed tobą (w odległości metra czy dwóch).

Oddychaj nosem, lekko i bez wysiłku. Dźwięk oddechu nie powinien być słyszalny (jeżeli masz zatkany nos, wcześniej go przeczyść). Obserwuj swój oddech.

W myśli licz wdechy i wydechy (wdech – jeden, wydech – dwa). Możesz liczyć także same wdechy (wdech – jeden, wydech, kolejny wdech – dwa, wydech …)

Gdy dojdziesz do dziesięciu, zacznij od początku. Gdy się pomylisz, nie przejmuj się tym, nie poświęcaj temu zbytniej uwagi. Zacznij liczyć od początku. Gdy uświadomisz sobie, że myślisz o czymś innym, łagodnie wróć do oddechu. Po prostu zacznij liczyć od nowa.

Pozwól, by twoje myśli swobodnie przepływały. Patrz na nie, jakbyś patrzył z okna na przechodniów. Nie biegnij za żadną, ale pozwalaj każdej spokojnie przejść.

Nie kontroluj oddechu. Nie staraj się, by był szybszy czy wolniejszy. Sam z siebie zacznie się wydłużać, ty jednak nie staraj się o to, a jedynie licz ilość oddechów. Wytrzymaj przynajmniej trzy minuty. Nie sprawdzaj czasu na zegarku, ustaw minutnik i przerwij dopiero, gdy usłyszysz sygnał. Gdy w trakcie ćwiczenia pojawi się myśl typu: długo, jeszcze? chyba nie wytrzymam, ale to nudne… pozwól jej przepłynąć i wróć do liczenia oddechów: jeden, dwa, trzy…

Poznaj cztery umiejętności konstruktywnej obsługi siebie samego: akceptacja

Poznaj cztery umiejętności konstruktywnej obsługi siebie samego: akceptacja

Opublikowano 27 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 14 komentarzy

We wielu tekstach tego bloga pojawiają się opisy różnych umiejętności. Usiadłem ostatnio i zastanowiłem się, jakie są cztery najważniejsze zasady, które pozwalają konstruktywnie żyć. Odpowiedź na takie pytanie zawsze jest efektem tego, w jakim momencie życia jest człowiek, jakie książki ma na biurku i z kim się ostatnio zadaje. Ja od pewnego czasu najbardziej zadaję się z kierunkiem zwanym ACT (Acceptance and Commitment Therapy) oraz z tym wszystkim co wywodzi się z myśli japońskiego psychiatry z początku XX wieku, Shōma Mority. Moja lista nie pretenduje zatem do uniwersalności. Jednak, gdy ktoś mi zadaje pytania lub prosi o poradę, najczęściej mówię mu o jednej (lub kilku) z tych umiejętności.

Chciałbym napisać, że to proste rzeczy. Ale tak nie jest.

Nie mogę ci obiecać, że gdy tylko o nich przeczytasz, od razy wszystko stanie się proste.

Nie. Gdy po raz pierwszy będziesz próbował je zastosować możesz zrobić to nieumiejętnie.

Ale nawet gdybym stał obok ciebie, wiele bym ci pomógł. Te umiejętności wymagają twojej wewnętrznej pracy. Uzbrój się w postawę eksperymentatora. Choć „eksperymentator” nie jest tu najlepszym słowem. Sugeruje gościa w białym fartuchu i sterylnym laboratorium, który przeprowadza skomplikowane operacje. Chodzi mi o coś bardziej prozaicznego. Weź to, co masz pod ręką, rzuć na ścianę i patrz czy się przylepia. Jeżeli odpadło, podnieś i spróbuj jeszcze kilka razy. Możne pod innym kątem, może mocniej, może słabiej… Gdy coś się przylepi, będziesz wiedział jak i czym dalej rzucać.

Co dwa dni pojawią się tekstu o kolejnej z umiejętności.

Będą to kolei:

  • Akceptacja: bądź gotów doświadczyć wszystkiego, co się pojawi (niżej)
  • Obserwacja: pamiętaj, że nie jesteś chmurą i nie daj się porwać.
  • Wartości i cele: miej świadomość tego, co naprawdę ważne
  • Działanie: ubrudź sobie ręce

Akceptacja: bądź gotów doświadczać wszystkiego

Akceptacja jest trudną rzeczą, dlatego, że nasz umysł zazwyczaj posługuje się unikaniem.

Gdy coś jest bolesne czy choćby nieprzyjemne, unikamy tego. Gdy dotkniesz rozgrzanej kuchni, automatycznie wycofujesz rękę. To sensowne, jeżeli chodzi o świat zewnętrzny. W świecie wewnętrznym, ta strategia prowadzi do poważnych problemów. Gdy pojawia się w tobie złość, smutek czy zagubienie nie możesz po prostu odsunąć ręki, albo odwrócić się i udawać, że nic się nie dzieje.

Im bardziej będziesz próbował uniknąć swojego wewnętrznego doświadczenia, tym większą będzie miało nad tobą kontrolę. Przypomina to trochę grząskie piaski.

Człowiek wchodzi na piasek i nagle zapada się po kolana. Próbuje się oswobodzić, szarpie się, ale piasek wciąga go coraz bardziej. W końcu jedyne, co po nim zostaje to kapelusz.

Grząski piaski są niebezpieczne, bo uwolnienie się z nich wymaga działania sprzecznego z pierwszym odruchem. Zamiast szarpać się i próbować wyrwać, trzeba przestać się ruszać, zacząć głęboko oddychać i położyć na plecach. Gdy się szarpiesz, ciężar ciała oparty jest na małej powietrzni stóp. To powoduje wbijanie ich w piasek. Gdy ciężar ciała rozkłada się na większej powierzchni, zaczynasz unosić – tak jakby piasek był gęstą cieczą. Wykonując powolne, niewielkie ruchu, możesz dopłynąć do brzegu.

Podobnie jest z negatywnymi doznaniami. Im bardziej chcemy je zmienić, im bardziej nam się nie podobają, tym bardziej nas wciągają. Walka i szarpanie się tylko pogarsza sytuację.

Ofiara grząskich piasków ginie, bo błędnie założyła, że to jedyna droga przeżycia. W odniesieniu do emocji i myśli również mamy cały szereg błędnych założeń. Myślimy:

- Muszę się wziąć za siebie.

- Nie mogę sobie na to pozwolić.

- Wystarczy chcieć.

- To ja jestem odpowiedzialny za to jak się czuję.

- Muszę być wobec siebie bardziej stanowczy.

- Nie mogę być smutny / wściekły / przygnębiony, itp…

- Nie wolno mi czuć złości.

- Zawsze muszę myśleć pozytywnie.

- Ludzie sukcesu nigdy źle się nie czują, a ja jestem człowiekiem sukcesu!

Nie wiem czy opowiadałem już tą historię. Jakiś czas temu, grupka znajomych Anglików wybrała się do Pragi. Gdzieś w środku miasta znaleźli wygodny trawnik. Ponieważ zbliżała się siedemnasta, a oni mieli przy sobie kompletny sprzęt turystyczny, rozłożyli karimaty, kuchenkę turystyczną i zapatrzyli herbatę. Gdy już prawie kończyli ja popijać ze swoich blaszanych kubków, pojawiło się dwóch mundurowych. Gdy zorientowali się, że to Anglicy, jeden z nich powoli, szkolnym angielskim powiedział:

- It is not possible to sit on the grass – zapewne chciał powiedzieć, że w tamtym miejscu obowiązuje zakaz siadanie na trawie, ale wyszło mu, że to niemożliwe by siedzieć na trawie.

Jeden z Anglików, siwy pan w okularkach a la Ghandi, imieniem Hol, popatrzył na niego z miną wyrozumiałego nauczyciela i odpowiedział:

- No. It is possible. We are just sitting (Nie, to możliwe. Przecież siedzimy).

Bardzo często zachowujemy się względem naszych doznań jak ten średnio rozgarnięty czeski policjant:

- Nie mogę się tak czuć. To niemożliwe bym czuł [zawiść, złość, pożądanie, smutek, depresję, zmęczenie, żal, poczucie winy,…]

Nie stary. Możesz nie chcieć tego czuć. Ale to czujesz. It is possible! To się właśnie dzieje.

Twój świadomy wysiłek by tego nie czuć nic ci nie da. Uczucia nie podlegają naszej wolicjonalnej kontroli. Próby pozbycia się ich za pomocą wysiłku woli na nic się nie przydają.

Jedyne, co możesz zrobić to je zaakceptować. Dopuścić do świadomości. Doświadczać ich i obserwować je z pełną uważnością.

Opór czy zaprzeczanie tylko pogarsza sprawę. Gdy wypchniesz swoje odczucia poza zakres świadomości wcale nie przestaną istnieć. Zejdą tylko pod powierzchnię. Ale stamtąd będą na ciebie wpływać w jeszcze większym stopniu. Znacznie lepiej jest by pozostały na powierzchni.

Ćwiczenie akceptującej świadomości

Akceptacja jest umiejętnością, którą trzeba rozwijać. Całe szczęście mamy do tego wiele okazji. Jest nią każda sytuacja, w której dostrzegasz coś, co budzi twój niepokój, zażenowanie, złość smutek czy jakiekolwiek negatywne uczucie.

Gdy spotkasz taką sytuację spróbuj przyjrzeć się temu, co czujesz bez odwracania się. Zaakceptować nie oznacza od razu pokochać. Wystarczy przestać udawać, że tego nie ma.

Przestać walczyć i wypychać to, co jest w tobie.

Popatrz na to, co czujesz tak, jakby patrzył ktoś inny. Ktoś, chce jedynie opisać proces, który zachodzi.

  • Jakie doznania odbierasz?
  • Co do siebie mówisz?
  • Jak się czujesz?
  • Na czym skupiasz uwagę?
  • Co jest w tym momencie dla ciebie ważne?

Nie stosuj żadnej taryfy ulgowej. Nie wybieraj: to warto dostrzec, a tego nie. Zobacz wszystko. Bez oceny.

Jesteś do tego zdolny. Być może nie od razu wszystko łatwo ci będzie objąć. Z czasem będzie jednak coraz lepiej.

Chodzi tylko o to, by biernie zauważyć. Bez próby wpływania czy kontroli. Nie walcz. Łapiesz się np. na tym, że masz ochotę, powiedzmy, ukraść trochę cukierków ze sklepu. Albo, podczas rozmowy ze swoim szefem całkowicie go zgnoić. Albo, że masz ochotę uciec, schować się przed ludźmi i nie wychodzić z norki. Albo by ktoś cię przytulił, pogłaskał po głowie i powiedział, jaki jesteś biedny. Cokolwiek…

Dobra, masz taką chęć. I tyle. Wystarczy to stwierdzić. Bez walki. Jeżeli powiesz sobie: natychmiast przestań, jeżeli użyjesz tak zwanej siły woli, efekty będą pozorne. Na chwilę – może na trzy sekundy wystarczy. Jednak bądź pewny, że wszystko wróci i prawdopodobnie będzie jeszcze mocniejsze. Dlatego po prostu dopuść to do świadomości. Stwierdź, ale nie walcz. Dobra, mam ochotę ukraść te cukierki, mam ochotę mu dołożyć, mam ochotę uciec, mam ochotę poddać się, mam ochotę by ktoś mnie potraktował jak małe dziecko… I tyle.

Jeżeli nie znajdujesz u siebie takich negatywnych doznać, sprawdź czy nie unikasz jakiegoś rodzaju:

- myśli (np. nie uda mi się nic osiągnąć; nie jestem odpowiednio inteligentny; inni są mądrzejsi i sprawniejsi ode mnie… )

- wspomnień (np. sytuacji w której zostałeś upokorzony przez kogoś; sytuacji w której, ktoś cię oszukał…)

- ludzi (np. gadatliwych znajomych, osób; które ci się bardzo podobają…),

- obrazów (np. wizji że coś staje się bliskim; własnej nieporadności…)

- zachowań (np. wyrażania złości; niezgadzania się z kimś; biernego odpoczynku)

- odczuć i emocji (np.: lęku, niepewności, wstydu, smutku, złości, poczucia winy, zażenowania, zmieszania, nieśmiałości)

Zrób listę takich rzeczy.

Wiem, że to nie jest łatwe zadanie. Poświęć na to zadanie dzień lub dwa. W trakcie tych dni uważnie przyglądaj się, czego i kogo unikasz.

Być może uda ci się dojść od razu do tego, jakiego rodzaju odczuć i emocji unikasz. Być może masz na swojej liście jedynie zestaw obrazów, zachowań czy sytuacji. Jeżeli tak, dotrzyj do emocji, jakie stoją za nimi. Opisz te doświadczenia.

Jakie ich natężenie (od 1 do 10) jesteś w stanie obecnie znieść? Powiedzmy, że uczuciem, którego staram się unikać za wszelką cenę, jest bycie głupim i nielubianym. Moja tolerancja wynosi 2. Ledwo znoszę choćby najmniejsze objawy tego doznania.

Ustaw teraz swój cel o dwa, trzy punkty wyżej. Chodzi tylko o to byś bardziej świadomie doznawał, tego, czego doznajesz. Nie chodzi o, to byś się poddawał. Obserwuj przez najbliższe dni to doznanie. Nie staraj się go zmienić. Dąż tylko do tego by go w nieco pełniejszy sposób doświadczać.

Nie chodzi o to, byś od razu został guru, który przeniknął wszystkie tajemnice swojej psychiki. Wzbudź w sobie tylko ciekawość by zobaczyć to nieco dokładniej.

Zanim odwrócisz się w tył i zaczniesz uciekać, przyjrzyj się temu, przed czym się chowasz.

Jeżeli podejdziesz poważnie do tego zadania, zobaczysz, że zamiast unikać tych emocji, będziesz raczej podchodził do nich na zasadzie, naukowca, badającego tornada.

Nie cieszy się gdy zbliża się tornado, bo wie, jakie zniszczenia i ryzyko z nim się wiąże. Ale nie ucieka bo tornado jest dla niego fascynujące. Chce na jego temat jak najwięcej się dowiedzieć. Przygląda mu się uważnie. I zazwyczaj, dzięki takiej postawie jest znacznie bezpieczniejszy, niż ludzie, którzy panicznie wskakują pod pierwsze lepsze łóżko, byle tylko się ukryć, lub, którzy udają, że nic się nie dzieje i mają nadzieję, że tornado ich ominie.

W niedzielę kolejna umiejętność: umiejętność odplątywania się z emocji i myśli.

Czy jesteś kimś wyjątkowym?

Czy jesteś kimś wyjątkowym?

Opublikowano 25 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | Brak komentarzy

Jeden z powodów dla których potrzeba porównywania się jest tak mocna, to pragnienie własnej wyjątkowości. Mamy ambicję – przynajmniej niektórzy z nas – by się wybić ponad przeciętność i szarość. By wyrwać się z udeptanych ścieżek przeciętności. Wiele oczekujemy od życia. Nie chcemy go tracić tak, jak nasi rodzice, znajomi, sąsiedzi, czy inni, zadawalający się tym, co dostali. My musimy wyrosnąć ponad nich.

Porównujemy się także z najlepszymi. Szukamy mistrzów, badamy ich osiągnięcia i staramy się ich naśladować. Chcemy im dorównać. Doścignąć ich. Nauczyć się czegoś, co sprawi, że my również staniemy się wyjątkowi.

Pragnienie wyjątkowości

Nie wiem czy jest ktoś, kto nie oglądał filmu Matrix. Byłem na nim dwa razy w kinie i z piętnaście razy obejrzałem go na video. Gdyby ktoś nie znał fabuły: był sobie Neo. Jego życie było do niczego. Praca kiepska. Najlepszą z rozrywek – drzemka na klawiaturze komputera. Ogólnie, życie, to tylko kiepski sen. Któregoś dnia spotyka ludzi, którzy mówią mu, że wszystko co go otacza to złudzenie stworzone przez bezwzględne maszyny a on jest wybrańcem, jedynym człowiekiem, który może ocalić ludzkość. Początkowo nie wierzy, ale się przekonuje.

Film stał się tak popularny wcale nie dzięki zdjęciom, efektom specjalnym, muzyce, choreografii i aktorom (choć to wszystko było bardzo ważne). Sama forma to za mało by aż tak bardzo zawładnąć widzami. Bracia Wachowscy zagrali na jednym z najgłębszych pragnień człowieka: odkryć któregoś dnia, że jest się wybrańcem, od którego zależą losy świata.

To pragnienie jest najbardziej widoczne, gdy jesteśmy młodzi, potem stopniowo zużywa się i zostaje z niego jedynie zwitek poczucia żalu, rozczarowania i wyrzutów sumienia.

Droga, jaką przechodzi Neo (jak każdy inny bohater dobrej bajki) jest obrazem naszej własnej drogi. Nasze życie domaga się tego by znaleźć w nim swoją wyjątkowość i niepowtarzalność. Póki tego nie zrobimy, świat będzie nam się wydawał tylko głupim snem.

Próbujemy tą wyjątkowość osiągnąć porównując się z gorszymi i naśladując lepszych.

To nic nie daje.

Wyjątkowości nie musimy osiągać. Od dawna ją mamy.

Każdy jest wyjątkowy

Martin Buber przytacza słowa jednego z cadyków o imieniu Zusja:

W przyszłym świecie nie będą mnie pytać „Czemu nie byłeś Mojżeszem?”. Zapytają „Czemu nie byłeś Zusją?

Dosyć obrazoburcze. W chrześcijaństwie, często mówi się o  naśladowaniu Chrystusa. Jest nawet książeczka pod takim tytułem napisana przez Tomasza à Kempis. Zusja, gdyby w ogóle się wypowiadał na ten temat, powiedział by: „W przyszłym świecie nikt nie zapyta czemu nie byłeś Chrystusem. Zapytają zamiast tego, czemu nie byłeś Zbyszkiem, Anią, Olą, Tomkiem, Moniką, Marzeną, Beatą, …”.

Jeżeli tak jest w odniesieniu do Mojżesza czy Chrystusa, to o ile bardziej nie warto imitować zwykłych ludzi. Czy powinienem być jak matka Teresa z Kalkuty, Albert Einstein, Mark Twain, Robert Kubica czy John Malkovich? Czy powinienem być taki jak moi mistrzowie i mentorzy?

Od czasu do czasu można usłyszeć, że gdy człowiek staje się gotowy, pojawia się mistrz. Ktoś mi ostatnio zwrócił uwagę, że to pomyłka. Gdy stajesz się gotowy, mistrz znika. Albo przynajmniej mistrz rozumiany jako ktoś, kogo trzeba kopiować. Jeżeli ktokolwiek każe ci się kopiować, to znaczy że jest oszukanym mistrzem. Prawdziwy wyciąga to, co jest w tobie wyjątkowe i pozwala ci znaleźć swoją własną drogę. Nie wtłacza cię w coś, co kiedyś wynalazł dla siebie.

Czasem my sami, na siłę robimy z innych ludzi mistrzów. Czytamy biografię, oglądamy filmy, słuchamy tego, co mają do powiedzenia i staramy się przystosować swój sposób życia do ich. To nie ma większego sensu. Możesz w ten sposób nauczyć się jakichś praktycznych trików. Możesz coś podpatrzeć. Możesz nawet pozbyć się ciężaru podejmowaia własnych decyzji. Ale gubisz coś, co jest znacznie cenniejsze: twoją własną drogę do twojej wyjątkowości.

Bycie takim jak inni – choćby najlepsi – jest strasznym marnotrawstwem.

Jesteś absolutnie jednorazowym projektem. Niepowtarzalnym. Drugiego takiego nigdy nie było i nie będzie. Choćby na świecie było sto miliardów ludzi, jesteś unikalny. Przyniosłeś ze sobą coś czego nikt nie miał, nie ma i nie będzie nigdy mieć. Byłbyś niepotrzebny, gdybyś miał być tacy, jak inni.

Martin Buber (w książeczce Droga człowieka według nauczania chasydów) pisze:

Każdy człowiek jest nowym zjawiskiem w świecie i został powołany by wypełnić swoją jednorazowość na ziemi … Najważniejszym celem każdego człowieka jest urzeczywistnienie jego unikalnych możliwości, tych, których nigdy przedtem nie było i nigdy potem nie będzie, nie zaś powtarzanie czegoś, co ktoś inny, choćby nawet największy, kiedyś już zrobił.

To nie oznacza własnego kultu

To, że jesteś wyjątkowy nie oznacza, że masz rozpocząć swój kult i obnosić się ze swoją wyjątkowością. Każdy z nas tak samo jest wyjątkowy. Nie jestem mniej wyjątkowy od ciebie. Ty nie jesteś mniej wyjątkowy ode mnie.

Wyjątkowość ani nie jest naszą zasługą, ani nasze wysiłki nas do niej nie przybliżają. Nie potrzebujemy się starać o wyjątkowość. Nie musimy rozwijać swojej oryginalności czy niezwykłości. Nie musisz się dziwacznie ubierać, specyficznie wysławiać, szukać niecodziennego hobby czy poruszać się za pomocą dziwacznych kroków.

Jesteś wyjątkowy, wtedy, gdy jesteś naturalny. Taki jaki jesteś, bez żadnych udziwnień, pogłębień czy kombinacji. W zen radzi się adeptom by kultywowali „zwyczajny umysł”. To właśnie ten zwyczajny umysł jest wyjątkowy. Nie ten udziwniony, egzaltowany i silący się na oryginalność.

Płatki śniegu nie starają się wyróżniać, a jednak każdy z nich jest zupełnie inny. Nie ma dwóch takich samych. Jakiś zakompleksiony płatek mógłby próbować doczepić sobie wyjątkowe (jego zdaniem) wzorki. Mógłby próbować zaprojektować się w sposób „unikalny”. Tylko po co? Robiąc to straciłby to, co przesądza o jego wyjątkowości.

Jesteśmy jak płatki śniegu. Wyjątkowi i niepowtarzalni. Nie dlatego , że się staramy. Dlatego, że tak zostaliśmy stworzeni – czy jeżeli wolisz – dlatego, że tak działa natura.

Przyjmowanie tego, co masz w sobie

Patricia Ryan Madson, która uczy improwizacji na Uniwersytecie Stanford, w swojej książce „Imprv wisdom” proponuje proste ćwiczenie. Spróbujmy je zrobić razem.

Usiądź wygodnie i wyobraź sobie paczkę. Pięknie zapakowaną i przewiązaną wstążką. Poświęć chwilę, na to by zobaczyć paczkę najwyraźniej jak tylko potrafisz.

Jaki kolor ma papier? Jaki kolor mają wstążki? Dotknij paczki. Podnieś ją i sprawdź jej wagę. Jeżeli chcesz możesz nią potrząsnąć.

A teraz rozwiąż wstążkę i odpakuj paczkę. Otwórz ją i popatrz do środka.

Co zobaczyłeś? Co było pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślałeś?

Wyciągnij prezent i przyjrzyj się mu.

Czy udało ci się odkryć to, co było w pudle?

Wiele osób jest rozczarowanych, tym co najpierw zobaczy. Szybko odrzuca swój pierwszy pomysł i szuka czegoś innego. Ten pierwszy jest nie dość dobry, szukają czegoś oryginalnego czy bardziej odpowiedniego.

Czy należysz do takich „wymyślających” zawartość pudełka osób? Czy czujesz się odpowiedzialny za to, co się w tobie pojawia? Czy starasz się sprawić by było to jak najlepsze? Czy obawiasz się, że tam w środku niczego nie ma, albo jest to nie dość cenne?

Ja niestety ciągle taki jestem. Ciągle jest we mnie potrzeba robienia i mówienia niezwykłych rzeczy, mimo, że wiele razy się przekonałem, że najcenniejsze jest to, co po prostu samo wypływa i co jest najbardziej proste i najzwyklejsze.

Gdy wymyślasz co ma być w pudełku twój umysł pracuje w trybie osądzania. Czasem jego efektem jest puste pudełko. Wszystko co się pojawia osądzamy jako nie dość dobre czy nie dość wyjątkowe. Ciągle szukamy czegoś innego, czegoś, co będzie dość oryginalne, wyjątkowe czy ponadprzeciętne. Tak jest gdy próbujemy napisać coś wyjątkowo mądrego, dać komuś jakiś wyjątkowy prezent czy zrobić ze swoim życiem coś naprawdę istotnego. Zamiast powiedzieć, dać czy zrobić, tracimy czas na szukanie niezwykłości. Im bardziej nam zależy na oryginalności, tym bardziej zblokowani i sztampowi się stajemy.

Można do tego ćwiczenia podejść inaczej. Nie wymyślać tego co powinno być w pudełku, ale pozwolić się zaskoczyć. Zaakceptować pierwszy pomysł. Przestawić tryb osądzania na tryb akceptacji.

Po prostu odkryj to, co jest w środku. Nie musisz się starać być oryginalnym. Jeszcze raz zobacz pięknie opakowane pudełko i pozwól zaskoczyć siebie samego tym co znajdziesz w środku.

Gdy w ten sposób wykonasz to ćwiczenie, małe są szanse, byś kogoś powielił. Patricia pisze, że gdy przeprowadza to ćwiczenie w grupie kilkudziesięciu osób, każdy znajduje coś innego. Rzadko się zdarza by dwie osoby zobaczyły to samo.

Determinacja i pokora

Determinacja i pokora

Opublikowano 15 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 17 komentarzy

Dwie osoby

Z jednej strony człowiek pewny siebie, zdecydowany i wierzący we własną gwiazdę. Gdy starał się o przyjęcie na Hervard, jeden z profesorów zapytał go czy jest inteligentny.

- Jestem zajebiście inteligenty – odpowiedział.

Najlepiej czuł się w drogim, włoskim garniturze, na środku sali, gdy mógł opowiadać innym o swoich genialnych pomysłach. Poruszał się jak gwiazda filmowa świadoma otaczających ją wielbicieli i fotoreporterów. Patrzył przed siebie twardym, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

Z drugiej człowiek skromny, świadomy swoich braków. Zza dużych okularów przypominał cierpliwego nauczyciela z małomiasteczkowej szkoły. Najlepiej czuł się w kraciastej koszuli, na swojej farmie i w ulubionej koparce. Nie udzielał zbyt dużo wywiadów, rzadko był obiektem zainteresowania fotografów. Jeżeli już musiał być w centrum, wolał odwracać uwagę od siebie i kierować ją na coś innego.

Gdyby tych ludzi postawić obok siebie i zapytać przechodniów, który ma szansę zrobić karierę, dziewięćdziesiąt procent wskazałoby pierwszego. Takie czasy. Trzeba być przebojowym, agresywnym i zdecydowanym. To musi być prawda, skoro tyle osób tak uważa. Osoby przebojowe i całkowicie bezkompromisowe są szybciej dostrzegane i łatwiej robią karierę. Tak, ten pewny siebie człowiek zrobił karierę. Został prezesem ogromnej, zatrudniającej kilkadziesiąt tysięcy osób firmy. Przez długi czas gazety i inwestorzy czcili go jak geniusza.

Ale temu drugiemu, mimo wszystko też się udało. Też został prezesem dużej firmy. Tyle, że końcowe efekty jego działania były zupełnie inne. Najpierw jednak wróćmy na chwilę do naszej gwiazdy.

Wrodzony talent

W życiu trzeba mieć talent. Trzeba mieć ten dar od Boga (lub Natury lub Losu). Gdy masz, wszystko przychodzi łatwo i prosto.

Firmą, która zapoczątkowała ruch „zarządzania talentami” był McKinsey. Troje z jej kluczowych konsultantów napisało bestseller „War for talents”. Na świecie trwa wojna o talenty. Ten, kto ją wygra, wygra wszystko. Trzeba jak najszybciej znajdować utalentowanych ludzi (najlepiej jeszcze na studiach), pozyskiwać ich i tworzyć im odpowiednie warunki (płacić, płacić, płacić i raz na rok oceniać). Sukces jest kwestią czasu. Nie można przegrać, gdy masz ludzi z talentami.

Możesz przegrać tylko wtedy, gdy nie jesteś agresywny. To wojna a nie popołudniowa przechadzka. Nie może ci zadrżeć ręka przy zwalnianiu starych, ale nie tak zdolnych pracowników. Nie możesz się wahać przed awansowaniem młodych zdolnych ponad głowami bardziej doświadczonych.

Jednym z najbardziej utalentowanych konsultantów McKinseya, najmłodszym w historii partnerem był Jeffrey Skilling. Dosyć szybko został szefem ogromnej firmy obsługiwanej przez McKinseya. Oczywiście od razu wdrożył w niej program zarządzania talentami. Przyjmował ludzi takich jak on – młodych, zdolnych i agresywnych.

Skilling, sam o sobie mówił:

Mój geniusz nie tylko określa moją wartość, on także określa wartość tej firmy. Mój geniusz kreuje wartość. Mój geniusz jest zyskiem dla firmy!

To się nazywa rozmach. Uważać się za geniusza to drobnica. Uważać się za geniusza wartego miliardy dolarów – to dopiero coś.

Firma nazywała się Enron. Gdy okazało się, że pomysły Skillinga nie są genialne, ani nawet dobre, jedynym rozwiązaniem stały się oszustwa. Skilling z kolegami zaczął na wielką skalę fałszować dane księgowe. Był zbyty bystry by nie domyślać się, jak to się skończy. Nie był jednak w stanie znieść świadomości, że nie jest geniuszem. Był w stanie zrobić dosłownie wszystko byle tylko nie okazało się, że jest zwykłym śmiertelnikiem, który jak inni popełnia błędy.

Jego niezachwiana wiara we własny geniusz doprowadziła do utraty pracy przez 22 tysiące osób oraz bilionowych strat, jakie ponieśli inwestorzy. On sam został zmuszony do przeprowadzki z najwyższego piętra oszklonego wieżowca do znacznie mniej przestronnej, więziennej celi. Dostał 24 lata bez możliwości zwolnienia przed upływem 20 lat. Oczywiście uznał wszystko za spisek. Pewnie dalej czuje się tak samo cenny. Nie sądzę jednak by więzienie, w którym przebywa rozważało wejście na giełdę.

Opinia jaką ma Skilling na swój temat nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jego mniemania, przez pierwszy okres kariery, gdy ważne było robienie wokół siebie szumu, zapewne były pomocne. Ale później, gdy sprawa przestała się do tego sprowadzać, doprowadziły do katastrofy. Skilling całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Jego inteligencja (naprawdę wysoka) na nic mu się nie przydała, bo nie potrafił odczytać tego, co wokół dzieje.

Mimo tego, że co pewien czas mamy okazje przyglądać się opłakanym skutkom działania ludzi takich jak Skilling czy ostatnio Madoff, ciągle pokutuje wyobrażenie, że w biznesie nie da się inaczej. Że co prawda bycie pyszałkiem zbyt estetyczne nie jest, ale to wynik ostrej konkurencji, XXI wieku czy specyfiki biznesu. Taki styl wydaje się odpowiednim przystosowaniem do warunków. Ale to nie jest prawda.

Ciągły rozwój

Jim Collins, który zajmuje się badaniem przedsiębiorstw odnoszących długotrwałe sukcesy, w książce „Good to great” (Od dobrego do wielkiego) jako pozytywny przykład opisuje firmę Kimberly-Clark. Jej szefem był Darwin E. Smith. Gdybyś zainwestował jednego dolara, w dniu w którym Smith objął jej stery, po 20 latach w dniu gdy przeszedł na emeryturę zrobiłoby się z niego 40 dolarów. To cztery razy lepszy wynik niż to, co osiągnęły dobre firmy giełdowe.

W 1971 roku, gdy Darwin E. Smith został wybrany prezesem, jeden z dyrektorów wziął go na bok i zapytał, czy zdaje sobie sprawę, że nie ma wszystkich potrzebnym na tej pozycji kompetencji. Smith ani się nie obruszył, ani nie zaprzeczył. Sam zbyt dobrze o tym wiedział. Nie uważał się za osobę wyjątkową ani wybitnie uzdolnioną. Po wielu latach, gdy osiągnął sukces, zadano mu pytanie jak udało mu się to zrobić. Smith odpowiedział:

- Nigdy nie zaprzestałem prób by zdobyć kwalifikacje do tej pracy.

Zespół Collinsa przebadał wiele firm. Okazało się, że w każdej z „wielkich” szefem był ktoś, kto przejawiał, jak to nazywa Collins „piąty poziom zarządzana”. Charakterystyczną cechą tego stylu jest osobista pokora (personal humility).

Żaden z szefów tych firm nie miał rozbuchanego ego. Nikt z nich nie twierdził, że wszystko wie, że jest najmądrzejszy, że nigdy się nie myli i zawsze osiąga sukcesy. Nikt z nich nie mówił o sobie per „geniusz” lub „urodzony talent”.

Szefowie tych firm:

…nigdy nie chcieli zostać super-bohaterami (larger-then-life hero). Nigdy nie aspirowali do tego by być na piedestale lub stać się niedosięgłą ikoną. Byli zwyczajnymi ludźmi, którzy bez rozgłosu osiągali niezwyczajne rezultaty.

Okazuje się, że to pokora jest kluczem a nie pycha.

Pokorny i zdeterminowany człowiek

Nie chodzi o dwóch różnych ludzi, mimo, że „pokorny zdeterminowany” brzmi jak oksymoron. Albo jesteś pokorny albo zdeterminowany? Niby dlaczego te dwie rzeczy miały się wykluczać? Collins pisze, że piąty poziom zarządzania to „paradoksalna mieszanka pokory osobistej z silną wolą”. Owszem tego rodzaju szefowie nie lubią mówić o swoich osiągnięciach, nie lubią błyszczeć na świeczniku. Ale to nie znaczy, że lubią zgadzać z każdym zdaniem i poddawać się każdej trudności. Przeciwnie. Dzięki temu, że nie muszą się promować i udowadniać geniuszu, potrafią skuteczniej niż inni zadbać o firmę. Gdy to nie ty jesteś w centrum własnej uwagi, ale firma, którą kierujesz, możesz osiągnąć naprawdę wiele.

Pyszałkowatemu Skillingowi, tak naprawdę nie zależało na firmie. Jemu zależało tylko na własnej wielkości.

Determinacja neurotyka

Jedynym ważnym dla Skillinga celem było pokazać światu swój geniusz. Jeżeli nie jestem geniuszem to niech się wali cały świat. Nic innego się nie liczy. Tysiące ludzi bez pracy, miliony osób tracących zainwestowane oszczędności – to mały pikuś w porównaniu z moją tragedią. Z tym, że ktoś zaprzecza mojej genialności.

Taka osoba robi wrażenie szalejącego tygrysa. Ale jej determinacja nie jest skierowana na konstruktywne działanie. Ten szalejący tygrys jest ślepy. Jego pazury trafiają w pustkę. Walczy z urojonymi duchami, które zagrażają jego urojonej tożsamości. Równocześnie nie dostrzega, że wokół zaciska się prawdziwa sieć.

To nie jest determinacja zdrowej osoby. Jest to typowy mechanizmem neurotyczny. Karen Horney tak go opisuje:

Oto mówi sobie, że jest i będzie kimś nieporównanie lepszym od „nich”. Stanie się kimś naprawdę wielkim i wszystkich zawstydzi. On im pokaże jak dalece go nie docenili i jak bardzo skrzywdzili. Stanie się wielkim bohaterem (w przypadku Stenhalowskiego Juliana – Napoleonem) prześladowcą, przywódcą, uczonym o nieśmiertelnej sławie.

Taki super-bohater stawia sobie szereg wymagań, ale nie po to by coś wnieść do świata, ale po to, by ciągle udowadniać sobie i innym swoją wyjątkowość:

Uzasadnieniem dla stawianych wymagań, jest przekonanie o posiadanych wybitnych przymiotach, na które składają się: większa od innych wiedza, „mądrość’ i zdolność przewidywania. (Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka)

Takie szarpanie się jest efektem wewnętrznej rozpaczy związanej z brakiem poczucia akceptacji. Skilling nie miał grama zdrowej akceptacji siebie. A z akceptacją siebie jest trochę jak z butami. Gdy są dobre, zapominasz o stopach. Gdy ciągle o nich pamiętasz, coś jest nie tak.

Ludzie, którzy akceptują siebie nie mają potrzeby zajmowania się sobą. Zapominają o sobie, jak zapomina się o wygodnych butach. Gdy ciągle wracasz do siebie, coś jest nie tak.

Pokorna determinacja

Gdy nie musisz walczyć z duchami, które zabierają ci twoją urojoną nieśmiertelność możesz zacząć osiągać coś rzeczywistego.

Darwin E. Smith był równocześnie pokorny i zdeterminowany. Pochodził z ubogiej rodziny i aby skończyć college, pracował dniami a uczył się nocami. Dzięki uporowi dostał się na prawnicze studia na Harvardzie. Gdy kilka miesięcy po objęciu posady prezesa, lekarze wykryli u niego raka krtani i dali mu rok życia, nie przestał ani na chwilę pracować. O chorobie poinformował zarząd, podkreślając, że ciągle jeszcze żyje. Dalej pracował jako prezes, równocześnie jeżdżąc na naświetlania. To tylko jego życie osobiste. Kierując firmą przejawiał jeszcze więcej determinacji.

To nie była sierotka, która na każdą przeciwność reaguje nieśmiałym westchnieniem: „może mi się uda” czy „byle nie zapeszyć”.

To był człowiek, który miał przed sobą cel i do tego celu dążył, nie rozpraszając się na olśniewanie innych.

Naprawdę silnym jest się wtedy, gdy nie tracisz energii na ukrywanie przed sobą własnych słabości. Cała siła może być wtedy skierowana na spójne, konstruktywne działanie. Wiem, łatwo się mówi a trudno to osiągnąć praktyce. Dziś, gdy szedłem do pracy nagle na mnie to spłynęło: Jak nieporównanie prostsze byłoby moje życie, gdybym nie musiał tak bardzo się starać być takim, jak sobie to wyobrażam. Ale powoli idę do przodu.

Kuerti zapytałeś mnie w komentarzu:

Zdaję sobie sprawę z własnych słabości, ale wierzę jednocześnie, że uda mi się je kiedyś poprawić… To pycha czy po prostu optymizm?

Dla mnie to nie jest pycha. Jeżeli nie traktuję się jak człowieka bezbłędnego, jeżeli nie mam w głowie etykiet, jaki to genialny jestem i nie tracę energii na podtrzymywania dobrego mniemania o sobie – nie ma to nic wspólnego z pychą. Gdy do tego znam swoje słabości – jestem realistą. Dla mnie nie jest to także optymizm, ale realizm połączony z nadzieją.

Pokora przecież nie wyklucza posiadania nadziei (marzeń czy pragnień). Twoje nadzieje, nawet te wielkie nie sprawiają, że stajesz się pyszny.

Ale jest jedna ważna rzecz. Nadzieja to nie żądanie. Czasem te rzeczy mylimy. Nadzieja to chcę. Chcę nawet bardzo mocno. Bardzo mi na tym zależy. Chcę wygrać zawody, napisać książkę, zbudować dom, znaleźć miłość życia, awansować, itp. To nic złego. Są ponoć zdrowi ludzie, którzy pozbyli się wszystkich pragnień. Nie spotkałem jeszcze i nie za bardzo wiem gdzie spotkać. Dla mnie posiadanie pragnień i dążenie do ich realizacji ze wszystkich sił jest zdrową rzeczą. A nawet niezbędną. Za dużo widziałem ludzi, którzy pozbawieni celów i marzeń, marnowali dzień za dniem.

Czymś innym jednak jest żądanie. Pragnienie to chcę. Żądanie to muszę. To neurotyczny, pyszałkowaty przymus. Gdy tak nie będzie świat się zawali, ludzie będą okropni, ja nie będę miał prawa istnienia. Żądam, bo „mi się należy”. Żądanie jest wtedy, gdy dążysz do wygrania zawodów, bo musisz, bo inaczej nie będziesz się czuł wartościową osobą. Wtedy, gdy dążysz do napisania książki, by udowodnić, że jesteś coś warty. Gdy dążysz do pieniędzy, bo inaczej będziesz czuł się nikim lub osobą pozbawioną wolności. Gdy szukasz bliskiej osoby, bo sam czujesz się nic nie warty.

Wywalić całe to muzeum

Pycha nie polega na tym, że czegoś chcesz od życia. Pycha polega na tym, że identyfikujesz się z pozytywnymi mniemaniami na swój temat.

Oczywiście być całkowicie pokornym jest ciężko. Anthony De Mello napisał:

Zaprawdę świętym był ten, kto powiedział „Jestem tylko czterema ścianami z pustką między nimi” Nikt nie może być pełniejszy.

To nie takie łatwe przez dłuższy czas być aż takim realistą. Ale wystarczy przestać zapełniać te cztery ściany swoimi pomnikami: pomnik genialnego szefa, który zawsze wygrywa; pomnik doskonałego kochanka; pomnik troskliwego rodzica, pomnik natchnionego muzyka… Tak samo nie należy wypełniać tych ścian pomnikami w innym stylu: pomnik nieśmiałego człowieka; pomnik człowieka, któremu nigdy nic się nie udaje; pomnik osoby, która nie ma talentu do pisania czy pomnik osoby, która biedna się urodziła i biedna umrze.

Zapełnianie naszych czterech ścian pomnikami sprawia, że miejsce do życia zmienia się w muzeum a my stajemy się jego kustoszami. Przestajemy żyć a zaczynamy konserwować. Czasem, gdy uda nam się uwieść innych, możemy mieć nawet całkiem spory ruch. Ludzie nas odwiedzają, podziwiają i gratulują. Ale ten ruch to tylko pozory życia.

Jak zabrać się za rozbijanie pomników? Kilka pomysłów z brzegu:

  • spisać listę swoich słabych stron (konkretnie) i opracować sposób pracy nad nimi,
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do swoich pomyłek i błędów,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię zbytnio i w sposób przesadny wychwalać, przyjąć tą część pochwał, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną (mimo, że przyjemną),
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najlepszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kto jest lepszy i poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię chwalą i nigdy nie krytykują (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które zawsze doskonale ci wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo zajmujesz się zbyt łatwymi rzeczami)
  • gdy czujesz się doskonały i zaawansowany zająć się rzeczami, których nie umiesz i które ci kiepsko wychodzą. Najlepiej raz na jakiś czas zacząć uczyć się rzeczy, co do których myślisz, że „nie masz uzdolnień” (np. nauczyć się chińskiego, gry na klarnecie, surfowania czy wyszywania haftem krzyżykowym).

To lista raczej dla tych, którzy mają pomniki „patetyczne”. Nie należy przesadzać, bo nie chodzi o zmianę pomników patetycznych (ja-geniusz) na dramatyczne (ja-ofiara losu).

Dla kolekcjonerów pomników dramatycznych proponuję:

  • spisać listę swoich mocnych stron (konkretnie),
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do tego co ci wychodzi i w czym osiągasz sukcesy,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię w sposób przesadny krytykować, przyjąć tą część krytyki, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną,
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najgorszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kogo możesz poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które nigdy ci nie wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo stawiasz przed sobą zbyt trudne cele)
  • Wreszcie nauczyć się czegoś dobrze i dość w jakiejś umiejętności do wyższego poziomu zaawansowania.

* * *

Masz może jakiś inne pomysły? Co o tym myślisz?

Moment na decyzję: poddać się lub biec

Moment na decyzję: poddać się lub biec

Opublikowano 07 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 3 komentarze

Nie wolno tego czuć!

Ojciec z synem kończyli jeść lody. Ośmiolatek wysmarował sobie całą twarz. Ojciec nie mógł znaleźć chusteczki by go wytrzeć. Niedaleko była pizzeria. Ojciec pokazał ją synowi i powiedział:

- Idź tam i poproś o serwetkę, na pewno ci dadzą.

- Ale ja się wstydzę…

- Jak to się wstydzisz?! Nie wolno czuć wstydu! Taki chłopak i się wstydzi. No idź!

- Ty idź…

- No dobra, jakoś inaczej to wyczyścimy.

Pewnie ojciec ojca też mówił „nie wolno się wstydzić”. Syn będzie to zapewne powtarzał swojemu synowi.

W efekcie:

  1. Dziecko dalej jest nieśmiałe (ojciec sam czuł się nieśmiały i dlatego wycofał się z pomysłu)
  2. Dziecko dowiaduje się, że jest z nim coś nie tak, bo czuje coś, czego nie powinno.

Zamiast pomóc dzieciom nauczyć się radzić sobie z emocjami, wiele osób wydaje im instrukcje. Opisuje im jak powinny się czuć.

Ale jestem biedna…

Błędem jest zaprzeczanie uczuciom, ale błędem jest także poddawanie się im.

Idziemy z córką na dłuższy spacer. Mała rzeczywiście nachodziła się sporo i ma prawo być zmęczona. Słyszę:

- Tatusiu nie mam siły.

Nie zastanawiając się, biorę ją na ręce. I dopiero wtedy myślę:

- Zaraz, zaraz, coś mi tu nie gra…

Gdy następnym razem słyszę „nie mam siły” pytam, czy to znaczy, że chce bym ją wziął na ręce.

- Tak.

- Jeżeli o to ci chodzi, to chciałbym byś mi mówiła co chcesz, a nie skarżyła się, że nie masz siły.

Umawiam się z nią, że gdy będzie chciała, bym wziął ją na ręce zada mi pytanie:

- Czy możesz mnie wziąć na ręce?

Ćwiczymy to kilka razy, tłumaczę jej, że to nasze zaklęcie, że po samym „brakuje mi siły” wyrażę tylko zrozumienie.

Po jakimś czasie słyszę:

- Tatusiu nie mam siły.

- Rozumiem, rzeczywiście długo szliśmy.

- Tatusiu! Ale ja nie mam siły!

- Tak, to nieprzyjemne uczucie.

Zatrzymuje się i tupiąc nogą powtarza „nie mam siły”. Ponieważ nie biorę ją na ręce, kładzie się na ziemii.

Mówię jej:

- Pamiętasz nasze hasło?

- Ale ja nie mam siły…

Podpowiadam jej szeptem:

- Czy – możesz – mnie – wziąć…

- Aha! Czy możesz mnie wziąć na ręce?

- Z przyjemnością!

Dopiero po kilku powtórzeniach nauczyła się mówić, czego chce.

Dzieci szybko uczą się tego rodzaju manipulacji. Mówię rodzicom, jaki jestem słaby, jak mi nie wychodzi, jak sobie nie radzę, a rodzice automatycznie biorą mnie na ręce, pomagają rozwiązać zadanie, rozprawiają się z huliganami, idą do klasy i wstawiają się za mną u pani,… . I nie problem w tym, że rodzic coś robi. Czasem (zależnie od sytuacji) trzeba . Problem w tym, że dziecko uczy się bezradnego poddawania się.

Nie zawsze biorę dziecko na ręce. Czasem mówię:

- Nie, ale może zrobimy krótki postój i odpoczniemy.

- albo: Może będziemy iść wolniej

- albo: Może pójdziemy inną drogą.

Chodzi mi o to, by dziecko nauczyło się, że gdy nie ma siły może coś z tym zrobić – poprosić o pomoc czy zaproponować odpoczynek. Samo stwierdzenie, że „nie mam siły” i bierne czekanie aż ktoś z tym coś zrobi jest bez sensu, tak samo jak udawanie, że mam mnóstwo siły.

Gdy nie umiesz się przyznać do swoich negatywnych emocji czy słabości, jesteś w pułapce. Im mocniej twój wewnętrzny ojciec będzie naciskał, tym bardziej będziesz się czuł splątany. Gdy w środku mówisz sobie: nie wolno mi takim być, nie mogę tak się czuć, nie mogę sobie pozwolić na takie odczucia, coraz trudniej będzie ci iść do przodu.

Jednak przyznanie się do tego, to tylko pierwszy krok. Dla wielu osób potwornie trudny (i dlatego tak się o tym rozpisuję). Ale gdy go już zrobisz, zostają ci jeszcze dwa kroki. Nie możesz zatrzymać się na pierwszym, bo wpadniesz w bierność.

Decyzja

Wiele osób uważa, że związek emocji z działaniem jest bardzo prosty: czuję emocję –> działam. Wyobrażają sobie, że emocje automatycznie uruchamiają w nas działanie.

Ludzie często tłumaczą powody swoich złych zachowań siłą emocji: „Uderzyłem żonę, bo poczułem wściekłość. Byłem tak wściekły, że nie mogłem się powstrzymać. Nic z tym nie mogłem zrobić.” Skoro to sprawka emocji, to nie do końca jestem winny. Emocje zostały przecież sprowokowane. Ciekawe, że ten sam człowiek nie uderzył swojego szefa, który budzi jeszcze większą wściekłość. Albo dwa razy większego sąsiada, który notorycznie wpuszcza głośną muzykę, przy której krew go zalewa. Te same emocje, ale różne działania.

Tylko nam się wydaje, że emocje są automatycznym wyzwalaczem zachowań. W rzeczywistości pomiędzy nimi jest coś jeszcze. Krótki moment, od którego zależy to, co będzie się dalej działo. Ciąg wygląda tak: Emocje – Decyzja – Działanie.

Za każdym razem, mimo, że rzadko jesteśmy tego świadomi podejmujemy decyzję czy poddać się emocjom czy nie.

Bieg do zimnej wody

Przed paroma dniami współprowadziłem szkolenie. Gdy prowadzi się samemu człowiek jest cały czas zajęty. Teraz jednak robiłem to z koleżanką. Siedziałem bezczynnie z boku. Po jakiejś chwili zacząłem patrzeć za okno i poczułem, że naprawdę nie mam ochoty siedzieć na tej sali, że nie mam siły nic do tych ludzi mówić, że w ogóle nie powinno mnie tu być, że jestem nieszczęśliwy musząc tak się eksploatować i w ogóle to mam już dość i dłużej nie wytrzymam. Słowem poczułem lęk.

Dobrze znam tę chwilę. Człowiek czuje uderzenie lęku i wycofuje się, zwija się, zaczyna snuć fantazje, ucieka od tego, co ma zrobić. Oczywiście dosłownie nigdy mi się nie zdarzyło uciec, ale wiele razy uciekałem wewnętrznie. Człowiek niby jest obecny, ale działa z wewnętrznym dystansem i poczuciem pretensji. Tak jakby jechał dalej, ale z wciśniętymi hamulcami. Jakby odgradzał się od zewnętrznego świata. Po dniu takiej pracy człowiek jest bardziej zmęczony niż po miesiącu normalnej.

Jednak tym razem, gdy poczułem lęk, pomyślałem:

- Mam dwie możliwości. Mogę się temu poddać, asekurować się, wycofywać i robić wszystko na pół gwizdka. Ale mogę też wybiec do przodu. Mimo tego, co czuję, w pełni zaangażować się w szkolenie.

Samo uświadomienie sobie tych możliwości pozwoliło mi wybrać. Wstałem i aby coś zrobić przyłączyłem się do prowadzenia.

To nie było banalnie proste. To było jak bieg do zimnej wody. Rzucasz się w zimne fale, mimo, że cały organizm protestuje. Im mocniej protestuje tym szybciej biegniesz i mocniej chlapiesz. Po chwili, trudno powiedzieć, w którym momencie, czujesz, że woda nie jest zimna, ale przyjemna. Płyniesz wśród fal zostawiając na brzegu tych, którzy starają się wejść do wody tak by nie poczuć chłodu.

Gdy strach wrócił, znowu wybrałem rzucenie się do przodu. Tym razem nie mogłem mówić (bo akurat mówili uczestnicy), ale wystarczyło wyciągnąć notatnik i zacząć robić notatki. Za trzecim razem było to jeszcze łatwiejsze. Stopniowo takich uderzeń paniki było coraz mniej. Drugiego dnia wcale ich nie było.

Z czasem nawykowa decyzja by poddać się emocjom ustępuje nawykowej decyzji by robić swoje. Każdy wybuch lęku staje się impulsem do tego by być bardziej obecnym i zaangażowanym.

Rinpocze Trugpa i straszny pies

Pema Chödrön, uczennica rinpocze Chögyan Trungpy w jednej ze swoich książek opowiada historię:

Gdy pierwszy raz spotkałam Rinpocze Trugnpa, rozmawiał z grupą uczniów czwartej klasy, którzy zadawali mu mnóstwo pytań o jego dzieciństwo w Tybecie i o ucieczce z komunistycznych Chin do Indii. Jeden z chłopców zapytał go, czy kiedykolwiek się bał. Rinpocze odpowiedział, że jego nauczyciel zachęcał go by chodził w przerażające go miejsca, takie jak np. cmentarze, oraz by próbował zbliżyć się do rzeczy, których nie lubił. Potem opowiedział historię o tym jak podróżował ze swoim służącym do klasztoru, w którym nigdy wcześniej nie był. Gdy zbliżyli się do drzwi, zobaczyli wielkiego warującego psa z ogromnymi kłami i czerwonymi oczyma. Pies srogo warczał i szarpał się na łańcuchu, którym był przywiązany. Gdy podeszli bliżej mogli zobaczyć jego zsiniały język i pryskająca mu z ust ślinę. Ominęli go szerokim łukiem i podeszli do bramy. Nagle łańcuch się zerwał a pies zaczął gnać w ich stronę. Służący wrzasnął i zastygł w przerażeniu. Rinpocze odwrócił się i pobiegł, tak szybko jak tylko mógł, wprost na psa. Pies był tak zaskoczony, że skulił ogon i uciekł.

Alternatywa

Gdy czujesz negatywną emocję masz dwie możliwości:

  • poddać się (siedzisz i użalasz się nad sobą, uciekasz, wycofujesz się, rezygnujesz, uderzasz, karzesz, itp.)
  • wybiec naprzeciw i zrobić to, co masz do zrobienia (wstajesz i szukasz zajęcia, biegniesz do przodu, jeszcze raz próbujesz, dajesz sobie czas, wysłuchujesz przyczyn, itp.)

Czasem jest to łatwiejsze, czasem trudniejsze. Nigdy nie ma gwarancji, że emocja na zawsze zniknie. Twoja decyzja zazwyczaj będzie wymagała ciągłej uważności i ciągłego ponawiania.

Nikt jednak nie twierdzi, że da się dobrze przejść przez życie korzystając z autopilota. Trening naszej uwagi jest pierwszym kluczem do jakichkolwiek zmian. Gdy nauczysz się być uważnym na to, co dzieje się ze światem wokół i tobą samym, uda ci się wyłapać ten moment, w którym „osuwasz się pod wpływem emocji”. W którym w nawykowy sposób podejmujesz pierwszą z tych decyzji. Ale gdy tylko uświadomisz sobie, że to właśnie ta chwila, możesz postawić przed sobą alternatywę. Chcę się poddać czy chcę biec? Chcę się położyć na ziemi czy zebrać siły?

Te dwie małe rzeczy: nasza uwaga i możliwość wyboru są wszystkim, co mamy. Być może to nie są jakieś oszołamiające mechanizmy. Ale z dnia na dzień możemy być coraz bardziej uważni i coraz bardziej świadomi swoich wyborów. Przykłady wielu ludzi – nie tylko mistrzów buddyjskich – pokazują, że to możliwe.

Oczywiście to wszystko nie znaczy, że można sobie dowolnie radzić z każdą emocją, choćby nie wiem jak była silna. Nie należy bezmyślnie dopuszczać do rozkwitu negatywnych tendencji. Alkoholik nie powinien chodzić na przyjęcia z darmowymi drinkami, a człowiek, któremu zależy na wierności nie powinien korzystać z erotycznych czatów. Umiejętność podejmowania decyzji nie zwalnia z rozważności.

W skrócie

Procedury zawsze są uproszczeniem, ale gdy zaczynamy ćwiczyć coś nowego warto z nich korzystać.

Dlatego proponuję proste trzy kroki:

  • Przyjrzy się temu, co czujesz i myślisz. Nie tłum w sobie żadnych emocji, przeżyć czy myśli. W moim przypadku mógłbym sobie mówić: jestem pewny siebie i rozluźniony, ale skończyłoby się to tak, że po prostu prowadziłbym szkolenie na zaciśniętych hamulcach. Dziwiłbym się później temu, dlaczego jestem tak zmęczony. Jeżeli nie wiem, co się ze mną dzieje, nie mogę z tym nic zrobić. Przyjrzeć się oznacza zrozumieć co się czuje, ale nie oznacza prześledzić skąd to się we mnie wzięło. To mało ważne czy panikuję dlatego, że miałem trudne dzieciństwo czy dlatego, że dawno nie stałem przed grupą, czy dlatego, że mam poczucie, że zbyt mało się przygotowywałem.
  • Postaw przed sobą alternatywę: chcę się temu poddać czy wolę wyjść temu naprzeciw? Lepiej zrobić to konkretnie, np.: chcę poddać się lękowi i siedzieć z boku, czy chcę zaryzykować i w pełni się zaangażować w zajęcia? Gdy stawiasz przed sobą alternatywę, otwierasz przed sobą moment decyzji. Wyłączasz autopilota, który jest mechanicznie nastawiony na unikanie doświadczeń. Być może z czasem ten stary autopilot da się zastąpić nowym. Nie wiem. Jestem na etapie, w którym każda decyzja by wyjść do przodu wymaga pełnej świadomości.
  • Działaj. Gdy tylko podejmiesz decyzję od razu rzuć się do działania. Wstań, zacznij robić notatki, zacznij słuchać, itp. W zasadzie działać trzeba już w chwili postawienia przed sobą wyboru. Najcenniejsze są działania skierowane na świat i takie, których do tej pory najbardziej się bałeś.

Ojciec na ławeczce

Co mógł zrobić ten ojciec, od którego zaczęliśmy? Co prawda był nieśmiały, ale mógł własną nieśmiałość znakomicie wykorzystać. Mógł np. powiedzieć:

- Ja też się wstydzę, chodźmy w takim razie razem.

Po pierwsze nauczyłby dziecko akceptacji swoich uczuć. Zamiast odbierać dziecku wewnętrzną spójność, odcinać jakiś fragment siebie (jestem do niczego, bo się wstydzę), dałby komunikat: wszystko z tobą w porządku. Po drugie pokazałby, że można stawiać czoło wewnętrznym zmorom. Że można wyjść im naprzeciw, a nie chować się przed nimi po kątach, przykrywając się hasłami bez pokrycia.

Nie zrobił tego, bo był dumnym ojcem. Przecież ojciec nie może okazać żadnych słabości. Jak by to wyglądało, gdyby się okazało, że ojciec się czegoś wstydzi? Przecież każdy ojciec musi być twardy, odważny i bez skazy.

Tak właśnie nasze fantazje blokują rozwój nas samych i innych ludzi. Nie nauczysz się niczego nowego, tak długo póki mylisz fantazje na swój temat z rzeczywistością.

Kontakt z rzeczywistością

Kontakt z rzeczywistością

Opublikowano 05 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 2 komentarze

Jeżeli tylko masz pełny kontakt z rzeczywistością nie grozi ci pycha. Pokora sama się rozwinie. Nie musisz robić nic specjalnego. Nie ma potrzeby byś się umartwiał, szukał upokorzeń czy na siłę siebie pomniejszał. W ogóle nie powinieneś się martwić ani interesować tym czy jesteś odpowiednie pokorny. Wystarczy tylko od czasu do czasu sprawdzić, czy ciągle jeszcze patrzysz na świat czy też zacząłeś wpatrywać się w lustro, gdzie ty sam zajmujesz największe miejsce.

Co to znaczy „pycha”?

Pycha i pokora to wieloznacznie pojęcia. Nie używa się ich w psychologii. Ale w normalnej rozmowie też trudno się dogadać: pycha, próżność, zarozumialstwo, nadymanie się, wyniosłość, arogancja, hardość, bezczelność, buta… dałoby się znaleźć jeszcze z trzydzieści synonimów a każdy z nieco innym znaczeniem. Sam się w to wpuściłem. Pora zatem bardziej konkretnie określić o co mi chodzi.
Osoba pyszna to ktoś, kto:

  • Po pierwsze ma ograniczony kontakt z rzeczywistością. Pomija wiele ważnych informacji, które mogłyby ułatwić mu skuteczne działanie.
  • Po drugie ma sztywną koncepcję swoich możliwości. Efektem takiej koncepcji jest ciągła potrzeba potwierdzania swojej wyższości nad innymi

W tym tekście zajmiemy się pierwszą rzeczą, za dwa dni następną.

Pełny kontakt z rzeczywistością

Wszystko, co się w nas dzieje jest procesem. Zmieniamy się ustawicznie. Dotyczy to zarówno naszego ciała (atomów, komórek, układów) jak i psychiki. Nasze emocje, niezauważalnie przechodzą jedna w drugą. Nasze myśli pojawiają się i znikają. Są chwile, gdy jesteśmy szczodrzy, są chwile, gdy jesteśmy skąpi. Są chwile, gdy jesteśmy mądrzy i przezorni, są chwile, gdy jesteśmy głupi i nieprzewidujący. Są chwile, gdy czujemy się silni i zaradni, są chwile, gdy czujemy się bezradni. Taka jest rzeczywistość.

My jednak budujemy sobie zestaw idealnych wyobrażeń na swój temat i pod ich kątem patrzymy na siebie i świat. Jung mówił o cieniu – miejscu, do którego spychamy wszystko to, czego nie akceptujemy w sobie, co nam się nie podoba, co nam nie pasuje do ideałów. To wszystko, do czego boimy się przed sobą przyznać. Wszystko co wystaje spod etykiet, jakie za wszelką cenę staramy się przylepić na własnym czole.

Jesteśmy ślepi na tą część nas samych. Tak kierujemy uwagą, że przez całe życie może do nas nie dotrzeć, coś co jest oczywiste dla człowieka patrzącego z boku.

Troskliwy ojciec

Tydzień temu rozmawiałem z człowiekiem, któremu zadarza się być okrytny wobec swojego dziecka. Opowiadał mi z dumą o tym jak karze swoje roczne dziecko. Mówił z przyjemnością jak cierpliwie znosi jego płacze, gdy sadza go na jakieś wycieraczce czy kocyku. Zapytałem go czy jest w stanie wczuć się w to, co się w dziecku wtedy dzieje. Czy kiedyś próbował wejść w świat dziecka?

- Oczywiście – odpowiedział – Julka jest wtedy zadowolona, bo ma poczucie granic.

Dwunastomiesięczne dziecko, które jest zadowolone z kary! Zapytałem, co o sobie myśli jako o rodzicu:

- Jestem czułym, wrażliwym i troskliwym rodzicem.

Założę się, że dalej będzie tak o sobie myślał, gdy jego dziecko będzie miało kilka lat więcej, a jego kary będą coraz bardziej dotkliwe. W końcu dzieci się leje tylko z miłości.

Ten człowiek żyje w swoim świecie. Ma tak mocne i sztywne wyobrażenia na swój temat, że stracił kontakt nie tylko ze swoimi uczuciami, ale i światem wokół siebie. Widzi tylko to, co pasuje do jego wyobrażeń na swój temat. Nie jest w stanie zobaczyć niczego, co by było z nimi sprzeczne.

Utrzymanie takiego świata w całości czasem wymaga zachodu. Skoro jestem takim troskliwym rodzicem, który rozumie potrzeby dziecka, dlaczego dziecko ciągle musi być karane? Zadanie mogłoby być trudne dla komputera. Trzeba przecież na bieżąco retuszować całą wizję.  Ale nie dla naszego umysłu. Zdolność naszej psychiki do retuszu świata jest przeogromna. Żaden komputer z Pixar Studio nie dorówna tej maszynie, którą ma w głowie przeciętny Kowalski.

Im bardziej grzęźniemy w fałszowanie świata, tym bardziej nasza „ciemna storna” rośnie i tym bardziej wymyka się spod kontroli. To z kolei prowadzi do jeszcze większej potrzeby retuszowania, a to pozbawia nas jeszcze większej porcji kontroli nad sobą. I tak to się rozwija. Stres, zmęczenie, depresja, lęki, napady złości są tylko efektami ubocznymi.

Co by się stało, gdyby ten człowiek przyznał się do tego, że bywa okrutny? Czy stałby się od razu zimnym oprawcą, który z rozmysłem torturuje własne dzieci?

Nic podobnego. Będąc świadomym tego, co ma w sobie mógłby unikać sytuacji czy zachowań, które ocenia jako złe.

Mogę coś z tym zrobić

Większość rodziców bywa wspaniałomyślna i empatyczna, ale bywa też okrutna i nieczuła. Także ja. Potrafiłbym być nieczułym sukinsynem, który musi wreszcie pokazać temu bachorowi, o co w życiu chodzi. Dlaczego taki nie bywam? Bo gdy pojawiają się we mnie takie odczucia (najczęściej wtedy, gdy jestem zmęczony) robię przerwę – wychodzę na chwilę albo zabieram się za inne zajęcie. A gdy nie mogę, staram się bardziej skupić się na tym, co robię. Zwalniam, tak by nie wymknęły mi się jakieś rzeczy, których będę żałował.

Nie przeraża mnie to, że czasem jestem wściekły na dziecko. Niby dlaczego miałoby mnie to przerażać? Czy zostałem kanonizowany? Czy jestem ogólnoświatowym wzorcem czułości i wrażliwości? Jeżeli nie, to chyba nie dzieje się nic niezwykłego. Ale to, że jestem wściekły, znaczy tylko tyle, że jestem wściekły. Emocje to emocje. Działania są czymś innym.

Świadomość, że mogę być też okrutny pomaga mi wziąć odpowiedzialność za to, co robię. Gdybym zakładał, że to niemożliwe bym był okrutny, przynajmniej parę razy w życiu by mnie poniosło. Gdy dwójka dzieci marudzi, krzyczy i wymyśla niestworzone rzeczy, łatwo stracić nad sobą kontrolę (szczególnie takiej osobie jak ja – niektórzy uważają mnie za osobę porywczą). Póki co, przez ostatnich kilka lat, chyba dwa razy niegroźnie krzyknąłem. No może trzy. Znam siebie i wiem, kiedy się zaczyna moja „fazka”. Wiem, co mam wtedy zrobić. Moja żona też mnie zna i wystarczy, że da mi sygnał.

Gdybym był przekonany, że jestem święty – byłbym bezradny. Jedyne, co mógłbym robić, to już po fakcie radzić sobie z koszmarnym poczuciem rozczarowania sobą (tzw. dysonansem poznawczym). Najprostszą metodą jest fałszowanie rzeczywistości. Można zwalać winę na dzieci, na zmęczenie, na innych ludzi. Albo udawać, że to, co robię dzieje się w imię szczytnych celów i jest wsparte naukową metodą (zawsze można znaleźć jakieś naukowe uzasadnienie).

Tak samo jest w każdej innej dziedzinie. Tym trudniej ci jest ci osiągnąć sukces im skrupulatniej chowasz przed sobą swoje negatywne cechy i emocje. Jeżeli chcesz być skuteczny, nie możesz wykrawać ze swojego życia jakiegoś pozytywnego, pięknego fragmentu i wpatrywać się w niego maślanym wzrokiem.

Lustro

W internecie można kupić wiele śmiesznych gadżetów. Na przykład lustro z napisem „Kocham Siebie”. W jednym ze sklepów tak go zachwalają:

Otrzymaj swoją codzienną porcję afirmacji z lustrem „Kocham Siebie”. Oszronione litery „Kocham Siebie” na twoim odbiciu dadzą ci doskonałą porcję pewności siebie, której codziennie rano potrzebujesz. To kwadratowe lustro może być powieszone na ścianie. W zestawie haki i ozdobne opakowanie.

Są lustra z innymi napisami. Znalazłem ofertę z całym zestawem „oszronionych napisów”:

  • Jestem piękna
  • Jestem mądry
  • Jestem genialny
  • Jestem utalentowany
  • Jestem silny

Jeżeli jestem taka piękna to, po cholerę kosmetyki i makijaże? Czy nie dlatego kobieta robi makijaż by ukryć słabości urody i wyeksponować mocne strony? Może zamiast wydawać pieniądze na podkłady, cienie i pomadki, lepiej kupić to magiczne lustro?

Jeżeli jestem zawsze mądry to, po co mam się uczyć czegokolwiek? Po co mam czytać? Wystarczy zobaczyć na swoim czole napis „jestem geniuszem”.

Jeżeli jestem utalentowany, po co mam ćwiczyć? Najlepiej pójść na casting programu „Mam talent” i kariera gotowa.

Jeżeli jestem taki silny, po co mam chodzić na siłownię, zdrowo się odżywiać czy stawiać przed sobą realne cele? Przecież nigdy nie zabraknie mi siły.

Udawanie, że nie masz żadnych słabych storn nie sprawi, że ich się pozbędziesz. Abraham Lincoln zapytał kiedyś:

- Ile nóg będzie miał pies, gdy ogon nazwiemy nogą?

- Cztery. Nazwanie ogona nogą, nie zrobi z niego nogi.

Wmawianie sobie, że jestem pracowity, mądry, utalentowany, itp. nie sprawi, że nigdy nie poczujesz lenistwa, że nie zrobisz nic głupiego ani, że wszystko będzie ci łatwo przychodzić.

Zamiast tracić czas na budowanie fałszywego obrazu lepiej jest poznać siebie. Gdy poznaję siebie, odkrywam, że:

  • Bywam brzydki
  • Bywam głupi
  • Bywam pozbawiany talentu
  • Bywam słaby

Jeżeli wiem o tym, mogę coś zrobić. Mogę pójść do kosmetyczki, albo stylistki, mogę porozmawiać z doradcą o tym, jak unikać nieprzemyślanych decyzji. Mogę zaplanować ćwiczenia, mogę zapisać się na siłownię albo odpowiednio ustawić dietę.

Posiadanie negatywnych cech nie jest wyrokiem skazującym. Wręcz przeciwnie. Jest punktem wyjścia do tego by się rozwijać.

To właśnie znaczy dla mnie pycha – wpatrywać się z zachwytem w swój piękny obraz. Tak traktować świat, by ten obraz cały czas był wyeksponowny i by nie okazał się pusty. Może to przyjemne. Może takie lustro pozwala lepiej poczuć się rano. Ale czy pozwala lepiej przeżyć dzień?

Co zrobić z lękiem i tremą?

Co zrobić z lękiem i tremą?

Opublikowano 29 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Nie nadaję się do prowadzenia szkoleń

Za miesiąc masz wygłosić prezentację na konferencji. Cieszysz się z tego. Wiesz, co chcesz powiedzieć i wiesz, co dzięki temu osiągniesz. Spokojnie przygotowujesz slajdy i treść wystąpienia.

Na dwa tygodnie wcześniej, gdy prawie wszystko jest już gotowe, zaczynasz jednak czuć się niewyraźnie. Wolisz nie myśleć o momencie, w którym staniesz przed grupą.

Na dzień przed, gdy myślisz o tym co będzie jutro, żołądek ci podchodzi do gardła a serce zaczyna szybciej bić. Zastanawiasz się, jak w ogóle mogłeś się na to zgodzić. Po co ci była ta konferencja?

Powtarzasz sobie jeszcze resztą sił, że dasz sobie radę, jednak na wiele to nie pomaga.

Gdy wychodzisz na środek, twoje pole uwagi zawęża się do wycinka wielkości długopisu, ręce robią się wilgotne, oddech staje się płytki, a nogi sztywne. Masz dość. Dochodzisz do wniosku, że to nie jest coś, co lubisz. Nie nadajesz się do tego. Nie masz odpowiedniej osobowości. Za dużo cię to kosztuje. Jakoś wytrzymujesz tą godzinę i obiecujesz sobie, że nigdy więcej. Przemawianie przed ludźmi? Nie, to nie dla mnie.

To nie jest teoretyczny opis. To moje własne przeżycia.

Przez kilka lat nie prowadziłem szkoleń, bo doszedłem do wniosku, że zbyt dużo mnie kosztują. Byłem (albo przynajmniej bywałem) dobrym trenerem. Jednak stopniowo czułem coraz większe napiecie. W końcu przestałem prowadzić szkolenia.

Gdy się czegoś boisz jesteś w tym coraz gorszy

Być może masz podobne przeżycia. Może w innej dziedzinie. Masz coś, z czego się wycofujesz, bo napięcie i lęk, jaki przy tym czujesz odbiera ci przyjemność.

Nasze odczucia somatyczne i emocjonalne – takie jak napięcie, lęk, zmęczenie, spadek nastroju czy bóle, są źródłem poczucia własnej skuteczności. Łatwo je zinterpretować jako sygnał, że sobie z czymś nie radzimy. Gdy drżą mi ręce, dochodzę do wniosku, że się do tego nie nadaję. Czuję wtedy jeszcze mocniejszy lęk. Zaczynam unikać tego typu sytuacji. Przestaję się rozwijać i rzeczywiście staję się coraz gorszy.

Wiele osób w ten sposób nabawiło się całkiem solidnych fobii – np. lęku przed wystąpieniami publicznymi.

Lekka i szybka metoda

Znów prowadzę szkolenia. Znów sprawiają mi przyjemność.

Chciałbym napisać, że znalazłem szybką i łatwą metodę poradzenia sobie z lękiem. Że pomogła mi jakaś prosta technika. Jakiś prosty trik. Chciałbym opisać kilka prostych kroków, dać kilka eleganckich rad i obiecać,  że twój lęk nigdy nie powróci.

Ale to byłoby oszustwo.

Nie ma szybkich, lekkich i skutecznych metod radzenia sobie z lękiem. Możesz się dać zahipnotyzować, ale efekt nie będzie trwał długo, możesz zacząć brak leki, ale one cię ogłupią, możesz zapisać się do jakiejś sekty, w której piorą mózgi, ale nie masz na to ochoty.

No to, co że czuję tremę?

Czy to znaczy, że nie da się zdrowymi sposobami pozbyć mojego lęku przed szkoleniami? Niestety tak. Czy to znaczy, że nie mogę prowadzić więcej szkoleń? Nic podobnego.

Jakiś czas temu prowadziłem szkolenie z profesorem psychologii. To człowiek, który ma olbrzymie osiągnięcia, gruntownie zna się na temacie, a co więcej potrafi bardzo ciekawie mówić i jest za to kochany przez uczestników szkoleń (zarówno pracowników firm jak i studentów). Słowem wyga, guru i … w ogóle. Zawsze go podziwiałem. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś miał lepszy punkt wyjścia do zajęć.

Spotkaliśmy się na godzinę przed zajęciami. Profesor był stremowany! Bardziej niż ja. Byłem tym naprawdę zdziwiony. Potem wyszedł na środek i był rozluźniony tak samo jak zwykle.

Czym różnił ten człowiek ode mnie sprzed paru lat? I on i ja czuliśmy napięcie. A jednak on pracował, a ja się wycofywałem.

Profesor traktował swój lęk (tremę, napięcie, czy jakkolwiek to nazwać), jako coś naturalnego. Po prostu tak jest. Gdy złapiesz katar cieknie ci z nosa, ale nie boisz się, że wyzioniesz ducha. To w końcu tylko katar. Gdy wypijesz za dużo wina kręci ci się w głowie, ale nie krzyczysz, że świat się przewraca. To tylko alkohol. Gdy wyjdziesz na dwór zbyt lekko ubrany przebiegną cię dreszcze, ale nie boisz się, że coś cię gryzie. To tylko chłodne powietrze.

Gdy czekasz na początek szkolenia, czujesz napięcie i mobilizację organizmu.

No i co z tego? Czy to takie straszne?

Jesteś w stanie znieść trwającą cały dzień migrenę, ból zęba, rozstanie z ukochaną osobą, która wyjeżdża na dwa tygodnie, jesteś w stanie znieść kaca po spotkaniu z przyjacielem, ale nie jesteś w stanie znieść kilku godzin lęku?

Oczywiście, ze potrafisz. Lęk, póki nie jest to lęk przed lękiem, jest czymś całkiem możliwym do zniesienia.

Jest czymś, co trudno polubić. Kto mówi, że trzeba?

Jest czymś niewygodnym. A dlaczego ma nie być?

Ale jest czymś, co można znieść.

Jak mówi tytuł książki Susan Jeffers (której nie musisz czytać, bo tytuł wszystko mówi):

Feel the fear and do it anyway”. Czuj lęk i mimo wszystko zrób to.

Gdy doświadczasz lęku przed czymś możesz przestać to robić, poddać się, uciec i tym samym pozwolić by twoje możliwości pozostały okrojone. Albo możesz zrobisz to, czego się boisz. Tylko w ten sposób możesz pokonać lęk.

Gdy czujesz tremę, nie tragizuj. Po prosu rób swoje.

Pułapka wygody

Naszym największym problemem nie jest to, że czujemy lęk. Problemem jest to, że rozhartowaliśmy się. Nasza psychika stała się delikatna jak pupa niemowlaka. Przeraża nas wizja każdego lęku, smutku, trudności czy wysiłku. Siedzimy wygodnie rozparci przed telewizorem, oglądamy reklamy i oczekujemy, że wszystko, co dobre musi być lekkie, łatwe i przychodzić bez wysiłku.

Najlepsze są wygodne samochody, błyskawiczne w przygotowaniu dania, kawa z proszku i proste do zrozumienia książki. Gdybyś przypadkiem poczuł lęk, smutek lub złość, na pewno ktoś ci zaoferuje tabletki.

- Po co się męczyć, kupisz je bez recepty i życie znowu będzie piękne. Są ziołowe, bardzo zdrowe.

- Próbowałem i nie działają…

- To może coś mocniejszego. Jakiś dopalacz może? Można by odwiedzić psychiatrę, to w końcu nic wstydliwego… Po co się męczyć?

Nie wierz firmom farmaceutycznym. Być może wygodne krzesła są lepsze od niewygodnych a kawa instant lepsza od świeżo mielonej. Ale spokój osiągnięty chemicznie nie ma nic wspólnego ze spokojem.

Są oczywiście sytuacje, gdy leki są potrzebne. Gdy ktoś siedzi przez dwa dni bez ruchu i patrzy w sufit, trzeba go jakoś z tego wyciągnąć, by w ogóle zacząć z nim pracować. Ale to nie jest ani twój, ani mój przypadek.

Lęk przed lękiem

Czymś znacznie gorszym od lęku jest lęk przed lękiem. Nie tylko zresztą przed lękiem. Przed jakimkolwiek negatywnym uczuciem.

- To straszne, czuć lęk! Nie zniosę tego, nie wytrzymam tego. Musze się z tego wycofać.

- To straszne czuć smutek. Nie zniosę tego, nie wytrzymam.

- To straszne czuć złość. Nie jestem w stanie tego znieść.

Gdy człowiek czuje lęk, złość czy smutek, czas uruchamia w nas automatyczne, psychologiczne mechanizmy regeneracyjne. Lęk słabnie, złość opada a smutek przechodzi.

Chyba, że ciągle, podtrzymujesz te uczucia, podgrzewasz je strając się ich natychmiast pozbyć.

Prosta rada: nie bój się swojego własnego lęku.

Odwaga

Jest coś, co się nazywa odwagą, dzielnością czy hartem ducha. Rzecz mało popularna, ale ważna jak nigdy. To umiejętność stawiania czoła wewnętrznym przeciwnościom. To umiejętność znoszenia niewygody, trudu i lęku w imię ważniejszych korzyści.

Odwaga to nie jest brak strachu. W sytuacji zagrożenia strachu nie czuje głupiec. Człowiek odważny boi się (bo ma wyobraźnię) ale mimo tego umie podjąć odpowiednie działania.

Myśl o czymś więcej

Warunkiem odwagi jest mieć na względzie coś więcej niż tylko siebie. Gdy myślisz tylko o sobie, gdy skupiasz się jedynie na swojej własnej wygodzie, trudno jest znieść choćby średnią dawkę lęku.

By mieć w sobie odwagę warto mieć jakiś cele. Jakąś misję i wartości, w które wierzymy.

Gdy prowadzisz szkolenie, tylko po to by dobrze wypaść na środku czy dobrze się bawić, trudno cię będzie przejść do porządku dziennego nad strachem.

Ale pomyśl, że na sali siedzą ludzie, na których bardzo ci zależy. Masz im coś bardzo ważnego do powiedzenia. Coś, od czego wiele zależy. Czy będziesz zwracać uwagę na tremę?

Albo pomyśl sobie, że są to ludzie, których lubisz i szanujesz i z którymi chcesz się podzielić czymś bardzo cennym. Chcesz im dać, coś bardzo ważnego. Czy trema cię powstrzyma?

Gdy masz coś do dania, gdy twoim celem jest dzielenie się, chwila lęku przestaje być problemem.

Stopniowe hartowanie

Oczywiście są sytuacje, które wydają się zbyt trudne. Gdy do tej pory chodziłeś w grubej puchowej kurtce nie skacz od razu do przerębla.

Zacznij od sytuacji, które rodzą umiarkowane obawy. Oswajaj się z nimi. Przyzwyczajaj się do tego, ze czujesz lęk i mimo tego działasz.

Przyzwyczajaj się do tego, że lęk to twój kumpel. Trochę uciążliwy, ale nie masz innego wyjścia, jak go znieść. To, że go masz obok siebie nie znaczy, że do czegoś się nie nadajesz. To znaczy tylko tyle, że jesteś człowiekiem.

W tajemnicy powiem ci, że gdy przestaniesz nim się tak zajmować, ten kumpel się znudzi i pójdzie sobie. Ale nie myśl teraz o tym. To przyjdzie samo. Dziś, teraz, trzeba po prostu pozwolić mu być.