Tag Archives: akceptacja
Przeżuwanie: Jak przestać kurczowo trzymać się dna dołka?

Przeżuwanie: Jak przestać kurczowo trzymać się dna dołka?

Opublikowano 16 kwietnia 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 18 komentarzy

1.

Naturą naszych emocji jest ich czasowość: pojawiają się a następnie rozpraszają. Są jak dźwięk dzwonu. Gdy dzwon zostaje uderzony, początkowo jego dźwięk jest głośny, ale potem wybrzmiewa. By odezwał się jeszcze raz, musimy w niego znowu uderzyć.

Emocja nie może trwać niezmiennie. Byłoby to bardzo niebezpieczne dla organizmu. Każda emocji pełni ważną rolę w przetrwaniu. Np. strach stymuluje do ucieczki przez zagrożeniem a złość do ataku na przeszkodę. Emocje są sygnałem, który zmusza do odpowiedniej i szybkiej reakcji na zmieniające się warunki. Gdyby emocje trwały zbyt długo bylibyśmy niewrażliwi na kolejne zmiany.

Taką czasowość emocji wyraźnie widać w świecie zwierząt. Gdy na stado rzuca się drapieżnik, antylopy ruszają do ucieczki z energią, jaka jest im nie dostępna, gdy są spokojne. W końcu drapieżnik dopada jedną z nich. Antylopy jak gdyby nigdy nic, natychmiast wracają do skubania trawy. Gdyby było inaczej, gdyby musiały dochodzić do siebie czy się uspokajać, ich przetrwanie byłby zagrożone. Po pierwsze by przeżyć trzeba jeść i jak najszybciej zregenerować siły po wysiłku. Po drugie, kolejny drapieżnik miałby ułatwione działanie. Dochodzące do siebie antylopy byłby łatwym łupem.

Ze względów ewolucyjnych emocje trwają krótko. Czasem wybrzmiewają znacznie szybciej niż uderzenie dzwonu.

Dotyczy to także lęku, że sobie nie poradzę, smutku, że coś mi się nie udało czy poczucia, że jestem do niczego. Co prawda nie jesteśmy antylopami i nasz mózg jest zbudowany inaczej, jednak w swojej istocie nasz układ emocjonalny jest lepszą wersją tego, czym dysponują zwierzęta. Został zaprojektowany tak by intensywnie wybuchał i szybko się rozładowywał.

Najłatwiej zaobserwować czasowość emocji w odniesieniu do tych przyjemnych. Gdy wsiadasz do pachnącego świeżością samochodu możesz doświadczać euforii, ale po krótkim czasie, zanim jeszcze zapach świeżości zwietrzeje, przyzwyczajasz się do niego. Możesz być nieziemsko szczęśliwy, gdy urodzi ci się dziecko, ale zanim się spostrzeżesz zaczynasz się czuć znużony wszystkimi wiążącymi się z nim obowiązkami. Możesz by szczęśliwym, gdy dostaniesz się na wymarzone studia, ale zanim się spostrzeżesz, traktujesz je jak coś normalnego i zwykłego.

Nie ma dwóch układów emocji: pozytywnego i negatywnego. Wszystkie emocje korzystają z tych samych struktur. Negatywne emocje mijają tak samo jak pozytywne.

2.

Jak to się jednak dzieje, że tyle osób ma przeciwne wrażenie? W ich odczuciu emocje są trwałe, stabilne i niezmienne niczym skała. Szczególnie te negatywne i szczególnie te dotyczące ich samych.

Dlaczego tyle osób czuje smutek, przygnębienie i lęk całymi dniami, tygodniami, miesiącami czy nawet latami? Dlaczego tyle osób ciągle, niezależnie od sytuacji, czuje przygnębienie sobą i swoimi porażkami? Dlaczego ich stany emocjonalne nie wybrzmiewają? Czyżby miały jakieś wadliwe neurony? A może ich ewolucja poszła dalej i nie mają już nic wspólnego z antylopą uciekającą przed lampartem?

Nie. Odpowiedź jest inna. Mamy w sobie mechanizm, którego pozbawione są zwierzęta, który nie tylko nie pozwala emocjom wybrzmieć, ale także ustawicznie je podsyca. Tak, jakbyśmy mieli w sobie ludzika, który gdy tylko usłyszy dźwięk dzwonu, szybko przybiega i bez końca wali w niego z coraz większą siłą. Tym złośliwym ludzikiem jest tryb działania naszego myślącego umysłu, który bywa nazywany: ruminacją, roztrząsaniem, trybem rozwiązywania problemów czy trybem naprawiania.

3.

Słowo ruminacja zostało pożyczone przez psychologów (zresztą jak większość używanych przez nich pojęć) z innej dziedziny. Tym razem z biologii. W tej czynności specjalizuje się rząd ssaków noszących nazwę Ruminantia lub Przeżuwacze. Ich przedstawicielem, oprócz antylopy biegającej po tym tekście jest krowa, renifer czy żyrafa. Te ssaki robią coś, czego nie potrafi robić człowiek (to, co robimy, gdy kanapka jest twarda, to tylko żucie). Przeżuwanie to genialny, choć nieco obleśny z naszej perspektywy sposób jedzenia. Antylopa pasąc się jest jak kosiarka. Napełnia zbiornik, byle szybciej. Nie ma czasu drapieżnik może pojawić się lada chwila. Pokarm szybko trafia do jednej z czterech komór żołądka. Tam zmienia się w tzw. miazgę pokarmową (po angielsku nazywa się to cud) i dopiero wtedy, gdy są warunki, np. wieczorom, zawartość żołądka wraca z powrotem do paszczy i jest przeżuwana.

Ludzie ruminują tylko w przenośni – na poziomie umysłowym. Jak wygląda ta psychiczna ruminacja?

4.

Wracasz z pracy. Wokół wiosna, kwitną kwiaty, śpiewają ptaki, wieje lekki wiatr. Nie zauważasz jednak niczego. Myślisz:

Dlaczego ciągle nie mogę się przebić? Dlaczego ciągle mi nic nie wychodzi? Co jest ze mną nie tak? Muszę coś zrobić! Muszę to rozpracować. Muszę z tym dojść do porządku. Dlaczego jestem taki nieszczęśliwy? Jak mam to wszystko zmienić? Dlaczego szef ciągle mnie nie zauważa? Muszę jakoś zrobić na nim wrażenie. Bla, bla, bla…

Masa informacyjna, którą już raz zdawało się połknęliśmy, wraca i zapełnia nasz umysł. Analizujemy, roztrząsamy, filozofujemy, porównujemy, szukamy rozwiązań, które pozwolą nam wreszcie wszystko zrozumieć i naprawić.

Mamy wrażenie, że jeszcze chwila, a uda nam się znaleźć rozwiązanie i wszystko będzie dobrze. Mijają godziny, ale nic takiego się nie dzieje. Zapadamy się coraz bardziej. Im więcej myślimy tym więcej mamy problemów.

5.

Doskonały obraz wyjaśniający istotę ruminacji można znaleźć w książce Świadomą drogą przez depresję (tytuł nieco mylący, bo z książki wiele można wynieść nie cierpiąc na depresję, znacznie trafniejszy jest podtytuł Freeing yourself from chronic unhappinessUwalnianie się od chronicznej zgryzoty).

Otóż ruminacja jest jak próba czyszczenia rozlanego mleka, poprzez polewanie go wodą. Wyobraź sobie, że parobkowi pomagającemu przy krowach, rozlała się bańka mleka. Szybko bierze szlauch i próbuje spłukać mleko z posadzki. Niestety spłukiwanie zmienia kałużę mleka w białe jezioro. Im bardziej parobek się stara, tym więcej białego płynu jest na posadzce. Problem polega na tym, że woda zmieszana z mlekiem wygląda tak samo jak mleko. Im gorliwiej stara się spłukać mleko, tym więcej wokół bieli. Sztuczka polega na tym, jak dowiaduje się parobek od gospodarza, by najpierw pozwolić mleku spłynąć, potem wytrzeć resztki i dopiero wtedy zacząć spłukiwać posadzkę.

Podobnie jest z naszymi próbami posprzątania siebie. Jeżeli jesteś niecierpliwy i starasz się wszystko natychmiast usunąć, tyko pogarszasz sprawę. Twoje wytężone wysiłki zaprowadzenia w sobie porządku sprawiają, że to, co było małą kałużą staje się wielkim jeziorem. Gdybyś nie był tak porządny i tak przekonany, że zawsze masz być pełen pozytywnych emocji, zwarty, gotowy i uporządkowany, po godzinie mógłbyś już dawno zapomnieć o rozlanym mleku. Zamiast tego heroicznie walczysz na swoim białym, szalejącym jeziorze.

I to jest właśnie ruminacja. Jak piszą autorzy tej książki, jest ona „heroicznym usiłowaniem rozwiązania problemu, którego nie da się rozwiązać w ten sposób”.

6.

Gdy już wpadniemy w ruminację, trudno się z niej uwolnić. To trochę jak drapanie swędzącego miejsca. W chwili, gdy się drapiesz czujesz ulgę, ale gdy tylko przerwiesz, swędzenie staje się jeszcze bardziej nie do zniesienia.

Gdy ruminujemy mamy poczucie, że zbliżamy się do rozwiązania. Przecież jeszcze chwila i mi się uda! Jeszcze chwila a doznam olśnienia! To jak udział w teleturnieju o wysokich nagrodach. Jeszcze tylko jedno pytanie a nagroda będzie moja! Nie mogę tego tak zostawić! Niestety, okazuje się, że mijają kolejne chwile a my wcale nie jesteśmy bliżej wygranej.

Rozwiązywanie problemów jest niesamowicie cenną umiejętnością, póki zajmujemy się światem zewnętrznym. Jeżeli chcemy rozwiązać problem, jakim my sami jesteśmy, nigdy nam się to nie uda.

William, Teasdae i Segal (autorzy Świadomą drogą …..) piszą:

Ruminujemy, gdy czujemy się źle, ponieważ wierzymy, że objawi nam to sposób rozwiązania naszych problemów. Badania jednak pokazują, że ruminacja daje dokładnie przeciwny skutek: nasza zdolność rozwiązywania problemów wyraźnie słabnie. Wszelkie dane zdają się wskazywać na okrutną prawdę, że ruminacja jest częścią problemu, a nie rozwiązania.

Nie trzeba skomplikowanych badań by odkryć, że nasze przemyśliwania prowadzą donikąd. Można mieć nadzieję, że dojdę do jakiegoś rozwiązania, gdy myślę przez dziesięć minut czy nawet godzinę. Ale przez całą noc? Przez cały tydzień? Przez cały dzień? Pracowicie wracając do swojego jałowego filozofowania, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja?

Zdarzają się sytuacje, gdy warto usiąść i poważnie zastanowić się nad swoimi problemami. Poszukać przyczyn, znaleźć rozwiązanie, podjąć decyzje itp.

Dalai Lama w jednej z książek pisze:

Jeśli boisz się jakiegoś cierpienia, powinieneś sprawdzić czy jest coś, co możesz z tym zrobić. Jeśli możesz, nie ma potrzeby się o to martwić, jeśli nie możesz nic zrobić, również nie ma potrzeby by się martwić.

Czy możesz coś zrobić z problemem zatytułowanym Dlaczego nie radzę sobie z życiem? Zapewniam cię, że nie. To nie jest problem, który można rozwiązać, tak jak się rozwiązuje krzyżówkę.

7.

Ruminacja bardzo mocno wiąże się z notorycznym poczuciem braku własnej wartości i wątpliwościami na swój temat. Osoby, które doświadczają tego rodzaju doznań, bardzo często wskakują w tryb ruminacji. Pisałem w jednym z poprzednich tekstów o tym, jak łatwo wpaść w piekło samopotępienia. Wystarczy uchybienie, częściowa porażka, przelotna fala smutku czy nawet zmęczenie, a już czujemy się nic nie warci i bezradni.

Takie odczucie jeszcze byłoby do zniesienia. To naprawdę nic strasznego poczuć się raz na jakiś czas małym, bezradnym, zagubionym we wszechświecie człowiekiem. Tego rodzaju doznanie jest nawet potrzebne dla naszego rozwoju psychicznego.

Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy usiłujemy jak najszybciej posprzątać. O Boże, to przerażające, nie mogę się tak czuć! To straszne! Mam przecież tyle do osiągnięcia! Przecież muszę być człowiekiem sukcesu! Bla, bla, bla…

I karuzela rusza. Naprawa siebie staje się najważniejszą rzeczą na świecie. To sprawa numer jeden. Ważniejsza od wszystkich innych zajęć. Trzeba, czym prędzej wszystko zostawić i rozwiązać problem. W takiej sytuacji…:

…jak w ogóle moglibyśmy rozważać odwrócenie naszej uwagi od tych palących problemów i zajęcie się czymś innym, nawet gdyby miało to nam ulżyć? Dojście z sobą do ładu i przeforsowanie jakiegoś rozwiązania zawsze wydaje się najważniejszą sprawą na świecie – trzeba jak najszybciej dość, co tego, co jest z nami jest nie tak, wyszukać to, co musimy zrobić by zminimalizować spustoszenie, jakie w naszym życiu sieje nasze zmartwienie
(Świadomą drogą przez depresję).

To ruminacja jest przyczyną trwałego zablokowania naszego poczucia wartości w dolnych rejonach. To z jej powodu ludzie potrafią całymi latami czuć się zupełnie do niczego.

8.

Naucz się rozpoznawać swoją ruminację. Świadomość tego, że „właśnie teraz się to dzieje” stanowi ważny krok do tego by pozbyć się niepotrzebnego podtrzymywania negatywnego nastroju.

W moim przypadku ruminacja przydarza mi się, gdy zmęczony wracam do domu. Idę i myślę o tym, czego nie zrobiłem, co powinienem jeszcze zrobić. Moje myśli szybko zaczynają przesuwać się w stronę znalezienie genialnego rozwiązania czy genialnej filozofii działania. Automatycznie pogarsza mi się nastrój (mimo, że zazwyczaj spacery działają na mnie regenerująco).

Ruminacji czasem towarzyszą tzw. myśli automatyczne. U mnie jest to często niewinne pytanie „O co w tym chodzi?”. Gdy je słyszę w środku głowy od razu zwracam uwagę na to, czy czasem nie jestem „w ciągu”. To mogą być zupełnie inne myśli. Często spotykane są takie jak:

Jestem do niczego.

Zawiodłem.

Jestem rozczarowany.

Nie zniosę tego dłużej.

Co jest ze mną nie tak.

Jestem przegrany.

Dlaczego nie jestem gdzie indziej.

Muszę się stąd wyrwać.

Moje życie to porażka.

Jestem nieudacznikiem.

Nigdy nic mi się nie uda.

Coś się musi zmienić.

Nie warto.

Moja przyszłość jest ponura.

Dlaczego jestem taką ofermą.

(To niektóre pozycja z „Kwestionariusza myśli automatycznych” Kendalla i Hollona)

9.

Co zrobić, gdy odkryjesz, że zaczynasz zanurzać się w jałowe naprawianie siebie samego?

Najprostszego rozwiązania nauczyła mnie moja mama. Gdy po jakiejś szkolnej porażce wracałem przybity do domu, pełny myśli, że nigdy nie uda mi się być takim mądrym jak moi koledzy, mówiła: to nie koniec świata, nic się nie stało. Nie musisz mieć samych piątek. Nie to się najbardziej liczy. Trudno to oddać, bo to nie było w słowach. I to coś, chyba najpełniej jest obecne w postawie matki wobec swojego dziecka. To pozwolenie na to, by sobie nieco odpuścić.

Istotą ruminacji jest kurczowe trzymanie się intencji naprawy siebie i pozbycia się cierpienia. Rozwiązaniem jest porzucenie tej intencji. Zgoda na – jak nazwa to Jon Kabat Zin – pełną katastrofę.

Tak, moja życie to katastrofa. Nieustanna katastrofa. Jedno wielkie pasmo pomyłek. Nie ma żadnej złotej kuli, która by zabiła nieudacznika we mnie, zostawiając przy życiu człowieka sukcesu. Nie ma zaklęcia, które by zmieniło mnie natychmiast w księcia czy księżniczkę. Nie uda mi się wygrać zapasów z samym sobą. Nie uda mi się natychmiast pozbyć cierpienia.

Jeżeli będę kurczowo trzymał się intencji naprawiania siebie, tym szczelniej moje życie napełni się poczuciem wiecznego niezadowolenia.

Nawet, jeżeli twój ból jest bardzo dokuczliwy, nawet jeżeli jest nim głębokie poczucie tego, że jesteś nic nie wartą pomyłką, tak długo, póki nie zaakceptujesz tego doznania nic się nie zmieni. By coś zmienić, najpierw musisz to przyjąć – takie, jakie jest, bez żadnego naprawiania, łagodzenia czy upiększania.

Jedyne, co mogę rozsądnego zrobić to zejść sobie z drogi. Tak, jestem katastrofą. Koniec poszukiwań „złotej kuli” – koniec ruminacji.

Skończ ruminować, zacznij żyć. Jak mówi Pema Cziedryn: zacznij tu gdzie jesteś. Jestem nie dość dobry? Cóż, jestem nie dość dobry. Zatem jako „nie dość dobry człowiek” zrobię wszystko, co tylko mogę zrobić.

Sprawdź, co się z tobą dzieje, gdy porzucasz swoje próby naprawiania siebie. Czy masz wtedy więcej siły by zrobić krok naprzód? By zrobić to, co masz do zrobienia?

Takie porzucenie intencji, mimo, że bardzo skuteczne nie zawsze jest łatwe. Dlatego warto poznać jeszcze jeden sposób odpuszczania sobie ruminacji.

10.

Ruminacji towarzyszy odcięcie od danych zmysłowych. Osoba poddająca się ruminacji jest pochłonięta przez własne myśli, tak, że nie zauważa tego, co się dzieje wokół niej.

To bardzo ważne cecha. Stan analitycznego naprawiania siebie samego, dochodzenia ze sobą do porządku jest nie do pogodzenia ze stanem doświadczania.

Łatwiej jest puścić kurczowego trzymania się intencji naprawiania siebie, gdy nawiązujemy kontakt z danymi, jakie płyną z naszych zmysłów.

Istnieje wiele różnych sposobów na to by nawiązać pełniejszy kontakt z danymi zmysłowymi. Gdy przyjrzysz się swojemu codziennemu życiu znajdziesz, co najmniej kilka rzeczy, przy których nie zdarza ci się ruminować. Jedną z takich rzeczy w moim przypadku jest ruch. Gdy jestem zadyszany nie ruminuję. Podobnie nie zdarza mi się ruminować, gdy jadę samochodem. Gdy zbytnio kombinuję, mogę po prostu wsiąść do samochodu lub trochę pobiegać.

Nie są to jednak uniwersalne rozwiązanie. Wiem, że są ludzie, którzy szczególnie mocno przeżuwają w trakcie ćwiczeń fizycznych. Nigdzie tak łatwo nie wpadają w trans jak na siłowni czy podczas biegania. Są także ludzie, którzy zaczynają przemyśliwać swoje życie ile razy wsiądą za kierownicę.

Poszukaj swoich czynności, takich, przy których twoja uwaga najlepiej kontaktuje się ze zmysłami.

Możesz także opracować samodzielnie jakąś technikę wychodzenia z ruminacji. Niżej dwie podpowiedzi.

Technika pierwsza – najprostsza

  • Zwróć uwagę na pięć rzeczy, jakie możesz wokół siebie zobaczyć.
  • Następnie znajdź pięć różnych dźwięków.
  • Zwróć uwagę na pięć doznań płynących z twojego ciała.
  • Zwróć uwagę na zapach, temperaturę i fakturę.

Druga technika – prosta

1. Zorientuj się w czasie i miejscu. Która jest godzina? Jaki dziś jest dzień? Gdzie jesteś? Co tu robisz? Jak się tu znalazłeś?

2. Świadomie zobacz, usłysz, posmakuj, dotknij lub powąchaj. Użyj w świadomy sposób, co najmniej jednego ze zmysłów. Uświadom sobie, co widzisz, co słyszysz czy też, co czujesz.

3. Aktywnie działaj. Zacznij coś robić w świadomy sposób. Wstań, przeciągnij się, idź na spacer włącz muzykę czy porozmawiaj z kimś.

4. Nie kontynuuj myśli o tym, co nie dociera do twoich zmysłów. Jeżeli czegoś nie widzisz, nie słyszysz, nie dotykasz czy nie czujesz – w tym momencie to nie istnieje. Skup uwagę na tym, co dzieje się przed tobą. Tym, czego doświadczasz obecnie. Jeżeli myśli uporczywie powracają, nie walcz z nimi, ale też nie wdawaj się w nie.


Zdjęcia: Andy Smith, Viton i Daniil Kalinin

Z czym naprawdę masz problem – z oceną siebie czy poczuciem własnej bezsilności?

Z czym naprawdę masz problem – z oceną siebie czy poczuciem własnej bezsilności?

Opublikowano 05 kwietnia 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 29 komentarzy

1.

Jakiś czas temu, składając klientowi ofertę zażądałem zbyt wysokiej ceny. Gdybym podał niższą, mielibyśmy szansę zdobyć zlecenie. Nawet przy znacznie niższej cenie, byłoby dla nas bardzo zyskowne. To były dziesiątki dni szkoleniowych. Przestrzeliłem. Tym bardziej bolesne, że nie wykorzystałem wszystkich okazji by sprawdzić, jaką warto dać cenę. Słowem zawaliłem i nie miałem na to żadnego uzasadnienia. Gdybym był swoim pracodawcą, musiałbym się ocenić w sposób negatywny, nawet bardzo negatywny. Mógłbym nawet pogrozić palcem. A tak byłem tylko na siebie wściekły.

Czy ta ocena przeszkadza mi w podejmowaniu kolejnych decyzji cenowych? Wręcz przeciwnie. Z jeszcze większą chęcią je podejmuję, bo dowiedziałem się o sobie jednej rzeczy więcej. Wiem jak unikać podobnej wpadki w przyszłości.

Negatywna ocena własnych zachowań nie utrudnia mi życia. Jest nieprzyjemna, ale daleko od niej do paraliżu czy długotrwałych dywagacji nad tym, co zrobić z życiem. Nie jest przyjemnie wiedzieć, że popełniło się głupi błąd. Nie jest przyjemnie wiedzieć, że człowiek nie osiągnął zakładanego przez siebie celu. Nie jest przyjemnie wypaść gorzej w porównaniu z innymi (np. wiedzieć, że zarabia się mniej od sąsiada, że przeczytało się mniej książek niż kolega z klasy, czy że gorzej zna się język obcy niż, ktoś, kto zaczął uczyć się w tym samym czasie). Ale czy te sytuacje są na tyle trudne, by ktokolwiek potrzebował w nich pomocy? Nie sądzę.

2.

O co zatem chodzi ludziom, którzy narzekają na negatywną samoocenę? O co chodzi tym wszystkim skarżącym się na niskie poczucie własnej wartości i wątpliwości pod swoim adresem?

Rzadko chodzi o samoocenę. Większość z narzekających nie za bardzo wie, na czym polega ocena siebie – szczególnie ta negatywna. To, co nazywają negatywną oceną siebie, albo poczuciem niskiej wartości, w rzeczywistości jest głębokim poczuciem własnej bezwartościowości i bezradności.

To, co czują, to nie jest jedynie negatywna ocena siebie. To jest osłabiające, paraliżujące i dramatyczne poczucie, mówiące, że jestem:

  • do niczego;
  • nic nie warty;
  • bezsilny;
  • nieadekwatny;
  • ułomny;
  • pozbawiony jakichkolwiek szans;
  • beznadziejny;
  • zły;
  • wadliwy;
  • nie taki jaki powinienem być.

Samoocena – jak mówi nazwa – jest oceną. Oceny mogą być pozytywne lub negatywne, mogą być lepsze lub gorsze, mogą być mniej lub bardziej surowe.

Ale to nie jest ocena. To czarna dziura. Coś znacznie bardziej surowszego niż najbardziej surowa ocena – to raczej natychmiastowe wyrzucenie ze szkoły, albo rozmowa na dywaniku u dyrektora.

3.

Od strony poznawczej, negatywna ocena siebie różni się od poczucia bezradności pod kątem trzech aspektów:

Poczucie bezradności jest wszechczasowe: zawsze zawalam, nigdy mi nic nie wychodzi, nigdy mi się nic nie uda. W rzeczywistości to była moja pierwsza próba, nie wyszło mi raz – ja jednak czuję, że nie wyjdzie mi absolutni nigdy. Jestem do niczego in saecula saeculorum… amen.

  • Poczucie bezradności jest zawodnikiem wszechkonkurencji. Nie udało mi się zrobić na kimś wrażenia albo napisać czegoś ciekawego i od razu czuję, że nic mi nie wychodzi, w niczym nie jestem dobry. Nie mam żadnych szans!
  • Poczucie bezradności jest także skupione wyłącznie na sobie. Byłem na rozmowie rekrutacyjnej. Kobieta, która przeprowadzała ze mną wywiad ewidentnie miała zły dzień, konkurencja była ogromna. Co powiem sobie, gdy nie dostanę pracy? Że to ja jestem zupełnie beznadziejnym przypadkiem i wszystko przeze mnie.

4.

Dosyć łatwo rozpoznać ten wzorzec myślenia. To zawsze jest generalizacja, katastrofizacja i przesada. Nie ma ocen pośrednich. Nie ma umiarkowanego rozczarowania. Nie ma selektywności, czy brania pod uwagę tego, co naprawdę się wydarzyło.

Co pewien czas, na tyłach samochodów widzę slogan „Albo Suzuki albo nic”. Osoby cierpiące na poczucie bezwartościowości działają zgodnie z podobną zasadą: „Albo jesteś geniuszem, albo niczym”. Nie ma stanów pośrednich: jest tylko geniusz i nikczemnik.

Wszystko co nie łapie się na geniusza to „nic” – absolutne dno nie warte powietrza, które zużywa. Zero i jeden. Brak wartości pośrednich, czy jak mówią elektronicy, analogowych.

I to stanowi ogromny problem. Większość życia dzieje się na płaszczyźnie analogowej – wśród wartości pośrednich. Jeżeli je skreślisz, twoje życie stanie się rażąco ubogie.

Jeżeli oceniasz siebie w zdrowy sposób, we większości przypadków twoje oceny są umiarkowane. Czasem oceniasz się pozytywnie, czasem negatywnie, ale bardzo rzadko, jeżeli w ogóle, myślisz o sobie w kategoriach geniusza lub absolutnego potępieńca. Dla osoby „dwustanowej” sama możliwość takiego myślenia o sobie jest już podejrzana. Albo Suzuki, albo nic – albo geniusz, bóg, święty, miliarder – albo nie mam po co żyć. Wszystko co pośrodku jest zgniłym kompromisem na który nie wolno się godzić.

Jest wiele powodów, dla których taka osoba stawia przed sobą tak nieludzkie standardy. Przynajmniej na krótką metę jest to bardzo dla niej opłacalne. Zajmiemy się tym jeszcze kiedyś. Często jednak to nie jest kwestia strategii czy interesu. Często taka osoba nie umie inaczej z racji połączenia, jakie istnieje pomiędzy emocjami, nastrojami i pamięcią.

5.

Poczucie bezwartościowości i ułomności jest czymś uzasadnionym, gdy człowiek zrobi coś naprawdę okropnego i koszmarnego. Albo, gdy znajduje się w sytuacji całkowicie bez wyjścia, tuż przed katastrofą. Jednak zdecydowana większość osób nigdy nie znajduje się w takich sytuacjach a mimo to, często doświadcza takiego samego poczucia jakby, co najmniej popełniła ciężki, niewybaczalny grzech śmiertelny albo znalazła się w sytuacji całkowitej katastrofy.

Wystarczy coś naprawdę drobnego – niewielkie spóźnienie, małe odstępstwo od planów, brak entuzjazmu u osoby, którą prosiło się o ocenę, negatywna opinia kogoś, którego zdania nikt nie poważa, porażka będąca wynikiem zewnętrznych sił, błąd który nie ma wcale krytycznego znaczenia – a już następuje zjazd na sam dół piekła, zjazd do czarnej dziury bycia „niegodnym wyrzutkiem i najgorszym przestępcą”.

Co gorsza, czasem takie poczucie pojawia się zupełnie bez powodów. Człowiek w dobrej kondycji kładzie się spać, jednak rano dźwięk budzika wyrywa ze snu zupełnie inną osobę, kogoś pełnego poczucia całkowitej nieadekwatności.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tak łatwo niektórym z nas zjechać na samo dno? Dlaczego tak często opanowuje nas demon poczucia bezradności, nieadekwatności i bezsilności? Skąd w ogóle bierze się w nas ta czarna noc?

6.

Jeżeli mieszkasz w przytulnym, dobrze ci znanym i w miarę wygodnym domu nie musisz sobie nic wyobrażać. Jeżeli nie, pomyśl o tym, jakie to mogłoby być przyjemne. Gdy już się wczujesz, wyobraź sobie, że którejś nocy twój dom się rozpada. Jakaś nieznana siła chwyta cię i nagle – nie masz zielonego pojęcia jak – znajdujesz się w czymś zupełnie ci obcym. Po raz pierwszy w życiu widzisz takie kolory, takie światło i słyszysz takie dźwięki. Ci, którzy cię porwali – ponieważ nie wiemy jak ich nazwać, nazwijmy ich kosmitami – są niepodobni do niczego, co do tej pory widziałeś. Są ogromni i wszechmocni. To, co umiałeś do tej pory w niczym się nie przydaje. Nie umiesz się ruszać w ich świecie, nie umiesz się porozumiewać…. Gdy czujesz głód, chłód albo niewygodę, możesz tylko krzyczeć, ale nawet twój krzyk jest dla ciebie całkowicie nowym doświadczeniem. Nigdy go nie słyszałeś.

Pytanie: czy w takiej sytuacji czułbyś się: (a) pewny siebie, pełny nadziei i spokoju; (b) bezsilny, przerażony i zagrożony?

Moja córka urodziła się w Szpitalu Uniwersyteckim. Nazwiska największych specjalistów wśród personelu i siermiężne sale pamiętające koniec XIX wieku. Pierwszego dnia, tuż nad ranem moja żona, trzymając się stojaka z kroplówką, poszła do sali, w której nocowały dzieci. Sala była wypełniona rzędami wózków. Taki mały supermarket. Nawet metki były. Tyle, że zamiast cen, nazwiska i godziny urodzin. Nasza mała darła się w niebogłosy, podobnie jak większość innych pakuneczków, ciasno owiniętych w wyblakłe od tysięcznych prań pieluch. Dwie pielęgniarki ze stoickim spokojem zajęte były wypełnianiem formularzy.

Pierwsze dni na tym świecie są trudne. Jesteś w stanie wczuć się przez chwilę w to, przez co musi przechodzić dziecko? Potocznie dzieciństwo kojarzy się z błogością i beztroską. To my, dorośli mamy prawdziwe problemy. Dzieci są takie zabawne, takie błogie… przecież one nie żyją jeszcze na poważnie… Patrzymy na nie przez pryzmat Kubusia Puchatka, Piotrusia Pana czy Boba Budowniczego. Gdy byłeś dzieckiem nie przypomniałeś w niczym misia imbecyla ani plastelinowej figurki, która „zawsze da radę”. Może czasem, ale oprócz tego toczyło się w tobie prawdziwe życie. Kubuś Puchatek jest opowieścią dorosłego o tym, jak chcielibyśmy, aby myślały dzieci. Ale one tak nie myślą. Znacznie bliżej ich psychiki jest William Golding we „Władcy Much” czy Janusz Korczak we wielu ze swych książek. Dzieci żyją naprawdę. Naprawdę cierpią, naprawdę się boją i naprawdę stają przed przerastającymi je problemami. My też żyliśmy naprawdę, tyle, że nie zawsze chcemy to pamiętać.

Oczywiście same traumatyczne przeżycia z okolic narodzin nie decydują o przyszłości człowieka. Ale dzieciństwo często jest jak film Hitchcocka – zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem jest tylko gorzej.

Nie mówię, że całe dzieciństwo, nie mówię, że dzieciństwo każdego. Ale we większości przypadków, gdyby nie doświadczenie bezradności, jakiego doznaliśmy w tym okresie, nie byłoby doświadczenia przytłaczającej bezradności w okresie dorosłości.

Ci z nas, którzy w trakcie dzieciństwa wiele razy musieli czuć, że są nic nie warci, źli, beznadziejni, godni pogardy, pozbawieni wartości, wadliwi, odrzuceni czy nie tacy jak powinni… doskonale opanowali wzorzec bezradności.

Co to jednak znaczy? Że powinniśmy przeprowadzić skomplikowaną analizę przeszłości by się uwolnić od poczucia bezsilności? Nic podobnego.

7.

To nie twoi rodzice ani twoje dzieciństwo jest winne tego, że co rusz czujesz się bezwartościowy. W dzieciństwie jedynie nauczyłeś się wzorców poczucia bezradności czy własnej nieadekwatności.

To trochę tak, jakby ktoś postawił kiedyś na twoje półce przytłaczający film pod tytułem „Jestem nic nie warty, ułomny i nieadekwatny”. Stoi na półce, to nie twoja zasługa, że go masz, ale od ciebie zależy jak często będziesz go oglądał. Czy to takie ważne, kto i kiedy go postawił? Czy świadomość tego cokolwiek zmieni?

Wątpię by możliwe było przeżycie dzieciństwa tak, by nie dostać po drodze tego filmu. Ja taki film dostałem i wszyscy, których dobrze znam też. Chciałbym powiedzieć, że moje córki będą pierwszymi osobami, które znam bez tego filmu, ale zbyt dobrze wiem, że taka sytuacja wymagałaby współpracy nauczycieli, dziadków, krewnych, kolegów i tysięcy innych ludzi. Każdy z nas prędzej czy później dostanie ten niechciany prezent. Oczywiście to nieco inna sytuacja dostać go od nauczyciela lub kolegi niż od rodzonego ojca, nie mnie jednak liczy się nie to, od kogo i w jakich warunkach go dostałeś, ale jak często go odtwarzasz.

Wiemy już skąd mamy możliwość zjazdów, ale ciągle nie wiemy, dlaczego tak łatwo w nie wpadamy. Dlaczego tak łatwo i tak często włączamy nasz przytłaczający film?

8.

Ponad trzydzieści lat temu dwóch brytyjskich psychologów poprosiło kilkunastu członków uniwersyteckiego klubu podwodnego o nauczenie się listy słów. Część z nich miała nauczyć się słów pod wodą, część na brzegu. Po opanowaniu listy badacze sprawdzali jak wiele ze słów nurkowie zapamiętali. Okazało się, że wiele zależy od tego gdzie odpamiętywane jest sprawdzane. Osoby, które uczyły się pod wodą, przypominały sobie ich znacznie więcej, będąc pod wodą. Osoby, które uczyły się ich na brzegu, znacznie więcej potrafiły ich sobie przypomnieć na brzegu. Okazało się, że kontekst ułatwia wydobycie z pamięci związanych z nim informacji.

Takim kontekstem mogą być nie tylko zewnętrzne warunki. Kolejne badania potwierdziły, że mogą być też nasze wewnętrzne warunki – szczególnie stany emocjonalne. Gdy jesteśmy smutni łatwiej nam przywołać do pamięci wydarzenia i informacja, z jakimi mieliśmy do czynienia, gdy byliśmy smutni. Fachowo to zjawisko nazywa się „pamięcią uzależnioną od stanu emocjonalnego”. Pod wpływem nastroju człowiek zmienia swój sposób myślenia oraz interpretowania rzeczywistości. Inaczej myślisz o sobie i świecie, gdy jesteś zadowolony, inaczej, gdy jesteś rozdrażniony czy smutny.

W efekcie niewielki zjazd nastroju może w nas uruchomić te same wzorce myślenia, jakie pojawiły się wtedy, gdy naprawdę byliśmy bezradni.

Nie mamy kontroli nad większością z naszych stanów emocjonalnych. To naturalne, że od czasu do czasu czujemy się zmęczeni, rozkojarzeni, apatyczni czy nie w sosie. Ludzie, którzy zawsze czują się tak samo pewni siebie, radośni i wypoczęci, powinni, czym prędzej odstawić prochy.

Problem jednak polega na tym, że niektóre z tych stanów emocjonalnych skojarzone są z wzorcami ułomności czy nieadekwatności. Zmęczenie, drobna porażka czy rozkojarzenie reaktywuje to wszystko, czego doświadczyliśmy w dzieciństwie. I mimo, że sytuacja jest teraz zupełnie inna, my na powrót stajemy się tym samym przerażonym wielkim światem dzieckiem. Nasze myślenie, emocje, doznania fizyczne wpadają w stare, dobrze znane koleiny.

9.

Co można z tym zrobić? Jest wiele szkół. Są tacy, którzy polecają dyskutować z swoimi myślami. Inni polecają przypominać sobie pozytywne doznania, inni wdrukowywać nowe doznania. Jeszcze inni polecają relaksacją i głębokie oddechy. Pomińmy tych wszystkich, którzy doradzają zakupy w aptece, monopolowym czy u dilera prochów.

Zanim zastosujesz jakąkolwiek metodę musisz mieć świadomość tego, co się dzieje.

Gdy już sobie uświadomisz, zobaczysz czy cokolwiek innego, oprócz świadomości będzie ci potrzebne. Pozytywne działanie większości z technik psychologicznych w ogromnej mierze jest efektem samej świadomości tego, co się z tobą dzieje. Świadomość to inaczej objęcie czegoś umysłem. Gdy uświadamiasz sobie jakiś zachodzący w tobie proces, stajesz się od niego większy. Nie można być świadomym czegoś, nie uruchamiając swojego „większego ja”.

Dlatego często wystarczy odpowiedzieć sobie na kilka prostych pytań:

Czy mój problem jest problemem z wątpliwościami i negatywnymi ocenami, jakie sobie czasem wystawiam czy też polega on raczej na uruchamiającym się poczuciem bezradności?

Jeżeli masz wątpliwości czy to, czego doświadczasz to poczucie bezradności, możesz sprawdzić, czy:

  • wystawiasz sobie ocenę wszechczasów (zawsze, nigdy)
  • wystawiasz sobie ocenę we wszystkich konkurencjach (nic mi nie wychodzi, nic mi się nie udaje)
  • przypisujesz porażkę tylko i wyłącznie siebie (gdybym tylko był inny, gdybym tylko zrobił coś innego).

Przyjrzyj się także swoim:

  • Emocjom (czy czujesz np. przygnębienie, lęk, apatię, wstręt?)
  • Doznaniom fizycznym (czy czujesz np. łomotanie serca, mrowienie, brak oddechu, odpływ energii, watę w nogach)
  • Wspomnieniom czy fantazjom (np. bycie opuszczonym przez matkę, wizja własnego pogrzebu)
  • Automatycznym myślom (np. nie dam rady, jestem do niczego, zawiodłem)

Im bardziej absolutna i abstrakcyjna ocena, im większy jej towarzyszy ból, im mocniejsze są towarzyszące jej doznania, tym większe szanse, że to, co ma miejsce to nie jest żądna negatywna ocena ani wątpliwości pod swoim adresem ale automatycznie wzbudzone poczucie bezradności.

10.

Jeżeli masz do czynienia z poczuciem bezradności przyjrzyj się temu, kiedy się pojawia.

Co konkretnie go reaktywuje? Jakie sytuacje najczęściej go wyzwalają? Jakie odczucia są na jego początku? O jakich porach, w jakich warunkach maszyna się uruchamia?

Czy jest to na przykład:

  • zmęczenie
  • porażka
  • pomyłka
  • brak pochwał
  • pochwały (to może wydawać się bezsensowne, ale pochwały także mogę wzbudzać „zjazd”)
  • spóźnienie
  • ból głowy
  • niepewność
  • niewyspanie
  • atak ze strony kogoś

Możesz założyć dziennik i codziennie spisywać wszystkie te sytuacje, w których nachodziło cię poczucie bezsilności i własnej bezwartościowości.

Prowadź badania jak naukowiec, który chce zrozumieć fenomen. Nie staraj się na niego wpływać, ale jedynie go precyzyjnie opisać. Obserwuj także jak długo fenomen trwa, pod wpływem czego słabnie, pod wpływem czego rośnie jego natężenie, pod wpływem czego mija.

Już sama taka uważna, akceptująca obserwacja zazwyczaj zmniejsza ilość ataków poczucia bezradności. A jeżeli nie zmniejsza to przynajmniej minimalizuje ich wpływ na nasze życie.

To nie jest wszystko, co możemy zrobić wobec ataków bezradności. Zajmiemy się być może innymi sposobami. To jednak wystarczy na początek.

11.

Ten tekst napisałem kilka dni temu. Jest za długi, ale mimo tego postanowiłem do niego dopisać coś, co przydarzyło mi się kilka dni temu.

Zanim to opiszę, wyznanie – tak, poczucie własnej ułomności i braku wartości co pewien czas do mnie powraca. Nie tak mocno jak kiedyś, nie mniej jednak, ten tekst nie jest teoretyczny (mimo, że korzystałem przy jego pisaniu z wielu książek i teorii). A teraz historyjka.

Parę dni temu moja córka budziła mnie kilka razy pod rząd. To ten wiek, w którym dzieciom śnią się różne koszmary. Po takiej czwartej czy piątej pobudce, nie mogłem zasnąć. Na wpół śpiący leżałem i męczyłem się. W którymś momencie znalazłem się w tak totalnym dole, że trudno opisać. To było tak, jakby ktoś przestawił jakąś wajchę w moim umyśle. Pełna depresja. Ból istnienia niemal fizyczny. Poczucie bezwartościowości, bezsilności, ułomności. Skupienie na porażkach, błędach i niewykorzystanych okazjach (a przez kilka ostatnich dni zrobiłem więcej głupich błędów niż przez ostatnie dwa lata). Moje pierwsza rekcja była taka jak chyba wszystkich: trzeba to przerwać, trzeba to naprawić, muszę z tego wyjść jak najszybciej! Kto jak kto, ale jak (choćby z racji pisania tego bloga, nie mogę przecież cierpieć na depresję!) Zacząłem się szamotać, przemyśliwając i przeżuwając wszystko to, co w moim życiu jest nie takie. Im bardziej walczyłem, tym było gorzej. Sen odszedł a depresja się pogłębiała.

Już prawie na krawędzie pomyślałem sobie jednak:

- Przecież to doskonała okazja by sprawdzić to, o czym piszę! Właśnie teraz czuję się absolutnie ułomny i bezwartościowy.

Postanowiłem ułożyć się wygodnie i w pełni doznawać tego wszystkiego, co na mnie spływało. Zacząłem przyglądać się doznaniom z ciała, obrazom i myślom. Przez chwilę czułem się tak, jakbym obserwował operację na żywo prowadzoną na mnie samym. A chwilę potem było rano a ja czułem w sobie głęboką energią. Nawet nie pamiętam, kiedy zasnąłem. Gdy przestałem walczyć i zacząłem doświadczać, wszystko rozproszyło się, tak jakby było to jednorazowe uderzenie, bolesne, ale szybko mijające. Najlepszą metodą na to by poradzić sobie z poczuciem pełnej katastrofy jest pozwolić jej trwać tak długo jak tego wymaga. Gdy przestajesz ją rozdrapywać, ból szybko mija.

Gdy czujesz ból fizyczny, weź środek przeciwbólowy. Gdy czujesz ból psychiczny – przyjmuj, przyjmuj, przyjmuj do otwartych dłoni. To dziwne, ale to najlepszy środek przeciwbólowy.

12.

Temat jest wielgachny i dlatego mam pytanie: czym mam jeszcze coś na ten temat napisać? Czy może wystarczy i lepiej skupić się na czymś innym? Jak uważasz?

Porażki, sukcesy i droga do domu

Porażki, sukcesy i droga do domu

Opublikowano 12 października 2010 | By | Kategorie: zdrowe emocje | 40 komentarzy

Człowiek sukcesu?

Przyznam się. Nie jestem człowiekiem, który mógłby służyć młodzieży za wzór sukcesu. Może, kiedyś, gdy będę już bardzo stary i przypadkiem uda mi się coś wielkiego, będę mógł świecić przykładem. Może będę mógł opowiadać anegdoty jak to sobie zawsze doskonale radziłem. Stopniowo moja pamięć będzie coraz bardziej życzliwa i w końcu sam uwierzę, że mam patent na życie. Będę mówił: tak róbta ludziska, a będziecie szczęśliwi… a słuchacze będą patrzeć z otwartymi ustami myśląc: wow, ja też chcę być taki jak dorosnę…

Ale póki co, te czasy jeszcze nie nadeszły. Wciąż jestem człowiekiem, który doznaje więcej porażek niż sukcesów. Mniejszych, średnich i większych. Wciąż jestem nieuważny, wciąż za szybko się wycofuję, wciąż nie umiem skupić się na jednej rzeczy, wciąż koncentruję się głównie na sobie… to nie spowiedź, nie będę rozwijał. Ale weźmy coś konkretnego. Jakiś czas postawiłem przed sobą cel by pisać jedną książkę na miesiąc i po jakimś czasie utrzymywać się z tego. Piszę dosyć szybko. Byłbym to w stanie zrobić. Ale po roku z moich wielkich zamierzeń nie zostało prawie nic. Jedna wydana książka i jeden e-book, mnóstwo rozproszonych tekstów. Utrzymać się z tego na pewno nie można.

Nie kochani. Niech nikt nie szuka u mnie rady. Nie jestem tym, który może je dawać. Może, gdy czytasz te słowa widzisz dynamicznego i skutecznego człowieka. Szanuję obrazy jakie ludzie mają w głowach, ale jak to zazwyczaj bywa z obrazami nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością. Bywam dynamiczny i skuteczny. Ale bywam też zupełnie inny. Mógłbym napisać, że nie jest ze mnie żaden Winston Churchil, gdyby nie to, że Winston co prawda innych motywował, ale sam miał depresję, był alkoholikiem a dodatkowo miał, delikatnie mówiąc, słabość do kobiet. No dobra, przynajmniej nie jest ze mnie żaden Lincoln. O, sorry, też depresja. Goethe? Schumann? Luther? Tołstoj? No dobra, wystarczy. Wszystko deprecha.

Wróćmy do tematu.

Jeżeli szukasz rad od ludzi sukcesu, jestem pewien, że znajdziesz ich wiele. Jest tyle blogów, których autorzy wszystko wiedzą i wszystko potrafią. Tylu autorów, którzy próbowali wszystkiego. Którzy wiedzą jak sobie poradzić i jak zawsze, niezawidnie osiągać sukcesy.

Owszem, zazdroszczę im. Też bym tak chciał. Chciałbym wszystko umieć, wiedzieć, zawsze sobie radzić i zawsze być skuteczny. Iść od sukcesu do sukcesu. Nigdy nie czuć przygnębienia, pomieszania i przegranej.

Umiem udawać taką osobę. Gdy człowiek pracuje parę lat, jako trener uczy się wielu sztuczek. Zdarzało mi się prowadzić z migreną całe szkolenie. Wszyscy na sali byli uśmiechnięci i radości. Ale na każdej przerwie szukałem miejsca gdzie nikt mnie nie widział i kładłem się na podłodze lub siadałem pod ścianą bez ruchu. To nie jest takie trudne jak się wydaje. Jeszcze łatwiejsze jest udawać człowieka sukcesu. Niestety i to mi się zdarzało.

Ale jakiś czas temu dotarło do mnie, że autentyczność jest wartością, która za cholerę nie chce się ode mnie odczepić. Chciałbym sobie poudawać. Nie być tak do bólu szczery. Już mi to nie wychodzi.

Dlatego trzeba się przyznać. Jeżeli musiałbym się zdefiniować na wymiarze sukces – porażka, muszę powiedzieć: tak jestem człowiekiem porażek.

Nie mówię tego z dumą.

Gdy patrzę jak niewiele udało mi się zrealizować celów, myślę z goryczą: szkoda, za dużo błędów, za częste porażki, wolałbym inaczej…

Zakładam, że znasz to uczucie. Bo jeżeli nie, to ten tekst nie jest dla ciebie.

Poddać się?

Uczucie wątpliwości, osłabienia sobą samym. Bezradność. Myśl: chyba nigdy mi się nie uda.

Pierwsza pokusa – wszystko sobie odpuścić. Przestać się szarpać. Pójść na łatwiznę. To i tak nie było możliwe. Uderz się w głowę. I tak byłeś bez szans. To było za trudne. Nie walcz już. Żyj z dnia na dzień. Pogódź się, że nie dla ciebie morski wiatr w liściach palm, śnieg na niebosiężnych szczytach czy czerwone dachy Paryża. Nie dla ciebie setki klientów zadowolonych z twoich usług, duże nakłady książek czy pełna gości kawiarnia.

Bierz, co dają. Od ósmej do czwartej. Książka do poduszki. Wolne soboty. Nie taki znowu zły szef. Te, tylko trochę głupie, imprezy firmowe. Teściowa na niedzielnym obiedzie, którą jakoś można znieść. Grymaszące dziecko. Te same, coraz bardziej zmęczone oczy patrzące z lustra.

Bierz, co dają. W menu nie ma nic innego.

Jakiś czas temu, zasypiając po trudnym dniu, w którym zbyt dużo mówiłem i zbyt mocno się szarpałem, przyszła mi do głowy myśl, o tym, jakie to wspaniałe, że życie kiedyś się kończy. Poczułem, że to zupełnie nieważne, co jest po drugiej stronie: prawda i światło czy pustka – tak czy owak jest ciszej. Zatęskniłem do tej ciszy. Następnego dnia byłem bardzo zdziwiony, tym, że taka myśl w ogóle pojawiła się w mojej głowie. Człowiek nawet nie wie, co w sobie ma.

Ale gdy się poddajesz, gdy przestajesz podążać swoją drogą, tworzysz coraz więcej i więcej miejsca dla tej zjawy (czarnego psa, jak nazywał ją Churchill). Stopniowo zjawa może stać się większa. W końcu może cię nawet zmusić do unikania peronów, mostów, wieżowców i krawędzi. Winston Churchill zwierzał się:

Nie lubię stać blisko krawędzi peronu, gdy przejeżdżają pociągi. Lubię stać z tyłu i jeżeli to możliwe mieć coś między mną a pociągiem. Nie lubię stać przy burcie statku i patrzeć w dół na wodę. Działanie podjęte w sekundę mogłoby wszystko skończyć. Kilka kropel desperacji.

Wziąć się za mordę?

Ale przychodzi też druga pokusa. Nie, nie poddam się! Muszę się wziąć za siebie. Ordug! Zniszczyć to, co opóźnia marsz. Chwycić się w karby, zaciągnąć gorset. Mocno ścisnąć jego sznurki, tak by ciało prawie nie mogło oddychać.

Jakiś człowiek pod jednym z moich tekstów napisał, że nie znam się na samodyscyplinie. Bo samodyscyplina polega na tym, że każdego dnia ma się twardy plan i realizuje się go krok za krokiem. Ma się kalendarz a w nim cele i harmonogramy. Wie się, kiedy praca się zaczyna a kiedy się kończy. Panuje się nad każdą myślą i każdym ruchem.

Nie odpisałem temu człowiekowi. Musiałbym mu napisać, że myli samodyscyplinę z nerwicą natręctw. Że najpierw powinien stawić czoła lękowi a później wypowiadać się na tematy związane z kierowaniem sobą.

Lęk sprawia, że wpadają nam do głowy dziwne pomysły. Próbujemy zmienić żywe ciało w metal. Próbujemy za pomocą zaklęć zmienić swoją psychikę w krzemowy procesor.

Zamiast żyć i być sobą, zaczynamy siebie odgrywać. Zmieniamy życie w kukiełkowy teatrzyk. Autor tego komentarza podpisał się mgr Piotr. Pan magister intelektualista – i tak skromna kukiełka. Sam mam kilka lepszych: pan psycholog dyplomowany na UJ; autor książek dwóch; człowiek, który zaczynał dwieście metrów od końca Polski itp.

Jest tyle wspaniałych kukiełek – tożsamości do wyboru: święty, geniusz, jedyny-który-ma-rację, wybraniec, zawsze przebojowy człowiek, jedyny sprawiedliwy…

Nie, to również nie jest droga. Nie lubię żyć według scenariusza opracowanego przez głowę. Bez zaskoczeń, zdziwienia i niespodzianek.

Podróż pociągiem

Nie tak dawno temu, była sobie pewna utalentowana dziewczyna. Jako dziecko śmiała się, biegała i była pełna pasji i marzeń. Dobrze się uczyła i dostała się na trudne studia. Gdy je skończyła przyjęli ją do dobrej firmy konsultingowej. Rodzice byli szczęśliwi. Koleżanki zazdrościły. Nowi przełożeni zachwycali się. Doskonale łapała wszelkie meandry prawa i księgowości. Po ponad dziesięciu latach została partnerem, dyrektorem i cenionym specjalistą od spraw inwestycyjnych. Wszyscy gratulowali jej sukcesów i mówili jak spójna, pełna konsekwencji jest jej kariera.

Nikt już nie pamiętał, że skończyła biologię a nie księgowość, że całe dzieciństwo marzyła by być jak Jane Goodall. Że jej pasją były zwierzęta, że to ich dotyczyły jej marzenia i fantazje. Że to nimi chciała się opiekować, leczyć i poznawać. Ale przecież każdy wie, że nie da się z tego wyżyć. Dała się przekonać, że najlepsze jest celowe i planowe działanie. Najpierw musi zdobyć konkretny zawód, zaoszczędzić, a później będzie mogła robić, co chce. Prosty plan.

Gdyby jakiś uważny psychoanalityk przyjrzał się jej pracy zauważyłby, że zawsze zostawiała furtkę dla porażki – zapominała o dołączeniu kluczowych danych, albo specjalnie zapominała o sprawdzeniu czegoś. Tak, jakby coś w niej chciało uciec z całej tej pełnej sukcesów kariery. Ale firma miała dobre procedury i zawsze udawało się w miarę szybko wyłapać to, co było nie tak, kładąc to na karb normalnej ludzkiej omylności. Efektem był sukces za sukcesem.

Teraz, mając czterdzieści parę lat, kobieta siedzi w wygodnym wagonie pierwszej klasy. Od niechcenia przegląda gazetę i trafia na artykuł o młodych ludziach, którzy prowadzą stadninę koni. Patrzy na zdjęcia i czuje w środku coś dziwnego. Smutek? Złość? Porażkę? Pogardę dla naiwności małolatów? Zamyka oczy, jakby to miało wyprowadzić na prostą tą kotłującą się grupę zdezorientowanych biegaczy.

Nagle czuje, że ktoś dotyka jej ramienia.

- Pani bilet poproszę…

- Co proszę?

- Kontrola biletów.

Podaje bilet.

- Niestety, to nie jest bilet na ten pociąg. Wsiadła pani do innego pociągu.

Co z tego, że pociąg odjechał o czasie, co z tego, że jest pełen wygód, co z tego, że mknie przez kolejne stacje jak burza? Co z tego, skoro to nie jest właściwy pociąg?

Czy jesteś we właściwym pociągu? Tak, jestem we właściwym bo jest mi wygodnie, bo wagon restauracyjny serwuje doskonałe potrawy a za oknem szybko mijają pola i drzewa. Jakie to ma związek?

Sukcesy są przyjemne, miłe i wygodne. Ale to nie one mają znaczenie. Nie patrz na nie. Nie szukaj w nich sensu.

Właściwe pociągi rzadko bywają wygodne, punktualne i niezatłoczone. Ale co zrobić, jeżeli tylko takie kursują do twojej stacji? Co zrobić, gdy tylko takie mogą cię zawieźć do domu?

Zostaniesz na peronie?

Przesiądziesz się do innego, wygodniejszego i ładniejszego, ale jadącego na drugi kraniec świata?

Będziesz czekał, aż przyjedzie lepszy, mniej zatłoczony?

Co się liczy?

Nie szukaj drogi, na której nie ma porażek. Szukaj drogi, która ma serce. Takiej, która prowadzi do domu. Do miejsca, do którego należysz. Do miejsca, w którym chcesz spędzać święta.

Nie liczy się to ile odnosisz porażek a ile sukcesów. Liczy się to, gdzie prowadzi droga. Na każdej drodze spotkasz trochę tego i trochę tego. Nie ma reguł, ale jeżeli jest zbyt wygodnie, jeżeli wszystko idzie zbyt łatwo i zbyt szybko, warto się rozejrzeć, czy to na pewno właściwa droga. Droga z sercem, częściej jest niewygodna i męcząca. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Może Bóg miał gorszy dzień, gdy to wymyślał? Skąd mam wiedzieć?

Lepiej odnosić porażki będąc na dobrej drodze niż sukcesy będąc na złej.

Odniosłeś porażkę? Porażkę za porażką? Jesteś człowiekiem porażek? Jednym wielkim, chodzącym nieszczęściem?

To się nie liczy. Liczy się to, czy jesteś na właściwej drodze. Czy jesteś człowiekiem, który kieruje się tym, co jest najważniejsze. Nie musisz odnosić sukcesów, ale musisz robić w swoim życiu to, co ważne.

Jeszcze jedna sprawa

Aha. Gdybym miał się zdefiniować na wymiarze brak szczęścia – szczęście, to bym powiedział: tak, jestem szczęśliwym człowiekiem. Jak cholera! Największym szczęściarzem z ludzi, których znam.

———–

Zdjęcia: Justina Kochansky i Amir Jina

Jak oswoić lęk (nie tylko) społeczny?

Jak oswoić lęk (nie tylko) społeczny?

Opublikowano 30 marca 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 5 komentarzy

Pytanie

Od czasu do czasu dostaję od Was, drodzy czytelnicy pytania i prośby o poradę. Bardzo się z tego cieszę.

Ponieważ nie jestem osobą publiczną, jestem w stanie na wszystkie odpowiadać. Czasem tylko trochę się opóźniam. Mam nadzieję, że odpisałem wszystkim. Gdyby było inaczej – jeszcze raz proszę o kontakt. Nie zawsze jestem w stanie dać radę czy pomóc. Ale zawsze bardzo się cieszę, gdy ktoś do mnie pisze.

Zazwyczaj odpowiadam bezpośrednio, ale dziś postanowiłem zrobić inaczej. Dostałem maila, w którym jest taki problem:

…strasznie stresują mnie sytuacje, w których muszę występować publicznie … masz może na to jakąś prostą radę?

Ta osoba dużo traci nie występując przed ludźmi (nie piszę o szczegółach by zostawić sprawę całkiem anonimową).

Kiedyś zajmowałem się już tym tematem (Co zrobić z lękiem i tremą?). Ale wiem, że to nie rozwiązuje całkiem sprawy.

Stąd dzisiejszy tekst. Może nie jest to prosta rada, ale mam nadzieję, pomoże.

Jazda samochodem

Mam przyjaciela, który bardzo długo bał się jeździć samochodem. Prawo jazdy zrobił chyba jeszcze w szkole średniej, ale siadał za kierownicą tylko od wielkiego dzwonu. Robił to z niechęcią i obawami. Każda jazda wiele go kosztowała. Był zestresowany, i niepewny. Sam o sobie mówił, że koszmarnie jeździ i że ktoś, taki jak on nie powinien wsiadać za kierownicę.

Gdy tylko mógł prosił innych by go wozili. To było bardzo niewygodne. Nie dość, że był zależny od pomocy innych, to jeszcze mu to czasem wypominano.

I nagle w ciągu kilku ostatnich miesięcy coś się zmieniło. Postanowił zmienić całą tą sytuację. Wziął kilka lekcji jazdy a potem kupił nowy samochód. Ciągle czuł lęk, ale regularnie jeździł, nie pozwalając sobie na narzekanie. W ciągu pół roku zrobił jakieś piętnaście tysięcy kilometrów. Lęk przed jazdą znikł lub przynajmniej zmniejszył się do poziomu, jakiego każdy z nas doświadcza.

Terapie lęku społecznego

Mój przyjaciel nie korzystał z żadnych terapii czy pomocy ze strony specjalistów. Pewnie mógł to zrobić.

Dla ludzi, którzy przeżywają lęki istnieje wiele różnych terapii. Można na przykład sprawdzić u psychoanalityka czy samochód nie kojarzy się nam z penisem, którego obcięcia się boimy; można boksować się z poduszkami, wyładowując swoją złość na ojca, która przejawia się w błyszczących samochodach; można odgrywać teatralne scenki lub popracować z odczuciami fizycznymi… Można próbować budować kotwice, można dać się zahipnotyzować i otrzymać sugestię posthipnotyczną. Można przeanalizować z swój sposób myślenia i zmieniać stare przekonani na nowe.

Pewnie każda z tych technik może być pomocna. Choć niektóre są tak głupie, że znalezienie kogoś, komu pomogły graniczy z cudem (np. psychoanaliza).

Jest jednak jedno podejście, które jest najbliższe naturalnej metodzie, w nieświadomy sposób zastosowanej przez mojego przyjaciela. To technika odwrażliwiania (desensetyzacji) lub ekspozycji.

To zdecydowanie najbardziej efektywna technika radzenie sobie z lękami. Większość stosujących ją osób, odnosi sukcesy. Naukowcy piszą, że stosując tą metodę:

…w przypadku niektórych fobii, takich jak lęk przed zwierzętami, aż 90% ludzi, jest w stanie pokonać strach w ciągu paru godzin.
Martin. M. Anthony and Richard P. Swanson, Kiedy doskonałość nie wystarcza(Warszawa: Jacek Santorski, 2000), 181.

To rzecz nie do pomyślenia w przypadku innych podejść. Tam, większość osób doświadcza porażek (skuteczność jest zazwyczaj poniżej 50%).

Odwrażliwianie

Idea tego podejścia jest bardzo prosta. Chodzi o to, by przyzwyczaić się do sytuacji wzbudzającej lęk poprzez stopniowe, coraz mocniejsze ekspozycje.

Na przykład, gdy ktoś chce zwalczyć swój lęk przed wężami najpierw wchodzi do pokoju, gdzie daleko, na drugim końcu jest terrarium. Nawet nie patrzy na węże. Wystarczy, że jest w tym samym pomieszczeniu. Stara się wytrzymać napięcie. Po pewnym czasie lęk w naturalny sposób spada.

Później, gdy się oswoi, patrzy na węże z daleka.

Potem podchodzi kilka kroków bliżej.

Cały czas czuje lęk, ale jest on coraz słabszy. Z każdą kolejną ekspozycją, człowiek się odwrażliwia.

Im więcej ekspozycji, tym mniejszy lęk i większą swoboda działania.

Ekspozycja w życiu

Nie chodzi jednak o samo doświadczanie lęku czy znajdowanie się w sytuacjach wzbudzających lęk. Mój przyjaciel przez kilka lat od czasu do czasu jeździł, a jego lęk wcale nie był przez to mniejszy. Znam wiele osób, które często wychodzą przed grupę, a mimo to są tak samo (a nawet coraz bardziej) przerażone.

Takie epizody lęku są czymś innym niż ekspozycje, pozwalające się z nim oswoić. Najważniejsza różnica polega na tym, jak do nich podchodzimy, co myślimy i jak się zachowujemy.

Gdy przydarza nam się normalny epizod lęku, zazwyczaj dzieją się dwie rzeczy:

1) staramy się od niego wymigać, stosujemy różnego typu strategie unikowe (np. nadmiernie przygotowujemy się do prezentacji, staramy się nie myśleć o tym, co nasz czeka czy znajdujemy inne, niby pilniejsze zajęcia).

2) Angażujemy się w negatywne myślenie typu: na pewno sobie nie poradzę; zobaczą jaki jestem słaby; dlaczego jestem zawsze taki spięty; dlaczego mnie to spotyka; dlaczego znowu tego ode mnie chcą; czy nie mogliby raz mi dać spokoju; itp.

Dodatkowo wiele z takich epizodów lęku to wydarzenia nieprzewidziane i będące poza naszą kontrolą.

W efekcie, możemy wiele razy doświadczać tego samego i zupełne się z tym nie oswoić.

Czymś zupełnie innym niż epizody lęku są ekspozycje.

Ekspozycje pozwalające oswoić lęk

Tego rodzaju ekspozycje w zasadzie należałoby nazwać eksperymentami. Różnią się od epizodów lęku, tak jak wrzucenie do przerębla różni się od stopniowego hartowania czy jak wrzucenie do wody na środku morza różni się od stopniowej nauki pływania.

Ekspozycje są przede wszystkim zaplanowane przez ciebie samego. Nie możesz powiedzieć Dlaczego mnie to znowu spotyka?!

Zanim eksperyment się odbędzie, siadasz sam (lub z pomocnikiem) i planujesz co chcesz zrobić i jaki cel osiągnąć. Określasz, co będziesz robił, jak często, gdzie i w jakiej kolejności. Sam, dobrowolnie pakujesz się w trudną dla siebie sytuację.

Najważniejsza różnica między epizodem lęku a ekspozycją polega na sposobie, w jaki sposób się zachowujesz. Stajesz otwarcie na przeciw swojego lęku i na tyle, na ile możesz przyjmujesz go i spokojnie znosisz. Znalazłeś się w tej sytuacji właśnie po to, by doświadczać lęku. Nie ma sensu go unikać.

Nie gderasz, nie narzekasz, nie unikasz, po prostu odczuwasz to, co się dzieje. Dzięki takiej postawie lęk sam zaczyna stopniowo maleć.

Teraz praktycznie: jak samemu zastosować tą technikę?

Krok 1: Ustal cel

Zacznij od określenia swojego celu. Jaki typ sytuacji wywołuje w tobie napięcie, niepokój czy lęk? W jakiej konkretnej sytuacji chcesz poczuć się swobodniej?

Weźmy lęk związany z wystąpieniami publicznym oraz sytuacjami społecznymi. Panikujesz na samą myśl o tym by powiedzieć coś przed grupą. Twoim celem może być np.:

Swobodnie zabierać głos przed dwudziesto osobową grupą nie znanych mi osób.

Gdy czujesz lęk przed nawiązywaniem nowych kontaktów i zależy ci na tym, by to zmienić, możesz swój cele ustalić, jako:

Swobodnie podchodzić i nawiązywać kontaktu z osobami, których nie znam.

Mogą to być także bardziej szczegółowe cele dotyczące konkretnych typów ludzi. Gdy np. przejmujesz się opiniami innych osób, które oceniasz, jako bardzo inteligentne, możesz ustalić swój cele jako:

Swobodnie rozmawiać z osobami, które oceniam, jako bardziej inteligentne.

Nie jest dobrym pomysłem ustalić cel w stylu: nie czuć żadnego lęku i być zupełnie wyluzowanym z napięcia. Po pierwsze to nie jest realne, po drugie, uwierz, że lepiej czuć pewną umiarkowaną dawkę niepokoju. To działa jak doskonała przyprawa. Jesteś z nią bardziej autentyczny i bardziej ciekawy, a samo wystąpienie jest dla ciebie większym przeżyciem.

Krok 2: Opracuj listę sytuacji wywołujących różny poziom niepokoju

Jeżeli np. chcesz pozbyć się lęku przed wystąpieniami publicznymi, zacznij od określenia wszystkich sytuacji, w których tego rodzaju lęk się odzywa. Nie tylko tych, w których natężenie jest duże. Szczególnie cenne jest znalezienie takich, w których natężenie tego lęku jest nieco mniejsze.

Opisz te sytuacje w miarę szczegółowo, uwzględniając wszystkie czynniki, które mogą mieć wpływ na poziom niepokoju. Istotne może być:

  • Co robisz w tej sytuacji, na czym polega twoje zachowanie? (np. prowadzenie prezentacji, nawiązywanie kontaktu, swobodne pogawędka)
  • Ile osób bierze udział w sytuacji?
  • Kto bierze udział w sytuacji (czy na poziom twojego niepokoju mają np. wpływ takie czynniki jak: wiek, płeć, atrakcyjność, narodowość, postrzegana inteligencja drugiej osoby)?

Oto kilkanaście przykładowych sytuacji wzbudzających lęk społeczny. Być może znajdziesz na niej sytuacje, które również w tobie wzbudzają niepokój:

  • wygłoszenie 2 godzinnego wykładu do stu osobowej grupy nieznanych ci osób
  • wygłoszenie wykładu dla kilku osobowej grupy znanych ci osób
  • zapytanie obcej osoby o drogę lub godzinę
  • zabieranie głosu podczas spotkań ze współpracownikami
  • zabieranie głosu podczas spotkań z grupą osób, których nie znam
  • wygłaszanie toastów i składanie życzeń
  • zabieranie głosu w grupie przyjaciół
  • przedstawianie się kilku osobom
  • rozmiana pieniędzy w sklepie
  • przeprowadzenie prezentacji dla klienta, którego widzisz po raz pierwszy
  • składanie życzeń bliskim
  • zaproszenie znajomej osoby do kina
  • zaproszenie znajomej osoby na kawę
  • zabieranie głosu podczas spotkanie w grupie znajomych osób
  • dzwonienie do nieznanej osoby
  • odpowiadanie na drobne ogłoszenie w gazecie
  • zaproponowanie randki
  • rozmowa telefoniczna z przyjacielem
  • rozmowa kwalifikacyjna
  • zwrócenie towaru do sklepu
  • reklamacji usług
  • śpiewanie w obecności innych
  • zamawianie dania w restauracji
  • prowadzenie dłuższej rozmowy z sąsiadami
  • komplementowanie kogoś
  • niezgadzanie się z kimś
  • dołączanie do grupy rozmawiających osób
  • poproszenie drugiej osoby by nie paliła
  • opowiadanie o sobie

Krok 3: Opracuj hierarchię

Opisz sytuację, która jest twoim celem.

Ona jest na dachu i do niej chcesz się wspiąć. Gdybyś w tym momencie chciał to zrobić, prawdopodobnie lęk byłby zbyt duży by spokojnie wszystko wytrzymać (jeżeli nie, to nie trać czasu na dalsze planowanie, ale idź i zrób to, po kilku razach lęk się zmniejszy).

Teraz zbuduj drabinę, która doprowadzi cię do twojego celu. Znajdź przynajmniej pięć czy sześć sytuacji, w których czujesz mniejsze natężenie niż w sytuacji docelowej.

Wróć do tego, co wybrałeś w poprzednim punkcie i oceń każdą z sytuacji w skali od 0 do 100.

0 – brak jakichkolwiek negatywnych doznań

25 – nieznaczne natężenie

50 – umiarkowane natężenie

75 – znaczące natężenie

100 – ogromne natężenie

Potem uporządkuj sytuacje.

Przykładowo, załóżmy, że opracowałem tego rodzaju listę co niżej (w rzeczywistości byłaby dłuższa). Pamiętaj, że to przykład, nawet gdy masz tego samego rodzaju problem, twoja lista może wyglądać zupełnie inaczej.

Sytuacja (zadanie) Natężenie doznań negatywnych
Wygłoszę przemówienie przed kilkudziesięciu osobową grupą ludzi, których nie znam.


100
Wygłoszę prezentację przed kilkunastoosobową, kameralną grupą.


90
Wygłoszę prezentację, przed grupą składającą się z osób, które znam


70
Celowo nie wezmę portfela i stanę w kolejce do kasy


65
Urządzę przyjęcie dla znajomych z pracy


40
W trakcie spotkania poproszę kogoś i powtórzenie jakiejś wypowiedzi.


30
Kupię gazetę nie mając przy sobie żadnych drobnych


20

Krok 4: Ćwicz znoszenie lęku

Zacznij ćwiczyć – od sytuacji wzbudzających najsłabszy lęk, do tej, która wiąże się z najmocniejszym.

Nie przechodź wyżej, dopóki nie poczujesz, że w miarę spokojnie sobie z nią radzisz. Powtarzaj daną sytuację tak długo, aż poczujesz się w niej zupełnie swobodnie. Być może będziesz musiał to robić kilka razy.

Wykonując zadanie pamiętaj, że chodzi właśnie o dyskomfort, o to by nauczyć się go spokojnie znosić. To, że dyskomfort w wielu przypadkach zanika jest tylko dodatkowym efektem.

Celem takich ćwiczeń wbrew pozorom nie jest osłabienie lęku, ale osłabienie naszych tendencji jego unikania. Gdy przestajesz unikać, chować się i gderać pod nosem, niepokój sam spada. Nie ma innej możliwości!

Stawaj zatem przed swoimi doznaniami w sposób całkowicie otwarty. Nie uciekaj, nie chowaj się, nie rób uników. Nie szukaj ułatwień.

Powstrzymaj nawyki, które sprawiają, że uciekasz z tej sytuacji. Jeżeli rzeczywiście nie możesz znieść negatywnych emocji, zejdź o szczebel niżej. Ćwicz tak długo aż na danym szczeblu poczujesz, że jesteś w stanie robić swoje bez uciekania.

Nie musisz czuć się doskonale. Wystarczy, że będziesz w stanie spokojnie znosić całą sytuację.

Bądź pewien, że stopniowo będziesz się czuł coraz swobodniej. Trenuj regularnie. Dłuższa przerwa może cię zepchnąć w dół drabiny.

Dodatkowa pomoc – ćwiczenie w wyobraźni

Niektórzy zalecają dodatkowe ćwiczenia z użyciem wyobraźni. Szczególnie w latach 70 była to bardzo popularna metoda. Najnowsze badania pokazują niestety, że jest to metoda nie tylko znacznie słabsza od realnej ekspozycji, ale często blokująca rozwój.

Jeżeli tylko możesz, ćwicz w rzeczywistości a nie w wyobraźni. Szczególnie wtedy, gdy robisz to sam. Bardzo trudno jest zasymulować sytuację wzbudzającą lęk. Ktoś mi kiedyś opowiadał o dziewczynie, która ćwiczyła sztuki walki.

Zdobyła jakiś tam pas (chyba nawet czarny) i stoczyła wiele, symulowanych walk, podczas których wyobrażała sobie, że walczy z realnymi napastnikami. Wydawało się, że jest niepokonana. Aż do chwili, gdy została zaatakowana przez prawdziwych napastników. Mimo, że tych wszystkich symulacji po prostu zemdlała (co ją zresztą wyratowało z opresji).

Jeżeli zbytnio zaufasz wyobraźni, może się okazać, że co prawda potrafisz sobie doskonale wyobrazić siebie wyciszonego i spokojnego, ale niewielki ma to wpływ na normalne życie.

To nie znaczy, że nie można stosować ćwiczeń w wyobraźni. To może być metoda wprowadzająca. Możesz wyobrazić sobie trudną sytuację zanim wykonasz rzeczywiste ćwiczenie.

Wyobraź sobie wszystko, co może stać się najgorszego. Stwórz pełny obraz tego co się w takiej sytuacji może dziać. Nie zapomnij o:

  • doznaniach fizycznych
  • emocjach
  • myślach
  • dźwiękach
  • kolorach
  • temperaturze
  • zapachach
  • itp.

Pozwól sobie poczuć to wszystko. Poczuj dyskomfort i zanoś go spokojnie. Zwróć uwagę jak po chwili uczucie dyskomfortu samo zacznie spadać i uspokajać.

Wyobraź sobie, jak konstruktywnie działasz w tej sytuacji.

Nie musisz odgrywać przed sobą supermana, który nie ma żadnych słabości. Zamiast tego wyobraź sobie, że, jesteś w stanie znieść to, co odczuwasz. Wyobraź sobie, że mówisz w tej sytuacji „jestem w stanie to znieść”.

Przyzwól sobie na odczuwanie lęku

Przypomnienie o najważniejszej rzeczy: pamiętaj, że ćwiczysz właśnie po to by czuć dyskomfort i niepokój a następnie z nim się oswoić. Nie unikaj lęku, ale go zaakceptuj. Bądź aktywny w całej sytuacji, ale do lęku podchodź pasywnie.

Nie kupuj negatywnych myśli

W sytuacjach wzbudzających napięcie, nasze myśli podtrzymują i napędzają spiralę niepokoju.

Gdy uważnie przyjrzysz się myślom, jaki ci się pojawiają w takiej sytuacji, łatwo zauważysz, że mają one wspólną cechę. Są kategoryczne i tragizujące.

Możesz myśleć np.:

  • Jestem zupełnie do niczego.
  • Nigdy sobie z tym nie dam rady.
  • Nikomu, nigdy się nie spodobam.
  • Na pewno jej się nie spodobam.
  • Tragicznie mi idzie.
  • Robię z siebie durnia.
  • Wszyscy widzą, że sobie nie radzę.
  • Zaraz się wyda, że nic nie umiem.
  • Wszyscy wezmą mnie za idiotę.
  • Nie jestem w stanie tego wytrzymać

Takie tragizujące myśli niewiele mają wspólnego z prawdą, jednak póki nie jesteśmy ich świadomi mają ogromny wpływ na nasz stan emocjonalny.

Te myśli są zabójcze, tak długo jak je „kupujemy”. Tzn. bierzemy za prawdę i nie mamy do nich żadnego dystansu.

To, że mam w głowie tekst „robię z siebie durnia” nie znaczy, że robię z siebie durnia. Tak samo, jak osoba, która myśli „jestem bananem” nie staje się bananem. Myśl jest tylko myślą. Serią wyładowań w synapsach wywołanych przez określony układ bodźców.

Zamiast „kupować” myśl, uświadom ją sobie. Ok. teraz tak myślę. Tak jak zawsze. Tak jak tysiące innych osób w tej sytuacji.

Taki akt uświadomienie sobie, że myśli to tylko myśli przenosi nas na inny poziom.

Według mnie tyle wystarczy, ale niektórzy lubią jeszcze wspomóc ten proces tzw. zestawem pytań kwestionujących. Możesz je sobie zadać, gdy czujesz, że natywne myśli blokują twoje ruchy.

To trzy poste pytania D – N – A:

Dowody: Czy mam jakieś dowody, że …wezmą mnie za idiotę, że się wszescy widzą, że się denerwuję, że sobie nie poradzę, itp.?

Następstwa A nawet jeśli to co? Czy to naprawdę koniec świata? Czy naprawdę tego nie zniosę?

Alternatywne wyjaśnienia: Czy można spojrzeć na trudności w inny sposób? Jakie są alternatywne wyjaśnienia? Jak by na to patrzył, ktoś inny? Co by sobie myślała osoba, która jest dla mnie wzorem?

Może inne rady? Może inne pytania?

Czy ktoś ma może jakąś inną radę?

Może chciałby coś jeszcze uzupełnić?

A może napisanie komentarza wiąże się dla kogoś z obawą i niepokojem?

A może jakieś inne pytanie?

Jak poradzić sobie ze wściekłością i rozdrażnieniem?

Jak poradzić sobie ze wściekłością i rozdrażnieniem?

Opublikowano 23 lutego 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 33 komentarze

Jakie życie byłoby piękne, gdyby nie ci wszyscy okropni ludzie wokół nas! Gdybyśmy nie musieli się nimi złościć! Gdyby tylko robili to, co do nich należy i kierowali się podstawowymi zasadami!

Zdarza ci się czasem tak czuć?

Patrz pan, jacy ludzie!

Przychodziliśmy tam na wakacyjne obiady. Jedzenie, co prawda bez polotu, ale sama restauracja gustowna. Krzesła obite białą skórą, ściany z fakturą cegieł. Drewniana podłoga, solidne stoły, pod sufitem miedziane, stylizowane rury. Dopracowany każdy detal. Najbardziej podobały mi się regały z książkami, ustawione przed wejściem do toalet.

Stałem przy jednym i oglądałem jakieś zszarzałe wydanie Dublińczyków. Trzyletnia Zuzia również coś kartkowała.

- Tato, w tej książce nie ma obrazków…

Rozczarowana rzuciła książkę na podłogę i od razu sięgnęła po następną

- I w tej też …

- Tak, bo to dla dorosłych. Chodźmy już…

Gdy odkładałem książki, z hukiem otwarły się drzwi, na których przylepiona była postać chłopca w czerwonej czapce. Dziarskim krokiem wyszedł starszy pan. Na głowie siwy jeż. Okulary w złotych oprawkach. Wysunięta do przodu szczęka. Biała koszulka polo, kremowa myśliwska kamizelka z mnóstwem kieszonek i zamków.

W ręku książka.

- Ktoś wziął, żeby poczytać i zostawił.

Popatrzył na Zuzię, pochylił się w moją stronę i nieco ciszej dodał – Pieprzony naród! Bałaganiarze! No jak tak można?!

Miał w ręku dowód. Trudno dyskutować.

Kiwnąłem głową i wydusiłem z siebie

- Tak jest…

- No – brwi uniosły się wysoko – widział pan?! Z energią odłożył książkę na półkę i odmaszerował. Zapewne w stronę kolejnego frontu walki z bałaganiarskim narodem.

Nawet gdybym miał odwagę, nie zdążyłbym mu opowiedzieć, co wydarzyło się kilka minut temu.

A było tak. Skończyliśmy obiad i mieliśmy już wychodzić, gdy Zuzia powiedziała:

- Kupę!

- Może wytrzymasz do domu?

- Nie! Teraz!

Nie było wyjścia. Na chwilę zatrzymałem się przed drzwiami. Do których wejść? Czy do tych ozdobionych figurką dziewczynki w kwiecistej sukience? W końcu to Zuzia chciała się załatwić. A może do tych z chłopcem? W końcu była ze mną. Gdy analizowałem za i przeciw, sięgnęła po niewielką książkę w twardej, zielonej okładce.

Wybrałem drzwi z chłopczykiem. W środku było czysto i pachnąco. Jasne, halogenowe lampki odbijały się w białych płytkach. Już miałem rozebrać dziecko, ale sprawdziłem czy jest papier toaletowy. Nie było. Popatrzyłem na pojemnik na papierowe ręczniki obok kranu. Też pusto.

- Zuziu, idziemy do drugiej toalety. Tu nie ma papieru.

Z jej miny zrozumiałem, że muszę się śpieszyć. Szybko na ręce i biegiem do damskiej.

Tu było jeszcze piękniej. Lampy art-deco ze zwisającymi wokół klosza białymi koralikami.

Ale papieru też nie było. Zacząłem zastanawiać się, jakie naprawdę było przeznaczenie książek przed wejściem. Styl restauracji nawiązywał do dworku lub solidnej chaty, ale żeby aż tak? A tak w ogóle, gdzie jest ta książka? No tak, Zuzia zostawiła w męskiej.

Całe szczęście tutaj były przynajmniej papierowe ręczniki.

W tym samym czasie do męskiej toalety musiał wejść ostrzyżony na jeża pan. Na podłodze znalazł zostawioną w pośpiechu książkę.

- Bałaganiarze!

Z doświadczeniem się nie dyskutuje

Jaki wniosek z tej historii?

W tym, co widzisz wokół, jest więcej ciebie niż się spodziewasz. Często nie widzisz świata, ale swoje konstrukcje. Dopasowujesz to, co widzisz do swoich teorii. Tworzysz sztuczne fakty, wyolbrzymiasz, koloryzujesz.

Zasadniczy pan zapewne wszędzie widzi dowody bałaganu i niedociągnięć. Pewnie mógłby godzinami podawać przykłady tego, jak ludzie są nieporządni. Jego doświadczenie pokazuje mu, że ma rację.

Dlaczego? Czyżby ten człowiek był głupszy od innych? Miał zaburzone zdolności poznawcze? Takie etykiety kuszą. On jest głupi, ja jestem mądry. On ma problemy z myśleniem, ja nie. Mogę wzruszyć ramionami i odejść ciesząc się poczuciem bezpieczeństwa i zadowolenia.

Niestety. Jego umysł na pewno funkcjonuje doskonale. Przynajmniej tak dobrze jak umysł większości z nas. To nie jest kwestia mądrości lub jej braku. Każdy z nas stoi przed podobnym zagrożeniem. Także ludzie bardzo kreatywni i inteligentni.

Jakiś czas temu współautor serialu „Świat według Kiepskich” ogłosił, że emigruje do Egiptu, bo nie może wytrzymać tego, co doświadcza w Polsce. Mówił w wywiadzie:

Ludzie w Polsce są z roku na rok coraz bardziej agresywni i prostaccy. Narkomania w szkołach, pijaństwo, przestępczość na ulicach, seks w parkach. Materializm, brak tolerancji, zanik duchowości. Taka jest Polska.

Przez gazetę, która to opisała przetoczyła się dyskusja, czytelników. Wielu wtórowało emigrantowi, pisząc np. tak:

Wyemigrowałem na wieś, staram się być samowystarczalny i unikam ludzi. Moje otoczenie jest przyjazne, to pies ptaki, kawałek lasku, łąki, własny ogród. Ale za płotem zaczyna się piekło.

Piekło za płotem. Podoba mi się to sformułowanie. Ktoś inny pisze:

W naszym kraju żyje się źle, smutno i w wiecznym, stresie. Ostatnio wykańczałem mieszkanie i sam jestem wykończony – problemami z deweloperami, sprzedawcami, wykonawcami… Chcę być miłym, uczynnym, sympatycznym człowiekiem. Ale jak to zrobić, skoro wszyscy zachowuję się tak, jakby chcieli cię zniszczyć, wykiwać, dowalić.

Doskonale rozumiem tych ludzi.

Kiedyś ja również żyłem w takim koszmarnym świecie. Wokół pełno było cwaniaków, sfrustrowanych kretynów, kołtunów, karierowiczów, hipokrytów… Marzyłem, żeby wyjechać z tego koszmarnego kraju, w którym psy robią na chodnik, rodzice mieszają własne dzieci z błotem, ludzie są fałszywi i sztuczni, drogi dziurawe a ludzie pozbawieni empatii i skrupułów. To były ciężkie czasy.

Gdybym mógł, też pewnie bym wyjechał. Zamiast tego starałem się być najlepszym jak tylko się da. Przebaczałem ludziom, pamiętałem o tym, że trzeba być życzliwym, kontrolowałem swoje reakcje – ale nic z tego. Ludzie wokół wszystko psuli. Mógłbym się podpisać pod słowami jednego z pacjentów Karen Horney: Gdyby nie rzeczywistość zewnętrzna, nie miałbym żadnych problemów.

To było kiedyś. Od dawna nigdzie się nie ruszyłem poza Kraków, a nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spotkałem się z chamskim, agresywnym zachowaniem. Oczywiście nie jest idealnie. Czasem ktoś mnie potrąca. Bywam zły na ludzi. Czasem spotykam ludzi pijanych lub będących pod wpływem narkotyków. O seksie w parku się nie wypowiadam, bo może chodzę nie do tego parku i nie o tej porze, co trzeba?

Moje doświadczenie się zmieniło, mimo, że świat wokół zbytnio się nie zmienił.

Moja zmiana zaczęła się wtedy, gdy zacząłem traktować odczuwane przeze mnie oburzenie i święty gniew, jako informację o swoich własnych emocjach, a nie o tym, jacy są ludzie czy świat wokół mnie. Takie działanie nazywane jest czasem wycofywaniem projekcji.

Jak wycofać projekcję?

Pora na krótką pracę. Zastanów się czy jest coś, co cię denerwuje w innych ludziach. Jaka ich cecha szczególnie cię wkurza? Jakiego zachowania szczególnie nie znosisz? Na co zazwyczaj narzekasz?

Pomyśl przez chwilę.

Może to:

  • niestaranność,
  • agresja,
  • brak wyczucia,
  • skupienie na sobie,
  • brak inicjatywy,
  • brak współczucia,
  • rozbabranie,
  • chamstwo,
  • (to tylko przykłady, znajdź swoje.)

Spisz trzy najważniejsze punkty.

Jeżeli już znalazłeś, zadaj sobie pytanie odwracające. To pytanie można sformułować na kilka sposobów, może ono np. brzmieć:

Kiedy ostatni raz brała mnie chęć by się tak zachować?

Kiedy ostatni raz czułem ochotę by być właśnie takim?

Na ile w tym, co mnie tak oburza obecne są moje własne, ukryte intencje?

Na ile mogę w tym znaleźć siebie samego?

Załóżmy, że cechą, która mnie absolutnie denerwuje, osłabia i wyprowadza z równowagi jest chamskie, agresywne zachowanie ludzi. Gdy ktoś mnie wyprzedzi na ulicy lub, gdy ktoś mnie popchnie na chodniku, lub wciśnie się gdzieś przede mną, nie mogę tego zaakceptować. Czuję święte oburzenie. Mam ochotę wołać o pomstę do nieba.

Moje pytanie odwracające mogłoby brzmieć:

Kiedy ostatni raz miałem ochotę by przestać się liczyć z innymi?

Kiedy ostatni raz czułem się zmęczony tym by być dla wszystkich dobry i uprzejmy?

Ile w tym agresywnym zachowaniu, jest moich własnych intencji?

Czy mam w sobie jakieś agresywne, wrogie intencje?

Jeżeli coś mnie potwornie wkurza i denerwuje, to najczęściej dlatego, że po pierwsze odnajduję to w samym sobie, a po drugie jest to coś całkowicie sprzecznego z moim idealnym obrazem siebie.

Gdy tak potwornie denerwuje mnie to, że ludzie są nieporządni, to znak, że po pierwsze ja sam mam ochotę wyłamać się spod sztywnych reguł i przestać poddawać się porządkowi, a po drugie kurczowo trzymam się swojego wyobrażenia siebie, jako osoby wyłącznie porządnej.

Jedyną receptą by czegoś takiego się pozbyć jest z jednej strony akceptacja wszystkich swoich emocji, a po drugie nabranie dystansu do swoich idealnych obrazów.

Nabrać dystansu do swoich mniemań

O akceptacji swoich emocji była już mowa kilka razy. Tutak chodzi o to, by przestać kurczowo utrzymywać mniemania na swój temat. Mógłbym zadać sobie kilka pytań:

Czy muszę być zawsze oddany innym ludziom?

Czy musze nuć zawsze usłużny i bezinteresowny?

Czy muszę być zawsze osobą dobrą, uprzejmą, łagodną, mającą zawsze dobre relacja?

Czy muszę zawsze podobać się ludziom?

Czy naprawdę pod żadnym pozorem nie mogę być twardy?

Nie chodzi to, by poddać się tym wszystkim nieakceptowanym impulsom. Chodzi tylko o to, by umieć je w sobie nazwać. Samoświadomość wycofuje projekcje.

Gotowość doświadczania

Gotowość doświadczania

Opublikowano 26 stycznia 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 10 komentarzy

Jak pokonać fale?

Wyobraź sobie niewielką, skalistą wysepkę, zagubioną gdzieś na oceanie. Wokół faluje granatowe morze. Białe grzywy fal rozbijają się o brzeg. Na wysepce nie rośnie wiele roślin i niewiele jest źródeł pitnej wody. Nic dziwnego, że jej mieszkańcy tęsknym wzrokiem patrzą na widoczny w dali brzeg sąsiedniej wyspy. Gdy uważnie się wpatrzeć, można na nim zobaczyć wspaniałe drzewa uginające się od owoców i spływający z góry strumień słodkiej wody.

Co prawda na skalistej wysepce nie ma żadnych materiałów z których można by było zbudować tratwę, jednak odległość nie jest tak duża by nie dało się jej pokonać wpław. Jest jednak jeden problem.

Wielkie oceaniczne fale, które pędzą wprost na brzegi skalistej wysepki, zawracając każdego śmiałka do punktu wyjścia.

Ludzie usiłujący dopłynąć do brzegów obfitej wyspy mają najróżniejsze strategie.

Są tacy, którzy się mocują. Gdy tylko zbliża się fala jeszcze mocniej i silniej wymachują rękami i nogami licząc, że wreszcie pokonają przeciwności. Niestety, mimo, że ich siła rośnie, ciągle są słabsi od oceanu.

Są tacy, którzy usiłują przeskoczyć fale jak latające ryby. Nie potrafią jednak utrzymać się zbyt długo w powietrzu by ta strategia przyniosła jakiś efekt.

Są tacy, którzy usiłują wymyślić jakiś podstęp. Gdy zbliża się fala ustawiają się bokiem, płyną wzdłuż i szukają jakiejś dogi między falami. Ich skomplikowane wysiłki jednak zawsze kończą się przy skalistym brzegu.

Są tacy, którzy chowają się przed falami. Tkwią latami za osłoną nie zwracając uwagi, że obfity brzeg jest tak sam daleko jak był.

To nie wszystkie metody. Na wyspie powstała szkoła, której celem jest pokonanie fal siłą umysłu. Jej adepci, gdy zbliża się fala zamykają oczy, odwracają się tyłem i wyobrażają sobie, że morze jest spokojne, jak górskie jezioro. Dzięki temu czują wewnętrzne wyciszenie i spokój. Problem jednak polega na tym, że fale nie bardzo zwracają na to uwagę. Główny mistrz tej szkoły, co prawda ciągle mieszka na skalistej wyspie, ale utrzymuje, że gdyby tylko chciał mógłby przejść po morzu jak po gładkiej amerykańskiej autostradzie.

Inna szkoła, to ci, którzy po serii niepowodzeń doszli do wniosku, że na drugiej wyspie tak naprawdę jest dokładnie tak samo i szkoda czasu na walkę.

Są jednak i ludzie, którzy potrafią pokonać fale i dopłynąć do brzegu drugiej wyspy. Nie stosują żadnego z tych sposobów. Nie mocują się z falami, nie próbują ich przechytrzyć, nie próbują ich wyciszać. Mimo, że pokonują odległość między wyspami wiele razy i to dzięki nim mieszkańcy skalistej wysepki mają co jeść, mało kto chce ich naśladować. Ich sposób – jedyny skuteczny sposób pokonywania wielkich, spychających z drogi fal – polega na czymś, wydawałoby się sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem – na wpływaniu w głąb fali.

Oto fragment autentycznego poradnika omawiającego podstawowe umiejętności pływania na otwartym oceanie:

Nigdy nie zwalniaj przed napływającą falą. Zawsze płyń wprost w nią.

Zanurkuj w falę, w chwili, gdy ma cię uderzyć. Nurkowanie w falach jest bardzo proste, ale może być najtrudniejszą rzeczą na świecie, gdy boisz się wody. Ujmując to najprościej. Woda na szczycie fali zmierza w kierunku brzegu. Woda blisko dna zmierza w stronę oceanu. Próbując przepłynąć nad falą, będziesz spychany do brzegu. Gdy zanurkujesz w głąb, fala weźmie cię w kierunku, w jakim chcesz płynąć.

Obserwuj fale, gdy przebijasz się prze fale przybrzeżne. Gdy płyniesz patrz na tak często jak spoglądasz na boję. W ten sposób wiesz, kiedy wejść pod falę. (The Basics of Ocean Swimming, Erik Burgan)

Zamiast próbować unikać fal, zamiast mocować się z nimi, zamiast je wyciszać, nurkujesz wprost w nie.

To jedyny bezpieczny sposób. Gdy odwracasz się tyłem i udajesz, że pływasz w spokojnym jeziorze, fala może cię zalać, pozbawić oddechu i rzucić o dno. Mocując się z falą na powierzchni, stawiając jej opór wikłasz się w walkę, której nie sposób wygrać.

Takimi falami, które ciągle zawracają nas z drogi są nasze negatywne emocje i myśli.

Zanurkować w fale znaczy w pełni doświadczać myśli i emocji, równocześnie nie przerywając ruchu do przodu. Obraz pokonywania fal w taki sposób jest metaforą gotowości doświadczania.

Nurkowania w fale

Człowiek, który unika jakiegoś rodzaju doświadczeń, stara się je osłabić lub ominąć. Używając morskiej metafory, to ktoś, kto za wszelką cenę stara się utrzymać głowę na powierzchni.

Zanurzenie się w fali może być przerażające. Tego przecież chcemy uniknąć – zalania przez niekontrolowany żywioł. Jednak tak długo póki będziemy próbować wszystko kontrolować, póki będziemy starali się mieć głowę zawsze ponad wodą – dopóty nie będziemy w stanie płynąć do przodu.

Jeżeli chcesz dopłynąć do celu musisz zanurzyć głowę – tzn. stracić kontrolę ( w każdym razie częściowo). Tylko pełne, pozbawione osłon i otwarte doświadczanie negatywnych uczuć pozwala szybko i bez blokowania się przebić przez nie.

Karen Horney, opisując ten aspekt uwagi nazwała go nieograniczoną receptywnością. Według jej słów, jest to:

…zgoda na to, by wszystko, co odbieramy w danej chwili, wniknęło w nas bez żadnego oporu z naszej strony. Nieograniczona receptywność oznacza, że jesteśmy w danej sytuacji razem z wszystkimi naszymi emocjami (Horney, Wykłady ostatnie)

Taki typ uwagi jest czymś paradoksalnym. Ludzie nie dopuszczają do siebie pewnych doznań, by skuteczniej działać i lepiej się czuć. Nie chcą by coś im dokuczało, przeszkadzało czy rozpraszało. Ale im bardziej próbują manipulować sobą, tym gorzej się czują i tym mniej są produktywni. Próba okrajania swoich doświadczeń ma efekt dokładnie odwrotny do zamierzonego.

Pragnienie uniesienia się

Pisząc poprzednie słowa rzuciłem okiem na półkę z książkami. Jest na niej książka o grzbiecie w morskim kolorze. Jej tytuł brzmi „Umysł ponad nastrojem”. Tego pragniemy: uwolnić się, wznieść ponad negatywne nastroje i złe myśli. Osiągnąć upragniony spokój i ciszę. Przestać się czegokolwiek bać i czymkolwiek przejmować. Książki i psycholodzy mówią, że jest to możliwe. Bardziej wierzymy ich wiedzy niż latom swoich doświadczeń. Zapewne kiedyś mi się wreszcie uda. Wreszcie poznam sposób na to, by tak ustawić swój umysł, aby przestał doświadczać nieprzyjemnych emocji i nieprzydatnych myśli.

I na pewno kiedyś się to uda. Każdy z nas wzniesie się ponad wszystkie nastroje, myśli i emocje. Jednak póki żyjesz, póki masz ciało, póki masz mózg z zestawem pracujących w nim struktur, póki jedną z funkcji twojego umysłu jest doznawanie całego zakresu emocji – także tych, które nie są przyjemne – jesteś poddany falowaniu.

Życie, to pływanie w falującym morzu. Oczekiwanie by żyć i równocześnie „wznieść się ponad” jest tak samo nierealne, jak oczekiwanie by morze przestało falować, gdy do niego wchodzisz.

Czasem fale są wyższe, czasem niższe. Czasem uderzają raz po raz, jak podczas sztormu, a czasem są rzadkie i leniwe, jak wtedy, gdy wieje letnia bryza.

Fale przeszkadzają, ale równocześnie są informacją, że płyniesz do przodu. Nie doświadczają ich tylko ludzie, którzy taplają się przy brzegu w osłoniętych zatoczkach. Im większe masz cele, im wyraźniejsze są twoje wartości, im więcej dla nich robisz, tym większe fale.

Możesz się ich przeląc i wrócić do zacisznej zatoczki. Możesz jednak przestać szukać spokoju. Zaakceptować fale. Przestać za wszelką cenę wyciszać się, doprowadzać swój umysł do klarowności, przestać próbować kontrolować poruszające go fale. I zamiast tego skupić się na tym, gdzie chcesz dopłynąć. Stawić czoła falom i pokonywać je, pozwalając każdej na to by cię przykryła.

Nie jest to niestety coś, co można w sobie raz na zawsze wytrenować. Trening zawsze się przydaje, ale nikt nie może w trwały sposób stać się otwarty na wszystko, co go dotyka.

Otwarcie się na to, co nas w danej chwili dotyka jest bardziej aktem niż cechą. Nie ma ludzi, którzy są całkowicie wolni od ukrywania się przed doznaniami. Są tylko osoby, które raz po raz podejmują decyzję by otwarcie doświadczyć tego, co je w danej chwili spotyka.

Ruch do przodu

Gotowość nazywana jest także akceptacją i uważnością. To doskonałe określenia, czasem jednak, niektóre osoby rozumieją je na opak.

Słowo akceptacja, kojarzy się im z rezygnacją i poddaniem się. Jest to postawa kłapouchego: Tak to już w życiu jest i nic nie zostaje jak się z tym pogodzić…

Odmianą tej samej postawy może być czekanie aż problemy miną: no dobrze teraz jest ciężką, ale kiedyś jeszcze będzie przepięknie.

Prawdziwa akceptacja jest czymś innym. Zaakceptować swój niepokój nie oznacza poddać mu się, schować się pod pierzynę i nic nie robić, bo na zewnątrz jest strasznie i trzeba przeczekać.

Zaakceptować niepokój oznacza doświadczyć go bez żadnego znieczulenia, a następnie – mimo całego lęku zrobić krok w stronę tego, co jest ważne.

Równie dobrze taką akceptację można by nazwać zwycięstwem nad negatywnymi emocjami. Ale zwycięstwo kojarzy się ze zmaganiem, tłumieniem i unikaniem uczuć. Nie chodzi ani o to by wygrać, ani o to by przegrać. Chodzi o to by nauczyć się współżyć ze wszystkim, co w nas jest a nad czym nie mamy kontroli.

Lęk, jaki czuję nie jest przeze mnie zawiniony, nie jest efektem moich grzechów czy błędów, nie mogę – póki żyję się go pozbyć, wyrzucić czy przepracować. Jest czymś nieuniknionym. Akceptacja jest zatem bardziej sztuką koegzystencji – doświadczania nieprzyjemnych rzeczy, połączonych z robieniem swojego.

Także uważność jest czasem rozumiana opatrznie. Uważność (mindfulness) jest bardzo pojemnym terminem, który obejmuje zarówno akceptację, jak i świadomość obecnej chwili. Może być jednak rozumiana jako skupianie się nad sobą i swoimi doznaniami. Być uważnym to siedzieć w kucki z zamkniętymi oczyma i myśleć tylko o swoim oddechu. Nie o coś takiego chodzi.

Ostatnio wolę używać słowa gotowość (a dokładniej gotowość doświadczania), bo wiąże się ono z aktywnością.

Kluczowym elementem gotowości jest świadomość tego, po co chcesz przejść przez tą falę. Jeżeli twoim jedynym celem jest znoszenie nieprzyjemnych doznań jesteś masochistą. Jeżeli twoim celem jest budowanie własnej doskonałości, jesteś skupionym na sobie egotykiem.

O gotowości doświadczania możesz mówić dopiero wtedy, gdy wiesz, co jest twoją wartością i podjąłeś decyzję by iść do przodu.

Gotowość doświadczania jest najskuteczniejszą strategią ruchu do przodu. Gdy jej nie masz, zamiast iść do przodu możesz tracić czas na przepracowywanie swoich doznań, ukrywanie się przed nieprzyjemnymi odczuciami – ogólnie na tworzeniu tysięcy skrytek.

Gdy decydujesz się na gotowość, po prostu opuszczasz całą tą zabawę. Mówisz: nie chodzi o to, bym był cały czas zadowolony, bym był doskonały, bym pokonywał wszystkie trudności bez zmrużenia oka. Chodzi o to by robić, to, co trzeba. Płacąc za to tyle, ile trzeba.

Nurkujesz w falach nie po to by się tym rozkoszować (choć może to być przyjemne) ale dlatego, że jest to najkrótsza i najprostsza droga na drugą stronę. Jakikolwiek inny sposób – bokiem, podskokiem, tyłem czy zwodem grodzi utonięciem albo przynajmniej wplątaniem się w dłuższą i niebezpieczną szamotaninę. Najkrótsza drogą na druga stronę, to pełne stawienie czoła. Stawienie czoła bez żadnej nadziei na to, że od tego fale się zmniejszą, staną się łagodne czy otworzy się przed nami korytarz ze ścian z morza.

Negatywne emocje – jak wyciągnąć kamyk z buta?

Negatywne emocje – jak wyciągnąć kamyk z buta?

Opublikowano 22 grudnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 10 komentarzy

Człowiek szedł górską drogą. Śpieszył się, bo na szczycie czekał na niego wspaniały widok. Gdy przechodził przez piargi, do buta wpadł mu ostry kamień. Jęknął z bólu, ale nie przestał iść.

Za chwilę go wyjmę, gdy okolica będzie bardziej przyjazna – pomyślał.

Kamień tylko na początku był trudny do zniesienia. Wystarczyło stawiać stopę nieco bokiem i mniej ją obciążać a ból stawał się łatwiejszy do wytrzymania. Człowiek zaczął się przyzwyczajać. Po jakimś czasie całkiem przestał zwracać uwagę na uwieranie. Ciągle szedł pod górę. Co prawda kulał i niezgrabnie stawiał stopę, jednak nie przejmował się tym. Ten sposób poruszania zaczął mu się wydawać zupełnie normalny.

Niby wszystko świetnie, ale nasz podróżnik zużywa na swój marsz więcej energii niż potrzeba. Nadweręża swoje stawy, ścięgna i mięśnie. To z kolei obciąża cały jego organizm.

To wszystko jest spowodowane nie tyle przez kamień (który nie jest tak dużym balastem) ale przez chodzenie w taki sposób by go nie czuć.

Mamy wiele takich uwierających kamieni. Nic z nimi nie robimy oprócz tego, że staramy się jak najsłabiej je czuć.

Na przykład idziesz ulicą i czujesz się „nie w sosie”. Jesteś rozdrażniony, denerwują cię przepychający się ludzie, smrodzące samochody, pochmurna pogoda czy temperatura. Wsiadasz do tramwaju (znowu wszystko jest nie tak), potem wchodzisz do pracy (myślisz: dlaczego ja muszę tych ludzi codziennie oglądać?)… i tak mija cały dzień. Coś cię uwiera, ale przywykłeś. Radzisz sobie jakoś. Wydaje ci się, że to odczucie jest normalną ceną za to, że idziesz do przodu.

Na pierwszy rzut oka ten sposób wydaje się dobry. Robienie tragedii nad każdym negatywnym odczuciem jest przecież właściwe dla neurotyków. Złe samopoczucie nie powinno blokować tego, co robimy. Głupi kamyk w bucie nie może przerywać marszu do góry.

To rzeczywiście dobra zasada by nie przejmować się chandrami i pogorszeniami nastroju. Nie ma co robić tragedii. Ale pod warunkiem trzymania się innej zasady, która brzmi: zrób wszystko co ma sens, by pozbyć się uwierającej cię rzeczy.

Wszystko co ma sens, tzn. wszystko co jest możliwe, co nie opiera się na zaklinaniu rzeczywistości i co nie blokuje marszu do przodu.

Zasada: nie rób nic, tylko znoś wszystkie trudności z cierpliwością i rezygnacją, nie jest zbyt mądra. Często można coś zrobić by zmienić sytuację i pozbyć się swoich negatywnych uczuć. Wygoda jest lepsza od niewygody. Pozytywne emocje są lepsze od negatywnych.

Czasem trzeba wytrzymać

Niewiele rzeczy da się na przykład zrobić z tremą, złym samopoczuciem spowodowanym zmianami pogodowymi, rozbiciem wywołanym przez wirusa, poczuciem skrzywdzenia gdy ktoś nas oszukał czy doznaniem zawodu, gdy nie dostaliśmy czegoś, na czym nam zależało.

Czasem negatywne emocje są jak mróz w zimie. Nie lubię zimna, wolałbym się wylegiwać w ciepłych krajach. Ale jest zima. Środek grudnia. Jedyne co rozsądnego można zrobić w tej części świata to przestać narzekać na mróz i ciepło się ubierać. Gdy ktoś mnie skrzywdzi, albo gdy stracę coś ważnego, czuję się źle. Oczekiwanie bym w takiej sytuacji czuł się doskonale jest tym samym co oczekiwania, że w zimie będę czuł ciepło i będę mógł chodzić po dworze w samej koszuli.

Gdy nic nie możesz zrobić – zaakceptuj uwieranie. Nie udawaj jednak przed sobą, że nic się nie dzieje. Nie stosuj żadnych technik unikania doznań. Nie stawiaj stopy bokiem, nie kuśtykaj, nie wykrzywiaj nogi. To znaczy – bez metafor – nie wmawiaj sobie, że jest doskonale, że czujesz się tak dobrze jak nigdy, że twoja porażka jest tak naprawdę sukcesem czy, że wcale ci na tym nie zależało.

Co można zrobić by pozbyć się negatywnych odczuć?

Dokładnie to samo, co wtedy, gdy chcemy się pozbyć uwierającego kamienia:

- przystanąć na chwilę,

- przechylić but i pozwolić kamieniowi wypaść,

- jeżeli kamień nie chce wypaść, można spróbować go wyciągnąć.

- Jeżeli się to nie uda, albo jeżeli nie ma możliwości zatrzymania się – iść dalej, pamiętając o tym by nie obciążać swoich kolan i barków.

Przystanąć

Pierwszym krokiem pozbycia się zamętu jest przystanąć, choćby na kilka sekund i przyjrzeć się temu, co czujesz.

Obserwacja siebie nie ma nic wspólnego z byciem zaaferowanym czy zaabsorbowanym sobą. Wiele osób jest ciągle skupionych na sobie, a mimo to nie ma dużego pojęcia o tym, co się w nich dzieje.

Takie osoby za bardzo są zainteresowane określonym wynikiem obserwacji. Traktują się trochę jak boksera, którego wynik walki się obstawiło. Wyłapują wszystko to, co jest zgodne z ich oczekiwaniami, skrupulatnie nie dostrzegając tego co nie pasuje.

Prawdziwa obserwacja jest podobna do tego co robi komentator, który wie, że ma wśród słuchaczy fanów jednego jak i drugiego zawodnika. Nie może z góry obstawiać żadnego z wyników. Musi być uważny i obiektywny. Walka nie jest dla niego nigdy wygrana, ani przegrana. Może być jedynie ciekawa (albo i nie). Dzięki takiej perspektywie można widzieć więcej i dokładniej.

To oczywiście dość trudne. Wymaga braku przywiązania do własnego obrazu – pozytywnego czy negatywnego. Wymaga patrzenia na siebie tak, jakby się było jednym z wielu elementów świata. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, by kiedykolwiek udało mi się w taki sposób patrzeć na siebie.

Ale to, że nie mogę osiągnąć ideału, nie oznacza, że próby są bez znaczenia. Ważny jest sam kierunek. Wystarczy choć trochę uwolnić się od pomysłów na siebie samego. Przestać zakładać się z sobą o wyniki.

Jeżeli czujesz się nie w sosie usiądź na chwilę i przyjrzyj się jakie odbierasz emocje, obrazy, jakie myśli pojawiają się w twoje głowie oraz jakie doznania czujesz w swoim ciele.

Takie obserwowanie warto uczynić nawykiem. Warto co jakiś czas (choć nie za często) zrobić przerwę i w ramach rozrywki przez minutę czy dwie, przyjrzeć się temu co dzieje się w środku.

Nie stosuj żadnej taryfy ulgowej. Nie wybieraj: to warto dostrzec, a tego nie. Zobacz wszystko. Bez oceny.

Jeżeli spostrzeżesz coś niewygodnego i powiesz sobie: natychmiast przestań, jeżeli użyjesz tak zwanej siły woli, efekty będą pozorne. Na chwilę – może na trzy sekundy wystarczy. Jednak bądź pewny, że po trzech sekundach wszystko wróci i prawdopodobnie będzie jeszcze mocniejsze. Dlatego po prostu dopuść to do świadomości. Stwierdź, ale nie walcz.

Być może nie od razu wszystko łatwo ci będzie objąć. Z czasem będzie jednak coraz lepiej.

Pozwolić by kamyk sam wypadł

Wyrzucanie kamienia, gdy but jest na nodze, to dosyć karkołomne zadanie. Ale gdy przystaniesz i uświadomisz sobie co czujesz, zobaczysz, że twój stan samorzutnie zacznie się zmieniać. Dostrzeżesz, że negatywne emocje i doznania, co prawda dalej są w tobie, ale nie są tobą. Są czymś przejściowym. Zyskasz inną perspektywę. Do tej pory, gdy ogarniała cię złość, smutek czy poczucie winy, zapełniały cię w całości – od czubka głowy do podeszw.

Gdy zaczniesz świadomie przyglądać się temu, co dzieje się wewnątrz, okaże się – być może – że jesteś znacznie większy. Że ta chmura odczuć nie jest wszystkim, co w tobie istnieje. Że oprócz niej, jest jeszcze wielkie i zawsze spokojne niebo.

Nie próbuj jednak wywoływać tego doznania na siłę. Taka perspektywa przyjdzie sama, albo i nie przyjdzie. Nic na to nie poradzisz. Twoim zadaniem jest obserwować a nie uspokajać się, wyciszać czy zyskiwać nowe doświadczenia.

Pocieszające jest to, że zazwyczaj efektem obserwacji jest wyciszenie.

Daniel Goleman, opisując wyniki jednego z eksperymentów pisze:

Już samo uświadomienie sobie wrących w nas uczuć, może mieć zbawienne skutki…Najszybciej otrząsali się z ponurego nastroju ci, który zdawali sobie sprawę ze swych uczuć. Wydaje się zatem, że dobre rozpoznanie emocji pomaga nam szybciej pozbyć się złego nastroju Daniel Goleman, Inteligencja emocjonalna w praktyce (Poznań: Media Rodzina, 1999), 128

Uczestnikami jednych z badań byli menedżerowie zwolnieni z pracy. Prawie wszyscy czuli ogromną złość. Połowie z nich polecono prowadzić przez pięć dni dzienniki, w których mieli zapisywać, co dzieje się z ich emocjami. Okazało się, że ludzie z tej grupy szybciej znajdowali pracę niż pozostali. Pisanie dziennika, pozwoliło im uświadomić sobie negatywne emocje. Nazwanie ich i zrozumienie znacznie im ułatwiło konstruktywne radzenie sobie z nimi.

Czasem doświadczamy czegoś podobnego, gdy mamy okazje komuś się wygadać. Mówimy, żalimy się, skarżymy i nagle wszystkie emocje opadają.

Jednak zarówno z pisaniem jak i wygadywaniem się należy być ostrożnym. W moim przypadku strategie te działają zupełnie odwrotnie. Im więcej mówię i myślę o tym, co mi nie pasuję, tym bardziej się nakręcam. Dlatego znacznie bardziej wolę pomilczeć na temat moich zmartwień. Od nazywania znacznie ważniejsze jest uświadomienie sobie. Czasem słowa zaciemniają.

Wyciągnąć

Często źródłem zamieszania są obiektywne problemy przed jakimi stajemy. Nie wystarczy dopuścić odczuć do świadomości i je obserwować. Trzeba jeszcze coś zrobić.

Negatywne emocje są komunikatem, że coś warto zrobić (lub przestać robić). Warto nauczyć się odczytywać te komunikaty i umieć na ich podstawie podejmować decyzje. Można to zrobić zadając sobie kilka prostych pytań:

1) Czym się martwię? Co jest źródłem mojego niepokoju?

2) Dlaczego to mnie niepokoi? Co jest przyczyną?

3) Co mogę z tym zrobić? Jakie rozwiązania są możliwe?

4) Które rozwiązanie wybiorę? Co konkretnie zrobię i kiedy to zrobię?

To proste pytania i nie warto ich komplikować. Szukanie wglądów, analizowanie snów, docieranie do przeżyć z dzieciństwa i inne podobne sztuczki zazwyczaj niewiele wnoszą bo zatrzymują nas w pierwszym i drugim punkcie.

Często komplikujemy sobie życie psychologizowaniem po to by nie dostrzec najprostszych rzeczy. Znam osobę, której jednym z podstawowych problemów jest to, że kiepsko zarabia. Zamiast znaleźć nową, lepiej płatną pracę, woli analizować swoje głębokie przeżycia i wydawać pieniądze na kolejnych terapeutów. Oczywiście, że ma niskie poczucie wartości i zestaw traumatycznych przeżyć z dzieciństwa. Tyle, że po pierwsze jej wieloletnia terapia nic nie zmienia w jej życiu, a po drugie wiele osób z jeszcze gorszymi przeżyciami doskonale funkcjonuje bez pomocy psychologów.

Nie jestem przeciwnikiem terapii, ale podoba mi się podejście jakie mieli mistrzowie sztuk walki. Gdy przychodził do nich uczeń, mistrz najpierw kazał mu sprzątać, gotować i zajmować się prostymi, przyziemnymi sprawami. Gdy przychodzi do terapeuty pacjent, który chce siebie zgłębiać, najpierw powinien dostać zadanie posprzątania wokół siebie. Jak może zgłębiać swoje nieświadome procesy, skoro nie jesteś w stanie napisać swojego cv czy zapisać się na kurs angielskiego?

Ten zestaw pytań dotyczy prostych, przyziemnych rzeczy. Jeżeli dojście do punktu cztery zajmuje ci dwa tygodnie, to znaczy, że zbytnio komplikujesz.

Chmury i niebo: umiejętność obserwacji siebie

Chmury i niebo: umiejętność obserwacji siebie

Opublikowano 01 grudnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 30 komentarzy

Ten artykuł jest drugim z cyklu „Poznaj cztery umiejętności konstruktywnej obsługi siebie samego”. Pierwszy z nich był poświęcony umiejętności akceptacji.

Eksperyment

Wyobraź sobie, że jesteś chory i ktoś daje ci mocne lekarstwo. Dzięki niemu od razu wyzdrowiejesz, ale musisz się przygotować na nietypowe efekty uboczne. Możesz przez jakiś czas odczuwać palpitacje, drżenie rąk, złość, rozdrażnienie, strach lub smutek. To wszystko może być nieprzyjemne, jednak po jakimś czasie minie. Doznania będą chwilowe i oprócz dyskomfortu w żaden sposób trwale na ciebie nie wpłyną.

Zażywasz lek i rzeczywiście, po kilkudziesięciu minutach pojawiają się wszystkie objawy. Nie jest to przyjemne, ale przecież wiesz, że to nic takiego. Mówisz sobie:

- Aha, więc tak to wygląda. To nic takiego.

Załóżmy, że akurat zacząłeś oglądać jakiś ciekawy film. Czy przerwiesz seans? Prawdopodobnie nie. Wrócisz do swojego zajęcia i mimo, że nie ogląda ci się tak dobrze jak do tej pory, ciągle dobrze się bawisz. Gdy kończysz film, zauważasz, że wszystko, nie wiadomo, kiedy przeszło.

A teraz wyobraź sobie, że to samo lekarstwo podano komuś bez żadnej informacji o efektach ubocznych. Czy ta osoba zareaguje tak samo? Co się stanie, gdy kilkadziesiąt minut później, bez uprzedzenia pojawi się zestaw nieprzyjemnych doznań i emocji?

Najbardziej prawdopodobne będzie to, ze człowiek zacznie się niepokoić i podda się emocjom. Coś się ze mną dzieje, coś jest nie tak. Wkurza mnie ta sytuacja…. Przerwie to, co robi i albo zacznie się zastanawiać, co jest nie tak, albo będzie szukał ujścia dla emocji.

Im bardziej będzie się zastanawiał, tym wyraźniej będzie czuł negatywne doznania (świadomość wzmacnia odczuwanie). Gdy będzie szukał ujścia (np. skrzyczy żonę, że stuka garami, podczas gdy on ogląda) pojawi się poczucie winy, które jeszcze bardziej wzmocni rozdrażnienie. Słowem błędne koło zacznie się napędzać i po dwóch godzinach, gdy fizjologiczne działanie leku zniknie, ta osoba ciągle będzie czuła się pobudzona i rozdrażniona.

Jednym z najsłynniejszych eksperymentów psychologicznych były badania Stanleya Schachtera poświęcone naturze emocji. W ich trakcie ochotnikom podawano zastrzyk adrenaliny. Jedni słyszeli, że to niewinne witaminy bez żadnych efektach ubocznych. Innych rzetelnie informowano o tym, że pojawi się pobudzenie, drżenie mięśni i inne doznania.

Okazało się, że ludzie, których poinformowano o efektach ubocznych znacznie rzadziej poddawali się emocjom. Ci, którzy nie byli uprzedzeniu szybko zarażali się złością lub euforią od pomocników eksperymentatora.

Dlaczego tak łatwo zachować spokój i nie wpaść w błędny krąg, gdy jesteśmy uprzedzeni o efektach?

W takiej sytuacji, gdy pojawiają się doznania i emocje, wiesz, że są one tylko efektem podania leku. Masz do nich dystans. Jak to się czasem mówi – nie zlewasz się z nimi. Jest w tobie część obserwująca i część doznająca. Tu jestem ja a tu są moje doznania i emocje. Wiesz, że twoje doznania są tylko artefaktem, sztucznym wytworem. Nie są sygnałem alarmowym, który ma źródło w jakimś realnym zagrożeniu. Wiesz, że to „nic takiego”.

W drugiej sytuacji, gdy doznania przychodzą niespodziewanie, reagujesz inaczej. To, co się wtedy dzieje, niektórzy z psychologów nazywają fuzją poznawczą (cognitive fusion). W jej trakcie nasze emocje, myśli czy doznania traktujemy jak absolutną, jedyną rzeczywistość. Emocje i myśli stapiają się z całym tobą.

Możesz z nimi walczyć, możesz im się poddać, ale cały czas traktujesz je jak rzeczywistość.

Codzienne stapianie się z emocjami i myślami

Nasze emocje, myśli czy doznania fizyczne są powiązane z tym, co dzieje się w świecie. Gdy czuję złość, smutek czy zagubienie, to nie dlatego, że ktoś mi podał jakiś zastrzyk.

Ale mimo to, ten pierwszy sposób patrzenia (który miały osoby poinformowane o efektach) jest bliższy prawdzie niż drugi.

Nasze nastroje, uczucia i myśli są rezultatem pracy naszego umysłu. Są efektem pracy skomplikowanej i cudownej maszyny, zawierającej miliony skojarzeń i pojęć. Nie są jednak rzeczywistością. Są jakimś jej obrazem – mniej lub bardziej trafnym, mniej lub bardziej praktycznym – ale niczym więcej niż tylko obrazem.

Myśli są tylko myślami. Emocje są tylko emocjami.

Trudno nam to dostrzec od środka. Nieco łatwiej, gdy przyglądamy się temu z boku.

Oto Zbyszek Ryżak siedzi nad trudnym tekstem i ma wrażenie, że cały jego wysiłek idzie na marne. Ma poczucie, że nic mu się dziś nie udaje. Szamocze się i szamocze i nic z tego nie wynika. Wszystko jest szare i do niczego. Podchodzi do okna i patrzy na niebo o barwie płyt chodnikowych i myśli by dać sobie spokój. Potem siada za komputerem i otwiera pocztę. Znajduje maila z podziękowaniem od kogoś za pomoc. I nagle świat jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki się zmienia. Staje się piękny, cudowny i radosny. Zbyszek Ryżak jest przekonany, że to co robi ma sens. Zupełnie nie pamięta o tym, co było chwilę temu. Nawet niebo się zmienia. Przypomina mu teraz przyjemny pobyt w Szkocji. Co się stało? Czy świat się zmienił? Przeszła przez niego burza magnetyczna i wszystko pozmieniała? Nie. Świat cały czas jest taki sam.

To tylko mój umysł się przestawił.

Opinie naszego umysłu i jego doznania czasem są trafne, czasem nie. Czasem są cenne a czasem szkodliwe. Ale są to tylko opinie i obrazy. Coś, co nakładamy na świat.

Na codzień jesteśmy całkowicie zanurzeni w świecie swoich myśli i doznaniach. Obrazy, jakie wytwarza nasz umysł i doznania traktujemy jak coś realnego.

Co więcej, jeszcze się kłócimy i do upadłego walczymy, twierdząc, że nasze opinie są faktami.

Ostatnio słyszałem, jak ktoś mówił:

- Trzeba być realistą, nie da się w Polsce zarobić dużych pieniędzy bez kradzieży! Ktoś, kto mówi inaczej ma kłopoty z oceną rzeczywistości!

Taka wypowiedź świadczy o fuzji poznawczej – stopieniu się rzeczywistości z opiniami. Ta osoba myli swoje opinie i doznania z rzeczywistością. Nie przychodzi jej do głowy, że to, o czym mówi to tylko jedna z wielu ocen. Być może słuszna, być może nie, ale nic poza tym.

W największym stopniu fuzji podlegają obrazy i odczucia dotyczące nas samych.

- Jestem nieudacznikiem.

- Nigdy nic mi nie wychodzi.

- Jestem słaby.

- Ciągle wszystko plączę.

- Znowu przegrywam.

- Nic mi nie wychodzi.

- Nigdy mi się nic nie uda.

- Moje życie to bałagan.

- …

Tego rodzaju zdania mogą brzmieć jak mądre i obiektywne odkrycia. Człowiek siada i przychodzi do niego odkrywcza myśl:

- No tak. Bądź raz ze sobą szczery. Nigdy ci się to nie uda.

Czy zdarzyło ci się kiedyś mieć takie myśli? Mnie się zdarzyło i to nie raz.

Przypomnij sobie, jak się wtedy czułeś? Czy wydawało ci się, że to prawda? Że tak jest w rzeczywistości?

Zaczerpnąłem te sformułowania z listy typowych myśli automatycznych, jakie pojawiają się podczas depresji (bez obawy, nie wystarczy stwierdzić u siebie takich myśli by być uznanym za chorego). Tych myśli doświadczają ludzie będący w najróżniejszych sytuacjach – zarówno gospodynie domowe, jak i uznani reżyserzy czy bankierzy z osiągnięciami. Te myśli nie mają nic wspólnego z ich sytuacją, a jedynie z tym jak pracuje ich umysł.

Są jedynie bełkotem pijanego, depresyjnego mózgu.

Podstawowa różnica, jaka jest między chorymi na depresję a ludźmi, którzy potrafią żyć w sposób konstruktywny jest taka, że ci pierwsi bezkrytycznie „kupują” produkty swojego umysłu. Za obiektywną rzeczywistość biorą obrazy i doznania, jakie wytwarza skomplikowana maszyneria schowana pod ich czołem.

W efekcie:

  • ile razy pojawi się doznanie strachu – żyją w strachu,
  • ile razy pojawi się doznanie złości – żyją w złości,
  • ile razy pojawi się doznanie smutku – żyją w smutku.

Budzenie obserwatora

Gdyby nie możliwości metapoznania, nie moglibyśmy odpowiedzieć na najprostsze pytanie, typu: o czym teraz myślisz?. Możemy nie tylko powiedzieć, o czym myślimy, ale jak nasze myśli się zmieniają oraz jak łączą się z innymi doznaniami.

Dzięki metaświadomości możemy stanąć krok wyżej i przyjrzeć się temu jak pracuje nasz umysł.

Gdy przyjmiesz pozycję życzliwego i zainteresowanego obserwatora i skierujesz uwagę, na to co dzieje się w tobie, łatwo ci będzie pojąć, że twoje myśli i uczucia są myślami i uczuciami. Pojawiają się, przepływają i znikają. Zabarwiają świat, czasem go zaciemniają, czasem wyostrzają. Ale nie są światem.

Są wewnętrznymi zjawiskami wywołanymi przez nasz umysł.

Emocje i myśli są jak chmury na niebie – czasem burzowe, czasem lekkie i jasne, czasem poruszające się bardzo powoli a czasem szybko. Czasem jest ich niewiele (rzadko kiedy nie ma żadnej chmury) a czasem całe niebo jest zasnute.

Nie jesteś chmurami. Jesteś niebem, na którym się pojawiają. Gdy zapomnisz o tym, kim naprawdę jesteś, emocje mogą cię porwać. Zawsze jednak możesz na nowo uzyskać „metaperspektywę”, wyrywając się z fuzji poznawczej.

Gdy nauczysz się takiej perspektywy twoje życie może się zmienić:

  • gdy pojawi się w tobie doznanie strachu – zamiast żyć w strachu, możesz żyć ze strachem, robiąc to co powinieneś, mimo tego, że czujesz obawy;
  • gdy pojawi się w tobie doznanie złości – zamiast żyć w złości, możesz zacząć żyć ze złością – z kłopotliwym, hałaśliwym i dokuczliwym lokatorem, ale jednak lokatorem a nie właścicielem;
  • gdy pojawi się w tobie doznanie smutku – zamiast pogrążać się w nim, możesz żyć ze smutkiem, ciężarem, który cię spowalnia ale nie zamyka w czarnej norze.

Gdy zamiast żyć w emocjach, żyjesz z emocjami jesteś jak człowiek, który został uprzedzonym, że mogą się pojawić różne efekty uboczne. Robi swoje i pozwala emocjom oraz myślom wybrzmieć.

Uwagi do ćwiczeń

Wyjście poza stopienie się ze swoimi myślami czy odczuciami jest dosyć trudne.

To chyba najtrudniejsza umiejętność z tych, o których piszę w tym cyklu.

Łatwo pomylić ją z żonglerką poznawczą. Zacząć np. fantazjować, że umiemy wyjść poza siebie, wejść w skórę drugiej osoby czy nawet unieść się poza świat. Tu naprawdę nie chodzi ani o pozycje percepcyjne NLP, ani o „doświadczenia astralne”. Tego rodzaju praktyki wiążą się z jeszcze mocniejszym zagłębianiem się w swój umysł. Jednym z podstawowych wskaźników czy w swoich ćwiczeniach nie zbaczasz na manowce jest poczucie zwykłości i normalności. Gdy czujesz, że dzieje się coś niesamowitego, niezwykłego, że doświadczasz doznań o niezwykłej przenikliwości, że udało ci się wreszcie zobaczyć istotę świata i przeniknąć przez zasłony materii – to sygnał, że pora zrobić przerwę. Iść do ubikacji, albo pogadać z kimś o cenie rzodkiewki. Gdy mimo tego poczucie olśnienia nie ustępuje, warto udać się do psychiatry albo spowiednika (rabina, imama, guru, sensia, rosiego czy kogo tam masz). Albo jesteś wariatem, albo świętym.

Druga uwaga. Nie da się tego ćwiczyć bez przynajmniej pewnego poziomu akceptacji (pierwszej umiejętności, o której była mowa w poprzednim tekście tego cyklu). Tak długo, póki nie uda ci się porzucić oczekiwania na to by było inaczej niż jest, nie możesz przyglądać się temu jak pracuje twój umysł.

Porzuć nadzieję na uwolnienie się od negatywnych doznań. Porzuć przynajmniej część nadziei, bo inaczej niczego nie dostrzeżesz. Póki chcesz by było inaczej będziesz „przyspawany” do obrazów tworzonych przez swój chimeryczny i zmienny umysł.

Akceptacja oznacza życzliwość czy łagodność dla siebie. Gdy ciągle wybierasz i stawiasz warunki: tak powinienem się czuć, taki powinienem być, tak powinienem myśleć, itp. jesteś nieżyczliwy dla tego, co się w tobie pojawia.

Jesteś jak ktoś, kto wydał przyjęcie, rozesłał zaproszenia a teraz nie wpuszcza tych, którzy przyszli ubrani nie w takich kolorach jak lubi. Gospodarz, mimo, że ma prawo mieć swoje preferencje, musi być życzliwy wobec wszystkich gości.

Z drugiej strony sama akceptacja może być pułapką. Gospodarze nie powinien zostawiać swego domu, całkowicie we władanie gości. Gdy tylko akceptujesz, ale tkwisz w fuzji, negatywne emocje szarpią tobą i porywają cię.

Dlatego ważne jest by oprócz godzenia się na nie umieć je traktować tak jak tego wymagają – jako emocje i myśli – produkty naszego umysłu.

Propozycje ćwiczeń

Jest wiele ćwiczeń, które ułatwiają rozwój umiejętności obserwacji czy de-fuzji poznawczej. Ten artykuł jest wprowadzeniem w temat. Jeżeli będzie taka potrzeba mogę podać więcej ćwiczeń. Teraz tylko wybrane trzy.

Ćwiczenie Eckharta Tolle

Eckhart Tolle, proponuje bardzo proste ćwiczenie (może nawet zabawę), które pomaga rozwinąć umiejętność obserwacji swojego umysłu:

Zamknij oczy i powiedz sobie: Ciekawe, jak pierwsza myśl mi się nasunie. A potem czekaj na nią z wytężoną czujnością, jak kot przy mysiej dziurze. Jaka myśl wyskoczy z dziury? Spróbuj (Echart Tolle, Potęga teraźniejszości, str. 116).

Póki jesteś w pełnej obecności myśli, tak chętnie się nie pojawiają. Gdy się już pojawią ciągle możesz je przez chwilę poobserwować. Nie musisz rzucać się na nie jak kot.

Podsłuchiwanie myśli

By ułatwić sobie obserwację tego, co się dzieje z twoim umysłem możesz posłużyć się wyobraźnią i zabawą. Np.:

  • Pomyśl, że twój umysł jest stacją radiową, posłuchaj tego, co się w nim dzieje, tak jakbyś słuchał radia. Co mówi spiker? Jaką muzykę nadaje?
  • Pomyśl, że twoje myśli to telefon. Słyszysz dzwonek, podnosisz do ucha i słyszysz np.:. Hej, czy ja już ci mówiłem, że nic ci z tego nie wyjdzie? Pomyślałem sobie, że chciałbyś usłyszeć moją rzetelną opinię na twój temat: jesteś ofiarą!
  • Potraktuj swój umysł jak wyskakujące reklamy internetowe. Co się na nich pojawia?

Liczenie oddechów

To chyba podstawowe ćwiczenie, pozwalające rozwinąć tą umiejętność. Prawdziwym celem tego ćwiczenia nie jest uspokojenie czy regulowanie oddechu. Nie jest nawet rozwój umiejętności koncentracji. Najważniejsza jest umiejętność obserwowania swoich myśli jak zjawisk przepływających przez nasz umysł.

Oto krótka instrukcja

Usiądź wygodnie (możesz na krześle lub na poduszce ułożonej na podłodze). Wyprostuj kręgosłup. Głowę trzymaj prosto. Wyobraź sobie, że do samego czubka głowy masz przywiązaną linkę, która podnosi cię do góry, będąc dokładnym przedłużeniem kręgosłupa. Rozluźnij ramiona. Linka podnosi cię tylko w linii kręgosłupa. Ręce połóż swobodnie na kolana. Możesz także położyć je jedną na drugiej, wewnętrzną stroną do góry, lewa dłoń grzbietem na prawej, palce prostopadle do linii nosa. Nie przyciskaj łokci do tułowia, pozwól im leżeć swobodnie. Aby ustabilizować pozycję, możesz wykonać tułowiem i głową parę ruchów w lewo i prawo. Wybierz pozycję w samym środku – najbardziej równomierną i stabilną. Zamknij oczy lub opuść powieki. Możesz skupić wzrok na jakimś punkcie leżącym przed tobą (w odległości metra czy dwóch).

Oddychaj nosem, lekko i bez wysiłku. Dźwięk oddechu nie powinien być słyszalny (jeżeli masz zatkany nos, wcześniej go przeczyść). Obserwuj swój oddech.

W myśli licz wdechy i wydechy (wdech – jeden, wydech – dwa). Możesz liczyć także same wdechy (wdech – jeden, wydech, kolejny wdech – dwa, wydech …)

Gdy dojdziesz do dziesięciu, zacznij od początku. Gdy się pomylisz, nie przejmuj się tym, nie poświęcaj temu zbytniej uwagi. Zacznij liczyć od początku. Gdy uświadomisz sobie, że myślisz o czymś innym, łagodnie wróć do oddechu. Po prostu zacznij liczyć od nowa.

Pozwól, by twoje myśli swobodnie przepływały. Patrz na nie, jakbyś patrzył z okna na przechodniów. Nie biegnij za żadną, ale pozwalaj każdej spokojnie przejść.

Nie kontroluj oddechu. Nie staraj się, by był szybszy czy wolniejszy. Sam z siebie zacznie się wydłużać, ty jednak nie staraj się o to, a jedynie licz ilość oddechów. Wytrzymaj przynajmniej trzy minuty. Nie sprawdzaj czasu na zegarku, ustaw minutnik i przerwij dopiero, gdy usłyszysz sygnał. Gdy w trakcie ćwiczenia pojawi się myśl typu: długo, jeszcze? chyba nie wytrzymam, ale to nudne… pozwól jej przepłynąć i wróć do liczenia oddechów: jeden, dwa, trzy…

Poznaj swoje naturalne siły

Poznaj swoje naturalne siły

Opublikowano 30 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 9 komentarzy

W Krakowie, jakiś czas temu pewien sprytny człowiek sprzedawał hejnał. Każdy słyszał Program Pierwszy Polskiego Radia. O dwunastej trębacz czterokrotnie gra swoją melodię. Spryciarz wypatrywał grup, które pojawiały się po dwunastej, zagadywał, a jak się okazywało, że grupa jest średnio rozgarnięta pytał:
- Szkoda, że nie słuchaliście hejnału, zawsze jest o dwunastej
- Tak, szkoda…
- Być w Krakowie i słyszeć hejnału, to rzeczywiście strata
- Tak, ale co zrobić…
- Wiecie co, hejnalista to mój znajomy, jak by wam zależało, mógłbym pogadać. Może uda mi się go namówić by zagrał specjalnie dla was.
- Naprawdę? To możliwe?
- Normalnie tego nie robi, ale rzadko w Krakowie przebywają tak wspaniali goście.
Klienci, dopieszczeni i pełni nadziei patrzą na swojego wybawcę. Ten, widząc, że ryba bierze zaczyna szarpać.

To fragment mojej nowej książki.

Właśnie wyszła. Ma format ebooka, ale można zamówić ją też w formie papierowej. Uważni czytelnicy poznają w niej kilka tekstów z bloga.

Tytuł książki „Efekt jojo w motywacji” wymyślili spece z Wydawnictwa. Jest lepszy od mojego pierwotnego (Naturalnie Spełnione Marzenia) ale nie do końca oddaje zawartość książki.

W rzeczywistości to nie tyle książka o motywacji, ale o pułapce, w jaką wpadamy zabiegając o jej zawsze wysoki poziom.

To książka o pułapce, w jaką wpadamy wierząc różnego typu guru samorozwoju.

To książka o tym, jak zapominamy o swoich naturalnych siłach starając się dopasować do obrazów narzucanych nam przez media, psychologów, rodziców i wszystkich specjalistów od „rozwoju osobistego”.

Jeżeli jesteś gotowy by trochę przestawić swój świat – zmierz się z nią.

Jeżeli jesteś gotowy bardziej zaufać sobie niż płatnym motywatorom – poznaj jej treść.

Dzięki niej nauczysz się realizować swoje zamierzenia niezależnie od tego czy masz w sobie motywację czy nie.

Klikając na link poniżej można pobrać darmowy fragment książki. Jest tam cały spis treści oraz fragment jednego z rozdziałów.

Fragment książki „Efekt jo-jo w motywacji” do pobrania

Klikając na okładkę można zamówić książkę.
Efekt jojo w motywacji - kliknij by zamówić

A co działo się na Krakowskim Rynku?

- Tylko jest mały problem. Ten hejnalista musi zapłacić ochronie wieży – wiecie, takie są przepisy. Zagra dla was za darmo, ja oczywiście grosza nie wezmę, za pośrednictwo.
- Hm… A dużo?
- Nie, jak się zrzucicie, to niewiele wyjdzie.
Po chwili zadowolony spryciarz niknie w Kościele Mariackim z pieniędzmi. Zostawienie sami sobie ludzie, który my dali pieniądze, zaczynają czuć lekkie obawy.
- A może nas oszukał – pytają siebie – może wziął pieniądze i nic z tego nie będzie?
Jednak po chwili spryciarz się pojawia.
- Załatwione. Ciężko było, ale się udało. Zagra specjalnie dla was.
- Super! Wspaniale!
Wybija pełna godzina. Hejnalista otwiera okienko i zaczyna grać. Wniebowzięta grupa słucha z zapartym tchem, jak hejnał płynie ze strzelistej wieży wprost do ich uszu. Spryciarz znika. Skromny człowiek. Nawet nie czekał, aż mu podziękują.
I wszystko świetnie. Klient jest zadowolony. Pieniądze zostały zapłacone. Tylko jest mały problem. Hejnał jest grany co godzinę. O każdej porze dnia i nocy. Nie tylko w południe, tak jak w radiu. Nie musisz nikomu płacić, by go wysłuchać.
Sprzedawcy motywacji są jak ten spryciarz. Masz wszystko, co jest Ci potrzebne, by osiągnąć sukces. Masz w sobie tyle motywacji, ile trzeba, by zrealizować swoje marzenie. Nikomu nie musisz płacić, nie musisz jeździć na żadne szkolenia, nie musisz słuchać „mistrzów” motywacji, nie musisz czytać kolejnych książek.
Wszystko, co potrzeba, masz tu i teraz. Nie gdzieś w podświadomości, w głębi, w możliwości. Nie. Tu i teraz.
Wystarczy, że zabierzesz się za działanie. Czekanie na motywację i nastrój tylko Cię rozprasza. Motywacja pojawi się sama, gdy zaczniesz działać. Przyjdzie chwila, gdy poczujesz przepływ. Gdy cały świat będzie Cię niósł. Gdy poczujesz, że wszystko jest zgrane, harmonijne i piękne. Że wszystko się ze sobą łączy.

Dlaczego człowiek ciągle jest niezadowolony?

Dlaczego człowiek ciągle jest niezadowolony?

Opublikowano 03 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 14 komentarzy

Kilkanaście lat temu z Beatą (dziś moją żoną) spacerowaliśmy po błyszczącym świeżością osiedlu. Patrzyliśmy z zachwytem na mieszkania dopiero oddawane do użytku. Obliczyliśmy, że gdybyśmy bardzo się postarali, do końca roku moglibyśmy uskładać na dwa, trzy metry kwadratowe. Gdyby ktoś nam powiedział, że za kilka lat kupimy duże, piękne mieszkanie blisko centrum Krakowa, bylibyśmy wniebowzięci. Dziś nasze mieszkanie nie wydaje się ani duże, ani wspaniałe. W ciągu ostatnich kilku miesięcy już kilka razy na nie narzekałem. Muszę zrobić kilka zmian. Wyrzucić jedną szafę, wstawić inną. Trzeba też zrobić kilka remontów. Same problemy… Szczerze mówiąc nie wiem, kiedy cieszyłem z tego mieszkania. Przy zakupie byłem zbyt przejęty kwotą. Potem trzeba było je wykończyć i się wprowadzić. Potem długo stały nie rozpakowane pudła. A potem nagle trzeba było zrobić remont, bo mieszkanie nie było już takie świeże. Teraz myślę o budowie domu. Zaraz, zaraz, czy ja tu mieszkam?

Braki i dary

Nasze życie składa się z braków, ale i darów. Mamy w nim mnóstwo problemów, ale i błogosławieństw. Mamy w nim wiele bólu, ale i przyjemności. Zmartwień, ale i radości. Rzeczy do zrobienia, ale i rzeczy do cieszenia się.

Człowiek, którego uwaga pracuje poprawnie potrafi zauważyć zarówno jedną jak i drugą stronę. Potrafi zauważyć problemy (i podjąć odpowiednie działania). Ale potrafi też dostrzec dary, błogosławieństwa, przyjemności i radości.

Niestety wielu z nas jest ślepa na tą stronę życia. Przynajmniej przez jakiś czas. Kontemplujemy swoje problemy czekając aż jakimś cudem rozwiążą. Albo wmawiamy sobie, że mamy coś, czego nie mamy. Albo marzymy o tym, co będzie jutro. Nie zwracamy uwagi na to, co jest tuż przed naszym nosem, pod naszymi stopami i w naszych dłoniach.

Jutro, gdy…

Wydaje nam się, że któregoś dnia (na pewno nie dziś) obudzimy się w świecie darów i błogosławieństw. Będziemy patrzeć na to, co mamy wokół, chłonąć widok i się cieszyć. Będziemy czuć, jak nam jest dobrze i ile mamy. Ale to będzie kiedyś:

  • Gdy będę mieć wspaniały dom z widokiem na morze.
  • Gdy będę mieć żonę i dwójkę dzieci.
  • Gdy będę jeździć czerwonym Ferrari.
  • Gdy będę mieć wspaniałego i troskliwego chłopaka.
  • Gdy będę mieć lepsze stanowisko.
  • Gdy wygram wszystkie konkursy.
  • Gdy stanę się znany,
  • Gdy dostanę wymarzoną pracę.

To wszystko przyjdzie jutro. I czasem rzeczywiście przychodzi. Zamieszkujemy w domu z widokiem na morze, rodzi nam się dwójka wspaniałych dzieci, wsiadamy do czerwonego Ferrari…, ale okazuje się, że pojawiają się nowe cele. Znowu, to wszystko, co mamy będzie warte mojej uwagi, gdy…

Dary, błogosławieństwa i radości są dla nas zawsze za rogiem. Zawsze gdzieś tam za chwilę. Na jakimś końcu drogi. Bardzo nam na nich zależy i robimy wszystko byle do nich dojść. Ale to będzie jutro, za tydzień, za rok. Nie w tym momencie.

Niestety szczęście nie przychodzi w przyszłości. Jutro okaże się być tym samym, co dziś, tyle, że z innym, gdy…. Gdy przyjdzie jutro i będziesz mieć to, o czym marzysz, będziesz mieć nowe cele i nowe pragnienia. Będziesz marzyć o czymś innym. Nie będziesz dostrzegać tego, co jest wokół ciebie.

Przyczyny

Po części to normalny proces. Doświadcza go większość ludzi. Jesteśmy tak skonstruowani, że ciągle wybiegamy do przodu i łatwo się przyzwyczajamy do tego, co dobre.

Frederick Herzberg, twórca znanej teorii motywacji zauważył, że wiele ważnych dla naszego życia czynników ma naturę higieniczną. Tzn. zwracamy na nie uwagę tylko wtedy, gdy coś jest nie tak. Gdy temperatura jest odpowiednia nie zwracasz na nią uwagi. Gdy jednak jest za ciepło lub za zimno nie możesz myśleć o niczym innym. Gdy solidnie zmarzniemy i wejdziemy do ciepłego pomieszczenia przez jakiś czas czujemy ulgę i błogość. Jednak szybko zapominamy o wygodzie. Takimi czynnikami higienicznymi są warunki, w jakich mieszkamy, narzędzia, jakimi dysponujemy, przedmioty, jakimi się posługujemy, stan konta czy zdrowie fizyczne. Gdy coś jest nie tak, dalibyśmy wszystko by to zmienić. Gdy jednak wszystko jest w normie, przestajemy zwracać uwagę. Jak to śpiewali Starsi Panowie:

Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest,

Lecz kiedy jej nie ma

Samotnyś jak pies.

Lub jak pisał Kochanowski:

Szlachetne zdrowie nikt się nie dowie

Jako smakujesz, aż się zepsujesz.

To naturalne czynniki. Z urodzenia jesteśmy częściowo ślepi na dary. Ale to tylko jeden z powodów. Jest jeszcze kilka nawyków poznawczych, które pognębiają naszą ślepotę.

Wygórowane standardy i oczekiwania

Wysokie standardy i oczekiwania motywują nas do większego wysiłku. Chyba, że są zbyt wysokie. Gdy młody człowiek wyobraża sobie, że bez ćwiczenia czy wysiłku będzie biegał, śpiewał czy walczył jak bohater kreskówki – skazuje się na wieczne niezadowolenie. By nauczyć się cieszyć życiem i skutecznie działać musimy nauczyć się ustalać swoje oczekiwania na optymalnym poziomie. Tak, by nie były ani za łatwe (bo brakuje nam wtedy napędu) ani za trudne (bo skazujemy się na wieczne niezadowolenie).

Pomyśl o swoich oczekiwaniach dotyczących choćby pieniędzy, zdrowia, pracy, przyjaciół czy własnej efektywności.

  • Kto powiedział, że masz mieć zdrowie jak koń?
  • Kto powiedział, że masz być kochana i lubiana przez wszystkich?
  • Kto powiedział, że wszystko, za co się zabierzesz ma, ci wychodzić?
  • Kto powiedział, że nie możesz popełniać życiowych błędów czy pomyłek?

Ustawiczne porównywanie się z innymi

Jest wiele osób, dla których największym nieszczęściem jest odkrycie, że ich sąsiedzi czy koledzy mają więcej. Byłem zadowolony ze swoich zarobków, dopóki nie dowiedziałem się, że młodszy ode mnie pracownik zarabia więcej. Moje postępy w nauce języka były satysfakcjonujące, dopóki nie dowiedziałem się, że mój kolega uczy się dwa razy szybciej.

Gdy drażni cię ktoś, kto osiągnął sukces (sąsiad, kolega, ktoś z rodziny) najczęściej po prostu mu zazdrościsz. Kupił dwa razy lepszy samochód i popsuł mi całą przyjemność jazdy moim. Nic dziwnego, że go nie lubisz.

Gdy ciągle porównujesz się z innymi wpadasz w pułapkę. Zawsze znajdziesz lepszych od siebie i powód do tego by być niezadowolonym. Rozwiązaniem nie jest wyszukiwanie do porównań gorszych ludzi. Rozwiązaniem jest pozbycie się nawyku porównywania.

Uzależnienia własnej wartości od osiągnięć

Wiele osób nie zna czegoś takiego jak bezwarunkowe poczucie własnej wartości. Rodziców, nauczyciele i rówieśnicy nauczyli ich uzależniać własne samopoczucie od osiągnięć: Gdy mi się nie uda zdać egzaminu będę kretynem. Gdy mi nie zostanę awansowany, będę nic nie warty. Gdy nie uda mi się zarobić jakiejś kwoty będę ostatnim frajerem.

To automatyczne skojarzenie: sukces –> dobra ocena, porażka –> kiepska ocena. Jeżeli już musisz się oceniać, staraj się raczej myśleć o twoim wysiłku. Nie ważne czy osiągnąłeś sukces czy porażkę. Ważne ile włożyłeś w to pracy.

Brak refleksji

Odpowiednie ustawienie swoich oczekiwań, unikanie porównywania się z innymi oraz akceptacja siebie podczas porażek, to dobre metody czyszczenie swojego spojrzenia na świat. Są one jednak bardzo trudne. Jeżeli uda ci się je stosować w praktyce – świetnie. Jeżeli ci jednak nie wyjdzie –nie martw się, jesteś jak większość z nas.

Zamiast skupiać uwagę na sobie i swoich odczuciach, rozejrzyj się po świecie. Poszukaj tego, co dostałeś. Z czasem dostrzeżesz coraz więcej i więcej darów. Refleksja polega na tym, by codziennie poświęcić kilka minut i poszukać w tym, co się dziś działo rzeczy dobrych.

Z czasem, dzięki treningowi możemy osiągnąć sposób myślenia, jaki proponował Charles Dickens:

Myśl o twoich obecnych błogosławieństwach, których każdy człowiek ma wiele, a nie o minionych nieszczęściach, których każdy ma trochę.

Praktyką refleksji zajmiemy się jeszcze w jednym z kolejnych artykułów.

Dostrzec to, co dziś dostałem

Dostrzec to, co dziś dostałem

Opublikowano 25 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Ten sam dzień…

Gdy zadzwonił budzik było ciemno. Przestawiłem na piętnaście minut później. Znowu ciężka noc. Dzieci płaczące z powodu nocnych koszmarów i budzące się od kataru. Co chwila trzeba wstać, przykryć, uspokoić. A potem, gdy człowiek zaczyna wreszcie spać, pobudka. Ból w skroniach. Zmiana bandażu na ręce. Szwy jak u zombie. Na zewnątrz zimno, nie chce się nigdzie iść. W pracy na stole stos książek i porozkładane bez składu notatki. Zacząłem pisać. Ale po chwili pomyślałem, że potrzebuję programu do robienia konspektów. Przez dwie godziny szukałem w internecie a potem konfigurowałem. Gdy wreszcie usiadłem do pisania, okazało się, że brak mi kilku informacji. Przeszukiwanie artykułów i książek. Coraz mocniejsze poczucie, że nic mi się dziś nie udaje. Wyszedłem z pracy czując, że odniosłem porażkę. Było znacznie cieplej niż rano. W zasadzie gorąco. Doszedłem do domu spocony i zmęczony. Gdy usiadłem na chwilę w fotelu, najmniejsza przyszła na czworakach. Wstała, chwyciła się nogi i podryguje, czekając aż wezmę ją na ręce. Starsza też wymaga uwagi. Trzeba wyciągnąć farby i chronić przed wymalowanie wszystkiego wokół.

A w głowie, co pewien czas myśli: zmarnowany dzień; nie udało się zrealizować planów; muszę bardziej się starać; ciągle w tym samym miejscu; jestem bezproduktywny…

Wreszcie poszły spać. Siedzę zmęczony i zniechęcony na sofie. Przez chwilę trzymam w ręku pilota. Włączyć kolorowe obrazy i nie myśleć. Po takim dniu trochę dryfowanie dobrze mi zrobi. Jednak wyciągam z torby kwartalnik, który noszę z sobą od dawna licząc, że znajdę gdzieś po drodze czas na czytanie. Na ostatniej stronie jest wiersz. Rosemery Wahtola Trommer, mama – poetka, pisze:

W chwilach przed zaśnięciem

Co dziś osiągnęłam?
Zamek z krzeseł i poduszek
zbudowany wspólnie z moim chłopcem.
Pełzanie wewnątrz niego a później rozbieranie.
Jeszcze. Jeszcze.
Wspólne szukanie źródła słodkiego zapachu
bez dotarcia do kwiatu, z którego pochodził.
Wspólny popołudniowy piknik z ciastem z mango i truskawek
pokruszonym na kuchennej podłodze.
Umyte talerze.
Nasze poszukiwania szparagów pod wiśniami, daremne.
Tory naszej drewnianej kolejki z ośmioma pętlami i trzema wzgórzami,
rozmontowane i zapakowane do pudełka.
Jego zęby wyszczotkowane, moje zęby wyszczotkowane.
Nasze ubrania złożone w stos by jutro je uprać.
Miłość tak silna, łamiąca klatkę
jaką stała się moja ochota na lot,
oswajająca nadzieję na wolność zrobienia spisu rzeczy do zrobienia,
odwracająca mnie od małego ja do wielkiego,
mały dar za małym darem*.

…widziany inaczej

Co ja dziś osiągnąłem? Nagle widzę swój dzień. Ale już nie z perspektywy:

  • Jak daleko do moich celów?

ale z perspektywy:

  • Co cennego dziś się wydarzyło?
  • Co cennego dziś dostałem?

W nocy możliwość bycia blisko dziecka. Okrywania go i uspokajania. Wsłuchiwania się w jego oddech. Potem możliwość wstania o piętnaście minut później. Także możliwość czucia swojej kruchości i cielesności, gdy bandażowałem rękę. Potem możliwość szukania nowych sposobów pracy i przeglądania nowych książek. Dostałem uwagę innych ludzi. Ich chęć słuchania i mówienia. W domu możliwość działania bez oglądania się na to, jak się czuję. Dotyk rączek dziecka, wdrapującego się na kolana. Jego miny i gaworzenie. Zapach farby zmywanej z małego, czerwonego stołu. Bycie potrzebnym. I nawet to, że tego wszystkiego nie do końca byłem świadomy. Po raz kolejny poczułem jak wiele zależy od sposobu patrzenia i jak ważne jest pamiętanie o wdzięczności.

Dociera do mnie, jak wiele dostałem. Jak bardzo zostałem obdarowany.Jakbym wyszedł z egzaminu, przekonany, że oblałem, a tu okazuje się, że zdałem celująco. Dostałem więcej niż to, na co zasługuję. Znacznie więcej niż sam dałem. Zasypiam przepełniony wdzięcznością.

Ćwiczenie: lista rzeczy za które czuję się wdzięczny

Jest przynajmniej kilka ćwiczeń, które mogą nas nauczyć życia w teraźniejszości. Mam nadzieję, że uda mi się je z czasem je opisać.

Dziś bardzo proste, ale ważne ćwiczenie.

Usiądź wieczorem i zrób listę. Spisz wszystko, co dzisiejszego dnia dostałeś. Wszystko, to, za co możesz być wdzięczna. Codziennie przez dwa tygodnie, każdego dnia spisz minimum pięć rzeczy. Każdego dnia inne. To może być cokolwiek. Sprawy małe jak i duże. Ludzie, wydarzenia, przedmioty, twoje osiągnięcia, talenty i uzdolnienia… Kto wzbogacił twoje życie? Pomyśl o nieznajomych, bliskich, współpracownikach, sąsiadach, dalekich znajomych, spotkanych nieznajomych, ludziach których nigdy nie poznasz … Możesz pomyśleć także o zwierzętach, krajobrazach, miastach, ulicach,…

Np. dziś mogę napisać na swojej liście, że jestem wdzięczny za:

  • to, że udało mi się wcześnie wstać,
  • kolory nieba jakie widziałem idąc do pracy,
  • smak i zapach porannej kawy,
  • komentarze na moim blogu,
  • muzykę, którą mogłem słuchać przy pracy (podcasty z KEXP oraz Radia Tres)

Oczywiście można spisać więcej pozycji. Idealnie jest założyć zeszyt i codziennie poświęcić dziesięć, piętnaście minut na spisywanie tego wszystkiego, co dziś dostaliśmy.

Ważne by robić to regularnie przez kilkanaście dni. Buduje się w nas wtedy nawyk. Dzięki niemu nasz świat staje się inny.

Jeżeli nie jesteś w stanie znaleźć w sobie poczucia wdzięczności nie staraj się go osiagać na siłę. Nie staraj się wzbudzać w sobie żadnych odczuć. Zamiast tego po prostu poszukaj rzeczy, które dostałaś bez swojego wkładu. Od innych ludzi, od losu, od Boga czy od natury. Każdy dostaje takie rzeczy. Gdy człowiek je sobie uświadomi, z czasem poczucie wdzięczności samo przychodzi.

To nie chodzi o to by coś zmieniać w swoich uczuciach. Chodzi tylko o to, by zmusić swoją uwagę do nieco innego patrzenia na świat. Takiego, które dostrzega dzisiejsze dary. Wystarczy uważnie się rozglądać. .

Warto to umieć. Często codzienne zmagania zajmują nam tyle czasu i energii, że gdy już uda nam się zrealizować marzenia, nie jesteśmy w stanie się tym cieszyć. Przez te lata walki staliśmy się do tego niezdolni. Gdy przez pół życia nie dostrzegłeś niczego, z czego można było by się cieszyć, nie będziesz czuć radości, gdy przyjdzie ten wielki dzień. Ciągle będziesz rozglądać się za czymś innym.

Są ludzie będący w bardzo trudnej sytuacji. Tacy, którzy muszą się solidnie nagimnastykować by znaleźć pięć rzeczy, za które można dziękować. Ale nie ma ludzi, którzy niczego nie dostają. Każdy z nas, nawet w najtrudniejszej sytuacji dostaje wiele rzeczy. Corrie ten Boom, której rodzina została wysłana do obozu koncentracyjnego za ukrywanie Żydów, wspominała, że dziękowała za pchły w jej baraku, bo dzięki nim strażnicy trzymali się nieco w oddaleniu, co dawało im nieco prywatności i pozwalało na praktyki religijne. Jeżeli tam można było czuć wdzięczność, jak można nie znaleźć niczego w naszym codziennym, pełnym wygód życiu?

Nawet, jeżeli wydaje ci się, że twoje życie jest bez sensu i nie możesz doczekać się zmiany, warto uczyć się wdzięczności. Choćby, dlatego, by ciągle być zdolnym do jej czucia, gdy wreszcie wszystko się odmieni.


* To dosyć kiepskie (moje własne) tłumaczenie. Niżej wiersz w oryginale.

Wiersz pochodzi z tomiku: Holding Three Things at Once. Rosemerry Wathola Trommer

In Moments Before Sleep

What did I achieve today?
Built forts with my boy
out of chairs and couch cushions,
Crawled inside then tore them down.
Again. Again.
Chased together the scent of something sweet,
never finding the flower from which it came.
Shared a mid-afternoon picnic of mango and strawberry crumble
sprawling on the kitchen floor.
Soaked and cleaned the dish.
Our search for asparagus beneath cherry trees, thwarted.
Our wooden train track with eight loops and three hills
disassembled and boxed and stowed.
His teeth brushed, my teeth brushed.
Our clothes in the pile to be washed tomorrow.
Love so strong it broke the cage
that my taste for flight had become,
tamed my hope for freedom to do the to do list,
turned me from the one self to the huge self
small gift by small gift.

Co zrobić z lękiem i tremą?

Co zrobić z lękiem i tremą?

Opublikowano 29 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Nie nadaję się do prowadzenia szkoleń

Za miesiąc masz wygłosić prezentację na konferencji. Cieszysz się z tego. Wiesz, co chcesz powiedzieć i wiesz, co dzięki temu osiągniesz. Spokojnie przygotowujesz slajdy i treść wystąpienia.

Na dwa tygodnie wcześniej, gdy prawie wszystko jest już gotowe, zaczynasz jednak czuć się niewyraźnie. Wolisz nie myśleć o momencie, w którym staniesz przed grupą.

Na dzień przed, gdy myślisz o tym co będzie jutro, żołądek ci podchodzi do gardła a serce zaczyna szybciej bić. Zastanawiasz się, jak w ogóle mogłeś się na to zgodzić. Po co ci była ta konferencja?

Powtarzasz sobie jeszcze resztą sił, że dasz sobie radę, jednak na wiele to nie pomaga.

Gdy wychodzisz na środek, twoje pole uwagi zawęża się do wycinka wielkości długopisu, ręce robią się wilgotne, oddech staje się płytki, a nogi sztywne. Masz dość. Dochodzisz do wniosku, że to nie jest coś, co lubisz. Nie nadajesz się do tego. Nie masz odpowiedniej osobowości. Za dużo cię to kosztuje. Jakoś wytrzymujesz tą godzinę i obiecujesz sobie, że nigdy więcej. Przemawianie przed ludźmi? Nie, to nie dla mnie.

To nie jest teoretyczny opis. To moje własne przeżycia.

Przez kilka lat nie prowadziłem szkoleń, bo doszedłem do wniosku, że zbyt dużo mnie kosztują. Byłem (albo przynajmniej bywałem) dobrym trenerem. Jednak stopniowo czułem coraz większe napiecie. W końcu przestałem prowadzić szkolenia.

Gdy się czegoś boisz jesteś w tym coraz gorszy

Być może masz podobne przeżycia. Może w innej dziedzinie. Masz coś, z czego się wycofujesz, bo napięcie i lęk, jaki przy tym czujesz odbiera ci przyjemność.

Nasze odczucia somatyczne i emocjonalne – takie jak napięcie, lęk, zmęczenie, spadek nastroju czy bóle, są źródłem poczucia własnej skuteczności. Łatwo je zinterpretować jako sygnał, że sobie z czymś nie radzimy. Gdy drżą mi ręce, dochodzę do wniosku, że się do tego nie nadaję. Czuję wtedy jeszcze mocniejszy lęk. Zaczynam unikać tego typu sytuacji. Przestaję się rozwijać i rzeczywiście staję się coraz gorszy.

Wiele osób w ten sposób nabawiło się całkiem solidnych fobii – np. lęku przed wystąpieniami publicznymi.

Lekka i szybka metoda

Znów prowadzę szkolenia. Znów sprawiają mi przyjemność.

Chciałbym napisać, że znalazłem szybką i łatwą metodę poradzenia sobie z lękiem. Że pomogła mi jakaś prosta technika. Jakiś prosty trik. Chciałbym opisać kilka prostych kroków, dać kilka eleganckich rad i obiecać,  że twój lęk nigdy nie powróci.

Ale to byłoby oszustwo.

Nie ma szybkich, lekkich i skutecznych metod radzenia sobie z lękiem. Możesz się dać zahipnotyzować, ale efekt nie będzie trwał długo, możesz zacząć brak leki, ale one cię ogłupią, możesz zapisać się do jakiejś sekty, w której piorą mózgi, ale nie masz na to ochoty.

No to, co że czuję tremę?

Czy to znaczy, że nie da się zdrowymi sposobami pozbyć mojego lęku przed szkoleniami? Niestety tak. Czy to znaczy, że nie mogę prowadzić więcej szkoleń? Nic podobnego.

Jakiś czas temu prowadziłem szkolenie z profesorem psychologii. To człowiek, który ma olbrzymie osiągnięcia, gruntownie zna się na temacie, a co więcej potrafi bardzo ciekawie mówić i jest za to kochany przez uczestników szkoleń (zarówno pracowników firm jak i studentów). Słowem wyga, guru i … w ogóle. Zawsze go podziwiałem. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś miał lepszy punkt wyjścia do zajęć.

Spotkaliśmy się na godzinę przed zajęciami. Profesor był stremowany! Bardziej niż ja. Byłem tym naprawdę zdziwiony. Potem wyszedł na środek i był rozluźniony tak samo jak zwykle.

Czym różnił ten człowiek ode mnie sprzed paru lat? I on i ja czuliśmy napięcie. A jednak on pracował, a ja się wycofywałem.

Profesor traktował swój lęk (tremę, napięcie, czy jakkolwiek to nazwać), jako coś naturalnego. Po prostu tak jest. Gdy złapiesz katar cieknie ci z nosa, ale nie boisz się, że wyzioniesz ducha. To w końcu tylko katar. Gdy wypijesz za dużo wina kręci ci się w głowie, ale nie krzyczysz, że świat się przewraca. To tylko alkohol. Gdy wyjdziesz na dwór zbyt lekko ubrany przebiegną cię dreszcze, ale nie boisz się, że coś cię gryzie. To tylko chłodne powietrze.

Gdy czekasz na początek szkolenia, czujesz napięcie i mobilizację organizmu.

No i co z tego? Czy to takie straszne?

Jesteś w stanie znieść trwającą cały dzień migrenę, ból zęba, rozstanie z ukochaną osobą, która wyjeżdża na dwa tygodnie, jesteś w stanie znieść kaca po spotkaniu z przyjacielem, ale nie jesteś w stanie znieść kilku godzin lęku?

Oczywiście, ze potrafisz. Lęk, póki nie jest to lęk przed lękiem, jest czymś całkiem możliwym do zniesienia.

Jest czymś, co trudno polubić. Kto mówi, że trzeba?

Jest czymś niewygodnym. A dlaczego ma nie być?

Ale jest czymś, co można znieść.

Jak mówi tytuł książki Susan Jeffers (której nie musisz czytać, bo tytuł wszystko mówi):

Feel the fear and do it anyway”. Czuj lęk i mimo wszystko zrób to.

Gdy doświadczasz lęku przed czymś możesz przestać to robić, poddać się, uciec i tym samym pozwolić by twoje możliwości pozostały okrojone. Albo możesz zrobisz to, czego się boisz. Tylko w ten sposób możesz pokonać lęk.

Gdy czujesz tremę, nie tragizuj. Po prosu rób swoje.

Pułapka wygody

Naszym największym problemem nie jest to, że czujemy lęk. Problemem jest to, że rozhartowaliśmy się. Nasza psychika stała się delikatna jak pupa niemowlaka. Przeraża nas wizja każdego lęku, smutku, trudności czy wysiłku. Siedzimy wygodnie rozparci przed telewizorem, oglądamy reklamy i oczekujemy, że wszystko, co dobre musi być lekkie, łatwe i przychodzić bez wysiłku.

Najlepsze są wygodne samochody, błyskawiczne w przygotowaniu dania, kawa z proszku i proste do zrozumienia książki. Gdybyś przypadkiem poczuł lęk, smutek lub złość, na pewno ktoś ci zaoferuje tabletki.

- Po co się męczyć, kupisz je bez recepty i życie znowu będzie piękne. Są ziołowe, bardzo zdrowe.

- Próbowałem i nie działają…

- To może coś mocniejszego. Jakiś dopalacz może? Można by odwiedzić psychiatrę, to w końcu nic wstydliwego… Po co się męczyć?

Nie wierz firmom farmaceutycznym. Być może wygodne krzesła są lepsze od niewygodnych a kawa instant lepsza od świeżo mielonej. Ale spokój osiągnięty chemicznie nie ma nic wspólnego ze spokojem.

Są oczywiście sytuacje, gdy leki są potrzebne. Gdy ktoś siedzi przez dwa dni bez ruchu i patrzy w sufit, trzeba go jakoś z tego wyciągnąć, by w ogóle zacząć z nim pracować. Ale to nie jest ani twój, ani mój przypadek.

Lęk przed lękiem

Czymś znacznie gorszym od lęku jest lęk przed lękiem. Nie tylko zresztą przed lękiem. Przed jakimkolwiek negatywnym uczuciem.

- To straszne, czuć lęk! Nie zniosę tego, nie wytrzymam tego. Musze się z tego wycofać.

- To straszne czuć smutek. Nie zniosę tego, nie wytrzymam.

- To straszne czuć złość. Nie jestem w stanie tego znieść.

Gdy człowiek czuje lęk, złość czy smutek, czas uruchamia w nas automatyczne, psychologiczne mechanizmy regeneracyjne. Lęk słabnie, złość opada a smutek przechodzi.

Chyba, że ciągle, podtrzymujesz te uczucia, podgrzewasz je strając się ich natychmiast pozbyć.

Prosta rada: nie bój się swojego własnego lęku.

Odwaga

Jest coś, co się nazywa odwagą, dzielnością czy hartem ducha. Rzecz mało popularna, ale ważna jak nigdy. To umiejętność stawiania czoła wewnętrznym przeciwnościom. To umiejętność znoszenia niewygody, trudu i lęku w imię ważniejszych korzyści.

Odwaga to nie jest brak strachu. W sytuacji zagrożenia strachu nie czuje głupiec. Człowiek odważny boi się (bo ma wyobraźnię) ale mimo tego umie podjąć odpowiednie działania.

Myśl o czymś więcej

Warunkiem odwagi jest mieć na względzie coś więcej niż tylko siebie. Gdy myślisz tylko o sobie, gdy skupiasz się jedynie na swojej własnej wygodzie, trudno jest znieść choćby średnią dawkę lęku.

By mieć w sobie odwagę warto mieć jakiś cele. Jakąś misję i wartości, w które wierzymy.

Gdy prowadzisz szkolenie, tylko po to by dobrze wypaść na środku czy dobrze się bawić, trudno cię będzie przejść do porządku dziennego nad strachem.

Ale pomyśl, że na sali siedzą ludzie, na których bardzo ci zależy. Masz im coś bardzo ważnego do powiedzenia. Coś, od czego wiele zależy. Czy będziesz zwracać uwagę na tremę?

Albo pomyśl sobie, że są to ludzie, których lubisz i szanujesz i z którymi chcesz się podzielić czymś bardzo cennym. Chcesz im dać, coś bardzo ważnego. Czy trema cię powstrzyma?

Gdy masz coś do dania, gdy twoim celem jest dzielenie się, chwila lęku przestaje być problemem.

Stopniowe hartowanie

Oczywiście są sytuacje, które wydają się zbyt trudne. Gdy do tej pory chodziłeś w grubej puchowej kurtce nie skacz od razu do przerębla.

Zacznij od sytuacji, które rodzą umiarkowane obawy. Oswajaj się z nimi. Przyzwyczajaj się do tego, ze czujesz lęk i mimo tego działasz.

Przyzwyczajaj się do tego, że lęk to twój kumpel. Trochę uciążliwy, ale nie masz innego wyjścia, jak go znieść. To, że go masz obok siebie nie znaczy, że do czegoś się nie nadajesz. To znaczy tylko tyle, że jesteś człowiekiem.

W tajemnicy powiem ci, że gdy przestaniesz nim się tak zajmować, ten kumpel się znudzi i pójdzie sobie. Ale nie myśl teraz o tym. To przyjdzie samo. Dziś, teraz, trzeba po prostu pozwolić mu być.

Zanurkować w deszcz

Zanurkować w deszcz

Opublikowano 26 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Od pewnego czasu w wolnych chwilach czytam książkę napisaną w 1928 roku przez japońskiego psychiatrę Shōma Morita. Najczęściej czytam ją porcjami dziesięciominutowymi, ale to wystarczy by mieć wiele do myślenia. Ostatnio przeczytałem historię wyleczenie pewnej pacjentki.

Pacjentka z atakami palpitacji

Kobieta od kilku lat cierpiała na ataki bólu i palpitacje serca. W trakcie ataków nie mogła położyć się na łóżku, ale ze względu na ból musiała siedzieć podparta. Ataki zawsze powtarzały się codziennie przez kilka dni.

Podczas badań okazało się, że kobieta jest zdrowa od strony fizycznej – ma zdrowe serce i nie cierpi na schorzenia, które mogłyby wywoływać ból.

Podczas pierwszej rozmowy pacjentka powiedziała, że tej nocy ból na pewno się pojawi, bo poprzedniej miała pierwszy atak. Morita relacjonuje:

Poprosiłem ją, by wieczorem przyjęła w łóżku poziomą pozycję (taką, w której atak jest najbardziej prawdopodobny) i postarała się samodzielnie wywołać ból. Poprosiłem ją, by uważnie obserwowała, od samego początku cały przebieg ataku. Obiecałem, że jeżeli to zrobi, nauczę ją zapobiegać atakom w przyszłości. Zapewniłem ją, że nawet, gdyby miała odczuwać ból przez całą noc, warto wytrzymać by w perspektywie na stałe pozbyć się dolegliwości. Klientka obiecała, że tak postąpi.

Podczas następnej wizyty, opowiedziała, że próbowała zrobić tak, jak jej poleciłem, ale nie była w stanie wywołać ataku. Zasnęła w przeciągu pięciu minut i nie obudziła się aż do rana. Gdy zapytałem ją czy myśli, że ataki powrócą, odpowiedziała, że jest przekonana, że nie, gdyż jest od nich uwolniona, mimo, że nie potrafi powiedzieć dlaczego. Wyjaśniłem jej, że to taitoku [termin zen oznaczający wiedzę pochodzącą z bezpośredniego doświadczenia, będącą przeciwieństwem rikai – wiedzy pochodzącej z intelektu]. Ta wiedza nie jest ani teorią ani ideologią.

Gdy zaakceptowała moją instrukcję, stała się zdeterminowana do tego by cierpieć przez całą noc i zanurkować w tym, co ją przeraża. Przestała obawiać się ataku, który ma nastąpić i przestała zajmować się kwestią uniknięcia go. To był powód, dla którego atak nie nastąpił. Poprzednio, gdy spodziewała się ataku, chciała go uniknąć, to wywoływało konflikt mentalny, który powiększał cierpienie i lęk.

Bez potrzeby unikania bólu

Czytając ten opis uświadomiłem sobie, że dokładnie ten sam proces był podstawą mojego małego sukcesu związanego z prawem jazdy (pisałem o nim tutaj). Poprzednio ile razy chciałem zdać egzamin, bałem się związanego z tym bólu. Bałem się:

  • wstydu, że nie zdam,
  • zażenowania (taki stary, a jeszcze nie ma prawa jazdy),
  • rozczarowania (własnego i innych ludzi)
  • etykietki mało zdolnego, itp.

To wszystko było na tyle nieprzyjemne, że moja energia się rozpraszała. Z jednej strony starałem się skupić na nauce i zadawaniu, z drugiej zminimalizować nieprzyjemności. W efekcie byłem jak ktoś, kto chce dojść do domu, ale zamiast tego przeskakuje od okapu do okapu, bo zaczął padać deszcz a on nie ma parasola.

Fragment osiemnastowiecznej, księgi samurajów Hagakure cytowałem już w „Energii wewnętrznej”:

Jest coś, czego możesz się nauczyć podczas burzy. Gdy dopadnie cię nagła ulewa, nie próbuj się przed nią schować, ale szybko pobiegnij drogą. Przechodzenie od okapu do okapu nie uchroni cię od wody. Gdy jesteś zdeterminowany od samego początku, nie pogubisz się, mimo, że przemokniesz.

Gdy nasza uwaga jest rozproszona miedzy unikaniem deszczu a szybkim dotarcie do celu, zazwyczaj grzęźniemy gdzieś po drodze. Stajemy się pogubieni, nie dość klarowni.

Cel – gdzie biegnę?

Gdy toczą się sprawy życia i śmierci nikt nie bawi się w unikanie deszczu. Nie muszą to być dosłownie sprawy życia i śmierci. Wystarczy, że są to np. kwestie finansowe. Ile osób jest w stanie solidnie zmoknąć, byle im dobrze zapłacili? Ale mogą to być także sprawy innych ludzi.

Dla mnie dużą siłą jest uświadomienie sobie ceny, jaką inni zapłacą za moje zaniedbania. Ja sam wszystko jeszcze jakoś zniosę, ale dlaczego inni mają płacić za moje lenistwo?

Dla wielu z nas taka zewnętrzna motywacja jest bardzo silna. Znacznie silniejsza niż np. oczekiwanie, że będę się dobrze bawić lub będę bardziej doskonały.

Cel, który nie dotyczy nas samych ma w sobie siłę, która uodparnia nas na niewygody. Gdy jedyne, na czym mi zależy jest moje samopoczucie, dobra zabawa czy doskonałość, staję się nadmiernie wrażliwy na przeszkody. Mdleję przed byle pogorszeniem warunków.

Gdy dążę, do czegoś poza mną, kwestie samopoczucia przestają być tak ważne. Staję się znacznie mniej delikatny.

Moje wewnętrzne niedogodności przestają być ważne, gdy widzę siebie jako człowieka działającego w świecie i przekształcającego ten świat.

Nie chodzi o to by być twardym

Wiele osób zna nieco podobną strategię. To stary, żołnierski sposób „na twardziela”: gdy idziesz w bój, przygotuj się na śmierć. Gdy np. boisz się wystąpienia publicznego wyobraź sobie, co najgorszego może cię spotkać. Zobacz jak cię wyśmiewają i krytykują. Albo, gdy wstydzisz się podejść do nieznanej osoby, pomyśl, co najgorszego może się stać. Wyśmieje cię? Wezwie policję?

Czasem zdarza mi się mieć ciężki czas podczas pisania. Siedzę i trudno mi wydusić z siebie coś sensownego. Piszę i od razy kasuję. Boję się, że nie napiszę nic sensownego i nikt nie znajdzie w tym nic przydatnego. Co zrobić? Zgodnie z tą metodą, powinienem wyobrazić sobie niezadowolonych czytelników. Fajnie, tylko, że gdy to widzę, wcale nie chce mi się pisać. Po co mam to robić? Jakim cudem mam mieć ochotę pisać dla ludzi, którzy tego nie potrzebują?

Nie jestem masochistą. Nie muszę pisać. Nie muszę występować publicznie. Nie należę do tych, którzy robią coś, bo ktoś im kazał. Nie chodzę już do szkoły. Nie mam nad sobą szefa. Jak coś mi się nie podoba, nie robię tego.

Ciekaw jestem czy ktokolwiek zastosował sposób „na twardziela” więcej niż trzy razy. Za pierwszym razem może być skuteczny na zasadzie autosugestii. Za trzecim, siła sugestii maleje i okazuje się, że gdy wyobrażam sobie swoje porażki jest jeszcze gorzej. Jestem przekonany, że ktoś, kto poleca tą metodę, sam nie próbował je używać.

Morita wcale nie przekonywał klientki o tym, że w życiu trzeba być twardym. Słowem nie, że musi być gotowa do tego by znosić ból. Zamiast tego dał jej cel. Cel w świetle, którego ból stał się mało ważny. Ciągle dokuczliwy, ciągle nieprzyjemny i nie chciany, ale mało ważny.

Twardziel, to ktoś, kto szuka trudności dla samej trudności. To ktoś, kto wybiega na deszcz by udowodnić (często także sobie), że się go nie boi. To nie jest ani postawa samuraja, ani mądrego człowieka. Nie chodzi o to, by być mokrym. Jak nie musisz nie wychodź na deszcz. A jak musisz wyjść i masz przy sobie parasol, to wyciąg go zanim wyjdziesz. Jeżeli możesz uniknąć deszczu – uniknij.

Nigdy jednak nie trać czasu na szukanie parasola, gdy masz coś ważnego do załatwienia. Nie pozwól by krople deszczu ci przeszkodziły.

Skoro i tak zmokniesz, jaki ma sens chowanie się przed deszczem?

Skoro i tak będziesz cierpieć, jaki ma sens chowanie się przed cierpieniem? Lepiej cierpieć z sensem, idąc do przodu niż bez sensu, usiłując wszystko wygodnie ułożyć.

Lepiej czuć ból biegnąc z determinacją do przodu, mając świadomość, że robisz coś ważnego, niż czuć ból będąc schowanym pod okapem.

Znosić z odwagą codzienne cierpienie, które jest konieczne – to jest mądrość.

Rozejrzyj się wokół

Ktoś może powiedzieć, odróżnić cierpienie, które warto znosić, od tego, które nie warto, jest bardzo trudno. Tak, trudne dla naszego intelektu. Ale gdy masz przed sobą ważny cel i nie oszukujesz siebie samego, dobrze wiesz, co musisz znieść, a co nie.

Gdy ciągle masz wątpliwości, to znak, że jeszcze usiłujesz dopasować siebie samego do papierowych fantazji. Że ciągle starasz się stosować do jakichś ideałów.

By wyjść z tego błędnego koła, rozejrzyj się wokół siebie. Choćby na chwilę zobacz, co się dzieje wokół ciebie.

Przestań ciągle szukać odpowiedzi na pytanie o to jak się dziś czujesz, dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa i jak możesz zmienić swoje życie. Zamiast tego pomyśl, co się dzieje w ludziach, którzy cię otaczają. Co czują? Czego się boją? Z czego się cieszą?

Przestań przygotowywać się do życia, bo ten deszcz zawsze będzie padał. Nigdy nie przyjdzie odpowiedni moment.

Przestań przygotowywać się na śmierć, bo to ciągle jest szukanie własnej wygody i skupianie na sobie. Nie ma w tym nic szlachetnego. Zamiast tego otwórz oczy i rozejrzyj się wokół.

Kiedyś rozmawiałem z trenerką, która przed szkoleniem była bardzo przejęta tym, jak wypadnie. Była tak skupiona na tym, że drżały jej ręce i łamał się głos. Im bardziej starała się zapanować nad sobą, tym było z nią gorzej. Zaczęła się mi żalić na to, co przechodzi.

Zapytałem ją czy ma pojęcie, jak się czują uczestnicy szkolenia. Czy mogłaby wymienić przynajmniej trzy rzeczy, których się boją? Okazało się, że wspólnie możemy znaleźć znacznie więcej obaw. Boją się, że szkolenie będzie stratą czasu, że nie zrozumieją, o co chodzi, że okażą się niepojętni, że po powrocie ze szkolenia przełożony powie im, że nie rokują nadziei, że prowadzący wytknie im niewiedzę.

Gdy dotarło do niej, że istnieje jeszcze świat poza jej własnym, że inni ludzie w tej samej sytuacji mogą mieć równie ciężko, nie czekając na początek zajęć poszła wśród ludzi i zaczęła z nimi rozmawiać. Zamiast dogadzać sobie, poczuła, że jest potrzebna innym.

Kiedyś słyszałem taką historię:

Młody chirurg ma po raz pierwszy dyżur na oddziale nagłych przypadków. Przywożą mu okropnie poparzonego pacjenta. Chirurg chce mu pomóc, ale czuje tremę. Pierwszy raz tak wiele od niego zależy. Nie wie, czy uda mu się wszystko bezbłędnie zrobić. Przed zabiegiem dzwoni do przyjaciela i zwierza się, że jest strasznie spięty i nie czuje się najlepiej w tej sytuacji.

- Nie czujesz się najlepiej? – mówi przyjaciel – pomyśl jak czuje się ten człowiek!

Młodemu chirurgowi robi się głupio. Zobaczył, że jest skupiony na rzeczy najmniej ważnej. Zamiast myśleć o sobie, skupia się na pacjencie i robi wszystko, co może.

Gdy się boisz nie dbaj o to, co się z tobą dzieje. Nie szukaj ulgi. Nie staraj się być bardziej dojrzałym, bardziej akceptującym czy bardziej twardym.

Boisz się? To dlatego, że ciągle skupiasz uwagę na sobie. Myślisz, że świat wokół ciebie jest mniej ciekawy? Że i tak nie uda ci się utrzymać na nim uwagi? Spróbuj. Otwórz oczy i przyjrzyj się temu, co cię otacza. Popatrz na miejsce w którym jesteś. Przyjrzyj się ludziom, jacy cię otaczają. Zobacz czego potrzebują i czym żyją? Sam ocenisz, czy chcesz wrócić do ciągłego wpatrywania się w lustro.

Założę się, że szybko sobie uświadomisz co ważnego masz do zrobienia na świecie. Gdy tylko sobie to uświadomisz, natychmiast zacznij biec do przodu. Nie czekaj aż przestanie padać deszcz. Zanurkuj w nim, choćby był największy.

I tak go nie unikniesz. A tak, przynajmniej się nie pogubisz.

Liczy się świat, a nie twoje niedoskonałości

Po chwili biegu, złapiesz się na tym, że znów lecisz pod okap. Nie rób z tego afery. No cóż, nie jesteś doskonały. Nazywaj się jak chcesz. Głupi, leniwy, spięty, niegodny, niedojrzały…

To tylko mało ważne etykiety. Tak, ciągle jeszcze bardziej skupiasz się na sobie a nie na świecie. Ale to nie jest takie ważne. Po prostu wróć do swojego biegu. On liczy się bardziej niż twoja doskonałość.

Jak żyć z niepewnością?

Jak żyć z niepewnością?

Opublikowano 14 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Co to jest niepewność?

Przeczytałem wczoraj świetny tekst o oswajaniu niepewności, jaki Asia Boj napisała na swoim blogu. Joanna pisze, że nasz umysł ma tendencję do tego by się przywiązywać do tworzonych przez siebie obrazów przyszłości. Chcemy by coś było tak, jak sobie to wyobrazimy, wymyślimy czy zaplanujemy.

Staramy się zdobyć kontrolę nad światem, narzucić mu swoją wolę, a gdy to się nie udaje jesteśmy rozczarowani i niepewni. Nawet, gdy wszystko biegnie tak, jak chcemy, gdzieś w środku czujemy napięcie, że prędzej czy później coś pójdzie inaczej. Mimo, że pragniemy pewności, nasz umysł, który niejedno już widział wie, że nic nie jest pewne.

O niepewności można mówić na wielu płaszczyznach. Ale teraz chciałbym się zająć tym, co się dzieje, gdy dążymy do celu.

Czy można osiągnąć sukces, gdy jesteś niepewny?

Problem jest dosyć praktyczny. Masz jakieś marzenie, cel czy wizję? Jesteś pewny, że go zrealizujesz? Całkowicie pewna, że ci się uda? Mało, kto z całą pewnością wie, że mu się uda.

Czasem można usłyszeć: gdybym miał pewność, że mi się uda, to bym się za to zabrał, boję się ryzyka, że mi nie wyjdzie… Nawet, gdy się zabieram to niepwność mnie spowalnia i sprawia, że niepotrzebnie tracę energię. 

Za dwa tygodnie mam poprowadzić jakieś szkolenie. Szczerze mówiąc, boję się, że mi nie wyjdzie. To znaczy, pewnie się uda, ale kto wie? Może się nie uda… Średnio to przyjemne. Myślę o tym artykule już jakiś czas i coraz więcej mam wątpliwości czy jestem go w stanie dobrze napisać i czy się spodoba. Nie powiem, by to było przyjemne uczucie. To małe sparwy, ale każdy to zna. Zarówno w odniesieniu do mniejszych jaki i większych kwestii.

Co robimy, gdy się pojawia niepewność? Najczęściej jest to jedna z trzech strategii.

Po pierwsze  możemy się wycofać. Gdy coś jest niezbyt pewne, odpuszczam sobie. Bywa to mądre. Jeżeli wiem, że wygrana w totolotka jest mało prawdopodobna, to odpuszczenie sobie zakładów jest całkiem rozsądne. Gdy wiem, że nie mam szans u jakiejś dziewczyny, znalezienie innego obiektu westchnień, jest mądre. Czasem jednak odpuszczamy sobie rzeczy, które z perspektywy czasu warto było podjąć. Richard Leider, którzy przeprowadził ponad tysiąc wywiadów z osobami w podeszłym wieku, pisze, że większość z nich, gdyby mogła żyć jeszcze raz, zmieniłaby swoje podejście do niepewności. Twierdzili, że podejmowaliby więcej ryzyka. Najbardziej żałują tego, czego nie odważyli się zrobić. Czy jest ktoś, kto nie żałuje, że uległ niepewności? Gdy dobrze poszukać, pewnie u każdego coś takiego da się znaleźć.

Po drugie, gdy jednak zdecydujemy się na działanie, staramy się wszystko przygotować i zaplanować. Znowu – to może być mądra strategia, ale wielu z nas, zaczyna żyć w świecie planów i przygotowań. Zamiast skupić się na tym, co się dzieje, skupiamy się na naszych planach. Jesteśmy jak wykładowca, który widzi tylko swój konspekt i nie zauważa, że wszycy słuchacze wyszli lub usnęli.

W naszej kulturze bardzo mocny jest mit, że sukces jest efektem planów. Na każdym szkoleniu, z uporem maniaka trenerzy powtarzają: planuj, planuj, planuj. Z perspektywy prowadzenia przez dziesięć lat firmy szkoleniowej o obrotach powyżej miliona rocznie, wiem, że biznes plany są najbardziej potrzebne bankom udzielającym kredytów. W praktyce ich znaczenie jest znacznie mniejsze. Nie jestem wrogiem planów, sam wiele ich robię. Ale gdybym robił tylko to, co wcześniej zaplanowałem nie miałbym co jeść. Projekty spontaniczne, nieplanowane okazują się zazwyczaj bardziej dochodowe niż te starannie zaplanowane. To nie jest tylko moje doświadczenie. Bill Hewett, jeden z twórców firmy Hewlett Packard, mówi:

Kiedy czasem wykładam w szkołach biznesu, profesorowie od zarządzania są zwykle załamani, kiedy mówię, ż na początku nie mieliśmy żadnych planów, że po prosu staraliśmy się wykorzystać okazje. Podejmowaliśmy się wszystkiego, co mogło przynieść zarobek. Mieliśmy wskaźnik przekroczenia linii przy grze w kręgle, napęd zegarowy do teleskopu, urządzenie do automatycznego spłukiwania pisuaru i maszynę, która obniżała wagę ciała przy pomocy wstrząsów. Zaczynaliśmy z 500 dolarami kapitału próbując wszystkiego, co wydawało nam się możliwe do zrobienia

Te dwa sposoby radzenia sobie z niepewnością (rezygnacja i przygotowywanie się) mają swoje mocne i słabe strony.

Trzeci sposób nie ma żadnych pozytywnych stron. A mimo to jest najczęściej stosowany. To próba manipulacji swoimi odczuciami. Próba wmówienia sobie pewności i uwierzenie, że wszystko będzie tak, jak chcę.

Przeciwieństwo niepewności

Przeciwieństwem niepewności wg. Williama Jamesa jest wiara. Gdy czujesz niepewność masz w głowie parę różnych obrazów. Idziesz na przykład na spotkanie ze znajomym i gdy nie jesteś pewny czy go zastaniesz masz w głowie dwa obrazy: czeka na ciebie i nie czeka na ciebie. Te obrazy walczą ze sobą. Wiara to stan, w którym masz jeden obraz: wierzę, że czeka na mnie. Gdy piszę ten tekst, mam w głowie kilka obrazów: spodoba się, średnio się spodoba, nie spodoba się, wyśmieją mnie. Słowem, nie mam w sobie wiary, że będzie dobry. Jestem niepewny czy uda mi się go dobrze napisać.

Kiedyś starałem się unikać wszystkich negatywnych uczuć. Myślałem, że mój rozwój ma polegać na ich usuwaniu i zastępowaniu pozytywnymi odpowiednikami.

Kiedyś byłem pewny, że być niepewnym swych zamierzeń to coś złego. Ludzie nie odnoszą sukcesu, bo nie dość mocno wierzą – myślałem – mają zbyt wiele wątpliwości, są zbyt niepewni. Zamiast traktować coś, tak jakby już było realne, mówią: może tak, a może nie… Uwierz, zacznij być pewny swojego sukcesy, a go osiągniesz! Jezus powiedział prawie dwa tysiące lat temu: gdybyście mieli wiarę wielkości ziarnka gorczycy, powiedzielibyście tej górze idź i rzuć się w morze a ona by to zrobiła. No uwierz człowieku! Przestań być niepewnym!

Czy można bardziej uwierzyć?

Wszystko świetnie. Mam tylko małe pytanie: ilu osobom udała się ta sztuczka z górą? Dlaczego nikt jeszcze tego nie zademonstrował? Z tymi miliardami ludzi na ziemi, komuś powinno się już przecież udać. Przecież trzeba tylko uwierzyć! Troszeczkę bardziej. Czy to takie trudne? Do tego sprowadza się duża część New Thought (wyłożona np. w Sekrecie). Uwierzysz i masz. Krok drugi Sekretu mówi: Musisz wierzyć, mieć całkowitą i absolutną wiarę…uwierz, że otrzymałeś, a wszystko, co musisz zrobić, żeby otrzymać, to czuć się dobrze…

Poświęciłem wiele czasu, na to by „bardziej uwierzyć”. Gdy mi pewne rzeczy nie wychodziły, zawsze dochodziłem do wniosku, że być może nie dość mocno wierzyłem. Że muszę jeszcze razspróbować „uwierzyć bardziej” .

W końcu, po wielu próbach zrozumiałem najprostszą rzecz na świecie.

Tak, wiara pomaga. Człowiek, który w coś mocno wierzy osiąga więcej. Jezus miał rację. Wierząc, da się pewnie przenosić góry. Tyle, że Jezus nie powiedział „sam uwierz bardziej”. Kościół, jeżeli się nie mylę mówi, że wiara jest darem, nie można „sobie wziąć i uwierzyć”.

Po prostu, to czy w coś wierzę nie jest efektem wysiłku woli. Gdy Biała Królowa przekonuje Alicję z Krainy Czarów, że ma dokładnie sto jeden lat, pięć miesięcy i jeden dzień. Alicja mówi:

- Nie mogę w to uwierzyć!

- Nie możesz? – powiedziała z politowaniem Królowa. – No, spróbuj jeszcze raz! Zrób głęboki wdech i zamknij oczy.

Alicja roześmiała się.

- Nie mam co próbować – odrzekła – nie można uwierzyć w to, co niemożliwe.

- Zdaje się, że nie masz w tym wielkiej wprawy – powiedziała Królowa – Ja w twoim wieku zawsze ćwiczyłam to przez pół godziny dziennie. Nieraz jeszcze przed śniadaniem dochodziłam do sześciu niemożliwości, w które udawało mi się uwierzyć.

Czy można uwierzyć w coś, co wydaje się niemożliwe? Czy można po prostu usiąść i powiedzieć sobie: to jest prawdziwe i od dzisiaj w to wierzę? Szkoda, że Biała Królowa nie podzieliła się swoją metodą. Kiedyś byłem po jej stronie, ale dziś wiem, że to Alicja ma rację. Białej Królowa nie jest człowiekiem, jest figurą szachową. To Alicja jest człowiekiem.

Nie da się w coś „bardziej uwierzyć” tak samo, jak nie da się unieść w powietrze wysiłkiem myśli. Można skakać, napinać się i odczyniać czary. Można powtarzać zaklęcia, wizualizować i przylepiać sobie skrzydła jak u anioła. Ale na trzeźwo i bez prochów – nie da się latać.

Gdy ktoś mi radzi: „by osiągnąć sukces wystarczy uwierzyć” to tak jakby mówił „by latać, wystarczy się unieść w powietrze”. O, dziękuję za radę. Bardzo mi pomogła. Już się unoszę.

Skazany na niepewność

Dotarło do mnie, że uciekanie od negatywnych uczuć nie daje efektów. Jestem na nie skazany. Jestem skazany na niepewność. Nie jestem w stanie się jej pozbyć.

Jestem skazany? A może coś, co do tej pory traktowałem jako coś negatywnego jest siłą? Może właśnie dzięki temu mogę zmieniać swoje życie? Może niepewność jest czymś dobrym? Może to pewność i niezachwiana wiara jest kiepskim pomysłem na życie?

Co by było, gdyby się okazało, że poczucie niepewności nie tylko jest dobre, ale nawet przyjemne?

Poztywne skutki niepewności

Czy oglądanie meczu sprawiłoby komuś przyjemność, gdyby z góry było wiadomo, jaki będzie wynik?

Czy miałbyś ochotę iść na wybory, gdybyś z góry było ustalone, kto wygra?

Czy lubisz oglądać kryminały, które ktoś ci już opowiedział?

Sytuacje, w których czujemy niepewność są nam potrzebne. Lubimy je, dobrze się w nich bawimy. Im mniej masz w życiu takich sytuacji, tym bardziej twoje życie jest jałowe.

Budzisz się rano i dokładnie wiesz, jaki będzie dzisiejszy dzień. Dokładnie wiesz, co zrobisz i jaki będzie tego efekt. I tak przez 365 dni. Fajna perspektywa.

By zrozumieć, jak bardzo człowiek potrzebuje niepewności do tego by żyć, wystarczy przyjrzeć się multimilionerom. Albo popełniają samobójstwo znudzeni życiem bez ryzyka i niepewności, albo znajdują sobie coraz to bardziej ryzykowne hobby (jak np. loty balonem wokół świata).

Pomyśl, jak byś się czuł grając w tenisa z kimś, z kim wiesz, że wygrasz. Totalna nuda. Ziewanie. A teraz dostajesz kogoś, kto jest nieco lepszy od ciebie. Wygrasz, albo nie wygrasz, nie ma pewności. Od razu lepiej chwytasz rakietę, staranniej ustawiasz nogi i skupiasz się na piłce. Niepewność sprawia, że jesteś bardziej obecny. Bardziej tu i teraz. Niepewność wyrywa cię ze znudzenia i zmusza do przyjrzenia się życiu.

Niepewność sprawia, że człowiek zaczyna być bardziej uważnym. Gdy widzę coś, czego się nie spodziewałem włącza się odruch orientacyjny – nadstawiam uszu, uważniej się rozglądam, szeroko otwieram oczy.

Wspomniany Richarad Leider, który rozmawiał ze starcami, pisze:

Prawie wszyscy z nich mówili, że czuli się najbardziej żywi, gdy podejmowali ryzyko.

Niepewność jest bodźcem, który może nas obudzić.

Unikanie doświadczeń

Ale pod jednym warunkiem. Że nie dajemy jej etykiety czegoś złego i nie staramy się jej na siłę pozbyć.

Kluczowym czynnikiem, który całkowicie zmienia działanie niepewności jest coś, co nazywa się unikaniem doświadczeń (experience avoidance). Jest to nawyk emocjonalny, którego istotą jest nie dopuszczenie do tego by odczuwać swoje emocje. Poprzez blokowanie, tłumienie, projekcję, zaprzeczanie, itp. staramy się nie dopuścić do tego by odczuwać, coś co w nas jest.

Np. ktoś czuje złość na swoją matkę, ale go ta złość przeraża, i by ją przed samym sobą zakamuflować, zaczyna odgrywać wielką miłość do matki. To mechanizm obronny nazywany przez psychoanalityków „formowaniem reakcji przeciwnej”. Takich mechanizmów jest mnóstwo. Mogą być nieświadome, średnio świadome i świadome (jak np. wspomniane wycofywanie się czy nadmierne planowanie).

Gdy niepewność wydaje nam się czymś złym, zaczynamy kombinować. Próbujemy odgrodzić się od niej.

Złudzenie pewności

Próbujemy schować się w planach i przewidywaniach. Im bardziej usiłujemy to zrobić, tym bardziej grzęźniemy. Nasze schowki wyglądają jak papierowe domki stojące pośrodku koryta suchej rzeki. Siedzimy, w nich mając złudne poczucie bezpieczeństwa. Schowani przed światem w papierowym pudle, stajemy się jeszcze bardziej bezradni i jeszcze bardziej udręczeniu. Gdy zaczyna padać deszcz my beztrosko łatamy dziury w dachu. Gdy wokół robią się kałuże, my je przysypujemy piaskiem. Do koryta wpada coraz więcej wody, śpiewamy na głos starająć się nie słyszeć rosnącego szumu…

To nie jest skuteczny pomysł na życie.

Wmawiając sobie pewność stajemy się ślepi, aroganccy i gruboskórni. Ktoś, kto sobie wmawia, że jest doskonałym kierowcą, który zawsze radzi sobie na drodze, staje się piratem drogowym, który prędzej czy później zabije siebie lub innych. Ktoś, kto wmawia sobie, że jest genialnym biznesmenem, prędzej czy później pogrąży swoją firmę. Ktoś, kto jest absolutnie pewni, że jego partner / partnerka zawsze będą go kochać, prędzej czy później nadużyje jej/jego miłości.

Niepewność, dobrze przyjęta uczy nas delikatności, skupienia na świecie i uważności.

Jak nauczyć się dobrze przyjmować niepewność?

Niepewność jest częścią gry zwanej życiem. Często pojawia się jak nielubioany, nieproszony gość. Ale od nas zależy, w jaki sposób ją przyjmiemy. Dobrze przyjęta pozwoli obudzić w nas wrażliwość i delikatność.

Biała Królowa radzi, że jeżeli w coś nie wierzysz masz zamknąć oczy i mówić do siebie. Gdy czujesz niepewność zrób coś zupełnie odwrotnego: otwórz oczy i zacznij patrzeć i słuchać. Zamiast odcinać się od świata, jaki cię otacza i w myślach odbywać podróż w przyszłość, zacznij pełniej doświadczać tego, co dzieje się tu i teraz. Przestań żyć w abstrakcji (bo jutro jest abstrakcją) i zacznij uważnie słuchać i patrzeć. Wejdź w teraz. Rozejrzyj się wokół. Poszukaj dzwięków, kolorów, smaków…

Zareaguj tak, jak reaguje tenisista czy piłkarz, który staje przed trudnym przeciwnikiem. Im bardziej jest niepewny, że wygra tym bardziej skupia uwagę na tym, co się teraz dzieje.

Boisz się, że ktoś cię opuści? Ciesz się, zatem z tego, że teraz jest z tobą. Skup się na nim. Na tym, co mówi, czego chce, co czuje.

Boisz się, że nie uda ci się napisać dobrego tekstu? Czuj niepewność i przyjrzyj się uważnie ostatniemu zdaniu, jakie napisałeś, skup uwagę na tym zdaniu, które piszesz teraz.

Boisz się, że nie poradzisz sobie na rozmowie kwalifikacyjnej? Czuj ją i zacznij z uwagą słuchać, tego co osoba prowadząca wywiad do ciebie mówi, tego jak się rusza, jak patrzy.

Niepewność może nas zniszczyć, gdy zaczniemy kombinować, przygotowywać się, asekurować i zabezpieczać. Ale może także nas otworzyć na życie.

Traktuj niepewność jako sygnał do tego by otworzyć się na świat i to, co cię otacza. By wejść w głębszy kontakt z rzeczywistością.

Jestem niepewny – świetnie, to znak, że warto skupić się na tym, co mam teraz, pod nosem. Że warto ujrzeć kolory i faktury jakie są wokół ciebie, że warto usłyszeć dźwięki, że warto przyjrzeć się ludziom, jacy są wokół ciebie.


Słowa Billa Heletta za: Collins, C.C. i Porras, J. (2003) Wizjonerskie organizacje, str. 45.

Źródło prawdziwej siły

Źródło prawdziwej siły

Opublikowano 31 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 24 komentarze

Czy ty też jesteś mistrzem rozwoju osobistego?

Co pewien czas rzuca mnie po internecie. Trafiam na przeróżne strony. Ostatnio coraz częściej spotykam ludzi, którzy chcą uczyć innych jak stać się człowiekiem sukcesu. Interesuje mnie to, bo sam chciałbym kiedyś nim zostać. Parę dni temu oglądałem pewne nagranie video. Młody człowiek, góra dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy lata zachwalał swoje zaawansowane szkolenie z zakresu rozwoju osobistego. Oczywiście elitarne, pośpiesz się, bo zostało tylko kilka miejsc. Mówił patrząc wprost w kamerę, a jednak miałem wrażenie, że był rozkojarzony i nieobecny. Być może to ten wyższy poziom rozwoju osobistego. Ktoś, kto prowadzi elitarne, zaawansowane seminarium z rozwoju osobistego niewątpliwie wiele sam już osiągnął. Na pewno rozwinął swoją osobistość na wyższym, niedostępnym przeciętnemu człowiekowi poziomie.

Nie obejrzałem nagrania do końca. W internecie dużo jest ludzi, którzy osiągnęli podobny, wyższy poziom rozwoju osobowości. Pewnych siebie, zdecydowanych. Mających poczucie własnej wartości.

Ale wiesz co? Oni niewiele wiedzą na temat rozwoju. Wiesz, kto naprawdę się na tym zna?

Nie, nie, nie… nie ty. Nawet o tym nie myśl. Bo jeszcze zabierzesz mi klientów.

Oczywiście, chodzi o mnie. Wiedziałem, że się domyślisz.

Żartuję. Nie jestem Brucem Lee. Jeżeli nie znasz tego starego dowcipu, przypomnienie:

Do szpitala wariatów przyjeżdża wizytacja. Pytają pierwszego pacjenta:

- Jak się pan nazywa?

- Bruce Lee

Pochodzą do następnego.

- A pan, jak się nazywa?

- Bruce Lee

To samo powtarza się w kolejnych salach, z kolejnymi pacjentami.

W końcu trafiają do dyrektora.

- Panie dyrektorze, dlaczego wszyscy uważają się za Bruca Lee?

- To wariaci…. To ja jestem Bruce Lee!

Nie jestem Brucem Lee. Nie jestem też Napoleonem, Billem Gatesem, Osho, Lao Tsy, Joe Vitale, Bobem Kiyosaki, Napoleonem Hillem, …

Pokora i pycha

Przypominałem sobie dwa stare pojęcia. Używano je wieki temu. Dziś nie mają zastosowania. Choć być może coś pomagają zrozumieć. To pokora i pycha.

Pokora kojarzy nam się z byciem sierotą. Popychadłem, kimś, kto nic w życiu nie osiąga. Pokornie i z uniżeniem człowiek dorabia się garba i zostaje byle kim. Zdrowy człowiek, to taki, który jest asertywny, przebojowy i bezczelny. Potrafi się cenić i dopominać o swoje. Ciche myszki, które nie umieją się bezczelnie promować dostają po uszach i klepią biedę. Oczywiście, kiedyś tam dostaną nagrodę. Jak ktoś wierzy w życie pozagrobowe, może na coś liczyć. Jezus powiedział: Błogosławieni cisi, bo na własność posiądą ziemię. Wiadomo, kiedy to będzie – jak nas już na ziemi nie będzie, albo ziemi już nie będzie.

Takie jest powszechne wyobrażenie na temat pokory. Myślę, że błędne. Pokora to olbrzymia siła. Taka, która pozwala naprawdę, tu i teraz „mieć na własność ziemię”.

Siła

Czasem tę siłę trudno dostrzec. Możesz mieć wrażenie, że pokorny człowiek to słabeusz. Ktoś, kto niewiele może. Ktoś, kogo złamie byle podmuch. Gdy widzisz obok niego wielkoluda prężącego mięśnie, od razu wiesz, na kogo postawić.

Kiedyś był taki człowiek. Miał mizerną posturę i był potwornie wstydliwy. Bał się zabrać głos w większym gronie. Gdy brał udział w zebraniach i chciał coś powiedzieć, zanim zebrał się na odwagę, temat się już zmieniał. Z czasem nauczył się kontrolować swoją nieśmiałość, ale jak wspomina w autobiografii, nigdy całkowicie jej się nie pozbył. Nigdy nie był w stanie swobodnie zabierać głosu – nawet w grupie przyjaciół.

Gdy ktoś, kto go nie znał patrzył z boku, miał wrażenie dziwaka. Drobny, słaby, dziwnie ubrany. Ale jak wspominają ludzie, którzy go widzieli w działaniu:

Jego siła pozostawała ukryta, dopóki nie wymagała tego sytuacja, wtedy w ułamku sekundy podrywał się i rozpędzał do setki, siedząc za kierownicą, tak spokojny jak zwykle (Eknath Easwaran).

Ten mały, pokorny człowiek znany jest jako Mahatma Ghandi.

Może to jednak zbyt odległy przykład.

Operacja

Kilkanaście lat temu przygotowywałem się do operacji serca. Na mojej sali było dwóch ludzi. Wesoły, wygadany i pewny siebie taksówkarz z Tarnowa, oraz mały, chuderlawy rolnik z jakiś zapadłej wsi. Taksówkarz ciągle był dobrej myśli:

- Raz, dwa to zrobią i człowiek od razu zapomni. Nie ma się, czego bać. Ha, ha, ha…

Był pewny siebie i nic sobie nie robił z tego, co go czeka. Ciągle odwiedzali go znajomi. Roześmiani i pewni siebie jak on.

Rolnik był cichy i raczej smutny. Najczęściej spokojnie patrzył na drzewa za oknem. Nie mówił wiele, ale nie ukrywał, że się boi.

Obydwaj mieli być operowani tego samego dnia. Wieczorem odbywa się „przygotowanie do operacji”. Wygląda to jak jakiś plemienny, ludożerczy obrzęd przed wrzuceniem delikwenta do gara. Golą człowiekowi klatkę piersiową, robią lewatywę, ubierają w sztywną, szpitalną pidżamę i dają tabletkę na uspokojenie. Myślę, że robią to specjalnie, żeby pacjentowi nie była za lekko. Po tym obrzędzie człowiek – jeżeli miał jakieś wątpiwości – zaczyna czuć powagę chwili.

Coś wreszcie dotarło do taksówkarza. Zmienił się. Zaczęły mu się trząść ręce. Zamiast kpić i pocieszać innych, patrzył pustym wzrokiem w ścianę. Szybo dostał drugą porcję „głupiego jasia” i odpłynął.

Rolnik zachowywał się dokładnie tak samo jak do tej pory. Rano, następnego dnia, gdy stałem na korytarzu, akurat wieźli go do windy (wiozą człowieka w pozycji leżącej nawet, gdy może chodzić, może boją się, że im uciekanie tuż przed kotłem). Popatrzył mi w oczy i szeroko się uśmiechnął. Taki uśmiech zdarza się, gdy człowiek jest całkowicie autentyczny i spójny z tym, co czuje. Gdy czuje zgodę, na wszystko co się dzieje. Gdy akceptuje lęk (co nie znaczy, że mu się poddaje).

Tydzień później, Rolnik i ja, byliśmy w tym samym sanatorium. Rany goiły się szybko, chodziliśmy na spacery i coraz mniej sapaliśmy pokonując cztery schodki u wejścia. Taksówkarza nie było. Leżał pod respiratorem. Do sanatorium przywieźli go miesiąc później, gdy nas wypisywano. Z dawnej pewności siebie mało zostało.

Widziałem kilka takich przypadków. Ludzie, którzy nie mieli kontaktu ze swoimi emocjami, którzy udawali bohaterów, przechodzi przez operację znacznie gorzej niż ci, którzy nie bali się przyznać, że się boją.

Pycha

Czytałem ostatnio kilka wywiadów z Kingą Baranowską. To młoda, idąca jak burza alpinistka, która m.in. zdobyła szczyt Kanczendzondze (wcześniej zginęła tam Wanda Rutkiewicz). W jednym z wywiadów mówi że wielcy, napakowali goście z reguły nie dają sobie rady w wysokich górach. Ktoś, komu wydaje się, że pokona naturę, nie miał jeszcze okazji się zmierzyć z jej ogromem. Kinga mówi:

Trzeba umieć poddać się naturze, zaakceptować to, że na górze od człowieka już niewiele zależy, bo rządzą tam pierwotne prawa przyrody. Dopiero wówczas można coś zdziałać. Wykorzystać umiejętności, kiedy pozwoli na to natura. (Cały wywiad tutaj)

Myślę, że wszystkie ekstremalne wydarzenia, te niezaplanowane, jak choroby i operacje, jak i te zaplanowane jak wyjście na ośmiotysięcznik, uczą pokory. Zarówno wobec świata jak i siebie oraz swoich sił.

Pycha polega na tym, że człowiekowi wydaj się, że zawsze i ze wszystkim sobie poradzi. Że zawsze wszystko mu się uda i że zawsze będzie miał wiele sił. To złudzenia, dziecinada, przebieranki, strojenie się w teatralne kostiumy, ubieranie papierowych koron.

Pycha, czyli sztywne, wysokie mniemanie na temat siebie i własnych możliwości, zaburza ocenę sytuacji. Alpinista, który nie potrafi realnie ocenić własnych możliwości po prostu ginie. Nikt, nawet największy twardziel nie jest w stanie wisieć na jednym palcu, w mrozie i lodzie i bez jedzenia. Tak samo, jak nikt nie jest w stanie świadomie otrzeć się o śmierć i nie poczuć strachu.

Mając dwadzieścia lat łatwo z pewną siebie miną, ubrać szaty mistrza, zaawansowanego w rozwoju osobowym. Ale przed tobą człowieku jeszcze parę gór. Parę mroźnych zawieruch. Kilka gór, na których brak tlenu i człowiek cały czas czuje się słaby, zmęczony i obolały.

Prawdziwa siła nie jest efektem papierowej wiedzy. Nie jest efektem obtrzaskania się w kolejnych, mielących to samo poradnikach, filmach i ebookach.

Prawdziwa siła nie bierze się z powtarzania sobie, jaki jestem wielki, dumny i wspaniały. Nie jest efektem afirmacji, kotwiczenia, czy pracy z terapeutą.

Pokora

Pokora to nie jest umniejszanie się, pomniejszanie, stawianie w kącie czy uważanie się za kogoś najgorszego. Pokora to taki stan, w którym po prostu jesteś taki, jaki jesteś. W którym nie udajesz przed innymi, ani przed sobą, że jesteś „kimś”. W którym nie udajesz, że czujesz coś innego niż czujesz. W którym nie stroisz się w jakieś maski czy etykiety.

Łacińskie słowo oznaczające pokorę – humilitas, wzięte jest ze słowa oznaczającego ziemie (humus).

Być pokornym, to być jak ziemia. Być pokorny, to być z ziemi. Ani z marsa, ani z wenus. Z otwartej, dostępnej dla wszystkich, chłonnej ziemi. Nie jesteś pokorny wtedy, gdy nad sobą rozciągasz parasol, który nie pozwala padać kroplom. Pokorny człowiek, to człowiek odsłonięty, nagi. Taki jak ziemia. Jak pisze Anselm Grün:

…humilitas oznacza pogodzenie się z naszą ziemską istotą, z naszą przyziemnością, z naszym światem popędów, z naszym cieniem. Humilitas oznacza odwagę przyznania się do prawdy o sobie.

Niech cię nie zwiedzie nieco jęczący ton, który co pewien czas się pojawia na tym blogu. Cały czas staram się, także przez mój przykład, położyć cię na ziemi. Bo wiem, ze dzięki temu będziesz silniejsza / silniejszy, Chciałbym byś nauczył się swojej głupoty, ograniczeń i słabości. Byś nauczył się ją radośnie przyjmować. Nie dlatego by się tym chwalić, ani nad nią użalać, ani jej poddawać.

Być może trochę ciężko to wszystko przyjąć.

Jestem neurotykiem. Człowiekiem splątanym przez zbyt wiele ograniczeń i emocji. Tak samo jak ty. Tak samo, jak dziewięćdziesiąt parę procent ludzi żyjących we współczesnej zachodniej cywilizacji.

To trochę dziwne być słabym, niezdarnym, pokręconym, głupim świrem, w świecie, gdzie każdy musi być doskonały, silny, mądry i odnoszący sukcesy.

Dla niektórych bardzo dziwne. Ale może, przyznając się do tego jesteśmy w całkiem dobrym towarzystwie?

Abraham Maslow, znany ze swojej teorii motywacji, zrobił coś bardzo cennego. Przeprowadził badania nad ludźmi, będącymi prawdziwymi okazami zdrowia psychicznego. Nazwał ich ludźmi samorealizującymi się (były to zarówno osoby współczesne jak i historyczne – np. Einstein, Huxley, Schweitzer, Spinoza, Casalas, Whitman). Jedną z ich kluczowych cech okazała się akceptacja – siebie, innych i przyrody. Maslow pisze:

Są to ludzie zdolni ze stoicyzmem akceptować własną ludzką naturę z jej wszystkimi brakami, z tym wszystkim, co odbiega od obrazu idealnego, bez prawdziwego zakłopotania. Powiedzenie, że są to osoby zadowolone z siebie, sugerowałoby błędne wrażenie. Należy raczej powiedzieć, że są one zdolne przyjmować niedoskonałości i grzechy, słabości oraz zło ludzkiej natury, w tym samum, niekwestioniującym duchu, w jakim przyjmuje się właściwości przyrody.

Czasem świeci słońce i jestem pełny radości. Jestem skuteczny i pewny siebie. Czasem wieje wiatr i boję się wyjść z domu. Jestem słaby i ograniczony. To normalne. Gdy to zaakceptujesz, gdy przestaniesz oczekiwać czegoś sprzecznego z naturą, zaczniesz docierać do prawdziwej siły.

Nie trać czasu na próby „zaawansowanego rozwinięcia swojej osobowości”. Szkoda energii. Carlos Castaneda w jednej ze swoich książek o Don Juanie pisze:

Większość naszej energii pochłania podtrzymywanie wysokiego mniemania o sobie… Gdybyśmy potrafili utracić odrobinę swojej ważności, zaszłyby dwa niezwykłe zdarzenie. Po pierwsze uwolnilibyśmy energię wkładaną w utrzymanie złudnego wizerunku własnej wielkości i po drugie, dostarczylibyśmy sobie dość energii by na mgnienie dojrzeć rzeczywistą wielkość wszechświata.

Nie widzisz wspaniałości świata, gdy ciągle jesteś skupiony na sobie.

Nie szukaj pozorów. Nie daj się omotać zawodowym manipulatorom (czy motywatorom – podobne słowo).

Szukaj prawdziwej siły i wiedzy. Nie tej papierowej.

A ona zjawia się wtedy, gdy odważysz się przyjąć swoją własną naturę. Taką, jaką jest. Gdy przestaniesz traktować siebie samego, jakbyś był kartką papieru, na której można wypisywać największe bzdury.

Spotkasz w sobie część tej samej natury, którą podczas wspinaczki spotyka himalaistka. Należy jej się szacunek, a nie lekceważenie.

Photo: