Tag Archives: cel
Jak spędzić te 15 tysięcy dni?

Jak spędzić te 15 tysięcy dni?

Opublikowano 02 kwietnia 2010 | By | Kategorie: Krótko | 7 komentarzy

Wszyscy składają już sobie życzenia świąteczne. Ja również. Już miałem je wpisać tutaj, ale pomyślałem, że święta są dopiero za dwa dni.

Zanim przyjdą, zanim napełnią nas radością, optymizmem i zapałem do nowego życia, po drodze jest dzisiejszy dzień. Wielki Piątek. Smutny, ponury i zniechęcający. Może jest ponury, ale nie powinien być zniechęcający.

Życie człowieka trwa 30.000 dni. Tylko trzydzieści tysięcy! A i to wtedy, gdy mamy dobre układy i szczęście. A i to, parę tysięcy dni przypada na czas, gdy nic jeszcze nie rozumiemy, lub już niewiele rozumiemy.

Ile z tych dni już przeżyłeś? Policz.

Możesz skorzystać z jednego z wielu kalkulatorów dni dostępnych w internecie:

http://www.easysurf.cc/ndate2.htm

http://www.infor.pl/kalkulatory/ilosci_dni.html#wynikiform

Ja, gdy piszę te słowa, przeżyłem 15 583 dni, to jest 2 226 tygodni.

Zostało mi w najlepszym razie 15 tysięcy dni.

Jak chcę przeżyć te dni? Na co chcę je  przeznaczyć?

Co jest na tyle ważne by wypełnić tym pozostałą część mojego życia?

Gdybyś musiał umrzeć dzisiaj, co byłoby na twoim epitafium? Jaką mowę można byłoby powiedzieć nad twoim grobem? Czy taką:

Odszedł człowiek, który nic specjalnego nie zrobił. Był niezadowolony ze swojego życia. Ciągle czekał, aż coś się w nim zmieni. Udawał, że się dobrze bawi, ale tak naprawdę jego praca i życie nudziły go i męczyły. Liczył, że któregoś dnia wreszcie mu się coś uda. Ale tylko czekał i narzekał. Nigdy nie udało mu się dotrzeć do pełni swoich możliwości. Nigdy nie odważył się żyć, tak jak czuł, że powinien. Nigdy nie odważył się zaryzykować i żyć na własną rękę….

Masz jeszcze trochę czasu. Jeszcze trochę dni przed tobą.

Jeszcze możesz wszystko zmienić.

Jeszcze możesz wypełnić swoje życie tym, czym warto.

Nie czekaj. Przeżyj każdy dzień.

Gotowość doświadczania

Gotowość doświadczania

Opublikowano 26 stycznia 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 10 komentarzy

Jak pokonać fale?

Wyobraź sobie niewielką, skalistą wysepkę, zagubioną gdzieś na oceanie. Wokół faluje granatowe morze. Białe grzywy fal rozbijają się o brzeg. Na wysepce nie rośnie wiele roślin i niewiele jest źródeł pitnej wody. Nic dziwnego, że jej mieszkańcy tęsknym wzrokiem patrzą na widoczny w dali brzeg sąsiedniej wyspy. Gdy uważnie się wpatrzeć, można na nim zobaczyć wspaniałe drzewa uginające się od owoców i spływający z góry strumień słodkiej wody.

Co prawda na skalistej wysepce nie ma żadnych materiałów z których można by było zbudować tratwę, jednak odległość nie jest tak duża by nie dało się jej pokonać wpław. Jest jednak jeden problem.

Wielkie oceaniczne fale, które pędzą wprost na brzegi skalistej wysepki, zawracając każdego śmiałka do punktu wyjścia.

Ludzie usiłujący dopłynąć do brzegów obfitej wyspy mają najróżniejsze strategie.

Są tacy, którzy się mocują. Gdy tylko zbliża się fala jeszcze mocniej i silniej wymachują rękami i nogami licząc, że wreszcie pokonają przeciwności. Niestety, mimo, że ich siła rośnie, ciągle są słabsi od oceanu.

Są tacy, którzy usiłują przeskoczyć fale jak latające ryby. Nie potrafią jednak utrzymać się zbyt długo w powietrzu by ta strategia przyniosła jakiś efekt.

Są tacy, którzy usiłują wymyślić jakiś podstęp. Gdy zbliża się fala ustawiają się bokiem, płyną wzdłuż i szukają jakiejś dogi między falami. Ich skomplikowane wysiłki jednak zawsze kończą się przy skalistym brzegu.

Są tacy, którzy chowają się przed falami. Tkwią latami za osłoną nie zwracając uwagi, że obfity brzeg jest tak sam daleko jak był.

To nie wszystkie metody. Na wyspie powstała szkoła, której celem jest pokonanie fal siłą umysłu. Jej adepci, gdy zbliża się fala zamykają oczy, odwracają się tyłem i wyobrażają sobie, że morze jest spokojne, jak górskie jezioro. Dzięki temu czują wewnętrzne wyciszenie i spokój. Problem jednak polega na tym, że fale nie bardzo zwracają na to uwagę. Główny mistrz tej szkoły, co prawda ciągle mieszka na skalistej wyspie, ale utrzymuje, że gdyby tylko chciał mógłby przejść po morzu jak po gładkiej amerykańskiej autostradzie.

Inna szkoła, to ci, którzy po serii niepowodzeń doszli do wniosku, że na drugiej wyspie tak naprawdę jest dokładnie tak samo i szkoda czasu na walkę.

Są jednak i ludzie, którzy potrafią pokonać fale i dopłynąć do brzegu drugiej wyspy. Nie stosują żadnego z tych sposobów. Nie mocują się z falami, nie próbują ich przechytrzyć, nie próbują ich wyciszać. Mimo, że pokonują odległość między wyspami wiele razy i to dzięki nim mieszkańcy skalistej wysepki mają co jeść, mało kto chce ich naśladować. Ich sposób – jedyny skuteczny sposób pokonywania wielkich, spychających z drogi fal – polega na czymś, wydawałoby się sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem – na wpływaniu w głąb fali.

Oto fragment autentycznego poradnika omawiającego podstawowe umiejętności pływania na otwartym oceanie:

Nigdy nie zwalniaj przed napływającą falą. Zawsze płyń wprost w nią.

Zanurkuj w falę, w chwili, gdy ma cię uderzyć. Nurkowanie w falach jest bardzo proste, ale może być najtrudniejszą rzeczą na świecie, gdy boisz się wody. Ujmując to najprościej. Woda na szczycie fali zmierza w kierunku brzegu. Woda blisko dna zmierza w stronę oceanu. Próbując przepłynąć nad falą, będziesz spychany do brzegu. Gdy zanurkujesz w głąb, fala weźmie cię w kierunku, w jakim chcesz płynąć.

Obserwuj fale, gdy przebijasz się prze fale przybrzeżne. Gdy płyniesz patrz na tak często jak spoglądasz na boję. W ten sposób wiesz, kiedy wejść pod falę. (The Basics of Ocean Swimming, Erik Burgan)

Zamiast próbować unikać fal, zamiast mocować się z nimi, zamiast je wyciszać, nurkujesz wprost w nie.

To jedyny bezpieczny sposób. Gdy odwracasz się tyłem i udajesz, że pływasz w spokojnym jeziorze, fala może cię zalać, pozbawić oddechu i rzucić o dno. Mocując się z falą na powierzchni, stawiając jej opór wikłasz się w walkę, której nie sposób wygrać.

Takimi falami, które ciągle zawracają nas z drogi są nasze negatywne emocje i myśli.

Zanurkować w fale znaczy w pełni doświadczać myśli i emocji, równocześnie nie przerywając ruchu do przodu. Obraz pokonywania fal w taki sposób jest metaforą gotowości doświadczania.

Nurkowania w fale

Człowiek, który unika jakiegoś rodzaju doświadczeń, stara się je osłabić lub ominąć. Używając morskiej metafory, to ktoś, kto za wszelką cenę stara się utrzymać głowę na powierzchni.

Zanurzenie się w fali może być przerażające. Tego przecież chcemy uniknąć – zalania przez niekontrolowany żywioł. Jednak tak długo póki będziemy próbować wszystko kontrolować, póki będziemy starali się mieć głowę zawsze ponad wodą – dopóty nie będziemy w stanie płynąć do przodu.

Jeżeli chcesz dopłynąć do celu musisz zanurzyć głowę – tzn. stracić kontrolę ( w każdym razie częściowo). Tylko pełne, pozbawione osłon i otwarte doświadczanie negatywnych uczuć pozwala szybko i bez blokowania się przebić przez nie.

Karen Horney, opisując ten aspekt uwagi nazwała go nieograniczoną receptywnością. Według jej słów, jest to:

…zgoda na to, by wszystko, co odbieramy w danej chwili, wniknęło w nas bez żadnego oporu z naszej strony. Nieograniczona receptywność oznacza, że jesteśmy w danej sytuacji razem z wszystkimi naszymi emocjami (Horney, Wykłady ostatnie)

Taki typ uwagi jest czymś paradoksalnym. Ludzie nie dopuszczają do siebie pewnych doznań, by skuteczniej działać i lepiej się czuć. Nie chcą by coś im dokuczało, przeszkadzało czy rozpraszało. Ale im bardziej próbują manipulować sobą, tym gorzej się czują i tym mniej są produktywni. Próba okrajania swoich doświadczeń ma efekt dokładnie odwrotny do zamierzonego.

Pragnienie uniesienia się

Pisząc poprzednie słowa rzuciłem okiem na półkę z książkami. Jest na niej książka o grzbiecie w morskim kolorze. Jej tytuł brzmi „Umysł ponad nastrojem”. Tego pragniemy: uwolnić się, wznieść ponad negatywne nastroje i złe myśli. Osiągnąć upragniony spokój i ciszę. Przestać się czegokolwiek bać i czymkolwiek przejmować. Książki i psycholodzy mówią, że jest to możliwe. Bardziej wierzymy ich wiedzy niż latom swoich doświadczeń. Zapewne kiedyś mi się wreszcie uda. Wreszcie poznam sposób na to, by tak ustawić swój umysł, aby przestał doświadczać nieprzyjemnych emocji i nieprzydatnych myśli.

I na pewno kiedyś się to uda. Każdy z nas wzniesie się ponad wszystkie nastroje, myśli i emocje. Jednak póki żyjesz, póki masz ciało, póki masz mózg z zestawem pracujących w nim struktur, póki jedną z funkcji twojego umysłu jest doznawanie całego zakresu emocji – także tych, które nie są przyjemne – jesteś poddany falowaniu.

Życie, to pływanie w falującym morzu. Oczekiwanie by żyć i równocześnie „wznieść się ponad” jest tak samo nierealne, jak oczekiwanie by morze przestało falować, gdy do niego wchodzisz.

Czasem fale są wyższe, czasem niższe. Czasem uderzają raz po raz, jak podczas sztormu, a czasem są rzadkie i leniwe, jak wtedy, gdy wieje letnia bryza.

Fale przeszkadzają, ale równocześnie są informacją, że płyniesz do przodu. Nie doświadczają ich tylko ludzie, którzy taplają się przy brzegu w osłoniętych zatoczkach. Im większe masz cele, im wyraźniejsze są twoje wartości, im więcej dla nich robisz, tym większe fale.

Możesz się ich przeląc i wrócić do zacisznej zatoczki. Możesz jednak przestać szukać spokoju. Zaakceptować fale. Przestać za wszelką cenę wyciszać się, doprowadzać swój umysł do klarowności, przestać próbować kontrolować poruszające go fale. I zamiast tego skupić się na tym, gdzie chcesz dopłynąć. Stawić czoła falom i pokonywać je, pozwalając każdej na to by cię przykryła.

Nie jest to niestety coś, co można w sobie raz na zawsze wytrenować. Trening zawsze się przydaje, ale nikt nie może w trwały sposób stać się otwarty na wszystko, co go dotyka.

Otwarcie się na to, co nas w danej chwili dotyka jest bardziej aktem niż cechą. Nie ma ludzi, którzy są całkowicie wolni od ukrywania się przed doznaniami. Są tylko osoby, które raz po raz podejmują decyzję by otwarcie doświadczyć tego, co je w danej chwili spotyka.

Ruch do przodu

Gotowość nazywana jest także akceptacją i uważnością. To doskonałe określenia, czasem jednak, niektóre osoby rozumieją je na opak.

Słowo akceptacja, kojarzy się im z rezygnacją i poddaniem się. Jest to postawa kłapouchego: Tak to już w życiu jest i nic nie zostaje jak się z tym pogodzić…

Odmianą tej samej postawy może być czekanie aż problemy miną: no dobrze teraz jest ciężką, ale kiedyś jeszcze będzie przepięknie.

Prawdziwa akceptacja jest czymś innym. Zaakceptować swój niepokój nie oznacza poddać mu się, schować się pod pierzynę i nic nie robić, bo na zewnątrz jest strasznie i trzeba przeczekać.

Zaakceptować niepokój oznacza doświadczyć go bez żadnego znieczulenia, a następnie – mimo całego lęku zrobić krok w stronę tego, co jest ważne.

Równie dobrze taką akceptację można by nazwać zwycięstwem nad negatywnymi emocjami. Ale zwycięstwo kojarzy się ze zmaganiem, tłumieniem i unikaniem uczuć. Nie chodzi ani o to by wygrać, ani o to by przegrać. Chodzi o to by nauczyć się współżyć ze wszystkim, co w nas jest a nad czym nie mamy kontroli.

Lęk, jaki czuję nie jest przeze mnie zawiniony, nie jest efektem moich grzechów czy błędów, nie mogę – póki żyję się go pozbyć, wyrzucić czy przepracować. Jest czymś nieuniknionym. Akceptacja jest zatem bardziej sztuką koegzystencji – doświadczania nieprzyjemnych rzeczy, połączonych z robieniem swojego.

Także uważność jest czasem rozumiana opatrznie. Uważność (mindfulness) jest bardzo pojemnym terminem, który obejmuje zarówno akceptację, jak i świadomość obecnej chwili. Może być jednak rozumiana jako skupianie się nad sobą i swoimi doznaniami. Być uważnym to siedzieć w kucki z zamkniętymi oczyma i myśleć tylko o swoim oddechu. Nie o coś takiego chodzi.

Ostatnio wolę używać słowa gotowość (a dokładniej gotowość doświadczania), bo wiąże się ono z aktywnością.

Kluczowym elementem gotowości jest świadomość tego, po co chcesz przejść przez tą falę. Jeżeli twoim jedynym celem jest znoszenie nieprzyjemnych doznań jesteś masochistą. Jeżeli twoim celem jest budowanie własnej doskonałości, jesteś skupionym na sobie egotykiem.

O gotowości doświadczania możesz mówić dopiero wtedy, gdy wiesz, co jest twoją wartością i podjąłeś decyzję by iść do przodu.

Gotowość doświadczania jest najskuteczniejszą strategią ruchu do przodu. Gdy jej nie masz, zamiast iść do przodu możesz tracić czas na przepracowywanie swoich doznań, ukrywanie się przed nieprzyjemnymi odczuciami – ogólnie na tworzeniu tysięcy skrytek.

Gdy decydujesz się na gotowość, po prostu opuszczasz całą tą zabawę. Mówisz: nie chodzi o to, bym był cały czas zadowolony, bym był doskonały, bym pokonywał wszystkie trudności bez zmrużenia oka. Chodzi o to by robić, to, co trzeba. Płacąc za to tyle, ile trzeba.

Nurkujesz w falach nie po to by się tym rozkoszować (choć może to być przyjemne) ale dlatego, że jest to najkrótsza i najprostsza droga na drugą stronę. Jakikolwiek inny sposób – bokiem, podskokiem, tyłem czy zwodem grodzi utonięciem albo przynajmniej wplątaniem się w dłuższą i niebezpieczną szamotaninę. Najkrótsza drogą na druga stronę, to pełne stawienie czoła. Stawienie czoła bez żadnej nadziei na to, że od tego fale się zmniejszą, staną się łagodne czy otworzy się przed nami korytarz ze ścian z morza.

Lista starych diabłów – jak doprowadzić projekt do końca?

Lista starych diabłów – jak doprowadzić projekt do końca?

Opublikowano 06 stycznia 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Niezawodny sposób by nie spotkać żadnych trudności

Każdy chciałby spotkać po drodze jak najmniej problemów. Jest jeden sposób. Zawsze niezawodny, dla każdego skuteczny.

Trzeba umrzeć.

Człowiek martwy, ponieważ nie ma nic do stracenia ani do zyskania, nie ma żadnych zmartwień. Nie ma się czego bać, nie ma się czym stresować, nie straszne mu żadne pomyłki ani błędy. Nie ogarnie go panika, nie jest mu smutno, nie opanują go żadne obsesje.

Słowem, pełna świętość.

Nie dziwię się, że kościół ogłasza świętość jakiś czas po śmierci.

My jednak czasem oczekujemy od siebie by równocześnie być żywym i świętym.

Szukamy rad, które pozwolą na zawsze pokonać wszystkie słabości i odsunąć wizję porażek. Które uchronią nas od błędów, pomyłek i głupot.

Wydałem dwie książki (a napisałem kilka więcej). Niektóre moje słowa podobają mi się tak, że chciałbym zawsze żyć zgodnie z nimi.

Czy zawsze mi sie udaje? Nie.  Napisałem, że trzeba być otwartym i nie chować się przed emocjami. Zdarza się, że się ukrywam.

Napisałem, że trzeba robić to, co w życiu ważne. Zdarza się, że zajmuję się głupotami.

Znać swoje wartości i żyć nimi? Zdarza się, że o nich nie pamiętam.

Ktoś mi napisał, że po przeczytaniu mojej książki, wszystko w jego życiu się zmieni. Zazdroszczę, choć obawiam się, że to nie do końca może być prawdą.

Póki żyjesz i póki masz nowe rzeczy do zrobienia spotkasz po drodze jeszcze kilka problemów. Zapomnisz o wszystkim, co przeczytałeś (i napisałeś) i zrobisz jeszcze trochę głupstw. Na twojej drodze pojawi się jeszcze wiele demonów (czy diabłów).

Kilka z nich już czai się za rogiem:

- znudzenie i spowszednienie,

- przyzwyczajenie się do nowej wiedzy,

- zmęczenie,

- zbyt wysokie oczekiwania pod swoim adresem,

- złość,

- strach,

- smutek,

- brak pewności,

- zapomnienie o celu,

- skupienie na sobie

- błędne decyzje

Zrób listę starych diabłów

Mimo, że nigdy nie możesz być pewny, co cię spotka, większość przeszkód, jakie spotkasz, to stare, dobrze znane ci demony.

Coś, na czym od zawsze łamałeś sobie zęby. Te same sytuacje, te same emocje i te same myśli. Choć za każdym razem w nieco innym przebraniu, z nieco inną maską.

Te wszystkie demony są najgorsze, gdy pojawiają się w sposób nieoczekiwany. Gdy ci się wydaje, że teraz na pewno nic ci nie przeszkodzi. Że teraz wszystko będzie łatwe i proste.

Gdy tkwisz w takim przekonaniu i nagle pojawia się jakaś trudność masz tendencję do tego by unikać doświadczeń. Możesz wtedy myśleć:

- O nie, znowu… a miało być inaczej. Już nie mam do tego siły…

Taka reakcje jest sygnałem, tego co w jednym z poprzednich artykułów nazwałem (za terapeutami ACT) fuzją poznawczą. Człowiek traci wtedy dystans do swoich uczuć. Stają się one nadmiernie ważne w porównaniu ze wszystkim innym. Im bardziej chce się ich pozbyć, tym bardziej – jak to stwierdził Kubuś Puchatek w odniesieniu do czegoś zupełnie innego – one tam są. Uruchamia się samonapędzająca pętla, która szybko doprowadza do stanu „dłużej tego nie zniosę”. Typowe myśli w tym stanie to np.:

- Dlaczego znowu mi się to przydarzyło?

- Dlaczego nigdy nie potrafię zrobić czegoś porządnie?

- Dlaczego nie mogę przerwać tego zaklętego kręgu?

- Nic ze mnie nie będzie!

- Nigdy mi się nie uda…

Im bardziej zależy mi by wszystko było tak jak chcę, tym bardziej jestem rozczarowany. Im bardziej jestem rozczarowany, tym bardziej pragnę by wszystko było tak, jak bym chciał. Im bardziej mi zależy, tym bardziej rozczarowanie sobą rośnie. Błędne koło.

W efekcie największym problemem nie jest to, że pojawiają się bariery, ale to, że nie jesteś w stanie tego znieść.

Być przygotowanym

Jednym ze sposobów by nie doszło do takiej pętli jest być gotowym na pojawienie się problemów.

Nie chodzi o to by myśleć w negatywnie – np. mówić sobie „na pewno mi nie wyjdzie”.

Chodzi o to, by przynajmniej trochę podważyć nierealne oczekiwania pod swoim adresem. Nikt nie może całkowicie zmienić się pod wpływem jednego szkolenia czy jednej książki. Nikt nie może całkowicie zmienić swojego życia pod wpływem najgłębszego nawet wglądu czy nawet kilku sesji terapeutycznych.

Jeżeli przez ostatnich dziesięć lat czułeś lęk, lenistwo, rozbabranie, itp. to jakim cudem wszystko ma się zmienić?

Bądź realistą. Stary diabeł odwiedzi cię jeszcze nie raz. Najlepiej przymierzyć się do spotkania z nim wtedy, gdy wydaje ci się to bardzo odległe. Na przykład, gdy zabierasz się za coś i bariery wydają ci się jeszcze odległe.

Gdy się przygotujesz łatwiej ci będzie przywitać starego diabła nie przerażeniem i utratą równowagi, ale myślą:

- Aha, znowu to samo, ale przecież tego się spodziewałem… co mogę zrobić?

Usiądź i zrób listę

Określ co jest twoim celem (im bardziej konkretnie tym lepiej), spisz listę działań jakie chcesz podjąć, a następnie spisz niebezpieczeństwa, jakie możesz spotkać po drodze.

Jakie emocje, odczucia, myśli, wspomnienia czy sytuacje utrudniają ci osiągnięcie twoich celów?

Moim zamiarem jest np. skończenie w ciągu najbliższych dwóch tygodni książki, nad którą od dawna pracuję.

Bariery, jakie prawdopodobnie się pojawią, to:

  • zabieranie się za kilka rzeczy równocześnie (po drodze pewnie pojawi się inny „nie cierpiący najmniejszej zwłoki projekt”);
  • poczucie „to nie jest dość dobre, powinienem się bardziej postarać”; tendencja do wyszukiwania podwójnego dna, rozbijania każdego zagadnienia na elementy pierwsze;
  • okresowe ataki paniki pt. „nie będę miał za co żyć, powinienem zająć się czymś, co przynosi pieniądze”;
  • złe samopoczucie związane ze zmianami pogodowymi i małą ilością snu (życie rodzinne);
  • zbyt długie godziny pracy i słaba nieumiejętność regeneracji.

To oczywiście nie są wszystkie możliwe bariery. By nie zanudzać wybrałem tylko pięć (na oryginalnej liście było ich prawie dwadzieścia).

Zrób swoją listę. Określ cel swojego projektu, działania, jakie masz podjąć i zapisz to wszystko, co może ci zablokować twój projekt. Jeżeli nie wiesz, co to może być, zamknij oczy i wyobraź sobie, że robisz, to, co planujesz.

Co może pójść nie tak?

Jeżeli dalej ciągle nic się nie pojawia, sprawa jest podejrzana.

Demony najbardziej ze wszystkiego nie lubią, gdy im się świeci latarką po oczach. Dlatego starają się za każdą cenę chować się po kątach by móc w odpowiedniej sytuacji wyskoczyć z ukrycia z przeraźliwym wyciem. Wydają się wtedy większe i potężniejsze. Ten efekt zaskoczenia nie jest możliwy, gdy ktoś je wcześniej oświetli i uważnie im się przyjrzy. Okazują się wtedy często małe, pokraczne i wcale nie tak przerażające.

Dlatego tak bardzo zależy im na tym, by stworzyć wrażenie, że nie istnieją.

Znaleźć sposób

Umieć nazwać swoje diabły to już bardzo dużo. Gdy jesteś świadomy, tego, co ci grozi masz większe szanse zrobić to, co powinieneś zrobić.

Bardzo przydatne jest także opracowanie strategii postępowania.

Wybierz trzy najważniejsze bariery i zastanów się, jak sobie możesz z nimi poradzić. Realistyczne strategie. Nie takie, które opierają się na unikaniu czy wmuszaniu w siebie czegoś, czego nie czujesz.

W moim przypadku:

-> Chęć zabrania się za nowy, nie cierpiący zwłoki projekt zanim skończę stary (który w świetle nowego będzie wydawał się nudny i nieciekawy).

To więcej niż pewne, że taki pomysł się pojawi. Co więcej będzie bardzo ciekawy. Przygotowałem dla niego czerwony zeszyt, w którym go zapiszę. Umawiam się ze sobą, że po skończeniu pracy (dokładnie 20 stycznia 2010) poświęcę cały dzień na analizę nowych pomysłów. Jestem też przygotowany na to, że będę musiał w trakcie tych dwóch tygodni znosić nudę i pamiętać o tym, bym nie próbował się od niej uwalniać.

Jak widać, z jednej strony jest to jakiegoś rodzaju rozwiązanie techniczne (zeszyt i termin), z drugiej gotowość na doświadczanie jakiegoś rodzaju emocji (znudzenie).

->Perfekcjonizm – oczekiwanie, że to, co napiszę ma być doskonałe, mądre i spójne.
Dobrze znam tą kreaturę, która ciągle wydaje mi rozkazy by pisać arcydzieła i odpuszczać wszystko, co nie jest dość dobre. Czy to źle chcieć napisać coś doskonałego? Oczywiście, że nie, ale zbyt długo w tym siedzę, by dać się nabrać, że można to osiągnąć od razu. Doskonałość osiąga się stopniowo, poprzez poprawki a nie jednym skokiem. Dlatego umawiam się ze sobą, że pracuję nad wersją 0.9 tekstu, tzn. wersją do pierwszej redakcji. To, co napiszę dostanie moja redaktorka. Ja sam wrócę do tekstu po dwu tygodniowej przerwie. To, co piszę musi być oczywiście klarowne i czytelne, ale do wersji 0.9 wystarczy by dało się czytać. Nie piszę gotowej, ostatecznej wersji.

Tutaj rozwiązanie jest podobne, jak w poprzednim punkcie: stworzenie określonych warunków (umówienie się z osobą, która przeprowadzi redakcją) z drugiej gotowość na doświadczanie poczucia „to nie jest dość dobre”)

-> Ataki paniki pt. „muszę zająć się czymś bardziej dochodowym”.
Znam kilka innych bardziej dochodowych aktywności niż pisanie książek. Gdyby chodziło tylko o mnie sprawa byłby klarowna: robię to, co lubię, nie muszę dużo zarabiać. Mam jednak obowiązki wynikające z posiadania rodziny. To nie jest lęk zupełnie irracjonalny (zresztą jak wiele z naszych lęków). Nie mogę nastawić się po prostu na „znoszenie go”. Obawa, że zabraknie mi pieniędzy jest zdrowa i wymaga jakiegoś załatwienia.

Rozwiązanie jest tu techniczne. By zabrać się za pisanie książki (czytaj – poświęcić na tą działalność określoną ilość godzin) muszę dysponować odpowiednim funduszem. Wygląda to trochę tak, jakbym sobie sam płacił. Gdy nie mam, czym „płacić”, nie ma pisania i muszę gromadzić środki.

Nie chcę rozwodzić się nad kwestiami technicznymi, to nie jest blog o finansach i organizacji pracy własnej, ale o emocjach.

Jedno jest pewne, że aby spokojnie realizować swoje pomysły, nie możemy udawać, że problemy z pieniędzmi nie istnieją (no chyba, że u kogoś nie istnieją). Nie możemy wmawiać sobie, że „jakoś to będzie”. Konieczne jest konkretne, techniczne rozwiązanie.

Piszę o tym wszystkim, nie dlatego, że lubię opowiadać o sobie (ostatnio coraz bardziej nie cierpię) ale by dać przykład pracy. Chodziło mi o pokazanie kierunku myślenia, który być może przyda się także i Tobie. Po kolei:

  • Zrób listę barier (poświeć latarką starym diabłom schowanym za rogiem)
  • Przygotuj się na spotkanie z nimi: wymyśl z jednej strony techniczne rozwiązanie, które sprawi, że lęki czy obawy będą nieuzasadnione, a z drugiej strony przygotuj się na doświadczanie nieprzyjemnego zestawu emocji.
  • Działaj.
Ubrudzić sobie ręce działaniem

Ubrudzić sobie ręce działaniem

Opublikowano 15 grudnia 2009 | By | Kategorie: psychologia działania | 11 komentarzy

Dlaczego nic nie robimy?

Wiele osób doskonale wie, co dla nich jest najważniejsze. Nie muszą wykonywać żadnych ćwiczeń by opracować swój zestaw wartości. Od razu potrafią powiedzieć, co jest ich marzeniem i czego więcej by chcieli.

Ale ta wiedza nic nie zmienia. Nie podejmują żadnych działań, które by ich przybliżały do marzeń. Może to wynikać z kilku powodów.

Mogą nie działać, bo:

  • dali się opanować gnuśnej wizji świata,
  • działanie myli się im z mówieniem i myśleniem,
  • wolą nie ryzykować strat,
  • wolą zajmować się sobą samym – przygotowywać i doskonalić – niż światem.

Tych powodów może być więcej. Te nam wystarczą by odkryć, że działanie to nie jest dopust boży, ale ścieżka wyzwolenia.

Złudzenie „wystarczy marzyć”

Tzw. prawo przyciągania stało się popularne, bo zawarta jest w nim obietnica, że nie trzeba podejmować żadnych działań. Wystarczy mieć marzenie, dokładnie je sobie wyobrazić, a wszystko samo do nas przyjdzie. Wszechświat, pole kwantowe, Bóg – czy jakkolwiek to nazywają – samo przybliży twoje marzenie.

W filozofii hinduskiej dzieli się ludzi na kilka grup, w zależności od tego, przez jaki pierwiastek opanowany jest ich umysł. Najgorszy typ, to ci, którzy są opanowani przez tamas. Umysł zdominowany przez tamas jest leniwy, gnuśny, opieszały i roszczeniowy. Tego typu umysł jest:

…spowity w ciemność, niesłuszność uznaje za słuszność i wszystkie sprawy widzi na odwrót (Bhagavadgita)

Dla takich osób czekanie, aż wszystko samo przyjdzie, jest objawem mądrości.

Ciekawe, że ludzie często powołują się na hinduizm, który ponoć od dawna mówił o manifestowaniu marzeń. Przypomniałem sobie ostatnio Bhagawadgitę, którą studiowałem wiele lat temu podczas zajęć z Filozofii na UJ. To jedno wielkie przekonywaniem do działania. Na samym końcu jej bohater, Ardżuna, składa zapewnienie Krisznie:

Dźwignąłem się wolny od wahań.
Wprowadzę w czyn twoje słowa.

Pułapka słów (umiem tylko mówić)

Zdarzyło mi się rozmawiać z człowiekiem, który przeczytał od deski do deski moją książkę „Energia wewnętrzna”. To duży materiał i powiem szczerze nie sądzę, że sam bym wszystko przeczytał, gdybym nie był autorem. Ta osoba przeczytała uważnie wszystko. Była w stanie dyskutować na każdy poruszany tam temat. Wydawałoby się, że to idealny czytelnik. Niestety. Jedyne, co zyskał to słowa.

Gdy rozmawiałem z nim, miałem taką wizję: człowiek siedzi na środku torów kolejowych, z oddali widać nadjeżdżającą lokomotywę. Mówię mu:

- Zejdź z torów, bo to niebezpieczne!

- Masz rację, w zupełności się zgadzam. To bardzo niebezpieczne – i siedzi dalej.

- Dobrze, że się zgadzasz, ale teraz wstań i idź, bo lokomotywa się zbliża!

- Tak, tak. Tak właśnie trzeba zrobić!

- Nie gadaj człowieku, tylko to zrób!

- Tak, to bez sensu siedzieć i gadać. Trzeba w takiej sytuacji wstać i iść.

- Ale ty ciągle siedzisz i nic nie robisz! Zrób coś!

- Tak, masz rację, to trafna obserwacja, to bez sensu tak siedzieć – odpowiada ciągle nic nie robiąc.

Cokolwiek takiej osobie nie powiesz, jedyne co zrobi to odpowie: potwierdzi, wyrazi zrozumienie, doceni radę. Ale nic nie zrobi. Umie reagować tylko werbalnie. Jej wiedza (często bardzo cenna) jest jakoś dziwnie odseparowana od ciała.

Znacznie bardziej bym wolał, by ta osoba przeczytała jedną stronę i coś zrobiła. Wprowadziła w życie to, czego się dowiedziała.

Wszystko można analizować, dyskutować i werbalizować. Czasem jednak od tych analiz zostaje z nas jedna wielka, gadająca głowa z mikroskopijnymi rączkami i nóżkami.

Unikanie ryzyka

Gdy określisz swoje wartości najczęściej okaże się, że łączą się one z trudnymi działaniami. Gdyby tak nie było, dawno byś pewnie zrobił wszystko, co potrzeba.

Podejmując jakiekolwiek działanie ryzykujesz. Jeżeli np. twoją wartością jest miłość, robiąc coś dla niej ryzykujesz, że zostaniesz dotkliwie zraniony. Jeżeli twoją wartością jest twórczość, poświęcając się jej ryzykujesz krytykę. Gdy wartością jest bycie częścią grupy, ryzyko wiąże się z odrzuceniem. Jeżeli wartością jest sława, ryzykujesz wyśmianie.

Czasem ludzie wolą nie podejmować ryzyka. Lepiej im tęsknić z niespełnienia, niż ryzykować przegraną. Lepiej wiecznie marzyć o miłości niż ryzykować zranienie. Lepiej wiecznie fantazjować o twórczości niż ryzykować porażkę. Lepiej stać całe życie z boku, niż zaryzykować odrzucenie. Lepiej wzdychać do sławy niż narazić się na drwiny.

Gdy robisz choćby mały krok w stronę tego, co naprawdę cenisz, najczęściej dostajesz po uszach.

Gdy człowiek stoi z boku, łatwo mu udawać przed sobą i innymi, że wcale nie o to mu chodziło.

Każde działanie brudzi ręce. Nie jest już po nim tak łatwo się schować przed sobą. I choćby dlatego warto działać.

Przygotowywanie się

Człowiek ma tak wiele w sobie do przepracowania. Tak wiele niezrozumiałych przeżyć, snów, wspomnień, i obrazów…. Tak wiele zamętu i zagubienia.

Zrozumieć, przepracować, wyklarować, jakoś to wszystko ułożyć i połączyć. Wreszcie wszystko pojąć. Przeniknąć własne tajemnice. Dowiedzieć się jak i dlaczego.

Tęsknimy za klarownością. Przygotowujemy się, czytamy książki, medytujemy nad sobą. Wierzymy, że warto. Że gdy będziemy mieli jasną głowę, wszystko stanie się łatwe. Jeszcze tylko jedna książka, jeden artykuł, jedno spotkanie, jedna technika i uda nam się to wszystko uchwycić.

Ile czasu trzeba by osiągnąć ten stan? Czy wystarczy sesja u dobrego terapeuty? Czy wystarczą kilkudniowe warsztaty?

Nie, zbyt mało.

A może kilkadziesiąt sesji?

Ciągle za mało.

Całe życie?

Też mało.

Nie wystarczyłoby nawet kilka żyć.

To jest pułapka, do której prowadzi wiele systemów psychologicznych. Im bardziej obracasz się wokół swojego ogona, tym trudniej ci przestać to robić. Im częściej wsadzasz rękę do sadzawki, tym bardziej mętna woda.

Klarowności umysłu nie osiąga się poprzez wieczne potrząsanie nim.

To podstawowy błąd, którym skażonych jest większość współczesnych systemów rozwoju: brak umiaru w zajmowaniu się sobą.

Nie ma nic złego w zajmowaniu się sobą. I chrześcijaństwo i judaizm i buddyzm, zachęcają do tego by przyjrzeć się sobie. Ale każdy z tych systemów (w każdym razie ich pierwotne, zdrowe wersje) zalecają w tym duży umiar.

Szybko przychodzi chwila, w której człowiek słyszy: Przestań zajmować się sobą. Nie o ciebie w tym wszystkim chodzi. Nie ty jesteś w tym wszystkim najważniejszy.

Nie możesz bez końca doskonalić siebie, słuchać samego siebie i rozwijać siebie. Choćbyś to robił z nie wiadomo, jakimi intencjami.

Mam wrażenie, że dziś wielu ludzi jest mistrzami, jeżeli chodzi o pracę nad sobą. Wiemy dużo na temat tego jak analizować swoje emocje, myśli i sny. Potrafimy zastosować techniki zaczerpnięte od psychologów i mistrzów rozwoju.

To wszystko jednak nie przynosi nam upragnionego spokoju. Im więcej czytamy, im więcej się staramy, im więcej odbywamy sesji, tym większy czujemy zamęt.

Nic dziwnego. Im mocniej grzebiesz w sadzawce, tym bardziej wzburzona i mętna woda.

Gitarę przed koncertem się stroi. Ale strojenie trwa krótką chwilę. Potem gitara staje się tylko narzędziem, którego racją bytu jest utwór. Dobra gitara to taka, o której muzyk nie musi myśleć. Co by było, gdyby muzyk przez czas koncertu jedynie stroił gitarę i demonstrował jej możliwości?

Rabbi Bunam z Przysuchy, pewnego razu chcąc uczcić jakiegoś człowieka, poprosił go, by zadął w róg w swojej bożnicy. Ten, czując się doceniony zaczął długie przygotowania by dostroić swoją duszę do tego, co miał zrobić. Bunam, widząc to, krzyknął:

- Głupcze, dmij!

Głupcze, zacznij grać. Zacznij działać, zamiast po raz kolejny przeprowadzać analizę i dostrajać się.

Nie potrzebujesz kolejnej psychologii, kolejnych analiz i technik samorozwoju. Nie potrzebujesz kolejnego dostrajanie się. Potrzebujesz wreszcie przestać zajmować się sobą i skupić swoją uwagę na świecie wokół.

Zacznij działać taki, jaki jesteś. Zacznij działać z tego miejsca, w którym jesteś. Z tym, co masz. Z takim zamętem, jaki masz w sobie. Zostaw to. Nie dostrajaj się, nie przygotowuj, nie wprowadzaj w nastrój.

Zacznij grać swój koncert, choćbyś nie wiem jak czuł się rozstrojony. Bez obawy, tym różnimy się od gitar, że gdy skupimy się na utworze, mimochodem łapiemy strój.

Jak pisał Shōma Morita:

Machnij ręką na siebie. Zacznij działać teraz, gdy jesteś neurotyczny, niedoskonały, wiecznie zwlekający, leniwy, niezdrowy czy też jakiejkolwiek innej niecelnej etykiety w odniesieniu do siebie używasz. Idź naprzód i bądź najlepszą niedoskonałą osobą, jaką możesz być i zabierz się za rzeczy, jakich chcesz dokonać, zanim umrzesz.

Oczywiście wszystko wymaga umiaru. Nie chodzi o to, byś nigdy, przenigdy nie myślał, co tym, co czujesz ani nie dociekał, co się w tobie dzieje.

Ale szczególnie wtedy, gdy czujesz, że coś jest z tobą nie tak, że nie potrafisz dojść z sobą do ładu, że brakuje ci klarowności – zacznij działać. Wstań i zrób choćby kilka najprostszych kroków, na jakie cię stać.

Dzięki Bogu, nikt mi nie da na tacy, tego, o czym marzę

Całe szczęścia, że nasze marzenia nie realizują się bez naszego udziału.

Wyobraź sobie, że jesteś w górach i wyjeżdżasz kolejką na szczyt góry. Masz narty, świeci słońce a przed tobą wspaniałe zbocze. Już masz zamiar ruszyć w dół, ale spotykasz znajomego. Pyta:

- Gdzie jedziesz?

- Tam na dół. Umówiłem się w karczmie u podnóża na grzane piwo.

Twój znajomy macha ręką i za sekundę pojawia się nad tobą śmigłowiec. Zaszokowany nawet nie zdążyłeś stawić oporu, gdy po chwili wysadzają cię przed karczmą. Pilot widząc twoją zdziwioną minę pyta:

- Czy coś nie tak? Zdaje się, że tutaj pan chciał się znaleźć.

Niby tak, ale przecież najfajniejsza w tym wszystkim miała być droga. Prawo przyciągania to taki helikopter, który cię przenosi tam, gdzie chcesz być, nie angażując do tego twoich mięśni, emocji, myśli czy ogólnie wysiłku. Całe szczęście to jedynie nasza gnuśna fantazja na temat świata. Droga do marzeń jest tak samo ważna jak cel. Gdybyś dostał to, o czym marzysz bez żadnego wysiłku, to nie byłoby to samo.

Czasem, gdy człowiek stoi na górze, może mu się wydawać, że helikopter byłby najlepszym rozwiązaniem. Przecież mogę się połamać, zabić, rozbolą mnie mięśnie, ludzie będą się ze mnie śmiali. Proszę zabierzcie mnie stąd! Czy jest tu jakiś helikopter? Ale ponieważ helikoptera nie ma, możesz albo stać na szczycie i narzekać, albo puścić się w dół ryzykując wszystkie nieszczęścia, jakie mogą ci się pojawić po drodze.

Gdy człowiek już się przełamie okazuje się, że droga była równie wspaniała jak cel. Oczywiście ryzyko zawsze jest prawdziwe. Zawsze możesz się znaleźć w gipsie. Ale to nie zmienia faktu, że działając zawsze dostajesz coś bardzo cennego.

Jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie mogą nam się przydarzyć, jest to, że możemy działać dążąc do swoich celów. Nie twierdzę, że jest to zawsze łatwe i przyjemne. Ale bez działania bylibyśmy znacznie bardziej ubodzy.

Działanie nas oczyszcza. Gdy działasz musisz skupić się na zadaniu i świecie. Gdy pędzisz zboczem rozpływasz się w tym, co robisz. Jesteś jednym ze światem.

Abraham Joshua Heschel pisze:

Nie możemy zanurzać się w drobiazgową analizę własnego „ja”. I nie wolno nam skupiać się na problemie egocentryczności. Drogą do oczyszczenia „ja” jest unikanie rozmyślania nad nim i skoncentrowanie się na zadaniu, które mamy do spełnienia.

Działanie jest warunkiem szczęścia

Bez działania nie jesteśmy w stanie być szczęśliwi.

Kierkegaard powiedział, że drzwi do szczęścia otwierają się na zewnątrz. Gdy ktoś usiłuje się do niego wedrzeć, przed tym się zamykają. Dopiero, gdy zajmiesz się tym, co masz do zrobienia, gdy skupisz swoją uwagę na celu, szczęście nieśmiało uchyli drzwi i wyjdzie do ciebie.

Ze szczęściem jest jak ze snem. Frankl pisze:

Sen nie przychodzi do tego, kto go zbytnio pragnie, bo tym samym wypłasza go. Dlatego sen słusznie porównywano do gołębia, który, gdy zachowujemy się spokojnie siada na ręce, ale odlatuje, gdy usiłujemy go pochwycić.

Zamiast włamywać się do szczęścia, zadowolenia, przyjemności czy klarowności, ustal cel i zacznij działać.

To może być mały cel. Nic szczególnego. Żadna rewolucyjna zmiana. Ale niech to będzie coś, co wiąże się z najcenniejszymi dla ciebie wartościami.

Pomyśl, co dzisiaj możesz zrobić.

Wybierz coś realnego. Coś, co da się osiągnąć w takich warunkach, w jakich jesteś. Z tym, czym dysponujesz. Jeżeli chcesz możesz wybrać coś rewolucyjnego, ale znacznie lepiej zrobi, gdy na początek wybierzesz coś małego i prostego.

Znajdź jakiś łatwy, prosty cel i go osiągnij. Jeżeli twoją wartością jest powiedzmy twórczość i chcesz coś napisać, usiądź i pisz przez dziesięć minut. Jeżeli chcesz zmienić pracę, możesz np. przez dziesięć minut popracować nad swoim cv. Jeżeli chcesz poprawić kondycję, idź na dziesięcio minutowy spacer.

Jeżeli dziesięć minut to zbyt dużo – rób coś przez minutę.

Rób to jutro i przez kolejne dni. Być może, zbyt wiele to ci nie da. Ale ten choćby jeden prosty krok sprawi, że coś zacznie się w tobie dziać.

Czy wiesz, co jest naprawdę ważne?

Czy wiesz, co jest naprawdę ważne?

Opublikowano 04 grudnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Brak poczucia kierunku

Życie wielu osób jest pogmatwane i pełne cierpień, bo nie wiedzą, co jest dla nich ważne.

Czy można żyć nie wiedząc takich rzeczy? Gordon Allport, jeden z bardzo cenionych psychologów, pisał w latach pięćdziesiątych, że co najmniej 25% studentów nie potrafi odpowiedzieć na pytanie Po co ja żyję? Są apatyczni, znudzeni i nie mają żadnych pasji. Czy w ciągu pięćdziesięciu lat, takich ludzi przybyło czy ubyło?

Wydaje mi się, że dziś można by było znaleźć nie więcej niż 25% młodych ludzi z poczuciem kierunku. Być może to typowe zrzędzenie „na tę dzisiejszą młodzież”. Niech jedynym usprawiedliwieniem będzie to, że moim zdaniem to i tak dobrze w porównaniu ze starszymi. W miarę upływu lat ten odsetek ostro maleje. Wśród czterdziestolatków, nie wiem czy 10% osób ma poczucie kierunku.

Ludzie oczywiście potrafią powiedzieć, co lubią i co by chcieli. Jednak preferencje to nie to samo, co wartości.

Gdy prowadziłem rozmowy selekcyjne, moi rozmówcy na pytanie, co jest dla nich ważne recytowali bez zająknięcie:

- Rozwój, wymagająca, odpowiedzialna i dobrze płatna praca, szczęśliwa rodzina. Podróże też by się przydały.

Mało kto jednak potrafił podać przekonujące przykłady, na to, że te rzeczy mają jakieś pokrycie w jego życiu. Nie trzeba być psychologiem by się zorientować, że najczęściej były to puste deklaracje. Czasem podsłuchane w telewizji, czasem od kolegów, czasem od rodziców a czasem na ambonach.

Ci ludzie najczęściej nie mieli zielonego pojęcia, co jest dla ich naprawdę wazne. Wszyscy tego chcą, to ja też. Po co się nad tym zbytnio rozwodzić?

Tymczasem, jak pisze Allport, posiadanie mocnych osobistych dążeń odróżnia człowieka od zwierzęcia, dorosłego od dziecka, a w wielu przypadkach osobowość zdrową od chorej.

Zapominając o tym, co jest dla nas naprawdę ważne stajemy się niedojrzali i chorzy (może zwierząt już do tego nie mieszajmy).

Źródło energii

Gdy nie wiesz, co jest twoją wartością, może się zdarzyć, że poświęcasz siły na coś, czego tak naprawdę nie chcesz. Na przykład starasz się ze wszystkich sił zrobić karierę, gdy tak naprawdę liczy się rodzina. Albo poświęcasz cały czas na wychowywanie dzieci, gdy liczy się tylko kariera.

W efekcie wszystko robisz na pół gwizdka. Oczywiście można mieć kilka wartości. I rodzinę i karierę. Jednak póki nie wiesz, jakie są to wartości, możesz niepotrzebnie tracić swoją energię.

Dzięki wartościom masz dostęp do ukrytych w tobie pokładów energii wewnętrznej. Gdy jesteś ich świadomy możesz podejmować znacznie mądrzejsze i bardziej trafne decyzje. W efekcie twoje życie może być pełniejsze i bardziej spójne.

Odkrywanie

Wartości się nie wybiera. Mógłbym cię przekonywać przez najbliższe cztery lata, że coś jest wartością, mógłbyś mi nawet przyznać rację, ale niewiele by to dało. Nie da się powiedzieć: od jutra moją wartością będzie wolność. Nie będzie, jeżeli nie miałeś jej w sobie od zawsze.

Wartości możemy tylko odkrywać. Szukając ich jesteśmy jak archeolodzy, którzy rozkopują ziemię w poszukiwaniu zasypanego miasta. Posuwając się głąb, ściągając kolejne warstwy ziemi są uważni i otwarci na wszystko, co się pojawia.

Docieranie do własnych wartości

O wartościach pisałem już w książce „Energia wewnętrzna”. Opisałem tam kilka sposobów pracy nad nimi.

Przygotowałem rozdział z tej książki w postaci pliku pdf. W porównaniu z książką jest tam kilka niedużych zmian. Dodałem też kilka zdjęć. Jest to lektura na jeden spokojny wieczór (albo inną, piękną porę dnia).

Zachęcam do tego by przeczytać ten rozdział i zrobić sugerowane tam ćwiczenia.

Z przyjemnością ci wyślę te materiały (oczywiście całkowicie bezpłatnie). Wystarczy kliknąć na okładkę obok. Otworzy się nowe nowe okno i zostaniesz poproszona o dopisanie się do listy subskrypcyjnej. Po potwierdzeniu, na podany adres zostanie wysłany plik. okladka_wart_opt

Miłej pracy!

Cele

Znać swoje wartości to dopiero początek. Wiele osób ma rozbabrane życie, bo nie potrafi się zabrać za działanie.

Wartości są jak wymagający dyrektor. Ciągle dają cię jakieś polecenia i wymagają byś coś dla nich robił.

Jednak sama ich świadomość nie wystarczy. Od czasu do czasu musisz pójść do gabinetu dyrektora i ustalić plan działania.

Mówić inaczej, wartości są jak drogowskazy. Wskazują kierunek, w którym powinieneś się poruszać. Jednak nigdy do nich nie dojdziesz. W stronę miłości, mądrości czy wolności człowiek dąży całe życie i nigdy nie ma poczucie, że osiągnął wszystko, co mógł.

Dlatego potrzebujemy celów. Konkretnych projektów. Konkretnych marzeń, które chcemy zrealizować.

Pod którymś z moich tekstów o marzeniach, ktoś napisał, że jego jedynym marzeniem jest pokój. To wartość, a nie cel. By konstruktywnie żyć, trzeba ją przełożyć na coś konkretnego. Co konkretnie możesz zrobić by przybliżyć do siebie tą wartość? Jaki konkretny projekt uruchomisz?

Posiadanie celów, do których dążymy jest warunkiem szczęścia. Szczęście jest tylko efektem ubocznym naszego działania. Tak jesteśmy skonstruowani. Jak ktoś powiedział – drzwi do szczęścia otwierają się na zewnątrz: kto usiłuje się do niego wedrzeć przed tym się zamykają. Szczęście przychodzi samo, gdy z poświęceniem dążysz do realizacji celów.

Przypomnienie jeżeli nie pobrałeś pliku o wartościach: Jeżeli chcesz, kliknij na ten link . Lub po prostu do mnie napisz.

Poznaj swoje naturalne siły

Poznaj swoje naturalne siły

Opublikowano 30 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 9 komentarzy

W Krakowie, jakiś czas temu pewien sprytny człowiek sprzedawał hejnał. Każdy słyszał Program Pierwszy Polskiego Radia. O dwunastej trębacz czterokrotnie gra swoją melodię. Spryciarz wypatrywał grup, które pojawiały się po dwunastej, zagadywał, a jak się okazywało, że grupa jest średnio rozgarnięta pytał:
- Szkoda, że nie słuchaliście hejnału, zawsze jest o dwunastej
- Tak, szkoda…
- Być w Krakowie i słyszeć hejnału, to rzeczywiście strata
- Tak, ale co zrobić…
- Wiecie co, hejnalista to mój znajomy, jak by wam zależało, mógłbym pogadać. Może uda mi się go namówić by zagrał specjalnie dla was.
- Naprawdę? To możliwe?
- Normalnie tego nie robi, ale rzadko w Krakowie przebywają tak wspaniali goście.
Klienci, dopieszczeni i pełni nadziei patrzą na swojego wybawcę. Ten, widząc, że ryba bierze zaczyna szarpać.

To fragment mojej nowej książki.

Właśnie wyszła. Ma format ebooka, ale można zamówić ją też w formie papierowej. Uważni czytelnicy poznają w niej kilka tekstów z bloga.

Tytuł książki „Efekt jojo w motywacji” wymyślili spece z Wydawnictwa. Jest lepszy od mojego pierwotnego (Naturalnie Spełnione Marzenia) ale nie do końca oddaje zawartość książki.

W rzeczywistości to nie tyle książka o motywacji, ale o pułapce, w jaką wpadamy zabiegając o jej zawsze wysoki poziom.

To książka o pułapce, w jaką wpadamy wierząc różnego typu guru samorozwoju.

To książka o tym, jak zapominamy o swoich naturalnych siłach starając się dopasować do obrazów narzucanych nam przez media, psychologów, rodziców i wszystkich specjalistów od „rozwoju osobistego”.

Jeżeli jesteś gotowy by trochę przestawić swój świat – zmierz się z nią.

Jeżeli jesteś gotowy bardziej zaufać sobie niż płatnym motywatorom – poznaj jej treść.

Dzięki niej nauczysz się realizować swoje zamierzenia niezależnie od tego czy masz w sobie motywację czy nie.

Klikając na link poniżej można pobrać darmowy fragment książki. Jest tam cały spis treści oraz fragment jednego z rozdziałów.

Fragment książki „Efekt jo-jo w motywacji” do pobrania

Klikając na okładkę można zamówić książkę.
Efekt jojo w motywacji - kliknij by zamówić

A co działo się na Krakowskim Rynku?

- Tylko jest mały problem. Ten hejnalista musi zapłacić ochronie wieży – wiecie, takie są przepisy. Zagra dla was za darmo, ja oczywiście grosza nie wezmę, za pośrednictwo.
- Hm… A dużo?
- Nie, jak się zrzucicie, to niewiele wyjdzie.
Po chwili zadowolony spryciarz niknie w Kościele Mariackim z pieniędzmi. Zostawienie sami sobie ludzie, który my dali pieniądze, zaczynają czuć lekkie obawy.
- A może nas oszukał – pytają siebie – może wziął pieniądze i nic z tego nie będzie?
Jednak po chwili spryciarz się pojawia.
- Załatwione. Ciężko było, ale się udało. Zagra specjalnie dla was.
- Super! Wspaniale!
Wybija pełna godzina. Hejnalista otwiera okienko i zaczyna grać. Wniebowzięta grupa słucha z zapartym tchem, jak hejnał płynie ze strzelistej wieży wprost do ich uszu. Spryciarz znika. Skromny człowiek. Nawet nie czekał, aż mu podziękują.
I wszystko świetnie. Klient jest zadowolony. Pieniądze zostały zapłacone. Tylko jest mały problem. Hejnał jest grany co godzinę. O każdej porze dnia i nocy. Nie tylko w południe, tak jak w radiu. Nie musisz nikomu płacić, by go wysłuchać.
Sprzedawcy motywacji są jak ten spryciarz. Masz wszystko, co jest Ci potrzebne, by osiągnąć sukces. Masz w sobie tyle motywacji, ile trzeba, by zrealizować swoje marzenie. Nikomu nie musisz płacić, nie musisz jeździć na żadne szkolenia, nie musisz słuchać „mistrzów” motywacji, nie musisz czytać kolejnych książek.
Wszystko, co potrzeba, masz tu i teraz. Nie gdzieś w podświadomości, w głębi, w możliwości. Nie. Tu i teraz.
Wystarczy, że zabierzesz się za działanie. Czekanie na motywację i nastrój tylko Cię rozprasza. Motywacja pojawi się sama, gdy zaczniesz działać. Przyjdzie chwila, gdy poczujesz przepływ. Gdy cały świat będzie Cię niósł. Gdy poczujesz, że wszystko jest zgrane, harmonijne i piękne. Że wszystko się ze sobą łączy.

Jak sobie ułatwić osiągnięcie celu?

Jak sobie ułatwić osiągnięcie celu?

Opublikowano 28 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Francuz, Pierre le Grand z wyspy Tortuga, zmęczony życiem myśliwego i plantatora (tzw. bukaniera), zebrał kilkunastu kompanów i wypłynął na morze. Ledwo mieścili się w swojej łódce. Chcieli złupić jakiś niewielki statek handlowy. Nie mieli jednak szczęścia. Byli na pełnym morzu już od kilku dni, ciągle jednak nic nie spotkali. Skończyła im się woda i jedzenie, dokuczał upał i niewygody.

Już mieli zrezygnowani wracać, gdy ktoś w dali zobaczył żagiel. Rzuci się w jago stronę najszybciej jak mogli. Jednak im lepiej mogli go widzieć, tym bardziej rzedły im miny. To nie był „niewielki statek handlowy”. To był ogromny okręt wojenny z rzędem dział po obu stronach burty i załogą liczącą ponad 200 osób. Małe szanse by trzydziestka wygłodzonych i obdartych plantatorów, stłoczonych w niewielkiej żaglówce i uzbrojonych jedynie w noże i pistolety, mogła coś wskórać. Z drugiej strony zdobycz kusiły. Byli głodni i wycieńczeniu, a na statku było jedzenie i być może jakieś pieniądze.

Łódź została zauważona z okrętu wojennego. Jeden z oficerów zameldował to kapitanowi. Ten spojrzał, nie przerywając gry w karty i powiedział: „No i co z tego? Nie obawiam się nawet okrętu tak wielkiego i potężnego jak mój, a cóż dopiero takiej łupiny”. Spokojnie wrócił do kart.

Zapadł zmrok a łódź ciągle trzymała się w okolicy okrętu. Głodni i zmęczeni bukanierzy postanowili działać. Zaczęli od złożenia przysięgę wobec siebie „iż w boju nie okażą najmniejszej obawy czy słabości”. To było zaklinanie rzeczywistości. My również często powtarzamy sobie takie rzeczy: tym razem się uda, zrobię, to będę niepokonany! Efekty – wiadomo jakie są. Nasz Pierre, nie byłby la Grande (Wielki) gdyby o tym nie wiedział. Dlatego zrobił coś jeszcze. Gdy cicho podpływali pod burty okrętu, kazał wywiercić w dnie łodzi dziurę. Im bardziej podpływali, tym bardziej łódź się zanurzała. Gdy mogli chwycić się burt, łódź cicho poszła na dno.

Nie mieli odwrotu. Mogli iść tylko do przodu. Błyskawicznie wdrapali się na pokład i zaatakowali zbrojownię. Potem wdarli się do wielkiej kabiny, gdzie kapitan ciągle grał w karty. Przystawiając mu pistolet do piersi kazali poddać cały okręt. Okazało się, że statek wiózł ładunek złota. Pierre la Grand zatrzymał tylu żołnierzy ilu potrzebował do obsługi żagli a pozostałych wysadził na ląd. Następnie wrócił do Francji i nigdy nie wrócił na Karaiby. Gdy tylko rozeszła się wiadomość o jego wyczynie, morze zaroiło się od podobnie działających, gotowych na wszystko rzezimieszków. Przez następne kilkaset lat, regularne armie nie mogły sobie poradzić z “piratami z Karaibów”.

Takich historii można opowiedzieć więcej. Wielcy wodzowie przekraczali Rubikon, palili za sobą mosty czy palili własne okręty – jak choćby w 711 roku Tarik ibn Ziyad, dowódca, który na kilkaset lat podbił Hiszpanię:

O moi wojownicy, dokąd mielibyście umknąć? Za wami jest morze, a przed wami wróg. Zostaliście jedynie z nadzieją na odwagę i stałość … jeżeli będziecie zwlekać z szybkim uchwyceniem zwycięstwa, wasz szczęśliwy los zniknie, a wasz nieprzyjaciel, którego obecność napełnia was strachem przeważy… oto stoi przed wami wspaniała okazja do pobicia go, jeżeli tylko odważycie się chętnie narazić się na śmierć[i].

Bliższy naszym czasom jest inny dowódca, który zastosował tą samą technikę. Henran Cortez, konkwistador, który z grupą zaledwie kilkuset żołnierzy podbił ogromne imperium Inków. Zanim spalił okręty, by wyleczyć swoich żołnierzy z wahań, najpierw wymontował z nich wszystko, co stanowiło jakąkolwiek wartość (metalowe części, działa, żagle, itp.).

Nie chodzi o niszczenie

Strategia „palenia okrętów” nie polega na bezmyślnym niszczeniu. Nie chodzi o to, byś zaczął wszystko rozwalać, gdy tylko wpadnie ci do głowy marzenie. Nie chodzi o to, by utrudniać sobie życie, nieprzemyślanymi krokami.

Chodzi o to, by z rozmysłem stworzyć warunki, w których nie będziesz rozdarty między możliwościami. Gdy droga do tyłu jest tak samo otwarta jak droga do tyłu, jesteś w zawieszeniu. Twój umysł błąka się to tu, to tam. W efekcie nie wykorzystujesz wszystkich możliwych okazji i wszystkich własnych możliwości działania.

Póki droga odwrotu jest tak samo otwarta jak droga do przodu, nie możesz być pewny swojej woli. W jednej chwili możesz czuć energię i zapał, ale w drugiej możesz poczuć rezygnację. Gdy pojawią się trudności lub będziesz miał gorszy dzień, okaże się, że chcesz tylko na wpół. Że twoja wiara w sukces nie do końca jest pewna, że trudno ci się do czegoś zmobilizować. W takiej sytuacji spalone, lub przynajmniej podtopione okręty bardzo się przydają. Gdy nie masz innego wyboru, łatwiej uwierzyć, że może

Kilka sugestii

Możesz zrobić kilka rzeczy:

Nie planuj odwrotu. Wiele osób myśli o swoich marzeniach, z góry planując drogę odwrotu i nazywając ją planem awaryjny. Mówią np. jak mi nie wyjdzie własny biznes, to zawsze mogę liczyć na etat. To nie jest żaden plan awaryjny, ale plan ucieczki. Dobry plan awaryjny to plan działań typu: „jak mi nie wyjdzie w ten sposób, to spróbuję tak, jak nie drzwiami, to oknem”. W takim planie nie ma miejsca na ucieczkę.

Zaangażuj innych ludzi by utrudnili ci tkwienie w miejscu. William James pisze: „Pamiętam, że niegdyś czytałem w jednej z gazet austriackich ogłoszenie pewnego Rudolfa, który obiecał pięćdziesiąt guldenów nagrody człowiekowi, który pod dacie ogłoszenia spotka go w winiarni. «Czynię to – wyjaśniał dalej w ogłoszeniu – wskutek przyrzeczenia, danego mej żonie». Taka żona i takie właściwe pojmowanie sposobu pozbywania się starych nałogów, mogą każdego ośmielić do zaryzykowania pieniędzy i założenia się, że Rudolf dotrzyma postanowienia.

Nie musisz dawać ogłoszenia w gazecie. Możesz poprosić ludzi (lub ich nawet zatrudnić) by uprzykrzali cię stanie w miejscu. Niech cię wyśmieją, gdy nie uda ci się tego osiągnąć. Możesz założyć się z kimś, o coś cennego, że uda ci się dopiąć swego.

Podbij stawkę. Przez wiele lat usiłowałem zrobić prawo jazdy. Bez żadnych efektów poświęciłem na to wiele energii. Gdy dowiedziałem się, że będę ojcem, zrobiłem je w ciągu miesiąca. Tym razem wiedziałem do czego jest mi potrzebne. Wiedziałem, że bez niego (moja żona również nie miała wtedy prawa jazdy) dziecko będzie miało znacznie ciężej. Usiądź jeszcze i spisz wszystkie korzyści, jakie osiągniesz dzięki realizacji swojego marzenia. Zrób tak długa listę, jak tylko się da. Czego, z tej całej listy najbardziej potrzebujesz? Bez czego nie możesz żyć?

Podnieś koszty nie działania. Dla niektórych pomocna jest prosta strategia karania się i nagradzania. Np.: nie golę się, dopóki nie ukończę książki, albo nie umawiam się na randki, póki nie zarobię pierwszych 10 000. Nie zawsze to dobrze działa – czasem buduje niepotrzebne napięcie i stres. Może jednak być pomocne.

Zrób krok do przodu (rozważny). Pozbądź się tego, co nie jest ci potrzebne do realizacji celów. Zwolnij się z pracy, wyjedź za granicę, zapisz się na studia, itd. Nie zwlekaj, aż zapał ci przejdzie.


[i] http://www.fordham.edu/halsall/source/711Tarik1.html

Determinacja i pokora

Determinacja i pokora

Opublikowano 15 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 17 komentarzy

Dwie osoby

Z jednej strony człowiek pewny siebie, zdecydowany i wierzący we własną gwiazdę. Gdy starał się o przyjęcie na Hervard, jeden z profesorów zapytał go czy jest inteligentny.

- Jestem zajebiście inteligenty – odpowiedział.

Najlepiej czuł się w drogim, włoskim garniturze, na środku sali, gdy mógł opowiadać innym o swoich genialnych pomysłach. Poruszał się jak gwiazda filmowa świadoma otaczających ją wielbicieli i fotoreporterów. Patrzył przed siebie twardym, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

Z drugiej człowiek skromny, świadomy swoich braków. Zza dużych okularów przypominał cierpliwego nauczyciela z małomiasteczkowej szkoły. Najlepiej czuł się w kraciastej koszuli, na swojej farmie i w ulubionej koparce. Nie udzielał zbyt dużo wywiadów, rzadko był obiektem zainteresowania fotografów. Jeżeli już musiał być w centrum, wolał odwracać uwagę od siebie i kierować ją na coś innego.

Gdyby tych ludzi postawić obok siebie i zapytać przechodniów, który ma szansę zrobić karierę, dziewięćdziesiąt procent wskazałoby pierwszego. Takie czasy. Trzeba być przebojowym, agresywnym i zdecydowanym. To musi być prawda, skoro tyle osób tak uważa. Osoby przebojowe i całkowicie bezkompromisowe są szybciej dostrzegane i łatwiej robią karierę. Tak, ten pewny siebie człowiek zrobił karierę. Został prezesem ogromnej, zatrudniającej kilkadziesiąt tysięcy osób firmy. Przez długi czas gazety i inwestorzy czcili go jak geniusza.

Ale temu drugiemu, mimo wszystko też się udało. Też został prezesem dużej firmy. Tyle, że końcowe efekty jego działania były zupełnie inne. Najpierw jednak wróćmy na chwilę do naszej gwiazdy.

Wrodzony talent

W życiu trzeba mieć talent. Trzeba mieć ten dar od Boga (lub Natury lub Losu). Gdy masz, wszystko przychodzi łatwo i prosto.

Firmą, która zapoczątkowała ruch „zarządzania talentami” był McKinsey. Troje z jej kluczowych konsultantów napisało bestseller „War for talents”. Na świecie trwa wojna o talenty. Ten, kto ją wygra, wygra wszystko. Trzeba jak najszybciej znajdować utalentowanych ludzi (najlepiej jeszcze na studiach), pozyskiwać ich i tworzyć im odpowiednie warunki (płacić, płacić, płacić i raz na rok oceniać). Sukces jest kwestią czasu. Nie można przegrać, gdy masz ludzi z talentami.

Możesz przegrać tylko wtedy, gdy nie jesteś agresywny. To wojna a nie popołudniowa przechadzka. Nie może ci zadrżeć ręka przy zwalnianiu starych, ale nie tak zdolnych pracowników. Nie możesz się wahać przed awansowaniem młodych zdolnych ponad głowami bardziej doświadczonych.

Jednym z najbardziej utalentowanych konsultantów McKinseya, najmłodszym w historii partnerem był Jeffrey Skilling. Dosyć szybko został szefem ogromnej firmy obsługiwanej przez McKinseya. Oczywiście od razu wdrożył w niej program zarządzania talentami. Przyjmował ludzi takich jak on – młodych, zdolnych i agresywnych.

Skilling, sam o sobie mówił:

Mój geniusz nie tylko określa moją wartość, on także określa wartość tej firmy. Mój geniusz kreuje wartość. Mój geniusz jest zyskiem dla firmy!

To się nazywa rozmach. Uważać się za geniusza to drobnica. Uważać się za geniusza wartego miliardy dolarów – to dopiero coś.

Firma nazywała się Enron. Gdy okazało się, że pomysły Skillinga nie są genialne, ani nawet dobre, jedynym rozwiązaniem stały się oszustwa. Skilling z kolegami zaczął na wielką skalę fałszować dane księgowe. Był zbyty bystry by nie domyślać się, jak to się skończy. Nie był jednak w stanie znieść świadomości, że nie jest geniuszem. Był w stanie zrobić dosłownie wszystko byle tylko nie okazało się, że jest zwykłym śmiertelnikiem, który jak inni popełnia błędy.

Jego niezachwiana wiara we własny geniusz doprowadziła do utraty pracy przez 22 tysiące osób oraz bilionowych strat, jakie ponieśli inwestorzy. On sam został zmuszony do przeprowadzki z najwyższego piętra oszklonego wieżowca do znacznie mniej przestronnej, więziennej celi. Dostał 24 lata bez możliwości zwolnienia przed upływem 20 lat. Oczywiście uznał wszystko za spisek. Pewnie dalej czuje się tak samo cenny. Nie sądzę jednak by więzienie, w którym przebywa rozważało wejście na giełdę.

Opinia jaką ma Skilling na swój temat nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jego mniemania, przez pierwszy okres kariery, gdy ważne było robienie wokół siebie szumu, zapewne były pomocne. Ale później, gdy sprawa przestała się do tego sprowadzać, doprowadziły do katastrofy. Skilling całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Jego inteligencja (naprawdę wysoka) na nic mu się nie przydała, bo nie potrafił odczytać tego, co wokół dzieje.

Mimo tego, że co pewien czas mamy okazje przyglądać się opłakanym skutkom działania ludzi takich jak Skilling czy ostatnio Madoff, ciągle pokutuje wyobrażenie, że w biznesie nie da się inaczej. Że co prawda bycie pyszałkiem zbyt estetyczne nie jest, ale to wynik ostrej konkurencji, XXI wieku czy specyfiki biznesu. Taki styl wydaje się odpowiednim przystosowaniem do warunków. Ale to nie jest prawda.

Ciągły rozwój

Jim Collins, który zajmuje się badaniem przedsiębiorstw odnoszących długotrwałe sukcesy, w książce „Good to great” (Od dobrego do wielkiego) jako pozytywny przykład opisuje firmę Kimberly-Clark. Jej szefem był Darwin E. Smith. Gdybyś zainwestował jednego dolara, w dniu w którym Smith objął jej stery, po 20 latach w dniu gdy przeszedł na emeryturę zrobiłoby się z niego 40 dolarów. To cztery razy lepszy wynik niż to, co osiągnęły dobre firmy giełdowe.

W 1971 roku, gdy Darwin E. Smith został wybrany prezesem, jeden z dyrektorów wziął go na bok i zapytał, czy zdaje sobie sprawę, że nie ma wszystkich potrzebnym na tej pozycji kompetencji. Smith ani się nie obruszył, ani nie zaprzeczył. Sam zbyt dobrze o tym wiedział. Nie uważał się za osobę wyjątkową ani wybitnie uzdolnioną. Po wielu latach, gdy osiągnął sukces, zadano mu pytanie jak udało mu się to zrobić. Smith odpowiedział:

- Nigdy nie zaprzestałem prób by zdobyć kwalifikacje do tej pracy.

Zespół Collinsa przebadał wiele firm. Okazało się, że w każdej z „wielkich” szefem był ktoś, kto przejawiał, jak to nazywa Collins „piąty poziom zarządzana”. Charakterystyczną cechą tego stylu jest osobista pokora (personal humility).

Żaden z szefów tych firm nie miał rozbuchanego ego. Nikt z nich nie twierdził, że wszystko wie, że jest najmądrzejszy, że nigdy się nie myli i zawsze osiąga sukcesy. Nikt z nich nie mówił o sobie per „geniusz” lub „urodzony talent”.

Szefowie tych firm:

…nigdy nie chcieli zostać super-bohaterami (larger-then-life hero). Nigdy nie aspirowali do tego by być na piedestale lub stać się niedosięgłą ikoną. Byli zwyczajnymi ludźmi, którzy bez rozgłosu osiągali niezwyczajne rezultaty.

Okazuje się, że to pokora jest kluczem a nie pycha.

Pokorny i zdeterminowany człowiek

Nie chodzi o dwóch różnych ludzi, mimo, że „pokorny zdeterminowany” brzmi jak oksymoron. Albo jesteś pokorny albo zdeterminowany? Niby dlaczego te dwie rzeczy miały się wykluczać? Collins pisze, że piąty poziom zarządzania to „paradoksalna mieszanka pokory osobistej z silną wolą”. Owszem tego rodzaju szefowie nie lubią mówić o swoich osiągnięciach, nie lubią błyszczeć na świeczniku. Ale to nie znaczy, że lubią zgadzać z każdym zdaniem i poddawać się każdej trudności. Przeciwnie. Dzięki temu, że nie muszą się promować i udowadniać geniuszu, potrafią skuteczniej niż inni zadbać o firmę. Gdy to nie ty jesteś w centrum własnej uwagi, ale firma, którą kierujesz, możesz osiągnąć naprawdę wiele.

Pyszałkowatemu Skillingowi, tak naprawdę nie zależało na firmie. Jemu zależało tylko na własnej wielkości.

Determinacja neurotyka

Jedynym ważnym dla Skillinga celem było pokazać światu swój geniusz. Jeżeli nie jestem geniuszem to niech się wali cały świat. Nic innego się nie liczy. Tysiące ludzi bez pracy, miliony osób tracących zainwestowane oszczędności – to mały pikuś w porównaniu z moją tragedią. Z tym, że ktoś zaprzecza mojej genialności.

Taka osoba robi wrażenie szalejącego tygrysa. Ale jej determinacja nie jest skierowana na konstruktywne działanie. Ten szalejący tygrys jest ślepy. Jego pazury trafiają w pustkę. Walczy z urojonymi duchami, które zagrażają jego urojonej tożsamości. Równocześnie nie dostrzega, że wokół zaciska się prawdziwa sieć.

To nie jest determinacja zdrowej osoby. Jest to typowy mechanizmem neurotyczny. Karen Horney tak go opisuje:

Oto mówi sobie, że jest i będzie kimś nieporównanie lepszym od „nich”. Stanie się kimś naprawdę wielkim i wszystkich zawstydzi. On im pokaże jak dalece go nie docenili i jak bardzo skrzywdzili. Stanie się wielkim bohaterem (w przypadku Stenhalowskiego Juliana – Napoleonem) prześladowcą, przywódcą, uczonym o nieśmiertelnej sławie.

Taki super-bohater stawia sobie szereg wymagań, ale nie po to by coś wnieść do świata, ale po to, by ciągle udowadniać sobie i innym swoją wyjątkowość:

Uzasadnieniem dla stawianych wymagań, jest przekonanie o posiadanych wybitnych przymiotach, na które składają się: większa od innych wiedza, „mądrość’ i zdolność przewidywania. (Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka)

Takie szarpanie się jest efektem wewnętrznej rozpaczy związanej z brakiem poczucia akceptacji. Skilling nie miał grama zdrowej akceptacji siebie. A z akceptacją siebie jest trochę jak z butami. Gdy są dobre, zapominasz o stopach. Gdy ciągle o nich pamiętasz, coś jest nie tak.

Ludzie, którzy akceptują siebie nie mają potrzeby zajmowania się sobą. Zapominają o sobie, jak zapomina się o wygodnych butach. Gdy ciągle wracasz do siebie, coś jest nie tak.

Pokorna determinacja

Gdy nie musisz walczyć z duchami, które zabierają ci twoją urojoną nieśmiertelność możesz zacząć osiągać coś rzeczywistego.

Darwin E. Smith był równocześnie pokorny i zdeterminowany. Pochodził z ubogiej rodziny i aby skończyć college, pracował dniami a uczył się nocami. Dzięki uporowi dostał się na prawnicze studia na Harvardzie. Gdy kilka miesięcy po objęciu posady prezesa, lekarze wykryli u niego raka krtani i dali mu rok życia, nie przestał ani na chwilę pracować. O chorobie poinformował zarząd, podkreślając, że ciągle jeszcze żyje. Dalej pracował jako prezes, równocześnie jeżdżąc na naświetlania. To tylko jego życie osobiste. Kierując firmą przejawiał jeszcze więcej determinacji.

To nie była sierotka, która na każdą przeciwność reaguje nieśmiałym westchnieniem: „może mi się uda” czy „byle nie zapeszyć”.

To był człowiek, który miał przed sobą cel i do tego celu dążył, nie rozpraszając się na olśniewanie innych.

Naprawdę silnym jest się wtedy, gdy nie tracisz energii na ukrywanie przed sobą własnych słabości. Cała siła może być wtedy skierowana na spójne, konstruktywne działanie. Wiem, łatwo się mówi a trudno to osiągnąć praktyce. Dziś, gdy szedłem do pracy nagle na mnie to spłynęło: Jak nieporównanie prostsze byłoby moje życie, gdybym nie musiał tak bardzo się starać być takim, jak sobie to wyobrażam. Ale powoli idę do przodu.

Kuerti zapytałeś mnie w komentarzu:

Zdaję sobie sprawę z własnych słabości, ale wierzę jednocześnie, że uda mi się je kiedyś poprawić… To pycha czy po prostu optymizm?

Dla mnie to nie jest pycha. Jeżeli nie traktuję się jak człowieka bezbłędnego, jeżeli nie mam w głowie etykiet, jaki to genialny jestem i nie tracę energii na podtrzymywania dobrego mniemania o sobie – nie ma to nic wspólnego z pychą. Gdy do tego znam swoje słabości – jestem realistą. Dla mnie nie jest to także optymizm, ale realizm połączony z nadzieją.

Pokora przecież nie wyklucza posiadania nadziei (marzeń czy pragnień). Twoje nadzieje, nawet te wielkie nie sprawiają, że stajesz się pyszny.

Ale jest jedna ważna rzecz. Nadzieja to nie żądanie. Czasem te rzeczy mylimy. Nadzieja to chcę. Chcę nawet bardzo mocno. Bardzo mi na tym zależy. Chcę wygrać zawody, napisać książkę, zbudować dom, znaleźć miłość życia, awansować, itp. To nic złego. Są ponoć zdrowi ludzie, którzy pozbyli się wszystkich pragnień. Nie spotkałem jeszcze i nie za bardzo wiem gdzie spotkać. Dla mnie posiadanie pragnień i dążenie do ich realizacji ze wszystkich sił jest zdrową rzeczą. A nawet niezbędną. Za dużo widziałem ludzi, którzy pozbawieni celów i marzeń, marnowali dzień za dniem.

Czymś innym jednak jest żądanie. Pragnienie to chcę. Żądanie to muszę. To neurotyczny, pyszałkowaty przymus. Gdy tak nie będzie świat się zawali, ludzie będą okropni, ja nie będę miał prawa istnienia. Żądam, bo „mi się należy”. Żądanie jest wtedy, gdy dążysz do wygrania zawodów, bo musisz, bo inaczej nie będziesz się czuł wartościową osobą. Wtedy, gdy dążysz do napisania książki, by udowodnić, że jesteś coś warty. Gdy dążysz do pieniędzy, bo inaczej będziesz czuł się nikim lub osobą pozbawioną wolności. Gdy szukasz bliskiej osoby, bo sam czujesz się nic nie warty.

Wywalić całe to muzeum

Pycha nie polega na tym, że czegoś chcesz od życia. Pycha polega na tym, że identyfikujesz się z pozytywnymi mniemaniami na swój temat.

Oczywiście być całkowicie pokornym jest ciężko. Anthony De Mello napisał:

Zaprawdę świętym był ten, kto powiedział „Jestem tylko czterema ścianami z pustką między nimi” Nikt nie może być pełniejszy.

To nie takie łatwe przez dłuższy czas być aż takim realistą. Ale wystarczy przestać zapełniać te cztery ściany swoimi pomnikami: pomnik genialnego szefa, który zawsze wygrywa; pomnik doskonałego kochanka; pomnik troskliwego rodzica, pomnik natchnionego muzyka… Tak samo nie należy wypełniać tych ścian pomnikami w innym stylu: pomnik nieśmiałego człowieka; pomnik człowieka, któremu nigdy nic się nie udaje; pomnik osoby, która nie ma talentu do pisania czy pomnik osoby, która biedna się urodziła i biedna umrze.

Zapełnianie naszych czterech ścian pomnikami sprawia, że miejsce do życia zmienia się w muzeum a my stajemy się jego kustoszami. Przestajemy żyć a zaczynamy konserwować. Czasem, gdy uda nam się uwieść innych, możemy mieć nawet całkiem spory ruch. Ludzie nas odwiedzają, podziwiają i gratulują. Ale ten ruch to tylko pozory życia.

Jak zabrać się za rozbijanie pomników? Kilka pomysłów z brzegu:

  • spisać listę swoich słabych stron (konkretnie) i opracować sposób pracy nad nimi,
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do swoich pomyłek i błędów,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię zbytnio i w sposób przesadny wychwalać, przyjąć tą część pochwał, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną (mimo, że przyjemną),
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najlepszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kto jest lepszy i poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię chwalą i nigdy nie krytykują (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które zawsze doskonale ci wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo zajmujesz się zbyt łatwymi rzeczami)
  • gdy czujesz się doskonały i zaawansowany zająć się rzeczami, których nie umiesz i które ci kiepsko wychodzą. Najlepiej raz na jakiś czas zacząć uczyć się rzeczy, co do których myślisz, że „nie masz uzdolnień” (np. nauczyć się chińskiego, gry na klarnecie, surfowania czy wyszywania haftem krzyżykowym).

To lista raczej dla tych, którzy mają pomniki „patetyczne”. Nie należy przesadzać, bo nie chodzi o zmianę pomników patetycznych (ja-geniusz) na dramatyczne (ja-ofiara losu).

Dla kolekcjonerów pomników dramatycznych proponuję:

  • spisać listę swoich mocnych stron (konkretnie),
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do tego co ci wychodzi i w czym osiągasz sukcesy,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię w sposób przesadny krytykować, przyjąć tą część krytyki, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną,
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najgorszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kogo możesz poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które nigdy ci nie wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo stawiasz przed sobą zbyt trudne cele)
  • Wreszcie nauczyć się czegoś dobrze i dość w jakiejś umiejętności do wyższego poziomu zaawansowania.

* * *

Masz może jakiś inne pomysły? Co o tym myślisz?

Zanurkować w deszcz

Zanurkować w deszcz

Opublikowano 26 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Od pewnego czasu w wolnych chwilach czytam książkę napisaną w 1928 roku przez japońskiego psychiatrę Shōma Morita. Najczęściej czytam ją porcjami dziesięciominutowymi, ale to wystarczy by mieć wiele do myślenia. Ostatnio przeczytałem historię wyleczenie pewnej pacjentki.

Pacjentka z atakami palpitacji

Kobieta od kilku lat cierpiała na ataki bólu i palpitacje serca. W trakcie ataków nie mogła położyć się na łóżku, ale ze względu na ból musiała siedzieć podparta. Ataki zawsze powtarzały się codziennie przez kilka dni.

Podczas badań okazało się, że kobieta jest zdrowa od strony fizycznej – ma zdrowe serce i nie cierpi na schorzenia, które mogłyby wywoływać ból.

Podczas pierwszej rozmowy pacjentka powiedziała, że tej nocy ból na pewno się pojawi, bo poprzedniej miała pierwszy atak. Morita relacjonuje:

Poprosiłem ją, by wieczorem przyjęła w łóżku poziomą pozycję (taką, w której atak jest najbardziej prawdopodobny) i postarała się samodzielnie wywołać ból. Poprosiłem ją, by uważnie obserwowała, od samego początku cały przebieg ataku. Obiecałem, że jeżeli to zrobi, nauczę ją zapobiegać atakom w przyszłości. Zapewniłem ją, że nawet, gdyby miała odczuwać ból przez całą noc, warto wytrzymać by w perspektywie na stałe pozbyć się dolegliwości. Klientka obiecała, że tak postąpi.

Podczas następnej wizyty, opowiedziała, że próbowała zrobić tak, jak jej poleciłem, ale nie była w stanie wywołać ataku. Zasnęła w przeciągu pięciu minut i nie obudziła się aż do rana. Gdy zapytałem ją czy myśli, że ataki powrócą, odpowiedziała, że jest przekonana, że nie, gdyż jest od nich uwolniona, mimo, że nie potrafi powiedzieć dlaczego. Wyjaśniłem jej, że to taitoku [termin zen oznaczający wiedzę pochodzącą z bezpośredniego doświadczenia, będącą przeciwieństwem rikai – wiedzy pochodzącej z intelektu]. Ta wiedza nie jest ani teorią ani ideologią.

Gdy zaakceptowała moją instrukcję, stała się zdeterminowana do tego by cierpieć przez całą noc i zanurkować w tym, co ją przeraża. Przestała obawiać się ataku, który ma nastąpić i przestała zajmować się kwestią uniknięcia go. To był powód, dla którego atak nie nastąpił. Poprzednio, gdy spodziewała się ataku, chciała go uniknąć, to wywoływało konflikt mentalny, który powiększał cierpienie i lęk.

Bez potrzeby unikania bólu

Czytając ten opis uświadomiłem sobie, że dokładnie ten sam proces był podstawą mojego małego sukcesu związanego z prawem jazdy (pisałem o nim tutaj). Poprzednio ile razy chciałem zdać egzamin, bałem się związanego z tym bólu. Bałem się:

  • wstydu, że nie zdam,
  • zażenowania (taki stary, a jeszcze nie ma prawa jazdy),
  • rozczarowania (własnego i innych ludzi)
  • etykietki mało zdolnego, itp.

To wszystko było na tyle nieprzyjemne, że moja energia się rozpraszała. Z jednej strony starałem się skupić na nauce i zadawaniu, z drugiej zminimalizować nieprzyjemności. W efekcie byłem jak ktoś, kto chce dojść do domu, ale zamiast tego przeskakuje od okapu do okapu, bo zaczął padać deszcz a on nie ma parasola.

Fragment osiemnastowiecznej, księgi samurajów Hagakure cytowałem już w „Energii wewnętrznej”:

Jest coś, czego możesz się nauczyć podczas burzy. Gdy dopadnie cię nagła ulewa, nie próbuj się przed nią schować, ale szybko pobiegnij drogą. Przechodzenie od okapu do okapu nie uchroni cię od wody. Gdy jesteś zdeterminowany od samego początku, nie pogubisz się, mimo, że przemokniesz.

Gdy nasza uwaga jest rozproszona miedzy unikaniem deszczu a szybkim dotarcie do celu, zazwyczaj grzęźniemy gdzieś po drodze. Stajemy się pogubieni, nie dość klarowni.

Cel – gdzie biegnę?

Gdy toczą się sprawy życia i śmierci nikt nie bawi się w unikanie deszczu. Nie muszą to być dosłownie sprawy życia i śmierci. Wystarczy, że są to np. kwestie finansowe. Ile osób jest w stanie solidnie zmoknąć, byle im dobrze zapłacili? Ale mogą to być także sprawy innych ludzi.

Dla mnie dużą siłą jest uświadomienie sobie ceny, jaką inni zapłacą za moje zaniedbania. Ja sam wszystko jeszcze jakoś zniosę, ale dlaczego inni mają płacić za moje lenistwo?

Dla wielu z nas taka zewnętrzna motywacja jest bardzo silna. Znacznie silniejsza niż np. oczekiwanie, że będę się dobrze bawić lub będę bardziej doskonały.

Cel, który nie dotyczy nas samych ma w sobie siłę, która uodparnia nas na niewygody. Gdy jedyne, na czym mi zależy jest moje samopoczucie, dobra zabawa czy doskonałość, staję się nadmiernie wrażliwy na przeszkody. Mdleję przed byle pogorszeniem warunków.

Gdy dążę, do czegoś poza mną, kwestie samopoczucia przestają być tak ważne. Staję się znacznie mniej delikatny.

Moje wewnętrzne niedogodności przestają być ważne, gdy widzę siebie jako człowieka działającego w świecie i przekształcającego ten świat.

Nie chodzi o to by być twardym

Wiele osób zna nieco podobną strategię. To stary, żołnierski sposób „na twardziela”: gdy idziesz w bój, przygotuj się na śmierć. Gdy np. boisz się wystąpienia publicznego wyobraź sobie, co najgorszego może cię spotkać. Zobacz jak cię wyśmiewają i krytykują. Albo, gdy wstydzisz się podejść do nieznanej osoby, pomyśl, co najgorszego może się stać. Wyśmieje cię? Wezwie policję?

Czasem zdarza mi się mieć ciężki czas podczas pisania. Siedzę i trudno mi wydusić z siebie coś sensownego. Piszę i od razy kasuję. Boję się, że nie napiszę nic sensownego i nikt nie znajdzie w tym nic przydatnego. Co zrobić? Zgodnie z tą metodą, powinienem wyobrazić sobie niezadowolonych czytelników. Fajnie, tylko, że gdy to widzę, wcale nie chce mi się pisać. Po co mam to robić? Jakim cudem mam mieć ochotę pisać dla ludzi, którzy tego nie potrzebują?

Nie jestem masochistą. Nie muszę pisać. Nie muszę występować publicznie. Nie należę do tych, którzy robią coś, bo ktoś im kazał. Nie chodzę już do szkoły. Nie mam nad sobą szefa. Jak coś mi się nie podoba, nie robię tego.

Ciekaw jestem czy ktokolwiek zastosował sposób „na twardziela” więcej niż trzy razy. Za pierwszym razem może być skuteczny na zasadzie autosugestii. Za trzecim, siła sugestii maleje i okazuje się, że gdy wyobrażam sobie swoje porażki jest jeszcze gorzej. Jestem przekonany, że ktoś, kto poleca tą metodę, sam nie próbował je używać.

Morita wcale nie przekonywał klientki o tym, że w życiu trzeba być twardym. Słowem nie, że musi być gotowa do tego by znosić ból. Zamiast tego dał jej cel. Cel w świetle, którego ból stał się mało ważny. Ciągle dokuczliwy, ciągle nieprzyjemny i nie chciany, ale mało ważny.

Twardziel, to ktoś, kto szuka trudności dla samej trudności. To ktoś, kto wybiega na deszcz by udowodnić (często także sobie), że się go nie boi. To nie jest ani postawa samuraja, ani mądrego człowieka. Nie chodzi o to, by być mokrym. Jak nie musisz nie wychodź na deszcz. A jak musisz wyjść i masz przy sobie parasol, to wyciąg go zanim wyjdziesz. Jeżeli możesz uniknąć deszczu – uniknij.

Nigdy jednak nie trać czasu na szukanie parasola, gdy masz coś ważnego do załatwienia. Nie pozwól by krople deszczu ci przeszkodziły.

Skoro i tak zmokniesz, jaki ma sens chowanie się przed deszczem?

Skoro i tak będziesz cierpieć, jaki ma sens chowanie się przed cierpieniem? Lepiej cierpieć z sensem, idąc do przodu niż bez sensu, usiłując wszystko wygodnie ułożyć.

Lepiej czuć ból biegnąc z determinacją do przodu, mając świadomość, że robisz coś ważnego, niż czuć ból będąc schowanym pod okapem.

Znosić z odwagą codzienne cierpienie, które jest konieczne – to jest mądrość.

Rozejrzyj się wokół

Ktoś może powiedzieć, odróżnić cierpienie, które warto znosić, od tego, które nie warto, jest bardzo trudno. Tak, trudne dla naszego intelektu. Ale gdy masz przed sobą ważny cel i nie oszukujesz siebie samego, dobrze wiesz, co musisz znieść, a co nie.

Gdy ciągle masz wątpliwości, to znak, że jeszcze usiłujesz dopasować siebie samego do papierowych fantazji. Że ciągle starasz się stosować do jakichś ideałów.

By wyjść z tego błędnego koła, rozejrzyj się wokół siebie. Choćby na chwilę zobacz, co się dzieje wokół ciebie.

Przestań ciągle szukać odpowiedzi na pytanie o to jak się dziś czujesz, dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa i jak możesz zmienić swoje życie. Zamiast tego pomyśl, co się dzieje w ludziach, którzy cię otaczają. Co czują? Czego się boją? Z czego się cieszą?

Przestań przygotowywać się do życia, bo ten deszcz zawsze będzie padał. Nigdy nie przyjdzie odpowiedni moment.

Przestań przygotowywać się na śmierć, bo to ciągle jest szukanie własnej wygody i skupianie na sobie. Nie ma w tym nic szlachetnego. Zamiast tego otwórz oczy i rozejrzyj się wokół.

Kiedyś rozmawiałem z trenerką, która przed szkoleniem była bardzo przejęta tym, jak wypadnie. Była tak skupiona na tym, że drżały jej ręce i łamał się głos. Im bardziej starała się zapanować nad sobą, tym było z nią gorzej. Zaczęła się mi żalić na to, co przechodzi.

Zapytałem ją czy ma pojęcie, jak się czują uczestnicy szkolenia. Czy mogłaby wymienić przynajmniej trzy rzeczy, których się boją? Okazało się, że wspólnie możemy znaleźć znacznie więcej obaw. Boją się, że szkolenie będzie stratą czasu, że nie zrozumieją, o co chodzi, że okażą się niepojętni, że po powrocie ze szkolenia przełożony powie im, że nie rokują nadziei, że prowadzący wytknie im niewiedzę.

Gdy dotarło do niej, że istnieje jeszcze świat poza jej własnym, że inni ludzie w tej samej sytuacji mogą mieć równie ciężko, nie czekając na początek zajęć poszła wśród ludzi i zaczęła z nimi rozmawiać. Zamiast dogadzać sobie, poczuła, że jest potrzebna innym.

Kiedyś słyszałem taką historię:

Młody chirurg ma po raz pierwszy dyżur na oddziale nagłych przypadków. Przywożą mu okropnie poparzonego pacjenta. Chirurg chce mu pomóc, ale czuje tremę. Pierwszy raz tak wiele od niego zależy. Nie wie, czy uda mu się wszystko bezbłędnie zrobić. Przed zabiegiem dzwoni do przyjaciela i zwierza się, że jest strasznie spięty i nie czuje się najlepiej w tej sytuacji.

- Nie czujesz się najlepiej? – mówi przyjaciel – pomyśl jak czuje się ten człowiek!

Młodemu chirurgowi robi się głupio. Zobaczył, że jest skupiony na rzeczy najmniej ważnej. Zamiast myśleć o sobie, skupia się na pacjencie i robi wszystko, co może.

Gdy się boisz nie dbaj o to, co się z tobą dzieje. Nie szukaj ulgi. Nie staraj się być bardziej dojrzałym, bardziej akceptującym czy bardziej twardym.

Boisz się? To dlatego, że ciągle skupiasz uwagę na sobie. Myślisz, że świat wokół ciebie jest mniej ciekawy? Że i tak nie uda ci się utrzymać na nim uwagi? Spróbuj. Otwórz oczy i przyjrzyj się temu, co cię otacza. Popatrz na miejsce w którym jesteś. Przyjrzyj się ludziom, jacy cię otaczają. Zobacz czego potrzebują i czym żyją? Sam ocenisz, czy chcesz wrócić do ciągłego wpatrywania się w lustro.

Założę się, że szybko sobie uświadomisz co ważnego masz do zrobienia na świecie. Gdy tylko sobie to uświadomisz, natychmiast zacznij biec do przodu. Nie czekaj aż przestanie padać deszcz. Zanurkuj w nim, choćby był największy.

I tak go nie unikniesz. A tak, przynajmniej się nie pogubisz.

Liczy się świat, a nie twoje niedoskonałości

Po chwili biegu, złapiesz się na tym, że znów lecisz pod okap. Nie rób z tego afery. No cóż, nie jesteś doskonały. Nazywaj się jak chcesz. Głupi, leniwy, spięty, niegodny, niedojrzały…

To tylko mało ważne etykiety. Tak, ciągle jeszcze bardziej skupiasz się na sobie a nie na świecie. Ale to nie jest takie ważne. Po prostu wróć do swojego biegu. On liczy się bardziej niż twoja doskonałość.

Gdy masz ochotę się wycofać

Gdy masz ochotę się wycofać

Opublikowano 06 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Zawsze jest zbyt wcześnie na to by się poddać. Jason Kidd
Wycofuj się tylko wtedy, gdy odniesiesz sukces. David K. Reynolds

Znowu nowa firma

Mam znajomą, która jakiś czas temu wpadła na nowatorski pomysł. By go zrealizować założyła firmę i rozpoczęła działanie. Potrzebowała na początek kilku klientów i niewielkiego zainteresowania mediów. Pogratulowałem jej odwagi i życzyłem sukcesów. Po kilku tygodniach, skontaktowałem się i zapytałem, co z firmą. Powiedziała:
- Wiesz, siedzę już w czymś innym. Lepszy target i lepszy produkt.
- Ale co z tamtym pomysłem?
- Już mnie tak nie ciągnie.
- Ale jakie efekty? Czy udało ci się to, co miałaś w planach?
- To było nieco trudniejsze niż myślałam, doszłam do wniosku, że szkoda czasui i wysiłku. Może coś jeszcze z tego będzie, ale teraz skupiam się na czymś innym.

Faza pierwsza: w pełnym słońcu

Większość naszych projektów, zaczyna się w słońcu. Wpada nam do głowy jakiś nowy, rewolucyjny pomysł. Nie możemy przestać o nim myśleć. Wymyślamy nazwę firmy, rejestrujemy domenę, dopracowujemy biznes plan, wymyślamy logo, chwalimy się znajomym.… To może wyglądać inaczej, ale zapewne znasz gorączkę nowości.

Dobrze czuć radość, ekscytację, wierzyć, że podbijesz świat, że nikt jeszcze czegoś takiego nie widział, że ludzie przysiądą z wrażenia, że głodne masy czekają tylko na ciebie. Do pewnego momentu łatwo jest działać z energią.

Ale przychodzi chwila, by pokazać to ludziom.
Wspaniale, gdy są zachwyceni i wszystko dzieje się tak, jak sobie człowiek wymarzył.
Ale bardzo rzadko tak jest.

Faza druga: smuga cienia

Niestety, większość projektów, w którymś z momentów wchodzi w smugę cienia. Pojawiaj się trudności. Głodne masy się nie rzucają. Ludzie nie mdleją. Klienci nie walą oknami. Nikt nie prosi cię o to byś przyjął wyższe stanowisko. Twoje cv nie robi zbyt wielkiego wrażenie i nikt nawet nie raczy się z tobą skontaktować. Waga nie spada tak szybko jak to miało być. Nie osiągasz takich wyników…

No może nie jest najgorzej, ale daleko nie tak, jak byś chciała czy chciał.

Tego, co czujesz, pewnie nie nazwałbyś zniechęceniem. Ani tym bardziej rozczarowaniem. Tylko jakoś dziwnie straciłeś miętę do projektu. Już nie jest tak atrakcyjny.

Przestało świecić słońce. Twój projekt znalazł się w smudze cienia.

W smudze cienia jest nudno, niewygodnie, nieprzyjemnie, duszno, nieco smutno. Bez polotu. Gdzieś tam w środku, coś ci być może mówi: nie liczysz się, nie uda ci się, może to wszystko jest bez sensu.

Ucieczka ze smugi cienia

Nikt nie lubi być w smudze cienia. Po co tam tkwić, skoro jest dobre i szybkie wyjście? Jesteś osobą kreatywną, szybko możesz wymyślić coś nowego i lepszego. Zamiast się męczyć, możesz zacząć pisać nową, lepszą książkę, możesz założyć lepszą firmę, możesz założyć nową stronę, możesz zacząć ćwiczyć coś innego, możesz posprzątać, itp.

To idealne rozwiązanie. Porzucasz smugę cienia i wracasz do świata słońca. Znowu wierzysz w siebie i sens tego, co robisz. Nie musisz się męczyć z wątpliwościami, nudą i niewdzięcznym robieniem poprawek.

Dobrze-się-zapowiadacze

Tyle tylko, że jeżeli choć raz zgodzisz się uciec ze smugi cienia, do końca życia będziesz czuł taką pokusę.

Jeżeli pozwolisz, by nowy, fascynujący projekt zajął miejsce tego starego i nudnego, ryzykujesz, że staniesz się kolejnym dobrze-się-zapowiadaczem. Będziesz zostawiać za sobą, niedokończone, dobrze rokujące projektu. Szkice i drafy. Strony bez treści z dumnymi zapowiedziami. Nic nie znaczące, zarejestrowane nazwy firm.
Ale nie widzisz tego, co zostaje za tobą, bo myślami jesteś przy następnej rzeczy. Wydaje ci się większa i bardziej pasjonująca. Jak to powiedziała moja znajoma „lepszy target, lepszy produkt” (cokolwiek to znaczy).

Nie wychodź ze smugi cienia – niech ona wyjdzie

Gdy pojawia się smuga cienia, skuteczne działanie wymaga czegoś odwrotnego niż to, na co mamy ochotę.

Nie opuszczaj cienia. Nie uciekaj. Nie szukaj ulgi. Zostań w cieniu, tak długo jak trzeba. To nie ty masz uciekać. To ona ma ustąpić.

Czujesz zniechęcenie? I co z tego? Kto powiedział, że nigdy go nie poczujesz? Kto powiedział, że to taki ogromny problem?

Wytrzymasz czy zemdlejesz?

Moja córka – jak każde dziecko – czasem marudzi i rozpacza na byle czym. Kiedyś miała niewielką ranę na kolenie. Po prostu zdarta skóra. Nic wielkiego, rzecz chyba sprzed dwóch dni. W ogóle o niej nie pamiętała, do chwili gdy weszła do wanny. Musiało ją trochę zaszczypać. Zaczęła krzyczeć, płakać, stanęła na jednej nodze i kategorycznie stwierdziła, że nie pozwoli się umyć. Normalnie bym spełnił jej prośbę, ale tym razem byłem pewny, że przesadza.

Zapytałem ją:
- Boli cie?
- Bardzo, bardzo, bardzo
- A jaki to jest ból, czy taki jakby gryzł cię krokodyl?
- Nie…
- To może taki, jakby gryzł cię kotek?
- Nie.
- A może taki, jakby kotek chwycił cię pazurkami?
- Nie…

I tak doszliśmy do stwierdzenia, że jest to ból, taki jakby mała mrówka chodziła i trochę szczypała. Okazało się, że można go wytrzymać i umyć nóżkę.

Dorośli ludzie w taki sam sposób panicznie reagują na wewnętrzne, nieprzyjemne uczucia.
Gdy tylko poczują się nieco gorzej, zaczynają panikować:

- Och, nie zniosę tego, czuję się tak zniechęcony, tak przerażony, tak osłabiony …. muszę coś z tym zrobić.

I zamiast po prostu wytrzymać – coś co jest całkowicie do zniesienia – tracą czas na jakiś bzdury w stylu kotwiczenia, wprowadzanie się w trans, przepracowywania, itp. Zamiast pomóc, to tylko rozprasza ich siły. Przyjemniej jest zająć się swoimi wewnętrznymi stanami niż pracować będąc w strefie cienia. W efekcie dostajesz dobre samopoczucie, ale robota pozostaje niezrobiona.

Warto, gdy pojawia się w tobie potrzeba ulgi, zadać sobie pytanie:
-Czy naprawdę to taki wielki ból? Czy nie jestem w stanie go znieść?

Jeżeli masz coś do zrobienia, a ból i zniechęcenie jakie czujesz nie wywołuje katatonii, to po prostu to zrób.

Gatunek ludzki przestałby istnieć, gdyby ludzie nie potrafili działać mimo negatywnych doznań. Kobiety rodzą dzieci, mężczyźni się boksują, asceci głodują na pustyni, alpiniści znoszą ból głowy w rozrzedzonym tlenie, itd.

Smuga cienia ustępuje zawsze, gdy działasz. Im więcej wygody pragniesz, tym mniej masz realnych możliwości.

Ocena

To oczywiście nie oznacza, że wszystko, zawsze należy kończyć. I że bez względu na wszystko trzeba wytrzymywać zniechęcenie. Są projekty, które lepiej porzucić niż skończyć. Ale bądźmy szczerzy – to rzadkie przypadki. Jesteśmy cywilizacją twórczych, rozczulających się nad sobą ludzi i porażki częściej są efektem braku wytrwałości (nazywam to twardymi czterema literami) niż złych pomysłów.

Ile razy masz ochotę zająć się czymś nowym zadaj sobie pytanie, czy jest to:

  • Ucieczka, próba uniknięcia konfrontacji z przeciwnościami.
  • Działanie strategiczne, przemyślane i uzasadnione.

Gdy nie możesz tego znieść

Zanim podejmiesz się czegoś nowego (założysz nową firmę, zaczniesz pracę na nową książką, zaczniesz uczyć się kolejnego języka, itp.) sprawdź, co się dzieje w tym obszarze, z którego się wycofujesz.

Przychodzą mi na myśl cztery pytania:

  • Czy masz jasno zdefiniowane cele? Czy wiesz, co chcesz osiągnąć? Jeżeli nie wiesz, zawsze będziesz zniechęcony. Jeszcze raz przypomnij sobie co jest teraz twoim celem.
  • Czy te cele ciągle są ważne? Może już przestały. Może nigdy nie były dla ciebie ważne, bo pochodziły od kogoś innego. Nie odkładaj pracy, ale po prostu z niej zrezygnuj
  • Czy twoje cele i standardy są wygórowane? Czy naprawdę ludzie muszą zemdleć? Czy muszą o tobie pisać gazety? Czy musisz zdobyć tysiąc subskrybentów w ciągu miesiąca, czy musisz napisać książkę w ciągu trzech tygodni)? Obniż standardy tak by przystawały do twoich obecnych możliwości
  • Czy masz poczucie, że jesteś w stanie skutecznie poradzić sobie z przeszkodami, jakie się pojawiły? Może czujesz, że czegoś nie umiesz? W takiej sytuacji zamiast zmagać się ze zniechęceniem lepiej poprosić kogoś o pomoc, lub poświęcić trochę czasu na naukę.
  • Samodyscyplina

    Samodyscyplina

    Opublikowano 29 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

    Pewnego dnia pracowałem w moim biurze dłużej niż zwykle. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jest prawie piąta. Byłem umówiony na piątą! Jak mogłem zapomnieć?! Szybko zamknąłem komputer i spakowałam się. Biegiem do drzwi wyjściowych. Chwyciłem za klamkę. Bezruch. Zamknięte od zewnątrz.

    Drzwi mają zamek Gerda. Nie cierpię tych zamków. Gdy ktoś przekręci klucz z zewnątrz, nie można ich otworzyć od środka. Mój sąsiad z biura obok wyszedł wcześniej i zapomniał sprawdzić, czy ktoś jeszcze jest.

    Byłem uwięziony. Do tego bardzo się spieszyłem.

    Biuro jest na pierwszym piętrze. Wyjść przez okno się nie da. W budynku nie żadnej obsługi (strażników czy portierów). Nikt by nie usłyszał mojego tłuczenie się. Nie miałem gdzie zadzwonić po pomoc.

    Do pracy ludzie przychodzą rano. Po piątej rzadko ktoś się pojawia.

    Podszedłem do okna i domyśliłem się co muszę zrobić. Otworzyć okno, zatrzymać jakiegoś przechodnia, rzucić mu klucz i poprosić by mnie otworzył.

    Łatwo powiedzieć. Otworzyłem okno. Na zewnątrz był hałas. Raz na jakiś czas ktoś przechodził. Ale przecież nikt nie chodzi z oczyma utkwionymi w moje okno. Trzeba przyciągnąć uwagę człowieka. Krzyknąć, albo przynajmniej głośno mówić.

    Akurat ktoś przechodził. Wziąłem oddech i … nic. Odsunąłem się od okna. Jestem osobą nieśmiałą. Nie chorobliwie. We wielu obszarach jestem śmiały, np. stosunkowo bez problemów przemawiam przed grupą. Jednak moją piętą achillesową jest inicjowania kontaktów. Nie potrafię bez stresu zaczepić kogoś, kogo nie znam. A nawet, jeżeli już jestem w stanie to zrobić (czasem się zdarza) to zaczepianie kogoś krzykiem, z wysokości pierwszego piętra, nie do końca mi się podobało. Bądźmy szczerzy. To mnie przerażało. Trudno mi wyobrazić coś bardziej stresującego.

    Nogi się pode mną ugięły. Poczułem się słabo, zabrakło mi oddechu, głos ugrzązł w krtani…

    - Nie, nie jestem jeszcze gotowy – wyszeptałem – muszę się przygotować. Zacząłem próbować różnych metod, wzbudzałem w sobie odwagę i pewność siebie, tłumaczyłem sobie, wyciszałem się, patrzyłem z innej perspektywy, dysocjowałem…

    Czas mijał. Było już prawie dziesięć po piątej. Być może do rano rozwiązałbym swoje problemy emocjonalne.

    Wtedy zrozumiałem, że jedynym sposobem jest przestać walczyć z emocjami.

    - Tak jestem świrem, jestem spięty i nieśmiały, głos mi się łamie, boję się i nic nie mogę z tym zrobić.

    Podszedłem do okna:

    - Proszę pana…. mój głos brzmiał bardzo niemrawo. Rzeczywiście jestem nieśmiały – pomyślałem – całkowita sierota. Gość na dole, nawet nie zwrócił na mnie uwagi.

    - Halo, proszę pana – spróbowałem nieco głośniej, mimo, że miałem ochotę uciec. – Halo… Człowiek w końcu podniósł głowę.

    - Mam wielką prośbę. Kolega zamknął mnie od zewnątrz. To Gerda i nie da się jej otworzyć od środka. Mógłby pan wziąć te klucze i otworzyć od zewnątrz?

    - Proszę rzucić

    Po chwili byłem wolny.

    Na tym właśnie polega samodyscyplina. Zrobić coś, niezależnie od tego, co czujesz, dlatego, że wiesz, że trzeba to zrobić. To nie jest łatwe.

    Samodyscyplina nigdy nie jest łatwa. Ale staje się łatwiejsza, gdy przyjmujesz otwarcie, „na klatę”, wszystkie emocje jakie czujesz. Gdy przestajesz szukać w sobie odwagi, dzielności czy śmiałości i skupiasz się na tym, co masz do zrobienia. Zrobiłem to jak sierota. Głos mi się łamał i byłem spięty. Wątpię jednak by przechodzień to zauważył.

    Samodyscyplina nie polega na próbie kontroli swoich emocji czy wmawianiu sobie, że jest się odważnym, pracowitym czy skupionym.

    Shōma Morita napisał:

    Machnij ręką na siebie. Zacznij działać teraz, gdy jesteś neurotyczny, niedoskonały, wiecznie zwlekający, leniwy, niezdrowy czy też jakiejkolwiek innej niecelnej etykiety w odniesieniu do siebie używasz. Idź naprzód i bądź najlepszą niedoskonała osoba, jaką możesz być i zabierz się za rzeczy, jakich chcesz dokonać, zanim umrzesz.

    Nie walcz, nie próbuj się zmieniać, nie podbijaj siebie. Dostrzegaj i czuj to, co się dzieje w twoim środku, ale swoją energię skup na tym, co masz do zrobienia.

    Gdy zaczniesz już działać, zobaczysz, że twoje emocje i stany zaczną same się zmieniać i iść za tym, co robisz. Gdybym jeszcze kilka razy był zmuszony zaczepić w ten sposób ludzi, stałbym sie całkiem odważny. Odpukać… Wcale mi na tym nie zależy. Lubię swoją nieśmiałość.

    Samodyscyplina, która polega na sterowaniu emocjami czy myślami, to walka z wiatrakami. Mimo chwilowych sukcesów, nigdy jej nie wygrasz.

    Skuteczna dyscyplina polega na działaniu. Po pierwsze musisz wiedzieć co trzeba zrobić. Po drugie musisz skupić swoją uwagę na działaniu a nie na sobie. Gdy walczysz ze swoimi emocjami czy myślami, jesteś skupiony na sobie, a nie na świecie zewnętrznym.

    Przestań marzyć o szczęściu, skup się na życiu

    Przestań marzyć o szczęściu, skup się na życiu

    Opublikowano 19 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

    Niektórzy ludzie, gdy ich poprosić o listę marzeń mówią: marzę o tym by być szczęśliwym. Albo mówią: marzę o tym by się dobrze czuć, lepiej niż teraz. Marzę by być zdrowy i zadowolonym z życia. Niektórzy mówią to nawet z poczuciem jakiegoś wyższego stopnia rozwoju psychicznego. Hej, patrzcie – zdają się mówić – jestem poza te wszystkie małe i przyziemne rzeczy, wiem, co jest najważniejsze.

    Owszem, szczęście i dobre samopoczucie, to coś, o czym każdy marzy. Jednak nigdy nie można go osiągnąć poprzez bezpośrednie dążenia. Jest dokładnie tak, jak stwierdził Aldous Huxley:

    Szczęścia nie osiąga się poprzez celowe dążenia do szczęścia. Jest ono produktem ubocznych innych dążeń.

    Chcesz być szczęśliwym? Zapomnij o szczęściu. Zajmij się dążeniem do jakiegoś konkretnego celu. Do czegoś, co leży poza tobą. Przestań dreptać w kółko, wokół własnego ogona.

    Ktoś, kto twierdzi, że jego jednym marzeniem jest szczęście jest nie tylko egoistą, ale osobą, która prawdopodobnie funkcjonuje na granicy zdrowia psychicznego. Marzenia o szczęściu i dobrym samopoczuciu są typowe dla ludzie cierpiących na różnego rodzaju zaburzenia nerwicowe. O czym marzą takie osoby? By wreszcie poczuć się lepiej, by pozbyć się lepiej, by pozbyć się lęków, by móc „normalnie żyć”.

    Każda ich myśl, każde marzenie obraca się wokół nich samych. To ja straszenie cierpię, to ja strasznie pragnę szczęścia, to ja muszę coś zrobić. Poza „ja” nie istnieje żaden świat. Idą do psychologa, a psycholog najczęściej pogłębia ich krążenie wokół własnego ogona. Jeszcze głębiej zajmują się analizą siebie, swoich przeżyć i swoich uczuć. Robi się błędne koło. Im bardziej skupiam się na swoich przeżyciach, tym mniej widzę świata poza. Im lepiej widzę swoje wnętrze, tym bardziej czuję, że coś ze mną jest nie tak, że coraz bardziej cierpię.

    Tymczasem ludzie, którzy się samorealizują, którzy potrafią czerpać z życia radość i którzy po prostu są szczęśliwi, zawsze skupiają swoją uwagę na zewnątrz.

    Jeżeli szukasz naprawdę szczęśliwego człowieka, znajdziesz go budującego łódź, komponującego symfonię, wychowującego syna, hodującego podwójne dalie w swoim ogrodzie lub szukającego jaja dinozaura na pustyni Gobi. (W. Béran Wolfe)

    Tacy ludzie dążą do czegoś co jest poza nimi. Spalają się w tym dążeniu. To, czy są szczęśliwi czy nie, mniej ich obchodzi niż to, czy uda im się zrobić, to co im się marzy.

    I właśnie wtedy, podczas skupionego dążenia do celu, jaki leży poza nimi, podczas zdobywania szczytu, podczas budowy domu, podczas pisania książki, podczas wychowywania dzieci, bez żadnych specjalnych wysiłków przychodzi szczęście i spełnienie.

    Skupienie na sobie sprawia, że zwykli ludzie zmieniają się w neurotyków. Jak stwierdził kiedyś Dali:Od wariata różnię się tylko tym, że nim nie jestem. Czym ja się różnię od człowieka powiedzmy z depresją? Przykro mi, ale tylko tym, że nie robię problemu z tego co czuję. Ponieważ mam cel, który leży na zewnątrz, nie robię takiej afery z tego, czy akurat czuję się przygnębiony czy nie. Oczywiście nie czuję tego co człowiek z depresją. Ale tylko dlatego, że błędne koło emocji i ich unikanie nie zdążyło się rozwinąć.

    Wiem: ależ to jest niezgodne z zasadami psychologii! Człowiek musi być świadomy swoich uczuć, mieć z nimi kontakt, itp. Tak mówią ludzie, którzy nieco liznęli psychologii. Kontakt ze swoimi uczuciami jest czymś zupełnie innym. Mieć kontakt – owszem, zamykać się w tym świecie – nie. To oczywiście jest także zupełnie niezgodne z polityką koncernów farmaceutyczych, które produkują leki polepszające nastrój i chcą wmówić wszystkim, że każdy smute, lęk czy pogorszenie  nstroju, to problem, który trzeba leczyć.

    Przestań krążyć wokół tego jak się czujesz, czy jak się będziesz czuć. Jest świat poza tobą. Obudź swoje marzenie. Znajdź coś do czego możesz dążyć, co nie jest twoim samopoczuciem. Bądź pewny, że nikt kto dążył tylko do tego by osiągnąć szczęście i dobrze się czuć nigdy nie osiągnął satysfakcji.

    Czego chcesz? Co się pociąga? Co chcesz mieć? Co chcesz zrobić? Gdzie chcesz być?

    Jesteś w stanie dążyć do celu, nawet wtedy gdy czujesz całą górę negatywnym emocji. Przestań z nich robić problem. Każdy czuje lęk. Każdy od czasu do czasu czuje dokładnie to, co ludzie z depresją. Każdy ma od czasu do czasu ochotę się poddać. Nie jesteś wyjątkiem. Dopuść to do świadomości i idź dalej.

    Jest świat na zewnatrz ciebie. Całkiem wspaniały. Rozejrzyj się wokół. Wyjdź na zewnątrz. Szkoda czasu na siedzenie w środku.

    Siedem zasad prostego życia z celem

    Siedem zasad prostego życia z celem

    Opublikowano 11 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

    Siedem zasad, które ostatnio są dla mnie ważne. We większości zaczerpnięte od Shomo Morita, który stał się ostatnimi czasy kimś w rodzaju przewodnika.

    Być może któraś z tych zasad będzie pomocna także dla ciebie. Mnie pozwalają wyzwolić się z głupiej gonitwy opierającej się na fałszowaniu rzeczywistości i ściganiu własnego ogona.

    Pierwsza. Przyjmuję wszystko co się dzieje wewnątrz mnie. Nie ukrywam się przed niczym, co zechce pojawić się w mojej świadomości. Nie udaję przed sobą, że nie mam jakichś emocji. Np. nie udaję, że jestem pełny siły, gdy nie jestem. Nie udaję, że mam doskonały humor, gdy czuję smutek. Nie udaję spokoju, gdy wewnątrz czuję złość. Przyjmuję wszystko co zechce się we mnie pojawić. Otwarcie przyjmuję zarówno emocje przyjemne jak i nieprzyjemne. Otwieram na nie cierpliwą i wyrozumiałą uważność.

    Druga: Porzucam nadzieję na zmianę swoich myśli i odczuć. Porzucam poczucie odpowiedzialność za emocje i myśli jakie odczuwam. Porzucam oczekiwania na to bym się stał innym człowiekiem, bym miał inne myśli, odczucia, wyobrażenia, bym w inny sposób wyglądał, miał inne ciało czy inaczej mówił. Mam to, co powinienem mieć. Próby jakichkolwiek zmian siebie przez siłę woli są nieskuteczne. Mogę tylko usiłować zmienić swoje odczucia, ale nie mogę ich zmienić. Nie jestem odpowiedzialny za emocje i myśli jakie do mnie przypływają. Np. myśl: to co robię jest bez sensu, nie jest moją winą i nie muszę jej na gwałt zmieniać. Nie jest moją winą smutek, złość czy zagmatwanie. Tak samo jak nie jest moją winą stan nieba za oknem – to czy są na nim chmury czy słońce.

    Trzecia: Przyjmuję pełną odpowiedzialność za wszystkie moje działania. Jestem odpowiedzialny za wszystkie moje czyny, niezależnie od tego jak się czuję. To jakie myśli przychodzą mi do głowy oraz jakie emocje czuję, nigdy nie jest wytłumaczeniem zaniechania jakiegoś działania czy zrobienia czegoś, czego nie powinienem robić. Gdy człowiek spowoduje wypadek wjeżdżając na czerwone światło, to, że czuł pośpiech nie jest okolicznością łagodzącą. Każdy z nas, codziennie robi setki rzeczy na które nie ma żadnej ochoty – chodzimy do dentysty, wstajemy wcześnie rano, witamy się ze zrzędzącym sąsiadem, płacimy podatki, itp. Nikt z tego nie robi problemu. Mówienie „ale ja się bardzo bałem” nie wyleczy zepsutych zębów. Jestem w pełni odpowiedzialny za wszystkie moje działania, niezależnie od tego co czuję. Jeżeli nie mam najmniejszej ochoty wymyć garów, nie jestem odpowiedzialny za to ile zapału czuję do mycia garów, ale jestem w pełni odpowiedzialny za to, czy gary są wymyte czy nie.

    Czwarta: Pozwalam sobie dostrzec świat wokół mnie. Przestaję utrzymywać skupienie uwagi na mnie samym – moich odczuciach czy myślach. Utrzymywanie uwagi na sobie samym jest jak skupianie się na szybie, zamiast na widoku za nią. Zza najbrudniejszej szyby można zobaczyć wspaniały widok a przez najbardziej czystą taflę niczego można nie zobaczyć. Gdy tylko mogę skupiam swoją uwagę na tym, co mnie w danej chwili otacza – na innych ludziach, niebie, powietrzu…. Świat za oknem jest ciekawszy niż samo okno. To moje złe nawyki trzymają mnie skupionego na własnym nosie. Pozwalam sobie na to by skupić się na świecie za oknem. Gdy mój wzrok znowu skupia się na brudach za oknem (lub pięknych ornamentach), dostrzegam je a następnie patrzę co jest ciekawego poza nimi.

    Piąta: Pamiętam o swoim marzeniu i celach, choćby nie wiem jak wydawały mi się nierealne, odległe czy śmieszne. Zadaję sobie pytanie: Co teraz jest moim celem? Do czego teraz dążę? Gdy piszę staram się przypominać sobie po co to piszę. Jaki problem chcę rozwiązać. Jakiej rozrywki chcę dostarczyć. Komu chcę pomóc. Co jest moim celem?

    Szósta: Skupiam się na kolejnym kroku. W każdej chwili mogę zrobić jeden mały krok do przodu. Jeżeli znam swój cel, mogę skupić się na kolejnym kroku. Nie mogę zrobić wszystkiego od razu. Skupiam się na tym, co mam pod nosem. Nie czekam, aż zmienią się warunki, ktoś mi pomoże, lepiej się poczuję czy wreszcie nauczę się wszystkiego, czego powinienem umieć. Wszystko, co mogę teraz zrobić, to…….. Nie jest ważne co mogą zrobić inni by mi pomóc. Nie jest ważne, co mogę zrobić kiedyś, w przyszłości. Ważne jest to, co ja mogę zrobić teraz .

    Siódma: Rezygnuję, dopiero gdy mi się uda. Jestem osobą, która łatwo się wycofuje. Często czuję, że to co robię nie ma sensu. Często zabieram się za coś innego, bo wydaje mi się, że odniosłem totalną porażkę. Potem okazuje się, że wcale tak źle nie było. To wszystko tylko myśli i odczucia. Nie jest ważne dlaczego i skąd się wzięły. Szkoda czasu na ich leczenie i analizę. Wiem, że są po prostu jak stara zrzędząca baba, która chce mnie zepchnąć z mojej drogi. Mówi tym głośniej im bardziej chcę ją zagłuszyć. A gdy robię swoje mimo jej zrzędzenia, cichnie. Tak, zmienię swoje cele, wycofam się, zrezygnuję – ale dopiero gdy uda mi się to do czego dążę.

    Która z zasad wydaje ci się przydatna? Którą stosujesz? Którą warto zastosować? Której nie mógłbyś stosować?

    Nową notkę opublikuję dopiero po tym, jak zbierzemy tu siedem komentarzy ;-)

    Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

    Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

    Opublikowano 02 lipca 2009 | By | Kategorie: historie | 9 komentarzy

    Gilbert Kaplan miał 24 lata i był jednym z wielu dobrze zapowiadających się ekonomistów pracujących na nowojorskiej giełdzie.

    Jeden z jego kolegów, pewnego dnia zaproponował:

    - Może byś się wybrał ze mną na koncert do Carnegie Hall? W składzie orkiestry będzie nauczyciel mojego dziecka.

    Gilbert z chęcią się zgodził. Lubił muzykę poważną. Jako dziecko uczył się nawet gry na fortepianie. W Carnegie Hall mieli grać II Symfonię Mahlera „Zmartwychwstanie”. Wolałby coś, co znał – Beethovena, Mozarta czy Bacha. Wszedł do sali koncertowej obojętny, bez żadnych specjalnych oczekiwań.

    Wyszedł oszołomiony. Muzyka poruszyła go do szpiku kości. Nie mógł przestać o niej myśleć. Wspomina:

    Poczułem się jakby przebiegła przeze mnie błyskawica. Muzyka objęła mnie wokół swoimi ramionami i nigdy mnie nie puściła.

    Zamarzył by znaleźć się w środku. Wywoływać ją ruchami dłoni. Pozwolić jej przepływać przez siebie. Słowem, poprowadzić orkiestrę.

    Marzenie dosyć powszechne. Nie ma chyba melomana, który by nie dyrygował swojemu odtwarzaczowi gdy nikt nie widzi. W rzeczywistości jednak wymachiwanie rękoma i podrygiwanie w rytm nagrania, nie ma wiele wspólnego z dyrygowaniem. Gdy przyjrzysz się temu co robi dyrygent, zauważysz, że jego ręce często wyprzedzają muzykę. Gdy np. pokazuje mocne uderzenie w kotły, przez chwilę nic nie słychać. Muzyk, nawet gdy ma pałki w pogotowiu, musi je jeszcze opuścić. Uderzenie słuchać zatem po chwili. Pokazując co będzie za chwilę, maestro równocześnie słucha uważnie tego, co się dzieje teraz. Gdy trzeba spowalnia albo przyśpiesza, gdy trzeba wycisza lub podgłaśnia. Musi także pamiętać o tym, co będzie za jakiś czas i z góry dać sygnał odpowiednim muzykom. Do tego dochodzi ciężka praca przed koncertem. Trzeba dać szczegółowe wskazówki i opanować muzyków (najczęściej zakompleksionych, złośliwych, przemądrzałych i niesamowicie biegłych). Prowadzenie orkiestry symfonicznej to naprawdę trudna sztuka. A prowadzenie orkiestry grającej II Symfonię Mahlera to cztery razy trudniejsza sztuka. Ponad stu muzyków, do tego prawie dwustuosobowy chór. Dwóch solistów. Prawie dziewięćdziesiąt minut muzyki.

    Ponieważ sprawa była niemożliwa do zrealizowania, Kaplan zajął się ekonomią. Założył miesięcznik poświęcony inwestowaniu i osiągnął ogromny sukces. W ciągu następnych kilkunastu lat został milionerem oraz osobą o dużej reputacji w swojej branży.

    Jednak jego miłość do symfonii Mahlera tak łatwo się nie poddała. Powoli przeradzała się w obsesję. Słuchał nagrań, jeździł na koncerty, zbierał pamiątki po Mahlerze, czytał co mógł. Ale to wszystko było za mało.

    Po piętnastu latach, do czterdziestoletniego przedsiębiorcy dotarło że ma dwie możliwości. Może spróbować coś zrobić, albo może tylko mieć marzenie.

    Pierwsza możliwość była bardzo ryzykowna. Łatwo zrobić z siebie głupca. Poważny inwestor i przedsiębiorca zabiera się za dyrygowanie. Bez żadnego wykształcenia muzycznego, bez doświadczenia, porywa się na Mahlera. Kolejny bogacz, któremu pieniądze przewróciły w głowie. Kolejny niedojrzały facet, który zamiast robić swoje, jak mały chłopczyk żyje dziecięcymi marzeniami. To nie byłby najlepszy zabieg z punktu widzenia PR-u.

    A co będzie, jak nie wyjdzie? Co będzie jak muzycy nie będą słuchali? Jak każdy zacznie grać swoje i zamiast symfonii rozlegnie się chaos?

    Czy nie lepiej zostać przy machaniu rękami przed drogim sprzętem hi-fi? Dźwięk jest przecież jeszcze lepszy niż w filharmonii. Po co ryzykować reputację?

    Ale druga możliwość też wiązała się z ryzykiem. Kaplan mówi:

    W życiu zawsze jest ryzyko, które podejmujesz lub nie. W moim przypadku były tylko dwa rodzaje ryzyka. Pierwsze, że zrobię z siebie głupca. Drugie, dla mnie znacznie większe, że przez całe życie będę zastanawiać się co by było, gdyby spróbował. Nie mogłem zdobyć się przez lata. Byłem zbyt przerażony by się odważyć. Ale w końcu…

    …w końcu zdecydował się spróbować. Zbliżała się rocznica założenia jego czasopisma. Postanowił choć raz poprowadzić orkiestrę. Plan był prosty. Wynająć orkiestrę, zaprosić znajomych i wykonać ukochaną symfonię.

    Wystarczy się przygotować. Po pierwsze partytura. Bagatela, dwieście dziewięć stron zapełnionych nutami. Wspomina:

    Gdy zacząłem się uczyć, czułem, że nie robię żadnych postępów. Ucząc się przez dwa tygodnie, po dziewięć godzin dziennie, opanowałem zaledwie czternaście stron. To było zniechęcające. Ale wtedy uświadomiłem sobie, że przecież uczę się jednej strony dziennie. Nauka zajmie mi dwieście dziewięć dni. Kawałek po kawałku, ale robiłem postępy. To dało mi poczucie pewności.

    Nie wystarczała znajomość nut. Kaplan, na prywatnych lekcjach uczył się także dyrygentury. Przygotowanie zajęło mu dziewięć miesięcy codziennej pracy po pięć – dziewięć godzin. Później mówił:

    Gdybym wiedział, jakie to trudne, nigdy bym się na to nie odważył. Coś ci mówi idź do przodu podczas gdy logika mówi: nie rób tego. To tak jak z trzmielem. Od strony aerodynamicznej trzmiel nie jest zdolny do tego by latać. Jego waga, rozpiętość skrzydeł, to wszystko sprawia, że nie powinien nawet próbować. Ale o tym nie wie. I jakoś lata.

    Lepiej podjąć ryzyko niż żyć z wyrzutami. Zawsze możesz zrobić więcej niż ci się wydaje. Największym problemem jest po prostu zacząć. Po prostu spróbuj. Zawsze możesz zrezygnować. To niesamowite jak niewiele osób próbuje cokolwiek zrobić, bo boją się uczynić pierwszy krok.

    Pierwsze wykonanie II Symfonii pod batutą Kaplana było sukcesem. Do dziś Kaplan pracował z ponad trzydziestoma orkiestrami. Zaproszono go nawet na prestiżowy festiwal w Salzburgu, gdzie prowadził Londyńską Orkiestrę Symfoniczną. Od publiczności otrzymał niespotykaną, dziesięciominutową owację na stojąco. Płyty z jego wykonaniem symfonii, stały się bestsellerami.

    Trzmiel, mimo, że nie powinien, poleciał. Niektórzy muzycy narzekają, że wykonania Kaplana nie są tak wielkie jak uważa publiczność i krytycy. Że sprawa jest rozreklamowania. Być może mają rację. Trzmiel nie jest owadem, który lata najpiękniej. Ale w odróżnieniu od narzekających, lata.

    Czasem marzenie jest czymś, o czym staramy się zapomnieć. Czymś, co odsuwamy od siebie, tak długo, jak tylko się da. Wizja wydaje się zbyt nierealna. Logicznie rzecz biorąc nie powinniśmy mieć szansy na to, by ją zrealizować. Jak tam u ciebie? Czy jeszcze masz takie marzenie? Marzenie, którego nieco boisz się mieć? Coś, co jest zbyt nierealne by próbować? Dziś, zbyt nierealne, ale jutro… wszystko zależy od tego co dziś zrobisz.


    Źródła cytatów:


    1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
    Loading ... Loading ...

    Sztuka wyborów

    Sztuka wyborów

    Opublikowano 20 czerwca 2009 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 4 komentarze

    To nie burdel…

    Poprzednio narzekałem trochę na afirmacje. Robiąc to, gdzieś tam w tyle głowy czułem jak może rosnąć niezadowolenie tych, którzy są zafascynowani pozytywnym myśleniem czy „prawem przyciągania”.

    Faktem jest, że przez ostatni rok zmienił mi się trochę podgląd na istotę skutecznego działania i zdrowia psychicznego. Jakiś czas temu byłem świadkiem takiej rozmowy:

    Psycholog: Co byś chciała osiągnąć? Jakie masz cele?

    Klientka: Chciałabym się poczuć lepiej niż teraz.

    Psycholog: To nie jest burdel i nie mogę ci tego obiecać.

    Klientka: eeee…

    Brutalne, ale prawdziwe. Psychologia, terapia czy ogólnie rozwój, to nie burdel byś miał po wyjściu zawsze czuć się dobrze.

    Rozwój boli. Jeżeli nie, to znaczy, że się nie rozwijasz.

    Można się na ten temat długo rozwodzić. Nie będę. Postraszę tylko. Arnold Mindel, twórca terapii zorientowanej na proces (której kiedyś byłem ogromnym fanem), napisał coś co niestety jest prawdą:

    Całkowite rozluźnienie i eliminowanie myśli tworzących napięcia może być czymś wielce niezdrowym…wypieranie napięć poprzez relaksowanie się, rozmasowywanie czy wizualizowanie często poprzedza zachorowania na różnego rodzaju nowotwory. Napięcia, tak jak wszystkie inne procesy nie znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki, choć na krótki okres można je usunąć ze świadomości. Wyparte, czy rozluźnione napięcie nie znikają

    Czy rzeczywiście musimy programować nasze umysły, aby się „rozluźniły”? Dlaczego mamy „zastępować stare myśli nowymi wyobrażeniami? Chociaż takie recepty są proste w użyciu, to jednak mogą szkodzić poprzez tworzenie chorób.

    Mówiąc wprost, gdy wypierasz negatywne emocje, możesz tego nie przeżyć. Obawiam się, że gdyby ktoś zabrał się za badanie konsekwencji zdrowotnych pewnych radosnych terapeutów, musieliby pójść do więzienia.

    Im starszy jestem, tym bardziej jestem tego świadomy i z tym mniejszą ochotą robię ludziom „dobrze”.

    Umiar

    Staram się jednak zachować umiar. Łatwo wpaść w odwrotną przesadę i skazywać ludzi na niepotrzebne i bolesne wglądy i cierpienia. To nie jest tak, że możemy się tylko poddać i użalać się nad sobą. Stosowanie afirmacji jest ryzykowne, ale czasem, lepiej je zastosować niż tkwić w miejscu, użalając się nad sobą.

    Jest wiele różnych narzędzi i technik, które można stosować. Dziś chciałbym napisać o decyzji. Jestem bardzo ciekawy, co o niej myślicie. Czy ta procedura do czegoś może się przydać?

    Decyzje a afirmacje

    Z jednej strony decyzje i afirmacje są do siebie podobne. Jedne i drugie stosujemy wtedy, gdy czujemy, że coś idzie nie tak. Jedne i drugie opierają się na powtarzaniu. Afirmacje trzeba powtarzać, wybory trzeba ponawiać. Jednak w rzeczywistości, są to skrajnie odmienne strategie. Podstawowa różnica dotyczy tego, co dzieje się z naszymi emocjami i świadomością.

    Afirmacje stosujesz po to, by czuć się dobrze. Twoim celem jest pozbyć się tego, co niewygodne. Starasz się jak najszybciej zastąpić to, co czujesz czymś innym. Starasz się nie myśleć o swoje słabości, bezradności czy porażce. Odcinasz swoje emocje i usuwasz je w kąt.

    W efekcie pogarszasz swój kontakt z rzeczywistością. Zamiast np. przyjrzeć się sytuacji, w jakiej się znajdujesz (za oknem pada deszcz i trzeba wziąć parasol), starasz się odwrócić od niego uwagę i przywołać do pamięci coś miłego (zobaczyć w wyobraźni piękne słoneczne niebo). Wszystko jest fajnie, dopóki nie wyjdziesz na zewnątrz.

    Afirmacje okrajają świadomość doznań. Wiele ze stłumionych emocji, wcale nie znika, ale przechodzi do podziemia. Trzymanie ich tam – już wiemy – może być bardzo groźne.

    Inaczej jest, gdy podejmujesz decyzję. Nie musisz uciekać od tego, co czujesz. A nawet więcej – by podjąć decyzję musisz to brać pod uwagę.

    Gdy dokonujesz wyboru (lub go ponawiasz) twoja świadomość się poszerza. Zawsze przecież wybierasz z czegoś. Dopiero, gdy uświadomisz sobie różne możliwości, możesz wybrać. Każdy wybór pozwala zatem na poszerzenie świadomości siebie i świata.

    1. Gdzie jestem?

    Decyzję czasem podejmujemy w sposób automatyczny, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robimy. Czasem jednak coś się zacina. Dlatego warto rozłożyć ją na elementy. To trochę sztuczne, ale ułatwia ćwiczenie.

    Krok pierwszy to coś, czego, którego brakuje osobom poprawiającym sobie samopoczucie. Możesz zadać sobie pytanie:

    • Gdzie teraz jestem?
    • Co teraz czuję?
    • Co się teraz ze mną dzieje?

    Bez tego pytanie możemy nieświadomie grzęznąć w różnego rodzaju działania, które nie biorą pod uwagę aktualnej sytuacji.

    Kilka dni temu jechałem samochodem. Z tyłu na foteliku spała moja córka. Nagle jakiś kretyn zaczął zajeżdżać mi drogę. Nawet się nie spostrzegłem, a zacząłem z nim rywalizować. Zareagowałem automatycznie i zacząłem podejmować automatyczne decyzje. Całe szczęście szybko zadałem sobie pytanie: co się ze mną dzieje? Odpowiedź był prosta: czuję złość, zaczynam się ścigać.

    To pytanie jest po to, by uruchomić proces decyzyjny. Nie chodzi o to, by cały czas być skupionym na sobie. Gdy jednak nie potrafimy go sobie zadawać, ryzyko polega na tym, że możemy nieświadomie angażować się w jakieś zachowanie, aż na wybór będzie za późno.

    Gdy siedziałem za kierownicą, odpowiedź zajęła mi ułamek sekundy. Może się jednak zdarzyć, że pytanie będzie wymagać więcej czasu. Mój znajomy przyjechał na kilka dni do Krakowa. Spędziliśmy razem pierwszy dzień. Pod koniec przeprosił mnie i powiedział, że nie chciałby spotykać się ze mną następnego dnia. Ponieważ Kraków działa na niego refleksyjnie postanowił poświęcić ten czas na przyjrzenie się swojemu życiu. Okazało się, że to była jego standardowa praktyka. Co pewien czas jechał w miejsce, które lubił i włócząc się bez planu, przez cały dzień zadawał sobie pytanie „gdzie jestem?”.

    Może się też zdarzyć, że aby odpowiedzieć na to proste pytanie będziesz potrzebować jeszcze więcej czasu i wysiłku. Na przykład kilka sesji z terapeutą.

    2. Gdzie chcę być?

    Od razu, gdy uświadomisz sobie, co się z tobą dzieje, zadaj sobie pytanie o to, do czego dążysz. Wybierz taką formę pytania, która ci najbardziej pasuje, na przykład:

    • Co jest teraz najważniejsze?
    • Na czym naprawdę mi zależy?
    • Czego naprawdę pragnę?
    • Co jest teraz dla mnie ważne?
    • Jak jest moja kluczowa intencja w tym momencie?

    Podobnie, jak w poprzednim punkcie, odpowiedź może zająć ułamek sekundy. Siedząc za kierownicą od razu odpowiedziałem sobie dowieźć bezpiecznie dziecko.

    Nieco dłużej zajmuje mi znalezienie odpowiedzi na to pytanie, gdy np. czuję tremę przed zajęciami. Czy zależy mi najbardziej na tym, by dobrze wypaść? A może ważniejsze jest to, by dać ludziom jak najwięcej? A może by ułatwić im wymianę wiedzy między sobą?

    Jeszcze więcej czasu może zająć odpowiedź na to pytanie, np. w kontekście firmy. Gdy np. pracujesz jako przełożony, ciągle musisz zadawać sobie to pytanie. Ma one często formę:

    • Co mogę zrobić tylko ja?
    • Po co tu jestem?

    Gdy nie potrafisz na to odpowiedzieć, grozi ci, że zaczniesz wykonywać zadania swoich podwładnych, a właściwa praca, jakiej nikt inny nie może wykonać, nie zostanie zrobiona.

    Ten punkt przywołuje twoje kluczową intencję. Możesz mieć wiele przeciwstawnych celów. Możesz chcieć się zapaść pod ziemię, odpocząć, przestać czuć napięcie, ale równocześnie zmienić coś w swoim życiu, uwolnić się od napięcie, itp. Każdy z tych celów jest ważny, ale razem wywołują poczucie słabości.

    Jeszcze więcej wysiłku, może ci znaleźć odpowiedź na to pytanie, gdy jesteś w jakimś martwym punkcie. Gdy czujesz się zagubiony czy pozbawiany energii. Wtedy, to pytanie może brzmieć: Czego chcę od życia? lub Co chcę w swoim życiu osiągnąć?.

    Zwróć uwagę, że są to pytania o jedną rzecz. O, to co teraz, w chwili gdy zadajesz sobie to pytanie jest najważniejsze. Nie w teorii, nie w przyszłości, nie w ogóle.

    3. Co wybieram?

    Czasem w różnego rodzaju zbiorkach afirmacji można spotkać sformułowanie typu: wybieram powodzenie.

    Nie o to chodzi. Wyboru dokonuje się, jak mówi słownik „spomiędzy pewnej liczby osób, rzeczy”. Potrzebujesz minimum dwóch rzeczy. Nie jesteś w stanie niczego wybrać, jeżeli droga, przed którą stoisz się nie rozgałęzia. Wyboru możesz dokonać tylko na rozdrożu. Jeżeli nie widzisz alternatyw, wybór jest tylko figurą językową, a nie wewnętrznym doświadczeniem.

    Jeżeli odpowiedziałeś sobie na dwa powyższe pytania (gdzie jestem oraz gdzie chcę być), łatwo ci znaleźć rzeczy, z których wybierasz.

    Stawiając się przed wyborem, uświadamiasz sobie wymiar, na którym twoje życie się opiera. Każdy z nas różni się tym, jakimi wymiarami się posługuje. Dla jednej osoby kluczowe znacznie może mieć np. wymiar sympatyczny – niesympatyczny, czy otwarty na innych – zamknięty na innych. Dla kogoś innego kluczowe będzie rozróżnienie pewny siebie – niepewny siebie czy powierzchowny – głęboki. Mamy oczywiście wiele takich wymiarów (konstruktów czy schematów ja, jak je nazywają różne teorie). Co więcej możemy je zmieniać i rozwijać w trakcie życia.

    Jeżeli już posiadamy jakiś wymiar, to znaczy, że dysponujmy zasobami, jakie pozwalają nam funkcjonować na jego obydwu biegunach. Jeżeli twój umysł stworzył danego rodzaju wymiar, to znaczy, że dysponuje odpowiednią ilością doświadczeń i informacji, dzięki którym może funkcjonować tak lub tak.

    Gdy uświadomisz sobie wybór, łatwiej ci będzie te zasoby przywołać. Oto kilka przykładowych wyborów:

    • Mogę siedzieć i użalać się nad sobą, lub mogę coś z tym zrobić.
    • Mogę być kimś, kto dławi rozmowę, lub mogę być uważnym słuchaczem.
    • Mogę być nieobecnym rodzicem, lub kimś, kto ma z nim dobry kontakt.
    • Mogę się wycofać lub znieść przeciwności i doprowadzić moje przedsięwzięcie do końca.

    Gdy sobie uświadomisz wymiar, na którym dokonujesz wyboru, powiedz sobie na głos (lub) zapisz, co wybierasz.

    4. Co mogę zrobić?

    Najczęściej, gdy dokonasz wyboru, działanie pojawi się samo. Automatycznie zmieni się twój sposób poruszania się, oddychania czy myślenia. Wybór celu i sposobu działania uruchamia nasze wewnętrzne zasoby.

    Nie jest to jednak regułą. Czasem warto jeszcze zadać sobie pytanie:

    • Co mogę teraz zrobić?

    Wybór polega najczęściej na tym, by działać mimo tego jak się czuję – mimo tego, że czuję się bezradny czy zawstydzony, zmęczony…