Tag Archives: cele
Zanim zaczniesz pracować nad sobą, sprawdź, w którą stronę jesteś zwrócony

Zanim zaczniesz pracować nad sobą, sprawdź, w którą stronę jesteś zwrócony

Opublikowano 26 października 2010 | By | Kategorie: zdrowe emocje | 28 komentarzy

Rzeźbiarz wewnątrz mnie

Kiedyś po szkoleniu, prowadzonym przez jedną z najlepszych (przynajmniej w Krakowie) psychoterapeutek, wzięła mnie chęć by poddać się terapii.

Podszedłem do niej na przerwie i mówię:

- Słuchaj, dużo pracuję z ludźmi i myślę, że moja skuteczność jest wypadkową tego, co sam przepracowałem. Wzięłabyś mnie na terapię?

Popatrzyła na mnie i zapytała:

- Jesteś żonaty?

- Tak.

- Masz dzieci?

- Tak.

- Jesteś szczęśliwy?

- Tak – wyrwało mi się, ale ponieważ głupio to brzmi w ustach kogoś, kto szuka terapii, dodałem – Zależy, co przez to rozumieć. Nie jestem szczęśliwy z pracy, nie jestem szczęśliwy we wszystkich relacjach. Z wielu rzeczy nie jestem zadowolony…

Popatrzyła na mnie nieco kpiącym wzrokiem i powiedziała.

- Nie potrzebujesz terapii.

Kończyła się przerwa i nie było czasu na dalszą rozmowę, ale chciałem jest odpowiedzieć:

- Potrzebuję! Mogę przecież tyle rzeczy ulepszyć, tak daleko mi do pełnego życia. Nie skończyłem jeszcze procesu swojego rozwoju!

Czułem się jak rzeźbiarz, który stoi nad bryłą zaledwie z grubsza wyciosanego marmuru. Widzi zarysy wspaniałego posągu: sylwetkę kogoś, kto jest zawsze skupiony na tym, co ważne, kogoś, kto nie czuje stresu, nie czuje braków energetycznych, zawsze jest spokojny, dogłębny, mądry… Wystarczy tylko zdjąć to, co powierzchowne i mało ważne i zostawić to, co najgłębsze i ponadczasowe. W żargonie, mówi się przepracować. Gdy przepracujesz jakiś kompleks czy problem, jesteś o krok bliżej tej klasycznej rzeźby z wypolerowanego marmuru.

Czułem się rozczarowany. Ja mam takie wizje, czuję się niemal Michałem Aniołem, a ona mnie pyta o to, czy mam żonę, dzieci i czy jestem zadowolony?! Tak, jakby człowiek żonaty, mający dzieci i nie zastanawiający się co drugi dzień czy aby dziś nie skoczy z mostu nie miał już nic ze sobą do zrobienia?! Rozczarowała mnie! Człowiek ma się rzeźbić, kształtować i doskonalić przez całe życie!

Rzeźba czy dłuto?

Pracujemy nad sobą, kształtujemy, budujemy swoje wnętrze. Wydobywamy siebie z głębin, przepracowujemy i modelujemy. Jesteśmy jak rzeźbiarze, skupieni nad swoim tworzywem. Ale czym tak naprawdę jest nasza psychika? Blokiem marmuru? Bryłą gliny? Klocem drewna? Workiem gipsu? Modeliną?

Jakim rodzajem tworzywa jesteśmy?

Żadnym. Myślenie o psychice, jak o tworzywie, z którego ma powstać rzeźba jest jednym z powodów, dla których nasze wysiłki by sobie pomóc (indywidualnie lub przez terapeutę) kończy się porażką.

Metafora rzeźbiarza jest dobra, problem jest jednak taki, że w tej metaforze psychika jest czymś zupełnie innym.

Nasza psychika jest dłutem, a tworzywem, z którego powstaje rzeźba jest świat na zewnątrz nas. Nasza prawdziwa praca nie polega na tym by wydobywać piękno z siebie samego, nie polega na tym by przepracowywać siebie i uwalniać się ze wszystkich napięć, nierówności czy niespójności. Nasza prawdziwa praca polega na tym by wydobywać piękno ze świata i innych ludzi.

To nie znaczy, że praca nad sobą nie jest człowiekowi potrzebna. Rzeźbiarz potrzebuje ostrych, dobrze utrzymanych dłut.

Jednak większość z klientów terapeutów, mówców i motywatorów, to ludzie, którzy, mimo, że ich dłuta nadają się do działania, siedzi i rozmyśla jakby tu jeszcze bardziej je udoskonalić. Są jak rzeźbiarz, który ma wszystko: tworzywo, siły i narzędzia, ale zamiast zabrać się do pracy, przez cały dzień biadoli, jakich to wspaniałych rzeczy by dokonał, gdyby miał lepsze narzędzia.

Owszem, są tacy, którzy mają lepsze. Bardziej stabilną psychikę z mniejszą ilością negatywnych emocji. Są tacy, którzy są bardziej uparci, bardziej inteligentni, mają mniejszą ilość traumatycznych wspomnień z dzieciństwa, lepsze doświadczenia z obecnymi partnerami itd. … ale czy to znaczy, że nie jesteś w stanie nic zrobić za pomocą tego, co masz teraz? Czy to znaczy, że to, czym dysponujesz jest bezużyteczne?

Troska o narzędzia czy ich kult?

Warto dbać o narzędzia. Gdy twoje dłuto jest zniszczone i połamane, przyda ci się pomoc. Gdy co dwa dni myślisz o tym, że świat nie ma sensu, gdy masz problemy z pełnieniem podstawowych ról – być może powinieneś poszukać pomocy.

Być może powinieneś coś dla siebie zrobić, gdy dzień po dniu czujesz się wypalony, jałowy i zgaszony. Nawet dobre dłuto trzeba od czasu do czasu ostrzyć.

Dobry rzemieślnik troskliwie obchodzi się z narzędziami. W dobrym warsztacie nie znajdziesz porozrzucanych, tępych pił czy dłut.

Ale mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach bardziej powszechny jest inny problem. Problem, na który cierpiał pewien znany mi kiedyś prezes wielkiej firmy. Jego konikiem było stolarstwo. Tak w każdym razie twierdził. Bliższe prawdy byłoby nazwanie tego „kolekcjonowaniem narzędzi stolarskich”. Miał cały zestaw narzędzi. Od zupełnie zwyczajnych do zaawansowanych – takich, które budziły zazdrość nawet profesjonalistów. Gdy jednak zabierał się za robienie czegoś (co mu się zdarzało bardzo rzadko) nie wyciągał tych najlepszych, ale te najgorsze.

Jak twierdził, robił to z troski o nie. W rzeczywistości to nie była żadna troska. Istnieje subtelna, ale wyraźna granica pomiędzy troską o narzędzia a ich kultem. On tą granicę przekroczył. Był kolekcjonerem, a nie rzemieślnikiem.

Kto nie zna takich kolekcjonerów? Czyściutki idealnie zadbany samochód, który oczywiście został kupiony po to by wozić dzieci, ale niech tylko wredny bachor wyleje soczek na siedzenie a nagle boleśnie się przekona, po co naprawdę ojciec kupił brykę. Albo piękny, zadbany rower, którym można powoli się przejechać dopiero wtedy, gdy na zewnątrz panują idealne warunki. Broń boże deszcz czy błoto. Albo wspaniała kolekcja gitar, z których właściciel pracowicie ściera kurze, stroi je, konserwuje i nigdy na nich nie gra.

Ochraniacze

Kilka lat temu, gdy zaczynałem jeździć na rolkach kupiłem sobie ochraniacze. Czarno – bordowe, pachnące świeżością prezentowały się wspaniale. Ich zadaniem – przynajmniej teoretycznie – była ochrona kolan, nadgarstków i łokci. Szybko zorientowałem się, że to raczej ja służę chronieniu ich przed rysami i zabrudzeniami. Starałem się tak jeździć by nie musieć ich używać.

Gdy to spostrzegłem, poszedłem w odległy zakątek parku, po którym jeździłem i w pełnym szyku wykonałem kilka rzutów na ziemię. Do dziś jestem dumny z efektów. Ochraniacze są po to, by były ubrudzone, porysowane i podrapane. Są właśnie po to, by znosić napięcia i radzić sobie z tarciem. Przecież ochraniacz bez rysy, to znak, że jesteś absolutnym nowicjuszem i pozerem. Zamiast jeździć ostrożnie (byle tylko nie upaść i nie porysować ochraniaczy) mogłem zacząć próbować wykonywać trudniejsze manewry i czerpać satysfakcję z upadków.

Nasza psychika jest trochę jak ochraniacz. Właśnie o to chodzi by znosić napięcia i obciążenia. O to chodzi by było na niej mnóstwo rys.

Jeżeli jesteś w pełnej harmonii, pokoju i wyciszeniu to są tylko dwie możliwości: albo osiągnąłeś już nieśmiertelność albo nie robisz tego, co powinieneś robić. Nie używasz swojej psychiki do tego, do czego powinieneś używać.

Psychika doskonali się od używania

Jeszcze bardziej niż ochraniacze, nasza psychika przypomina drewnianą harmonijkę ustną. Najlepsza harmonijka, to taka, która jest rozegrana. W miarę grania drewno nabiera odpowiedniej wilgotności i pęcznieje. Harmonika osiąga wtedy właściwą barwę. Dbałość o instrument polega na regularnym graniu na nim. Instrument nieużywany jest w kiepskim stanie.

Tak samo jest z psychiką. Rozwija się, gdy traktujemy ją, jako narzędzie a nie cel.

Psujesz ją, gdy:

- zamiast zbierać rysy, wycofujesz się;

- gdy nie angażujesz się w trudne przedsięwzięcia, bo boisz się urazów,

- gdy przestajesz robić coś ważnego, bo jest to dla ciebie zbyt bolesne czy wyczerpujące,

- gdy czekasz aż będziesz gotowy.

Nigdy nie będziesz całkiem gotowy. Nigdy nie będziesz całkowicie nadawać się do tego, co chcesz zrobić. A nawet więcej. Jeżeli zabierasz się za jakieś przedsięwzięcie, do którego doskonale się nadajesz i jesteś doskonale przygotowany, to znak, że nie zabierasz się za to, za co powinieneś. Poszukaj sobie raczej czegoś, do czego ledwo się nadajesz.

Silikon

Oglądałem kiedyś program, w którym nastolatkom pokazywano kilka fotografii kobiecych biustów. Wśród typowych, zwyczajnych biustów było zdjęcie nienaturalnego, wypchanego silikonem. Zadaniem nastolatków była ocena, który jest najbardziej naturalny i najczęściej spotykany. Oczywiście chłopcy wybrali taki, którego nigdy u swoich rówieśniczek nie spotkają. Byli głęboko przekonani, że to, co było czystym efektem chirurgii plastycznej jest czymś najbardziej powszechnym. Całe szczęście powoli zaczynamy uświadamiać sobie, jak bardzo media wypaczyły obraz ciała ludzkiego.

Podobnie jest jednak z obrazem psychiki. To, co wydaje nam się „zdrowe” i „normalne” często jest sztucznym tworem.

Postacie takie jak James Bond, Pippi Langstrumpf, Jack Sparrow czy Lara Croft to fikcja. Ludzie, których oglądamy w filmach i o których czytamy w książkach, to nie są prawdziwi ludzie. My jednak staramy się być jak oni: zawsze pełni optymizmu, humoru, dystansu, ciepła, wytrwałości itp. Martwimy się i szukamy pomocy, gdy tylko okazuje się, że nie jesteśmy jak James Bond, że kłopoty nas przytłaczają, że upadki bolą a dobry humor nie zawsze na się trzyma.

Z piersiami sytuacja jest stosunkowo łatwa. Masz pieniądze, pakujesz silikon i wszystko gra. Z psychiką problem jest nieco większy. Silikonu jest dużo. Możesz przebierać wśród ofert tych, którzy za parę złotych zmienią cię w boga. Problem jednak jest taki, że ten silikon długo się nie trzyma. Po tygodniu odpada i nie dość, że twoja psychika wraca do normy, to jeszcze masz kaca, że skopałeś sprawę. Nie skopałeś. Po prostu ktoś ci wmówił, że można być ideałem.

Owszem, wielu z nas wymaga pomocy psychologicznej. Ale najczęściej pomocy polegającej na tym, by jak najszybciej przekierować uwagę z siebie na świat.

Jeżeli radzisz sobie z podstawowymi, zadaniami, jeżeli możesz rano wstać i iść do pracy, jeżeli możesz rozmawiać ze swoimi bliskimi i przyjaciółmi, jeżeli możesz wsiąść do samochodu i pojechać na zakupy, nie mów mi, że rzeczą, której najbardziej potrzebujesz jest przepracowywanie siebie. Prawdopodobne bardziej potrzebujesz dokonania zwrotu na zewnątrz.

Dokonać zwrotu

Najbardziej istotnym elementem prawdziwej pracy nad sobą jest dokonanie zwrotu we właściwym kierunku. Zwrotu, w którym przestajemy traktować siebie, jako najważniejszy cel, a zaczynamy traktować jak narzędzie zmieniające świat.

Martin Buber w króciutkiej książeczce „Droga człowieka według nauczania chasydów” pisze:

Człowiek, który nieustannie trapi się pokutą i zamęcza myślami, że jego uczynki pokutne są niewystarczające, pozbawia dzieło zwrotu najlepszej cząstki energii…

Trzeba zapomnieć o sobie i mieć w myślach cały świat…

Każdy w swoim związku ze światem powinien baczyć, by nie stać się celem samym dla siebie.

W przełożeniu na bardziej psychologiczny język znaczy to mniej więcej tyle, że człowiek, który nieustannie zajmuje się swoją dojrzałością, opanowaniem, wyciszeniem, pozytywnym nastawieniem (wstaw jakiekolwiek problemy psychologiczne) pozbawia siebie samego najlepszej cząstki energii. By ją dostać, musisz dokonać dzieła zwrotu.

Tak naprawdę tego najbardziej potrzebujemy. To nie za wewnętrzną harmonią czy spokojem tęsknimy. Nie dlatego szukamy terapeutów by zlikwidowali napięcia, stresy i dali receptę na wieczną błogość. Viktor E. Frankl relacjonuje wyniki badań, jakie przeprowadzono na sporej grupie Francuzów i które z takim samym efektem przeprowadził w swoim szpitalu. 89% badanych stwierdziło, że ich zdaniem „człowiek potrzebuje czegoś, dla czego mógłby żyć”. 61% powiedziało, że w ich życiu jest ktoś lub coś, za co gotowi byliby gotowi umrzeć.

Gdy czujesz, że wiele jeszcze musisz nad sobą pracować, że potrzebujesz doskonalenia siebie, gdy czujesz się nieziemsko spragniony harmonii i spokoju, rozejrzyj się wokół:

Czy masz, dla kogo / czego żyć?

Czy jest coś, czemu warto służyć?

Czy poświęcasz temu tyle uwagi ile powinieneś?

Być może rzeczywiście musisz pewne rzeczy przepracować, ale może byś tak zaczął od drugiej strony? Może to nie stres, napięcie czy brak doskonałości jest twoim problemem, ale brak innego celu niż swoja doskonałość?

Może stres, napięcie, poczucie bycia nieszczęśliwym jest efektem gorączkowego trzymania się siebie i własnego samopoczucia? Jak by wyglądało twoje życie, gdybyś zupełnie przestał się martwić o własne samopoczucie, wygodę, pozytywne emocje czy myśli? Gdybyś zostawił je sobie samym i przestał je obskakiwać i obsługiwać. Czy coś by w tym życiu zostało?

Służba jest lekarstwem

Doktor Albert Schweitzer był jednym z najbardziej zdumiewających ludzi na ziemi. Doskonały filozof, teolog, muzykolog (jego dzieło na temat J.S. Bacha do dziś jest jedną z najważniejszych pozycji na ten temat), znawca budowy organów, doskonały organista, wykładowca i nauczyciel. Mimo tych wszystkich zainteresowań i zdolności, któregoś dnia postanowił poświęcić się całkowicie bezinteresownej służbie innym. Ukończył medycynę i wyjechał do Gabonu. Tam spędził kilkadziesiąt lat służąc najlepiej jak umiał tysiącom chorych. Pod koniec życia budził powszechny podziw. Został m.in. doceniony nagrodą Nobla. Ale powtarzał, że jest normalnym człowiekiem, który tylko odkrył znacznie służby innym.

Pisał:

…musicie służyć innym. Będziecie ubogimi w życiu, jeżeli wszystkim, o czym myślicie będzie to, jak osiągnąć sukces dla siebie. Prawdziwym celem w życiu jest istnieć dla innych, pomóc w spełnieniu tego, co winno być zrobione.

Służyć ludziom? To źle się kojarzy. W pewnym sensie nikt nie powinien być niczyim sługą. Jeżeli bycie sługą znaczyłoby rezygnację ze swoich osądów, indywidualności, ocena moralnych czy przekonania, co jest słuszne a co nie – nie można być niczyim sługą (choćby była to żona, rodzona matka czy największy autorytet wszech czasów). Ale nie o coś takiego chodzi. Służyć komuś może też znaczyć pomagać drugiej osobie, dbać o jej potrzeby, troszczyć się o nią, interesować się tym, czego potrzebuje czy dzielić się z nią swoim czasem czy wysiłkiem. Jeżeli tak rozumieć służenie, zasada jest prosta:

Nie można przeżyć sensownego życia, jeżeli nikomu ani niczemu nie służymy. Tak jesteśmy skonstruowani, że zaczynamy kwitnąć, gdy zaczynamy autentycznie służyć.

Jeżeli czujesz depresję, brak energii, smutek, apatię, nieśmiałość, brak inspiracji… cokolwiek, zafunduj sobie lekarstwo: znajdź kogoś i zacznij mu służyć.

Zafiksowanie na swoim bólu i problemach zawsze pogarsza sprawę. Starasz się wyrwać i plątasz się coraz bardziej. Zostaw na chwilę swój głód i swój ból. Pomóż najpierw drugiej osobie.

Postępuj zupełnie odwrotne niż w samolocie. Najpierw włóż maskę współpasażerowi. Pomóż złapać jej oddech. Zobaczysz, że stanie się coś dziwnego. Dając komuś autentyczną troskę i zainteresowanie nie odbierasz sobie niczego. Im więcej autentycznej troski dasz drugiej osobie, tym więcej dasz sobie samemu.

To nie oznacza, że masz odrzucić siebie

Zwrócenie się na zewnątrz, nie oznacza odrzucenia własnych odczuć. Wręcz przeciwnie. Jeżeli jesteś zwrócony na zewnątrz to, co dzieje się wewnątrz ciebie bardzo się liczy.

Twoje przyjemności, refleksje, przeżycia, wątpliwości, marzenia czy nawet sny, stają się ważnym narzędziem, poprzez które świat komunikuje się z tobą. Dzięki temu, co czujesz w środku wiesz, co jest cenne i ważne dla świata. Poczucie przyjemności z pracy jest wtedy sygnałem, że jesteś na właściwej drodze.

Nie chodzi o to by przestać pracować nad sobą czy przestać zajmować się sobą. Chodzi o to, by mieć właściwy zwrot.


Zdjęcia: Akbar Simonse (zdjęcie z rzeźbiarzem); Claire Sutton (z dłutami)

Ubrudzić sobie ręce działaniem

Ubrudzić sobie ręce działaniem

Opublikowano 15 grudnia 2009 | By | Kategorie: psychologia działania | 11 komentarzy

Dlaczego nic nie robimy?

Wiele osób doskonale wie, co dla nich jest najważniejsze. Nie muszą wykonywać żadnych ćwiczeń by opracować swój zestaw wartości. Od razu potrafią powiedzieć, co jest ich marzeniem i czego więcej by chcieli.

Ale ta wiedza nic nie zmienia. Nie podejmują żadnych działań, które by ich przybliżały do marzeń. Może to wynikać z kilku powodów.

Mogą nie działać, bo:

  • dali się opanować gnuśnej wizji świata,
  • działanie myli się im z mówieniem i myśleniem,
  • wolą nie ryzykować strat,
  • wolą zajmować się sobą samym – przygotowywać i doskonalić – niż światem.

Tych powodów może być więcej. Te nam wystarczą by odkryć, że działanie to nie jest dopust boży, ale ścieżka wyzwolenia.

Złudzenie „wystarczy marzyć”

Tzw. prawo przyciągania stało się popularne, bo zawarta jest w nim obietnica, że nie trzeba podejmować żadnych działań. Wystarczy mieć marzenie, dokładnie je sobie wyobrazić, a wszystko samo do nas przyjdzie. Wszechświat, pole kwantowe, Bóg – czy jakkolwiek to nazywają – samo przybliży twoje marzenie.

W filozofii hinduskiej dzieli się ludzi na kilka grup, w zależności od tego, przez jaki pierwiastek opanowany jest ich umysł. Najgorszy typ, to ci, którzy są opanowani przez tamas. Umysł zdominowany przez tamas jest leniwy, gnuśny, opieszały i roszczeniowy. Tego typu umysł jest:

…spowity w ciemność, niesłuszność uznaje za słuszność i wszystkie sprawy widzi na odwrót (Bhagavadgita)

Dla takich osób czekanie, aż wszystko samo przyjdzie, jest objawem mądrości.

Ciekawe, że ludzie często powołują się na hinduizm, który ponoć od dawna mówił o manifestowaniu marzeń. Przypomniałem sobie ostatnio Bhagawadgitę, którą studiowałem wiele lat temu podczas zajęć z Filozofii na UJ. To jedno wielkie przekonywaniem do działania. Na samym końcu jej bohater, Ardżuna, składa zapewnienie Krisznie:

Dźwignąłem się wolny od wahań.
Wprowadzę w czyn twoje słowa.

Pułapka słów (umiem tylko mówić)

Zdarzyło mi się rozmawiać z człowiekiem, który przeczytał od deski do deski moją książkę „Energia wewnętrzna”. To duży materiał i powiem szczerze nie sądzę, że sam bym wszystko przeczytał, gdybym nie był autorem. Ta osoba przeczytała uważnie wszystko. Była w stanie dyskutować na każdy poruszany tam temat. Wydawałoby się, że to idealny czytelnik. Niestety. Jedyne, co zyskał to słowa.

Gdy rozmawiałem z nim, miałem taką wizję: człowiek siedzi na środku torów kolejowych, z oddali widać nadjeżdżającą lokomotywę. Mówię mu:

- Zejdź z torów, bo to niebezpieczne!

- Masz rację, w zupełności się zgadzam. To bardzo niebezpieczne – i siedzi dalej.

- Dobrze, że się zgadzasz, ale teraz wstań i idź, bo lokomotywa się zbliża!

- Tak, tak. Tak właśnie trzeba zrobić!

- Nie gadaj człowieku, tylko to zrób!

- Tak, to bez sensu siedzieć i gadać. Trzeba w takiej sytuacji wstać i iść.

- Ale ty ciągle siedzisz i nic nie robisz! Zrób coś!

- Tak, masz rację, to trafna obserwacja, to bez sensu tak siedzieć – odpowiada ciągle nic nie robiąc.

Cokolwiek takiej osobie nie powiesz, jedyne co zrobi to odpowie: potwierdzi, wyrazi zrozumienie, doceni radę. Ale nic nie zrobi. Umie reagować tylko werbalnie. Jej wiedza (często bardzo cenna) jest jakoś dziwnie odseparowana od ciała.

Znacznie bardziej bym wolał, by ta osoba przeczytała jedną stronę i coś zrobiła. Wprowadziła w życie to, czego się dowiedziała.

Wszystko można analizować, dyskutować i werbalizować. Czasem jednak od tych analiz zostaje z nas jedna wielka, gadająca głowa z mikroskopijnymi rączkami i nóżkami.

Unikanie ryzyka

Gdy określisz swoje wartości najczęściej okaże się, że łączą się one z trudnymi działaniami. Gdyby tak nie było, dawno byś pewnie zrobił wszystko, co potrzeba.

Podejmując jakiekolwiek działanie ryzykujesz. Jeżeli np. twoją wartością jest miłość, robiąc coś dla niej ryzykujesz, że zostaniesz dotkliwie zraniony. Jeżeli twoją wartością jest twórczość, poświęcając się jej ryzykujesz krytykę. Gdy wartością jest bycie częścią grupy, ryzyko wiąże się z odrzuceniem. Jeżeli wartością jest sława, ryzykujesz wyśmianie.

Czasem ludzie wolą nie podejmować ryzyka. Lepiej im tęsknić z niespełnienia, niż ryzykować przegraną. Lepiej wiecznie marzyć o miłości niż ryzykować zranienie. Lepiej wiecznie fantazjować o twórczości niż ryzykować porażkę. Lepiej stać całe życie z boku, niż zaryzykować odrzucenie. Lepiej wzdychać do sławy niż narazić się na drwiny.

Gdy robisz choćby mały krok w stronę tego, co naprawdę cenisz, najczęściej dostajesz po uszach.

Gdy człowiek stoi z boku, łatwo mu udawać przed sobą i innymi, że wcale nie o to mu chodziło.

Każde działanie brudzi ręce. Nie jest już po nim tak łatwo się schować przed sobą. I choćby dlatego warto działać.

Przygotowywanie się

Człowiek ma tak wiele w sobie do przepracowania. Tak wiele niezrozumiałych przeżyć, snów, wspomnień, i obrazów…. Tak wiele zamętu i zagubienia.

Zrozumieć, przepracować, wyklarować, jakoś to wszystko ułożyć i połączyć. Wreszcie wszystko pojąć. Przeniknąć własne tajemnice. Dowiedzieć się jak i dlaczego.

Tęsknimy za klarownością. Przygotowujemy się, czytamy książki, medytujemy nad sobą. Wierzymy, że warto. Że gdy będziemy mieli jasną głowę, wszystko stanie się łatwe. Jeszcze tylko jedna książka, jeden artykuł, jedno spotkanie, jedna technika i uda nam się to wszystko uchwycić.

Ile czasu trzeba by osiągnąć ten stan? Czy wystarczy sesja u dobrego terapeuty? Czy wystarczą kilkudniowe warsztaty?

Nie, zbyt mało.

A może kilkadziesiąt sesji?

Ciągle za mało.

Całe życie?

Też mało.

Nie wystarczyłoby nawet kilka żyć.

To jest pułapka, do której prowadzi wiele systemów psychologicznych. Im bardziej obracasz się wokół swojego ogona, tym trudniej ci przestać to robić. Im częściej wsadzasz rękę do sadzawki, tym bardziej mętna woda.

Klarowności umysłu nie osiąga się poprzez wieczne potrząsanie nim.

To podstawowy błąd, którym skażonych jest większość współczesnych systemów rozwoju: brak umiaru w zajmowaniu się sobą.

Nie ma nic złego w zajmowaniu się sobą. I chrześcijaństwo i judaizm i buddyzm, zachęcają do tego by przyjrzeć się sobie. Ale każdy z tych systemów (w każdym razie ich pierwotne, zdrowe wersje) zalecają w tym duży umiar.

Szybko przychodzi chwila, w której człowiek słyszy: Przestań zajmować się sobą. Nie o ciebie w tym wszystkim chodzi. Nie ty jesteś w tym wszystkim najważniejszy.

Nie możesz bez końca doskonalić siebie, słuchać samego siebie i rozwijać siebie. Choćbyś to robił z nie wiadomo, jakimi intencjami.

Mam wrażenie, że dziś wielu ludzi jest mistrzami, jeżeli chodzi o pracę nad sobą. Wiemy dużo na temat tego jak analizować swoje emocje, myśli i sny. Potrafimy zastosować techniki zaczerpnięte od psychologów i mistrzów rozwoju.

To wszystko jednak nie przynosi nam upragnionego spokoju. Im więcej czytamy, im więcej się staramy, im więcej odbywamy sesji, tym większy czujemy zamęt.

Nic dziwnego. Im mocniej grzebiesz w sadzawce, tym bardziej wzburzona i mętna woda.

Gitarę przed koncertem się stroi. Ale strojenie trwa krótką chwilę. Potem gitara staje się tylko narzędziem, którego racją bytu jest utwór. Dobra gitara to taka, o której muzyk nie musi myśleć. Co by było, gdyby muzyk przez czas koncertu jedynie stroił gitarę i demonstrował jej możliwości?

Rabbi Bunam z Przysuchy, pewnego razu chcąc uczcić jakiegoś człowieka, poprosił go, by zadął w róg w swojej bożnicy. Ten, czując się doceniony zaczął długie przygotowania by dostroić swoją duszę do tego, co miał zrobić. Bunam, widząc to, krzyknął:

- Głupcze, dmij!

Głupcze, zacznij grać. Zacznij działać, zamiast po raz kolejny przeprowadzać analizę i dostrajać się.

Nie potrzebujesz kolejnej psychologii, kolejnych analiz i technik samorozwoju. Nie potrzebujesz kolejnego dostrajanie się. Potrzebujesz wreszcie przestać zajmować się sobą i skupić swoją uwagę na świecie wokół.

Zacznij działać taki, jaki jesteś. Zacznij działać z tego miejsca, w którym jesteś. Z tym, co masz. Z takim zamętem, jaki masz w sobie. Zostaw to. Nie dostrajaj się, nie przygotowuj, nie wprowadzaj w nastrój.

Zacznij grać swój koncert, choćbyś nie wiem jak czuł się rozstrojony. Bez obawy, tym różnimy się od gitar, że gdy skupimy się na utworze, mimochodem łapiemy strój.

Jak pisał Shōma Morita:

Machnij ręką na siebie. Zacznij działać teraz, gdy jesteś neurotyczny, niedoskonały, wiecznie zwlekający, leniwy, niezdrowy czy też jakiejkolwiek innej niecelnej etykiety w odniesieniu do siebie używasz. Idź naprzód i bądź najlepszą niedoskonałą osobą, jaką możesz być i zabierz się za rzeczy, jakich chcesz dokonać, zanim umrzesz.

Oczywiście wszystko wymaga umiaru. Nie chodzi o to, byś nigdy, przenigdy nie myślał, co tym, co czujesz ani nie dociekał, co się w tobie dzieje.

Ale szczególnie wtedy, gdy czujesz, że coś jest z tobą nie tak, że nie potrafisz dojść z sobą do ładu, że brakuje ci klarowności – zacznij działać. Wstań i zrób choćby kilka najprostszych kroków, na jakie cię stać.

Dzięki Bogu, nikt mi nie da na tacy, tego, o czym marzę

Całe szczęścia, że nasze marzenia nie realizują się bez naszego udziału.

Wyobraź sobie, że jesteś w górach i wyjeżdżasz kolejką na szczyt góry. Masz narty, świeci słońce a przed tobą wspaniałe zbocze. Już masz zamiar ruszyć w dół, ale spotykasz znajomego. Pyta:

- Gdzie jedziesz?

- Tam na dół. Umówiłem się w karczmie u podnóża na grzane piwo.

Twój znajomy macha ręką i za sekundę pojawia się nad tobą śmigłowiec. Zaszokowany nawet nie zdążyłeś stawić oporu, gdy po chwili wysadzają cię przed karczmą. Pilot widząc twoją zdziwioną minę pyta:

- Czy coś nie tak? Zdaje się, że tutaj pan chciał się znaleźć.

Niby tak, ale przecież najfajniejsza w tym wszystkim miała być droga. Prawo przyciągania to taki helikopter, który cię przenosi tam, gdzie chcesz być, nie angażując do tego twoich mięśni, emocji, myśli czy ogólnie wysiłku. Całe szczęście to jedynie nasza gnuśna fantazja na temat świata. Droga do marzeń jest tak samo ważna jak cel. Gdybyś dostał to, o czym marzysz bez żadnego wysiłku, to nie byłoby to samo.

Czasem, gdy człowiek stoi na górze, może mu się wydawać, że helikopter byłby najlepszym rozwiązaniem. Przecież mogę się połamać, zabić, rozbolą mnie mięśnie, ludzie będą się ze mnie śmiali. Proszę zabierzcie mnie stąd! Czy jest tu jakiś helikopter? Ale ponieważ helikoptera nie ma, możesz albo stać na szczycie i narzekać, albo puścić się w dół ryzykując wszystkie nieszczęścia, jakie mogą ci się pojawić po drodze.

Gdy człowiek już się przełamie okazuje się, że droga była równie wspaniała jak cel. Oczywiście ryzyko zawsze jest prawdziwe. Zawsze możesz się znaleźć w gipsie. Ale to nie zmienia faktu, że działając zawsze dostajesz coś bardzo cennego.

Jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie mogą nam się przydarzyć, jest to, że możemy działać dążąc do swoich celów. Nie twierdzę, że jest to zawsze łatwe i przyjemne. Ale bez działania bylibyśmy znacznie bardziej ubodzy.

Działanie nas oczyszcza. Gdy działasz musisz skupić się na zadaniu i świecie. Gdy pędzisz zboczem rozpływasz się w tym, co robisz. Jesteś jednym ze światem.

Abraham Joshua Heschel pisze:

Nie możemy zanurzać się w drobiazgową analizę własnego „ja”. I nie wolno nam skupiać się na problemie egocentryczności. Drogą do oczyszczenia „ja” jest unikanie rozmyślania nad nim i skoncentrowanie się na zadaniu, które mamy do spełnienia.

Działanie jest warunkiem szczęścia

Bez działania nie jesteśmy w stanie być szczęśliwi.

Kierkegaard powiedział, że drzwi do szczęścia otwierają się na zewnątrz. Gdy ktoś usiłuje się do niego wedrzeć, przed tym się zamykają. Dopiero, gdy zajmiesz się tym, co masz do zrobienia, gdy skupisz swoją uwagę na celu, szczęście nieśmiało uchyli drzwi i wyjdzie do ciebie.

Ze szczęściem jest jak ze snem. Frankl pisze:

Sen nie przychodzi do tego, kto go zbytnio pragnie, bo tym samym wypłasza go. Dlatego sen słusznie porównywano do gołębia, który, gdy zachowujemy się spokojnie siada na ręce, ale odlatuje, gdy usiłujemy go pochwycić.

Zamiast włamywać się do szczęścia, zadowolenia, przyjemności czy klarowności, ustal cel i zacznij działać.

To może być mały cel. Nic szczególnego. Żadna rewolucyjna zmiana. Ale niech to będzie coś, co wiąże się z najcenniejszymi dla ciebie wartościami.

Pomyśl, co dzisiaj możesz zrobić.

Wybierz coś realnego. Coś, co da się osiągnąć w takich warunkach, w jakich jesteś. Z tym, czym dysponujesz. Jeżeli chcesz możesz wybrać coś rewolucyjnego, ale znacznie lepiej zrobi, gdy na początek wybierzesz coś małego i prostego.

Znajdź jakiś łatwy, prosty cel i go osiągnij. Jeżeli twoją wartością jest powiedzmy twórczość i chcesz coś napisać, usiądź i pisz przez dziesięć minut. Jeżeli chcesz zmienić pracę, możesz np. przez dziesięć minut popracować nad swoim cv. Jeżeli chcesz poprawić kondycję, idź na dziesięcio minutowy spacer.

Jeżeli dziesięć minut to zbyt dużo – rób coś przez minutę.

Rób to jutro i przez kolejne dni. Być może, zbyt wiele to ci nie da. Ale ten choćby jeden prosty krok sprawi, że coś zacznie się w tobie dziać.

Czy wiesz, co jest naprawdę ważne?

Czy wiesz, co jest naprawdę ważne?

Opublikowano 04 grudnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Brak poczucia kierunku

Życie wielu osób jest pogmatwane i pełne cierpień, bo nie wiedzą, co jest dla nich ważne.

Czy można żyć nie wiedząc takich rzeczy? Gordon Allport, jeden z bardzo cenionych psychologów, pisał w latach pięćdziesiątych, że co najmniej 25% studentów nie potrafi odpowiedzieć na pytanie Po co ja żyję? Są apatyczni, znudzeni i nie mają żadnych pasji. Czy w ciągu pięćdziesięciu lat, takich ludzi przybyło czy ubyło?

Wydaje mi się, że dziś można by było znaleźć nie więcej niż 25% młodych ludzi z poczuciem kierunku. Być może to typowe zrzędzenie „na tę dzisiejszą młodzież”. Niech jedynym usprawiedliwieniem będzie to, że moim zdaniem to i tak dobrze w porównaniu ze starszymi. W miarę upływu lat ten odsetek ostro maleje. Wśród czterdziestolatków, nie wiem czy 10% osób ma poczucie kierunku.

Ludzie oczywiście potrafią powiedzieć, co lubią i co by chcieli. Jednak preferencje to nie to samo, co wartości.

Gdy prowadziłem rozmowy selekcyjne, moi rozmówcy na pytanie, co jest dla nich ważne recytowali bez zająknięcie:

- Rozwój, wymagająca, odpowiedzialna i dobrze płatna praca, szczęśliwa rodzina. Podróże też by się przydały.

Mało kto jednak potrafił podać przekonujące przykłady, na to, że te rzeczy mają jakieś pokrycie w jego życiu. Nie trzeba być psychologiem by się zorientować, że najczęściej były to puste deklaracje. Czasem podsłuchane w telewizji, czasem od kolegów, czasem od rodziców a czasem na ambonach.

Ci ludzie najczęściej nie mieli zielonego pojęcia, co jest dla ich naprawdę wazne. Wszyscy tego chcą, to ja też. Po co się nad tym zbytnio rozwodzić?

Tymczasem, jak pisze Allport, posiadanie mocnych osobistych dążeń odróżnia człowieka od zwierzęcia, dorosłego od dziecka, a w wielu przypadkach osobowość zdrową od chorej.

Zapominając o tym, co jest dla nas naprawdę ważne stajemy się niedojrzali i chorzy (może zwierząt już do tego nie mieszajmy).

Źródło energii

Gdy nie wiesz, co jest twoją wartością, może się zdarzyć, że poświęcasz siły na coś, czego tak naprawdę nie chcesz. Na przykład starasz się ze wszystkich sił zrobić karierę, gdy tak naprawdę liczy się rodzina. Albo poświęcasz cały czas na wychowywanie dzieci, gdy liczy się tylko kariera.

W efekcie wszystko robisz na pół gwizdka. Oczywiście można mieć kilka wartości. I rodzinę i karierę. Jednak póki nie wiesz, jakie są to wartości, możesz niepotrzebnie tracić swoją energię.

Dzięki wartościom masz dostęp do ukrytych w tobie pokładów energii wewnętrznej. Gdy jesteś ich świadomy możesz podejmować znacznie mądrzejsze i bardziej trafne decyzje. W efekcie twoje życie może być pełniejsze i bardziej spójne.

Odkrywanie

Wartości się nie wybiera. Mógłbym cię przekonywać przez najbliższe cztery lata, że coś jest wartością, mógłbyś mi nawet przyznać rację, ale niewiele by to dało. Nie da się powiedzieć: od jutra moją wartością będzie wolność. Nie będzie, jeżeli nie miałeś jej w sobie od zawsze.

Wartości możemy tylko odkrywać. Szukając ich jesteśmy jak archeolodzy, którzy rozkopują ziemię w poszukiwaniu zasypanego miasta. Posuwając się głąb, ściągając kolejne warstwy ziemi są uważni i otwarci na wszystko, co się pojawia.

Docieranie do własnych wartości

O wartościach pisałem już w książce „Energia wewnętrzna”. Opisałem tam kilka sposobów pracy nad nimi.

Przygotowałem rozdział z tej książki w postaci pliku pdf. W porównaniu z książką jest tam kilka niedużych zmian. Dodałem też kilka zdjęć. Jest to lektura na jeden spokojny wieczór (albo inną, piękną porę dnia).

Zachęcam do tego by przeczytać ten rozdział i zrobić sugerowane tam ćwiczenia.

Z przyjemnością ci wyślę te materiały (oczywiście całkowicie bezpłatnie). Wystarczy kliknąć na okładkę obok. Otworzy się nowe nowe okno i zostaniesz poproszona o dopisanie się do listy subskrypcyjnej. Po potwierdzeniu, na podany adres zostanie wysłany plik. okladka_wart_opt

Miłej pracy!

Cele

Znać swoje wartości to dopiero początek. Wiele osób ma rozbabrane życie, bo nie potrafi się zabrać za działanie.

Wartości są jak wymagający dyrektor. Ciągle dają cię jakieś polecenia i wymagają byś coś dla nich robił.

Jednak sama ich świadomość nie wystarczy. Od czasu do czasu musisz pójść do gabinetu dyrektora i ustalić plan działania.

Mówić inaczej, wartości są jak drogowskazy. Wskazują kierunek, w którym powinieneś się poruszać. Jednak nigdy do nich nie dojdziesz. W stronę miłości, mądrości czy wolności człowiek dąży całe życie i nigdy nie ma poczucie, że osiągnął wszystko, co mógł.

Dlatego potrzebujemy celów. Konkretnych projektów. Konkretnych marzeń, które chcemy zrealizować.

Pod którymś z moich tekstów o marzeniach, ktoś napisał, że jego jedynym marzeniem jest pokój. To wartość, a nie cel. By konstruktywnie żyć, trzeba ją przełożyć na coś konkretnego. Co konkretnie możesz zrobić by przybliżyć do siebie tą wartość? Jaki konkretny projekt uruchomisz?

Posiadanie celów, do których dążymy jest warunkiem szczęścia. Szczęście jest tylko efektem ubocznym naszego działania. Tak jesteśmy skonstruowani. Jak ktoś powiedział – drzwi do szczęścia otwierają się na zewnątrz: kto usiłuje się do niego wedrzeć przed tym się zamykają. Szczęście przychodzi samo, gdy z poświęceniem dążysz do realizacji celów.

Przypomnienie jeżeli nie pobrałeś pliku o wartościach: Jeżeli chcesz, kliknij na ten link . Lub po prostu do mnie napisz.

Cichy głos w środku, który przypomina o celu

Cichy głos w środku, który przypomina o celu

Opublikowano 10 października 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 2 komentarze

Anonimowa myśl mówi: „Samodyscyplina to pamiętanie o tym, czego się chce„. W chwili, gdy napisałem te słowa odezwał się alarm w moim zegarku. Ustawiłem go wcześnie, gdy wychodziłem z domu. Odzywa się co 45 minut. Nie wyłączam go. Brzmi przez chwilę, a potem zegarek odlicza od nowa. Ten dźwięk jest dla mnie sygnałem, że mam się na chwilę zatrzymać i przypomnieć sobie, co jest moim celem. Zdarza się, że po takim przypomnieniu przerywam to, co robiłem i zajmuję się czymś innym. Na przykład wyłączam jakąś stronę internetową, w która uważnie się wpatrywałem albo okładam książkę, nad którą od kilkunastu minut ślęczałem. Dociera do mnie, że byłem pochłonięty czymś, co nie prowadziło mnie do ważnego dla mnie celu. Dźwięk zegarka sprawia, że wracam do pracy, która jest ważna.

Czasami taki powrót jest bardzo trudny. Co rusz moja uwaga schodzi na manowce. Powrót do tego, co ważne przypomina wchodzenie do zimnej wody w pochmurny dzień. Gdy tylko przestaję być skupionym uwaga wyskakuje z wody i zakopuje się w ciepłym sianie.

Czasem powrót na szlak nie jest trudny. Dźwięk zegarka tylko przypomina mi o celu. Bez żalu porzucam błąkanie się i z nową energią zabieram się do pracy. Bywa też i tak, że tylko utwierdzam się w tym, że jestem na szlaku. W takich dniach mogę spokojnie wyłączyć mojego elektronicznego dozorcę.

Słowo samodyscyplina wywołuje złe skojarzenia. Wojskowy mundur, stanie na baczność, w dwuszeregu zbiórka, pompki, zapach potu i czołganie się błocie. Jednak to nie musztra i wysiłek fizyczny stanowią istotę zdyscyplinowania.

William James w rozdziale poświęconym woli daje przykład pijaka, który doświadcza pokus na widok pełnej butelki. Od strony fizycznej tak samo łatwo podnieść butelkę do ust i wypić jej zawartość jak i wylać ją do zlewu. Istotą dyscypliny nie jest wysiłek fizyczny a wysiłek uwagi. To, jak osoba pijąca przejdzie swoją próbę zależeć będzie od tego, czemu poświęci więcej uwagi.

Gdy człowiek ma na coś ochotę (np. napić się, polenić, poobgadywać czy zrobić komuś na złość) skrzętnie unika myśli, które by były z tym sprzeczne. Wewnątrz słyszy, co prawda głos, który mówi by robił coś innego, ale ten głosik jest słaby i łatwy do zagłuszenia. Pijak, którego opisuje James mówi sobie, że

…chodzi o to, by się trunek nalany nie zmarnował, albo że nie należy być nudnym i sztywnym w towarzystwie kolegów, albo, że trzeba spróbować gatunku wódki, którego się jeszcze nie zna, lub, że należy uczcić uroczystość, albo że należy w sobie podnieść energię dla podjęcia silniejszego postanowienia wstrzemięźliwości…

Nagle najważniejszą rzeczą w życiu stają się koledzy, nowy smak, uroczystość czy podnoszenie własnej energii. Cel by żyć bez picia zostaje zepchnięty w tło. Wyobraźnia podpowiada coraz to wspanialsze i coraz bardziej rozsądne cele. Po wszystkim okazuje się, że były one nic nie warte.

Nie zawsze jednak człowiek ulega. Co się dzieje w głowie osoby, która wytrzymuje pokusę? Nie bierze kieliszka do rąk, albo – w przypadku pozytywnej dyscypliny – bierze do ręki podręcznik czy wybiega na codzienne ćwiczenia, mimo, ż nie ma na to żadnej ochoty?

Jedyna różnica polega na wykorzystaniu uwagi. Taka osoba aktywnie szuka w sobie tego małego, cichego głosu, który mówi o tym, co jest ważne. Gdy go znajdzie skupia się na nim i utrzymuje go w świadomości.

To może być trudne. James pisze:

Trudność leży w opanowaniu pola uwagi. Mimo, że spontaniczny przepływ myśli jest naturalny dla świadomości, uwaga musi być utrzymana na jednym obiekcie, aż nie urośnie on do tego stopnia, że sam będzie pozostawał przed umysłem z łatwością.

Gdy uda ci się to choćby przez krótki czas, twój cel zacznie cię zmieniać:

Podtrzymany w ten sposób przez celowy wysiłek uwagi trudny obiekt zaczyna niebawem zwoływać swoich kamratów i wspólników i w końcu razem zmieniają świadomość człowieka. Ze zmianą świadomości zmieniają się zachowania. Gdy nowy obiekt już stabilnie opanuje pole myślowe, niechybnie wytwarza swoje własne skutki motoryczne.

Nasza psychika w momencie pokusy czy rozprzężenia przypomina samochód, w którym kilka osób równocześnie stara się wydawać nam polecenia a my siedzimy przy kierownicy z zamkniętymi oczyma.

Słyszymy wyraźnie pięknie brzmiące i elokwentne rady co powinniśmy robi i dlaczego.

  • Teraz skręć w lewo, mówię ci to doskonały manewr, będziesz zadowolony!
  • Nie możesz przegapić tej okazji! To najlepsza i najbardziej wygodna droga, skręcaj teraz!
  • Tutaj każdy powinien skręcić! Nie wolno ci tego minąć.

Wszystko ma być pięknie i przyjemnie. Problem jednak polega na tym, że dość dobrze znasz te głosy. Nie raz ich słuchałeś. Jednak mimo ich obietnic zawsze wjeżdżałeś do rowu, na ścianie czy w szczerym polu. Ale one są tak przekonywujące i tak sugestywne, że trudno ich nie posłuchać.

  • Mam prawo obejrzeć sobie telewizję. Jestem zbyt zmęczony by po całym dniu pracy zabierać się do pisania. Po tygodniu okazuje się, że oglądasz telewizję codziennie i za każdym razem, gdy wyłączasz telewizor jesteś jeszce bardziej zmęczony.
  • Nie mam już dzisiaj siły, jutro się pouczę słówek. Jeden dzień nic nie zmieni. Trzydzieści kolejnych dni również nie zmieniło. Każdy okazał się nie dość dobry. Żadnych nowych słówek.
  • Nie najlepsza pogoda na to by biegać. Może kiedyś indziej. Buty do biegania stoją nieużywane, mimo że pogoda zmieniała się już kilka razy.

Wśród tych wyraźnych głosów, gdzieś w tle, co jakiś czas odzywa się słaby, nieatrakcyjny i mało elokwentny głosik. Ledwo go słyszysz. Czasem nawet nie jesteś w stanie zrozumieć tego, co mówi. Słaby głosik, który chce ci przypomnieć, co jest dla ciebie naprawdę ważne.

Nie ma sposobu by ten głos wzmocnić a pozostałe wyciszyć. Jedyne, co możesz zrobić to zaakceptować tą sytuację, uwrażliwić się na ten głos i kierować się jego wskazaniami. To nie jest łatwe, ale możliwe. Z czasem głosik stanie się coraz wyraźniejszy a głosy z pierwszego planu coraz słabsze. Jednak na razie musisz nauczyć się sterować swoją uwagą tak, by wyciągać z tła ten mały, niepozorny głosik i kręcić kierownicą zgodnie z tym, co mówi.

Będzie to łatwiejsze, gdy będziesz pamiętać o trzech punktach

1. Znaj swój cel.

Nigdy nie będziesz człowiekiem samo-zdyscyplinowanym, jeżeli nie wiesz, co jest twoim celem, lub co chwilę go zmieniasz (co na jedno wychodzi). Określ swoje wartości i cele oraz naucz się przywoływać je szybko do pamięci. Gdy jesteś rozproszony, zdezorientowany i otoczony pokusami, nie czas na to by zastanawiać się, co jest dla ciebie naprawdę ważne. Zrób to póki jeszcze masz w sobie zapał a na twoje drodze nie stoją żadne pokusy.

2. Uwrażliw się i zaakceptuj swój ledwo słyszalny wewnętrzny głos.

Każdy by chciał by jego wewnętrzny głos brzmiał donośnie i wspaniale. Oczekiwalibyśmy, że gdy pomyślimy o celu, nagle do wewnętrznego głosu dołączą organy, chór i orkiestra symfoniczna. Że to, na co do tej pory nie mieliśmy w ogóle ochoty nagle stanie się atrakcyjne, albo to, co nas do tej pory kusiło stanie się mało ważne. Nagle z pełną energią i zapałem rzucimy się do biegania, pisania, ćwiczenia czy zdrowej żywności. Oczekujemy, że psycholodzy dadzą nam jakieś techniki pozwalające na wzmacnianie w sobie tego głosu.

Nawet, gdy to się czasem udaje takie oczekiwania są pułapką. Drugim krokiem do bycia człowiekiem zdyscyplinowanym jest przestać szukać wygody. Być człowiekiem zdyscyplinowanym to być człowiekiem skupionym na celu. Samodyscyplina polega na porzuceniu tego wszystkiego, co nie prowadzi bezpośrednio do celu. Gdy zabiegasz o wygodę, cel zostaje w tyle. Zamiast na celu, skupiasz się na „pracy z sobą”. Zamiast robić, to co trzeba skupiasz się na „wzmacnianiu świadomości” i innych niepotrzebnych sztuczkach.

Nie musisz słyszeć wyraźnie. Nie musisz wpadać w rezonans. Nie musisz być w pełnej harmonii. Wystarczy, że wiesz, co masz zrobić. Zacznij słuchać treści tego, co wewnątrz siebie słyszysz i przestań zajmować się tym jak to słyszysz.

3. Działaj jak najszybciej.

Uwaga dowolna, którą wykorzystujesz by przywołać cel jest bardzo krucha. Może być tak, że przywołany cel, jak pisał James „zbierze swoich kamratów i wspólników i opanuje pole uwagi”. Nie warto jednak na to liczyć. Jak najszybciej dołóż do świadomości celu działanie: odejdź od stołu, na którym stoi wódka, skasuj grę, która ci zabiera czas, wyłącz film, który uważasz za stratę czasu, wyciągnij podręcznik, z którego masz się uczyć, usiądź za biurkiem, napisz pierwsze zdanie referatu…

Skup się na zrobieniu najprostszej, najbardziej banalnej, najbardziej trywialnej rzeczy. Nie myśl o zrobieniu wszystkiego. Zrób jedną małą, choćby śmieszną rzecz. Weź swoje ciało i ustaw je w takiej pozycji, w której wykonuje się dane działanie. Gdy chcesz biegać włóż swoje ciało w dres i buty i wystaw je za drzwi. Nic więcej nie musisz robić. Twoje ciało najwyżej chwilę postoi. Ale jest szansa, że zacznie biegać.

Gdy czujesz, że musisz z kimś porozmawiać, nie czekaj aż przypłynie do ciebie śmiałość i odwaga. Po prostu weź swoje ciało, postaw przed tą osobą, otwórz usta i powiedz pierwsze słowo. Być może będziesz stał jak murowany. A może nie?

Gdy chcesz napisać książkę usiądź i napisz pierwszą stronę. Zobaczysz, że gdy to zrobisz coś zacznie się dziać.

Wiele osób tłumaczy swoją bezczynność tym, że nie „są jeszcze gotowi: jeszcze nie mam pełnej motywacji, jeszcze się w pełni nie przygotowałem. Nie jesteś wodą w czajniku. Nie potrzebujesz być przegotowanym. Skup się na celu, a nie na sobie.

4. Zrób coś zmyślonego.

Jedna z tradycyjnych buddyjskich technik radzenia sobie z pokusami zmysłowymi polega na tym by inaczej popatrzeć na drugą osobę. Powabna kobieta to nie tylko sukienka, bielizna i piękne kształty. To także mięśnie, żyły, trzewia, jelito grube i pęcherz, w których zbierają się brzydko pachnące wydzieliny. Poza tym, to ktoś, kto ustawicznie się zmienia. Za pięćdziesiąt lat piersi będą obwisłe, a twarz pełna zmarszczek. Pokusa jest często efektem naszego ograniczonego sposobu patrzenia. Popatrz na świat z innej strony.

Możesz także przywołać jakieś wspomnienie, wyobrazić sobie efekt pracy, albo zobaczyć negatywne konsekwencje jakiegoś czynu.

Takie wyobrażeniowe techniki są cenne, ale najlepsze efekty odnoszą wtedy, gdy się o nich czyta lub słucha na szkoleniu.

Stosuj je jako dodatek. Albo wtedy, gdy nie możesz zrobić niczego konkretnego (np. nie możesz wyjść z pomieszczenia w którym siedzi ta ponętna blondyn, a twoje myśli ustawicznie wracają do jej wyglądu) albo wtedy, gdy już coś zrobiłeś (wyszedłeś i zająłeś się czymś innym) by wzmocnić efekt działania.

Nie szukaj motywacji, szukaj energii

Opublikowano 30 kwietnia 2008 | By | Kategorie: motywacja | Brak komentarzy

Energia nie jest równoznaczna z szybkością ruchu, z pobudzeniem. Są ludzie szybcy, których „nosi”. Rzuca ich to tu, to tam. Od jednego zadania do drugiego. Są rozkojarzeni i roześmiani, mówią coś od rzeczy, zmieniając temat co drugie zdanie. Nie są to jednak osoby obdarzone energią wewnętrzną. Są to jedynie ludzie pobudzeni i rozproszeni. William James, ojciec współczesnej psychologii mówi:

Większość ludzi nie zdąży zajść zbyt daleko przy swoim pierwszym porywie, a już porywa ich drugi. Daj swoim snom wszystko co masz, a będziesz zdziwiony jak wiele energii z ciebie wyjdzie.

Tak dużo celów, marzeń, inspiracji…. i co tego wynika? Nic. Jak często wielkie płomienie motywacji okazują się jedynie słomianym ogniem! Ludzie ci oszukują samych siebie, rozpraszają się i biegają od jednego pomysłu do drugiego. Czego im trzeba? Kolejnych podmuchów wiatru? Kolejnych motywacyjnych książek? Kolejnych inspirujących mówców?

Nie. Brakuje im umiejętności zarządzania swoją wewnętrzną energią. Ktoś, kto ma wewnętrzną energię, nie jest rozproszony, nie błąka się, nie grzęźnie, nie „nosi go”. Wręcz przeciwnie. Jest skupiony na działaniu. Osiąga sukces bo działa intensywnie, z konsekwencją i determinacją. Energia pojawia się wtedy, gdy umiesz przełożyć motywację na działanie, po drodze jej nie rozpraszając.