Tag Archives: ćwiczenia
Jak ćwiczyć siłę psychiczną?

Jak ćwiczyć siłę psychiczną?

Opublikowano 24 września 2011 | By | Kategorie: Siła życiowa | 23 komentarze

Jest tyle przyjemniejszych, łatwiejszych i bezpieczniejszych rzeczy

Dlaczego w życiu trzeba robić tyle nieprzyjemnych rzeczy? Za oknem świeci słońce, pogoda w sam raz na to by wyjść do parku, usiąść i leniwie rozglądać się wokół. Tylko rozglądać? Nie, tyle wspaniałych rzeczy jest do zrobienia! Wszystko jest wspaniałe… oprócz tego biurka, tej klawiatury i tego tekstu.

Czy nie da się znaleźć żadnego sposobu, by nigdy więcej nie musieć robić nieprzyjemnych rzeczy? By nigdy więcej nie musieć robić czegoś, czego się boję, co jest nudne, co nie ma w sobie uroku? Owszem jest. Doskonały sposób. Poddać się i przestać myśleć o jakimkolwiek sukcesie. Pogodzić się z tym, że jest jak jest i inaczej nigdy nie będzie.

Wiele osób wybiera tą drogę. Gdybyśmy jednak wszyscy zdecydowali się na takie wyjście, ludzkość (gdyby w ogóle istniała) nie znałaby nawet ognia. Wyobraź sobie, jak musiał się czuć człowiek, który jako pierwszy podszedł do ognia, gdzieś na sawannie. Cała jego zwierzęca część rwała się do panicznej ucieczki. On jednak, krok za krokiem zbliżał się w stronę przerażającego żywiołu.

Jeżeli chcesz osiągnąć sukces – nie ważne czy będzie nim zarobienie miliona dolarów czy założenie szczęśliwej rodziny – co rusz będziesz musiał robić rzeczy, na które nie masz najmniejszej ochoty. Wokół ciebie będzie tyle przyjemniejszych, łatwiejszych i bezpieczniejszych zajęć. Wokół ciebie będzie tyle sposobów by sobie odpuścić, tyle łatwych wyjaśnień, tyle białych kłamstw, które będziesz mógł sobie bezkarnie opowiadać.

Ale gdzieś w środku, będziesz dobrze widział, że jeżeli to wszystko ma iść do przodu, jeżeli to wszystko ma być, tym czym tylko może być, musisz usiąść za tym biurkiem. Nie wiem jak wygląda twoje „biurko”. Może jest to rozmowa z klientem, może wysłanie podania o pracę, może złożenie oferty, a może szybszy powrót do domu z pracy, rezygnacja ze spotkania z kimś kogo lubisz, po to by mieć więcej czasu dla dzieci…

Ty sam dobrze wiesz, co to jest.

Ja sam – człowiek, którego nie rozumiem

W poprzednim tekście pożegnaliśmy się z wyobrażeniem, że świat będzie nas zawsze wspierał, że samo wybranie celu rozwinie pod naszymi nogami wygodną ścieżkę.

Trzeba się także pożegnać z drugą fantazją: że my sami nie będziemy sobie podkładali nogi. Że my sami będziemy się zawsze wspierać w drodze do tego, co ważne.

Gdy podejmujesz decyzję, że chcesz coś osiągnąć, albo, że chcesz trzymać się jakichś zasad, zazwyczaj nie doceniasz trudności, jakie sam sobie sprawisz. Wydaje ci się, że będziesz spójny logiczny i porządny. Wiesz przecież, że w twoim najlepszym interesie jest realizacja planów i stosowanie się do zasad.

George Loewenstein, ekonomista zajmujący się mechanizmami psychicznymi, mówi o zjawisku hot-cold empatyhy gap (luka empatyczna gorąco – zimno). Gdy jesteś zmotywowany i podekscytowany swoimi planami, gdy wierzysz, że uda ci się je osiągnąć, cierpisz na lukę w empatii. Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie, jak będziesz się czuł, gdy przyjdzie pokusa.

Loewenstein pokazuje, że gdy ludzie znajdują się w zimnym stanie – tzn. nie są głodni, pobudzeni, źli, zmęczeni czy sfrustrowani – nie są w stanie przewidzieć swoich ocen i zachowań w stanie gorącym. Loewenstein przeprowadził badania wśród studentów, podczas których w pierwszej części znajdowali się oni w racjonalnym, chłodnym stanie. Odpowiadali wtedy na szereg pytań dotyczących seksu (np. czy wyobrażają sobie współżycie z kobietą o 40 lat starszą albo czy wyznaliby miłość, tylko po to by się z kimś przespać, albo czy dopuszczają seks w trzy osoby itp.). W drugiej części badań, studenci znaleźni się w stanie gorącym (silne podniecenie seksualne). Ich oceny w istotny sposób uległy zmianie. Rzeczy, które wcześniej oceniali jako mało prawdopodobne teraz stały się całkiem prawdopodobne. Sprawy, które ich wcześniej brzydziły (różnego typu perwersje seksualne) nagle stały się całkiem fajne. Stali się innymi osobami.

Jak mówi Loewenstein: „bardzo łatwo zgodzić się na dietę, gdy nie jesteś głodny”. Bardzo łatwo czuć motywację do napisania wielkiej powieści, gdy nie zabrałeś się jeszcze do pisania albo gdy nie spotkałeś trudnego miejsca. Łatwo kupić kolorowy podręcznik do nauki języka obcego i wyobrażać sobie, że będziesz z niego regularnie korzystać. Łatwo rano, gdy jesteś wypoczęty zapisać dziesięć trudnych zadań do wykonania. Łatwo – jak w moim przypadku – postanowić przeprowadzić szkolenie, gdy nikt jeszcze się nie zapisał.

Łatwo, dlatego, że do głowy nawet nam nie przychodzi jak będziemy się zachowywali w sytuacji kryzysu. A kryzys rzadko kiedy nie przychodzi. Rzadko kiedy udaje nam się osiągnąć sukces nie czując po drodze zmęczenia, frustracji, lęku czy pokusy.

Nagle okazuje się, że siedzi we mnie jakiś diabeł, który mówi:

- nie chce mi się…

- po co się tak wysilać?

- i tak z tego nic nie będzie…

- nie mogę się zmobilizować…

- nie mam siły by to wytrzymać…

- mam ochotę się wycofać…

- już mi nie zależy…

- a tam, raz sobie odpuszczę…

Nagle okazuje się, że jestem zupełnie innym człowiekiem. Człowiekiem, któremu znacznie łatwiej zrobić rzeczy, które są całkowicie sprzeczne z moimi celami, interesem czy wartościami.

W tym stanie, to, co teraz wydaje ci się mocne, silne, wyraźne i pożądane, będzie tylko słabym, ledwie słyszalnym głosikiem. William James w swojej Psychologii podaje prosty wzór, pozwalający w takich sytuacjach osiągać swoje cele i żyć zgodnie ze swoimi zasadami:

W + I > S

Zacznijmy od końca.

S – to skłonność. To te wszystkie chęci odpuszczenia, poddania się, wycofania, zrobienia wyjątku czy machnięcia na coś ręką. To wszystkie pokusy, jakie na nas przychodzą.

I – to impuls płynący z ideału (tego, co jest dla nas ważne). Ten impuls płynący z ideału, jak pisze James – jawi się często jako cichy, słaby głosik, który trzeba wzmocnić w sposób sztuczny, by zyskał przewagę. Tym co go wzmacnia jest…

Wwysiłek. Dopiero wtedy, gdy impuls płynący z ideału (I) oraz wysiłek (W) łącznie przeważą naszą skłonność (S), działamy i robimy to, co powinniśmy robić.

I to by było tyle, jeżeli chodzi o tajemnice sukcesu.

Jeżeli ktoś chce, zawsze może pogrzebać w życiorysach sławnych osób. Niektórzy to lubią. Może, gdy będę myślał tak samo jak on, gdy będę się ubierał tak samo, to samo jadł, tak samo się poruszał, to osiągnę taki sam sukces. Może. Ale to wszystko są rzeczy drugorzędne. Zazwyczaj jedyną istotną tajemnicą jest wysiłek. Zdolność do pokonywania oporu, bezwładności i lęku.

Osiągniesz taki sam sukces, gdy będziesz zdolny do takiego samego wysiłku.

Siłę rozwija się przez ćwiczenia

Zdolność do wysiłku jest sprawą indywidualną. Jedni są w stanie zrobić sto pompek a drudzy tylko trzy. Kilka lat temu, gdy ktoś zapytał mnie ile potrafię zrobić pompek, musiałem przyznać ze wstydem:

- Trzy, w porywach cztery…

Miałem uzasadnienie. Urodziłem się z wadą serca. Wszyscy zawsze dbali o to bym się nie przemęczał. Potem przeszedłem operację serca. To także nie zachęcało do ruchu. Kilka lat po operacji pojawiłem się na badaniach u chirurga, który ją przeprowadził.

- O, widzę brzuszek, rusza się pan, ćwiczy pan coś?

- A mogę?

- Mogę? Pan musi!

No to spróbowałem. Na podłogę, ugiąć ramiona i wyprostować. O nie… Jaka ta siła ciążenia jest okropna. … Yyyyyy…. Opór wydaje się nie do pokonania. Ciało jak kloc drewna.

Nie ma się co dziwić. W taki sposób działają mięśnie. Wszystko, co wykracza poza standardowe obciążenie jest dla nich oporem nie do pokonania. W taki sposób działa też psychika. To, co wykracza poza nasze zwyczajne działania, wydaje się niemożliwe do zniesienia. Tyle, że widząc człowieka, który nie jest w stanie zrobić trzech pompek nie zakładamy, że los był dla niego niesprawiedliwy, że taki słaby się urodził i taki już musi być. Nie rozczulamy się nad jego cierpieniem podczas jego prób uniesienia pozbawionego mięśni ciała. Wiemy dobrze, że wszystko można zmienić poprzez ćwiczenia. Dlaczego tak bardzo mielibyśmy się przejmować naszą wytrzymałością psychiczną? Tym, że nie potrafimy pokonać oporu niepewności, lenistwa, obaw i wątpliwości? To przecież tylko kwestia siły. Siła nie jest magicznym darem. Ludzie, nie rodzą się ani silni ani słabi. Siła jest efektem ćwiczenia. Niczym więcej.

Przed chwilą sprawdziłem ile jestem w stanie zrobić pompek. Dziwne uczucie. Jakby mi ktoś wmontował w ręce hydrauliczne podnośniki. Robię pompkę za pompką i nie męczę się. Czuję w ramionach przyjemne uczucie sprężystego pokonywania oporu. Siła to przyjemne uczucie. Przerwałem po dwudziestu. Może to nie jest dużo, ale pogadamy za pół roku. Nie, wcale nie zamierzam robić setki. Wolę zostać przy dwudziestu….. tyle, że na jednej ręce.

Jak ćwiczyć siłę psychiczną? Pod wieloma aspektami ćwiczenie siły psychicznej, jest podobne do ćwiczeń siły fizycznej. To znaczy, że po pierwsze trzeba wiedzieć jak ćwiczyć.

Zasada podstawowa: bądź cierpliwy

Jeżeli chodzi o ćwiczenie mięśni, nie ma łatwiejszej i głupszej rzeczy niż przetrenowanie. Jestem dosyć niecierpliwą osobą. Jeżeli ktoś mi mówi, że trzeba ćwiczyć – zaczynam ćwiczyć. Nie ma czasu do stracenia. Pompuję ile się da. Efekt: kręci mi się w głowie, mam obolałe mięśnie, nie mogę spać w nocy, jestem cały czas zmęczony, czuję kłucie w bicepsach. Na drugi dzień nie mogę ćwiczyć. Zapominam o sprawie na tydzień. Po paru dniach, gdy wszystko wraca do normy znowu zryw. Tym razem prawie zerwany mięsień. Nie mogę używać ręki przez parę dni. Znowu przerwa.

Jeżeli chcesz zwiększyć swoją siłę musisz obciążać mięśnie. Musisz je obciążać znacznie bardziej niż robiłeś to do tej pory. Inaczej nie będą się rozwijać. Jeżeli jedyne, na co cię stać to gimnastyka w stylu dziadziusia robiącego poranne skłony i ugięcia ramion, to twoja siła nie wzrośnie. By mięśnie się rozwijały musisz im dostarczyć impulsu. Tym impulsem jest obciążenie. Nawet na granicy uszkodzenia. Po solidnym ćwiczeniu nasze mięśnie są pełne mikrourazów, a ich rozwój polega na tym, że organizm naprawia je i odbudowuje. Odbudowane są silniejsze i większe.

Sztuka polega jednak na tym, by nigdy nie przekraczać granicy. Przy zbyt dużym obciążeniu, nie mamy już do czynienia z mikrourazami, ale megaurazami. A to już wcale organizmu nie stymuluje. Wręcz przeciwnie.

Jeżeli nie masz cierpliwości, jeżeli nie umiesz słuchać swojego organizmu, jeżeli nie wiesz kiedy dość (tak jak ja, gdy zaczynałem ćwiczyć) nie rozwijasz siły, przeciwnie – osłabiasz się.

Jest wiele systemów ćwiczenia mięśni. Często jednak ludzie mylą „pompowanie” ze wzmacnianiem. W filmie „Pumping Iron” młody jeszcze Arnoldem Schwarzenegger leży na ławeczce i z wykrzywioną od bólu twarzą wyciska ciężary. Kulturyści są oczywiście silni (na pewno silniejsi ode mnie). Jednak w porównaniu np. z ciężarowcami to słabeusze. Osoba podnosząca ciężary, mimo znacznie mniej widowiskowego ciała ma znacznie więcej siły. Tajemnica jest ukryta w sposobie treningu. Ciężarowcy, którym zależy na sile mięśni a nie na masie, ćwiczą zupełnie inaczej niż kulturyści. Podstawowa zasada ich treningu mówi, by nigdy nie przemęczać mięśni i nigdy nie ćwiczyć do upadłego.

Pavel Tastsouline, guru treningu siłowego, były trener rosyjskich komandosów, który korzysta z odkryć trenerów dwuboistów, opowiada w swojej książce „Nagi wojownik” taką historię:

Parę miesięcy temu zaleciłem program ćwiczeń mojemu teściowi Rogerowi Antonsonowi, który, jak się złożyło był kiedyś żołnierzem piechoty morskiej. Miał robić 5 łatwych podciągnięć podchwytem, za każdym razem gdy schodził do piwnicy. Każdego dnia wykonywał od 25 do 100 takich podciągnięć bez wielkiego wysiłku. Każdego miesiąca Roger robił sobie kilka dni przerwy, a potem sprawdzał swoje wyniki. Zaskakująco szybko ten stary byk był w stanie podciągnąć się 20 razy pod rząd, czyli więcej, niż jako młody chojrak przed czterdziestu laty!

W jakiś czas później Roger sprzedał swój dom i przeniósł się do apartamentu. Będąc paranoicznie podejrzliwym komunistą, uznałem, że posunięcie to miało na celu obejście nakazu „podciągaj się za każdym razem, gdy schodzisz do piwnicy”. Toteż na mocy dekretu politbiura, towarzysz Antonson został poproszony o zamontowanie drążka do podciągania się między framugami. Rozsądnie przychylił się do woli partii i kontynuuje swój program ćwiczeń.

Mój ojciec Władymir, oficer armii radzieckiej, w moich szczenięcych latach wymógł na mnie, bym stosował identyczny program. W mieszkaniu rodziców nad drzwiami kuchennymi znajdował się pawlacz. Za każdym razem, gdy wychodziłem z kuchni miałem, zaczepiony o pawlacz czubkami palców wykonać tyle podciągnięć ile mogłem zrobić bez szarpania się.

Tsatsouline podsumowuje swoje zalecenia treningowe hasłem: „Rób jak najwięcej, pozostając jak najświeższym”. W treningu, mówi, nie chodzi o wycisk, ale o nabieranie wprawy. Potwierdzam, że jego metoda działa. Robiąc w przerwach pomiędzy pisaniem kolejnych tekstów po nie więcej niż pięć pompek, w ciągu miesiąca doszedłem do dwudziestu.

Nie piszę jednak o tym, by zachęcać cię do ćwiczeń mięśni (choć, jeżeli przy okazji ktoś zacznie ćwiczyć, to również będę się cieszył). Piszę o tym przede wszystkim, dlatego, że te zasady doskonale pasują do ćwiczeń dotyczących siły psychicznej.

Wiele osób nie zwiększa swojek siły psychicznej z dwóch powodów: albo nie wymaga od siebie niczego poza to, co zazwyczaj (ich ćwiczenia są jak poranne przysiady starszego pana), albo też daje sobie ustawiczny wycisk. Ustawicznie przemęcza swoją psychikę wymagając od siebie nie wiadomo, jakich osiągnieć.

Czy odnoszenie tych zasad treningu do psychiki nie jest trochę teoretyzowaniem?

Małe ćwiczenia psychiczne

Kilka lat temu grupa psychologów (Mark Muraven, Roy F. Baumeister i Dianne Tice) postanowili poszukać odpowiedzi na pytanie o to, czy można zwiększać siłę psychiczną. Ponieważ nikt tego rodzaju badań wcześniej nie prowadził, wymyślili kilka różnych metod i przydzielili je losowo do różnych grup badanych.

W pierwszej grupie, uczestnicy dostali banalne zadanie: przez najbliższe dwa tygodnie pamiętać o tym, by stać i siedzieć prosto. Ile razy poczuli, że są zgarbieni, mieli przyjąć poprawną postawę ciała.

Osoby przypisane do drugiej grupy miały za zadanie zapisywać wszystko co jadły. Jedynie zapisywać – bez wprowadzania do diety jakichkolwiek zmian.

Trzecia grupa była najbardziej liczna, bo badacze byli niemal pewni, że właśnie w niej efekty będą największe. Wydawało im się, że tutaj będą obserwować największy wzrost siły samokontroli. Studenci przypisani do tej grupy mieli za zadanie zmieniać wszystkie negatywne emocje czy nastroje na pozytywne.

Okazało się, że oczekiwania zupełnie się nie sprawdziły. Gdy uczestnicy po dwóch tygodniach wrócili do laboratorium i przeprowadzono szereg badań, które miały za zadanie ocenić zmiany ich siły samokontroli, grupa starająca się kontrolować emocje, była jedyną, która nie osiągnęła żadnych efektów. Próby kontrolowania emocji nie przełożyły się na wzrost siły psychicznej. Koniec, kropka.

Znacznie bardziej skuteczne okazało się samo monitorowanie swoich zachowań (zapisywanie tego, co zjadłem). Ale najbardziej skuteczną, zwycięską strategią, była ta pierwsza, wiążąca się ze zmianą swoich nawykowych zachowań. Profesor Baumeister pisze:

Ta stara, nudna rada „siedź prosto” okazała się bardziej użyteczna niż ktokolwiek sobie wyobrażał. Poprzez pokonywanie nawyku garbienia się, studenci wzmocnili swoją siłę woli i osiągali lepsze wyniki w zadaniach, które z postawą ciała nie miały nic wspólnego. Poprawa była największa w przypadku osób, które podeszły do zadania najbardziej starannie (co określono na podstawie zapisów w dziennikach, jakie prowadzili studenci, notując ile razy zmuszali się do tego by usiąść czy stanąć prosto).

Skuteczność tej taktyki nie ma związku z postawą ciała. Równie dobrze można wykonywać zupełnie inne zadania. Można kontrolować nawyki słowne. Np. zmusić się do tego by przestać używać przekleństw (jeżeli ktoś używa), albo by przestać wtrącać „wiesz” czy „tak?” Można próbować zmienić dominującą rękę (tzn. wykonywać lewą ręką, to co do tej pory wykonywaliśmy lewą – np. gasić światło, otwierać drzwi, itp.). Samo zadanie nie jest istotne. Ważne jest by regularnie pokonywać własną bezwładność.

Wybierając coś do ćwiczeń, pamiętaj o odpowiednim poziomie trudności. Z jednej strony to nie może być zadanie banalnie proste, coś co automatycznie wejdzie w krew i o czym szybko zapomnisz. Zadanie musi wiązać się z jakimś wysiłkiem. Inaczej siła nie będzie rosła.

Z drugiej jednak strony, to nie powinno być coś zbyt ciężkiego (jeżeli traktujemy nasze zadanie jako trening). Jeżeli zadanie będzie wymagało od nas ustawicznego skupienia, mobilizacji i poświęcania wielu sił, możemy w efekcie się przetrenować. Zabraknie nam siły na inne rzeczy.

Jeżeli jednak dobrze wybierzemy, możemy spodziewać się zaskakujących rezultatów. Po pierwsze wykonywanie takiego drobnego ćwiczenia bardzo często działa jak coś w rodzaju stymulujących witamin. Nagle przybywa nam siły w innych obszarach życia. Gdy kontroluję swoją postawę ciała czy sposób wysławiania się, okazuje się, że znacznie łatwiej jest mi ćwiczyć, uczyć się czy zdrowo odżywiać. Wzrost samodyscypliny w jednym obszarze życia pociąga za sobą analogiczny wzrost w innym.

Po drugie, takie dwutygodniowe ćwiczenie, jak pisze Baumeister

..może być dobrą rozgrzewką, przed podjęciem większego wyzwania jak, rzucenie palenie czy ograniczenie wydatków.

Nie próbowałem, ale myślę, że to rzeczywiście może zadziałać. Zanim rzucisz palenie, przez tydzień czy dwa, robisz coś wymagającego mniejszego samozaparcia, by zwiększyć swoje umiejętności. Gdybym sam miał problemy ze zmianą jakiegoś rodzaju nawyków, zacząłbym prawdopodobnie od takiej rozgrzewki.

Książka Baumeistera (Willpower: Rediscovering the Greatest Human Strength), z której pochodzą te cytaty wyszła jakiś miesiąc temu. Trafiła już na listy bestsellerów, jako coś przełomowego. Jednak Baumeister nie pretenduje do roli odkrywcy. Raczej kogoś, kto reaktywuje stare techniki. To wszystko są stare zasady, tyle że zapomniana na kilkadziesiąt lat. William James ponad 100 lat temu pisał:

Przez codzienne drobne ćwiczenia podtrzymuj w sobie zdolność do wysiłku. To znaczy: w rzeczach drobnych i małej wagi systematycznie spełniaj małe bohaterstwa, codziennie zrób coś trudnego, tylko dlatego, że jest to trudne, abyś w chwili, gdy cię spotkają wielkie przeciwności, znalazł potrzebną siłę i sposób by się z nimi zmierzyć. Tego rodzaju ascetyzm jest czymś w rodzaju ubezpieczenia, opłacanego od domu i ruchomości. Wnoszona opłata na razie nie przynosi żadnych korzyści, a może nawet nie zwróci się nigdy; lecz jeżeli nawiedzi nas pożar, dzięki niej unikniemy ruiny. Tak samo dzieje się z człowiekiem, który nawykł do skupiania uwagi, energii, wytrwałości i panowania nad sobą w sprawach codziennych. Stać on będzie jak wyniosła wieża, gdy wszystko się zachwieje koło niego, a ludźmi wątlejszej natury, niby liśćmi wiatr będzie pomiatał.

Dlaczego strategia małych ćwiczeń jest taka skuteczna? Po pierwsze sprawia, że nasza siła wewnętrzna wolniej się wyczerpuje. Dzięki ćwiczeniom rośnie nasza zdolność do długotrwałego wysiłku. To podstawowa korzyść. Myślę jednak, że ważne są jeszcze dwa czynniki.

Nie bez znaczenia jest sam sukces. Nawet, jeżeli jest to sukces w małej rzeczy, dzięki niemu czujemy się bardziej pewni siebie. Jeżeli udało mi się jedno, to uda mi się i drugie.

Ogromnie ważne jest także to, o czym pisał James: dzięki takim ćwiczeniom nawykamy do skupiania uwagi. Przywykamy do pamiętania o tym co dla nas ważne i do przywoływania tego do pamięci. To z tego powodu, nawet samo monitorowanie własnych zachowań podnosi naszą zdolność panowania nad nimi. Wykonując te drobne ćwiczenia trenujemy przede wszystkim naszą uwagę. A jak pisze James wysiłek woli jest wysiłkiem uwagi.

Dzisiaj tyle. Jeżeli ten temat jest dla Ciebie interesujący, proszę o sygnał. Z chęcią do niego powrócę i pokaże inne techniki.


Autor zdjęcia „Nie garb się”

Jak spędzić te 15 tysięcy dni?

Jak spędzić te 15 tysięcy dni?

Opublikowano 02 kwietnia 2010 | By | Kategorie: Krótko | 7 komentarzy

Wszyscy składają już sobie życzenia świąteczne. Ja również. Już miałem je wpisać tutaj, ale pomyślałem, że święta są dopiero za dwa dni.

Zanim przyjdą, zanim napełnią nas radością, optymizmem i zapałem do nowego życia, po drodze jest dzisiejszy dzień. Wielki Piątek. Smutny, ponury i zniechęcający. Może jest ponury, ale nie powinien być zniechęcający.

Życie człowieka trwa 30.000 dni. Tylko trzydzieści tysięcy! A i to wtedy, gdy mamy dobre układy i szczęście. A i to, parę tysięcy dni przypada na czas, gdy nic jeszcze nie rozumiemy, lub już niewiele rozumiemy.

Ile z tych dni już przeżyłeś? Policz.

Możesz skorzystać z jednego z wielu kalkulatorów dni dostępnych w internecie:

http://www.easysurf.cc/ndate2.htm

http://www.infor.pl/kalkulatory/ilosci_dni.html#wynikiform

Ja, gdy piszę te słowa, przeżyłem 15 583 dni, to jest 2 226 tygodni.

Zostało mi w najlepszym razie 15 tysięcy dni.

Jak chcę przeżyć te dni? Na co chcę je  przeznaczyć?

Co jest na tyle ważne by wypełnić tym pozostałą część mojego życia?

Gdybyś musiał umrzeć dzisiaj, co byłoby na twoim epitafium? Jaką mowę można byłoby powiedzieć nad twoim grobem? Czy taką:

Odszedł człowiek, który nic specjalnego nie zrobił. Był niezadowolony ze swojego życia. Ciągle czekał, aż coś się w nim zmieni. Udawał, że się dobrze bawi, ale tak naprawdę jego praca i życie nudziły go i męczyły. Liczył, że któregoś dnia wreszcie mu się coś uda. Ale tylko czekał i narzekał. Nigdy nie udało mu się dotrzeć do pełni swoich możliwości. Nigdy nie odważył się żyć, tak jak czuł, że powinien. Nigdy nie odważył się zaryzykować i żyć na własną rękę….

Masz jeszcze trochę czasu. Jeszcze trochę dni przed tobą.

Jeszcze możesz wszystko zmienić.

Jeszcze możesz wypełnić swoje życie tym, czym warto.

Nie czekaj. Przeżyj każdy dzień.

Dostrzec własne słabości

Dostrzec własne słabości

Opublikowano 23 marca 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 14 komentarzy

Dwie kieszenie

Jeden z cadyków, rabbi Bunam, powiedział do swoich uczniów:

- Każdy z was powinien mieć dwie kieszenie i w razie potrzeby sięgać do jednej albo do drugiej. W prawej kieszeni leżą słowa Dla mnie stworzono świat, a w lewej Jestem pyłem i prochem. (Martin Buber, Opowieści chasydów).

Dziś wielu osobom wydaje się, że rozwój polega wyłącznie na korzystaniu z prawej kieszeni. Za pomocą różnych technik uczymy się jak najczęściej tam zaglądać.

I dobrze, bo często jest nam to bardzo potrzebne. Ale szybko stajemy się karykaturą, gdy nasza lewa kieszeń pozostaje całkiem nieużywana.

Sięganie do lewej kieszeni, dostrzeganie swoich słabości oraz zła, jakie w sobie mamy nie jest pozostałością jakiegoś przestarzałego systemu religijnego. Nie jest wymysłem kaznodziei straszących piekłem. Jest jednym z warunków rozwoju i samorealizacji.

Warunek samorealizacji

Kiedyś już cytowałem Abrahama Maslowa (znanego z piramidy potrzeb). Maslow przeprowadził badania ludzi będących prawdziwymi okazami zdrowia psychicznego, których nazywał ludźmi samorealizującymi się. Pisał o nich:

Są to ludzie zdolni ze stoicyzmem akceptować własną ludzką naturę z jej wszystkimi brakami, z tym wszystkim, co odbiega od obrazu idealnego, bez prawdziwego zakłopotania.

Powiedzenie, że są to osoby zadowolone z siebie, sugerowałoby błędne wrażenie. Należy raczej powiedzieć, że są one zdolne przyjmować niedoskonałości i grzechy, słabości oraz zło ludzkiej natury, w tym samum, niekwestionującym duchu, w jakim przyjmuje się właściwości przyrody.

Ludzie realizujący się, to nie ci, którzy nie mają wad. Przeciwnie, to ci, którzy są w stanie dostrzec to, co w nich jest nie takie jak powinno.

To nie jest łatwe

Sięgnąć do lewej kieszeni nie jest łatwo. Nie ma w niej abstrakcyjnego posypania głowy popiołem, rozważań nad kruchością ludzkiego życia czy niepewną kondycją człowieka we wszechświecie. Są w niej konkretne słabości, braki, niedociągnięcia i błędy. Jest zło, jakie wyrządzamy innym.

To boli. Nic dziwnego, że wolimy się tym nie zajmować. Nasza psychika najeżona jest mechanizmami obronnymi, które pozwalają nam uciec od lewej kieszeni.

Przypisujemy innym nasze wady, wymyślamy dla nich miłe nazwy, pokrętnie je tłumaczymy. To inni są obłudni, my jesteśmy tylko przezorni. To inni są nieczuli i nieludzcy, my tylko musimy z czegoś żyć. To inni są rozbabrani i niezdecydowani, my tylko podejmujemy decyzję. Inni są beznadziejni i sobie nie radzą, my mamy od czasu do czasu słaby dzień.

C.S. Lewis pisze:

Zakładamy, często wierzymy w to, że nasze notoryczne wady są wyjątkowymi, pojedynczymi aktami. Odwrotną pomyłkę robimy, co do naszych zalet – podobnie jak kiepski tenisista, który swoją normalną formę nazywa „złymi dniami” a swoje rzadkie sukcesy uznaje za normę.

Gdyby wierzyć popularnej psychologii, przed takim tenisistą lada dzień otworzy się prawdziwa kariera. Każdy jednak wie, że tak nie będzie. Ten człowiek jest zbyt ślepy na to, by czegoś nowego się nauczyć czy coś w sobie zmienić.

Rozwój zaczyna się dopiero wtedy, gdy umiesz wziąć odpowiedzialność za swoje słabości. Gdy przestajesz zwalać winę na innych, gdy przestajesz nazywać swoje porażki przypadkami a swoje zwycięstwa potwierdzeniem normy.

Iść do przodu możesz dopiero wtedy, gdy masz odwagę popatrzeć uczciwie na swoje życie i dostrzec w nim swoje słabości, błędy i głupotę.

Świadomość słabości otwiera drogę

Ciarki mi przechodzą po grzebiecie, gdy słyszę jak ktoś cytuje słowa „prawda was wyzwoli”. Różne zakłamane typy upodobały sobie ten zwrot by uzasadniać nim niszczenie innych ludzi.

Tak, prawda wyzwala i otwiera drogę. Ale prawda dotycząca twojego własnego zła i słabości. Prawda dotycząca słabości innych ludzi, nigdy nikogo nie wyzwoliła.

Łatwo jest mówić, jaka jest prawda o innych. Znacznie trudniej szukać prawdy o sobie.

Jaka jest prawda na mój temat? To nie jest łatwe pytanie. Ale warto przynajmniej spróbować.

Oczywiście są w nas nie tylko słabości. Mamy wiele mocnych i dobrych stron. Ale bez słabości nasza odpowiedź jest niepełna.

Tak długo, póki cię nie zasmuci, nie przerazi czy nie rozczaruje to, co masz w sobie, znasz tylko pół prawdy.

Refleksja Naikan

Swoich słabości można szukać na różne sposoby. Jednym z nich jest japońska praktyka refleksji Naikan.

Jest banalnie prosta i nie wymaga żadnych szczególnych przygotowań. Potrzebujesz jedynie trochę czasu i jakiegoś spokojnego miejsca. Wystarczy nawet piętnaście minut. Oczywiście lepiej, gdy masz go więcej (w centrach Naikan ludzie siedzą i praktykują przez czternaście godzin dziennie przez tydzień).

Nie jest to żadna skomplikowana medytacja i nie chodzi w niej o wyciszanie czy kontrolowanie umysłu. W Naikan chodzi o otwarcie oczu na samego siebie.

Wybierz jakąś osobę obecną w twoim życiu. To może być któreś z rodziców, rodzeństwo, mąż, żona, partner czy partnerka, dziecko, nauczyciel, ktoś bliski czy ktoś, komu wiele zawdzięczasz.

Następnie poświęć minimum po dziesięć minut, na to by sobie odpowiedzieć na trzy kolejne pytania:

- Co dostałem od tej osoby?

Co dałem tej osobie?

- Jakie kłopoty i trudności sprawiłem tej osobie?

Możesz, szczególnie, gdy przeprowadzasz Naikan w odniesieniu do swojego ojca czy matki, potrzebować więcej czasu.

Gdy już wiesz, o co chodzi możesz zrobić listę osób, które spotkałeś w swoim życiu. Po kolei, w odniesieniu do każdej z nich odpowiadaj sobie na te trzy pytania.

Możesz także zastosować te pytania w nieco inny sposób. Poświęć wieczorem jakieś 15 minut na to by odpowiedzieć:

- Co dziś dostałem od innych?

- Co dałem dziś innym?

- Jakie kłopoty i trudności sprawiłem dziś innym?

Bądź konkretny i nie pomijaj żadnego pytania. Szczególnie trzeciego.

Twórca tej praktyki, buddysta i przedsiębiorca Ishin Yoshimoto radzi by poświęcać na ostatnie pytanie najwięcej czasu. Nie zadawalaj się odpowiedziami typu nic takiego nie było. Gdy czujesz, że trudno ci znaleźć odpowiedzi na trzecie pytania, poświęcaj na nie przynajmniej 60% czasu całego naikan.

Bez tego trzeciego pytania jakakolwiek refleksja na swój temat będzie niepełna.

Każdy z nas jest źródłem bólu, cierpienia i kłopotów dla innych ludzi. To nie jest ani łatwe, ani przyjemne.

Ale nie chodzi o samopoczucie. Wytrzymaj wszystkie negatywne uczucia. Dzięki temu łatwiej ci będzie zminimalizować ilość cierpień, jakie zadajesz innym.

Jak poradzić sobie ze wściekłością i rozdrażnieniem?

Jak poradzić sobie ze wściekłością i rozdrażnieniem?

Opublikowano 23 lutego 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 33 komentarze

Jakie życie byłoby piękne, gdyby nie ci wszyscy okropni ludzie wokół nas! Gdybyśmy nie musieli się nimi złościć! Gdyby tylko robili to, co do nich należy i kierowali się podstawowymi zasadami!

Zdarza ci się czasem tak czuć?

Patrz pan, jacy ludzie!

Przychodziliśmy tam na wakacyjne obiady. Jedzenie, co prawda bez polotu, ale sama restauracja gustowna. Krzesła obite białą skórą, ściany z fakturą cegieł. Drewniana podłoga, solidne stoły, pod sufitem miedziane, stylizowane rury. Dopracowany każdy detal. Najbardziej podobały mi się regały z książkami, ustawione przed wejściem do toalet.

Stałem przy jednym i oglądałem jakieś zszarzałe wydanie Dublińczyków. Trzyletnia Zuzia również coś kartkowała.

- Tato, w tej książce nie ma obrazków…

Rozczarowana rzuciła książkę na podłogę i od razu sięgnęła po następną

- I w tej też …

- Tak, bo to dla dorosłych. Chodźmy już…

Gdy odkładałem książki, z hukiem otwarły się drzwi, na których przylepiona była postać chłopca w czerwonej czapce. Dziarskim krokiem wyszedł starszy pan. Na głowie siwy jeż. Okulary w złotych oprawkach. Wysunięta do przodu szczęka. Biała koszulka polo, kremowa myśliwska kamizelka z mnóstwem kieszonek i zamków.

W ręku książka.

- Ktoś wziął, żeby poczytać i zostawił.

Popatrzył na Zuzię, pochylił się w moją stronę i nieco ciszej dodał – Pieprzony naród! Bałaganiarze! No jak tak można?!

Miał w ręku dowód. Trudno dyskutować.

Kiwnąłem głową i wydusiłem z siebie

- Tak jest…

- No – brwi uniosły się wysoko – widział pan?! Z energią odłożył książkę na półkę i odmaszerował. Zapewne w stronę kolejnego frontu walki z bałaganiarskim narodem.

Nawet gdybym miał odwagę, nie zdążyłbym mu opowiedzieć, co wydarzyło się kilka minut temu.

A było tak. Skończyliśmy obiad i mieliśmy już wychodzić, gdy Zuzia powiedziała:

- Kupę!

- Może wytrzymasz do domu?

- Nie! Teraz!

Nie było wyjścia. Na chwilę zatrzymałem się przed drzwiami. Do których wejść? Czy do tych ozdobionych figurką dziewczynki w kwiecistej sukience? W końcu to Zuzia chciała się załatwić. A może do tych z chłopcem? W końcu była ze mną. Gdy analizowałem za i przeciw, sięgnęła po niewielką książkę w twardej, zielonej okładce.

Wybrałem drzwi z chłopczykiem. W środku było czysto i pachnąco. Jasne, halogenowe lampki odbijały się w białych płytkach. Już miałem rozebrać dziecko, ale sprawdziłem czy jest papier toaletowy. Nie było. Popatrzyłem na pojemnik na papierowe ręczniki obok kranu. Też pusto.

- Zuziu, idziemy do drugiej toalety. Tu nie ma papieru.

Z jej miny zrozumiałem, że muszę się śpieszyć. Szybko na ręce i biegiem do damskiej.

Tu było jeszcze piękniej. Lampy art-deco ze zwisającymi wokół klosza białymi koralikami.

Ale papieru też nie było. Zacząłem zastanawiać się, jakie naprawdę było przeznaczenie książek przed wejściem. Styl restauracji nawiązywał do dworku lub solidnej chaty, ale żeby aż tak? A tak w ogóle, gdzie jest ta książka? No tak, Zuzia zostawiła w męskiej.

Całe szczęście tutaj były przynajmniej papierowe ręczniki.

W tym samym czasie do męskiej toalety musiał wejść ostrzyżony na jeża pan. Na podłodze znalazł zostawioną w pośpiechu książkę.

- Bałaganiarze!

Z doświadczeniem się nie dyskutuje

Jaki wniosek z tej historii?

W tym, co widzisz wokół, jest więcej ciebie niż się spodziewasz. Często nie widzisz świata, ale swoje konstrukcje. Dopasowujesz to, co widzisz do swoich teorii. Tworzysz sztuczne fakty, wyolbrzymiasz, koloryzujesz.

Zasadniczy pan zapewne wszędzie widzi dowody bałaganu i niedociągnięć. Pewnie mógłby godzinami podawać przykłady tego, jak ludzie są nieporządni. Jego doświadczenie pokazuje mu, że ma rację.

Dlaczego? Czyżby ten człowiek był głupszy od innych? Miał zaburzone zdolności poznawcze? Takie etykiety kuszą. On jest głupi, ja jestem mądry. On ma problemy z myśleniem, ja nie. Mogę wzruszyć ramionami i odejść ciesząc się poczuciem bezpieczeństwa i zadowolenia.

Niestety. Jego umysł na pewno funkcjonuje doskonale. Przynajmniej tak dobrze jak umysł większości z nas. To nie jest kwestia mądrości lub jej braku. Każdy z nas stoi przed podobnym zagrożeniem. Także ludzie bardzo kreatywni i inteligentni.

Jakiś czas temu współautor serialu „Świat według Kiepskich” ogłosił, że emigruje do Egiptu, bo nie może wytrzymać tego, co doświadcza w Polsce. Mówił w wywiadzie:

Ludzie w Polsce są z roku na rok coraz bardziej agresywni i prostaccy. Narkomania w szkołach, pijaństwo, przestępczość na ulicach, seks w parkach. Materializm, brak tolerancji, zanik duchowości. Taka jest Polska.

Przez gazetę, która to opisała przetoczyła się dyskusja, czytelników. Wielu wtórowało emigrantowi, pisząc np. tak:

Wyemigrowałem na wieś, staram się być samowystarczalny i unikam ludzi. Moje otoczenie jest przyjazne, to pies ptaki, kawałek lasku, łąki, własny ogród. Ale za płotem zaczyna się piekło.

Piekło za płotem. Podoba mi się to sformułowanie. Ktoś inny pisze:

W naszym kraju żyje się źle, smutno i w wiecznym, stresie. Ostatnio wykańczałem mieszkanie i sam jestem wykończony – problemami z deweloperami, sprzedawcami, wykonawcami… Chcę być miłym, uczynnym, sympatycznym człowiekiem. Ale jak to zrobić, skoro wszyscy zachowuję się tak, jakby chcieli cię zniszczyć, wykiwać, dowalić.

Doskonale rozumiem tych ludzi.

Kiedyś ja również żyłem w takim koszmarnym świecie. Wokół pełno było cwaniaków, sfrustrowanych kretynów, kołtunów, karierowiczów, hipokrytów… Marzyłem, żeby wyjechać z tego koszmarnego kraju, w którym psy robią na chodnik, rodzice mieszają własne dzieci z błotem, ludzie są fałszywi i sztuczni, drogi dziurawe a ludzie pozbawieni empatii i skrupułów. To były ciężkie czasy.

Gdybym mógł, też pewnie bym wyjechał. Zamiast tego starałem się być najlepszym jak tylko się da. Przebaczałem ludziom, pamiętałem o tym, że trzeba być życzliwym, kontrolowałem swoje reakcje – ale nic z tego. Ludzie wokół wszystko psuli. Mógłbym się podpisać pod słowami jednego z pacjentów Karen Horney: Gdyby nie rzeczywistość zewnętrzna, nie miałbym żadnych problemów.

To było kiedyś. Od dawna nigdzie się nie ruszyłem poza Kraków, a nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spotkałem się z chamskim, agresywnym zachowaniem. Oczywiście nie jest idealnie. Czasem ktoś mnie potrąca. Bywam zły na ludzi. Czasem spotykam ludzi pijanych lub będących pod wpływem narkotyków. O seksie w parku się nie wypowiadam, bo może chodzę nie do tego parku i nie o tej porze, co trzeba?

Moje doświadczenie się zmieniło, mimo, że świat wokół zbytnio się nie zmienił.

Moja zmiana zaczęła się wtedy, gdy zacząłem traktować odczuwane przeze mnie oburzenie i święty gniew, jako informację o swoich własnych emocjach, a nie o tym, jacy są ludzie czy świat wokół mnie. Takie działanie nazywane jest czasem wycofywaniem projekcji.

Jak wycofać projekcję?

Pora na krótką pracę. Zastanów się czy jest coś, co cię denerwuje w innych ludziach. Jaka ich cecha szczególnie cię wkurza? Jakiego zachowania szczególnie nie znosisz? Na co zazwyczaj narzekasz?

Pomyśl przez chwilę.

Może to:

  • niestaranność,
  • agresja,
  • brak wyczucia,
  • skupienie na sobie,
  • brak inicjatywy,
  • brak współczucia,
  • rozbabranie,
  • chamstwo,
  • (to tylko przykłady, znajdź swoje.)

Spisz trzy najważniejsze punkty.

Jeżeli już znalazłeś, zadaj sobie pytanie odwracające. To pytanie można sformułować na kilka sposobów, może ono np. brzmieć:

Kiedy ostatni raz brała mnie chęć by się tak zachować?

Kiedy ostatni raz czułem ochotę by być właśnie takim?

Na ile w tym, co mnie tak oburza obecne są moje własne, ukryte intencje?

Na ile mogę w tym znaleźć siebie samego?

Załóżmy, że cechą, która mnie absolutnie denerwuje, osłabia i wyprowadza z równowagi jest chamskie, agresywne zachowanie ludzi. Gdy ktoś mnie wyprzedzi na ulicy lub, gdy ktoś mnie popchnie na chodniku, lub wciśnie się gdzieś przede mną, nie mogę tego zaakceptować. Czuję święte oburzenie. Mam ochotę wołać o pomstę do nieba.

Moje pytanie odwracające mogłoby brzmieć:

Kiedy ostatni raz miałem ochotę by przestać się liczyć z innymi?

Kiedy ostatni raz czułem się zmęczony tym by być dla wszystkich dobry i uprzejmy?

Ile w tym agresywnym zachowaniu, jest moich własnych intencji?

Czy mam w sobie jakieś agresywne, wrogie intencje?

Jeżeli coś mnie potwornie wkurza i denerwuje, to najczęściej dlatego, że po pierwsze odnajduję to w samym sobie, a po drugie jest to coś całkowicie sprzecznego z moim idealnym obrazem siebie.

Gdy tak potwornie denerwuje mnie to, że ludzie są nieporządni, to znak, że po pierwsze ja sam mam ochotę wyłamać się spod sztywnych reguł i przestać poddawać się porządkowi, a po drugie kurczowo trzymam się swojego wyobrażenia siebie, jako osoby wyłącznie porządnej.

Jedyną receptą by czegoś takiego się pozbyć jest z jednej strony akceptacja wszystkich swoich emocji, a po drugie nabranie dystansu do swoich idealnych obrazów.

Nabrać dystansu do swoich mniemań

O akceptacji swoich emocji była już mowa kilka razy. Tutak chodzi o to, by przestać kurczowo utrzymywać mniemania na swój temat. Mógłbym zadać sobie kilka pytań:

Czy muszę być zawsze oddany innym ludziom?

Czy musze nuć zawsze usłużny i bezinteresowny?

Czy muszę być zawsze osobą dobrą, uprzejmą, łagodną, mającą zawsze dobre relacja?

Czy muszę zawsze podobać się ludziom?

Czy naprawdę pod żadnym pozorem nie mogę być twardy?

Nie chodzi to, by poddać się tym wszystkim nieakceptowanym impulsom. Chodzi tylko o to, by umieć je w sobie nazwać. Samoświadomość wycofuje projekcje.

Największa pułapka na drodze rozwoju osobistego – narcyzm

Największa pułapka na drodze rozwoju osobistego – narcyzm

Opublikowano 12 lutego 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 20 komentarzy

Tajemnicza umiejętność, którą psycholodzy nie chcą się dzielić

Musiałem kiedyś pokonać samochodem około tysiąca kilometrów. Jechaliśmy z koleżanką, zmieniając się, co pewien czas za kierownicą. Podróż zajęła nam kilkanaście godzin. Postanowiłem zrobić eksperyment. Polegał na tym, że nie mówiłem nic na swój temat, tak długo, póki o to nie zostałem zapytany. Zamiast tego skupiałem się na drugiej osobie i zadawałem pytania na jej temat.

Zadanie było trudne. Musiałem kilka razy gryźć się w język. Dałem sobie jednak jakoś radę. Mimo, że z natury jestem skupiony na sobie, szkolenia psychologiczne pozwoliły mi nauczyć się pewnej dyscypliny.

Efekt był doskonały. Rozmawiało nam się wspaniale. Później uświadomiłem sobie, że przez kilkanaście godzin ani przez chwilę nie rozmawialiśmy o mnie. Nie usłyszałem ani jednego pytania na swój temat.

Gdy byłem na pierwszym roku psychologii, ustawicznie powtarzano nam, że studiowanie psychologii nie pomaga w rozwiązywaniu swoich problemów i że osoby, których główną motywacją jest rozwiązanie swoich problemów powinny dać sobie spokój.

Zgadzam się, że coś takiego należy mówić kandydatom na psychologów. Ale to nieprawda. Istotą kształcenia terapeuty jest to, że uczy się go skupiać uwagę na drugiej osobie (kliencie), aktywnie go słuchać i brać pod uwagę jego interes.

Właśnie taka postawa, w której jestem zainteresowany drugą osobą a nie sobą, jest warunkiem zdrowia.

Niestety, wygląda to tak, jakby psycholodzy byli zazdrośni o tą umiejętność. Pacjentów za żadną cenę się w nią nie wtajemnicza. Przeciwnie, uczy się ich skupiania uwagi na sobie. Narzekania, kręcenia się wokół swoich doznań, analizowania siebie – swoich marzeń, pragnień i przeżyć.… Słowem blokuje się ich rozwój.

Po czym odróżnić wariata od psychiatry?

Zajmuję się psychologią już ponad dwadzieścia lat. Spotkałem się z kilkunastoma systemami terapii i doskonalenia ludzi. Ktoś wyliczył, że na świcie funkcjonuje ponad 450 różnych systemów i szkół terapeutycznych. Ich ilość ciągle rośnie. Każda szkoła stara się czymś wyróżniać.

I na pierwszy rzut oka, rzeczywiście można zobaczyć różnice. Tutaj pacjent leży na kozetce, a tutaj biega wokół. Tutaj najważniejsze są słowa, a tutaj ruchy. Tutaj analizuje dzieciństwo a tutaj planuje przyszłość…

Jednak, gdy w gabinecie zobaczysz dwie osoby, to zazwyczaj bez problemu poznasz, kto jest chory, a kto zdrowy. Chory, to ten, kto ciągle mówi i myśli o sobie. Zdrowy, to ten, kto skupia się na drugiej osobie.

Wiele badań wykazało, że chroniczne skupienie uwagi na sobie idzie w parze z częstością i głębokością zaburzeń psychicznych.

Na dwóch nogach

Warto rozumieć swój świat wewnętrzny. Nikt nie mówi, że nie.

Umiejętność rozumienia świata wewnętrznego i umiejętność rozumienia świata zewnętrznego uzupełniają się. Są jak dwie nogi. Obydwie w takim samym stopniu są potrzebne do sprawnego poruszania się. Gdy jedna szwankuje, trzeba ją wyleczyć.

Problem z większością psychologów polega na tym, że zajmują się nie tą nogą, co trzeba.

Klienci, którzy do nich przychodzą często dobrze wiedzą, co w sobie mają. Całe dotychczasowe życie stracili na myślenie o sobie – o tym, czego się boją, co ich ogranicza, co ich interesuje, co chcą zrobić… itp. Bez przerwy mielą, wałkują i odmieniają słowa ja, mnie, moje.

Zazwyczaj jednak nie mają zielonego pojęcia na temat tego, jakie potrzeby ma świat wokół nich. Psycholog zamiast uczyć klienta przekierowania uwagi na świat zewnętrzny i potrzeby innych ludzi, uczy jeszcze większego skupiania się na sobie.

Jaki jest efekt takich terapii? Doskonały, póki pacjent rozmawia z psychologiem. Coraz sprawniej analizuje swoje potrzeby i pragnienia. Terapeuta jest coraz bardziej zadowolony ze sprawności podopiecznego.

Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy spotyka się dwóch pacjentów. Niedawno słyszałem rozmowę pomiędzy ludźmi, w swoim mniemaniu bardzo rozwiniętymi psychicznie:

On: W ogóle nie rozumiesz moich potrzeb. Nie ma w tobie żadnej empatii!

Ona: A ty w ogóle nie dajesz mi żadnego wsparcia!

On: Nie, to ty nie doceniasz! Nie zauważasz, że jestem w stresie.

Ona: To ja jestem w większym stresie. Spróbowałbyś być przez dzień poczuć to, co ja…

…i tak dalej. Posługując się sprawnie różnymi pojęciami psychologicznymi licytują się, kto ma gorzej i żadno z nich nie ma najmniejszej ochoty by, choć na chwilę przerwać swoje skupienie na sobie.

Faza rozwoju

Egocentryzm jest naturalną fazą rozwoju człowieka. Dla niemowlęcia świat zewnętrzny nie istnieje. Jedyną rzeczywistością jest ono samo – jego doznania zimna, ciepła, głodu, sytości czy kontaktu fizycznego. Z czasem jednak, w miarę rozwoju zdolności umysłowych, niemowlę zaczyna odkrywać świat zewnętrzny. Robi to stopniowo. Jako małe dziecko dokładnie wszystko sprowadza do siebie. Potem zaczyna się domyślać, że za obrazami, jakie widzi jest coś więcej.

Pierwszym sygnałem jest pojawienie się tzw. stałości przedmiotu. Gdy niemowlęciu schować coś za zasłoną, nie będzie szukać. To, co znika z oczu, przestaje istnieć. Nieco większe dziecko nie poddaje się tak łatwo. Gdy schowasz mu zabawkę pod chusteczką, zacznie pod nią szukać, oczekując, że zabawka tam jest, mimo, że jej nie widać. To jedno z pierwszych osiągnięć poznawczych, przybliżających nas do odkrycia, że na zewnątrz nas jest niezależny od nas świat.

Niektórzy jednak dosyć szybko porzucają ten kierunek rozwoju.

Narcyzm

Wielu osobom nigdy nie udaje się wyjść za swojej skorupy pierwotnego narcyzmu. Albo wychodzą, ale natychmiast do mniej wracają. W skrajnym przypadku wpadają w urojenia, w łagodniejszym w ukrywany narcyzm.

Na pewnym przyjęciu, dystyngowany pan, po dłuższym monologu orientuje się, że całkowicie zmonopolizował rozmowę. Z uśmiechem mówi do swojej rozmówczyni:

- No dobrze, wystarczy już o mnie. Pomówmy może trochę o tobie. Co ty o mnie myślisz?

Narcyz, to ktoś, komu brakuje zainteresowania światem. To, co na zewnątrz jest dla niego w największym razie pretekstem do zajmowania się sobą – swoimi problemami, sukcesami i marzeniami.

Nic podobnego, ja kocham ludzi! – mówi narcyz. Zapomina powiedzieć, że tylko wtedy, gdy rozmawiają o nim. Kocham świat, mówi. Ale tylko wtedy, gdy ten świat pozwala mu się w nim przejrzeć. Świat jest bezużyteczny, gdy nie da się w nim zobaczyć własnego o obrazu.

Kto nie zna takich osób? Narcystycznych, niezdolnych do słuchania innych ludzi, nudziarzy raczących świat swoimi rzekomo odkrywczymi, a w rzeczywistości banalnymi opowieściami?

No dobrze, musze zadać to pytanie: kto nie ma w sobie narcyza? Choćby małej cząstki? Ja niestety mam.

Stan samorealizacji

Dla wielu samorealizacja, to stan, w którym spełnione będą ich wszystkie potrzeby i w którym, ludzie będą traktować ich tak, jak na to zasługują.

Nic podobnego.

Prawdziwa samorealizacja zaczyna się wtedy, gdy wychodzisz ze swojego urojonego świata i umiesz zapomnieć o swoim odbiciu.

Wspólną cechą ludzi, którzy osiągnęli wysoki poziom rozwoju nie jest to, że ustawicznie zajmują się sobą, ale to, że potrafią skupić swoją niepodzielną uwagę na drugiej osobie i świecie.

Obudź się. Świat to nie jest twój sen. Twoje potrzeby, odczucia i wrażenia są tylko jednymi z wielu.

Zamiast uczyć się jeszcze bardziej wikłać w siebie, wpadać w swoje własne sidła, naucz się patrzeć na świat.

Nie chodzi o to byś całkiem zapomniał o swoich potrzebach. Chodzi o to byś zobaczył wreszcie, jakie potrzeby mają inni ludzie.

Kochaj bliźniego jak siebie samego. To znaczy dostrzegaj potrzeby bliźniego, tak jak dostrzegasz swoje. Jedno i drugie jest ważne. Nie koncentruj uwagi tylko na swoich potrzebach. Co najmniej tyle samo uwagi poświęć temu, czego potrzebują inni.

Naucz się, przynajmniej na chwilę wyciszyć siebie i otwartym umysłem, przyjrzeć się drugiej osobie. Zobaczyć jak wygląda bez koloryzowania przez twoje potrzeby.

Propozycja ćwiczenia

Wybierz kilka osób ze swojego otoczenia i napisz (lub opowiedz) dla każdej z nich charakterystykę, tak jakbyś odpowiadała na pytania popularnego magazynu:

  • Co ta osoba lubi?
  • Czego ta osoba nie lubi?
  • Czego ta osoba potrzebuje?
  • Jakie są najważniejsze problemy tej osoby?
  • Jakie są jej najmilsze wspomnienia?
  • Czego obecnie potrzebuje?
  • Co ją ucieszyło w ostatnim czasie? Co jest jej źródłem radości?
  • Jakich emocji ma najwięcej?

Czy jesteś w stanie odpowiedzieć na każde z pytań w odniesieniu do wszystkich osób, które, na co dzień spotykasz? Narcyz by nie potrafił.

Chmury i niebo: umiejętność obserwacji siebie

Chmury i niebo: umiejętność obserwacji siebie

Opublikowano 01 grudnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 30 komentarzy

Ten artykuł jest drugim z cyklu „Poznaj cztery umiejętności konstruktywnej obsługi siebie samego”. Pierwszy z nich był poświęcony umiejętności akceptacji.

Eksperyment

Wyobraź sobie, że jesteś chory i ktoś daje ci mocne lekarstwo. Dzięki niemu od razu wyzdrowiejesz, ale musisz się przygotować na nietypowe efekty uboczne. Możesz przez jakiś czas odczuwać palpitacje, drżenie rąk, złość, rozdrażnienie, strach lub smutek. To wszystko może być nieprzyjemne, jednak po jakimś czasie minie. Doznania będą chwilowe i oprócz dyskomfortu w żaden sposób trwale na ciebie nie wpłyną.

Zażywasz lek i rzeczywiście, po kilkudziesięciu minutach pojawiają się wszystkie objawy. Nie jest to przyjemne, ale przecież wiesz, że to nic takiego. Mówisz sobie:

- Aha, więc tak to wygląda. To nic takiego.

Załóżmy, że akurat zacząłeś oglądać jakiś ciekawy film. Czy przerwiesz seans? Prawdopodobnie nie. Wrócisz do swojego zajęcia i mimo, że nie ogląda ci się tak dobrze jak do tej pory, ciągle dobrze się bawisz. Gdy kończysz film, zauważasz, że wszystko, nie wiadomo, kiedy przeszło.

A teraz wyobraź sobie, że to samo lekarstwo podano komuś bez żadnej informacji o efektach ubocznych. Czy ta osoba zareaguje tak samo? Co się stanie, gdy kilkadziesiąt minut później, bez uprzedzenia pojawi się zestaw nieprzyjemnych doznań i emocji?

Najbardziej prawdopodobne będzie to, ze człowiek zacznie się niepokoić i podda się emocjom. Coś się ze mną dzieje, coś jest nie tak. Wkurza mnie ta sytuacja…. Przerwie to, co robi i albo zacznie się zastanawiać, co jest nie tak, albo będzie szukał ujścia dla emocji.

Im bardziej będzie się zastanawiał, tym wyraźniej będzie czuł negatywne doznania (świadomość wzmacnia odczuwanie). Gdy będzie szukał ujścia (np. skrzyczy żonę, że stuka garami, podczas gdy on ogląda) pojawi się poczucie winy, które jeszcze bardziej wzmocni rozdrażnienie. Słowem błędne koło zacznie się napędzać i po dwóch godzinach, gdy fizjologiczne działanie leku zniknie, ta osoba ciągle będzie czuła się pobudzona i rozdrażniona.

Jednym z najsłynniejszych eksperymentów psychologicznych były badania Stanleya Schachtera poświęcone naturze emocji. W ich trakcie ochotnikom podawano zastrzyk adrenaliny. Jedni słyszeli, że to niewinne witaminy bez żadnych efektach ubocznych. Innych rzetelnie informowano o tym, że pojawi się pobudzenie, drżenie mięśni i inne doznania.

Okazało się, że ludzie, których poinformowano o efektach ubocznych znacznie rzadziej poddawali się emocjom. Ci, którzy nie byli uprzedzeniu szybko zarażali się złością lub euforią od pomocników eksperymentatora.

Dlaczego tak łatwo zachować spokój i nie wpaść w błędny krąg, gdy jesteśmy uprzedzeni o efektach?

W takiej sytuacji, gdy pojawiają się doznania i emocje, wiesz, że są one tylko efektem podania leku. Masz do nich dystans. Jak to się czasem mówi – nie zlewasz się z nimi. Jest w tobie część obserwująca i część doznająca. Tu jestem ja a tu są moje doznania i emocje. Wiesz, że twoje doznania są tylko artefaktem, sztucznym wytworem. Nie są sygnałem alarmowym, który ma źródło w jakimś realnym zagrożeniu. Wiesz, że to „nic takiego”.

W drugiej sytuacji, gdy doznania przychodzą niespodziewanie, reagujesz inaczej. To, co się wtedy dzieje, niektórzy z psychologów nazywają fuzją poznawczą (cognitive fusion). W jej trakcie nasze emocje, myśli czy doznania traktujemy jak absolutną, jedyną rzeczywistość. Emocje i myśli stapiają się z całym tobą.

Możesz z nimi walczyć, możesz im się poddać, ale cały czas traktujesz je jak rzeczywistość.

Codzienne stapianie się z emocjami i myślami

Nasze emocje, myśli czy doznania fizyczne są powiązane z tym, co dzieje się w świecie. Gdy czuję złość, smutek czy zagubienie, to nie dlatego, że ktoś mi podał jakiś zastrzyk.

Ale mimo to, ten pierwszy sposób patrzenia (który miały osoby poinformowane o efektach) jest bliższy prawdzie niż drugi.

Nasze nastroje, uczucia i myśli są rezultatem pracy naszego umysłu. Są efektem pracy skomplikowanej i cudownej maszyny, zawierającej miliony skojarzeń i pojęć. Nie są jednak rzeczywistością. Są jakimś jej obrazem – mniej lub bardziej trafnym, mniej lub bardziej praktycznym – ale niczym więcej niż tylko obrazem.

Myśli są tylko myślami. Emocje są tylko emocjami.

Trudno nam to dostrzec od środka. Nieco łatwiej, gdy przyglądamy się temu z boku.

Oto Zbyszek Ryżak siedzi nad trudnym tekstem i ma wrażenie, że cały jego wysiłek idzie na marne. Ma poczucie, że nic mu się dziś nie udaje. Szamocze się i szamocze i nic z tego nie wynika. Wszystko jest szare i do niczego. Podchodzi do okna i patrzy na niebo o barwie płyt chodnikowych i myśli by dać sobie spokój. Potem siada za komputerem i otwiera pocztę. Znajduje maila z podziękowaniem od kogoś za pomoc. I nagle świat jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki się zmienia. Staje się piękny, cudowny i radosny. Zbyszek Ryżak jest przekonany, że to co robi ma sens. Zupełnie nie pamięta o tym, co było chwilę temu. Nawet niebo się zmienia. Przypomina mu teraz przyjemny pobyt w Szkocji. Co się stało? Czy świat się zmienił? Przeszła przez niego burza magnetyczna i wszystko pozmieniała? Nie. Świat cały czas jest taki sam.

To tylko mój umysł się przestawił.

Opinie naszego umysłu i jego doznania czasem są trafne, czasem nie. Czasem są cenne a czasem szkodliwe. Ale są to tylko opinie i obrazy. Coś, co nakładamy na świat.

Na codzień jesteśmy całkowicie zanurzeni w świecie swoich myśli i doznaniach. Obrazy, jakie wytwarza nasz umysł i doznania traktujemy jak coś realnego.

Co więcej, jeszcze się kłócimy i do upadłego walczymy, twierdząc, że nasze opinie są faktami.

Ostatnio słyszałem, jak ktoś mówił:

- Trzeba być realistą, nie da się w Polsce zarobić dużych pieniędzy bez kradzieży! Ktoś, kto mówi inaczej ma kłopoty z oceną rzeczywistości!

Taka wypowiedź świadczy o fuzji poznawczej – stopieniu się rzeczywistości z opiniami. Ta osoba myli swoje opinie i doznania z rzeczywistością. Nie przychodzi jej do głowy, że to, o czym mówi to tylko jedna z wielu ocen. Być może słuszna, być może nie, ale nic poza tym.

W największym stopniu fuzji podlegają obrazy i odczucia dotyczące nas samych.

- Jestem nieudacznikiem.

- Nigdy nic mi nie wychodzi.

- Jestem słaby.

- Ciągle wszystko plączę.

- Znowu przegrywam.

- Nic mi nie wychodzi.

- Nigdy mi się nic nie uda.

- Moje życie to bałagan.

- …

Tego rodzaju zdania mogą brzmieć jak mądre i obiektywne odkrycia. Człowiek siada i przychodzi do niego odkrywcza myśl:

- No tak. Bądź raz ze sobą szczery. Nigdy ci się to nie uda.

Czy zdarzyło ci się kiedyś mieć takie myśli? Mnie się zdarzyło i to nie raz.

Przypomnij sobie, jak się wtedy czułeś? Czy wydawało ci się, że to prawda? Że tak jest w rzeczywistości?

Zaczerpnąłem te sformułowania z listy typowych myśli automatycznych, jakie pojawiają się podczas depresji (bez obawy, nie wystarczy stwierdzić u siebie takich myśli by być uznanym za chorego). Tych myśli doświadczają ludzie będący w najróżniejszych sytuacjach – zarówno gospodynie domowe, jak i uznani reżyserzy czy bankierzy z osiągnięciami. Te myśli nie mają nic wspólnego z ich sytuacją, a jedynie z tym jak pracuje ich umysł.

Są jedynie bełkotem pijanego, depresyjnego mózgu.

Podstawowa różnica, jaka jest między chorymi na depresję a ludźmi, którzy potrafią żyć w sposób konstruktywny jest taka, że ci pierwsi bezkrytycznie „kupują” produkty swojego umysłu. Za obiektywną rzeczywistość biorą obrazy i doznania, jakie wytwarza skomplikowana maszyneria schowana pod ich czołem.

W efekcie:

  • ile razy pojawi się doznanie strachu – żyją w strachu,
  • ile razy pojawi się doznanie złości – żyją w złości,
  • ile razy pojawi się doznanie smutku – żyją w smutku.

Budzenie obserwatora

Gdyby nie możliwości metapoznania, nie moglibyśmy odpowiedzieć na najprostsze pytanie, typu: o czym teraz myślisz?. Możemy nie tylko powiedzieć, o czym myślimy, ale jak nasze myśli się zmieniają oraz jak łączą się z innymi doznaniami.

Dzięki metaświadomości możemy stanąć krok wyżej i przyjrzeć się temu jak pracuje nasz umysł.

Gdy przyjmiesz pozycję życzliwego i zainteresowanego obserwatora i skierujesz uwagę, na to co dzieje się w tobie, łatwo ci będzie pojąć, że twoje myśli i uczucia są myślami i uczuciami. Pojawiają się, przepływają i znikają. Zabarwiają świat, czasem go zaciemniają, czasem wyostrzają. Ale nie są światem.

Są wewnętrznymi zjawiskami wywołanymi przez nasz umysł.

Emocje i myśli są jak chmury na niebie – czasem burzowe, czasem lekkie i jasne, czasem poruszające się bardzo powoli a czasem szybko. Czasem jest ich niewiele (rzadko kiedy nie ma żadnej chmury) a czasem całe niebo jest zasnute.

Nie jesteś chmurami. Jesteś niebem, na którym się pojawiają. Gdy zapomnisz o tym, kim naprawdę jesteś, emocje mogą cię porwać. Zawsze jednak możesz na nowo uzyskać „metaperspektywę”, wyrywając się z fuzji poznawczej.

Gdy nauczysz się takiej perspektywy twoje życie może się zmienić:

  • gdy pojawi się w tobie doznanie strachu – zamiast żyć w strachu, możesz żyć ze strachem, robiąc to co powinieneś, mimo tego, że czujesz obawy;
  • gdy pojawi się w tobie doznanie złości – zamiast żyć w złości, możesz zacząć żyć ze złością – z kłopotliwym, hałaśliwym i dokuczliwym lokatorem, ale jednak lokatorem a nie właścicielem;
  • gdy pojawi się w tobie doznanie smutku – zamiast pogrążać się w nim, możesz żyć ze smutkiem, ciężarem, który cię spowalnia ale nie zamyka w czarnej norze.

Gdy zamiast żyć w emocjach, żyjesz z emocjami jesteś jak człowiek, który został uprzedzonym, że mogą się pojawić różne efekty uboczne. Robi swoje i pozwala emocjom oraz myślom wybrzmieć.

Uwagi do ćwiczeń

Wyjście poza stopienie się ze swoimi myślami czy odczuciami jest dosyć trudne.

To chyba najtrudniejsza umiejętność z tych, o których piszę w tym cyklu.

Łatwo pomylić ją z żonglerką poznawczą. Zacząć np. fantazjować, że umiemy wyjść poza siebie, wejść w skórę drugiej osoby czy nawet unieść się poza świat. Tu naprawdę nie chodzi ani o pozycje percepcyjne NLP, ani o „doświadczenia astralne”. Tego rodzaju praktyki wiążą się z jeszcze mocniejszym zagłębianiem się w swój umysł. Jednym z podstawowych wskaźników czy w swoich ćwiczeniach nie zbaczasz na manowce jest poczucie zwykłości i normalności. Gdy czujesz, że dzieje się coś niesamowitego, niezwykłego, że doświadczasz doznań o niezwykłej przenikliwości, że udało ci się wreszcie zobaczyć istotę świata i przeniknąć przez zasłony materii – to sygnał, że pora zrobić przerwę. Iść do ubikacji, albo pogadać z kimś o cenie rzodkiewki. Gdy mimo tego poczucie olśnienia nie ustępuje, warto udać się do psychiatry albo spowiednika (rabina, imama, guru, sensia, rosiego czy kogo tam masz). Albo jesteś wariatem, albo świętym.

Druga uwaga. Nie da się tego ćwiczyć bez przynajmniej pewnego poziomu akceptacji (pierwszej umiejętności, o której była mowa w poprzednim tekście tego cyklu). Tak długo, póki nie uda ci się porzucić oczekiwania na to by było inaczej niż jest, nie możesz przyglądać się temu jak pracuje twój umysł.

Porzuć nadzieję na uwolnienie się od negatywnych doznań. Porzuć przynajmniej część nadziei, bo inaczej niczego nie dostrzeżesz. Póki chcesz by było inaczej będziesz „przyspawany” do obrazów tworzonych przez swój chimeryczny i zmienny umysł.

Akceptacja oznacza życzliwość czy łagodność dla siebie. Gdy ciągle wybierasz i stawiasz warunki: tak powinienem się czuć, taki powinienem być, tak powinienem myśleć, itp. jesteś nieżyczliwy dla tego, co się w tobie pojawia.

Jesteś jak ktoś, kto wydał przyjęcie, rozesłał zaproszenia a teraz nie wpuszcza tych, którzy przyszli ubrani nie w takich kolorach jak lubi. Gospodarz, mimo, że ma prawo mieć swoje preferencje, musi być życzliwy wobec wszystkich gości.

Z drugiej strony sama akceptacja może być pułapką. Gospodarze nie powinien zostawiać swego domu, całkowicie we władanie gości. Gdy tylko akceptujesz, ale tkwisz w fuzji, negatywne emocje szarpią tobą i porywają cię.

Dlatego ważne jest by oprócz godzenia się na nie umieć je traktować tak jak tego wymagają – jako emocje i myśli – produkty naszego umysłu.

Propozycje ćwiczeń

Jest wiele ćwiczeń, które ułatwiają rozwój umiejętności obserwacji czy de-fuzji poznawczej. Ten artykuł jest wprowadzeniem w temat. Jeżeli będzie taka potrzeba mogę podać więcej ćwiczeń. Teraz tylko wybrane trzy.

Ćwiczenie Eckharta Tolle

Eckhart Tolle, proponuje bardzo proste ćwiczenie (może nawet zabawę), które pomaga rozwinąć umiejętność obserwacji swojego umysłu:

Zamknij oczy i powiedz sobie: Ciekawe, jak pierwsza myśl mi się nasunie. A potem czekaj na nią z wytężoną czujnością, jak kot przy mysiej dziurze. Jaka myśl wyskoczy z dziury? Spróbuj (Echart Tolle, Potęga teraźniejszości, str. 116).

Póki jesteś w pełnej obecności myśli, tak chętnie się nie pojawiają. Gdy się już pojawią ciągle możesz je przez chwilę poobserwować. Nie musisz rzucać się na nie jak kot.

Podsłuchiwanie myśli

By ułatwić sobie obserwację tego, co się dzieje z twoim umysłem możesz posłużyć się wyobraźnią i zabawą. Np.:

  • Pomyśl, że twój umysł jest stacją radiową, posłuchaj tego, co się w nim dzieje, tak jakbyś słuchał radia. Co mówi spiker? Jaką muzykę nadaje?
  • Pomyśl, że twoje myśli to telefon. Słyszysz dzwonek, podnosisz do ucha i słyszysz np.:. Hej, czy ja już ci mówiłem, że nic ci z tego nie wyjdzie? Pomyślałem sobie, że chciałbyś usłyszeć moją rzetelną opinię na twój temat: jesteś ofiarą!
  • Potraktuj swój umysł jak wyskakujące reklamy internetowe. Co się na nich pojawia?

Liczenie oddechów

To chyba podstawowe ćwiczenie, pozwalające rozwinąć tą umiejętność. Prawdziwym celem tego ćwiczenia nie jest uspokojenie czy regulowanie oddechu. Nie jest nawet rozwój umiejętności koncentracji. Najważniejsza jest umiejętność obserwowania swoich myśli jak zjawisk przepływających przez nasz umysł.

Oto krótka instrukcja

Usiądź wygodnie (możesz na krześle lub na poduszce ułożonej na podłodze). Wyprostuj kręgosłup. Głowę trzymaj prosto. Wyobraź sobie, że do samego czubka głowy masz przywiązaną linkę, która podnosi cię do góry, będąc dokładnym przedłużeniem kręgosłupa. Rozluźnij ramiona. Linka podnosi cię tylko w linii kręgosłupa. Ręce połóż swobodnie na kolana. Możesz także położyć je jedną na drugiej, wewnętrzną stroną do góry, lewa dłoń grzbietem na prawej, palce prostopadle do linii nosa. Nie przyciskaj łokci do tułowia, pozwól im leżeć swobodnie. Aby ustabilizować pozycję, możesz wykonać tułowiem i głową parę ruchów w lewo i prawo. Wybierz pozycję w samym środku – najbardziej równomierną i stabilną. Zamknij oczy lub opuść powieki. Możesz skupić wzrok na jakimś punkcie leżącym przed tobą (w odległości metra czy dwóch).

Oddychaj nosem, lekko i bez wysiłku. Dźwięk oddechu nie powinien być słyszalny (jeżeli masz zatkany nos, wcześniej go przeczyść). Obserwuj swój oddech.

W myśli licz wdechy i wydechy (wdech – jeden, wydech – dwa). Możesz liczyć także same wdechy (wdech – jeden, wydech, kolejny wdech – dwa, wydech …)

Gdy dojdziesz do dziesięciu, zacznij od początku. Gdy się pomylisz, nie przejmuj się tym, nie poświęcaj temu zbytniej uwagi. Zacznij liczyć od początku. Gdy uświadomisz sobie, że myślisz o czymś innym, łagodnie wróć do oddechu. Po prostu zacznij liczyć od nowa.

Pozwól, by twoje myśli swobodnie przepływały. Patrz na nie, jakbyś patrzył z okna na przechodniów. Nie biegnij za żadną, ale pozwalaj każdej spokojnie przejść.

Nie kontroluj oddechu. Nie staraj się, by był szybszy czy wolniejszy. Sam z siebie zacznie się wydłużać, ty jednak nie staraj się o to, a jedynie licz ilość oddechów. Wytrzymaj przynajmniej trzy minuty. Nie sprawdzaj czasu na zegarku, ustaw minutnik i przerwij dopiero, gdy usłyszysz sygnał. Gdy w trakcie ćwiczenia pojawi się myśl typu: długo, jeszcze? chyba nie wytrzymam, ale to nudne… pozwól jej przepłynąć i wróć do liczenia oddechów: jeden, dwa, trzy…

Dostrzec to, co dziś dostałem

Dostrzec to, co dziś dostałem

Opublikowano 25 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Ten sam dzień…

Gdy zadzwonił budzik było ciemno. Przestawiłem na piętnaście minut później. Znowu ciężka noc. Dzieci płaczące z powodu nocnych koszmarów i budzące się od kataru. Co chwila trzeba wstać, przykryć, uspokoić. A potem, gdy człowiek zaczyna wreszcie spać, pobudka. Ból w skroniach. Zmiana bandażu na ręce. Szwy jak u zombie. Na zewnątrz zimno, nie chce się nigdzie iść. W pracy na stole stos książek i porozkładane bez składu notatki. Zacząłem pisać. Ale po chwili pomyślałem, że potrzebuję programu do robienia konspektów. Przez dwie godziny szukałem w internecie a potem konfigurowałem. Gdy wreszcie usiadłem do pisania, okazało się, że brak mi kilku informacji. Przeszukiwanie artykułów i książek. Coraz mocniejsze poczucie, że nic mi się dziś nie udaje. Wyszedłem z pracy czując, że odniosłem porażkę. Było znacznie cieplej niż rano. W zasadzie gorąco. Doszedłem do domu spocony i zmęczony. Gdy usiadłem na chwilę w fotelu, najmniejsza przyszła na czworakach. Wstała, chwyciła się nogi i podryguje, czekając aż wezmę ją na ręce. Starsza też wymaga uwagi. Trzeba wyciągnąć farby i chronić przed wymalowanie wszystkiego wokół.

A w głowie, co pewien czas myśli: zmarnowany dzień; nie udało się zrealizować planów; muszę bardziej się starać; ciągle w tym samym miejscu; jestem bezproduktywny…

Wreszcie poszły spać. Siedzę zmęczony i zniechęcony na sofie. Przez chwilę trzymam w ręku pilota. Włączyć kolorowe obrazy i nie myśleć. Po takim dniu trochę dryfowanie dobrze mi zrobi. Jednak wyciągam z torby kwartalnik, który noszę z sobą od dawna licząc, że znajdę gdzieś po drodze czas na czytanie. Na ostatniej stronie jest wiersz. Rosemery Wahtola Trommer, mama – poetka, pisze:

W chwilach przed zaśnięciem

Co dziś osiągnęłam?
Zamek z krzeseł i poduszek
zbudowany wspólnie z moim chłopcem.
Pełzanie wewnątrz niego a później rozbieranie.
Jeszcze. Jeszcze.
Wspólne szukanie źródła słodkiego zapachu
bez dotarcia do kwiatu, z którego pochodził.
Wspólny popołudniowy piknik z ciastem z mango i truskawek
pokruszonym na kuchennej podłodze.
Umyte talerze.
Nasze poszukiwania szparagów pod wiśniami, daremne.
Tory naszej drewnianej kolejki z ośmioma pętlami i trzema wzgórzami,
rozmontowane i zapakowane do pudełka.
Jego zęby wyszczotkowane, moje zęby wyszczotkowane.
Nasze ubrania złożone w stos by jutro je uprać.
Miłość tak silna, łamiąca klatkę
jaką stała się moja ochota na lot,
oswajająca nadzieję na wolność zrobienia spisu rzeczy do zrobienia,
odwracająca mnie od małego ja do wielkiego,
mały dar za małym darem*.

…widziany inaczej

Co ja dziś osiągnąłem? Nagle widzę swój dzień. Ale już nie z perspektywy:

  • Jak daleko do moich celów?

ale z perspektywy:

  • Co cennego dziś się wydarzyło?
  • Co cennego dziś dostałem?

W nocy możliwość bycia blisko dziecka. Okrywania go i uspokajania. Wsłuchiwania się w jego oddech. Potem możliwość wstania o piętnaście minut później. Także możliwość czucia swojej kruchości i cielesności, gdy bandażowałem rękę. Potem możliwość szukania nowych sposobów pracy i przeglądania nowych książek. Dostałem uwagę innych ludzi. Ich chęć słuchania i mówienia. W domu możliwość działania bez oglądania się na to, jak się czuję. Dotyk rączek dziecka, wdrapującego się na kolana. Jego miny i gaworzenie. Zapach farby zmywanej z małego, czerwonego stołu. Bycie potrzebnym. I nawet to, że tego wszystkiego nie do końca byłem świadomy. Po raz kolejny poczułem jak wiele zależy od sposobu patrzenia i jak ważne jest pamiętanie o wdzięczności.

Dociera do mnie, jak wiele dostałem. Jak bardzo zostałem obdarowany.Jakbym wyszedł z egzaminu, przekonany, że oblałem, a tu okazuje się, że zdałem celująco. Dostałem więcej niż to, na co zasługuję. Znacznie więcej niż sam dałem. Zasypiam przepełniony wdzięcznością.

Ćwiczenie: lista rzeczy za które czuję się wdzięczny

Jest przynajmniej kilka ćwiczeń, które mogą nas nauczyć życia w teraźniejszości. Mam nadzieję, że uda mi się je z czasem je opisać.

Dziś bardzo proste, ale ważne ćwiczenie.

Usiądź wieczorem i zrób listę. Spisz wszystko, co dzisiejszego dnia dostałeś. Wszystko, to, za co możesz być wdzięczna. Codziennie przez dwa tygodnie, każdego dnia spisz minimum pięć rzeczy. Każdego dnia inne. To może być cokolwiek. Sprawy małe jak i duże. Ludzie, wydarzenia, przedmioty, twoje osiągnięcia, talenty i uzdolnienia… Kto wzbogacił twoje życie? Pomyśl o nieznajomych, bliskich, współpracownikach, sąsiadach, dalekich znajomych, spotkanych nieznajomych, ludziach których nigdy nie poznasz … Możesz pomyśleć także o zwierzętach, krajobrazach, miastach, ulicach,…

Np. dziś mogę napisać na swojej liście, że jestem wdzięczny za:

  • to, że udało mi się wcześnie wstać,
  • kolory nieba jakie widziałem idąc do pracy,
  • smak i zapach porannej kawy,
  • komentarze na moim blogu,
  • muzykę, którą mogłem słuchać przy pracy (podcasty z KEXP oraz Radia Tres)

Oczywiście można spisać więcej pozycji. Idealnie jest założyć zeszyt i codziennie poświęcić dziesięć, piętnaście minut na spisywanie tego wszystkiego, co dziś dostaliśmy.

Ważne by robić to regularnie przez kilkanaście dni. Buduje się w nas wtedy nawyk. Dzięki niemu nasz świat staje się inny.

Jeżeli nie jesteś w stanie znaleźć w sobie poczucia wdzięczności nie staraj się go osiagać na siłę. Nie staraj się wzbudzać w sobie żadnych odczuć. Zamiast tego po prostu poszukaj rzeczy, które dostałaś bez swojego wkładu. Od innych ludzi, od losu, od Boga czy od natury. Każdy dostaje takie rzeczy. Gdy człowiek je sobie uświadomi, z czasem poczucie wdzięczności samo przychodzi.

To nie chodzi o to by coś zmieniać w swoich uczuciach. Chodzi tylko o to, by zmusić swoją uwagę do nieco innego patrzenia na świat. Takiego, które dostrzega dzisiejsze dary. Wystarczy uważnie się rozglądać. .

Warto to umieć. Często codzienne zmagania zajmują nam tyle czasu i energii, że gdy już uda nam się zrealizować marzenia, nie jesteśmy w stanie się tym cieszyć. Przez te lata walki staliśmy się do tego niezdolni. Gdy przez pół życia nie dostrzegłeś niczego, z czego można było by się cieszyć, nie będziesz czuć radości, gdy przyjdzie ten wielki dzień. Ciągle będziesz rozglądać się za czymś innym.

Są ludzie będący w bardzo trudnej sytuacji. Tacy, którzy muszą się solidnie nagimnastykować by znaleźć pięć rzeczy, za które można dziękować. Ale nie ma ludzi, którzy niczego nie dostają. Każdy z nas, nawet w najtrudniejszej sytuacji dostaje wiele rzeczy. Corrie ten Boom, której rodzina została wysłana do obozu koncentracyjnego za ukrywanie Żydów, wspominała, że dziękowała za pchły w jej baraku, bo dzięki nim strażnicy trzymali się nieco w oddaleniu, co dawało im nieco prywatności i pozwalało na praktyki religijne. Jeżeli tam można było czuć wdzięczność, jak można nie znaleźć niczego w naszym codziennym, pełnym wygód życiu?

Nawet, jeżeli wydaje ci się, że twoje życie jest bez sensu i nie możesz doczekać się zmiany, warto uczyć się wdzięczności. Choćby, dlatego, by ciągle być zdolnym do jej czucia, gdy wreszcie wszystko się odmieni.


* To dosyć kiepskie (moje własne) tłumaczenie. Niżej wiersz w oryginale.

Wiersz pochodzi z tomiku: Holding Three Things at Once. Rosemerry Wathola Trommer

In Moments Before Sleep

What did I achieve today?
Built forts with my boy
out of chairs and couch cushions,
Crawled inside then tore them down.
Again. Again.
Chased together the scent of something sweet,
never finding the flower from which it came.
Shared a mid-afternoon picnic of mango and strawberry crumble
sprawling on the kitchen floor.
Soaked and cleaned the dish.
Our search for asparagus beneath cherry trees, thwarted.
Our wooden train track with eight loops and three hills
disassembled and boxed and stowed.
His teeth brushed, my teeth brushed.
Our clothes in the pile to be washed tomorrow.
Love so strong it broke the cage
that my taste for flight had become,
tamed my hope for freedom to do the to do list,
turned me from the one self to the huge self
small gift by small gift.

Obecność

Obecność

Opublikowano 19 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii, Uwaga | 8 komentarzy

Miasto, w którym znajdował się klasztor zen nawiedziło trzęsienie ziemi. Gdy ściany zaczęły się chwiać wszyscy biegali w panice i krzyczeli. Tylko mistrz siedział spokojnie. Gdy trzęsienie się skończyło mistrz zebrał uczniów i powiedział:

- Mieliście okazję zobaczyć jak postępuje człowiek zen. Czy zauważyliście, że gdy wy biegaliście jak szaleni, ja spokojnie, bez drżenia rąk popijałem wodę?

Jeden z uczniów zaczął się śmiać.

- Z czego się śmiejesz? – zapytał nauczyciel.

- Panie – odparł –to, co piłeś, to był sos sojowy!

Biedny mistrz, nie dostrzegł nawet różnicy. Nic dziwnego. W trakcie niebezpiecznych sytuacji mamy tendencję do tego by wpadać w hipnotyczny trans. Odcinamy się od bezpośrednich doznań i tego, co się dzieje wokół. Zamykamy się w swoim własnym świecie. Mówiąc żargonem – dysocjujemy się. To naturalny mechanizm. Dzięki temu, że wpadamy w trans, możemy w trudnej sytuacji stać się niepodatni na ból lub robić rzeczy, o których normalnie nawet byśmy nie pomyśleli. Dopiero potem, gdy napięcie opada mdlejemy.

Nawyk

Temu kiepskiemu nauczycielowi przydarzyło się to, gdy zobaczył jak wokół padają ściany. Duży stres sprawił, że wpadł w stupor jak przestraszony królik. Ale i tak nie był najgorszy. To, co w jego przypadku było efektem mocnego stresu dla wielu osób jest codziennym nawykiem. Budzimy się rano, patrzymy na zegarek, łapiemy się za głowę i wpadamy w trans na dalszą część dnia. Co prawda nie mylimy sosu sojowego z wodą, ale pijąc nie czujemy smaku, siedząc nie czujemy ani krzesła ani swojego ciała, idąc na spacer nie widzimy chmur ani drzew, spotykając się z ludźmi nie widzimy ich, rozmawiając z nimi nie słyszymy. Przechodzimy przez życie na autopilocie, zamknięci w myślach, wspomnieniach czy planach.

Spróbuj opisać dokładnie swój wczorajszy dzień. Zamknij oczy i przywołaj wszystkie szczegóły. Co widziałeś, słyszałeś czy czułeś, od chwili, gdy wstałeś rano? Jaką osobę zobaczyłeś jako pierwszą po wyjściu z domu? Jak ta osoba była ubrana? Jaką miała minę, gdzie patrzyła? Gdy wykonasz to ćwiczenie, możesz się zdziwić, jak niewiele rzeczy pamiętasz. Większość ludzi, gdy minie kilkanaście godzin od jakiegoś wydarzenia, pamięta tylko ogólne rzeczy. A nawet te ogólne są na bieżąco odgadywane – często nietrafnie.

Czy to kwestia pamięci?

Nie mam dobrej pamięci – możesz powiedzieć. Po prostu nie pamiętam, ale to nie znaczy, że jestem nieobecny.

Kiedyś narzekałem na swoją pamięć do imion. Gdy ktoś mi się przedstawił nie byłem w stanie zapamiętać jego imienia. Musiałem go kilka razy prosić o przypomnienie. To duża przypadłość, gdy się prowadzi szkolenia. Trudno zadać bezpośrednie pytanie, trudno odnieść się do czegoś, co uczestnik powiedział, trudno zbudować dobre relacje. Odkryłem jednak, że pamiętanie imion nie ma nic wspólnego z pamięcią. Wiąże się natomiast z uwagą, jaką poświęcasz ludziom. Jeżeli jesteś w pełni obecny i uważnie ich słuchasz, jesteś w stanie zapamiętać nie tylko imiona, ale wiele innych ważnych szczegółów. Gdy myślisz o tym, co za chwilę powiesz, lub wspominasz, co było przed chwilą, choćby i pięć razy ktoś powtarzał ci swoje imię, dalej będziesz miał problem z zapamiętaniem.

Dziś, gdy nauczyłem się uważnie słuchać tego, co ludzie mówią, jestem w stanie od razu zapamiętać i dwadzieścia imion. A gdy mi się to nie udaje, od razu wiem, że jestem rozproszony.

Podobnie jest z tym, co pamiętamy z naszej codzienności. Jeżeli ktoś jest w pełni obecny, bez wysiłku zapamiętuję wiele szczegółów. Jeżeli przechodzi przez życie na autopilocie, świat spływa po nim jak woda po kaczce, nie zostawiając wielu śladów.

Trans

Wiele osób interesuje się hipnozą i autohipnozą. Gdy idą do hipnoterapeuty czy na jakieś zajęcia, na których ma być stosowana hipnoza, są podekscytowani. Jak to jest być zahipnotyzowany? Większość czuje potem rozczarowanie. Pytają: to wszystko? Przecież to nic niezwykłego. Oczywiście nie mówię tu o głębszych stanach transowych. Ale jak zauważył Milton Ericson, każdy z nas, na co dzień niezliczoną ilość razy wchodzi w stan lekkiego transu. Wystarczy się rozejrzeć. Przyjrzyj się ludziom, których widzisz obok siebie. Kto z nich ma ograniczony kontakt z rzeczywistością? Kto jest częściowo nieobecny? Prawdopodobnie nie będziesz miał problemu ze znalezieniem ludzi w takim stanie.

Stan lekkiego transu jest naszym normalnym stanem. To nie wprowadzania w autohipnozę powinniśmy się uczyć, a rozpoznawania tego, że w niej jesteśmy i wychodzenia z niej. Trans jest potrzebny (w końcu sen też jest formą transu, a bez niego nie da się funkcjonować). Jednak przez większą część naszego czasu powinniśmy być w pełni świadomi i obecni.

Trening obecności

Bycie obecnym jest kwestią treningu. We wielu klasztorach zen, mistrz przechadza się z drewnianym kijem. Gdy tylko widzi, że ktoś traci kontakt z rzeczywistością, wchodzi jakieś oderwane od życia pętle, resetuje delikwenta tłukąc go kijem tak mocno jak tylko może. Parę dni temu przeczytałem gdzieś, że tą metodę stosowano także podczas szkolenia jednostek specnazu. Instruktor cały czas pilnował by uczeń był świadomy tego, co dzieje się wokół.

Czy to nie jest męczące być cały czas świadomym tego, co się wokół dzieje? Jest odwrotnie niż oczekujemy. Gdy jesteś w pełni obecny twoja uwaga jest skupiona i zharmonizowana. To z kolei sprawia, że czujesz przypływa energii.

Prawdziwy mistrz zen byłby w stanie, nawet największego zamętu dostrzec, że ma przed sobą sos sojowy a nie wodę. Prawdziwy mistrz zen jest w pełnie skupiony na tym, co się dzieje wokół. Jest opowieść dotyczące XIX wiecznego mistrza Nan-in i jego ucznia Tenno.

Po dziesięciu latach nauki Tenno osiągnął tytuł nauczyciela. Pewnego deszczowego dnia poszedł odwiedzić swojego mistrza Nan-in. Gdy wszedł, mistrz powitał go pytaniem:

- Czy zostawiłeś swoje sandały w przedsionku?

- Tak- odpowiedział Tenno.

A czy parasol jest po lewej czy prawej stronie sandałów?

Tenno zmieszał się, ponieważ nie potrafił natychmiast udzielić odpowiedzi. Uświadomił sobie, że nie był uważny przez każdą minutę. Dlatego też przez następne sześć lat kontynuował naukę u mistrza Nan-in.

Propozycja ćwiczenia

Uważność można ćwiczyć na różne sposoby. Oto jedna z propozycji:

Wybierz jakąś codzienną, zwykłą czynność, która trwa minimum dziesięć minut. To może być np. zamiatanie, odkurzanie, prasowanie, kąpiel, spacer, pranie, jedzenie.

Wykonaj ją przez cały czas skupiając się tylko na niej. Nie rób żadnych innych rzeczy. Nie słuchaj radia, nie rozmawiaj, nie obmyślaj – po prostu to rób, to co robisz. Wbrew pozorom to bardzo trudne zadanie. Zobaczysz, że umysł zacznie ci uciekać i przełączać się. Gdy tak się stanie, spokojnie wróć do swojego zadania. Skup się na doznaniach (zapachach, temperaturze, dźwiękach, ruchach, widokach) związanych z tym, co robisz.

Z czasem zobaczysz, że twoja uwaga stanie się coraz bardziej skupiona. Być może uda ci się także dostrzec, że po kilku razach, zyskają na tym ćwiczeniu także twoje „wielkie i poważne” zadania.

<div xmlns:cc=”http://creativecommons.org/ns#” about=”http://www.flickr.com/photos/h-k-d/3635825539/”><a rel=”cc:attributionURL” href=”http://www.flickr.com/photos/h-k-d/”>Photo by h.koppdelaney -  http://www.flickr.com/photos/h-k-d/</a> / <a rel=”license” href=”http://creativecommons.org/licenses/by-nd/2.0/”>CC BY-ND 2.0</a></div>

Gdyby tylko i czystość intencji

Opublikowano 15 lipca 2008 | By | Kategorie: motywacja | 8 komentarzy

Nie realizujemy swoich pragnień, bo nie mamy czystych intencji: mówimy chcę tego, ale tak naprawdę chcemy wielu rzeczy. Czasem czegoś zupełnie innego. Mamy w sobie wiele nieuporządkowanych, negatywnych intencji. Im ich więcej, tym bardziej zasłaniają nam słońce i sprawiają, że nasze „baterie słoneczne” milczą.
[...]

Problem w głowie

Opublikowano 22 maja 2008 | By | Kategorie: sukces, Uwaga | 2 komentarze

Kreatywność to strasznie dziwna umiejętność. Jej sednem jest umiejętność zawieszania tego, co wiemy i patrzenia na sytuację, tak jakby się ją widziało po raz pierwszy, poza schematem. Patrzenie trochę tak jak dziecko, które robi coś po raz pierwszy. [...]

Prosty sposób medytacji

Opublikowano 15 maja 2008 | By | Kategorie: Uwaga | 5 komentarzy

Pora na coś praktycznego. W jednym z rozdziałów „Energii Wewnętrznej” jest 30 ćwiczeń. Oto ćwiczenie 18 – prosta technika medytacji.

Usiądź wygodnie (możesz na krześle lub na poduszce ułożonej na podłodze). Wyprostuj kręgosłup. Głowę trzymaj prosto. Wyobraź sobie, że do samego czubka głowy masz przywiązaną linkę, która podnosi cię do góry, będąc dokładnym przedłużeniem kręgosłupa. Rozluźnij ramiona. Linka podnosi cię tylko w linii kręgosłupa. Ręce połóż swobodnie na kolana. Możesz także położyć je jedną na drugiej, wewnętrzną stroną do góry, lewa dłoń grzbietem na prawej, palce prostopadle do linii nosa. Nie przyciskaj łokci do tułowia, pozwól im leżeć swobodnie. Aby ustabilizować pozycję, możesz wykonać tułowiem i głową parę ruchów w lewo i prawo. Wybierz pozycję w samym środku – najbardziej równomierną i stabilną. Zamknij oczy lub opuść powieki. Możesz skupić wzrok na jakimś punkcie leżącym przed tobą (w odległości metra czy dwóch).

Oddychaj nosem. Oddychaj lekko i bez wysiłku. Dźwięk oddechu nie powinien być słyszalny (jeżeli masz zatkany nos, wcześniej go przeczyść). Obserwuj swój oddech.

W myśli licz wdechy i wydechy (wdech – jeden, wydech – dwa). Możesz liczyć także same wdechy (wdech – jeden, wydech, kolejny wdech – dwa, wydech …)

Gdy dojdziesz do dziesięciu, zacznij od początku. Gdy się pomylisz, nie przejmuj się tym, nie poświęcaj temu zbytniej uwagi. Zacznij liczyć od początku. Gdy uświadomisz sobie, że myślisz o czymś innym, łagodnie wróć do oddechu. Po prostu zacznij liczyć od nowa.

Skup się na liczeniu oddechów, jednak nie staraj się robić tego na siłę. Pozwól, by twoje myśli swobodnie przepływały. Patrz na nie, jakbyś patrzył z okna na przechodniów. Nie biegnij za żadną, ale pozwalaj każdej spokojnie przejść. Nie kontroluj oddechu. Nie staraj się, by był szybszy czy wolniejszy. Sam z siebie zacznie się wydłużać, ty jednak nie staraj się o to, a jedynie licz ilość oddechów.

Wytrzymaj przynajmniej trzy minuty. Nie sprawdzaj czasu na zegarku, ustaw minutnik i przerwij dopiero, gdy usłyszysz sygnał. Gdy w trakcie ćwiczenia pojawi się myśl typu: długo, jeszcze? chyba nie wytrzymam, ale to nudne… pozwól jej przepłynąć i wróć do liczenia oddechów: jeden, dwa, trzy…
Codziennie próbuj wykonywać to ćwiczenie nieco dłużej, tak by dość do piętnastu minut, podczas których myślisz tylko o liczeniu oddechów.

Z nosem przy ziemi

Z nosem przy ziemi

Opublikowano 06 maja 2008 | By | Kategorie: Bez kategorii | 3 komentarze

Niedaleko miejsca gdzie mieszkam jest kawałek zarośli. Pewnie za jakiś czas ktoś to kupi i postawi tam jakieś bloki czy sklepy. Póki, co są niecywilizowane zarośla.

Spacer naprawdę potrafi człowieka zregenerować. Warto jednak trzymać się jednej zasady. Gdy idziesz na spacer umów się z sobą, że nie będziesz myśleć o pracy, zmartwieniach, kłopotach. Wyłącz telefon. Zostaw wszystko na później. Umów się ze sobą, że po możesz stracić bezproduktywnie te 15-20 minut. Skup się na tym, co wokół. Uważnie przyjrzyj się drzewom, trawie, liściom. Przez te 15 minut tylko to się liczy. To lepsze niż jakaś medytacja.

Ja spotkałem strasznie dużo ślimaków. Sunęły spokojne i zrelaksowane przez ścieżkę. Warto paru rzeczy się od nich nauczyć. Powoli, bez pośpiechu, w swoją stronę…