Tag Archives: działanie
Pasja, Zysk, Sens

Pasja, Zysk, Sens

Opublikowano 07 września 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Paja Zysk Sens | 7 komentarzy

1. Na początku

Żyj z pasją. Rób to, co ważne, nie pozwalaj by życie mijało ci na byle czym. Odkryj to, co jest w tobie najgłębsze i idź za tym. Gdy nie wiesz jak zacząć, zrób pierwszy krok. Choćby mały i wydawałoby się nic nie znaczący. Po prostu zacznij coś robić. Rusz choćby małym palcem u nogi.

Na początku liczy się każda minuta. Każda drobna decyzja. Każde wyłączenie bezsensownie chodzącego telewizora, odłożenie pełnej niepotrzebnych ci informacji gazety, każde przerwanie rozmyślań o tym, jaki to jesteś biedny i nieszczęśliwy.

Każde pięć minut, jakie poświęcisz na działanie z pasją, sprawi, że twoje życie będzie pełniejsze i bardziej szczęśliwe. Dzięki temu stopniowo, krok za krokiem zaczniesz wychodzić ze stagnacji. Zaczniesz się poruszać i odkryjesz swoją prawdziwą, pochodzącą z działania, równowagę i towarzyszący jej spokój.

2. Ale co później?

Pasja się rozkręci. Jeżeli przeżyje pierwsze tygodnie, przybierze na wadze, jej kości stwardnieją, mięśnie staną się coraz mocniejsze. Coraz trudniej będzie ją wcisnąć gdzieś między powrót z pracy późnym popołudniem a klejące się nocą powieki. Trudno będzie ją utrzymać między słonecznym piątkowym wieczorem a szarym poniedziałkowym porankiem. Zacznie czuć głód. Coraz trudniej będzie jej żyć na resztkach, jakie zostawia pies zwany „muszę za coś żyć”.

Nie chodzi tylko o głód. Chodzi o poważne traktowanie siebie samego.

3. Nie hobby, ale pasja

Co to jest pasja? Pewien znajomy powiedział mi, że ma kilka pasji: zbieranie znaczków, zbieranie kapsli od piwa, oglądanie japońskich filmów i gra w badmintona. Dla niego pasja to czynność, która sprawia mu przyjemność.

Dla mnie pasja to coś innego. Zajęcia, które sprawiają przyjemność mogą prowadzić do pasji, ale pasją nie są. Tak samo jak droga prowadząca w stronę Krakowa nie jest Krakowem.

Pasja to zajęcie, w którym człowiek całkowicie wyraża się i realizuje. To zajęcie, które wymaga od niego pełnej kreatywności i twórczości. Twórczości rozumianej nie jako mazanie farbami po płótnie czy recytowanie sentymentalnych wierszy, ale jako wspólne z Bogiem stwarzanie świata. Pasja to działanie, które daje nam szansę być tym, kim naprawdę jesteśmy. A jesteśmy, jak to ujmuje kościół jedynym stworzeniem na ziemi, którego Bóg chciał dla niego samego. Stworzeniem, które nie jest po coś, dla kogoś czy w jakimś instrumentalnym celu. Ale stworzeniem, które samo w sobie warte jest podziwu i to samej Największej Istoty.

Może to trochę pompatyczne, może trochę przeraża. Ale trudno. Pasja to nie jest dzierganie na drutach zimowym popołudniem, gdy nie ma ciekawszego. Nie myl pasji z hobby (choć to także cenna rzecz od której wiele może się zacząć). Pasja to droga do twojej pełni.

Ktoś może zapytać, jak to do pełni? Przecież pełnię osiąga się przez medytację, wyciszenie, przepracowanie swoich lęków, terapię, pustelnię, głębokie oddychanie i inne lecznicze zabiegi. Nie, nie osiąga się. To wszystko najczęściej jest sposobem ucieczki od życia. Nie można się stać bogiem siedząc w kucki, medytując czy wgłębiając się w swoje sny, wspomnienia czy majaczenia. Najbliżej Boga jesteśmy wtedy, gdy dajemy mu swoje ręce (choć czasem w roli rąk mogą występować usta, gdy naszą pasją jest np. przemawianie, głowa gdy naszą pasją jest projektowanie albo jakakolwiek inna nasza część).

Już gdzieś cytowałem słowa Abrahama Hoshua Heschela:

Drogą do oczyszczenia „ja” jest unikanie rozmyślania nad nim i skoncentrowanie się na zadaniu, które mamy do spełnienia.

Gdy jesteś na początku drogi być może nie wiesz, co jest twoim prawdziwym zadaniem. Możesz mieć jakieś pomysły. Może ci się wydawać, ale tak naprawdę jeszcze tego nie wiesz. Wytrwałe podążanie „ścieżką serca” będzie ci odsłaniać to, czym powinieneś się zająć. Stopniowo bez zbędnego analizowania i konceptualizowania będzie do ciebie docierać, gdzie Bóg potrzebuje twoich rąk.

4. Odwaga odpowiedzi

Droga pasji może zaczynać się jako wygodne, bezpieczne i przyjemne zajęcie. Ale gdy jej nie porzucisz, w którymś momencie sprawy staną się poważne. Musisz mieć odwagę by dostrzec ten moment i odwagę by udzielić wtedy odpowiedzi. Inaczej możesz skończyć pełny frustracji, rozczarowania i żalów.

Jakiś czas temu przypadkiem trafiłem na forum osób piszących. Nie byłem świadomy jak wiele osób w Polsce pisze. Tysiące. Ale 99,99% z nich to ludzie sfrustrowani i zdołowani przez swoje zajęcie. Skoro pasja to działanie, które daje nam szansę być tym, kim naprawdę jesteśmy, a oni właśnie realizują swoją pasję, skąd tyle smutku, złości i rozczarowania w ich wypowiedziach? Dlaczego tyle żalu pod adresem wydawców, czytelników, pisarzy? Z prostego powodu. Póki ich pisanie było hobby, wszystko było w porządku. To przyjemnie popisać przez godzinkę czy dwie po przyjściu z pracy. Dla wielu to fajniejsza rozrywka niż pójście do kina czy na zakupy. Ale żaden z hobbistów nie oczekuje, że świat zachłyśnie się tym, co robi. Gdy napiszesz książkę wyłącznie dla przyjemności nie rozczaruje cię zbytnio, gdy nikt, prócz twoich krewnych i znajomych nie będzie chciał jej czytać. Hobby to rozrywka, której celem jest rozładowanie napięć po pracy. To bardzo cenne. Sam mam zamiar (gdy minie mi moje aktualne hobby, którym jest nauka gry na harmonijce) napisać powieść dla przyjemności.

Ale wielu z tych piszących, w którymś momencie dochodzi do punktu, w którym pisanie domaga się czegoś większego. Zaczynają się w tym odnajdować, zaczynają czuć, że godzina dziennie im nie wystarcza. Że chcą móc poświęcić swojemu zajęciu nie ochłapy, ale to co najlepsze – cztery, pięć godzin czasu najlepszej jakości. Ale na ich drodze staje strach. Jego spojrzenie mówi: nie przejdziesz, to nie dla ciebie, nie uda ci się, zabijesz się w ten sposób, zmarnujesz swoje życie. Tylko niektórzy mają odwagę na to by zaryzykować i skoczyć w przepaść. Większość woli krążyć w tym samym miejscu, narzekając do końca życia na świat, innych ludzi i siebie samego.

Jednym z powodów, dla których ludzie boją się pójść dalej na swoje drodze pasji jest obawa, że w ten sposób skazują się na biedę.

Nie do końca zresztą wiadomo, czy czasem bieda nie jest czymś bardziej szlachetnym. Gdzieś tam na opłotkach umysłu błąka się pomysł, że być może zysk jest tak samo zły, jak narkotyki i prostytucja?

5. Zysk

Istnieje legenda artysty niekomercyjnego i niesprzedajnego. Nie ma za co żyć, ale robi, to co kocha. W odróżnieniu od tego, który ma pieniądze jest wolny i szczęśliwy. Istnieje legenda człowieka biednego, bo uczciwego. W odróżnieniu od tych z pieniędzmi jest szlachetny, wolny i szczęśliwy. Istnieje mit, że pieniądze są wrogiem szczęścia. Gdy je masz wszystko traci smak, a Bóg patrzy na ciebie z wyrzutem, jakbyś mu ukradł pół kilo jabłek z jego sadu. Nie wiem jak młodsi, ale ja ciągle mam jeszcze w głowie takie obrazy. To być może efekt czasów, w których dorastałem. Ostatnio, czytając jedną z encyklik, znalazłem doskonałą definicję tego, czym był socjalizm: to zazdrość biednego człowieka podniesiona do roli prawa. Te mity są niczym innym jak zazdrością biednego człowieka. Biedny człowiek ma prawo zazdrościć, ale nie powinien ani tej zazdrości pielęgnować, ani jej się poddawać, ani narzucać ją innym.

Świat jest pełniejszy, gdy możesz mieszkać w wygodnym domu z widokiem na góry, gdy możesz wyskoczyć na weekend do Paryża, gdy stać cię na drogą restaurację i dobrze uszyte ubranie, gdy możesz jeździć wybranym przez siebie, a nie twoje ograniczenia, samochodem. Czy to są rzeczy, które robią komuś krzywdę? Wręcz przeciwnie. Pieniądze pozwalają ci wejść w większy i szerszy krąg świata i ludzi. Dlaczego masz się przemykać przez świat opłotkami? Dlaczego nie miałbyś spotkać się z ludźmi w Nowym Yorku czy Kioto? Dlaczego nie miałbyś skorzystać z pracy najlepszych, najbardziej przejętych swoją pracą projektantów? Dlaczego nie miałbyś powylegiwać się na wybrzeżu Karaibskich wysp? Dlaczego nie miałbyś poczuć radości pielęgnacji swojego ogrodu?

Przecież to także twoja Ziemia. Jesteś jednym z tych, którzy dostali ją w posiadanie. Kiedy masz zamiar skorzystać z tego, co dostałeś? Po śmierci? Byłbym bardzo ostrożny z zostawianiem sobie życia na ten czas. Może to być nieco utrudnione.

Owszem w pieniądzach można szukać czegoś, czego w nich nie ma. Można szukać poczucia własnej wartości, bezpieczeństwa, kontroli nad światem, miłości itp. Ale czy to znaczy, że musisz od razu wpaść w te niebezpieczeństwa? Winem można się upić, ale czy to znaczy, że nikt nie powinien go pić? Nawet, gdy raz czy dwa przesadzisz i obudzisz się z bólem głowy, czy to dobry pomysł by z tego powodu już nigdy w życiu nie wziąć do ust Château Haut-Brion czy jakiegoś Chateauneuf du Pape lub choćby dobrego Zinfandelka (najlepiej białego)?

6. Pasja i zysk

Jak do tej pory wszystko pięknie. Mowa o rzeczach oczywistych. No to czas na sprawy mniej oczywiste: Czy można mieć pieniądze robiąc to, co cię pasjonuje? Czy to się nie wyklucza?

Niedawno rozmawiałem z dziewczyną, która od kilku lat (tzn. od ukończenia studiów) robi nie-to-co-by-chciała. Usłyszałem od niej:

- Nie wierzę, że można zarabiać na czymś, co się lubi. Muszę pracować by mieć za co żyć, a dopiero po pracy mogę robić, to co mnie pasjonuje.

- I jesteś z tego zadowolona?

- Nie, ale inaczej się nie da.

Kilka dni wcześniej dostałem maila od Aleksa. Aleks pisze (wybacz Aleks, że troszeczkę skróciłem twój list):

Swoje zajęcie uważam za ciekawe, wartościowe i potrzebne, nie brakuje w nim wyzwań ani satysfakcji, gdy udaje mi się podołać tym wyzwaniom. Wszystko byłoby w porządku, ale muszę mierzyć się z drugą stroną medalu, którą jest permanentny brak gotówki. Nie mam wygórowanych potrzeb, nie marzy mi się własna wyspa, najnowszy model helikoptera itd., ale jeśli co miesiąc martwisz się, czy nie zabraknie ci na rachunki, koniec końców dojdziesz do wniosku, że coś tu nie gra.

Nie sądzę, bym pracował znacznie mniej lub gorzej od innych, potwierdzają to dość liczne merytoryczne oceny moich wysiłków. Cóż z tego, skoro nie przekładają się one na rozwiązanie problemu z utrzymaniem?

W przeszłości często stosowałem się do rad, zgodnie z którymi powinienem przynajmniej na jakiś czas odpuścić sobie i zająć się czymś innym, mniej atrakcyjnym, pozwalającym za to utrzymać się na powierzchni. I rzeczywiście, w krótkim czasie skutki okazywały się być pozytywne. Nie martwiąc się o byt, byłem spokojniejszy, mniej nerwowy i zestresowany, nie nawiedzały mnie negatywne myśli i uczucia. Jednakże po dłuższym czasie miałem nieodparte wrażenie, że co najwyżej stoję w miejscu, innymi słowy, żyję tylko po to, by płacić rachunki. Rzucałem więc tę pracę, wracałem do swoich zajęć, z czasem okazywało się, że znowu gnębi mnie brak pieniędzy i trzeba się rozglądać za czymś innym i tak w kółko.

Jestem bardzo zmęczony tym niekończącym się pląsem. Uważam, że w pewnym sensie mam szczęście. Nie każdy, mając trzydzieści parę lat, wie, co chciałby robić w życiu i jeszcze ma predyspozycje odpowiednie do wybranej drogi, nazwijmy ją, zawodowej i życiowej. Co mam jednak zrobić w sytuacji, gdy widzę, że „celów wyższych” w żaden sposób nie da się pogodzić z „prozą życia”? Przykładam się do pracy, w związku z czym brak dochodów zaczynam postrzegać jako niesprawiedliwość, robiąc się zły na cały świat.

W tej chwili widzę swoją przyszłość w dwojaki sposób:

a) daję sobie spokój z „artystowskimi fanaberiami”, idę do „porządnej pracy”, zakładam rodzinę i kończę jako sfrustrowany mąż, ojciec i dziadek, dręczony myślą, że zrezygnował z marzeń (o ile wcześniej nie dojdzie do np. rozwodu, bo nikt nie będzie w stanie wytrzymać ze mną – nie ma co się dziwić, skoro sam siebie nie znoszę…);

b) stawiam na swoim i klepię biedę. Zapominam o rodzinie, do końca mieszkam w wynajętej kawalerce i co miesiąc rozglądam się po kumplach, by pożyczyli mi kilka stów na czynsz, które oddaję z wielkim mozołem i w nie mniejszym popłochu. Na starość będę zapewne przypominał książkowo-filmowego szpiega, w każdej chwili mającego pod ręką truciznę, by szybko skończyć ze sobą, gdy znajdzie się w beznadziejnej sytuacji.

Co mógłbym zrobić, by nie dać się ponieść frustracji podchodzącej mnie raz z jednej, raz z drugiej strony? Nie zależy mi na sławie i wielkich pieniądzach, chciałbym tylko robić swoje, nie martwiąc się o byt tak drastycznie, jak ma to miejsce obecnie.

7. Mam marzenie

Obrazek sprzed kilku tygodni. Późne popołudnie. Pada rzęsisty deszcz, stoimy pod arkadami, obok jest przedszkole mające w swojej nazwie artystyczne. Przez okno widać znudzoną panią przedszkolankę. Siedzi za małym stolikiem i bazgrze coś bezmyślnie. Za jej plecami bawi się dziecko, którego nie odebrali jeszcze rodzice. Do drzwi puka jakaś kobieta z chłopczykiem na ręku. Przedszkolanka uchyla drzwi i patrzy nieufnie. Z tego, co słyszę kątem ucha wynika, że matka przyjechała z chłopcem by mu pokazać przedszkole, do którego będzie niedługo chodził. Prosi o możliwość wejścia i pokazania dziecku, jak jest w środku.

Odpowiada jej monotonny głos przedszkolanki:

- Nie mogę, jestem sama, jest po godzinach…

Co by jej przeszkadzało wpuścić chłopca? Sprawiłaby mu radość.

Odchodzą. Rozczarowany chłopiec płacze. Mama tłumaczy mu, że pani nie może. Przedszkolanka (pewnie by pokazać, że coś robi) zaczyna turlać piłkę z dzieckiem, które czeka na rodziców.

Mam ochotę podejeść i skląć ją. Bezsilna złość na bylejakość, brak zaangażowania, robienie czegoś tylko po to by zarobić pieniądze. Wiem, to by nic nie dało. Wyszedłbym na świra i kretyna. Człowieku, czego ty chcesz? Robi swoje, jest asertywna, nikt nie powiedział, że ma przejmować się każdym dzieckiem.

To jedna z wielu sytuacji.

Dlaczego przedszkola prowadzą ludzie, których absolutnie to nie pasjonuje?

Dlaczego restauracje prowadzą ludzie, którzy nie mają serca do dobrego jedzenia?

Dlaczego sklepy prowadzą ludzie, których nie obchodzą ani potrzeby klienta ani towary, jakie sprzedają?

Dlaczego w gabinetach lekarskich siedzą ludzie, których nudzą pacjenci i ich skargi?

Dlaczego szkolenia, robią ludzie, których nic a nic nie obchodzą umiejętności uczestników?

Tę listę można długo ciągnąć. Wiem, co ci ludzie by odpowiedzieli gdyby ich zapytać:

- Dlaczego to robimy? To oczywiste. Bo można na tym zarobić.

Moja odpowiedź jest inna:

- Bo my, ludzie z pasją im na to pozwoliliśmy.

Podczas całej tej scenki, obok mnie stoi osoba, która mogłaby prowadzić przedszkole. Jej pasją są dzieci i ludzie. Powinniście zobaczyć jak rozmawia z dziećmi. Mistrzostwo świata. Nie widziałem jeszcze by nie uśmiechnęła się nawet do nieznanego jej dziecka i nie słuchała z uwagą tego, co ono chce powiedzieć. Gdyby ona prowadziła to przedszkole, ta przedszkolanka albo by nie została zatrudniona, albo by już tam nie pracowała, albo miałaby zupełnie inną postawę wobec klienta.

Gdyby prowadziła swoje przedszkole, odebrałaby, co najmniej kilku klientów temu kiepskiemu „artystycznemu” przedszkolu. Ale tego nie robi mimo, że by chciała. Boi się, że to jej fanaberia. Że gdy się za to zabierze, ona i jej dzieci nie będą miały za co żyć. Boi się, że nie da sobie rady z całą finansową stroną przedsięwzięcia.

Dlaczego tym wszystkim pozbawionym pasji ludziom opłaca się robić te kiepskie przedszkola, kiepskie szkolenia, kiepskie restauracje? Bo ci, którzy by robili to z pasją wycofali się, schowali się lub nie umieją tego robić, tak by związać koniec z końcem.

Mój wielki sen jest taki: Pewnego dnia, wszyscy ludzie z pasją wyjdą i zaczną działać. Odważą się robić to, co ma dla nich serce. Zaczną robić to, co kochają. A wtedy ci wszyscy, którzy tylko zarabiają pieniądze, albo staną się bezrobotni, albo znajdą coś, co ich naprawdę interesuje i w czym będą mogli odnaleźć swoje serce,

Może to utopia, ale pamiętaj, że jeżeli wycofujesz się ze swojej pasji (lub nie odważasz się poważnie się za nią zabrać) dajesz miejsce tym wszystkim „porządnie” (czyli bez serca) pracującym ludziom. Pozwalasz by świat krok za krokiem zmieniał się w miejsce, w którym króluje bylejakość. Gdy się wycofujesz, bądź pewny, że twoje miejsce zajmie zaraz ktoś, kto przerobi je na „porządną pracę”. I bez żadnego przejęcia, bez większych emocji „zrobi na tym kasę”. Jeżeli zrezygnujesz ze swoje pasji nawet nie wiesz jak bardzo będzie cię brakowało. Jak bardzo ubogi będzie świat bez twojego przejęcia, twojego zaangażowania i emocji. Proszę, nie rób tego, nie rezygnuj, nie poddawaj się, nie zostawiaj miejsca dla tych cynicznych biznesmenów, dla tych ludzi pracujących bez pasji i serca. Nie pozwalaj by zrealizowała się wizja świata pustych, bezosobowych transakcji.

Nie idź do porządnej pracy, nie dawaj sobie spokoju ze swoimi fanaberiami.

Aż boję się, że napisałem te słowa. Dobrze wiem, że passio nie znaczy lekka kasa, leżąca na ulicy, uznanie ludzi i dobra zabawa, ale: cierpienie.

8. Trzecia możliwość

Jeżeli wkroczysz na drogę serca nie unikniesz cierpienia. Ale to nie znaczy, że masz się zgadzać na każde cierpienie. To nieprawda, że są tylko dwie drogi:

a) Znaleźć porządną pracę i dać sobie spokój

b) Klepać biedę, oszczędzać, ograniczać wydatki i modlić się by pieniądze zaczęły w końcu płynąć.

Zazwyczaj jest jeszcze trzecia droga:

c) Robić to, co cię pasjonuje i na tym zarabiać.

Ta trzecia możliwość wymaga jednak wielu umiejętności. Umiejętności, których nikt nam w szkole nie daje, o których nie mówią nam rodzice i których istnienia często nawet się nie domyślamy.

Jeżeli mamy stworzyć świat ludzi działających z pasją, jeżeli mamy pozbawić pracy, tych którzy tylko robią kasę i ze znudzeniem wykonują swoją pracę nie wystarczy skoczyć na głowę z urwiska. Musimy po drodze nauczyć się kilku rzeczy na temat pieniędzy, zarządzania, marketingu, wolnego rynku i rzeczywistości ekonomicznej. Zabierając się za pasję bez tych umiejętności tworzymy sobie niepotrzebne trudności. Gdy się tego wszystkiego nauczysz twoje życie co prawda nie zmieni się w bajkę, ale przynajmniej pozbędziesz się bólu, który nie jest potrzebny.

9. Cykl tekstów

Ten tekst otwiera nowy cykl artykułów pt. Pasja, Zysk, Sens. To będzie uzupełnienie do tego, co mówiłem we wcześniejszych artykułach i kursie o zaczynaniu działania.

Byśmy się dobrze zrozumieli: nie interesuje mnie zarabianie pieniędzy. Dużo jest w internecie rad dla tych, którzy chcą stać się za wszelką cenę bogaci. Ani mnie to nie pociąga, ani osoby, które takich rad szukają nie skorzystałby z mojej pomocy (choćby dlatego, że moje teksty są dla nich za długie). Interesuje mnie to, jak żyjąc z pasją nie pozbawiać się na własną prośbę zysków. Na dłuższą metę sprawdza się tylko formuła pasja + zysk.

Druga sprawa. Mimo, że mam trochę doświadczeń (ostatnią porządną pracę miałem ponad dwadzieścia lat temu) nie uważam się za guru w tym zakresie. Bardziej będzie to dyskusja i podpowiadanie zagadnień. Zależy mi raczej na tym by zwracać uwagę na pewne problemy / wyzwania, nawet gdy nie mam gotowych recept.

Za tydzień kolejny tekst z tego cyklu (będę starał się wypuszczać teksty co wtorek). Ale wcześniej pytanie:

Czy jest to dla Ciebie ważny temat? Czy podoba Ci się, że się nim zająłem? Czy masz jakieś pytania z nim związane? Czy masz jakieś doświadczenia, którymi mógłbyś się podzielić?

Dwa kółka i pragnienie wewnętrznego spokoju

Dwa kółka i pragnienie wewnętrznego spokoju

Opublikowano 05 sierpnia 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 14 komentarzy

Pragnienie wewnętrznego spokoju

Panie, ten tego… dzisiejsze czasy są zwariowane. Wszystko takie szybkie i pełne zamętu. Tyle zmian wszędzie, że staremu człowiekowi trudno nadążyć. Nie trzeba mieć osiemdziesiąt lat by tak narzekać. Równie dobrze można mieć dwadzieścia. W zasadzie każdy z nas, przynajmniej w jakimś zakamarku psychiki, tęskni za wyciszeniem, wewnętrznym spokojem, równowagą czy balansem. Niech te burze przejdą i wreszcie zrobi się miła pogoda. Niech beztroskie wakacje zawsze trwają. Niech wszystkie trudne sytuacje same się rozwiązują, niech praca sama się znajduje, pieniądze same przyciągają, a zdrowie samo dba o siebie…

Czasem takie pragnienia są bardzo mocne. Zamykamy drzwi, chowamy się, wyjeżdżamy na wakacje, unikamy pewnych ludzi, rezygnujemy z przedsięwzięć, jakie moglibyśmy realizować. Mówimy sobie: Po co mi to? Ja wolę mieć spokój… I człowiek żyje sobie spokojnie, pełen harmonii i relaksu, aż któregoś dnia zawierucha i tak go dopada. I nie ma się przed nią już gdzie schować.

Niedawno ktoś mi się skarżył:

Moje życie to koszmar, nie wiem jak sobie poradzić, nie mam już siły… Powiedz mi jak się wyciszyć i zrelaksować… Jesteś psychologiem to pewnie wiesz, jak być bardziej szczęśliwym, i zrelaksowanym.

W takich sytuacjach zazwyczaj mam jedną, mało przyjemną odpowiedź:

Wiesz co, nie wydaje mi się żeby relaks był tym, czego teraz naprawdę potrzebujesz. Gdy życie jest koszmarem, to najczęściej znak, że nie robisz, czegoś, co powinieneś robić.

Nie jestem specjalistą od dobrego samopoczucia, analizy osobowości, tłumaczenia snów, rozgrzebywania symptomów, oddychania przeponą przez jedną dziurkę u nosa podczas stania na głowie itp. Harmonia, medytacja i te sprawy… To wszystko bywa cenne. Sam staram się medytować i od czasu do czasu relaksować. Ale bardzo często traktowane jest to jak plaster przyklejany na gnijącą ranę.

Człowieku, prowadzisz mało ważne życie, nie odważyłeś się zająć tym, co dla ciebie najważniejsze, tchórzysz przed swoim powołaniem i chcesz czuć harmonię szczęście oraz wewnętrzny spokój?

Chowasz się w mysiej dziurze, dłubiesz swoje bzdurne rzeczy, które nawet dla ciebie samego nie mają większej wartości i chcesz żyć pełnią życia?

Obudź się! Jedyne, co zdrowego zostało w twojej skorodowanej psychice, to właśnie to cierpienie. To głos zdrowej części ciebie, która usiłuje cię zmusić do działania. Gdy twoje życie zgrzyta i śmierdzi, to znak, że przestałeś słuchać tego, co w tobie największe. Zacznij słuchać, przestań kurczowo trzymać się spokojnego zakątka, daj się porwać działaniu, a zobaczysz, że wszystko się zmieni.

Czym nie chcesz się zająć?

Autorzy książki Jak osiągnąć trwały sukces. Rób w życiu to, co ważne piszą:

Równowaga to bzdura … Kiedy mówimy sobie, że potrzebujemy więcej równowagi, dobrze jest zapytać: a gdybym ją miał, co robiłbym takiego, czego teraz nie robię? Wygląda na to, że nasze zaniedbane pasje wysuwają swe żądanie … na to wszystko, co jest dla nas ważne i ma znaczenie musimy znaleźć miejsce.

Gdy słyszę jak ktoś jęczy, że mu ciężko w życiu, zastanawiam się zawsze:

Czego ta osoba nie chce zrobić? Przed jakim działaniem ucieka?

Ludzie potrzebują pomocy, ale najczęściej wcale nie polega ona na wyciszaniu, uspokajaniu czy rozmasowywaniu. Potrzebują pomocy przy zabieraniu się do działania i nabieraniu rozpędu.

Jazda na rowerze

Albert Einstein powiedział ponoć:

Życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę musisz poruszać się naprzód.

Równowaga? Owszem, ale tylko taka. Równowaga bez działania to oszustwo. Jedyną harmonię, szczęście i zadowolenie możemy osiągnąć wtedy, gdy pedałujemy.

Jazda na rowerze wydaje nam się banalną umiejętnością. Zapomnieliśmy jak to było, gdy pierwszy raz wsiadaliśmy na rower. Kilka miesięcy temu pomagałem w nauce jazdy na dwóch kółkach mojej córce. I wiem, że wbrew pozorom to skomplikowana umiejętność. Składa się na nią szereg konkretnych elementów. Trzeba umieć:

- wsiadać na rower i ruszyć (to bywa bardzo trudne, łatwo wsadzić dziecko na rower i pchać, ale przecież nie o to chodzi);

- balansować ciałem (nie da się tego wyjaśnić, trzeba wyćwiczyć);

- skręcać (gdy np. widzi się przed sobą dużą kałużę lub błoto);

- przyśpieszać (gdy jedziesz zbyt wolno i rower się chwieje na wszystkie strony);

- zwalniać (gdy np. ojciec nie może nadążyć);

- upadać i podnosić się z upadku (co bywa nieprzyjemne, nawet gdy ma się ochraniacze i kask);

- hamować i zatrzymywać się (na początku można zapomnieć, że przed zejściem z roweru warto go najpierw zatrzymać, poza tym hamulce to całkiem skomplikowane urządzenie).

By to wszystko opanować potrzebne są godziny ćwiczeń. Po drodze wiele razy można się zniechęcić. Ale naprawdę wszystkiego można się nauczyć. Po kilku razach powoli zaczyna coś wychodzić. Po kilku kolejnych, człowiek zapomina, że kiedykolwiek tego nie umiał.

Czego się nauczyć?

Tak samo jest z naszą umiejętnością działania. Jeżeli potrzebujesz w swoim życiu więcej równowagi czy harmonii, naucz się:

- wybierać projekt i zabierać się bez zwlekania do działania;

- balansować pomiędzy swoimi potrzebami i potrzebami świata, pomiędzy potrzebą doskonałości a potrzebą szybkiego zamknięcia projektu;

- skręcać, gdy wiadomo, że za chwilę pojawią się kłopoty, których można uniknąć;

- zwalniać, gdy stajemy się zbyt nieuważni;

- przyśpieszać, gdy zaczynamy grzęznąć;

- radzić sobie z porażkami, klęskami i zawiedzionymi oczekiwaniami;

- doprowadzać projekty, zamykać przedsięwzięcia

Każdy z nas może rozwinąć te umiejętności po prostu zabierając się za działanie.

Jak tam z twoją umiejętnością jazdy na rowerze? Czy czujesz równowagę podczas działania? Czy któraś z tych umiejętności jest dla ciebie szczególnie trudna? Co jeszcze chciałbyś (chciałbyś) przećwiczyć?

Nie działaj w teorii, działaj teraz

Nie działaj w teorii, działaj teraz

Opublikowano 15 maja 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 61 komentarzy

Mam wiele doskonałych pomysłów. Mam wiele rzeczy do opowiedzenia i przekazania. Mógłbym zrobić wiele rzeczy znacznie lepiej, niż inni. Mógłbym zmienić świat na lepszy. Mógłbym być na miejscu tych wszystkich, którzy brylują, mądrzą się i osiągają sukcesy. Mógłbym to wszystko zrobić lepiej. Mógłbym być lepszym szefem niż mój szef. Potrafiłbym lepiej poprowadzić tą firmę. Byłbym lepszym politykiem niż ci wszyscy nieporadni partacze…, mógłbym, zrobiłbym, byłbym…

Zrobiłbym to, gdybym miał…

Sto lat temu, gdy zaczynałem pracę, od swojego szefa dyrektora firmy konsultingowej dostałem zadanie by przeprowadzić analizę potrzeb szkoleniowych dla jego pracowników. Powiedział mi:

- Sam bym to zrobił najlepiej, ale nie mam czasu.

Szef zbyt „Wielkim Konsultantem” był by coś mu odpowiedzieć. Zrobiłem analizę tak jak umiałem najlepiej. Rozmawiałem prawie ze wszystkimi, kilkudziesięcioma konsultantami. Wiele mi opowiedzieli o swoich potrzebach szkoleniowych. Ułożyłem to w bardzo klarowną matrycę, napisałem przejrzysty raport i przedstawiłem szefowi.

I na tym polityka szkoleniowa się skończyła. Nie było żadnej dyskusji ani szkoleń. Raport prawdopodobnie nigdy nie został przeczytany. Dwa lata później, w nieco zmodyfikowanej wersji (tak by nie zdradzać żadnych tajemnic) używałem go w swojej własnej firmie szkoleniowej jako jednego z przykładów ilustrujących techniki prowadzenia analizy potrzeb. Firma Wielkiego Konsultanta miała problemy, bo ktoś zarzucił im jakieś przekręty. Dziś – jak to się chyba mówi w tamtej branży – zmieniła formułę działania – czytaj padła.

Nauczyłem się wtedy by nie pracować z ludźmi, którzy mówią, w jakimkolwiek kontekście zrobiłbym. Bo to nie są ludzie, z którymi można cokolwiek zrobić.

Jedyna różnica pomiędzy tymi, którzy coś osiągają a tymi, którzy marnują życie leży w tym, że ci drudzy używają trybu przypuszczającego w odniesieniu do działania, a ci pierwsi działają. Naprawdę, nie ma innych różnic.

Trzeba by

Tryb przypuszczający: trzeba by, zrobiłbym, kiedyś muszę, pojawia się nawet wtedy, gdy ludzie doświadczają zagrożenia życia.

Stary frywolnik Aleksander Fredro miał rację, pisząc bajkę o podróżnych:

Dawnymi czasy, jak pewna wieść niesie,

Czterech podróżnych zabłądziło w lesie,

[…]

– Trzeba by — rzecze jeden i poziewa –

Przynieść więcej drzewa.

– Trzeba by — rzecze drugi

Legając jak długi –

Rozszerzyć ogniska,

By wszystkich grzało z bliska.

– Trzeba by — zamruczał trzeci –

Czym zasłonić od zamieci.

– Trzeba by nie spać — bąknął czwarty,

Na łokciu oparty.

Tak każdy powiedział,

Co wiedział,

I myśląc jeszcze o lepszym sposobie,

Zasnął sobie.

Cóż z tego: ogień zgasł, a nieostrożni

Pomarli podróżni.

Działać to znaczy wyjść do ludzi, z tym co masz. A to co masz jest najczęściej niegotowe, niedoskonałe i niewykończone.

Nigdy nie jesteś w pełni przygotowany by działać. Rzadko kiedy jest odpowiednia pora na to by coś zrobić.

Jesteś w trybie przypuszczającym, gdy używasz takich słów, jak:

- Zrobiłbym…

- Trzeba by…

-Kiedyś muszę…

- Powinienem…

Gdy robisz to zbyt często, twój umysł rozsmakowuje się w tym trybie funkcjonowania. Trybie właściwym dla ludzi, którym grozi przegranie życia. Nie pozwól sobie na takie ryzyko.

Wyjdź

Działaj. Jeżeli czujesz, że coś powinieneś zrobić – zrób to. Wyjdź na środek. Daj plamę. Wygłup się. Daj się wyśmiać.

Wygłup się, ale zrób to jeszcze raz. I jeszcze raz. Tyle razy ile trzeba. Upadnij, wstań i jeszcze raz upadnij. To boli, ale lepiej by bolało niż miałbyś przeżyć życie jak roślina.

Żaden upadek, żadne wygłupienie się, nie jest gorsze niż życie w teorii i gdybaniu.

* * *

Jak widzicie od pewnego czasu piszę bardzo rzadko.

Dziś obudziłem się w nocy myśląc o tym blogu. Trzeba go skasować – pomyślałem – za dużo mnie to kosztuje. Każdy post to przecież parę godzin pracy. Za dużo! A oprócz tego, tyle rzeczy jest na nim do dopracowania. Poza tym, tak mało wiem.…

Poczułem przyjemność rezygnacji i poddania się. To chyba moje specjalne, polskie geny się uruchomiły. Ach jak one kochają przegrywać i przeżywać dramat. Coś we mnie dalej myślało:

Pewnie mógłbym pisać bez żadnego zadęcia. Ot tak po prostu płodzić artykuł w ciągu godziny, jak wiele innych osób, ale to by było…

I tu obudziłem się naprawdę. Prawie na siebie krzyknąłem:

Cholera jasna, ale co by to było? Co takiego strasznego? Co takiego poniżającego? Dlaczego tego po prostu nie robisz?

Potem usiadłem, włączyłem komputer i napisałem ten tekst. Czterdzieści pięć minut.

Tekst nie jest doskonały. Och nie, jakie to przerażające…

Tkwienie w trybie przypuszczającym, to danina jaką składamy wygórowanym mniemaniom o sobie. Tekst nie jest doskonały, bo ja też nie jestem doskonały. Pora przestać kręcić się wokół swojej własnej doskonałości.

Czasem trzeba coś dopieścić, wycyzelować i udoskonalić. Ale nigdy kosztem działania. Doskonal się w biegu.

Nie mów co by trzeba ale działaj. Nie mów co byś zrobił, gdybyś miał więcej czasu ale zrób to nie mając czasu, albo przestań mówić. Nie mów co byś zrobił, gdybyś był na jego miejscu ale idź na jego miejsce, albo się zamknij.

Twoje zadanie

Stoper mówi, że minęło 45 minut. Ostatnie zdanie: zrób dziś coś, co odkładasz i do czego ciągle się przygotowujesz, coś, czego się obawiasz, albo wstydzisz. Może masz jakiś zaległy telefon do wykonania, jakiś tekst do napisania, jakiś blog do założenia, jakąś piosenkę do zaśpiewania, jakieś zwierzenie do zwierzenia, nie wiem co tam masz, ale coś co czeka na zrobienie bo nie czas, bo nie teraz, bo inne rzeczy, bo cośtam, cośtam

Ubrudzić sobie ręce działaniem

Ubrudzić sobie ręce działaniem

Opublikowano 15 grudnia 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 10 komentarzy

Dlaczego nic nie robimy?

Wiele osób doskonale wie, co dla nich jest najważniejsze. Nie muszą wykonywać żadnych ćwiczeń by opracować swój zestaw wartości. Od razu potrafią powiedzieć, co jest ich marzeniem i czego więcej by chcieli.

Ale ta wiedza nic nie zmienia. Nie podejmują żadnych działań, które by ich przybliżały do marzeń. Może to wynikać z kilku powodów.

Mogą nie działać, bo:

  • dali się opanować gnuśnej wizji świata,
  • działanie myli się im z mówieniem i myśleniem,
  • wolą nie ryzykować strat,
  • wolą zajmować się sobą samym – przygotowywać i doskonalić – niż światem.

Tych powodów może być więcej. Te nam wystarczą by odkryć, że działanie to nie jest dopust boży, ale ścieżka wyzwolenia.

Złudzenie „wystarczy marzyć”

Tzw. prawo przyciągania stało się popularne, bo zawarta jest w nim obietnica, że nie trzeba podejmować żadnych działań. Wystarczy mieć marzenie, dokładnie je sobie wyobrazić, a wszystko samo do nas przyjdzie. Wszechświat, pole kwantowe, Bóg – czy jakkolwiek to nazywają – samo przybliży twoje marzenie.

W filozofii hinduskiej dzieli się ludzi na kilka grup, w zależności od tego, przez jaki pierwiastek opanowany jest ich umysł. Najgorszy typ, to ci, którzy są opanowani przez tamas. Umysł zdominowany przez tamas jest leniwy, gnuśny, opieszały i roszczeniowy. Tego typu umysł jest:

…spowity w ciemność, niesłuszność uznaje za słuszność i wszystkie sprawy widzi na odwrót (Bhagavadgita)

Dla takich osób czekanie, aż wszystko samo przyjdzie, jest objawem mądrości.

Ciekawe, że ludzie często powołują się na hinduizm, który ponoć od dawna mówił o manifestowaniu marzeń. Przypomniałem sobie ostatnio Bhagawadgitę, którą studiowałem wiele lat temu podczas zajęć z Filozofii na UJ. To jedno wielkie przekonywaniem do działania. Na samym końcu jej bohater, Ardżuna, składa zapewnienie Krisznie:

Dźwignąłem się wolny od wahań.
Wprowadzę w czyn twoje słowa.

Pułapka słów (umiem tylko mówić)

Zdarzyło mi się rozmawiać z człowiekiem, który przeczytał od deski do deski moją książkę „Energia wewnętrzna”. To duży materiał i powiem szczerze nie sądzę, że sam bym wszystko przeczytał, gdybym nie był autorem. Ta osoba przeczytała uważnie wszystko. Była w stanie dyskutować na każdy poruszany tam temat. Wydawałoby się, że to idealny czytelnik. Niestety. Jedyne, co zyskał to słowa.

Gdy rozmawiałem z nim, miałem taką wizję: człowiek siedzi na środku torów kolejowych, z oddali widać nadjeżdżającą lokomotywę. Mówię mu:

- Zejdź z torów, bo to niebezpieczne!

- Masz rację, w zupełności się zgadzam. To bardzo niebezpieczne – i siedzi dalej.

- Dobrze, że się zgadzasz, ale teraz wstań i idź, bo lokomotywa się zbliża!

- Tak, tak. Tak właśnie trzeba zrobić!

- Nie gadaj człowieku, tylko to zrób!

- Tak, to bez sensu siedzieć i gadać. Trzeba w takiej sytuacji wstać i iść.

- Ale ty ciągle siedzisz i nic nie robisz! Zrób coś!

- Tak, masz rację, to trafna obserwacja, to bez sensu tak siedzieć – odpowiada ciągle nic nie robiąc.

Cokolwiek takiej osobie nie powiesz, jedyne co zrobi to odpowie: potwierdzi, wyrazi zrozumienie, doceni radę. Ale nic nie zrobi. Umie reagować tylko werbalnie. Jej wiedza (często bardzo cenna) jest jakoś dziwnie odseparowana od ciała.

Znacznie bardziej bym wolał, by ta osoba przeczytała jedną stronę i coś zrobiła. Wprowadziła w życie to, czego się dowiedziała.

Wszystko można analizować, dyskutować i werbalizować. Czasem jednak od tych analiz zostaje z nas jedna wielka, gadająca głowa z mikroskopijnymi rączkami i nóżkami.

Unikanie ryzyka

Gdy określisz swoje wartości najczęściej okaże się, że łączą się one z trudnymi działaniami. Gdyby tak nie było, dawno byś pewnie zrobił wszystko, co potrzeba.

Podejmując jakiekolwiek działanie ryzykujesz. Jeżeli np. twoją wartością jest miłość, robiąc coś dla niej ryzykujesz, że zostaniesz dotkliwie zraniony. Jeżeli twoją wartością jest twórczość, poświęcając się jej ryzykujesz krytykę. Gdy wartością jest bycie częścią grupy, ryzyko wiąże się z odrzuceniem. Jeżeli wartością jest sława, ryzykujesz wyśmianie.

Czasem ludzie wolą nie podejmować ryzyka. Lepiej im tęsknić z niespełnienia, niż ryzykować przegraną. Lepiej wiecznie marzyć o miłości niż ryzykować zranienie. Lepiej wiecznie fantazjować o twórczości niż ryzykować porażkę. Lepiej stać całe życie z boku, niż zaryzykować odrzucenie. Lepiej wzdychać do sławy niż narazić się na drwiny.

Gdy robisz choćby mały krok w stronę tego, co naprawdę cenisz, najczęściej dostajesz po uszach.

Gdy człowiek stoi z boku, łatwo mu udawać przed sobą i innymi, że wcale nie o to mu chodziło.

Każde działanie brudzi ręce. Nie jest już po nim tak łatwo się schować przed sobą. I choćby dlatego warto działać.

Przygotowywanie się

Człowiek ma tak wiele w sobie do przepracowania. Tak wiele niezrozumiałych przeżyć, snów, wspomnień, i obrazów…. Tak wiele zamętu i zagubienia.

Zrozumieć, przepracować, wyklarować, jakoś to wszystko ułożyć i połączyć. Wreszcie wszystko pojąć. Przeniknąć własne tajemnice. Dowiedzieć się jak i dlaczego.

Tęsknimy za klarownością. Przygotowujemy się, czytamy książki, medytujemy nad sobą. Wierzymy, że warto. Że gdy będziemy mieli jasną głowę, wszystko stanie się łatwe. Jeszcze tylko jedna książka, jeden artykuł, jedno spotkanie, jedna technika i uda nam się to wszystko uchwycić.

Ile czasu trzeba by osiągnąć ten stan? Czy wystarczy sesja u dobrego terapeuty? Czy wystarczą kilkudniowe warsztaty?

Nie, zbyt mało.

A może kilkadziesiąt sesji?

Ciągle za mało.

Całe życie?

Też mało.

Nie wystarczyłoby nawet kilka żyć.

To jest pułapka, do której prowadzi wiele systemów psychologicznych. Im bardziej obracasz się wokół swojego ogona, tym trudniej ci przestać to robić. Im częściej wsadzasz rękę do sadzawki, tym bardziej mętna woda.

Klarowności umysłu nie osiąga się poprzez wieczne potrząsanie nim.

To podstawowy błąd, którym skażonych jest większość współczesnych systemów rozwoju: brak umiaru w zajmowaniu się sobą.

Nie ma nic złego w zajmowaniu się sobą. I chrześcijaństwo i judaizm i buddyzm, zachęcają do tego by przyjrzeć się sobie. Ale każdy z tych systemów (w każdym razie ich pierwotne, zdrowe wersje) zalecają w tym duży umiar.

Szybko przychodzi chwila, w której człowiek słyszy: Przestań zajmować się sobą. Nie o ciebie w tym wszystkim chodzi. Nie ty jesteś w tym wszystkim najważniejszy.

Nie możesz bez końca doskonalić siebie, słuchać samego siebie i rozwijać siebie. Choćbyś to robił z nie wiadomo, jakimi intencjami.

Mam wrażenie, że dziś wielu ludzi jest mistrzami, jeżeli chodzi o pracę nad sobą. Wiemy dużo na temat tego jak analizować swoje emocje, myśli i sny. Potrafimy zastosować techniki zaczerpnięte od psychologów i mistrzów rozwoju.

To wszystko jednak nie przynosi nam upragnionego spokoju. Im więcej czytamy, im więcej się staramy, im więcej odbywamy sesji, tym większy czujemy zamęt.

Nic dziwnego. Im mocniej grzebiesz w sadzawce, tym bardziej wzburzona i mętna woda.

Gitarę przed koncertem się stroi. Ale strojenie trwa krótką chwilę. Potem gitara staje się tylko narzędziem, którego racją bytu jest utwór. Dobra gitara to taka, o której muzyk nie musi myśleć. Co by było, gdyby muzyk przez czas koncertu jedynie stroił gitarę i demonstrował jej możliwości?

Rabbi Bunam z Przysuchy, pewnego razu chcąc uczcić jakiegoś człowieka, poprosił go, by zadął w róg w swojej bożnicy. Ten, czując się doceniony zaczął długie przygotowania by dostroić swoją duszę do tego, co miał zrobić. Bunam, widząc to, krzyknął:

- Głupcze, dmij!

Głupcze, zacznij grać. Zacznij działać, zamiast po raz kolejny przeprowadzać analizę i dostrajać się.

Nie potrzebujesz kolejnej psychologii, kolejnych analiz i technik samorozwoju. Nie potrzebujesz kolejnego dostrajanie się. Potrzebujesz wreszcie przestać zajmować się sobą i skupić swoją uwagę na świecie wokół.

Zacznij działać taki, jaki jesteś. Zacznij działać z tego miejsca, w którym jesteś. Z tym, co masz. Z takim zamętem, jaki masz w sobie. Zostaw to. Nie dostrajaj się, nie przygotowuj, nie wprowadzaj w nastrój.

Zacznij grać swój koncert, choćbyś nie wiem jak czuł się rozstrojony. Bez obawy, tym różnimy się od gitar, że gdy skupimy się na utworze, mimochodem łapiemy strój.

Jak pisał Shōma Morita:

Machnij ręką na siebie. Zacznij działać teraz, gdy jesteś neurotyczny, niedoskonały, wiecznie zwlekający, leniwy, niezdrowy czy też jakiejkolwiek innej niecelnej etykiety w odniesieniu do siebie używasz. Idź naprzód i bądź najlepszą niedoskonałą osobą, jaką możesz być i zabierz się za rzeczy, jakich chcesz dokonać, zanim umrzesz.

Oczywiście wszystko wymaga umiaru. Nie chodzi o to, byś nigdy, przenigdy nie myślał, co tym, co czujesz ani nie dociekał, co się w tobie dzieje.

Ale szczególnie wtedy, gdy czujesz, że coś jest z tobą nie tak, że nie potrafisz dojść z sobą do ładu, że brakuje ci klarowności – zacznij działać. Wstań i zrób choćby kilka najprostszych kroków, na jakie cię stać.

Dzięki Bogu, nikt mi nie da na tacy, tego, o czym marzę

Całe szczęścia, że nasze marzenia nie realizują się bez naszego udziału.

Wyobraź sobie, że jesteś w górach i wyjeżdżasz kolejką na szczyt góry. Masz narty, świeci słońce a przed tobą wspaniałe zbocze. Już masz zamiar ruszyć w dół, ale spotykasz znajomego. Pyta:

- Gdzie jedziesz?

- Tam na dół. Umówiłem się w karczmie u podnóża na grzane piwo.

Twój znajomy macha ręką i za sekundę pojawia się nad tobą śmigłowiec. Zaszokowany nawet nie zdążyłeś stawić oporu, gdy po chwili wysadzają cię przed karczmą. Pilot widząc twoją zdziwioną minę pyta:

- Czy coś nie tak? Zdaje się, że tutaj pan chciał się znaleźć.

Niby tak, ale przecież najfajniejsza w tym wszystkim miała być droga. Prawo przyciągania to taki helikopter, który cię przenosi tam, gdzie chcesz być, nie angażując do tego twoich mięśni, emocji, myśli czy ogólnie wysiłku. Całe szczęście to jedynie nasza gnuśna fantazja na temat świata. Droga do marzeń jest tak samo ważna jak cel. Gdybyś dostał to, o czym marzysz bez żadnego wysiłku, to nie byłoby to samo.

Czasem, gdy człowiek stoi na górze, może mu się wydawać, że helikopter byłby najlepszym rozwiązaniem. Przecież mogę się połamać, zabić, rozbolą mnie mięśnie, ludzie będą się ze mnie śmiali. Proszę zabierzcie mnie stąd! Czy jest tu jakiś helikopter? Ale ponieważ helikoptera nie ma, możesz albo stać na szczycie i narzekać, albo puścić się w dół ryzykując wszystkie nieszczęścia, jakie mogą ci się pojawić po drodze.

Gdy człowiek już się przełamie okazuje się, że droga była równie wspaniała jak cel. Oczywiście ryzyko zawsze jest prawdziwe. Zawsze możesz się znaleźć w gipsie. Ale to nie zmienia faktu, że działając zawsze dostajesz coś bardzo cennego.

Jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie mogą nam się przydarzyć, jest to, że możemy działać dążąc do swoich celów. Nie twierdzę, że jest to zawsze łatwe i przyjemne. Ale bez działania bylibyśmy znacznie bardziej ubodzy.

Działanie nas oczyszcza. Gdy działasz musisz skupić się na zadaniu i świecie. Gdy pędzisz zboczem rozpływasz się w tym, co robisz. Jesteś jednym ze światem.

Abraham Joshua Heschel pisze:

Nie możemy zanurzać się w drobiazgową analizę własnego „ja”. I nie wolno nam skupiać się na problemie egocentryczności. Drogą do oczyszczenia „ja” jest unikanie rozmyślania nad nim i skoncentrowanie się na zadaniu, które mamy do spełnienia.

Działanie jest warunkiem szczęścia

Bez działania nie jesteśmy w stanie być szczęśliwi.

Kierkegaard powiedział, że drzwi do szczęścia otwierają się na zewnątrz. Gdy ktoś usiłuje się do niego wedrzeć, przed tym się zamykają. Dopiero, gdy zajmiesz się tym, co masz do zrobienia, gdy skupisz swoją uwagę na celu, szczęście nieśmiało uchyli drzwi i wyjdzie do ciebie.

Ze szczęściem jest jak ze snem. Frankl pisze:

Sen nie przychodzi do tego, kto go zbytnio pragnie, bo tym samym wypłasza go. Dlatego sen słusznie porównywano do gołębia, który, gdy zachowujemy się spokojnie siada na ręce, ale odlatuje, gdy usiłujemy go pochwycić.

Zamiast włamywać się do szczęścia, zadowolenia, przyjemności czy klarowności, ustal cel i zacznij działać.

To może być mały cel. Nic szczególnego. Żadna rewolucyjna zmiana. Ale niech to będzie coś, co wiąże się z najcenniejszymi dla ciebie wartościami.

Pomyśl, co dzisiaj możesz zrobić.

Wybierz coś realnego. Coś, co da się osiągnąć w takich warunkach, w jakich jesteś. Z tym, czym dysponujesz. Jeżeli chcesz możesz wybrać coś rewolucyjnego, ale znacznie lepiej zrobi, gdy na początek wybierzesz coś małego i prostego.

Znajdź jakiś łatwy, prosty cel i go osiągnij. Jeżeli twoją wartością jest powiedzmy twórczość i chcesz coś napisać, usiądź i pisz przez dziesięć minut. Jeżeli chcesz zmienić pracę, możesz np. przez dziesięć minut popracować nad swoim cv. Jeżeli chcesz poprawić kondycję, idź na dziesięcio minutowy spacer.

Jeżeli dziesięć minut to zbyt dużo – rób coś przez minutę.

Rób to jutro i przez kolejne dni. Być może, zbyt wiele to ci nie da. Ale ten choćby jeden prosty krok sprawi, że coś zacznie się w tobie dziać.

Jaki problem dziś rozwiążesz?

Jaki problem dziś rozwiążesz?

Opublikowano 29 października 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 3 komentarze

Jest różnica między kimś, kto mierzy gorączkę po to by podjąć działanie, a kimś, kto robi to z lęku lub przyzwyczajenia. Są ludzie, którzy wywołują gorączkę samym mierzeniem swojej temperatury. Jednak ich prawdziwym problemem nie jest dostrzeganie rzeczy negatywnych, ale to, co robią po takim spostrzeżeniu.

Był kiedyś klasztor, w którym mnichów przez cały czas obowiązywała reguła milczenia. Dopuszczony był tylko jeden wyjątek. Raz na dziesięć lat mnichowi wolno było, w trakcie spotkania z przełożonym, powiedzieć dwa słowa.

Po spędzeniu w klasztorze dziesięciu lat jeden z mnichów udał się na takie spotkanie.

- Minęło dziesięć lat – mówi przełożony – jakie dwa słowa chciałbyś powiedzieć?

- Łóżko…twarde – mówi mnich.

- Rozumiem – odpowiada przełożony.

Po kolejnych dziesięciu latach ten sam mnich znowu przychodzi na spotkanie.

- Minęło dziesięć lat. Jakie dwa słowa chciałbyś powiedzieć?

- Jedzenie…śmierdzi.

- Rozumiem.

Po dziesięciu latach spotykają się znowu.

- Jakie dwa słowa chcesz powiedzieć?

- Odchodzę stąd – odpowiada mnich.

- Wiem dlaczego – mówi przełożony –Umiesz tylko narzekać.

Niby wszystko dobrze – człowiek określił, czego mu brakuje i podjął decyzję. Chyba tylko nieco długo to trwało.

Gdy Taiichi Ohno z Toyoty prosił każdego z pracowników o korzystanie z żółtego sznurka zawieszonego nad jego stanowiskiem pracy, nie robił tego po to by cały zakład stał i medytował nad usterką. Wręcz przeciwnie. Druga część rewolucyjnego pomysłu Ohno polegała na tym, że przez cały czas w pogotowiu była ekipa inżynierów i pracowników gotowych do błyskawicznego rozprawienia się z każdą wadą.

W rzeczywistości sznurek nie zatrzymuje od razu całej taśmy. Po jego pociągnięciu na specjalnej tablicy pojawia się żółte światło. Linia produkcyjna ciągle się przesuwa i jest czas na to by szybko usunąć problem. Gdy tylko dyspozytor zobaczy sygnał, wysyła pomoc. Może się okazać, że pracownik niepotrzebnie pociągnął za sznurek, bo tylko mu się wydawało, że widzi problem. Często okazuje się, że brak można szybko usunąć bez zatrzymywania całej taśmy. Jeżeli to się nie uda świeci się czerwone światło i dopiero wtedy zatrzymuje się cała produkcja. Jednak nawet wtedy, gdy zatrzymywana jest cała taśma ludzie nie spacerują i nie dywagują nad brakiem. Nikt nie pozwoli na niekończące się rozważania czy brak jest ważny czy nie i jaką metodę wybrać by go usunąć. W końcu nie chodzi o to, by dostrzec jak największą liczbę problemów, ale by bezbłędnie produkować.

Dzięki rozwiązywaniu problemów na bieżąco, stopniowo ich ilość się obniża. Nowa taśma może być zatrzymywana nawet i dwa tysiące razy w ciągu doby. Jednak z czasem ilość zatrzymań spada do kilku. Taśma pracuje płynnie, a co więcej bezbłędnie.

W tradycyjnych firmach, w których taśma wymusza rytm, problem przenosi się z jednego stanowiska na drugie. Na każdym z kolejnych stanowisk problem może stawać się trudniejszy do usunięcia. Gdy samochód dojeżdża do końca taśmy, usunięcie czegoś, co na początku było drobiazgiem może wymagać wiele czasu i kosztów.

Problem nie znika od przesuwania go do przodu. Staje się tylko trudniejszy do usunięcia. Być może uda się go wypchnąć zupełnie na zewnątrz, ale to nie znaczy, że przestanie istnieć. Jego konsekwencje będzie musiał ponieść niczemu nie winny klient.

To trochę tak, jak z wytyczaniem azymutu. Gdy ruszasz w podróż i na początku pomylisz się o jakiś o kilka stopni, po godzinie marszu możesz nie widzieć istotnej różnicy. Ale po kilku dniach, może się okazać, że trafiłeś w miejsce odległe od celu o kilkanaście kilometrów.

Sensem systemu, jaki wymyśliła Toyota było uczynienie problemu widzialnym. Ohno po prostu nie pozwolił by problem był milcząco przepychany dalej. Bez takiego systemu naturalne jest, że każdy z pracowników woli wykonać swoją pracę i nie zajmować się usuwaniem jakiegoś rodzaju braków.

Czy to ma odniesienie do życia?

To wszystko dotyczy produkcji. Ale podobny mechanizm dotyczy naszego codziennego życia. Jeżeli nie zareagujesz odpowiednio szybko na ubytki w uzębieniu, skończysz z wyrwanym zębem. Jeżeli nie zareagujesz na pierwsze zbędne kilogramy, skończysz z solidną nadwagą. Jeżeli nie zareagujesz na pierwsze oznaki słabej kondycji, skończysz zupełnie bez formy. Jeżeli nie zareagujesz, na to, że ktoś traktuje cię nie tak, jak sobie życzysz, skończysz jak ofiara losu.…

Gdy żyjesz tutaj i teraz, gdy nie chowasz się przed życiem, ale robisz to, co trzeba zrobić, twoje życie stopniowo staje się coraz łatwiejsze. Przesuwa się coraz sprawniej, jak dopracowana taśma produkcyjna.

Życzeniowe myślenie nie zmienia życia. Gdy mówisz sobie „mam nadzieję, że jakoś to będzie” zamykasz oczy i przesuwasz problem do następnego dnia. Jednak jutro pojawią się nowe problemy. Dołączą do tych z wczoraj i przedwczoraj i sytuacja będzie jeszcze trudniejsza.

Oczywiście nie wszystkie braki, jakie dostrzegasz są warte tego, by je rozwiązywać. W odniesieniu do niektórych z nich trzeba sobie powiedzieć: ok. na to muszę się zgodzić, to nieuniknione. Gdy jest się mnichem, prawdopodobnie w imię większych wartości trzeba zaakceptować niewygodne łóżko i kiepskie jedzenie. Ale świadome zaakceptowanie czegoś, co ci się nie podoba również jest jakimś rozwiązaniem.

Chodzi o to, by zacząć robić na bieżąco tysiące małych rzeczy, które powinniśmy zrobić. By przestać chować się przed brakami w marzeniach, myśleniu życzeniowym czy robieniu jedynie wielkich zadań, które sprawią, że „wszystko się zmieni”.

Żółte i czerwone światło

Gdy dostrzegasz małe problemy nie świeć od razu czerwonego światła i nie „zatrzymuj taśmy”. Na początek wystarczy żółte światło. To znaczy:

  • Dostrzeż swoje braki, niedociągnięcia czy niepokoje.
  • Zastanów się czy są one częścią jakiegoś ważnego zagadnienia, czy mogą w przyszłości doprowadzić do poważniejszych problemów.
  • Jeżeli tak zastanów się, w jaki sposób możesz je szybko wyeliminować. Jakie proste działania możesz podjąć by zmienić sytuację.

Gdy to nie wystarczy, czasem trzeba zaświecić czerwone światło. Przestać biec do przodu. Zatrzymać się i zastanowić, co muszę zmienić w swoim życiu. Jakie decyzje podjąć by przestać być nieskutecznym, zmartwionym, pogrążonym w chaosie? Może warto poradzić się kogoś, poprosić by podpowiedział. By popatrzył z zewnątrz.

Nie wystarczy wizualizować czy powtarzać sobie, że jestem szczęśliwy i zadowolony. To nie ma nic wspólnego z pozytywnym myśleniem. Prawdziwe pozytywne podejście polega na szybkim dostrzeganiu tego, co jest nie tak i podejmowaniu działań.

Ćwiczenie

1. Wybierz jakiś mały błąd czy pomyłkę, którą ostatnio popełniłeś. Opisz, na czym polegała.

2. Zastanów się czy ten błąd może się nawarstwiać. Czy jest częścią jakiegoś większego problemu? Czy jest sygnałem ostrzegawczym, mówiącym o czymś większym? Jeżeli nie wróć do pierwszego punktu.

3. Jeżeli tak – zastanów się, jakie najprostsze działanie możesz podjąć by nie popełniać tego rodzaju błędu czy pomyłki.

4. Wprowadź w życie swoje rozwiązanie.

Krótkie podsumowanie

„Pozytywne myślenie” rozumiane jako ślepota na problemy nie jest żadną wartością. Dostrzeganie braków swoim życiu nie jest niczym złym. Błędem jest tylko rozwodzenie się nad brakami. Gdy widzisz problem, albo go rozwiąż albo zaakceptuj. Nie czekaj całego życia na to by coś z tym zrobić. Znoszenie przez pół życia problemów, które można by rozwiązać za pomocą kilku działań i liczenie, że „jakoś to będzie” jest objawem głupoty. Nawet, gdy tą głupotę nazwie się prawem przyciągania, blokowaniem krytyka czy pozytywnym podejściem.

Przypomniałem sobie co pisał Lao Tsy:

Weź ciężar na swoje barki,
kiedy jest łatwy do udźwignięcia,
I sprawy wielkiej wagi podejmij,
Kiedy wydają się jeszcze drobnostkami
Wszystkie kłopoty tego świata są możliwe do rozwiązania,
Dopóki nie przekroczą zwykłych ludzkich możliwości.

Lekceważenie często bywa przyczyną nieszczęścia”

Tao Te King,przekład Michał Frostowicz – Zahorski

To jest istota taoizmu. Bądź uważny. Nie chowaj głowy przed niczym, zmieniaj świat najmniejszym kosztem, gdy wystarczą małe zmiany.

Ja sam – wstyd się przyznać – wciąż tego nie umiem. Aby uniknąć chwilowego dyskomfortu wolę skazywać się na duży dyskomfort – tyle, że jutro. Nauczyłem się dobrze sobie radzić w sytuacjach awaryjnych (adrenalina, koncentracja, pęd), ale ciągnie nie nauczyłem się działać, gdy nic nie jest jeszcze na ostrzu noża. Gdy wszystko można zmienić delikatnymi, mądrymi ruchami. Ciągle staram się uczyć uważnego i krytycznego patrzenia. Łatwo mi dostrzec to, co mi wychodzi, ale trudniej, to co jest stratą czasu, albo możliwości. Potrafię tygodniami robić, coś co jest bez sensu. Na przykład piszę teksty, których nikt nie potrzebuje. Bo tak łatwo je zacząć pisać i tak łatwo później nad nimi pracować. Gdy już je skończę i nikt nie jest nimi zainteresowany widzę, że wystarczyło to sprawdzić na początku. Zadać sobie pytanie: czy ja czasem nie robię czegoś głupiego? Czy ktoś tego potrzebuje? Oczywiście wystarczyłoby, ale to jest takie nieprzyjemne. Znacznie przyjemniejsze jest poczucie, że taśma sprawnie idzie do przodu. Świetnie, że idzie, ale co ta taśma wiezie?

Powoli uczę się patrzeć na moje braki, ułomności i błędy. Na początku wydają się straszne. Ale z czasem człowiek się oswaja i stają się czymś normalnym, Te wszystkie moje głupoty przestają być negatywami a stają się po prostu tym, co jest do zmiany. Albo tym, z czym trzeba się pogodzić.

Co przeczytać?

Polecam książkę Roberta Maurera „Filozofia Kaizen. Jak mały krok może zmienić twoje życie

Decydowanie to jeszcze nie działanie

Decydowanie to jeszcze nie działanie

Opublikowano 02 października 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 2 komentarze

Jakiś czas temu dwie dobrze znane mi osoby postanowiły kupić nową kuchenkę. Miała być tania, ale nie najtańsza. Elektryczna, ale nie z płytami grzejnymi tylko z ceramicznymi. Zaczęło się zbieranie informacji, porównywanie opcji, sprawdzanie w internecie, dopytywanie znajomych i wyprawy do sklepów. W końcu po wykonaniu ogromnej pracy, godnej profesjonalnych analityków rynku kuchenek elektrycznych, decyzja została podjęta. Wybór padł na jeden z tradycyjnych sklepów. Spodobał im się jeden z modeli zachwalany przez sprzedawcę. Nie tylko cena była niższa niż gdzie indziej, ale w jej ramach był jeszcze transport i montaż.

Gdy z poczuciem dobrze dokonanego wyboru poszli do sklepu, okazało się, że kuchenki już nie ma i tego modelu więcej nie będzie. Cały proces podejmowanie decyzji trzeba było zacząć on nowa.

W sklepach takie sytuacje mi się nie zdarzają. Nauczyłem się być szybki i zdecydowany, nawet podczas bardzo istotnych zakupów. Praktyka związana z kierowaniem firmą sprawiła, że nie przerażają mnie decyzje związane z pieniędzmi. Co prawda jest różnica między inwestowaniem pieniędzy firmowych a wydawaniem własnych, ale gdy potrafisz robić jedno, drugie zazwyczaj łatwiej ci przychodzi. Nie chodzi o kupowanie w ciemno. Zapoznaję się z różnymi możliwościami i je porównuję. Ale robię to bez zbędnego przeciągania czy odwlekania. Oczywiście nie zawsze moje decyzje są trafne. Nie raz kupiłem coś, z czego później nie byłem zadowolonym. Mam jednak wrażenie, że znacznie częściej były to rzeczy, które kupowałem po zbyt długim namyśle. Np. kamera, którą wybrałem po dwóch tygodniach czytania forów i specjalistycznych stron z rankingami okazała się totalną wtopą. Tymczasem droższy o dniej telewizor, który kupiłem po dwudziestu minutach okazał się strzałem w dziesiątkę.

Zmęczenie decyzją

Ale to, że umiem podejmować decyzje dotyczące zakupów nie znaczy, że w innych dziedzinach nie doświadczam podobnych męczarni jak moi znajomi podczas kupowania kuchenki.

Zdarza się, że podjęcie jakiejś decyzji tak mnie wymęcza, że gdy już dokonam wyboru nie mam siły by cokolwiek więcej zrobić. Decyduję się, decyduję się, decyduję… w końcu podejmuję decyzję i… nic nie robię. Na przykład jakiś czas temu długo nosiłem się z decyzją czy nie zmienić nazwy tego bloga. Myślałem czy nie zastąpić „energii wewnętrznej” na przykład „energią psychiczną”. Zastanawiałem się czy ten drugi tytuł nie pozwoliłby mi lepiej wypozycjonować strony i czy w ogóle bardziej by nie przystawał do tego, o czym piszę. Po wielu rozważaniach, porównywaniach „za i przeciw” oraz radzeniu się kilku osób, postanowiłem zmienić nazwę. Z jednej strony czułem się wyczerpany, a z drugiej dumny, że udało mi się wreszcie coś zdecydować. Miałem też poczucie, że zrobiłem krok naprzód. Z listy zadań mogłem wykreślić punkt „podjąć decyzję dotyczącą nazwy bloga”.

Gdy człowiek ma poczucie dobrze spełnionego obowiązku i wysiłku, jaki w niego włożył, nic dziwnego, że ma chęć na chwilę wytchnienia. Zająłem się wobec tego innymi sprawami. Decyzja została podjęta, gdzieś w moje głowie jakiś komitet wypełnił druczek, przybił pieczątkę, włożył papier do segregatora i pojechał na wakacje.

Minął jeden tydzień i drugi… Pamięć o podjętej decyzji była coraz słabsza. W końcu doszedłem do wniosku, że cała ta sprawa z nazwą w ogóle nie jest istotna. To sztuczny problem – powiedziałem – nie ma co sobie tym zawracać głowy. Gdyby ktoś dziś zadał mi pytanie o to, czy lepiej zmienić nazwę czy nie, prawdopodobnie musiałbym zastanawiać się od nowa. Cały wysiłek, jaki włożyłem w podejmowanie decyzji poszedł w przestrzeń.

Czy decyzja zmienia świat?

Wielu osobom zdarzają się podobne rzeczy. Z wielkim wysiłkiem podejmują decyzje, a potem nie wdrażają ich w życie. Tak, jakby samo decydowanie było równoznaczne z działaniem. Żyją złudzeniem, że zrobili jakiś postęp, tylko dlatego, że odpowiedzieli sobie na jakieś pytanie.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy słyszałem ludzi, którzy mówili:

- Zdecydowałem się, idę na psychologię!

- Zdecydowałem się, zrobię doktorat!

- Postanowiłem, że zmieniam pracę!

- Podjęłam decyzję, chcę więcej czasu poświęcić rodzinie!

W każdym z tych przypadków, podjęcie decyzji było poprzedzone dużym wysiłkiem. Każda z tych osób miała poczucie, że jest bliżej na swojej drodze do celu.

Wszystko dobrze, decyzje i postanowienia są ważne. Ale powiedz mi, co zrobiłeś?

Czy świat zmienił się pod wpływem podjęcia przez ciebie decyzji? Czy rzeczywistość z czasu zanim podjąłeś decyzję i po tym jak ją podjąłeś różni się? Nie. Decydowanie dzieje się tylko w tobie. Świat jest taki sam. Być może w tej chwili ktoś postanowił, że pójdzie pobiegać. Czy ktokolwiek z nas jest w stanie zauważyć jakiekolwiek zmiany? Nie zauważymy, tak długo, póki tak osoba nie wstanie, nie ubierze butów do biegania i nie wyjdzie na dwór.

Gregg Krech z ToDo Institute pisze:

Zanim nie podejmę rzeczywistych, konkretnych działań, poprzez decydowanie nie zmienię ani rzeczywistości mojego życia, ani świata wokół mnie. Decyzja może wydawać się postępem. Na pewno jest odczuwana jako postęp. Ale pamiętaj, że nie ważne jak wiele energii włożyłeś w tą decyzję, rzeczywistość nie zmienia się w tej samej chwili.

Nie pozwól sobie na to by traktować decydowanie jako coś, co cię posuwa do przodu. Gdy podejmiesz decyzję, nawet taką, która cię wiele kosztowała, nie daj się zwieźć poczuciu, że coś zrobiłeś.

Decyzja może być ciężka i wymagająca, ale nie jest równoznaczna z działaniem. Gdy ją podejmiesz, oprócz ulgi lub zmęczenia ani o krok nie posuwasz się do przodu. Decyzja jest tylko w twoje głowie. To za mało by zmienić świata.

Nie przybliżasz się do swoich celów, tylko dlatego, że coś postanowiłeś. Sama decyzja, za którą nie idą konkretne działania niczego nie zmienia.

Decyzje są ważne i potrzebne. Dzięki nim wiemy, co dalej robić. Podjęcie pewnych decyzji może wymagać od nas wiele siły i samozaparcia. Ale sama decyzja to mało.

Gdy masz poczucie, że właśnie taka jest twoja decyzja, zrób krok naprzód. Idź za ciosem i natychmiast, nie rozglądając się zacznij działać.

Kamyk w stawie

Zrób cokolwiek, choćby małą rzecz. Niech to jednak będzie działanie, coś, co zmienia świat choćby w minimalnym stopniu.

Twoje działania nie muszą być od razu wielkie. Czasem małe rzeczy pociągają za sobą ogromne konsekwencje. Wielkie zmiany nie zawsze są efektem wielkich posunięć. Na początku wielu rewolucji są małe działania. Zamiast starać się zmieniać od razu cały świat, ktoś robi coś małego z zwyczajnego. Jednak efekty jego działań stają się coraz szersze i szersze. Dotykają coraz więcej obszarów jego życia i coraz więcej osób. Fala rozchodzi się coraz szerzej i dociera do drugiego brzegu stawu. Czasem nawet trudno nam sobie wyobrazić, w jaki sposób te małe działania mogą wpłynąć na świat.

Jakkolwiek małą zmianę czynimy, staje się ona jak kamyk wrzucony do stawu, jej wpływ rozszerza się na zewnątrz. Gloria Steinem

O tym samym mówi tzw. „efekt motyla”: trzepot skrzydeł motyla na jednej półkuli może wywołać huragan na drugiej. Efekty jednego małego działania stopniowo się poszerzają i powiększają.

Zwróć uwagę. Mowa o ruchu skrzydeł. Myśli, intencje czy decyzje, jakie w swoje głowie miałby motyl (gdyby tylko mógł) nic by nie zmieniły. Dopiero ruch skrzydeł może cokolwiek zmienić.

Nie musisz czekać na okazję do wielkich działań. Zacznij robić choćby małe rzeczy, takie, na jakie w tym momencie cię stać.

Jeżeli np. zdecydowałeś, że napiszesz książkę nie czekaj, do wakacji czy choćby weekendu. Wykorzystaj najbliższe pięć minut. Zacznij coś robić. Spraw by twoja decyzja zmieniła się w działanie. Tylko działanie może poruszyć świat wokół ciebie. Nawet gdy nie widzisz jego bezpośrednich efektów, możesz być pewny, że fale będą się rozchodzić wokół.

Ale chodzi o działanie. Podejmowanie decyzji, planowanie, myślenie, wyobrażanie sobie, niczego jeszcze nie zmienia. Musisz się schylić, wziąć kamyk i wrzucić go do wody.