Tag Archives: energia
Siła i szacunek dla przeciwnika

Siła i szacunek dla przeciwnika

Opublikowano 15 września 2011 | By | Kategorie: Siła życiowa | 37 komentarzy

Mam dowody na prawo przyciągania...

Nic mi nie stanie na przeszkodzie?

Gdyby nasze przedsięwzięcia przebiegały tak, jak sobie tego życzymy, żylibyśmy w bajkowym świecie. Każdy miałby to, o czym by tylko zamarzył. Zarabialibyśmy tyle ile nam tylko potrzeba (a nawet ile nam nie potrzeba), podróżowaliśmy tam, gdzie tylko byśmy chcieli. Nasze obrazy, książki, zdjęcia czy muzyka docierałby do ludzi na całym świecie i wzbudzały powszechny podziw. Mielibyśmy wokół siebie samych kochających i rozumiejących bliźnich. Żylibyśmy jak we śnie. Nie spotkałem ludzi, którzy nie chcieliby lepszego życia, którzy nie nosiliby gdzieś w środku planów, że kiedyś to zmienią, że coś zrobią, że się za to wezmą. Jeżeli myślisz, że twoje wielkie marzenia, plany czy aspiracje wyróżniają cię spośród innych ludzi, masz chyba zbyt negatywną koncepcję człowieka. Nie różnią cię. Każdy chce żyć lepiej. Każdy przynajmniej raz próbuje. Gdyby tylko wszystko było tak, jak to sobie wyobrażamy …

Niedawno dostałem list od oburzonego czytelnika Efektu jojo, któremu bardzo nie podobało się, że naśmiewam się z tzw. prawa przyciągania (tzn. z twierdzenie, że nasze wyobrażenia i przekonania mają moc sprawczą). Jak to – napisał – przecież ja mam dowody, że to działa! Wyobraziłem sobie, że będę mieć same piątki na świadectwie i miałem pod koniec roku same piątki!

Byłem w kropce, gdy to przeczytałem. Chciałem mu odpisać:

Chłopcze, to miłe, że masz piątki na świadectwie. Ja rzadko miałem takie dobre świadectwo. Gdy przypominam sobie czasy, gdy jeszcze ktoś mi wystawiał oceny, nigdy posiadanie piątek nie było najważniejszą rzeczą. Owszem, to było miłe. Ale ten cel nie mieścił się nawet w pierwszej dziesiątce moich marzeń. Pamiętam, że najważniejsze było np. zostać aktorem i wystawić wspólnie z kolegą sztukę Becketa (ćwiczyliśmy do upadłego jedną ze sztuk ledwie rozumiejąc, o co chodzi); zdobyć dziewczynę, która mi się podoba (średnio wyszło, bo mojemu przyjacielowi również się podobała, w końcu obydwaj, po wielu dramatycznych zwrotach akcji daliśmy sobie z nią spokój); zagrać na gitarze kilka standardów jazzowych (bolały paluszki, oj bolały…); napisać powieść (coś tam napisałem, ale całe szczęście zgubiłem zeszyt); a nawet – to marzenie trwało bardzo długo – uciec z kolegą przez zieloną granicę i zacząć podróż wokół świata (niestety nie udało się, choć przygotowania były zaawansowane).

Zgodzisz się chyba, że oceny na świadectwie to pierdoła w porównaniu z rzeczami, które są naprawdę ważne. Spróbuj osiągnąć coś naprawdę ważnego i wtedy będziemy rozmawiać. Nie piszę książek dla ludzi, którzy mają tak głupie cele jak piątki na świadectwie czy znalezienie piórka na ulicy (to jeden z przykładów z książki o prawie przyciągania). Piszę dla ludzi, którzy mają jaja, by chcieć czegoś, co naprawdę się liczy, by chcieć czegoś, co wprowadza w życie istotną różnicę. Gdy odważysz się na to i naprawdę postanowisz po to sięgnąć, gdy przestaniesz próbować czy działa czy nie działa, być może zobaczysz coś dziwnego. Problem z twoim prawem przyciągania jest taki, że gdy go stosujesz na próbę – często ci się „sprawdza”. Wszystko się zmienia, gdy chcesz czegoś naprawdę istotnego.

Nie napisałem mu tego jednak. Dawno temu przyjąłem zasadę by nie mówić ludziom rzeczy, na które absolutnie nie są gotowi. Po co sprawiać przykrość? Niech będzie, że jestem, jak napisał, typowo polskim autorem, który tylko narzeka. Wiem, że któregoś dnia – mam nadzieję, niedługo – ten człowiek postawi przed sobą cel, który jest naprawdę warty zachodu. I nagle okaże się, że samo życzenie to zbyt mało. Okaże się, że Norman Vincet Peale i Napoleon Hill, ojcowie pozytywnego myślenia, którzy od kilkudziesięciu lat ciągle przekonują, że wystarczy mocno chcieć, nie mają racji. Nie wystarczy chcieć. Nie wystarczy pragnąć. Nie wystarczy marzyć.

Regułą jest to, że nic nie przebiega tak, jak to sobie wymarzymy czy wyobrazimy. Czasem zdarzają się wyjątki i zbiegi okoliczności. Ale tylko głupiec liczy na przepadek. Czy ten człowiek będzie miał odwagę przyznać, że się mylił? Tego nie wiem. Teraz, póki nie odniósł porażki nie da się przekonać. Zafundowałem mu małą porażkę – skasowałem jego maila bez odpowiedzi. Pewnie wyobrażał sobie, że odpiszę. Boję się jednak, że to zbyt mało by się obudził i zaczął walczyć o coś ważnego.
Zupełnie inne prawo

Zupełnie inne prawo

Sukces nie jest kwestią tego, czy dobrze sobie coś wyobrażę czy nie. Nie jest kwestią tego czy obraz jest dość żywy i zmysłowy, czy też, jak mocno w niego wierzę. To nie jest kwestia tego czy opowiem o tym komuś innemu czy nie. Oczywiście życzenie, pragnienie, wizualizacja to cenne rzeczy . Ale dopiero wtedy, gdy pogodzimy się z tym, że nie istnieje żadna droga na skróty. Że nasze wyobrażenia nie przyciągają żadnych metafizycznych, kwantowych czy jakichkolwiek innych sił, które mają za zadanie nam służyć. Wiara w sprawczą moc wyobrażeń jest cechą psychicznych słabeuszy. Jest efektem z jednej strony bezmyślności, bezwładności myślowej, dziecięcego myślenie magicznego i tendencji do podążania za stadem. Z drugiej natomiast strony, efektem cwaniactwa i sprawności marketingowej ludzi, którzy „przyciągają” bogactwo każąc sobie słono płacić za książki i występy.

Nie ma żadnych magicznych praw. Jeżeli jednak bardzo potrzebujesz jakiegoś prawa, mam coś dla ciebie. Aby brzmiało dość poważnie i naukowo sięgnę do fizyki. To prawo, sformułował najpierw Galileusz a później Newton. Brzmi ono (dla tych, którzy lubią zadać nieco szyku cytuję w oryginalne):

Corpus omne perseverare in statu suo… nisi quatenus illud a viribus impressis cogitur statum suum mutare.

To pierwsza zasada dynamiki, która mówi, że ciało pozostaje w swoim stanie dopóki przyłożone siły nie zmuszą go do zmiany. Jeżeli na podłodze mojego pokoju stoi paczka z książkami, nie przesunie się sama w róg pokoju. Będzie trwała w swoim stanie, póki się nie schylę i nie przyłożę do niej siły większej od jej oporu (bezwładności i tarcia). Bez siły nie ma zmiany. Bez siły corpus omne perseverare in statu suo – każde ciało pozostaje w swoim stanie. Pierwsza zasada dynamiki Newtona jest zasadą oporu i siły. Nie wiemy dlaczego obowiązuje, ale wiemy, że z dziwnych powodów jakakolwiek zmiana wymaga pokonania oporu. Tym, co pokonuje opór jest siła.

To prawo obowiązuje na wszystkich możliwych płaszczyznach. Jeżeli nie użyjesz siły, wszystko zostanie tak jak zwykle. Skąd bierze się siła? Z naszej energii wewnętrznej. Sama nazwa tego bloga jest obietnicą pojawienie się oporu. Po co by ci była energia, gdybyś nie musiał napotykać na opór? Im więcej chcesz osiągnąć, tym większy opór. Oporu nie pokonasz przez marzenie. Opór pokonuje siła. Aby coś zmienić, musisz działać totis viribus – ze wszystkich sił (zwróć uwagę, że słówko viribus – siły, to zarówno nasze siły, jak i siły fizyczne).

 

Marzenie nadaje kierunek i nic poza tym nie załatwia

Tak, marzenie też się liczy

To, że tylko przyłożona siła może pokonać tarcie i bezwładność, nie znaczy, że cel czy marzenie zupełnie się nie liczy. Trzeba wiedzieć, czego się chce, trzeba znać swoje potrzeby. Trzeba umieć zajrzeć do swojego środka. Często takie spojrzenie wymaga wiele wysiłku. Trzeba się przebić przez grube pokłady złudzeń i samooszukiwań.

Osobą, która jako jedna z pierwszych zaczęła o tym mówić był Freud. Kład ludzi na kozetce i ułatwiał im dotarcie do własnych potrzeb ukrytych pod wierzchnimi warstwami psychiki. Ponieważ najczęściej były to potrzeby seksualne, Freud doszedł do wniosku, że źródłem naszej energii jest pociąg płciowy, a źródłem problemów jest sposób, w jaki tłumimy w sobie tą energię.

Miał rację w tym, że chodzi o energię. Nie miał racji, że chodzi tylko o seks. Takie były czasy i z tym ludzie (albo przynajmniej ci, którzy przychodzili do Pana Zygmunta) mieli problemy. Dziś wiemy, że nasza wewnętrzna energia znacznie wykracza poza libido (pociąg płciowy).

Jest jednak jeszcze jedna kluczowa różnica. Freud i pierwsi psychoanalitycy pracowali w totalnie innych warunkach, nie tylko ze wzglądu na rodzaj ukrytych wewnątrz nas potrzeb.
To naprawdę było nieco inne czasy

Grzejniki w środku Afryki

Ludzie epoki wiktoriańskiej rzadko mieli kontakt ze swoim wnętrzem. Nie wiedzieli czego naprawdę pragną. Trudno im było przebić się przez własne skorupy ochronne. Gdy jednak udawało im się to wreszcie zrobić, gdy (jak mówią w żargonie psychoanalitycznym) osiągali wgląd, wiele w ich życiu się zmieniało (przynajmniej w przypadku niektórych z nich, bo od początku terapia Freuda nie była zbyt skuteczna). Obserwując ich z boku moglibyśmy pomyśleć, że przyczyną zmiany był właśnie wgląd – tzn. wyciągniecie na wierzch i wyklarowanie ukrytych wewnątrz pragnień. Miej odwagę pragnąć, a będziesz zdrowy – tak moglibyśmy to skwitować.

Trzeba jednak pamiętać o jednym. To byli zupełnie inni ludzie. Epoka wiktoriańska była epoką silnej woli – ustawicznego treningu, samodyscypliny i samokontroli. Oczywiście ten nacisk na samokontrolę prowadził często do parodii – schorzeń psychicznych, braku naturalności czy fałszu – tego wszystkiego za co nie lubimy czasów królowej Wiktorii. Nie mniej jednak, ci ludzie dysponowali na skutek wychowania w określonych warunkach innymi możliwościami niż my.

Niektórzy psychoanalitycy zaczęli sobie to uświadamiać już w latach pięćdziesiątych. Roy Baumester, w nowiutkiej książce Willpower: Rediscovering the Greatest Human Strength, tak relacjonuje poglądy jednego z nich:

Allen Wheelis i jego koledzy odkryli, że ludzie osiągali wglądy szybciej niż w czasach Freuda. Potem jednak terapia grzęzła i kończyła się porażką. Bez twardego charakteru z epoki wiktoriańskiej, ludzie nie mieli siły by wykorzystać wgląd i zmienić swoje życie.

Cały kierunek zwany pozytywnym myśleniem jest niczym innym niż formą psychoanalizy. Jest to jednak technika totalnie nietrafiona do naszych potrzeb. To tak, jakby ktoś chciał montować grzejniki w Afryce. Owszem grzejniki to ważna rzecz, przydają się gdy jest chłodno. Ale po co montować kaloryfery, gdy temperatura nigdy nie spada poniżej dwudziestu pięciu stopni?

Dziś po serii kolejnych generacji skupionych tylko na swoich potrzebach i na robieniu sobie dobrze, po wielkim, marketingowym praniu mózgu, mówiącym, że życie musi być lekkie, łatwe i przyjemne, to stare podejście staje się jeszcze bardziej nieaktualne.

Owszem, wiemy czego pragniemy. Łatwo nam odkryć czego nam w życiu potrzeba. To dobrze. Ale twój problem polega na tym, że nie masz siły by wdrożyć to w życie. Jesteś bezradny. Osiągnąłeś wgląd i czekasz by wszystko się zmieniło. Tymczasem świat stawia opór. Taka jest jego natura.

Znasz siebie znacznie lepiej niż twoi pradziadkowie i prababki. Znasz tysiąc razy więcej przyjemności niż oni. Wiesz, co ci w duszy gra. Ale co z tego, skoro nie znasz swoje siły? Co z tego, skoro nie umiesz jej użyć?. Zamiast się jej uczyć ćwiczysz się w czymś, w czym i tak jesteś aż zanadto dobry: w fantazjowaniu i rozbudzaniu pragnień.

Nie mówię, że ślepa, wiktoriańska siła była czymś mądrym. Była tak samo głupia (a może nawet bardziej) jak dzisiejsze dogadzanie sobie bez opamiętania.

Mądrość polega na po łączeniu tych dwóch rzeczy: odwagi do tego by mieć pragnienia i siły do tego by je realizować.

Gdyby nasze przedsięwzięcia przebiegały tak, jak sobie planujemy, żylibyśmy w bajkowym świecie. A ponieważ zawsze napotykamy opór, tylko ci żyją jak w bajce, którzy mają dość siły bo go pokonać.

Sorry, to nic osobistego, ale mam zamiar obić ci gębę... nazywam się Opór. Twój Opór..

Doceń przeciwnika

Opór to poważny przeciwnik. Jeżeli chcesz go pokonać, zacznij od tego by nabrać przed nim respektu. Nie ma lepszego prezentu dla przeciwnika niż jego niedocenianie.

- E… taki przeciwnik… jednym palcem go pokonam, nie ma co się przejmować – mówi do siebie piłkarz albo bokser i zbiera cięgi. Przeciwnik nie został doceniony. Okazał się silniejszy. To najgłupszy rodzaj przegranej. Taki rodzaj klęski, który nie wzbudza współczucia. Jeżeli aż tak jesteś pyszny, jeżeli aż tak wierzysz w swoją wielkość i szczęśliwą gwiazdę – należy ci się przegrana. Ci, którzy odnoszą sukcesy nigdy nie pozwalają sobie na to by nie doceniać przeciwnika. Są na to zbyt mądrzy.

A co powiedzieć o kimś, kto jest przekonany, że w ogóle nie ma żadnego przeciwnika? Mam swoje marzenie i ono jakoś się zrealizuje. Nic nie stanie na przeszkodzie. Po prostu będzie tak jak chcę, wystarczy, że uwierzę.

To bardzo, bardzo na rękę dla Oporu. Pan Opór się cieszy. Im łatwiejszych sukcesów oczekujesz, tym łatwiej pokonają cię choćby niewielkie trudności. Im mniejszej ilości problemów się spodziewasz, tym mniejszy problem cię wytrąci z równowagi.

Lepiej przyjmij z góry, że po drodze spotkają cię trudności. Że wiele razy okaże się, że wszystko i wszyscy są przeciw tobie. Że nie będziesz mieć siły. Że będziesz mieć ochotę się wycofać. Że będziesz mieć ochotę machnąć na to wszystko ręką. Że zaczną ci wpadać do głowy inne pomysły na to czym by się zająć. Że raz po raz będziesz kuszony, często ponad swoje siły.

Zamiast fantazjować o świecie pozbawionym oporu, w którym marzenia realizują się tylko dzięki temu, że mocno chcesz, załóż z góry, że będziesz musiał się zmierzyć z bardzo mocnym przeciwnikiem. Owszem, ciesz się początkową energią, motywacją i radością. Jeżeli je czujesz, nie psuj ich, ale pamiętaj, że ścieżka nie zawsze będzie wiodła w słońcu.

Przygotuj się na to, bo najgorszym sposobem korzystania z siły jest dziwienie się, że nie jest tak jak chciałeś. Zamiast użyć swojej siły do tego by przebić się na drugą strony, marnujemy ją na trwanie w szoku, że przeszkody są tak wielkie.

- O nie, jak tak można, to niesprawiedliwe, dlaczego mi się to przydarza, dlaczego jestem tak poszkodowany, dlaczego inni maja łatwiej – nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele energii ulatnia się podczas narzekania na coś, co jest oczywiste i naturalne. Człowieku, wyobrażasz sobie, że mistrzem świata zostaje się wychodząc na pusty ring? Bądź pewny, że gdy wyjdziesz na ten ring, znajdzie się tam ktoś, kto obije ci twarz. Jeżeli uważasz, że to niesprawiedliwe, może lepiej nie wychodź na środek.

Samo zdziwienie przeciwnościami i protesty można by było jeszcze jakoś znieść. Najbardziej energochłonne jest udawanie, że nic się nie dzieje. Leją cię po gębie, a ty uśmiechasz się i mówisz: hm.. jaki miły wiatr… to chwilowe problemy, nic wielkiego, będzie lepiej…

Tak, tak, oczywiście, że chwilowe. Zaraz padniesz na deski i tyle z ciebie zostanie. Znam człowieka, który miał salon kosmetyczny. W biznesplanie wszystko było super. Człowiek był optymistą. Niestety klienci widocznie nie czytali biznesplanu, bo się nie zastosowali. Optymista był ciągle dobrej myśli. Będzie lepiej! To tylko lekki przeciwny wiaterek. Bach, bach, bach… nokaut. Nawet nie trzeba było liczyć.

Czy wiesz jak mocnym przeciwnikiem jest opór, z którym przyjdzie ci się zmierzyć? Tak mocnym, że nie raz będzie ci się wydawało, że nie dasz rady. Nawet, gdy będziesz walczył z pełnym zaangażowaniem, co rusz znajdziesz się na deskach. Pozbawiony sił, pełny smutku, poczucia samotności, oszołomiony, czujący się jak w więzieniu…

Ale gdy znajdziesz się w takim momencie pamiętaj proszę o czymś, co napisał Steven Pressfield w książce o oporze (The War Of Art: Winning the Inner Creative Battle) :

Pokonywanie oporu jest jak rodzenie. Wydaje się absolutnie niemożliwe, dopóki nie przypomnisz sobie, że kobiety robią to z pomocą lub bez od pięćdziesięciu milionów lat.

Tak, opór jest możliwy do pokonania. I tobie też to się uda. Nie trać czasu na rozpaczanie, zaprzeczanie czy fantazjowanie. Użyj wszystkich swoich sił, by przebić się wprost na drugą stroną. Totis viribus.

Działanie z uwagą i bez nacisku

Działanie z uwagą i bez nacisku

Opublikowano 20 maja 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 27 komentarzy

Mokre ognisko

Od paru dni pada. Wszystko jest wilgotne, albo całkiem mokre. Gdy patrzę na mokrą zieleń drzew i stalowe niebo, przypominam sobie jak pewnego deszczowego lata włóczyłem się po Bieszczadach. To, że nasze buty były ciągle mokre można było jeszcze znieść. To, że z Połonin nic nie było widać – trudno. To, że się człowiek ślizgał w błocie – co zrobić? Ale najgorsze było to, że nie dało się rozpalić ogniska. Nawet, gdy coś zaczynało się palić, ognisko dymiło i szczypało w oczy. Poza tym, co to za przyjemność siedzieć przy ognisku pod parasolem?

Chyba tylko raz udało nam się rozpalić prawdziwe, trzaskające iskrami, radosne ognisko. Takie, w którym było więcej ciepła i ognia niż dymu i skwierczenia.

Deszcze przestaną padać i wszystko wyschnie. Ale niektórzy ludzie mogą nie poznać radości spalania się, jak dobre suche ognisko. Radości pełnego, ciepłego płomienia. Radości iskier i radości stawania się popiołem. Niektórzy z nas całe życie, nawet w najbardziej suche lata są jak mokre gałęzie. Tlą się niemrawo, dając więcej dymu niż ciepła.

Shunryu Suzuki mówi:

Gdy coś robisz, powinieneś całkowicie się spalać, jak dobre ognisko, nie zostawiając po sobie śladów…

Aby nie pozostawić żadnych śladów, kiedy coś robicie, powinniście robić to całym waszym ciałem i umysłem, powinniście być skoncentrowani na tym, co robicie. Powinniście robić to do końca, tak jak spala się dobre ognisko. Nie powinniście być dymiącym ogniem. Powinniście spalić się całkowicie. Jeśli nie spalacie się kompletnie, wasz ślad zostanie w tym, co robicie. Coś z was pozostanie, coś co nie jest całkowicie spalone.

Działać z pełnią energii

Ostatnio pisałem, jak ważne jest by zacząć coś robić a nie tylko czekać z założonymi rękoma.

No dobrze, mogę zacząć działać. Mogę zacząć coś robić. Co mi szkodzi? Mówią, że działanie przynosi efekty, co mi szkodzi spróbować?

Nie do końca chodzi o coś takiego. Ważne by zacząć działać, ale liczy się także sposób.

Robić coś warto z pełnym zaangażowaniem i pełną energią. Bez oszczędzania się i bez działania na pół gwizdka. Tak, jak mówi Suzuki – spalając się bez śladu.

I tu można by było skończyć. Takim sposobem dołączylibyśmy się do chóru doradców z uporem powtarzających:

  • Zmuś się
  • Zmobilizuj się
  • Wysil się
  • Napnij się
  • Wywrzyj na siebie nacisk
  • Weź się za gębę
  • Postaw się do pionu
  • itp.

To tzw. protestancka etyka pracy – by coś w życiu osiągnąć nie wolno się rozczulać. Trzeb być twardym, zdeterminowanym, pracowitym i śmiertelnie poważnym. Nie wolno tracić czasu na zabawę. Ten model powielają dziesiątki poradników, od napisanych w XVIII wieku przez Beniamina Franklina po dzisiejsze, napisane przez Briana Tracy.

Myślę, że wszyscy znamy te rady. I pewnie większość z nas stosuje je od dawna.

Dla mnie takie podejście jest czymś bardzo bliskim. Myślę, że jestem w nim mistrzem. Gdy tylko się za coś zabieram, zawsze potwornie się przejmuję. Staram się zawsze wszystko robić najlepiej jak można (a czasem nawet, jak nie można). Staram się jak mogę. Naciskam na siebie tak, że czasem ciężko mi oddychać. Przejmuję się i zmuszam, dopinguję i terroryzuję. Wygłaszam do siebie mowy i daję sobie ostatnią szansę.

Z jakimi efektami?

Briana Tracy pisze:

Gdy wywierasz na siebie nacisk, osiągasz więcej i pracujesz wydajniej niż kiedykolwiek. Stajesz się osobowością wysokowydajną oraz wysokoosiągającą. Czujesz się fantastycznie w odniesieniu do siebie i krok po kroku budujesz nawyk szybkiego kończenia zadań…

Hmm…. Kurcze, wygląda na to, że coś ze mną nie tak.

Opowiadanie bajek

Moja córka – jak wiele innych dzieci – wieczorem potrzebuje bajek. Ale nie jednej ani nie dwóch. Przy trzeciej jej oczka całkiem uważnie wpatrują się w świat wokół. Przy czwartej jest szansa, że odwróci się do mnie plecami i zacznie zasypiać. Ale gdy tylko przerwę, odwróci się nagle z pytaniem: tatusiu i co dalej? Dopiero piąta bajka daje gwarancję, że mam malucha z głowy.

Nic dziwnego, że w którymś momencie zabrakło mi bajek do czytania. Wyczytaliśmy wszystko co było w księgarniach, pobliskiej bibliotece i antykwariatach. Zacząłem zatem wymyślać coś na poczekaniu. Spodobało się. Nawet na tyle, że gdy potem kupiłem jakiś nowy zbiorek bajek i zacząłem go czytać, usłyszałem:

-Tatusiu, nie taką, opowiedz mi z głowy!

- Nie ma sprawy – powiedziałem z uśmiechem.

I opowiadałem bajkę po bajce. To była niesamowita zabawa. Sam byłem zdziwiony jak łatwo mi to przychodzi. Niektóre z bajek nawet mnie zaskakiwały. Ich fabuła rozwijała się w trakcie opowiadania. Rzadko wiedziałem co będzie za chwilę. Wiedziałem tylko tyle, że aby utrzymać zainteresowanie główny bohater musi mieć jakiś motyw, w którym przeszkadza mu jakiś czarny charakter albo niezwykłe przeszkody. Reszta brała się z powietrza.

Tworzenie bajek zaczęło mi się coraz bardziej podobać. Po jakiejś pięćdziesiątej bajce doszedłem do wniosku, że muszę je zapisywać. Szkoda by się zmarnowały! Może uda mi się je wydać? Marzyłem. To by było świetnie, zobaczyć swoją bajkę zilustrowaną i pięknie wydaną. Wiadomo, nigdy nic nie rób na pół gwizdka, zmuś się by to, co robisz było najlepsze. Zamówiłem w Amazonie kilka książek nt. pisania bajek. Pełny energii zacząłem doskonalić się w tej dziedzinie. Opowiadałem coraz solidniejsze bajki, coraz bardziej przemyślane, z coraz lepszym morałem. Zacząłem się przygotowywać do wieczornych sesji. Przed południem spisywałem wczorajsze bajki i wymyślałem co opowiem dzisiaj. Wieczorem, gdy siadałem przy łóżku córki, byłem w pełni przygotowany: obok leżały kartki z notatkami, z czasem nawet pojawił się dyktafon.

Po jakichś dwóch tygodniach takiego działania wieczory z „bajkami z głowy” zaczęły być męczące.

Coraz częściej czułem, że moja bajka nie jest dość dobrze przygotowana. Coraz częściej miewałem poczucie winy, że nie przygotowałem się zbyt dobrze. Że mogłem zrobić więcej, że nie dość dobrze opracowałem motyw postaci, że czarny charakter nie jest dość przekonywujący, że morał nie jest dość klarowny….

Przyszedł taki wieczór, gdy po prostu nie byłem w stanie opowiedzieć „bajki z głowy”. Starałem się i starałem, ale nic mi nie przychodziło. Zaczynałem, ale nie miałem zielonego pomysłu co powiedzieć dalej. Opowiadanie bajek stało się koszmarem. Całe szczęście udało mi się kupić świetny zbiorek i wróciliśmy do czytania.

Pewnie nie każdy może opowiadać „bajki z głowy”, ale mam wrażenie, że jest wiele osób, które skutecznie blokują swoje twórcze możliwości przez to, że wywierają na siebie zbyt duży nacisk.

Są ludzie, którzy pięknie mówią, ale gdy stają przed grupą, tak bardzo im zależy na tym, by dobrze wypaść, że głos grzęźnie im w gardle. Są ludzie, którzy pięknie malują, ale gdy tylko chcą pochwalić się prze innymi, przechodzi im cała wena. Są ludzie (i to całkiem sporo), którzy na egzaminie nie potrafią przypomnieć sobie czegoś, co doskonale wiedzą.

Nie twierdzę, że rady jakich udziela Brian Tracy są nieskuteczne. Zapewne są osoby, którym nacisk na siebie dobrze zrobi. Ale w tych wszystkich sytuacjach próba zmuszania się, dopingowania, wywierania nacisku, ma dokładnie odwrotny efekt. Im mocniej chcesz, im bardziej naciskasz – tym gorzej. Tym bardziej jesteś zablokowany

Powrót do opowiadania bajek

Po pewnym czasie moje podręczniki bajkopisania trafiły w kąt. Także moje aspiracje by napisać zbiór wspaniałych bajek zginęły gdzieś w natłoku innych pomysłów na życie.

Któregoś dnia, jeszcze w łazience, by uspokoić rozbrykaną dziewczynkę, zacząłem coś opowiadać o gumowych zwierzątkach do kąpieli. Opowieść przerodziła się w długą bajkę. Nie myślałem o tym, że ją opowiadam. Pozbawiony aspiracji, oczekiwań, ocen i nacisków, znów bawiłem się opowieścią. Bajka opowiadała się sama. Było to dla mnie tak samo przyjemne jak dla mojej córki.

To było lekkie jak niedzielne śniadanie w środku lata. Śniadanie? Wiedziałem, że gdzieś już musiałem o tym czytać. Następnego dnia przypomniałem sobie gdzie. To były słowa, XVIII wiecznego, japońskiego nauczyciela szermierki Odagiri Ichuina. Radzi on wojownikowi miecza:

Niech działa tak, jakby zajmował się codziennymi sprawami – jakby z przyjemnością jadł śniadanie. Niechaj posługuje się mieczem jak pałeczkami do ryżu, podnosząc kawałki jedzenia i wkładając je do ust, odkładając pałeczki, gdy skończy posiłek. Posługiwanie się mieczem nie wymaga więcej uwagi niż siedzenie przy stole.

To dosyć szokujące zalecenie. Człowiek trzyma w ręku ostry jak brzytwa miecz, na przeciw niego stoi drugi, nasrożony samuraj, a on ma po prostu zachowywać się jakby delektował się swoją miską z ryżem. To paradoks, ale właśnie takie podejście sprawia, że wojownik staje się nie do pokonania.

To, coś zupełnie odwrotnego niż rady by się sprężyć, zmusić i zmobilizować. Ale czy te słowa nie przeczą także temu o czym była mowa na początku? Czy to nie jest odwrotność zalecenia: powinieneś całkowicie się spalać, jak dobre ognisko?

Myślę, że nie. Zalecenie by spalać się jak dobre ognisko można dobrze zrozumieć dopiero wtedy, gdy pamiętamy o zaleceniu robić to tak lekko, jakby się jadło śniadanie.

Na czym polega bycie mokrym ogniskiem

Człowiek, który spala się jak dobre ognisko, to ktoś, kto potrafi skupić się całkowicie na działaniu i który nie poświęca sobie samemu więcej uwagi niż to konieczne.

Bycie dymiącym, mokrym ogniskiem polega na tym, że duża część mojej uwagi uwięziona jest przez moje koncepcje i wyobrażenia na swój temat. Bardziej zależy mi na tym bym był doskonały, by inni mnie podziwiali i doceniali niż na tym, co robię. Zamiast działać, zastanawiam się, przygotowuję, motywuję, kalkuluję, oddaję wyobrażeniom i analizuję.

W moim przypadku była to seria myśli:

  • O rany, przecież nie mogę opowiadać takich prostych bajek. Stać mnie na coś więcej. One muszą być świetne, perfekcyjne, przemyślane!
  • Muszę robić to doskonale.
  • No, nie, przecież ta bajka nie jest dobrze wymyślona.
  • O nie, przecież ten pomysł nie jest dobry, stać mnie na coś lepszego.
  • Chyba jestem w tym dobry, nie mogę obniżać poprzeczki.

Taki sposób myślenia rozbudowuje oczekiwania pod własnym adresem. To z kolei prowadzi do coraz większego lęku. Lęku, że nie sprostam własnym oczekiwaniom.

Lęk

Tego rodzaju lęk jest jedną z największych przyczyn „dymienia”. Normalne obawy – gdy np. boję się, że stracę pieniądze, że mój tekst komuś się nie spodoba, że ugryzie mnie pies, że moja bajka nie będzie ciekawa, itp. jest rzeczą łatwą do zniesienia. Tego rodzaju obawy raczej nas mobilizują niż usztywniają.

Problem zaczyna się wtedy, gdy lękamy się nie spełnienia swoich własnych oczekiwań. Gdy obawiamy się, że nasze własne wyobrażenia na swój temat są nieprawdziwe. Tylko taki lęk nas paraliżuje.

To przerażające, że nie jestem taki, jakbym chciał. To przerażające, że nie czuję się tak, jak powinienem. To straszne, że nie czuję się tak pewny siebie, jak trzeba. To okropne, że nie jestem tak produktywny jakbym chciał.

Jedna z teorii psychologicznych mówi, że mamy w sobie kilka trakcji przetwarzania informacji na swój temat. Między innymi jedną, którą można nazwać „ja oceniającym” i drugą, którą można nazwać „ja doświadczającym”.

Gdy doświadczasz problemów i trudności, jesteś w stanie je pokonać. Blokady zaczynają się wtedy, gdy zaczynasz oceniać siebie samego. Różnego typu choroby psychiczne pojawiają się wtedy, gdy zbyt dużo czasu poświęcamy na ocenianie siebie.

Brian Tracy radzi:

Stwórz własny system przymusu. Podnieś sobie poprzeczkę i już jej nie obniżaj.

Takie podejście szybko prowadzi do uruchomienia ja oceniającego. Zamiast działać zaczynam się oceniać. Zamiast skupić się na życiu, zaczynam analizować i przetwarzać.

Mam inną radę:

Pozwól sobie działać bez przymusu, tak jakbyś jadł smaczne śniadanie. Gdy twoja poprzeczka jest zbyt wysoko – obniż ją.

Nie przejmuj się swoją doskonałością czy bezbłędnością. Nie przejmuj się nawet tym, gdy przychodzą do ciebie myśli, że wreszcie musisz wziąć się za siebie. Że musisz zrobić z sobą porządek.

Co ci to przeszkadza? Myśli są myślami. Pozwól im przepłynąć i nie goń za nimi jak za objawionymi prawdami. Wróć, do tego co robisz.

Gdy za bardzo ci takie myśli przeszkadzają, wstań i policz ile wokół siebie masz rzeczy o niebieskim kolorze. Albo poszukaj czegoś, na co do tej pory nie zwracałeś uwagi. Albo zwróć uwagę na to, co się dzieje z twoim oddechem. Albo wyjdź na spacer i poczuj krople deszczu na twarzy i chłód wiatru. Cokolwiek, co sprawi, że przestaniesz analizować i oceniać siebie a zaczniesz doświadczać. Tzn. doznawać tego, co się dzieje w twoich zmysłach.

To samo podejście możesz stosować wtedy, gdy czujesz potrzebę pokonania innych, pragnienie by zasłużyć na ich pochwałę czy ochotę zrobienia, czegoś, czego świat nie widział. Czy też gdy zaczynasz się zastanawiać czy coś ci wyjdzie tak, jak byś chciał. Zaakceptuj to wszystko. Pozwól by te myśli przypłynęły i wróć, tak szybko jak możesz do tego, co robisz.

Gdy ci się to uda, stopniowo, po pewnym czasie być może wróci uczucie, że to, czym się zajmujesz „robi się samo”. Być może poczujesz się całością z tym co robisz.

Dopiero takie działanie jest blisko palenia się. Ogień rozprzestrzenia się sam, bez naszego starania. Jedyne, co może mu przeszkodzić, to woda jaką ciągle się zalewamy. Tą wodą jest nasze skupienie na własnym obrazie. Analizowanie siebie, próby dorastania do własnych, ciągle śrubowanych oczekiwań pod swoim adresem.

Jak sobie ułatwić osiągnięcie celu?

Jak sobie ułatwić osiągnięcie celu?

Opublikowano 28 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Francuz, Pierre le Grand z wyspy Tortuga, zmęczony życiem myśliwego i plantatora (tzw. bukaniera), zebrał kilkunastu kompanów i wypłynął na morze. Ledwo mieścili się w swojej łódce. Chcieli złupić jakiś niewielki statek handlowy. Nie mieli jednak szczęścia. Byli na pełnym morzu już od kilku dni, ciągle jednak nic nie spotkali. Skończyła im się woda i jedzenie, dokuczał upał i niewygody.

Już mieli zrezygnowani wracać, gdy ktoś w dali zobaczył żagiel. Rzuci się w jago stronę najszybciej jak mogli. Jednak im lepiej mogli go widzieć, tym bardziej rzedły im miny. To nie był „niewielki statek handlowy”. To był ogromny okręt wojenny z rzędem dział po obu stronach burty i załogą liczącą ponad 200 osób. Małe szanse by trzydziestka wygłodzonych i obdartych plantatorów, stłoczonych w niewielkiej żaglówce i uzbrojonych jedynie w noże i pistolety, mogła coś wskórać. Z drugiej strony zdobycz kusiły. Byli głodni i wycieńczeniu, a na statku było jedzenie i być może jakieś pieniądze.

Łódź została zauważona z okrętu wojennego. Jeden z oficerów zameldował to kapitanowi. Ten spojrzał, nie przerywając gry w karty i powiedział: „No i co z tego? Nie obawiam się nawet okrętu tak wielkiego i potężnego jak mój, a cóż dopiero takiej łupiny”. Spokojnie wrócił do kart.

Zapadł zmrok a łódź ciągle trzymała się w okolicy okrętu. Głodni i zmęczeni bukanierzy postanowili działać. Zaczęli od złożenia przysięgę wobec siebie „iż w boju nie okażą najmniejszej obawy czy słabości”. To było zaklinanie rzeczywistości. My również często powtarzamy sobie takie rzeczy: tym razem się uda, zrobię, to będę niepokonany! Efekty – wiadomo jakie są. Nasz Pierre, nie byłby la Grande (Wielki) gdyby o tym nie wiedział. Dlatego zrobił coś jeszcze. Gdy cicho podpływali pod burty okrętu, kazał wywiercić w dnie łodzi dziurę. Im bardziej podpływali, tym bardziej łódź się zanurzała. Gdy mogli chwycić się burt, łódź cicho poszła na dno.

Nie mieli odwrotu. Mogli iść tylko do przodu. Błyskawicznie wdrapali się na pokład i zaatakowali zbrojownię. Potem wdarli się do wielkiej kabiny, gdzie kapitan ciągle grał w karty. Przystawiając mu pistolet do piersi kazali poddać cały okręt. Okazało się, że statek wiózł ładunek złota. Pierre la Grand zatrzymał tylu żołnierzy ilu potrzebował do obsługi żagli a pozostałych wysadził na ląd. Następnie wrócił do Francji i nigdy nie wrócił na Karaiby. Gdy tylko rozeszła się wiadomość o jego wyczynie, morze zaroiło się od podobnie działających, gotowych na wszystko rzezimieszków. Przez następne kilkaset lat, regularne armie nie mogły sobie poradzić z “piratami z Karaibów”.

Takich historii można opowiedzieć więcej. Wielcy wodzowie przekraczali Rubikon, palili za sobą mosty czy palili własne okręty – jak choćby w 711 roku Tarik ibn Ziyad, dowódca, który na kilkaset lat podbił Hiszpanię:

O moi wojownicy, dokąd mielibyście umknąć? Za wami jest morze, a przed wami wróg. Zostaliście jedynie z nadzieją na odwagę i stałość … jeżeli będziecie zwlekać z szybkim uchwyceniem zwycięstwa, wasz szczęśliwy los zniknie, a wasz nieprzyjaciel, którego obecność napełnia was strachem przeważy… oto stoi przed wami wspaniała okazja do pobicia go, jeżeli tylko odważycie się chętnie narazić się na śmierć[i].

Bliższy naszym czasom jest inny dowódca, który zastosował tą samą technikę. Henran Cortez, konkwistador, który z grupą zaledwie kilkuset żołnierzy podbił ogromne imperium Inków. Zanim spalił okręty, by wyleczyć swoich żołnierzy z wahań, najpierw wymontował z nich wszystko, co stanowiło jakąkolwiek wartość (metalowe części, działa, żagle, itp.).

Nie chodzi o niszczenie

Strategia „palenia okrętów” nie polega na bezmyślnym niszczeniu. Nie chodzi o to, byś zaczął wszystko rozwalać, gdy tylko wpadnie ci do głowy marzenie. Nie chodzi o to, by utrudniać sobie życie, nieprzemyślanymi krokami.

Chodzi o to, by z rozmysłem stworzyć warunki, w których nie będziesz rozdarty między możliwościami. Gdy droga do tyłu jest tak samo otwarta jak droga do tyłu, jesteś w zawieszeniu. Twój umysł błąka się to tu, to tam. W efekcie nie wykorzystujesz wszystkich możliwych okazji i wszystkich własnych możliwości działania.

Póki droga odwrotu jest tak samo otwarta jak droga do przodu, nie możesz być pewny swojej woli. W jednej chwili możesz czuć energię i zapał, ale w drugiej możesz poczuć rezygnację. Gdy pojawią się trudności lub będziesz miał gorszy dzień, okaże się, że chcesz tylko na wpół. Że twoja wiara w sukces nie do końca jest pewna, że trudno ci się do czegoś zmobilizować. W takiej sytuacji spalone, lub przynajmniej podtopione okręty bardzo się przydają. Gdy nie masz innego wyboru, łatwiej uwierzyć, że może

Kilka sugestii

Możesz zrobić kilka rzeczy:

Nie planuj odwrotu. Wiele osób myśli o swoich marzeniach, z góry planując drogę odwrotu i nazywając ją planem awaryjny. Mówią np. jak mi nie wyjdzie własny biznes, to zawsze mogę liczyć na etat. To nie jest żaden plan awaryjny, ale plan ucieczki. Dobry plan awaryjny to plan działań typu: „jak mi nie wyjdzie w ten sposób, to spróbuję tak, jak nie drzwiami, to oknem”. W takim planie nie ma miejsca na ucieczkę.

Zaangażuj innych ludzi by utrudnili ci tkwienie w miejscu. William James pisze: „Pamiętam, że niegdyś czytałem w jednej z gazet austriackich ogłoszenie pewnego Rudolfa, który obiecał pięćdziesiąt guldenów nagrody człowiekowi, który pod dacie ogłoszenia spotka go w winiarni. «Czynię to – wyjaśniał dalej w ogłoszeniu – wskutek przyrzeczenia, danego mej żonie». Taka żona i takie właściwe pojmowanie sposobu pozbywania się starych nałogów, mogą każdego ośmielić do zaryzykowania pieniędzy i założenia się, że Rudolf dotrzyma postanowienia.

Nie musisz dawać ogłoszenia w gazecie. Możesz poprosić ludzi (lub ich nawet zatrudnić) by uprzykrzali cię stanie w miejscu. Niech cię wyśmieją, gdy nie uda ci się tego osiągnąć. Możesz założyć się z kimś, o coś cennego, że uda ci się dopiąć swego.

Podbij stawkę. Przez wiele lat usiłowałem zrobić prawo jazdy. Bez żadnych efektów poświęciłem na to wiele energii. Gdy dowiedziałem się, że będę ojcem, zrobiłem je w ciągu miesiąca. Tym razem wiedziałem do czego jest mi potrzebne. Wiedziałem, że bez niego (moja żona również nie miała wtedy prawa jazdy) dziecko będzie miało znacznie ciężej. Usiądź jeszcze i spisz wszystkie korzyści, jakie osiągniesz dzięki realizacji swojego marzenia. Zrób tak długa listę, jak tylko się da. Czego, z tej całej listy najbardziej potrzebujesz? Bez czego nie możesz żyć?

Podnieś koszty nie działania. Dla niektórych pomocna jest prosta strategia karania się i nagradzania. Np.: nie golę się, dopóki nie ukończę książki, albo nie umawiam się na randki, póki nie zarobię pierwszych 10 000. Nie zawsze to dobrze działa – czasem buduje niepotrzebne napięcie i stres. Może jednak być pomocne.

Zrób krok do przodu (rozważny). Pozbądź się tego, co nie jest ci potrzebne do realizacji celów. Zwolnij się z pracy, wyjedź za granicę, zapisz się na studia, itd. Nie zwlekaj, aż zapał ci przejdzie.


[i] http://www.fordham.edu/halsall/source/711Tarik1.html

Zanurkować w deszcz

Zanurkować w deszcz

Opublikowano 26 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Od pewnego czasu w wolnych chwilach czytam książkę napisaną w 1928 roku przez japońskiego psychiatrę Shōma Morita. Najczęściej czytam ją porcjami dziesięciominutowymi, ale to wystarczy by mieć wiele do myślenia. Ostatnio przeczytałem historię wyleczenie pewnej pacjentki.

Pacjentka z atakami palpitacji

Kobieta od kilku lat cierpiała na ataki bólu i palpitacje serca. W trakcie ataków nie mogła położyć się na łóżku, ale ze względu na ból musiała siedzieć podparta. Ataki zawsze powtarzały się codziennie przez kilka dni.

Podczas badań okazało się, że kobieta jest zdrowa od strony fizycznej – ma zdrowe serce i nie cierpi na schorzenia, które mogłyby wywoływać ból.

Podczas pierwszej rozmowy pacjentka powiedziała, że tej nocy ból na pewno się pojawi, bo poprzedniej miała pierwszy atak. Morita relacjonuje:

Poprosiłem ją, by wieczorem przyjęła w łóżku poziomą pozycję (taką, w której atak jest najbardziej prawdopodobny) i postarała się samodzielnie wywołać ból. Poprosiłem ją, by uważnie obserwowała, od samego początku cały przebieg ataku. Obiecałem, że jeżeli to zrobi, nauczę ją zapobiegać atakom w przyszłości. Zapewniłem ją, że nawet, gdyby miała odczuwać ból przez całą noc, warto wytrzymać by w perspektywie na stałe pozbyć się dolegliwości. Klientka obiecała, że tak postąpi.

Podczas następnej wizyty, opowiedziała, że próbowała zrobić tak, jak jej poleciłem, ale nie była w stanie wywołać ataku. Zasnęła w przeciągu pięciu minut i nie obudziła się aż do rana. Gdy zapytałem ją czy myśli, że ataki powrócą, odpowiedziała, że jest przekonana, że nie, gdyż jest od nich uwolniona, mimo, że nie potrafi powiedzieć dlaczego. Wyjaśniłem jej, że to taitoku [termin zen oznaczający wiedzę pochodzącą z bezpośredniego doświadczenia, będącą przeciwieństwem rikai – wiedzy pochodzącej z intelektu]. Ta wiedza nie jest ani teorią ani ideologią.

Gdy zaakceptowała moją instrukcję, stała się zdeterminowana do tego by cierpieć przez całą noc i zanurkować w tym, co ją przeraża. Przestała obawiać się ataku, który ma nastąpić i przestała zajmować się kwestią uniknięcia go. To był powód, dla którego atak nie nastąpił. Poprzednio, gdy spodziewała się ataku, chciała go uniknąć, to wywoływało konflikt mentalny, który powiększał cierpienie i lęk.

Bez potrzeby unikania bólu

Czytając ten opis uświadomiłem sobie, że dokładnie ten sam proces był podstawą mojego małego sukcesu związanego z prawem jazdy (pisałem o nim tutaj). Poprzednio ile razy chciałem zdać egzamin, bałem się związanego z tym bólu. Bałem się:

  • wstydu, że nie zdam,
  • zażenowania (taki stary, a jeszcze nie ma prawa jazdy),
  • rozczarowania (własnego i innych ludzi)
  • etykietki mało zdolnego, itp.

To wszystko było na tyle nieprzyjemne, że moja energia się rozpraszała. Z jednej strony starałem się skupić na nauce i zadawaniu, z drugiej zminimalizować nieprzyjemności. W efekcie byłem jak ktoś, kto chce dojść do domu, ale zamiast tego przeskakuje od okapu do okapu, bo zaczął padać deszcz a on nie ma parasola.

Fragment osiemnastowiecznej, księgi samurajów Hagakure cytowałem już w „Energii wewnętrznej”:

Jest coś, czego możesz się nauczyć podczas burzy. Gdy dopadnie cię nagła ulewa, nie próbuj się przed nią schować, ale szybko pobiegnij drogą. Przechodzenie od okapu do okapu nie uchroni cię od wody. Gdy jesteś zdeterminowany od samego początku, nie pogubisz się, mimo, że przemokniesz.

Gdy nasza uwaga jest rozproszona miedzy unikaniem deszczu a szybkim dotarcie do celu, zazwyczaj grzęźniemy gdzieś po drodze. Stajemy się pogubieni, nie dość klarowni.

Cel – gdzie biegnę?

Gdy toczą się sprawy życia i śmierci nikt nie bawi się w unikanie deszczu. Nie muszą to być dosłownie sprawy życia i śmierci. Wystarczy, że są to np. kwestie finansowe. Ile osób jest w stanie solidnie zmoknąć, byle im dobrze zapłacili? Ale mogą to być także sprawy innych ludzi.

Dla mnie dużą siłą jest uświadomienie sobie ceny, jaką inni zapłacą za moje zaniedbania. Ja sam wszystko jeszcze jakoś zniosę, ale dlaczego inni mają płacić za moje lenistwo?

Dla wielu z nas taka zewnętrzna motywacja jest bardzo silna. Znacznie silniejsza niż np. oczekiwanie, że będę się dobrze bawić lub będę bardziej doskonały.

Cel, który nie dotyczy nas samych ma w sobie siłę, która uodparnia nas na niewygody. Gdy jedyne, na czym mi zależy jest moje samopoczucie, dobra zabawa czy doskonałość, staję się nadmiernie wrażliwy na przeszkody. Mdleję przed byle pogorszeniem warunków.

Gdy dążę, do czegoś poza mną, kwestie samopoczucia przestają być tak ważne. Staję się znacznie mniej delikatny.

Moje wewnętrzne niedogodności przestają być ważne, gdy widzę siebie jako człowieka działającego w świecie i przekształcającego ten świat.

Nie chodzi o to by być twardym

Wiele osób zna nieco podobną strategię. To stary, żołnierski sposób „na twardziela”: gdy idziesz w bój, przygotuj się na śmierć. Gdy np. boisz się wystąpienia publicznego wyobraź sobie, co najgorszego może cię spotkać. Zobacz jak cię wyśmiewają i krytykują. Albo, gdy wstydzisz się podejść do nieznanej osoby, pomyśl, co najgorszego może się stać. Wyśmieje cię? Wezwie policję?

Czasem zdarza mi się mieć ciężki czas podczas pisania. Siedzę i trudno mi wydusić z siebie coś sensownego. Piszę i od razy kasuję. Boję się, że nie napiszę nic sensownego i nikt nie znajdzie w tym nic przydatnego. Co zrobić? Zgodnie z tą metodą, powinienem wyobrazić sobie niezadowolonych czytelników. Fajnie, tylko, że gdy to widzę, wcale nie chce mi się pisać. Po co mam to robić? Jakim cudem mam mieć ochotę pisać dla ludzi, którzy tego nie potrzebują?

Nie jestem masochistą. Nie muszę pisać. Nie muszę występować publicznie. Nie należę do tych, którzy robią coś, bo ktoś im kazał. Nie chodzę już do szkoły. Nie mam nad sobą szefa. Jak coś mi się nie podoba, nie robię tego.

Ciekaw jestem czy ktokolwiek zastosował sposób „na twardziela” więcej niż trzy razy. Za pierwszym razem może być skuteczny na zasadzie autosugestii. Za trzecim, siła sugestii maleje i okazuje się, że gdy wyobrażam sobie swoje porażki jest jeszcze gorzej. Jestem przekonany, że ktoś, kto poleca tą metodę, sam nie próbował je używać.

Morita wcale nie przekonywał klientki o tym, że w życiu trzeba być twardym. Słowem nie, że musi być gotowa do tego by znosić ból. Zamiast tego dał jej cel. Cel w świetle, którego ból stał się mało ważny. Ciągle dokuczliwy, ciągle nieprzyjemny i nie chciany, ale mało ważny.

Twardziel, to ktoś, kto szuka trudności dla samej trudności. To ktoś, kto wybiega na deszcz by udowodnić (często także sobie), że się go nie boi. To nie jest ani postawa samuraja, ani mądrego człowieka. Nie chodzi o to, by być mokrym. Jak nie musisz nie wychodź na deszcz. A jak musisz wyjść i masz przy sobie parasol, to wyciąg go zanim wyjdziesz. Jeżeli możesz uniknąć deszczu – uniknij.

Nigdy jednak nie trać czasu na szukanie parasola, gdy masz coś ważnego do załatwienia. Nie pozwól by krople deszczu ci przeszkodziły.

Skoro i tak zmokniesz, jaki ma sens chowanie się przed deszczem?

Skoro i tak będziesz cierpieć, jaki ma sens chowanie się przed cierpieniem? Lepiej cierpieć z sensem, idąc do przodu niż bez sensu, usiłując wszystko wygodnie ułożyć.

Lepiej czuć ból biegnąc z determinacją do przodu, mając świadomość, że robisz coś ważnego, niż czuć ból będąc schowanym pod okapem.

Znosić z odwagą codzienne cierpienie, które jest konieczne – to jest mądrość.

Rozejrzyj się wokół

Ktoś może powiedzieć, odróżnić cierpienie, które warto znosić, od tego, które nie warto, jest bardzo trudno. Tak, trudne dla naszego intelektu. Ale gdy masz przed sobą ważny cel i nie oszukujesz siebie samego, dobrze wiesz, co musisz znieść, a co nie.

Gdy ciągle masz wątpliwości, to znak, że jeszcze usiłujesz dopasować siebie samego do papierowych fantazji. Że ciągle starasz się stosować do jakichś ideałów.

By wyjść z tego błędnego koła, rozejrzyj się wokół siebie. Choćby na chwilę zobacz, co się dzieje wokół ciebie.

Przestań ciągle szukać odpowiedzi na pytanie o to jak się dziś czujesz, dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa i jak możesz zmienić swoje życie. Zamiast tego pomyśl, co się dzieje w ludziach, którzy cię otaczają. Co czują? Czego się boją? Z czego się cieszą?

Przestań przygotowywać się do życia, bo ten deszcz zawsze będzie padał. Nigdy nie przyjdzie odpowiedni moment.

Przestań przygotowywać się na śmierć, bo to ciągle jest szukanie własnej wygody i skupianie na sobie. Nie ma w tym nic szlachetnego. Zamiast tego otwórz oczy i rozejrzyj się wokół.

Kiedyś rozmawiałem z trenerką, która przed szkoleniem była bardzo przejęta tym, jak wypadnie. Była tak skupiona na tym, że drżały jej ręce i łamał się głos. Im bardziej starała się zapanować nad sobą, tym było z nią gorzej. Zaczęła się mi żalić na to, co przechodzi.

Zapytałem ją czy ma pojęcie, jak się czują uczestnicy szkolenia. Czy mogłaby wymienić przynajmniej trzy rzeczy, których się boją? Okazało się, że wspólnie możemy znaleźć znacznie więcej obaw. Boją się, że szkolenie będzie stratą czasu, że nie zrozumieją, o co chodzi, że okażą się niepojętni, że po powrocie ze szkolenia przełożony powie im, że nie rokują nadziei, że prowadzący wytknie im niewiedzę.

Gdy dotarło do niej, że istnieje jeszcze świat poza jej własnym, że inni ludzie w tej samej sytuacji mogą mieć równie ciężko, nie czekając na początek zajęć poszła wśród ludzi i zaczęła z nimi rozmawiać. Zamiast dogadzać sobie, poczuła, że jest potrzebna innym.

Kiedyś słyszałem taką historię:

Młody chirurg ma po raz pierwszy dyżur na oddziale nagłych przypadków. Przywożą mu okropnie poparzonego pacjenta. Chirurg chce mu pomóc, ale czuje tremę. Pierwszy raz tak wiele od niego zależy. Nie wie, czy uda mu się wszystko bezbłędnie zrobić. Przed zabiegiem dzwoni do przyjaciela i zwierza się, że jest strasznie spięty i nie czuje się najlepiej w tej sytuacji.

- Nie czujesz się najlepiej? – mówi przyjaciel – pomyśl jak czuje się ten człowiek!

Młodemu chirurgowi robi się głupio. Zobaczył, że jest skupiony na rzeczy najmniej ważnej. Zamiast myśleć o sobie, skupia się na pacjencie i robi wszystko, co może.

Gdy się boisz nie dbaj o to, co się z tobą dzieje. Nie szukaj ulgi. Nie staraj się być bardziej dojrzałym, bardziej akceptującym czy bardziej twardym.

Boisz się? To dlatego, że ciągle skupiasz uwagę na sobie. Myślisz, że świat wokół ciebie jest mniej ciekawy? Że i tak nie uda ci się utrzymać na nim uwagi? Spróbuj. Otwórz oczy i przyjrzyj się temu, co cię otacza. Popatrz na miejsce w którym jesteś. Przyjrzyj się ludziom, jacy cię otaczają. Zobacz czego potrzebują i czym żyją? Sam ocenisz, czy chcesz wrócić do ciągłego wpatrywania się w lustro.

Założę się, że szybko sobie uświadomisz co ważnego masz do zrobienia na świecie. Gdy tylko sobie to uświadomisz, natychmiast zacznij biec do przodu. Nie czekaj aż przestanie padać deszcz. Zanurkuj w nim, choćby był największy.

I tak go nie unikniesz. A tak, przynajmniej się nie pogubisz.

Liczy się świat, a nie twoje niedoskonałości

Po chwili biegu, złapiesz się na tym, że znów lecisz pod okap. Nie rób z tego afery. No cóż, nie jesteś doskonały. Nazywaj się jak chcesz. Głupi, leniwy, spięty, niegodny, niedojrzały…

To tylko mało ważne etykiety. Tak, ciągle jeszcze bardziej skupiasz się na sobie a nie na świecie. Ale to nie jest takie ważne. Po prostu wróć do swojego biegu. On liczy się bardziej niż twoja doskonałość.

Przestań marzyć o szczęściu, skup się na życiu

Przestań marzyć o szczęściu, skup się na życiu

Opublikowano 19 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Niektórzy ludzie, gdy ich poprosić o listę marzeń mówią: marzę o tym by być szczęśliwym. Albo mówią: marzę o tym by się dobrze czuć, lepiej niż teraz. Marzę by być zdrowy i zadowolonym z życia. Niektórzy mówią to nawet z poczuciem jakiegoś wyższego stopnia rozwoju psychicznego. Hej, patrzcie – zdają się mówić – jestem poza te wszystkie małe i przyziemne rzeczy, wiem, co jest najważniejsze.

Owszem, szczęście i dobre samopoczucie, to coś, o czym każdy marzy. Jednak nigdy nie można go osiągnąć poprzez bezpośrednie dążenia. Jest dokładnie tak, jak stwierdził Aldous Huxley:

Szczęścia nie osiąga się poprzez celowe dążenia do szczęścia. Jest ono produktem ubocznych innych dążeń.

Chcesz być szczęśliwym? Zapomnij o szczęściu. Zajmij się dążeniem do jakiegoś konkretnego celu. Do czegoś, co leży poza tobą. Przestań dreptać w kółko, wokół własnego ogona.

Ktoś, kto twierdzi, że jego jednym marzeniem jest szczęście jest nie tylko egoistą, ale osobą, która prawdopodobnie funkcjonuje na granicy zdrowia psychicznego. Marzenia o szczęściu i dobrym samopoczuciu są typowe dla ludzie cierpiących na różnego rodzaju zaburzenia nerwicowe. O czym marzą takie osoby? By wreszcie poczuć się lepiej, by pozbyć się lepiej, by pozbyć się lęków, by móc „normalnie żyć”.

Każda ich myśl, każde marzenie obraca się wokół nich samych. To ja straszenie cierpię, to ja strasznie pragnę szczęścia, to ja muszę coś zrobić. Poza „ja” nie istnieje żaden świat. Idą do psychologa, a psycholog najczęściej pogłębia ich krążenie wokół własnego ogona. Jeszcze głębiej zajmują się analizą siebie, swoich przeżyć i swoich uczuć. Robi się błędne koło. Im bardziej skupiam się na swoich przeżyciach, tym mniej widzę świata poza. Im lepiej widzę swoje wnętrze, tym bardziej czuję, że coś ze mną jest nie tak, że coraz bardziej cierpię.

Tymczasem ludzie, którzy się samorealizują, którzy potrafią czerpać z życia radość i którzy po prostu są szczęśliwi, zawsze skupiają swoją uwagę na zewnątrz.

Jeżeli szukasz naprawdę szczęśliwego człowieka, znajdziesz go budującego łódź, komponującego symfonię, wychowującego syna, hodującego podwójne dalie w swoim ogrodzie lub szukającego jaja dinozaura na pustyni Gobi. (W. Béran Wolfe)

Tacy ludzie dążą do czegoś co jest poza nimi. Spalają się w tym dążeniu. To, czy są szczęśliwi czy nie, mniej ich obchodzi niż to, czy uda im się zrobić, to co im się marzy.

I właśnie wtedy, podczas skupionego dążenia do celu, jaki leży poza nimi, podczas zdobywania szczytu, podczas budowy domu, podczas pisania książki, podczas wychowywania dzieci, bez żadnych specjalnych wysiłków przychodzi szczęście i spełnienie.

Skupienie na sobie sprawia, że zwykli ludzie zmieniają się w neurotyków. Jak stwierdził kiedyś Dali:Od wariata różnię się tylko tym, że nim nie jestem. Czym ja się różnię od człowieka powiedzmy z depresją? Przykro mi, ale tylko tym, że nie robię problemu z tego co czuję. Ponieważ mam cel, który leży na zewnątrz, nie robię takiej afery z tego, czy akurat czuję się przygnębiony czy nie. Oczywiście nie czuję tego co człowiek z depresją. Ale tylko dlatego, że błędne koło emocji i ich unikanie nie zdążyło się rozwinąć.

Wiem: ależ to jest niezgodne z zasadami psychologii! Człowiek musi być świadomy swoich uczuć, mieć z nimi kontakt, itp. Tak mówią ludzie, którzy nieco liznęli psychologii. Kontakt ze swoimi uczuciami jest czymś zupełnie innym. Mieć kontakt – owszem, zamykać się w tym świecie – nie. To oczywiście jest także zupełnie niezgodne z polityką koncernów farmaceutyczych, które produkują leki polepszające nastrój i chcą wmówić wszystkim, że każdy smute, lęk czy pogorszenie  nstroju, to problem, który trzeba leczyć.

Przestań krążyć wokół tego jak się czujesz, czy jak się będziesz czuć. Jest świat poza tobą. Obudź swoje marzenie. Znajdź coś do czego możesz dążyć, co nie jest twoim samopoczuciem. Bądź pewny, że nikt kto dążył tylko do tego by osiągnąć szczęście i dobrze się czuć nigdy nie osiągnął satysfakcji.

Czego chcesz? Co się pociąga? Co chcesz mieć? Co chcesz zrobić? Gdzie chcesz być?

Jesteś w stanie dążyć do celu, nawet wtedy gdy czujesz całą górę negatywnym emocji. Przestań z nich robić problem. Każdy czuje lęk. Każdy od czasu do czasu czuje dokładnie to, co ludzie z depresją. Każdy ma od czasu do czasu ochotę się poddać. Nie jesteś wyjątkiem. Dopuść to do świadomości i idź dalej.

Jest świat na zewnatrz ciebie. Całkiem wspaniały. Rozejrzyj się wokół. Wyjdź na zewnątrz. Szkoda czasu na siedzenie w środku.

Nie noś się ze swoim marzeniem zbyt długo

Nie noś się ze swoim marzeniem zbyt długo

Opublikowano 23 maja 2009 | By | Kategorie: historie | 3 komentarze

Był sobie kiedyś człowiek, który znalazł żyłę złota. Szybko zamaskował swoje odkrycie i poszedł dowiedzieć się, do kogo należy ziemia. Właściciel był chętny do sprzedaży. Nie miał pojęcia co skrywa jego pole. Żądał jednak wysokiej kwoty. Tak wysokiej, że nasz poszukiwacz musiałby sprzedać dokładnie wszystko, co miał a na dodatek solidnie się zapożyczyć.

Trochę żal mu się zrobiło rzeczy, które zgromadził przez kawał życia. Trudno mu się było z nimi rozstać. Pomyślał: -Przecież nie muszę tego robić od razu. Do jutro na pewno nikt nie odkryje tego złota. Tak, jutro rano się tym zajmę.

Jednak następnego dnia pomyślał, że szkoda wszystko tak szybko sprzedawać – Więcej czasu pozwoli mi dostać lepszą cenę. Dziś się rozejrzę, a sprzedażą zajmę się jutro.

I tak dzień po dniu odkładał realizację swojego przedsięwzięcia.

Któregoś dnia zapytał sam siebie – A jeżeli się pomyliłem? Jeżeli tam nie ma żadnego złota? Albo jest go bardzo niewiele? Albo, jeżeli pomyliłem działki? Co wtedy?

Po kilku kolejnych dniach powiedział sobie: – Tak, to było tylko złudzenie. Tylko mi się wydawało. Dobrze, że byłem rozważny i nie dałem się ponieść emocjom.

 

W Hagakure, księdze samurajów, jest rada:

Zgodnie z naukami starożytnych mędrców, decyzję trzeba podejmować w przeciągu siedmiu oddechów. Pan Takanobu powiedział: „Jeżeli rozważanie trwa długo, efekty będą kiepskie”. Pan Naoshige powiedział „Jeżeli sprawy są załatwiane powolnie, siedem na dziesięć kończy się źle”. Wojownik jest osobą, która działa szybko. Gdy twój umysł błąka się tam i z powrotem, rozważanie nigdy nie doprowadzi cię do konkluzji. Ze świeżym, intensywnym i pełnym wigoru umysłem można podjąć decyzję na przestrzeni siedmiu oddechów. To jest kwestia determinacji i ducha zdolnego przebić się wprost na drugą stronę. 

Gdzie ludzie są najbardziej szczęśliwi?

Opublikowano 13 maja 2008 | By | Kategorie: motywacja | 4 komentarze

Najlepiej mieszkać tam, gdzie ludzie są najbardziej szczęśliwi. Psycholodzy, na podstawie badań prowadzonych na całym świecie opracowali mapę szczęścia. A dokładnie „subiektywnego poczucia zadowolenia z życia”. W jakimś stopniu takie zadowolenie przekłada się na energię życiową.

Na tej mapie im ciemniejszy kolor tym większe poczucie szczęścia, im jaśniejszy, ty bardziej niezadowoleni ze swojego życia są ludzie. Bordowy to wysokie poczucie szczęścia, żółty – niskie.
Mapa szczęścia
Gdy uszeregować wyniki, od krajów najbardziej szczęśliwych do najmniej, powstaje ciekawa lista. Jak myślisz, kto jest na pierwszym miejscu, a kto na ostatnim? Na której pozycji jest Polska? (lista ma 178 punktów) [...]

Pokłady energii pod stopami

Opublikowano 29 kwietnia 2008 | By | Kategorie: motywacja | Brak komentarzy

Czasem jesteśmy jak ludzie, którzy siedzą na roponośnym polu nie zdając sobie sprawy, że tuż pod ich stopami są olbrzymie pokłady energii. Trzeba tylko zrobić odwiert, a wtedy okaże się, że stać nas na wszystko, o czym tylko marzymy. Mam nadzieję, że kilka pomysłów na zrobienie takich odwiertów udało ci się znaleźć w trakcie czytania mojej książki. Być może odkrycie najlepszych ciągle jest przed tobą. Jestem pewny, że uda ci się je znaleźć. Pamiętaj tylko by nie akceptować stanu wyczerpania, apatii i niskiej energii. Naszym normalnym stanem jest stan wysokiej energii. Na pewno masz ją w sobie. Twoim zadaniem jest dotrzeć do niej i pozwolić jej działać.

Dlaczego energia?

Opublikowano 16 kwietnia 2008 | By | Kategorie: motywacja | Brak komentarzy

Gdy wpiszesz w wyszukiwarce słowo „energia”, znajdziesz około 1,5 miliona storn. Kiedy wprowadzisz angielskie energy, otrzymasz aż 380 milionów odsyłaczy – to tylko o 8% mniej, niż gdybyś wpisał sex. Wygląda na to, że słowo energia jest dla ludzkości jednym z ważniejszych. Energia elektryczna, potencjalna, cieplna, jądrowa. Energia darmowa, zielona, słoneczna, energia wiatru, rakiety, maszyny… A co z energią człowieka?

Sięgnąłem po słownik. Jakie jest podstawowe znacznie słowa energia? Słownik języka polskiego na pierwszym miejscu mówi, że jest to „…zdolność do intensywnego działania, jako cecha człowieka, moc, siła”. I podaje przykłady użycia tego słowa: „Dopływ, przypływ energii. Obudzić w kimś energię. Pracować z energią. Zabrać się (do pracy, nauki) ze zdwojoną energią…” W innych słownikach podobnie – energia to „zdolność do działania, zdolność do dokonywania wysiłku, siła życiowa wigor; wewnętrzna moc do działania.”

Energia to nie tylko odczucie. To przede wszystkim działanie. Słowo energia pochodzi od greckiego ergon – praca, działanie, czyn, wytwór, dzieło. Energia zatem to nie coś, o czym się mówi, to nie przyjemne odczucia, czy miłe wibracje. W swojej istocie to skuteczne, intensywne działanie, które prowadzi do wykonania jakiegoś dzieła. To ruch do przodu, stanowczy, sprężysty i skuteczny.

Człowiek i energia

Mark Twain pisał:

Czym jest człowiek bez energii? Niczym, zupełnie niczym. Co było największą cechą charakteru Napoleona? Jego niezwyciężona energia! Zsumuj wszystkie dary, którymi obdarzony jest człowiek, a największa część podziwu przypadnie jego energii. Gdybym był poganinem, wzniósłbym posąg Energii, upadł przed nią i ją wielbił!

Energiczne działanie nie jest zarezerwowane wyłącznie dla ludzi takich jak Napoleon. Każdy może osiągnąć wysoki poziom energii wewnętrznej. Twoja psychika jest tak ukształtowana, że najbardziej naturalny jest dla niej właśnie stan wysokiej energii. Gdy wszystko działa tak jak, powinno, gdy nie ma blokad, zatorów, przewężeń i ślepych dróg, energia płynie przez ciebie szerokim strumieniem. Od stóp do czubka głowy. Czujesz wtedy skupienie i pełne zaangażowanie w to, co robisz. Wszystko przychodzi ci łatwo i bez wysiłku. Nie znaczy to jednak, że czujesz się, jakbyś leżał bezwładnie na plaży, a cały świat ci usługiwał. Jesteś raczej jak rozpędzona kula, którą wystarczy delikatnie tknąć, by zmieniła swój kierunek. Twoja uwaga w naturalny sposób ogniskuje się na tym, co robisz. W takim stanie możesz pokonywać przeszkody i osiągać niedostępne cele. Jesteś wtedy jak popychany wiatrem żaglowiec, który mimo ogromnej masy z lekkością unosi się na falach. To nie jego własna siła sprawia, że płynie. To siła, które pochodzi z zewnątrz. Nie jest ona własnością okrętu. Nie można mieć wiatru. Można tylko ustawić żagle i liczyć, że wpadnie w nie wiatr. A na tym oceanie wiatry wieją zawsze. Nie wieją tylko dla tych, którzy nie potrafią lub nie chcą postawić żagli. Zarządzanie własną energią jest właśnie taką umiejętnością stawiani żagli i sterowania okrętem.

[wp_email_capture_form]