Tag Archives: geniusz
Boże, naucz mnie być przeciętnym jak biało – czarna krowa

Boże, naucz mnie być przeciętnym jak biało – czarna krowa

Opublikowano 11 marca 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 18 komentarzy

Fioletowa krowa przy drodze speca od marketingu

Seth Godin, guru marketingu, rozpoczyna swoją książkę opowieścią o tym jak podróżował z rodziną przez Francję.

Gdy wyjechali z miasta byli oczarowani malowniczymi pastwiskami i pasącymi się na nich krowami. Widok, od którego przeciętny mieszczuch nie może oderwać oczu. Piękny jak książeczka z obrazkami, którą czytało się w dzieciństwie.

Dokładnie to samo robią moje dzieci, gdy na horyzoncie zobaczą choćby niewielką łaciatą figurkę krowy. Dla moich dzieci (i zapewne dzieci Godina), krowa jest znacznie bardziej egzotycznym zwierzęciem niż tygrys, gibon czy słoń. Te ostatnie widujemy od czasu do czasu w zoo. Krowy mamy wyłącznie na ilustracjach.

Po kilkunastu minutach w samochodzie Godinów coś zaczęło się jednak zmieniać. Na początek krowy stały się nieco mniej interesujące. Wystarczyło rzucić na nie okiem od czasu do czasu. Potem stawały się coraz bardziej zwyczajne. W końcu stały się nudne. Po niecałych dwudziestu minutach czar prysł i nikt już nie zwracał na nie uwagi..

Jak pisze Godin: każda krowa jest taka sama i gdy widziałeś jedną, widziałeś wszystkie. By ożywić uwagę, musielibyśmy zobaczyć coś zupełnie nowego. Na przykład fioletową krowę.

Godin wyciąga prosty wniosek: jeżeli chcesz przeżyć w dzisiejszym świecie, musisz stać się fioletową krową. Nie tylko musisz się różnić. Musisz być niezwykły i ponadprzeciętny. Inaczej ludzie cię nie dostrzegą i będzie tak, jakbyś nie istniał. Będziesz jednym z wielu nic nie wartych nudziarzy. Być przeciętnym to znacznie bardziej niebezpieczne niż się wyróżniać:

Chcę jasno powiedzieć, że bezpieczniej jest podejmować ryzyko – wzmocnić w sobie pragnienie dokonania naprawdę zadziwiających rzeczy.

Fioletowe krowy przy drogach specjalistów od rozwoju

Godin zajmuje się głównie marketingiem. Jednak te same rady można znaleźć w książkach z zakresu rozwoju osobistego: wyróżniaj się, bądź niezwykły i ponadprzeciętny. Nie bądź dobry – bądź niesamowity. Nie gódź się na przeciętność. Rozwijaj w sobie wyjątkową osobowość. Oczekuj od siebie niezwykłości. Dąż ustawicznie do wielkości.

Jak byś się czuł, gdyby ktoś ci powiedział, że jesteś przeciętny? Zgodnie ze słownikiem, przeciętny znaczy nie odbiegający od normy, taki, jakiego się najczęściej spotyka, zwykły. Przeciętna szybkość samochodu. Przeciętny zarobek. Przeciętny wygląd (ani ładny, ani brzydki). Przeciętny dzień (ani zły ani dobry, po prostu typowy).

Tymczasem przeciętny człowiek, to ktoś zły, słaby i do niczego. Gdyby ktoś ci powiedział, że jesteś przeciętny, potraktowałbyś to jako obelgę.

Gdy zajmowałem się projektowaniem systemów ocen pracy, zawsze mieliśmy problem z nazwaniem oceny opisującej większość pracowników. Oczywiście nie wchodziło w grę nazwanie jej przeciętną czy dostateczną. Rzadko pomagały inne nazwy, takie jak spełnia wymagania czy zgodnie z oczekiwaniami. Ludzie obruszali się, gdy nie dostawali najwyższej oceny. W wielu firmach, w których dział personalny nie dość dobrze sobie radził z systemem ocen, pod koniec roku, 98% pracowników otrzymywało najwyższe oceny. Wszyscy pracownicy nagle byli znacznie powyżej wymagań. Tylko dlaczego firma nie radziła sobie na rynku a pracownicy mieli poczucie, że nie są traktowani sprawiedliwie?

Jeden z amerykanów, którego cytuje John C. Maxwell, pisze:

Przeciętność wystawia na niebezpieczeństwo cały kraj. Ale zawsze pamiętaj: przeciętność zaczyna się od ciebie.

Pamiętaj, wróg czuwa! Bezpieczeństwo kraju wymaga by wszyscy byli w górnych pięciu procentach!

Nie tylko w Ameryce ludzie czują przymus bycia kimś wyjątkowym. Japoński autor Mishima Yukio w powieści Na uwięzi opisuje jedną z postaci, marynarza Ryuji:

Wiedział tylko, że gdzieś daleko w mrokach świata jest światełko jemu jednemu przeznaczone, które pewnego dnia zbliży się na tyle, by objąć swym blaskiem jego, nikogo więcej…wierzył, że: z całą pewnością czeka mnie niezwykły los, coś zupełnie ekstra, co nie jest dla byle kogo.

Tylko ludzie nieprzeciętni są w stanie coś osiągnąć. Nic dziwnego, że tak chętnie uczymy się tzw. kreatywności. Nikogo nie dziwi grupa menedżerów czy pracowników, którzy biegają po sali szkoleniowej w kolorowych czapeczkach, udają szalejące stado zwierząt, z zapamiętaniem rzucają papierowe samolociki czy licytują się tysiącami absurdalnych pomysłów. Kreatywność to firmowe życie lub śmierć.

Nigdy nie dziwiło mnie organizowanie takich zajęć na uczelniach czy w szkołach. Zdziwiłem się dopiero, gdy zobaczyłem ofertę dla przedszkolaków. Do tej pory naiwnie uważałem, że dzieci są wzorcem kreatywności. Teraz dowiedziałem się, że kreatywności trzeba się uczyć od dzieciństwa. Już czteroletnie maluchy dowiadują się, że bycie typowym to nieszczęście. Że tkwienie w jakimkolwiek schemacie to zbrodnia. Że oczywiste rozwiązania są najgorsze, bo coś sensownego może być dopiero efektem burzy mózgów.

Postęp rozlewa się dalej. Nawet kościół stara się iść do przodu. Jakiś czas temu widziałem plakat reklamujący rekolekcje. Pod zdjęciem grupy młodych ludzi w dziwnych pozach i z dziwnymi minami był wielki napis: Aby zerwać z przeciętnością. Do tej pory, naiwnie myślałem, że Bóg kocha prostaczków i szaraczków.

Ale to nawet lepiej. Kto by chciał być przeciętny? Przecież o to w życiu chodzi by błyszczeć i stać na środku sceny. Broń boże być takim samym jak inni!

Moja szczęśliwe przegrana walka

Ja też zawsze szukałem czegoś niezwykłego. Nie chciałem być przeciętny i zwyczajny. Czasem mi się to udawało. Nosiłem długie włoscy, ubierałem się dosyć niezwykle jak na standardy małego miasta, w którym zastało mnie dojrzewanie, czytałem poezję (czego nie robił nikt z moich towarzyszy niedoli zwanej technikum elektronicznym). Pisałem wiersze (dwa zostały wydrukowane w lokalnej gazecie).

W końcu, gdy byłem starszy, zabrałem się za pisanie książki. Ktoś wyjątkowy w którymś momencie swojego życia powinien napisać książkę. Lepiej wcześniej niż później, bo osoba niekonwencjonalna jakoś dziwnie potrzebuje ciągłego potwierdzania swojej niezwykłości.

Na początku szło doskonale. Pisanie przynosiło mi dużo przyjemności. Szybko skończyłem pierwszy, drugi i trzeci rozdział. W którymś jednak momencie poczułem, że to, co piszę nie jest dość twórcze, niezwykłe czy kreatywne. Krytycznie przejrzałem efekty swojej pracy.

Nie, to mógłby napisać każdy. Gdy jesteś kimś wyjątkowym musisz bardzie się postarać, więcej od siebie wymagać…. Musiałem wszystko poprawić. To nie mogła być prosta książka. To musiało być epokowe dzieło. Coś niezwykłego i dopracowanego do nieskończoności.

Poczucie zabawy i radości z pisania prysło. Zacząłem męczyć się z każdym kolejnym słowem. Byłem twardy i nie poddawałem się. Zaczynałem od nowa i motywowałem się. Ale miesiące mijały. A ja miałem tylko kolejne, nie nadające się do niczego wersje. Po pół roku codziennego, minimum trzy godzinnego pisania byłem na krawędzi depresji.

Któregoś dnia, wybrałem się do księgarni. Wziąłem z półki jakąś książkę. Dobry tytuł, piękna okładka, ale w środku kiepsko. Niespójne rozdziały, koszmarny język, banały. Zacząłem przeglądać inne książki.

Dotarło do mnie, że większość tego, co stoi na półkach to wcale nie są wielkie, wspaniałe i dobrze napisane dzieła. Po większości z nich, nawet tych najlepiej się sprzedających, za dziesięć lat nie będzie śladu. Większość z książek to przeciętne, nudne, biało – czarne krowy.

A jednak nie czułem się lepszy. Przeciwnie. Czułem się przegrany. Czułem, że przegrałem swoją walkę o wielkość i ponadprzeciętność. I czułem, że będę ją przegrywał tak długo, póki ją będę prowadził.

Zrozumiałem, że ludzie po prostu piszą książki (niektóre okazują się doskonałe, ale większość wychodzi średnio). Ja natomiast żyję w świecie fantazji i nierealnych oczekiwań.

Bardzo zatęskniłem za powrotem do rzeczywistości. Chciałem stać się jednym z tych wielu przeciętnych autorów książek. Napisać tylko tyle, by ktokolwiek zechciał to wydać, by ktokolwiek zechciał to wziąć do ręki i by ktokolwiek zechciał to przeczytać. Niech to będzie największy chłam, ale niech to się znajdzie na tej półce! Nie chcę być niezwykły. Chcę cokolwiek zrobić.

Im mocniej oczekiwałem od siebie czegoś niezwykłego, tym bardziej czułem się sparaliżowany. Im bardziej pragnąłem być fioletową krową, tym bardziej nie mogłem być żadną.

Wysoko zawieszona kładka

Nie mamy potrzeby bycia kimś niezwykłym, gdy piszemy list do przyjaciela. Pisanie przychodzi nam naturalnie i nie traktujemy go jak ciężkiej pracy. Wystarczy jednak powiedzieć komuś by napisał to samo, ale jako artykuł do książki, a sprawa staje się naprawdę męczącą.

Gdy piszę do przyjaciela, mogę być zwyczajny i normalny. Gdy piszę artykuł, muszę być genialny.

Gdy poddasz się nakazom niezwykłości, kreatywności i genialności, twoja praca staje się ciężka i męcząca.

Pisanie połączone z oczekiwaniem stworzenia czegoś genialnego jest jak chodzenie po kładce na wysokości stu metrów. Albo jak zdawanie ważnego egzaminu przed surowym profesorem.

Im więcej fioletowej krowy masz w głowie, tym większy stres i napięcie. Fioletowa krowa w głowie sprawia, że nigdy nie jesteś zadowolony i prawnie nigdy nie czujesz satysfakcji. Ciągle musisz się kontrolować i sprawdzać. Ciągle musisz się jeszcze bardziej i bardziej starać. Niewiele zostaje energii na pracę.

Fioletowa krowa, jest jak cenzor, który siedzi gdzieś w środku i ciągle mówi: to nie dość nowe, to nie dość odkrywcze, to nie dość kreatywne, to nie dość wielkie.

To my sami zapraszamy fioletową krowę. My sami wieszamy kładkę tak wysoko, mimo, że równie dobrze mogłaby wisieć metr nad ziemią. My sami wmawiamy sobie, że nasi bliźni są surowymi recenzentami, podczas gdy w rzeczywistości większość z nich to bardzo życzliwi słuchacze.

Pół roku po tym, gdy szczęśliwie udało mi się przegrać walkę o własną niezwykłość, wszedłem do tej samej księgarni i zdjąłem z półki książkę z moim nazwiskiem na okładce.

Przynajmniej na jakiś czas przestałem walczyć o swoją wielkość i niezwykłość. Zamiast pisać genialną książkę napisałem coś, co mogło zainteresować kilku znajomych. Przestałem troszczyć się o doskonałość i zacząłem po prostu pisać.

Gdy oglądałem swoją książkę, wiedziałem, że jest daleko od doskonałości. Wiedziałem, że przydałoby się jej wiele poprawek. Ale trzymałem ją w ręku. I to się liczyło. A gdy zacząłem jeszcze dostawać maile z podziękowaniami od czytelników, poczułem się jak krowa, która daje mleko. Fioletowe krowy nigdy nie dają mleka.

Paradoks

Czy dzisiejsze ulice pełne są wyjątkowych, niezwykłych i kreatywnych ludzi? Czy w dzisiejszych mediach jest wiele osób wyjątkowych i niezwykłych?

Udziwnionych, zmanierowanych, sztucznych – owszem. Ale wyjątkowych i niepowtarzalnych?

To smutne. W czasach, w których tak mocno pragniemy się wyróżniać, jesteśmy tacy jednakowi. Tygiel rodem z dramatu antycznego. Nasze pragnienie niezwykłości sprawia, że stajemy się tacy sami.

Seth Godin, którego cytowałem na początku zachęcał do tego by wzmacniać w sobie pragnienie dokonania naprawdę zadziwiających rzeczy.

Przeciwnie. Im mocniejsze w jest w tobie pragnienie dokonania niezwykłych i zadziwiających rzeczy, im bardziej pragniesz być kimś niezwykłym, tym większa przeciętność ci grozi.

Jakie jest rozwiązanie?

Przestań szukać nieprzeciętności i zacznij szukać autentyczności.

Przestań szukać niezwykłych, kreatywnych rozwiązań. Zamiast tego szukaj rozwiązań oczywistych i najprostszych.

Patricia Ryan Mason, w swojej książce Improv Wisdom cytuje wypowiedź projektanta oprogramowania, który zmienił swój sposób rozwiązywania problemów:

Wcześniej cenzurowałem wiele z moich pomysłów zanim dochodziłem do czegoś użytecznego. Teraz projektując interfejs użytkownika szukam rzeczy oczywistych. Gdy idę na spotkanie z Działem Rozwoju i mówię im o rzeczach łatwo dla mnie dostrzegalnych, kierownicy klaszczą w dłonie i mówią „Dlaczego myśmy o tym nie pomyśleli?” Wtedy wiem, że mój pomysł jest dobry. Wcześniej często szukałem czegoś sprytnego czy innowacyjnego, tracąc to co było na wprost mnie.

Nie pomijaj tego co ci pierwsze przychodzi na myśl. Nie bój się zaakceptować najbardziej oczywistych rozwiązań. Gdy patrzysz uważnie na to, co przed tobą i nie starasz się być drugim Enstinem czy Picassem, zazwyczaj żadna burza mózgów nie jest ci potrzebna.

Gdy piszesz, nie twórz ale napisz najprościej jak potrafisz to, co masz do napisania. Pisz jakbyś pisał do przyjaciela.

Gdy robisz zdjęcia, nie kreuj obrazu ale po prostu fotografuj to co widzisz. Nie szukaj rzeczy niezwykłych. Dostrzegaj to, co masz przed sobą.

To samo można odnieść do każdej dziedziny twórczości: muzyki, architektury, prawa, księgowości, informatyki, itd.

Pozwól sobie na przeciętność

Od środka każdy z nas jest kimś przeciętnym. Jak się na co dzień zaskakiwać, gdy człowiek zna się od dwudziestu, trzydziestu czy więcej lat?

Gdy staramy się być ponadprzeciętni, przestajemy być autentyczni. Być autentycznym to być zwyczajnym. Czasem nudnym, czasem powielającym. Takim jakiem jesteś w środku.

Twoja autentyczność być może okaże się dla innych czymś niezwykłym. Być może to, jak na co dzień widzisz świat będzie absolutnym olśnieniem dla kogoś innego. Być może to, co dla ciebie normalne, dla innych okaże się niesamowite. Może tak, może nie. Przestań się tym zajmować.

Bądź taki, jaki jesteś. Bądź biało – czarną (czy brązową) krową.

Nie szukaj egzaltacji i wyjątkowości. Nie goń za wybitnością. Nie próbuj zrobić coś specjalnego. Nie sil się na myślenie poza ramami i wymuszoną kreatywność.

Mistrz zen Shunryu Suzuki mówi:

Kiedy już nie próbujesz zrobić niczego specjalnego, wówczas robisz coś.

To naprawdę duża ulga nie musieć robić rzeczy niezwykłych.

Jeden z moich ulubionych psalmów (131) opisuje ten stan:

Panie, moje serce nie jest wyniosłe

i oczy moje nie patrzą z góry.

Nie gonię za tym, co wielkie

albo co przerasta moje siły.

Przeciwnie zaprowadziłem ład i pokój w mojej duszy.

Jak niemowlę u swej matki,

Jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza.

Piękny obraz, ale trudny do osiągnięcia. Wiedzieć o tym wszystkim to zbyt mało.

Wiem, jak bardzo pragnienie niezwykłości utrudnia mi życie. Jak bardzo komplikuję sobie pracę, starając się „robić coś specjalnego” i „goniąc za tym co wielkie i co przerasta moje siły”.

Ale co z tego, że wiem? Co z tego, że już kilka razy się przekonałem, że najlepsze efekty przynosi prostota? Co pewien czas na nowo łapię się na dopieszczaniu, uniezwyklaniu i ukreatywnianiu. Jeszcze wielu rzeczy musze się oduczyć by stać się autentyczny jak niemowlę. By pozbyć się traktowania siebie samego jakbym był fioletową krową.

Mam nadzieję, że może komuś mniej zawikłanemu w takie myślenie, ten tekst pomoże. Że zamiast kombinować, po prostu będzie robił rzeczy oczywiste i najbardziej potrzebne.

Naturalna wyjątkowość

Jeżeli dla kogoś biało czarne krowy są nudne i takie same, powinien zatrzymać samochód i spróbować wydoić jedną z nich. Albo przynajmniej uważnie jej się przyjrzeć. Okazałoby się, że nie ma dwóch takich samych. Że gdy widziałeś jedną, widziałeś tylko jedną.

Gdy pragniesz fioletowych krów jesteś tylko amerykańskim turystą. To nie krowa ma problem. To amerykański turysta ma problem z tym, jak widzi świat.

Gdy przestajesz szukać swojej wyjątkowości i zamiast tego przechodzisz zwyczajnie i uważnie przez kolejne chwile, sam z siebie stajesz się wyjątkowy. Bez żadnego świadomego wysiłku. Często sam nawet o tym nie wiesz.

Determinacja i pokora

Determinacja i pokora

Opublikowano 15 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 17 komentarzy

Dwie osoby

Z jednej strony człowiek pewny siebie, zdecydowany i wierzący we własną gwiazdę. Gdy starał się o przyjęcie na Hervard, jeden z profesorów zapytał go czy jest inteligentny.

- Jestem zajebiście inteligenty – odpowiedział.

Najlepiej czuł się w drogim, włoskim garniturze, na środku sali, gdy mógł opowiadać innym o swoich genialnych pomysłach. Poruszał się jak gwiazda filmowa świadoma otaczających ją wielbicieli i fotoreporterów. Patrzył przed siebie twardym, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

Z drugiej człowiek skromny, świadomy swoich braków. Zza dużych okularów przypominał cierpliwego nauczyciela z małomiasteczkowej szkoły. Najlepiej czuł się w kraciastej koszuli, na swojej farmie i w ulubionej koparce. Nie udzielał zbyt dużo wywiadów, rzadko był obiektem zainteresowania fotografów. Jeżeli już musiał być w centrum, wolał odwracać uwagę od siebie i kierować ją na coś innego.

Gdyby tych ludzi postawić obok siebie i zapytać przechodniów, który ma szansę zrobić karierę, dziewięćdziesiąt procent wskazałoby pierwszego. Takie czasy. Trzeba być przebojowym, agresywnym i zdecydowanym. To musi być prawda, skoro tyle osób tak uważa. Osoby przebojowe i całkowicie bezkompromisowe są szybciej dostrzegane i łatwiej robią karierę. Tak, ten pewny siebie człowiek zrobił karierę. Został prezesem ogromnej, zatrudniającej kilkadziesiąt tysięcy osób firmy. Przez długi czas gazety i inwestorzy czcili go jak geniusza.

Ale temu drugiemu, mimo wszystko też się udało. Też został prezesem dużej firmy. Tyle, że końcowe efekty jego działania były zupełnie inne. Najpierw jednak wróćmy na chwilę do naszej gwiazdy.

Wrodzony talent

W życiu trzeba mieć talent. Trzeba mieć ten dar od Boga (lub Natury lub Losu). Gdy masz, wszystko przychodzi łatwo i prosto.

Firmą, która zapoczątkowała ruch „zarządzania talentami” był McKinsey. Troje z jej kluczowych konsultantów napisało bestseller „War for talents”. Na świecie trwa wojna o talenty. Ten, kto ją wygra, wygra wszystko. Trzeba jak najszybciej znajdować utalentowanych ludzi (najlepiej jeszcze na studiach), pozyskiwać ich i tworzyć im odpowiednie warunki (płacić, płacić, płacić i raz na rok oceniać). Sukces jest kwestią czasu. Nie można przegrać, gdy masz ludzi z talentami.

Możesz przegrać tylko wtedy, gdy nie jesteś agresywny. To wojna a nie popołudniowa przechadzka. Nie może ci zadrżeć ręka przy zwalnianiu starych, ale nie tak zdolnych pracowników. Nie możesz się wahać przed awansowaniem młodych zdolnych ponad głowami bardziej doświadczonych.

Jednym z najbardziej utalentowanych konsultantów McKinseya, najmłodszym w historii partnerem był Jeffrey Skilling. Dosyć szybko został szefem ogromnej firmy obsługiwanej przez McKinseya. Oczywiście od razu wdrożył w niej program zarządzania talentami. Przyjmował ludzi takich jak on – młodych, zdolnych i agresywnych.

Skilling, sam o sobie mówił:

Mój geniusz nie tylko określa moją wartość, on także określa wartość tej firmy. Mój geniusz kreuje wartość. Mój geniusz jest zyskiem dla firmy!

To się nazywa rozmach. Uważać się za geniusza to drobnica. Uważać się za geniusza wartego miliardy dolarów – to dopiero coś.

Firma nazywała się Enron. Gdy okazało się, że pomysły Skillinga nie są genialne, ani nawet dobre, jedynym rozwiązaniem stały się oszustwa. Skilling z kolegami zaczął na wielką skalę fałszować dane księgowe. Był zbyty bystry by nie domyślać się, jak to się skończy. Nie był jednak w stanie znieść świadomości, że nie jest geniuszem. Był w stanie zrobić dosłownie wszystko byle tylko nie okazało się, że jest zwykłym śmiertelnikiem, który jak inni popełnia błędy.

Jego niezachwiana wiara we własny geniusz doprowadziła do utraty pracy przez 22 tysiące osób oraz bilionowych strat, jakie ponieśli inwestorzy. On sam został zmuszony do przeprowadzki z najwyższego piętra oszklonego wieżowca do znacznie mniej przestronnej, więziennej celi. Dostał 24 lata bez możliwości zwolnienia przed upływem 20 lat. Oczywiście uznał wszystko za spisek. Pewnie dalej czuje się tak samo cenny. Nie sądzę jednak by więzienie, w którym przebywa rozważało wejście na giełdę.

Opinia jaką ma Skilling na swój temat nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jego mniemania, przez pierwszy okres kariery, gdy ważne było robienie wokół siebie szumu, zapewne były pomocne. Ale później, gdy sprawa przestała się do tego sprowadzać, doprowadziły do katastrofy. Skilling całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Jego inteligencja (naprawdę wysoka) na nic mu się nie przydała, bo nie potrafił odczytać tego, co wokół dzieje.

Mimo tego, że co pewien czas mamy okazje przyglądać się opłakanym skutkom działania ludzi takich jak Skilling czy ostatnio Madoff, ciągle pokutuje wyobrażenie, że w biznesie nie da się inaczej. Że co prawda bycie pyszałkiem zbyt estetyczne nie jest, ale to wynik ostrej konkurencji, XXI wieku czy specyfiki biznesu. Taki styl wydaje się odpowiednim przystosowaniem do warunków. Ale to nie jest prawda.

Ciągły rozwój

Jim Collins, który zajmuje się badaniem przedsiębiorstw odnoszących długotrwałe sukcesy, w książce „Good to great” (Od dobrego do wielkiego) jako pozytywny przykład opisuje firmę Kimberly-Clark. Jej szefem był Darwin E. Smith. Gdybyś zainwestował jednego dolara, w dniu w którym Smith objął jej stery, po 20 latach w dniu gdy przeszedł na emeryturę zrobiłoby się z niego 40 dolarów. To cztery razy lepszy wynik niż to, co osiągnęły dobre firmy giełdowe.

W 1971 roku, gdy Darwin E. Smith został wybrany prezesem, jeden z dyrektorów wziął go na bok i zapytał, czy zdaje sobie sprawę, że nie ma wszystkich potrzebnym na tej pozycji kompetencji. Smith ani się nie obruszył, ani nie zaprzeczył. Sam zbyt dobrze o tym wiedział. Nie uważał się za osobę wyjątkową ani wybitnie uzdolnioną. Po wielu latach, gdy osiągnął sukces, zadano mu pytanie jak udało mu się to zrobić. Smith odpowiedział:

- Nigdy nie zaprzestałem prób by zdobyć kwalifikacje do tej pracy.

Zespół Collinsa przebadał wiele firm. Okazało się, że w każdej z „wielkich” szefem był ktoś, kto przejawiał, jak to nazywa Collins „piąty poziom zarządzana”. Charakterystyczną cechą tego stylu jest osobista pokora (personal humility).

Żaden z szefów tych firm nie miał rozbuchanego ego. Nikt z nich nie twierdził, że wszystko wie, że jest najmądrzejszy, że nigdy się nie myli i zawsze osiąga sukcesy. Nikt z nich nie mówił o sobie per „geniusz” lub „urodzony talent”.

Szefowie tych firm:

…nigdy nie chcieli zostać super-bohaterami (larger-then-life hero). Nigdy nie aspirowali do tego by być na piedestale lub stać się niedosięgłą ikoną. Byli zwyczajnymi ludźmi, którzy bez rozgłosu osiągali niezwyczajne rezultaty.

Okazuje się, że to pokora jest kluczem a nie pycha.

Pokorny i zdeterminowany człowiek

Nie chodzi o dwóch różnych ludzi, mimo, że „pokorny zdeterminowany” brzmi jak oksymoron. Albo jesteś pokorny albo zdeterminowany? Niby dlaczego te dwie rzeczy miały się wykluczać? Collins pisze, że piąty poziom zarządzania to „paradoksalna mieszanka pokory osobistej z silną wolą”. Owszem tego rodzaju szefowie nie lubią mówić o swoich osiągnięciach, nie lubią błyszczeć na świeczniku. Ale to nie znaczy, że lubią zgadzać z każdym zdaniem i poddawać się każdej trudności. Przeciwnie. Dzięki temu, że nie muszą się promować i udowadniać geniuszu, potrafią skuteczniej niż inni zadbać o firmę. Gdy to nie ty jesteś w centrum własnej uwagi, ale firma, którą kierujesz, możesz osiągnąć naprawdę wiele.

Pyszałkowatemu Skillingowi, tak naprawdę nie zależało na firmie. Jemu zależało tylko na własnej wielkości.

Determinacja neurotyka

Jedynym ważnym dla Skillinga celem było pokazać światu swój geniusz. Jeżeli nie jestem geniuszem to niech się wali cały świat. Nic innego się nie liczy. Tysiące ludzi bez pracy, miliony osób tracących zainwestowane oszczędności – to mały pikuś w porównaniu z moją tragedią. Z tym, że ktoś zaprzecza mojej genialności.

Taka osoba robi wrażenie szalejącego tygrysa. Ale jej determinacja nie jest skierowana na konstruktywne działanie. Ten szalejący tygrys jest ślepy. Jego pazury trafiają w pustkę. Walczy z urojonymi duchami, które zagrażają jego urojonej tożsamości. Równocześnie nie dostrzega, że wokół zaciska się prawdziwa sieć.

To nie jest determinacja zdrowej osoby. Jest to typowy mechanizmem neurotyczny. Karen Horney tak go opisuje:

Oto mówi sobie, że jest i będzie kimś nieporównanie lepszym od „nich”. Stanie się kimś naprawdę wielkim i wszystkich zawstydzi. On im pokaże jak dalece go nie docenili i jak bardzo skrzywdzili. Stanie się wielkim bohaterem (w przypadku Stenhalowskiego Juliana – Napoleonem) prześladowcą, przywódcą, uczonym o nieśmiertelnej sławie.

Taki super-bohater stawia sobie szereg wymagań, ale nie po to by coś wnieść do świata, ale po to, by ciągle udowadniać sobie i innym swoją wyjątkowość:

Uzasadnieniem dla stawianych wymagań, jest przekonanie o posiadanych wybitnych przymiotach, na które składają się: większa od innych wiedza, „mądrość’ i zdolność przewidywania. (Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka)

Takie szarpanie się jest efektem wewnętrznej rozpaczy związanej z brakiem poczucia akceptacji. Skilling nie miał grama zdrowej akceptacji siebie. A z akceptacją siebie jest trochę jak z butami. Gdy są dobre, zapominasz o stopach. Gdy ciągle o nich pamiętasz, coś jest nie tak.

Ludzie, którzy akceptują siebie nie mają potrzeby zajmowania się sobą. Zapominają o sobie, jak zapomina się o wygodnych butach. Gdy ciągle wracasz do siebie, coś jest nie tak.

Pokorna determinacja

Gdy nie musisz walczyć z duchami, które zabierają ci twoją urojoną nieśmiertelność możesz zacząć osiągać coś rzeczywistego.

Darwin E. Smith był równocześnie pokorny i zdeterminowany. Pochodził z ubogiej rodziny i aby skończyć college, pracował dniami a uczył się nocami. Dzięki uporowi dostał się na prawnicze studia na Harvardzie. Gdy kilka miesięcy po objęciu posady prezesa, lekarze wykryli u niego raka krtani i dali mu rok życia, nie przestał ani na chwilę pracować. O chorobie poinformował zarząd, podkreślając, że ciągle jeszcze żyje. Dalej pracował jako prezes, równocześnie jeżdżąc na naświetlania. To tylko jego życie osobiste. Kierując firmą przejawiał jeszcze więcej determinacji.

To nie była sierotka, która na każdą przeciwność reaguje nieśmiałym westchnieniem: „może mi się uda” czy „byle nie zapeszyć”.

To był człowiek, który miał przed sobą cel i do tego celu dążył, nie rozpraszając się na olśniewanie innych.

Naprawdę silnym jest się wtedy, gdy nie tracisz energii na ukrywanie przed sobą własnych słabości. Cała siła może być wtedy skierowana na spójne, konstruktywne działanie. Wiem, łatwo się mówi a trudno to osiągnąć praktyce. Dziś, gdy szedłem do pracy nagle na mnie to spłynęło: Jak nieporównanie prostsze byłoby moje życie, gdybym nie musiał tak bardzo się starać być takim, jak sobie to wyobrażam. Ale powoli idę do przodu.

Kuerti zapytałeś mnie w komentarzu:

Zdaję sobie sprawę z własnych słabości, ale wierzę jednocześnie, że uda mi się je kiedyś poprawić… To pycha czy po prostu optymizm?

Dla mnie to nie jest pycha. Jeżeli nie traktuję się jak człowieka bezbłędnego, jeżeli nie mam w głowie etykiet, jaki to genialny jestem i nie tracę energii na podtrzymywania dobrego mniemania o sobie – nie ma to nic wspólnego z pychą. Gdy do tego znam swoje słabości – jestem realistą. Dla mnie nie jest to także optymizm, ale realizm połączony z nadzieją.

Pokora przecież nie wyklucza posiadania nadziei (marzeń czy pragnień). Twoje nadzieje, nawet te wielkie nie sprawiają, że stajesz się pyszny.

Ale jest jedna ważna rzecz. Nadzieja to nie żądanie. Czasem te rzeczy mylimy. Nadzieja to chcę. Chcę nawet bardzo mocno. Bardzo mi na tym zależy. Chcę wygrać zawody, napisać książkę, zbudować dom, znaleźć miłość życia, awansować, itp. To nic złego. Są ponoć zdrowi ludzie, którzy pozbyli się wszystkich pragnień. Nie spotkałem jeszcze i nie za bardzo wiem gdzie spotkać. Dla mnie posiadanie pragnień i dążenie do ich realizacji ze wszystkich sił jest zdrową rzeczą. A nawet niezbędną. Za dużo widziałem ludzi, którzy pozbawieni celów i marzeń, marnowali dzień za dniem.

Czymś innym jednak jest żądanie. Pragnienie to chcę. Żądanie to muszę. To neurotyczny, pyszałkowaty przymus. Gdy tak nie będzie świat się zawali, ludzie będą okropni, ja nie będę miał prawa istnienia. Żądam, bo „mi się należy”. Żądanie jest wtedy, gdy dążysz do wygrania zawodów, bo musisz, bo inaczej nie będziesz się czuł wartościową osobą. Wtedy, gdy dążysz do napisania książki, by udowodnić, że jesteś coś warty. Gdy dążysz do pieniędzy, bo inaczej będziesz czuł się nikim lub osobą pozbawioną wolności. Gdy szukasz bliskiej osoby, bo sam czujesz się nic nie warty.

Wywalić całe to muzeum

Pycha nie polega na tym, że czegoś chcesz od życia. Pycha polega na tym, że identyfikujesz się z pozytywnymi mniemaniami na swój temat.

Oczywiście być całkowicie pokornym jest ciężko. Anthony De Mello napisał:

Zaprawdę świętym był ten, kto powiedział „Jestem tylko czterema ścianami z pustką między nimi” Nikt nie może być pełniejszy.

To nie takie łatwe przez dłuższy czas być aż takim realistą. Ale wystarczy przestać zapełniać te cztery ściany swoimi pomnikami: pomnik genialnego szefa, który zawsze wygrywa; pomnik doskonałego kochanka; pomnik troskliwego rodzica, pomnik natchnionego muzyka… Tak samo nie należy wypełniać tych ścian pomnikami w innym stylu: pomnik nieśmiałego człowieka; pomnik człowieka, któremu nigdy nic się nie udaje; pomnik osoby, która nie ma talentu do pisania czy pomnik osoby, która biedna się urodziła i biedna umrze.

Zapełnianie naszych czterech ścian pomnikami sprawia, że miejsce do życia zmienia się w muzeum a my stajemy się jego kustoszami. Przestajemy żyć a zaczynamy konserwować. Czasem, gdy uda nam się uwieść innych, możemy mieć nawet całkiem spory ruch. Ludzie nas odwiedzają, podziwiają i gratulują. Ale ten ruch to tylko pozory życia.

Jak zabrać się za rozbijanie pomników? Kilka pomysłów z brzegu:

  • spisać listę swoich słabych stron (konkretnie) i opracować sposób pracy nad nimi,
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do swoich pomyłek i błędów,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię zbytnio i w sposób przesadny wychwalać, przyjąć tą część pochwał, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną (mimo, że przyjemną),
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najlepszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kto jest lepszy i poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię chwalą i nigdy nie krytykują (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które zawsze doskonale ci wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo zajmujesz się zbyt łatwymi rzeczami)
  • gdy czujesz się doskonały i zaawansowany zająć się rzeczami, których nie umiesz i które ci kiepsko wychodzą. Najlepiej raz na jakiś czas zacząć uczyć się rzeczy, co do których myślisz, że „nie masz uzdolnień” (np. nauczyć się chińskiego, gry na klarnecie, surfowania czy wyszywania haftem krzyżykowym).

To lista raczej dla tych, którzy mają pomniki „patetyczne”. Nie należy przesadzać, bo nie chodzi o zmianę pomników patetycznych (ja-geniusz) na dramatyczne (ja-ofiara losu).

Dla kolekcjonerów pomników dramatycznych proponuję:

  • spisać listę swoich mocnych stron (konkretnie),
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do tego co ci wychodzi i w czym osiągasz sukcesy,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię w sposób przesadny krytykować, przyjąć tą część krytyki, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną,
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najgorszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kogo możesz poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które nigdy ci nie wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo stawiasz przed sobą zbyt trudne cele)
  • Wreszcie nauczyć się czegoś dobrze i dość w jakiejś umiejętności do wyższego poziomu zaawansowania.

* * *

Masz może jakiś inne pomysły? Co o tym myślisz?

Podziwiaj ludzi

Podziwiaj ludzi

Opublikowano 25 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | Jeden komentarz

Jeżeli widzę inne osoby, takie jak ja, które odnoszą sukcesy dzięki swojemu wysiłkowi, dochodzę do wniosku, że ja również sobie poradzę. W końcu nie święci garnki lepią, Kowalskiemu się udało, to dlaczego ja mam sobie z tym nie dać rady? Z drugiej strony, jeżeli obserwuję porażki – moje poczucie skuteczności maleje: tego egzaminu się nie da zdać, nikomu się to jeszcze nie udało.

Obserwuj, jak pracują inni ludzie. Nie tylko, dlatego że możesz wiele się nauczyć. Dzięki obserwacji tego, jak odnoszą sukcesy, możesz rozwinąć swoje poczucie skuteczności. Obserwacja ich sukcesów jest czymś w rodzaju zastępczego doświadczenia sukcesu. W tym celu najlepiej obserwować ludzi podobnych do ciebie, lub przynajmniej takich, którzy w twoim odczuciu nie są zbyt odlegli od ciebie.

Wirtuozi również zaczynali w kołysce

Nie unikaj jednak geniuszów i wirtuozów. Na pierwszy rzut oka, mogą ci się wydawać zbyt odlegli. Możesz powiedzieć, że to, że Charlemu Parkerowi udawało się wyrzucać z siebie niesamowite pasaże z szybkością odrzutowca, wcale cię nie pociesza podczas nauki gry na saksofonie. Ale jeżeli dokładnie się przyjrzysz Parkerowi, to okaże się zapewne, że on również miał problemy. Nie grał na saksofonie w kołysce i zapewne wiele wysiłku go kosztowało opanowanie tego, co później tak łatwo robił. Pewnie miał takie same problemy jak ty.

Gdy masz nabożny stosunek do wielkich, spróbuj przyjrzeć się ich pierwszym pracom. Czasem są skrzętnie ukryte, ale od czasu do czasu można do nich dotrzeć. Moim ulubionym przykładem są rysunki van Gogha. Trudno powiedzieć coś innego o jego rysunkach niż to, że były nieporadne, toporne i naiwne. O tym człowieku, jeszcze na dziesięć lat przed śmiercią, można było śmiało powiedzieć, że nie miał pojęcia ani talentu do rysunku. A jednak udało mu się stworzyć dzieła absolutnie genialne. Gdy ściągniesz wielkich z pomnika, gdy przekroczysz granicę „ja szaraczek – oni bogowie”, obserwacja każdego dokonania, każdego człowieka, może być dla ciebie źródłem rozwoju poczucia wiary we własne możliwości.

Znajdź model do naśladowania i zbuduj z nim relację

Oto twoje zadanie na dziś: znajdź kogoś, kto może być twoim modelem. Kogoś, od kogo możesz się czegoś nauczyć. Kogoś, kto osiągnął sukces, kto musiał walczyć z podobnymi jak ty przeciwnościami lub po prostu kogoś, kto ci imponuje.

Idealnie, gdy znasz go (ją) osobiście. Wiem, czasem to trudne. Wobec tego zacznij od kogoś znanego pośrednio – z prasy, telewizji czy książek. Poszukaj wywiadów, jakie ta osoba udzieliła, znajdź jej biografię, poszukaj jej zdjęć.

Możesz znaleźć kilka takich modeli. Ale, nie podchodź do sprawy tylko od strony kronikarskiej. Nie chodzi o to, by się obczytać. Postaraj się zrozumieć jak tak osoba myśli. Jak podchodzi do zadań i trudności. Jak patrzy na świat. Zbuduj w sobie, jej wewnętrzną reprezentację.

Może to być oczywiście, ktoś, kto już nie żyje. Ja np. lubię Francisa Drake. Ale warto poszukać także kogoś, kto żyje. Spróbuj do niej napisać. Na pewno uda ci się zdobyć gdzieś maila. Napisz tylko, że ją podziwiasz i że jej osiągnięcia są dla ciebie inspiracją. Nie oczekuj odpowiedzi. Być może odpowie, być może nie. Chodzi tylko o to, by zbudować psychiczną więź między nią a tobą.

Nasz umysł potrzebuje wzorców, szablonów zgodnie, z którymi może pracować. Gdy dostarczysz mu żywych, cennych szablonów – bardzo mu ułatwisz osiąganie sukcesu.

Jeżeli nie masz osoby, która by cię inspirowała, będzie ci bardzo trudno coś osiągnąć. Wielkość najłatwiej osiągnąć idąc po śladach.

Szukaj u innych sukcesów a nie porażek

Szukaj w innych ludziach natchnienia. Szukaj wielkości. Im więcej jej znajdziesz u innych, tym więcej jej znajdziesz w sobie. Nauczy się cieszyć sukcesami innych. Nauczyć się czerpać od ludzi wokół ciebie inspirację.

Są ludzie, którzy w innych szukają wyłącznie słabości. Tacy, którzy najpewniej się czują, gdy inni odnoszą porażki. Nie ma dla nich większej przyjemności niż krytykowanie i wytykanie innym błędów. Czują wtedy w środku miłe łechtanie. Od razu czują się lepsi i mądrzejsi. Myślą sobie: Może to i owo mi nie wyszło, ale tak źle nie jest. Aż takim kretynem jak tamten nie jestem.

Takie osoby jednak nigdy nie osiągną sukcesu. Skupiając się na porażkach i słabościach, przyciągają do siebie porażki, klęski i złe emocje.

Zdarza mi się czasem wpaść w taki nastrój. Czuję rozdrażnienie, złość i mam ochotę powiedzieć to i owo na temat głupoty ludzkiej. Nauczyłem się jednak, że dzieje się tak wtedy, gdy jestem zmęczony lub czuję winę, że nie dość uważnie pracowałem. Wiem, że to znak by zrobić przerwę. Otworzyć okno, pospacerować, głęboko pooddychać, przyjrzeć się liściom lub obłokom. Dużą pomocą jest wtedy myślenie o kimś, kogo podziwiam. Złe wibracje po chwili same odpływają.

Nie niszcz swojej zbiorowej tożsamości

Czy potrafiłbyś w ciągu pięciu sekund wymienić pięciu żyjących w Polsce kretynów? Chyba nie byłoby to takie trudne, co? W każdym razie, gdybyśmy zrobili sondę na ulicy, mielibyśmy komplet odpowiedzi. Niektórzy by jeszcze protestowali: dlaczego tylko pięciu?!

A czy potrafiłbyś w ciągu pięciu sekund wymienić pięciu podziwianych przez ciebie Polaków? Co by było, gdybyśmy wyszli z taką sondą na ulicę. Hm… ale mają żyć, tak? To nie wiem… Większość z nas miałby z tym problem.

Polacy są głupcami. To cwaniaczki, kombinatorzy…. Jak przejrzysz komentarze pod jakimś artykułem w internetowym wydaniu gazety, szybko znajdziesz takie opinie. Piszą je ludzie, którzy sami siebie uważają za Polaków. Pytanie całkowicie retoryczne: Czy może osiągnąć sukces, ktoś, kto myśli o sobie (przynajmniej w pewnych kontekstach) jako o Polaku a równocześnie twierdzi, że Polacy są do niczego?

Naprawdę daleko jest mi do patriotycznych uniesień. Szczerze mówiąc nie uważam się za patriotę (albo przynajmniej nie za takiego w XIX wiecznym stylu). Ale nie da się pominąć tego, że każdy z nas nosi w sobie jakąś zbiorową tożsamość. Skupiając się na wadach innych osób, które noszą w sobie tą samą tożsamość, psujemy coś w sobie samych.

Gdy gardzisz ludźmi, który mają taki wiele wspólnego z tobą samym, osłabiasz swoje możliwości.

Szukaj ludzi, których podziwiasz

Czy potrafisz wymienić pięć osób z twojej miejscowości, które za coś podziwiasz?

Niech ci się nie wydaje, że to pytanie bez znaczenia. Od tego, czy umiesz podziwiać ludzi żyjących obok ciebie – w twoim kraju, mieście czy sąsiedztwie – zależy twoja przyszłość.

Jeżeli nie ma nikogo, kogo nie mógłbyś podziwiać – przynajmniej w jakiś zakresie – masz małe szanse na osiągnięcie sukcesu.

Drugie zadanie na dziś: spotykając dzisiaj ludzi, lub myśląc o nich, zadawaj sobie pytanie

Za co mogę podziwiać tą osobę?

To pytanie zmienia sposób myślenia. Nawet, jeżeli jesteś malkontentem, po godzinie czy dwóch zadawania sobie takiego pytania, twój sposób myślenia zacznie się przestawiać.

Coraz łatwiej ci będzie znajdować w innych mocne strony, zamiast słabości.

Coraz łatwiej będzie ci znajdować w sobie samym mocne strony, zamiast słabości.

Kogo podziwiasz. Kto jest twoją inspiracją? Będę wdzięczny za podzielenie się tym w komenatarzach.

Talent to miłość

Talent to miłość

Opublikowano 08 listopada 2008 | By | Kategorie: tak to czuję | 4 komentarze

Gdy oglądasz latającego nad parkietem Michaela Jordana, może ci się wydawać, że to efekt wrodzonego talentu. Tymczasem on mówi coś innego: [...]

Cięgle się uczę

Cięgle się uczę

Opublikowano 05 listopada 2008 | By | Kategorie: Uncategorized | 3 komentarze

Pablo Casalas, wirtuoz wiolonczeli, kompozytor i dyrygent. W wieku czterech lat potrafił grać na skrzypcach i fortepianie, a mając 14 lat dał pierwszy solowy występ wiolonczelowy. W ciągu swojego życia osiągnął wszelkie możliwe zaszczyty, jakich tylko może dostąpić osoba grająca na wiolonczeli. [...]

Uwierzyć w …. , w co?

Uwierzyć w …. , w co?

Opublikowano 31 października 2008 | By | Kategorie: Uncategorized | 4 komentarze

Julia chodzi do piątej klasy. Jutro ma sprawdzian z polskiego. Chodzi z miejsca na miejsce i obgryza paznokcie.

- Dlaczego się tak denerwujesz, kochanie? – pyta ją matka.
- Muszę jutro dostać szóstkę!
- Na pewno dostaniesz.
- Ale się boję czy mi się uda.
- Przecież jesteś najlepsze kochanie. Wiesz o tym. Jestem pewna, że jesteś najbardziej inteligentnym dzieckiem w całej klasie.
- Mamo, mam pustkę w głowie. Uczyłam się, ale czuję, że nic nie umiem.
- Córeczko, wierzę w ciebie. Jesteś naprawdę najmądrzejsza. Uwierz w siebie i przestań się martwić!
[...]