Tag Archives: marzenia
Ubrudzić sobie ręce działaniem

Ubrudzić sobie ręce działaniem

Opublikowano 15 grudnia 2009 | By | Kategorie: psychologia działania | 11 komentarzy

Dlaczego nic nie robimy?

Wiele osób doskonale wie, co dla nich jest najważniejsze. Nie muszą wykonywać żadnych ćwiczeń by opracować swój zestaw wartości. Od razu potrafią powiedzieć, co jest ich marzeniem i czego więcej by chcieli.

Ale ta wiedza nic nie zmienia. Nie podejmują żadnych działań, które by ich przybliżały do marzeń. Może to wynikać z kilku powodów.

Mogą nie działać, bo:

  • dali się opanować gnuśnej wizji świata,
  • działanie myli się im z mówieniem i myśleniem,
  • wolą nie ryzykować strat,
  • wolą zajmować się sobą samym – przygotowywać i doskonalić – niż światem.

Tych powodów może być więcej. Te nam wystarczą by odkryć, że działanie to nie jest dopust boży, ale ścieżka wyzwolenia.

Złudzenie „wystarczy marzyć”

Tzw. prawo przyciągania stało się popularne, bo zawarta jest w nim obietnica, że nie trzeba podejmować żadnych działań. Wystarczy mieć marzenie, dokładnie je sobie wyobrazić, a wszystko samo do nas przyjdzie. Wszechświat, pole kwantowe, Bóg – czy jakkolwiek to nazywają – samo przybliży twoje marzenie.

W filozofii hinduskiej dzieli się ludzi na kilka grup, w zależności od tego, przez jaki pierwiastek opanowany jest ich umysł. Najgorszy typ, to ci, którzy są opanowani przez tamas. Umysł zdominowany przez tamas jest leniwy, gnuśny, opieszały i roszczeniowy. Tego typu umysł jest:

…spowity w ciemność, niesłuszność uznaje za słuszność i wszystkie sprawy widzi na odwrót (Bhagavadgita)

Dla takich osób czekanie, aż wszystko samo przyjdzie, jest objawem mądrości.

Ciekawe, że ludzie często powołują się na hinduizm, który ponoć od dawna mówił o manifestowaniu marzeń. Przypomniałem sobie ostatnio Bhagawadgitę, którą studiowałem wiele lat temu podczas zajęć z Filozofii na UJ. To jedno wielkie przekonywaniem do działania. Na samym końcu jej bohater, Ardżuna, składa zapewnienie Krisznie:

Dźwignąłem się wolny od wahań.
Wprowadzę w czyn twoje słowa.

Pułapka słów (umiem tylko mówić)

Zdarzyło mi się rozmawiać z człowiekiem, który przeczytał od deski do deski moją książkę „Energia wewnętrzna”. To duży materiał i powiem szczerze nie sądzę, że sam bym wszystko przeczytał, gdybym nie był autorem. Ta osoba przeczytała uważnie wszystko. Była w stanie dyskutować na każdy poruszany tam temat. Wydawałoby się, że to idealny czytelnik. Niestety. Jedyne, co zyskał to słowa.

Gdy rozmawiałem z nim, miałem taką wizję: człowiek siedzi na środku torów kolejowych, z oddali widać nadjeżdżającą lokomotywę. Mówię mu:

- Zejdź z torów, bo to niebezpieczne!

- Masz rację, w zupełności się zgadzam. To bardzo niebezpieczne – i siedzi dalej.

- Dobrze, że się zgadzasz, ale teraz wstań i idź, bo lokomotywa się zbliża!

- Tak, tak. Tak właśnie trzeba zrobić!

- Nie gadaj człowieku, tylko to zrób!

- Tak, to bez sensu siedzieć i gadać. Trzeba w takiej sytuacji wstać i iść.

- Ale ty ciągle siedzisz i nic nie robisz! Zrób coś!

- Tak, masz rację, to trafna obserwacja, to bez sensu tak siedzieć – odpowiada ciągle nic nie robiąc.

Cokolwiek takiej osobie nie powiesz, jedyne co zrobi to odpowie: potwierdzi, wyrazi zrozumienie, doceni radę. Ale nic nie zrobi. Umie reagować tylko werbalnie. Jej wiedza (często bardzo cenna) jest jakoś dziwnie odseparowana od ciała.

Znacznie bardziej bym wolał, by ta osoba przeczytała jedną stronę i coś zrobiła. Wprowadziła w życie to, czego się dowiedziała.

Wszystko można analizować, dyskutować i werbalizować. Czasem jednak od tych analiz zostaje z nas jedna wielka, gadająca głowa z mikroskopijnymi rączkami i nóżkami.

Unikanie ryzyka

Gdy określisz swoje wartości najczęściej okaże się, że łączą się one z trudnymi działaniami. Gdyby tak nie było, dawno byś pewnie zrobił wszystko, co potrzeba.

Podejmując jakiekolwiek działanie ryzykujesz. Jeżeli np. twoją wartością jest miłość, robiąc coś dla niej ryzykujesz, że zostaniesz dotkliwie zraniony. Jeżeli twoją wartością jest twórczość, poświęcając się jej ryzykujesz krytykę. Gdy wartością jest bycie częścią grupy, ryzyko wiąże się z odrzuceniem. Jeżeli wartością jest sława, ryzykujesz wyśmianie.

Czasem ludzie wolą nie podejmować ryzyka. Lepiej im tęsknić z niespełnienia, niż ryzykować przegraną. Lepiej wiecznie marzyć o miłości niż ryzykować zranienie. Lepiej wiecznie fantazjować o twórczości niż ryzykować porażkę. Lepiej stać całe życie z boku, niż zaryzykować odrzucenie. Lepiej wzdychać do sławy niż narazić się na drwiny.

Gdy robisz choćby mały krok w stronę tego, co naprawdę cenisz, najczęściej dostajesz po uszach.

Gdy człowiek stoi z boku, łatwo mu udawać przed sobą i innymi, że wcale nie o to mu chodziło.

Każde działanie brudzi ręce. Nie jest już po nim tak łatwo się schować przed sobą. I choćby dlatego warto działać.

Przygotowywanie się

Człowiek ma tak wiele w sobie do przepracowania. Tak wiele niezrozumiałych przeżyć, snów, wspomnień, i obrazów…. Tak wiele zamętu i zagubienia.

Zrozumieć, przepracować, wyklarować, jakoś to wszystko ułożyć i połączyć. Wreszcie wszystko pojąć. Przeniknąć własne tajemnice. Dowiedzieć się jak i dlaczego.

Tęsknimy za klarownością. Przygotowujemy się, czytamy książki, medytujemy nad sobą. Wierzymy, że warto. Że gdy będziemy mieli jasną głowę, wszystko stanie się łatwe. Jeszcze tylko jedna książka, jeden artykuł, jedno spotkanie, jedna technika i uda nam się to wszystko uchwycić.

Ile czasu trzeba by osiągnąć ten stan? Czy wystarczy sesja u dobrego terapeuty? Czy wystarczą kilkudniowe warsztaty?

Nie, zbyt mało.

A może kilkadziesiąt sesji?

Ciągle za mało.

Całe życie?

Też mało.

Nie wystarczyłoby nawet kilka żyć.

To jest pułapka, do której prowadzi wiele systemów psychologicznych. Im bardziej obracasz się wokół swojego ogona, tym trudniej ci przestać to robić. Im częściej wsadzasz rękę do sadzawki, tym bardziej mętna woda.

Klarowności umysłu nie osiąga się poprzez wieczne potrząsanie nim.

To podstawowy błąd, którym skażonych jest większość współczesnych systemów rozwoju: brak umiaru w zajmowaniu się sobą.

Nie ma nic złego w zajmowaniu się sobą. I chrześcijaństwo i judaizm i buddyzm, zachęcają do tego by przyjrzeć się sobie. Ale każdy z tych systemów (w każdym razie ich pierwotne, zdrowe wersje) zalecają w tym duży umiar.

Szybko przychodzi chwila, w której człowiek słyszy: Przestań zajmować się sobą. Nie o ciebie w tym wszystkim chodzi. Nie ty jesteś w tym wszystkim najważniejszy.

Nie możesz bez końca doskonalić siebie, słuchać samego siebie i rozwijać siebie. Choćbyś to robił z nie wiadomo, jakimi intencjami.

Mam wrażenie, że dziś wielu ludzi jest mistrzami, jeżeli chodzi o pracę nad sobą. Wiemy dużo na temat tego jak analizować swoje emocje, myśli i sny. Potrafimy zastosować techniki zaczerpnięte od psychologów i mistrzów rozwoju.

To wszystko jednak nie przynosi nam upragnionego spokoju. Im więcej czytamy, im więcej się staramy, im więcej odbywamy sesji, tym większy czujemy zamęt.

Nic dziwnego. Im mocniej grzebiesz w sadzawce, tym bardziej wzburzona i mętna woda.

Gitarę przed koncertem się stroi. Ale strojenie trwa krótką chwilę. Potem gitara staje się tylko narzędziem, którego racją bytu jest utwór. Dobra gitara to taka, o której muzyk nie musi myśleć. Co by było, gdyby muzyk przez czas koncertu jedynie stroił gitarę i demonstrował jej możliwości?

Rabbi Bunam z Przysuchy, pewnego razu chcąc uczcić jakiegoś człowieka, poprosił go, by zadął w róg w swojej bożnicy. Ten, czując się doceniony zaczął długie przygotowania by dostroić swoją duszę do tego, co miał zrobić. Bunam, widząc to, krzyknął:

- Głupcze, dmij!

Głupcze, zacznij grać. Zacznij działać, zamiast po raz kolejny przeprowadzać analizę i dostrajać się.

Nie potrzebujesz kolejnej psychologii, kolejnych analiz i technik samorozwoju. Nie potrzebujesz kolejnego dostrajanie się. Potrzebujesz wreszcie przestać zajmować się sobą i skupić swoją uwagę na świecie wokół.

Zacznij działać taki, jaki jesteś. Zacznij działać z tego miejsca, w którym jesteś. Z tym, co masz. Z takim zamętem, jaki masz w sobie. Zostaw to. Nie dostrajaj się, nie przygotowuj, nie wprowadzaj w nastrój.

Zacznij grać swój koncert, choćbyś nie wiem jak czuł się rozstrojony. Bez obawy, tym różnimy się od gitar, że gdy skupimy się na utworze, mimochodem łapiemy strój.

Jak pisał Shōma Morita:

Machnij ręką na siebie. Zacznij działać teraz, gdy jesteś neurotyczny, niedoskonały, wiecznie zwlekający, leniwy, niezdrowy czy też jakiejkolwiek innej niecelnej etykiety w odniesieniu do siebie używasz. Idź naprzód i bądź najlepszą niedoskonałą osobą, jaką możesz być i zabierz się za rzeczy, jakich chcesz dokonać, zanim umrzesz.

Oczywiście wszystko wymaga umiaru. Nie chodzi o to, byś nigdy, przenigdy nie myślał, co tym, co czujesz ani nie dociekał, co się w tobie dzieje.

Ale szczególnie wtedy, gdy czujesz, że coś jest z tobą nie tak, że nie potrafisz dojść z sobą do ładu, że brakuje ci klarowności – zacznij działać. Wstań i zrób choćby kilka najprostszych kroków, na jakie cię stać.

Dzięki Bogu, nikt mi nie da na tacy, tego, o czym marzę

Całe szczęścia, że nasze marzenia nie realizują się bez naszego udziału.

Wyobraź sobie, że jesteś w górach i wyjeżdżasz kolejką na szczyt góry. Masz narty, świeci słońce a przed tobą wspaniałe zbocze. Już masz zamiar ruszyć w dół, ale spotykasz znajomego. Pyta:

- Gdzie jedziesz?

- Tam na dół. Umówiłem się w karczmie u podnóża na grzane piwo.

Twój znajomy macha ręką i za sekundę pojawia się nad tobą śmigłowiec. Zaszokowany nawet nie zdążyłeś stawić oporu, gdy po chwili wysadzają cię przed karczmą. Pilot widząc twoją zdziwioną minę pyta:

- Czy coś nie tak? Zdaje się, że tutaj pan chciał się znaleźć.

Niby tak, ale przecież najfajniejsza w tym wszystkim miała być droga. Prawo przyciągania to taki helikopter, który cię przenosi tam, gdzie chcesz być, nie angażując do tego twoich mięśni, emocji, myśli czy ogólnie wysiłku. Całe szczęście to jedynie nasza gnuśna fantazja na temat świata. Droga do marzeń jest tak samo ważna jak cel. Gdybyś dostał to, o czym marzysz bez żadnego wysiłku, to nie byłoby to samo.

Czasem, gdy człowiek stoi na górze, może mu się wydawać, że helikopter byłby najlepszym rozwiązaniem. Przecież mogę się połamać, zabić, rozbolą mnie mięśnie, ludzie będą się ze mnie śmiali. Proszę zabierzcie mnie stąd! Czy jest tu jakiś helikopter? Ale ponieważ helikoptera nie ma, możesz albo stać na szczycie i narzekać, albo puścić się w dół ryzykując wszystkie nieszczęścia, jakie mogą ci się pojawić po drodze.

Gdy człowiek już się przełamie okazuje się, że droga była równie wspaniała jak cel. Oczywiście ryzyko zawsze jest prawdziwe. Zawsze możesz się znaleźć w gipsie. Ale to nie zmienia faktu, że działając zawsze dostajesz coś bardzo cennego.

Jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie mogą nam się przydarzyć, jest to, że możemy działać dążąc do swoich celów. Nie twierdzę, że jest to zawsze łatwe i przyjemne. Ale bez działania bylibyśmy znacznie bardziej ubodzy.

Działanie nas oczyszcza. Gdy działasz musisz skupić się na zadaniu i świecie. Gdy pędzisz zboczem rozpływasz się w tym, co robisz. Jesteś jednym ze światem.

Abraham Joshua Heschel pisze:

Nie możemy zanurzać się w drobiazgową analizę własnego „ja”. I nie wolno nam skupiać się na problemie egocentryczności. Drogą do oczyszczenia „ja” jest unikanie rozmyślania nad nim i skoncentrowanie się na zadaniu, które mamy do spełnienia.

Działanie jest warunkiem szczęścia

Bez działania nie jesteśmy w stanie być szczęśliwi.

Kierkegaard powiedział, że drzwi do szczęścia otwierają się na zewnątrz. Gdy ktoś usiłuje się do niego wedrzeć, przed tym się zamykają. Dopiero, gdy zajmiesz się tym, co masz do zrobienia, gdy skupisz swoją uwagę na celu, szczęście nieśmiało uchyli drzwi i wyjdzie do ciebie.

Ze szczęściem jest jak ze snem. Frankl pisze:

Sen nie przychodzi do tego, kto go zbytnio pragnie, bo tym samym wypłasza go. Dlatego sen słusznie porównywano do gołębia, który, gdy zachowujemy się spokojnie siada na ręce, ale odlatuje, gdy usiłujemy go pochwycić.

Zamiast włamywać się do szczęścia, zadowolenia, przyjemności czy klarowności, ustal cel i zacznij działać.

To może być mały cel. Nic szczególnego. Żadna rewolucyjna zmiana. Ale niech to będzie coś, co wiąże się z najcenniejszymi dla ciebie wartościami.

Pomyśl, co dzisiaj możesz zrobić.

Wybierz coś realnego. Coś, co da się osiągnąć w takich warunkach, w jakich jesteś. Z tym, czym dysponujesz. Jeżeli chcesz możesz wybrać coś rewolucyjnego, ale znacznie lepiej zrobi, gdy na początek wybierzesz coś małego i prostego.

Znajdź jakiś łatwy, prosty cel i go osiągnij. Jeżeli twoją wartością jest powiedzmy twórczość i chcesz coś napisać, usiądź i pisz przez dziesięć minut. Jeżeli chcesz zmienić pracę, możesz np. przez dziesięć minut popracować nad swoim cv. Jeżeli chcesz poprawić kondycję, idź na dziesięcio minutowy spacer.

Jeżeli dziesięć minut to zbyt dużo – rób coś przez minutę.

Rób to jutro i przez kolejne dni. Być może, zbyt wiele to ci nie da. Ale ten choćby jeden prosty krok sprawi, że coś zacznie się w tobie dziać.

Czy wiesz, co jest naprawdę ważne?

Czy wiesz, co jest naprawdę ważne?

Opublikowano 04 grudnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Brak poczucia kierunku

Życie wielu osób jest pogmatwane i pełne cierpień, bo nie wiedzą, co jest dla nich ważne.

Czy można żyć nie wiedząc takich rzeczy? Gordon Allport, jeden z bardzo cenionych psychologów, pisał w latach pięćdziesiątych, że co najmniej 25% studentów nie potrafi odpowiedzieć na pytanie Po co ja żyję? Są apatyczni, znudzeni i nie mają żadnych pasji. Czy w ciągu pięćdziesięciu lat, takich ludzi przybyło czy ubyło?

Wydaje mi się, że dziś można by było znaleźć nie więcej niż 25% młodych ludzi z poczuciem kierunku. Być może to typowe zrzędzenie „na tę dzisiejszą młodzież”. Niech jedynym usprawiedliwieniem będzie to, że moim zdaniem to i tak dobrze w porównaniu ze starszymi. W miarę upływu lat ten odsetek ostro maleje. Wśród czterdziestolatków, nie wiem czy 10% osób ma poczucie kierunku.

Ludzie oczywiście potrafią powiedzieć, co lubią i co by chcieli. Jednak preferencje to nie to samo, co wartości.

Gdy prowadziłem rozmowy selekcyjne, moi rozmówcy na pytanie, co jest dla nich ważne recytowali bez zająknięcie:

- Rozwój, wymagająca, odpowiedzialna i dobrze płatna praca, szczęśliwa rodzina. Podróże też by się przydały.

Mało kto jednak potrafił podać przekonujące przykłady, na to, że te rzeczy mają jakieś pokrycie w jego życiu. Nie trzeba być psychologiem by się zorientować, że najczęściej były to puste deklaracje. Czasem podsłuchane w telewizji, czasem od kolegów, czasem od rodziców a czasem na ambonach.

Ci ludzie najczęściej nie mieli zielonego pojęcia, co jest dla ich naprawdę wazne. Wszyscy tego chcą, to ja też. Po co się nad tym zbytnio rozwodzić?

Tymczasem, jak pisze Allport, posiadanie mocnych osobistych dążeń odróżnia człowieka od zwierzęcia, dorosłego od dziecka, a w wielu przypadkach osobowość zdrową od chorej.

Zapominając o tym, co jest dla nas naprawdę ważne stajemy się niedojrzali i chorzy (może zwierząt już do tego nie mieszajmy).

Źródło energii

Gdy nie wiesz, co jest twoją wartością, może się zdarzyć, że poświęcasz siły na coś, czego tak naprawdę nie chcesz. Na przykład starasz się ze wszystkich sił zrobić karierę, gdy tak naprawdę liczy się rodzina. Albo poświęcasz cały czas na wychowywanie dzieci, gdy liczy się tylko kariera.

W efekcie wszystko robisz na pół gwizdka. Oczywiście można mieć kilka wartości. I rodzinę i karierę. Jednak póki nie wiesz, jakie są to wartości, możesz niepotrzebnie tracić swoją energię.

Dzięki wartościom masz dostęp do ukrytych w tobie pokładów energii wewnętrznej. Gdy jesteś ich świadomy możesz podejmować znacznie mądrzejsze i bardziej trafne decyzje. W efekcie twoje życie może być pełniejsze i bardziej spójne.

Odkrywanie

Wartości się nie wybiera. Mógłbym cię przekonywać przez najbliższe cztery lata, że coś jest wartością, mógłbyś mi nawet przyznać rację, ale niewiele by to dało. Nie da się powiedzieć: od jutra moją wartością będzie wolność. Nie będzie, jeżeli nie miałeś jej w sobie od zawsze.

Wartości możemy tylko odkrywać. Szukając ich jesteśmy jak archeolodzy, którzy rozkopują ziemię w poszukiwaniu zasypanego miasta. Posuwając się głąb, ściągając kolejne warstwy ziemi są uważni i otwarci na wszystko, co się pojawia.

Docieranie do własnych wartości

O wartościach pisałem już w książce „Energia wewnętrzna”. Opisałem tam kilka sposobów pracy nad nimi.

Przygotowałem rozdział z tej książki w postaci pliku pdf. W porównaniu z książką jest tam kilka niedużych zmian. Dodałem też kilka zdjęć. Jest to lektura na jeden spokojny wieczór (albo inną, piękną porę dnia).

Zachęcam do tego by przeczytać ten rozdział i zrobić sugerowane tam ćwiczenia.

Z przyjemnością ci wyślę te materiały (oczywiście całkowicie bezpłatnie). Wystarczy kliknąć na okładkę obok. Otworzy się nowe nowe okno i zostaniesz poproszona o dopisanie się do listy subskrypcyjnej. Po potwierdzeniu, na podany adres zostanie wysłany plik. okladka_wart_opt

Miłej pracy!

Cele

Znać swoje wartości to dopiero początek. Wiele osób ma rozbabrane życie, bo nie potrafi się zabrać za działanie.

Wartości są jak wymagający dyrektor. Ciągle dają cię jakieś polecenia i wymagają byś coś dla nich robił.

Jednak sama ich świadomość nie wystarczy. Od czasu do czasu musisz pójść do gabinetu dyrektora i ustalić plan działania.

Mówić inaczej, wartości są jak drogowskazy. Wskazują kierunek, w którym powinieneś się poruszać. Jednak nigdy do nich nie dojdziesz. W stronę miłości, mądrości czy wolności człowiek dąży całe życie i nigdy nie ma poczucie, że osiągnął wszystko, co mógł.

Dlatego potrzebujemy celów. Konkretnych projektów. Konkretnych marzeń, które chcemy zrealizować.

Pod którymś z moich tekstów o marzeniach, ktoś napisał, że jego jedynym marzeniem jest pokój. To wartość, a nie cel. By konstruktywnie żyć, trzeba ją przełożyć na coś konkretnego. Co konkretnie możesz zrobić by przybliżyć do siebie tą wartość? Jaki konkretny projekt uruchomisz?

Posiadanie celów, do których dążymy jest warunkiem szczęścia. Szczęście jest tylko efektem ubocznym naszego działania. Tak jesteśmy skonstruowani. Jak ktoś powiedział – drzwi do szczęścia otwierają się na zewnątrz: kto usiłuje się do niego wedrzeć przed tym się zamykają. Szczęście przychodzi samo, gdy z poświęceniem dążysz do realizacji celów.

Przypomnienie jeżeli nie pobrałeś pliku o wartościach: Jeżeli chcesz, kliknij na ten link . Lub po prostu do mnie napisz.

Poznaj swoje naturalne siły

Poznaj swoje naturalne siły

Opublikowano 30 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 9 komentarzy

W Krakowie, jakiś czas temu pewien sprytny człowiek sprzedawał hejnał. Każdy słyszał Program Pierwszy Polskiego Radia. O dwunastej trębacz czterokrotnie gra swoją melodię. Spryciarz wypatrywał grup, które pojawiały się po dwunastej, zagadywał, a jak się okazywało, że grupa jest średnio rozgarnięta pytał:
- Szkoda, że nie słuchaliście hejnału, zawsze jest o dwunastej
- Tak, szkoda…
- Być w Krakowie i słyszeć hejnału, to rzeczywiście strata
- Tak, ale co zrobić…
- Wiecie co, hejnalista to mój znajomy, jak by wam zależało, mógłbym pogadać. Może uda mi się go namówić by zagrał specjalnie dla was.
- Naprawdę? To możliwe?
- Normalnie tego nie robi, ale rzadko w Krakowie przebywają tak wspaniali goście.
Klienci, dopieszczeni i pełni nadziei patrzą na swojego wybawcę. Ten, widząc, że ryba bierze zaczyna szarpać.

To fragment mojej nowej książki.

Właśnie wyszła. Ma format ebooka, ale można zamówić ją też w formie papierowej. Uważni czytelnicy poznają w niej kilka tekstów z bloga.

Tytuł książki „Efekt jojo w motywacji” wymyślili spece z Wydawnictwa. Jest lepszy od mojego pierwotnego (Naturalnie Spełnione Marzenia) ale nie do końca oddaje zawartość książki.

W rzeczywistości to nie tyle książka o motywacji, ale o pułapce, w jaką wpadamy zabiegając o jej zawsze wysoki poziom.

To książka o pułapce, w jaką wpadamy wierząc różnego typu guru samorozwoju.

To książka o tym, jak zapominamy o swoich naturalnych siłach starając się dopasować do obrazów narzucanych nam przez media, psychologów, rodziców i wszystkich specjalistów od „rozwoju osobistego”.

Jeżeli jesteś gotowy by trochę przestawić swój świat – zmierz się z nią.

Jeżeli jesteś gotowy bardziej zaufać sobie niż płatnym motywatorom – poznaj jej treść.

Dzięki niej nauczysz się realizować swoje zamierzenia niezależnie od tego czy masz w sobie motywację czy nie.

Klikając na link poniżej można pobrać darmowy fragment książki. Jest tam cały spis treści oraz fragment jednego z rozdziałów.

Fragment książki „Efekt jo-jo w motywacji” do pobrania

Klikając na okładkę można zamówić książkę.
Efekt jojo w motywacji - kliknij by zamówić

A co działo się na Krakowskim Rynku?

- Tylko jest mały problem. Ten hejnalista musi zapłacić ochronie wieży – wiecie, takie są przepisy. Zagra dla was za darmo, ja oczywiście grosza nie wezmę, za pośrednictwo.
- Hm… A dużo?
- Nie, jak się zrzucicie, to niewiele wyjdzie.
Po chwili zadowolony spryciarz niknie w Kościele Mariackim z pieniędzmi. Zostawienie sami sobie ludzie, który my dali pieniądze, zaczynają czuć lekkie obawy.
- A może nas oszukał – pytają siebie – może wziął pieniądze i nic z tego nie będzie?
Jednak po chwili spryciarz się pojawia.
- Załatwione. Ciężko było, ale się udało. Zagra specjalnie dla was.
- Super! Wspaniale!
Wybija pełna godzina. Hejnalista otwiera okienko i zaczyna grać. Wniebowzięta grupa słucha z zapartym tchem, jak hejnał płynie ze strzelistej wieży wprost do ich uszu. Spryciarz znika. Skromny człowiek. Nawet nie czekał, aż mu podziękują.
I wszystko świetnie. Klient jest zadowolony. Pieniądze zostały zapłacone. Tylko jest mały problem. Hejnał jest grany co godzinę. O każdej porze dnia i nocy. Nie tylko w południe, tak jak w radiu. Nie musisz nikomu płacić, by go wysłuchać.
Sprzedawcy motywacji są jak ten spryciarz. Masz wszystko, co jest Ci potrzebne, by osiągnąć sukces. Masz w sobie tyle motywacji, ile trzeba, by zrealizować swoje marzenie. Nikomu nie musisz płacić, nie musisz jeździć na żadne szkolenia, nie musisz słuchać „mistrzów” motywacji, nie musisz czytać kolejnych książek.
Wszystko, co potrzeba, masz tu i teraz. Nie gdzieś w podświadomości, w głębi, w możliwości. Nie. Tu i teraz.
Wystarczy, że zabierzesz się za działanie. Czekanie na motywację i nastrój tylko Cię rozprasza. Motywacja pojawi się sama, gdy zaczniesz działać. Przyjdzie chwila, gdy poczujesz przepływ. Gdy cały świat będzie Cię niósł. Gdy poczujesz, że wszystko jest zgrane, harmonijne i piękne. Że wszystko się ze sobą łączy.

Jak sobie ułatwić osiągnięcie celu?

Jak sobie ułatwić osiągnięcie celu?

Opublikowano 28 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Francuz, Pierre le Grand z wyspy Tortuga, zmęczony życiem myśliwego i plantatora (tzw. bukaniera), zebrał kilkunastu kompanów i wypłynął na morze. Ledwo mieścili się w swojej łódce. Chcieli złupić jakiś niewielki statek handlowy. Nie mieli jednak szczęścia. Byli na pełnym morzu już od kilku dni, ciągle jednak nic nie spotkali. Skończyła im się woda i jedzenie, dokuczał upał i niewygody.

Już mieli zrezygnowani wracać, gdy ktoś w dali zobaczył żagiel. Rzuci się w jago stronę najszybciej jak mogli. Jednak im lepiej mogli go widzieć, tym bardziej rzedły im miny. To nie był „niewielki statek handlowy”. To był ogromny okręt wojenny z rzędem dział po obu stronach burty i załogą liczącą ponad 200 osób. Małe szanse by trzydziestka wygłodzonych i obdartych plantatorów, stłoczonych w niewielkiej żaglówce i uzbrojonych jedynie w noże i pistolety, mogła coś wskórać. Z drugiej strony zdobycz kusiły. Byli głodni i wycieńczeniu, a na statku było jedzenie i być może jakieś pieniądze.

Łódź została zauważona z okrętu wojennego. Jeden z oficerów zameldował to kapitanowi. Ten spojrzał, nie przerywając gry w karty i powiedział: „No i co z tego? Nie obawiam się nawet okrętu tak wielkiego i potężnego jak mój, a cóż dopiero takiej łupiny”. Spokojnie wrócił do kart.

Zapadł zmrok a łódź ciągle trzymała się w okolicy okrętu. Głodni i zmęczeni bukanierzy postanowili działać. Zaczęli od złożenia przysięgę wobec siebie „iż w boju nie okażą najmniejszej obawy czy słabości”. To było zaklinanie rzeczywistości. My również często powtarzamy sobie takie rzeczy: tym razem się uda, zrobię, to będę niepokonany! Efekty – wiadomo jakie są. Nasz Pierre, nie byłby la Grande (Wielki) gdyby o tym nie wiedział. Dlatego zrobił coś jeszcze. Gdy cicho podpływali pod burty okrętu, kazał wywiercić w dnie łodzi dziurę. Im bardziej podpływali, tym bardziej łódź się zanurzała. Gdy mogli chwycić się burt, łódź cicho poszła na dno.

Nie mieli odwrotu. Mogli iść tylko do przodu. Błyskawicznie wdrapali się na pokład i zaatakowali zbrojownię. Potem wdarli się do wielkiej kabiny, gdzie kapitan ciągle grał w karty. Przystawiając mu pistolet do piersi kazali poddać cały okręt. Okazało się, że statek wiózł ładunek złota. Pierre la Grand zatrzymał tylu żołnierzy ilu potrzebował do obsługi żagli a pozostałych wysadził na ląd. Następnie wrócił do Francji i nigdy nie wrócił na Karaiby. Gdy tylko rozeszła się wiadomość o jego wyczynie, morze zaroiło się od podobnie działających, gotowych na wszystko rzezimieszków. Przez następne kilkaset lat, regularne armie nie mogły sobie poradzić z “piratami z Karaibów”.

Takich historii można opowiedzieć więcej. Wielcy wodzowie przekraczali Rubikon, palili za sobą mosty czy palili własne okręty – jak choćby w 711 roku Tarik ibn Ziyad, dowódca, który na kilkaset lat podbił Hiszpanię:

O moi wojownicy, dokąd mielibyście umknąć? Za wami jest morze, a przed wami wróg. Zostaliście jedynie z nadzieją na odwagę i stałość … jeżeli będziecie zwlekać z szybkim uchwyceniem zwycięstwa, wasz szczęśliwy los zniknie, a wasz nieprzyjaciel, którego obecność napełnia was strachem przeważy… oto stoi przed wami wspaniała okazja do pobicia go, jeżeli tylko odważycie się chętnie narazić się na śmierć[i].

Bliższy naszym czasom jest inny dowódca, który zastosował tą samą technikę. Henran Cortez, konkwistador, który z grupą zaledwie kilkuset żołnierzy podbił ogromne imperium Inków. Zanim spalił okręty, by wyleczyć swoich żołnierzy z wahań, najpierw wymontował z nich wszystko, co stanowiło jakąkolwiek wartość (metalowe części, działa, żagle, itp.).

Nie chodzi o niszczenie

Strategia „palenia okrętów” nie polega na bezmyślnym niszczeniu. Nie chodzi o to, byś zaczął wszystko rozwalać, gdy tylko wpadnie ci do głowy marzenie. Nie chodzi o to, by utrudniać sobie życie, nieprzemyślanymi krokami.

Chodzi o to, by z rozmysłem stworzyć warunki, w których nie będziesz rozdarty między możliwościami. Gdy droga do tyłu jest tak samo otwarta jak droga do tyłu, jesteś w zawieszeniu. Twój umysł błąka się to tu, to tam. W efekcie nie wykorzystujesz wszystkich możliwych okazji i wszystkich własnych możliwości działania.

Póki droga odwrotu jest tak samo otwarta jak droga do przodu, nie możesz być pewny swojej woli. W jednej chwili możesz czuć energię i zapał, ale w drugiej możesz poczuć rezygnację. Gdy pojawią się trudności lub będziesz miał gorszy dzień, okaże się, że chcesz tylko na wpół. Że twoja wiara w sukces nie do końca jest pewna, że trudno ci się do czegoś zmobilizować. W takiej sytuacji spalone, lub przynajmniej podtopione okręty bardzo się przydają. Gdy nie masz innego wyboru, łatwiej uwierzyć, że może

Kilka sugestii

Możesz zrobić kilka rzeczy:

Nie planuj odwrotu. Wiele osób myśli o swoich marzeniach, z góry planując drogę odwrotu i nazywając ją planem awaryjny. Mówią np. jak mi nie wyjdzie własny biznes, to zawsze mogę liczyć na etat. To nie jest żaden plan awaryjny, ale plan ucieczki. Dobry plan awaryjny to plan działań typu: „jak mi nie wyjdzie w ten sposób, to spróbuję tak, jak nie drzwiami, to oknem”. W takim planie nie ma miejsca na ucieczkę.

Zaangażuj innych ludzi by utrudnili ci tkwienie w miejscu. William James pisze: „Pamiętam, że niegdyś czytałem w jednej z gazet austriackich ogłoszenie pewnego Rudolfa, który obiecał pięćdziesiąt guldenów nagrody człowiekowi, który pod dacie ogłoszenia spotka go w winiarni. «Czynię to – wyjaśniał dalej w ogłoszeniu – wskutek przyrzeczenia, danego mej żonie». Taka żona i takie właściwe pojmowanie sposobu pozbywania się starych nałogów, mogą każdego ośmielić do zaryzykowania pieniędzy i założenia się, że Rudolf dotrzyma postanowienia.

Nie musisz dawać ogłoszenia w gazecie. Możesz poprosić ludzi (lub ich nawet zatrudnić) by uprzykrzali cię stanie w miejscu. Niech cię wyśmieją, gdy nie uda ci się tego osiągnąć. Możesz założyć się z kimś, o coś cennego, że uda ci się dopiąć swego.

Podbij stawkę. Przez wiele lat usiłowałem zrobić prawo jazdy. Bez żadnych efektów poświęciłem na to wiele energii. Gdy dowiedziałem się, że będę ojcem, zrobiłem je w ciągu miesiąca. Tym razem wiedziałem do czego jest mi potrzebne. Wiedziałem, że bez niego (moja żona również nie miała wtedy prawa jazdy) dziecko będzie miało znacznie ciężej. Usiądź jeszcze i spisz wszystkie korzyści, jakie osiągniesz dzięki realizacji swojego marzenia. Zrób tak długa listę, jak tylko się da. Czego, z tej całej listy najbardziej potrzebujesz? Bez czego nie możesz żyć?

Podnieś koszty nie działania. Dla niektórych pomocna jest prosta strategia karania się i nagradzania. Np.: nie golę się, dopóki nie ukończę książki, albo nie umawiam się na randki, póki nie zarobię pierwszych 10 000. Nie zawsze to dobrze działa – czasem buduje niepotrzebne napięcie i stres. Może jednak być pomocne.

Zrób krok do przodu (rozważny). Pozbądź się tego, co nie jest ci potrzebne do realizacji celów. Zwolnij się z pracy, wyjedź za granicę, zapisz się na studia, itd. Nie zwlekaj, aż zapał ci przejdzie.


[i] http://www.fordham.edu/halsall/source/711Tarik1.html

Determinacja i pokora

Determinacja i pokora

Opublikowano 15 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 17 komentarzy

Dwie osoby

Z jednej strony człowiek pewny siebie, zdecydowany i wierzący we własną gwiazdę. Gdy starał się o przyjęcie na Hervard, jeden z profesorów zapytał go czy jest inteligentny.

- Jestem zajebiście inteligenty – odpowiedział.

Najlepiej czuł się w drogim, włoskim garniturze, na środku sali, gdy mógł opowiadać innym o swoich genialnych pomysłach. Poruszał się jak gwiazda filmowa świadoma otaczających ją wielbicieli i fotoreporterów. Patrzył przed siebie twardym, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

Z drugiej człowiek skromny, świadomy swoich braków. Zza dużych okularów przypominał cierpliwego nauczyciela z małomiasteczkowej szkoły. Najlepiej czuł się w kraciastej koszuli, na swojej farmie i w ulubionej koparce. Nie udzielał zbyt dużo wywiadów, rzadko był obiektem zainteresowania fotografów. Jeżeli już musiał być w centrum, wolał odwracać uwagę od siebie i kierować ją na coś innego.

Gdyby tych ludzi postawić obok siebie i zapytać przechodniów, który ma szansę zrobić karierę, dziewięćdziesiąt procent wskazałoby pierwszego. Takie czasy. Trzeba być przebojowym, agresywnym i zdecydowanym. To musi być prawda, skoro tyle osób tak uważa. Osoby przebojowe i całkowicie bezkompromisowe są szybciej dostrzegane i łatwiej robią karierę. Tak, ten pewny siebie człowiek zrobił karierę. Został prezesem ogromnej, zatrudniającej kilkadziesiąt tysięcy osób firmy. Przez długi czas gazety i inwestorzy czcili go jak geniusza.

Ale temu drugiemu, mimo wszystko też się udało. Też został prezesem dużej firmy. Tyle, że końcowe efekty jego działania były zupełnie inne. Najpierw jednak wróćmy na chwilę do naszej gwiazdy.

Wrodzony talent

W życiu trzeba mieć talent. Trzeba mieć ten dar od Boga (lub Natury lub Losu). Gdy masz, wszystko przychodzi łatwo i prosto.

Firmą, która zapoczątkowała ruch „zarządzania talentami” był McKinsey. Troje z jej kluczowych konsultantów napisało bestseller „War for talents”. Na świecie trwa wojna o talenty. Ten, kto ją wygra, wygra wszystko. Trzeba jak najszybciej znajdować utalentowanych ludzi (najlepiej jeszcze na studiach), pozyskiwać ich i tworzyć im odpowiednie warunki (płacić, płacić, płacić i raz na rok oceniać). Sukces jest kwestią czasu. Nie można przegrać, gdy masz ludzi z talentami.

Możesz przegrać tylko wtedy, gdy nie jesteś agresywny. To wojna a nie popołudniowa przechadzka. Nie może ci zadrżeć ręka przy zwalnianiu starych, ale nie tak zdolnych pracowników. Nie możesz się wahać przed awansowaniem młodych zdolnych ponad głowami bardziej doświadczonych.

Jednym z najbardziej utalentowanych konsultantów McKinseya, najmłodszym w historii partnerem był Jeffrey Skilling. Dosyć szybko został szefem ogromnej firmy obsługiwanej przez McKinseya. Oczywiście od razu wdrożył w niej program zarządzania talentami. Przyjmował ludzi takich jak on – młodych, zdolnych i agresywnych.

Skilling, sam o sobie mówił:

Mój geniusz nie tylko określa moją wartość, on także określa wartość tej firmy. Mój geniusz kreuje wartość. Mój geniusz jest zyskiem dla firmy!

To się nazywa rozmach. Uważać się za geniusza to drobnica. Uważać się za geniusza wartego miliardy dolarów – to dopiero coś.

Firma nazywała się Enron. Gdy okazało się, że pomysły Skillinga nie są genialne, ani nawet dobre, jedynym rozwiązaniem stały się oszustwa. Skilling z kolegami zaczął na wielką skalę fałszować dane księgowe. Był zbyty bystry by nie domyślać się, jak to się skończy. Nie był jednak w stanie znieść świadomości, że nie jest geniuszem. Był w stanie zrobić dosłownie wszystko byle tylko nie okazało się, że jest zwykłym śmiertelnikiem, który jak inni popełnia błędy.

Jego niezachwiana wiara we własny geniusz doprowadziła do utraty pracy przez 22 tysiące osób oraz bilionowych strat, jakie ponieśli inwestorzy. On sam został zmuszony do przeprowadzki z najwyższego piętra oszklonego wieżowca do znacznie mniej przestronnej, więziennej celi. Dostał 24 lata bez możliwości zwolnienia przed upływem 20 lat. Oczywiście uznał wszystko za spisek. Pewnie dalej czuje się tak samo cenny. Nie sądzę jednak by więzienie, w którym przebywa rozważało wejście na giełdę.

Opinia jaką ma Skilling na swój temat nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jego mniemania, przez pierwszy okres kariery, gdy ważne było robienie wokół siebie szumu, zapewne były pomocne. Ale później, gdy sprawa przestała się do tego sprowadzać, doprowadziły do katastrofy. Skilling całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Jego inteligencja (naprawdę wysoka) na nic mu się nie przydała, bo nie potrafił odczytać tego, co wokół dzieje.

Mimo tego, że co pewien czas mamy okazje przyglądać się opłakanym skutkom działania ludzi takich jak Skilling czy ostatnio Madoff, ciągle pokutuje wyobrażenie, że w biznesie nie da się inaczej. Że co prawda bycie pyszałkiem zbyt estetyczne nie jest, ale to wynik ostrej konkurencji, XXI wieku czy specyfiki biznesu. Taki styl wydaje się odpowiednim przystosowaniem do warunków. Ale to nie jest prawda.

Ciągły rozwój

Jim Collins, który zajmuje się badaniem przedsiębiorstw odnoszących długotrwałe sukcesy, w książce „Good to great” (Od dobrego do wielkiego) jako pozytywny przykład opisuje firmę Kimberly-Clark. Jej szefem był Darwin E. Smith. Gdybyś zainwestował jednego dolara, w dniu w którym Smith objął jej stery, po 20 latach w dniu gdy przeszedł na emeryturę zrobiłoby się z niego 40 dolarów. To cztery razy lepszy wynik niż to, co osiągnęły dobre firmy giełdowe.

W 1971 roku, gdy Darwin E. Smith został wybrany prezesem, jeden z dyrektorów wziął go na bok i zapytał, czy zdaje sobie sprawę, że nie ma wszystkich potrzebnym na tej pozycji kompetencji. Smith ani się nie obruszył, ani nie zaprzeczył. Sam zbyt dobrze o tym wiedział. Nie uważał się za osobę wyjątkową ani wybitnie uzdolnioną. Po wielu latach, gdy osiągnął sukces, zadano mu pytanie jak udało mu się to zrobić. Smith odpowiedział:

- Nigdy nie zaprzestałem prób by zdobyć kwalifikacje do tej pracy.

Zespół Collinsa przebadał wiele firm. Okazało się, że w każdej z „wielkich” szefem był ktoś, kto przejawiał, jak to nazywa Collins „piąty poziom zarządzana”. Charakterystyczną cechą tego stylu jest osobista pokora (personal humility).

Żaden z szefów tych firm nie miał rozbuchanego ego. Nikt z nich nie twierdził, że wszystko wie, że jest najmądrzejszy, że nigdy się nie myli i zawsze osiąga sukcesy. Nikt z nich nie mówił o sobie per „geniusz” lub „urodzony talent”.

Szefowie tych firm:

…nigdy nie chcieli zostać super-bohaterami (larger-then-life hero). Nigdy nie aspirowali do tego by być na piedestale lub stać się niedosięgłą ikoną. Byli zwyczajnymi ludźmi, którzy bez rozgłosu osiągali niezwyczajne rezultaty.

Okazuje się, że to pokora jest kluczem a nie pycha.

Pokorny i zdeterminowany człowiek

Nie chodzi o dwóch różnych ludzi, mimo, że „pokorny zdeterminowany” brzmi jak oksymoron. Albo jesteś pokorny albo zdeterminowany? Niby dlaczego te dwie rzeczy miały się wykluczać? Collins pisze, że piąty poziom zarządzania to „paradoksalna mieszanka pokory osobistej z silną wolą”. Owszem tego rodzaju szefowie nie lubią mówić o swoich osiągnięciach, nie lubią błyszczeć na świeczniku. Ale to nie znaczy, że lubią zgadzać z każdym zdaniem i poddawać się każdej trudności. Przeciwnie. Dzięki temu, że nie muszą się promować i udowadniać geniuszu, potrafią skuteczniej niż inni zadbać o firmę. Gdy to nie ty jesteś w centrum własnej uwagi, ale firma, którą kierujesz, możesz osiągnąć naprawdę wiele.

Pyszałkowatemu Skillingowi, tak naprawdę nie zależało na firmie. Jemu zależało tylko na własnej wielkości.

Determinacja neurotyka

Jedynym ważnym dla Skillinga celem było pokazać światu swój geniusz. Jeżeli nie jestem geniuszem to niech się wali cały świat. Nic innego się nie liczy. Tysiące ludzi bez pracy, miliony osób tracących zainwestowane oszczędności – to mały pikuś w porównaniu z moją tragedią. Z tym, że ktoś zaprzecza mojej genialności.

Taka osoba robi wrażenie szalejącego tygrysa. Ale jej determinacja nie jest skierowana na konstruktywne działanie. Ten szalejący tygrys jest ślepy. Jego pazury trafiają w pustkę. Walczy z urojonymi duchami, które zagrażają jego urojonej tożsamości. Równocześnie nie dostrzega, że wokół zaciska się prawdziwa sieć.

To nie jest determinacja zdrowej osoby. Jest to typowy mechanizmem neurotyczny. Karen Horney tak go opisuje:

Oto mówi sobie, że jest i będzie kimś nieporównanie lepszym od „nich”. Stanie się kimś naprawdę wielkim i wszystkich zawstydzi. On im pokaże jak dalece go nie docenili i jak bardzo skrzywdzili. Stanie się wielkim bohaterem (w przypadku Stenhalowskiego Juliana – Napoleonem) prześladowcą, przywódcą, uczonym o nieśmiertelnej sławie.

Taki super-bohater stawia sobie szereg wymagań, ale nie po to by coś wnieść do świata, ale po to, by ciągle udowadniać sobie i innym swoją wyjątkowość:

Uzasadnieniem dla stawianych wymagań, jest przekonanie o posiadanych wybitnych przymiotach, na które składają się: większa od innych wiedza, „mądrość’ i zdolność przewidywania. (Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka)

Takie szarpanie się jest efektem wewnętrznej rozpaczy związanej z brakiem poczucia akceptacji. Skilling nie miał grama zdrowej akceptacji siebie. A z akceptacją siebie jest trochę jak z butami. Gdy są dobre, zapominasz o stopach. Gdy ciągle o nich pamiętasz, coś jest nie tak.

Ludzie, którzy akceptują siebie nie mają potrzeby zajmowania się sobą. Zapominają o sobie, jak zapomina się o wygodnych butach. Gdy ciągle wracasz do siebie, coś jest nie tak.

Pokorna determinacja

Gdy nie musisz walczyć z duchami, które zabierają ci twoją urojoną nieśmiertelność możesz zacząć osiągać coś rzeczywistego.

Darwin E. Smith był równocześnie pokorny i zdeterminowany. Pochodził z ubogiej rodziny i aby skończyć college, pracował dniami a uczył się nocami. Dzięki uporowi dostał się na prawnicze studia na Harvardzie. Gdy kilka miesięcy po objęciu posady prezesa, lekarze wykryli u niego raka krtani i dali mu rok życia, nie przestał ani na chwilę pracować. O chorobie poinformował zarząd, podkreślając, że ciągle jeszcze żyje. Dalej pracował jako prezes, równocześnie jeżdżąc na naświetlania. To tylko jego życie osobiste. Kierując firmą przejawiał jeszcze więcej determinacji.

To nie była sierotka, która na każdą przeciwność reaguje nieśmiałym westchnieniem: „może mi się uda” czy „byle nie zapeszyć”.

To był człowiek, który miał przed sobą cel i do tego celu dążył, nie rozpraszając się na olśniewanie innych.

Naprawdę silnym jest się wtedy, gdy nie tracisz energii na ukrywanie przed sobą własnych słabości. Cała siła może być wtedy skierowana na spójne, konstruktywne działanie. Wiem, łatwo się mówi a trudno to osiągnąć praktyce. Dziś, gdy szedłem do pracy nagle na mnie to spłynęło: Jak nieporównanie prostsze byłoby moje życie, gdybym nie musiał tak bardzo się starać być takim, jak sobie to wyobrażam. Ale powoli idę do przodu.

Kuerti zapytałeś mnie w komentarzu:

Zdaję sobie sprawę z własnych słabości, ale wierzę jednocześnie, że uda mi się je kiedyś poprawić… To pycha czy po prostu optymizm?

Dla mnie to nie jest pycha. Jeżeli nie traktuję się jak człowieka bezbłędnego, jeżeli nie mam w głowie etykiet, jaki to genialny jestem i nie tracę energii na podtrzymywania dobrego mniemania o sobie – nie ma to nic wspólnego z pychą. Gdy do tego znam swoje słabości – jestem realistą. Dla mnie nie jest to także optymizm, ale realizm połączony z nadzieją.

Pokora przecież nie wyklucza posiadania nadziei (marzeń czy pragnień). Twoje nadzieje, nawet te wielkie nie sprawiają, że stajesz się pyszny.

Ale jest jedna ważna rzecz. Nadzieja to nie żądanie. Czasem te rzeczy mylimy. Nadzieja to chcę. Chcę nawet bardzo mocno. Bardzo mi na tym zależy. Chcę wygrać zawody, napisać książkę, zbudować dom, znaleźć miłość życia, awansować, itp. To nic złego. Są ponoć zdrowi ludzie, którzy pozbyli się wszystkich pragnień. Nie spotkałem jeszcze i nie za bardzo wiem gdzie spotkać. Dla mnie posiadanie pragnień i dążenie do ich realizacji ze wszystkich sił jest zdrową rzeczą. A nawet niezbędną. Za dużo widziałem ludzi, którzy pozbawieni celów i marzeń, marnowali dzień za dniem.

Czymś innym jednak jest żądanie. Pragnienie to chcę. Żądanie to muszę. To neurotyczny, pyszałkowaty przymus. Gdy tak nie będzie świat się zawali, ludzie będą okropni, ja nie będę miał prawa istnienia. Żądam, bo „mi się należy”. Żądanie jest wtedy, gdy dążysz do wygrania zawodów, bo musisz, bo inaczej nie będziesz się czuł wartościową osobą. Wtedy, gdy dążysz do napisania książki, by udowodnić, że jesteś coś warty. Gdy dążysz do pieniędzy, bo inaczej będziesz czuł się nikim lub osobą pozbawioną wolności. Gdy szukasz bliskiej osoby, bo sam czujesz się nic nie warty.

Wywalić całe to muzeum

Pycha nie polega na tym, że czegoś chcesz od życia. Pycha polega na tym, że identyfikujesz się z pozytywnymi mniemaniami na swój temat.

Oczywiście być całkowicie pokornym jest ciężko. Anthony De Mello napisał:

Zaprawdę świętym był ten, kto powiedział „Jestem tylko czterema ścianami z pustką między nimi” Nikt nie może być pełniejszy.

To nie takie łatwe przez dłuższy czas być aż takim realistą. Ale wystarczy przestać zapełniać te cztery ściany swoimi pomnikami: pomnik genialnego szefa, który zawsze wygrywa; pomnik doskonałego kochanka; pomnik troskliwego rodzica, pomnik natchnionego muzyka… Tak samo nie należy wypełniać tych ścian pomnikami w innym stylu: pomnik nieśmiałego człowieka; pomnik człowieka, któremu nigdy nic się nie udaje; pomnik osoby, która nie ma talentu do pisania czy pomnik osoby, która biedna się urodziła i biedna umrze.

Zapełnianie naszych czterech ścian pomnikami sprawia, że miejsce do życia zmienia się w muzeum a my stajemy się jego kustoszami. Przestajemy żyć a zaczynamy konserwować. Czasem, gdy uda nam się uwieść innych, możemy mieć nawet całkiem spory ruch. Ludzie nas odwiedzają, podziwiają i gratulują. Ale ten ruch to tylko pozory życia.

Jak zabrać się za rozbijanie pomników? Kilka pomysłów z brzegu:

  • spisać listę swoich słabych stron (konkretnie) i opracować sposób pracy nad nimi,
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do swoich pomyłek i błędów,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię zbytnio i w sposób przesadny wychwalać, przyjąć tą część pochwał, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną (mimo, że przyjemną),
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najlepszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kto jest lepszy i poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię chwalą i nigdy nie krytykują (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które zawsze doskonale ci wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo zajmujesz się zbyt łatwymi rzeczami)
  • gdy czujesz się doskonały i zaawansowany zająć się rzeczami, których nie umiesz i które ci kiepsko wychodzą. Najlepiej raz na jakiś czas zacząć uczyć się rzeczy, co do których myślisz, że „nie masz uzdolnień” (np. nauczyć się chińskiego, gry na klarnecie, surfowania czy wyszywania haftem krzyżykowym).

To lista raczej dla tych, którzy mają pomniki „patetyczne”. Nie należy przesadzać, bo nie chodzi o zmianę pomników patetycznych (ja-geniusz) na dramatyczne (ja-ofiara losu).

Dla kolekcjonerów pomników dramatycznych proponuję:

  • spisać listę swoich mocnych stron (konkretnie),
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do tego co ci wychodzi i w czym osiągasz sukcesy,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię w sposób przesadny krytykować, przyjąć tą część krytyki, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną,
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najgorszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kogo możesz poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które nigdy ci nie wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo stawiasz przed sobą zbyt trudne cele)
  • Wreszcie nauczyć się czegoś dobrze i dość w jakiejś umiejętności do wyższego poziomu zaawansowania.

* * *

Masz może jakiś inne pomysły? Co o tym myślisz?

Przestań marzyć o szczęściu, skup się na życiu

Przestań marzyć o szczęściu, skup się na życiu

Opublikowano 19 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Niektórzy ludzie, gdy ich poprosić o listę marzeń mówią: marzę o tym by być szczęśliwym. Albo mówią: marzę o tym by się dobrze czuć, lepiej niż teraz. Marzę by być zdrowy i zadowolonym z życia. Niektórzy mówią to nawet z poczuciem jakiegoś wyższego stopnia rozwoju psychicznego. Hej, patrzcie – zdają się mówić – jestem poza te wszystkie małe i przyziemne rzeczy, wiem, co jest najważniejsze.

Owszem, szczęście i dobre samopoczucie, to coś, o czym każdy marzy. Jednak nigdy nie można go osiągnąć poprzez bezpośrednie dążenia. Jest dokładnie tak, jak stwierdził Aldous Huxley:

Szczęścia nie osiąga się poprzez celowe dążenia do szczęścia. Jest ono produktem ubocznych innych dążeń.

Chcesz być szczęśliwym? Zapomnij o szczęściu. Zajmij się dążeniem do jakiegoś konkretnego celu. Do czegoś, co leży poza tobą. Przestań dreptać w kółko, wokół własnego ogona.

Ktoś, kto twierdzi, że jego jednym marzeniem jest szczęście jest nie tylko egoistą, ale osobą, która prawdopodobnie funkcjonuje na granicy zdrowia psychicznego. Marzenia o szczęściu i dobrym samopoczuciu są typowe dla ludzie cierpiących na różnego rodzaju zaburzenia nerwicowe. O czym marzą takie osoby? By wreszcie poczuć się lepiej, by pozbyć się lepiej, by pozbyć się lęków, by móc „normalnie żyć”.

Każda ich myśl, każde marzenie obraca się wokół nich samych. To ja straszenie cierpię, to ja strasznie pragnę szczęścia, to ja muszę coś zrobić. Poza „ja” nie istnieje żaden świat. Idą do psychologa, a psycholog najczęściej pogłębia ich krążenie wokół własnego ogona. Jeszcze głębiej zajmują się analizą siebie, swoich przeżyć i swoich uczuć. Robi się błędne koło. Im bardziej skupiam się na swoich przeżyciach, tym mniej widzę świata poza. Im lepiej widzę swoje wnętrze, tym bardziej czuję, że coś ze mną jest nie tak, że coraz bardziej cierpię.

Tymczasem ludzie, którzy się samorealizują, którzy potrafią czerpać z życia radość i którzy po prostu są szczęśliwi, zawsze skupiają swoją uwagę na zewnątrz.

Jeżeli szukasz naprawdę szczęśliwego człowieka, znajdziesz go budującego łódź, komponującego symfonię, wychowującego syna, hodującego podwójne dalie w swoim ogrodzie lub szukającego jaja dinozaura na pustyni Gobi. (W. Béran Wolfe)

Tacy ludzie dążą do czegoś co jest poza nimi. Spalają się w tym dążeniu. To, czy są szczęśliwi czy nie, mniej ich obchodzi niż to, czy uda im się zrobić, to co im się marzy.

I właśnie wtedy, podczas skupionego dążenia do celu, jaki leży poza nimi, podczas zdobywania szczytu, podczas budowy domu, podczas pisania książki, podczas wychowywania dzieci, bez żadnych specjalnych wysiłków przychodzi szczęście i spełnienie.

Skupienie na sobie sprawia, że zwykli ludzie zmieniają się w neurotyków. Jak stwierdził kiedyś Dali:Od wariata różnię się tylko tym, że nim nie jestem. Czym ja się różnię od człowieka powiedzmy z depresją? Przykro mi, ale tylko tym, że nie robię problemu z tego co czuję. Ponieważ mam cel, który leży na zewnątrz, nie robię takiej afery z tego, czy akurat czuję się przygnębiony czy nie. Oczywiście nie czuję tego co człowiek z depresją. Ale tylko dlatego, że błędne koło emocji i ich unikanie nie zdążyło się rozwinąć.

Wiem: ależ to jest niezgodne z zasadami psychologii! Człowiek musi być świadomy swoich uczuć, mieć z nimi kontakt, itp. Tak mówią ludzie, którzy nieco liznęli psychologii. Kontakt ze swoimi uczuciami jest czymś zupełnie innym. Mieć kontakt – owszem, zamykać się w tym świecie – nie. To oczywiście jest także zupełnie niezgodne z polityką koncernów farmaceutyczych, które produkują leki polepszające nastrój i chcą wmówić wszystkim, że każdy smute, lęk czy pogorszenie  nstroju, to problem, który trzeba leczyć.

Przestań krążyć wokół tego jak się czujesz, czy jak się będziesz czuć. Jest świat poza tobą. Obudź swoje marzenie. Znajdź coś do czego możesz dążyć, co nie jest twoim samopoczuciem. Bądź pewny, że nikt kto dążył tylko do tego by osiągnąć szczęście i dobrze się czuć nigdy nie osiągnął satysfakcji.

Czego chcesz? Co się pociąga? Co chcesz mieć? Co chcesz zrobić? Gdzie chcesz być?

Jesteś w stanie dążyć do celu, nawet wtedy gdy czujesz całą górę negatywnym emocji. Przestań z nich robić problem. Każdy czuje lęk. Każdy od czasu do czasu czuje dokładnie to, co ludzie z depresją. Każdy ma od czasu do czasu ochotę się poddać. Nie jesteś wyjątkiem. Dopuść to do świadomości i idź dalej.

Jest świat na zewnatrz ciebie. Całkiem wspaniały. Rozejrzyj się wokół. Wyjdź na zewnątrz. Szkoda czasu na siedzenie w środku.

Siedem zasad prostego życia z celem

Siedem zasad prostego życia z celem

Opublikowano 11 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

Siedem zasad, które ostatnio są dla mnie ważne. We większości zaczerpnięte od Shomo Morita, który stał się ostatnimi czasy kimś w rodzaju przewodnika.

Być może któraś z tych zasad będzie pomocna także dla ciebie. Mnie pozwalają wyzwolić się z głupiej gonitwy opierającej się na fałszowaniu rzeczywistości i ściganiu własnego ogona.

Pierwsza. Przyjmuję wszystko co się dzieje wewnątrz mnie. Nie ukrywam się przed niczym, co zechce pojawić się w mojej świadomości. Nie udaję przed sobą, że nie mam jakichś emocji. Np. nie udaję, że jestem pełny siły, gdy nie jestem. Nie udaję, że mam doskonały humor, gdy czuję smutek. Nie udaję spokoju, gdy wewnątrz czuję złość. Przyjmuję wszystko co zechce się we mnie pojawić. Otwarcie przyjmuję zarówno emocje przyjemne jak i nieprzyjemne. Otwieram na nie cierpliwą i wyrozumiałą uważność.

Druga: Porzucam nadzieję na zmianę swoich myśli i odczuć. Porzucam poczucie odpowiedzialność za emocje i myśli jakie odczuwam. Porzucam oczekiwania na to bym się stał innym człowiekiem, bym miał inne myśli, odczucia, wyobrażenia, bym w inny sposób wyglądał, miał inne ciało czy inaczej mówił. Mam to, co powinienem mieć. Próby jakichkolwiek zmian siebie przez siłę woli są nieskuteczne. Mogę tylko usiłować zmienić swoje odczucia, ale nie mogę ich zmienić. Nie jestem odpowiedzialny za emocje i myśli jakie do mnie przypływają. Np. myśl: to co robię jest bez sensu, nie jest moją winą i nie muszę jej na gwałt zmieniać. Nie jest moją winą smutek, złość czy zagmatwanie. Tak samo jak nie jest moją winą stan nieba za oknem – to czy są na nim chmury czy słońce.

Trzecia: Przyjmuję pełną odpowiedzialność za wszystkie moje działania. Jestem odpowiedzialny za wszystkie moje czyny, niezależnie od tego jak się czuję. To jakie myśli przychodzą mi do głowy oraz jakie emocje czuję, nigdy nie jest wytłumaczeniem zaniechania jakiegoś działania czy zrobienia czegoś, czego nie powinienem robić. Gdy człowiek spowoduje wypadek wjeżdżając na czerwone światło, to, że czuł pośpiech nie jest okolicznością łagodzącą. Każdy z nas, codziennie robi setki rzeczy na które nie ma żadnej ochoty – chodzimy do dentysty, wstajemy wcześnie rano, witamy się ze zrzędzącym sąsiadem, płacimy podatki, itp. Nikt z tego nie robi problemu. Mówienie „ale ja się bardzo bałem” nie wyleczy zepsutych zębów. Jestem w pełni odpowiedzialny za wszystkie moje działania, niezależnie od tego co czuję. Jeżeli nie mam najmniejszej ochoty wymyć garów, nie jestem odpowiedzialny za to ile zapału czuję do mycia garów, ale jestem w pełni odpowiedzialny za to, czy gary są wymyte czy nie.

Czwarta: Pozwalam sobie dostrzec świat wokół mnie. Przestaję utrzymywać skupienie uwagi na mnie samym – moich odczuciach czy myślach. Utrzymywanie uwagi na sobie samym jest jak skupianie się na szybie, zamiast na widoku za nią. Zza najbrudniejszej szyby można zobaczyć wspaniały widok a przez najbardziej czystą taflę niczego można nie zobaczyć. Gdy tylko mogę skupiam swoją uwagę na tym, co mnie w danej chwili otacza – na innych ludziach, niebie, powietrzu…. Świat za oknem jest ciekawszy niż samo okno. To moje złe nawyki trzymają mnie skupionego na własnym nosie. Pozwalam sobie na to by skupić się na świecie za oknem. Gdy mój wzrok znowu skupia się na brudach za oknem (lub pięknych ornamentach), dostrzegam je a następnie patrzę co jest ciekawego poza nimi.

Piąta: Pamiętam o swoim marzeniu i celach, choćby nie wiem jak wydawały mi się nierealne, odległe czy śmieszne. Zadaję sobie pytanie: Co teraz jest moim celem? Do czego teraz dążę? Gdy piszę staram się przypominać sobie po co to piszę. Jaki problem chcę rozwiązać. Jakiej rozrywki chcę dostarczyć. Komu chcę pomóc. Co jest moim celem?

Szósta: Skupiam się na kolejnym kroku. W każdej chwili mogę zrobić jeden mały krok do przodu. Jeżeli znam swój cel, mogę skupić się na kolejnym kroku. Nie mogę zrobić wszystkiego od razu. Skupiam się na tym, co mam pod nosem. Nie czekam, aż zmienią się warunki, ktoś mi pomoże, lepiej się poczuję czy wreszcie nauczę się wszystkiego, czego powinienem umieć. Wszystko, co mogę teraz zrobić, to…….. Nie jest ważne co mogą zrobić inni by mi pomóc. Nie jest ważne, co mogę zrobić kiedyś, w przyszłości. Ważne jest to, co ja mogę zrobić teraz .

Siódma: Rezygnuję, dopiero gdy mi się uda. Jestem osobą, która łatwo się wycofuje. Często czuję, że to co robię nie ma sensu. Często zabieram się za coś innego, bo wydaje mi się, że odniosłem totalną porażkę. Potem okazuje się, że wcale tak źle nie było. To wszystko tylko myśli i odczucia. Nie jest ważne dlaczego i skąd się wzięły. Szkoda czasu na ich leczenie i analizę. Wiem, że są po prostu jak stara zrzędząca baba, która chce mnie zepchnąć z mojej drogi. Mówi tym głośniej im bardziej chcę ją zagłuszyć. A gdy robię swoje mimo jej zrzędzenia, cichnie. Tak, zmienię swoje cele, wycofam się, zrezygnuję – ale dopiero gdy uda mi się to do czego dążę.

Która z zasad wydaje ci się przydatna? Którą stosujesz? Którą warto zastosować? Której nie mógłbyś stosować?

Nową notkę opublikuję dopiero po tym, jak zbierzemy tu siedem komentarzy ;-)

Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

Opublikowano 02 lipca 2009 | By | Kategorie: historie | 9 komentarzy

Gilbert Kaplan miał 24 lata i był jednym z wielu dobrze zapowiadających się ekonomistów pracujących na nowojorskiej giełdzie.

Jeden z jego kolegów, pewnego dnia zaproponował:

- Może byś się wybrał ze mną na koncert do Carnegie Hall? W składzie orkiestry będzie nauczyciel mojego dziecka.

Gilbert z chęcią się zgodził. Lubił muzykę poważną. Jako dziecko uczył się nawet gry na fortepianie. W Carnegie Hall mieli grać II Symfonię Mahlera „Zmartwychwstanie”. Wolałby coś, co znał – Beethovena, Mozarta czy Bacha. Wszedł do sali koncertowej obojętny, bez żadnych specjalnych oczekiwań.

Wyszedł oszołomiony. Muzyka poruszyła go do szpiku kości. Nie mógł przestać o niej myśleć. Wspomina:

Poczułem się jakby przebiegła przeze mnie błyskawica. Muzyka objęła mnie wokół swoimi ramionami i nigdy mnie nie puściła.

Zamarzył by znaleźć się w środku. Wywoływać ją ruchami dłoni. Pozwolić jej przepływać przez siebie. Słowem, poprowadzić orkiestrę.

Marzenie dosyć powszechne. Nie ma chyba melomana, który by nie dyrygował swojemu odtwarzaczowi gdy nikt nie widzi. W rzeczywistości jednak wymachiwanie rękoma i podrygiwanie w rytm nagrania, nie ma wiele wspólnego z dyrygowaniem. Gdy przyjrzysz się temu co robi dyrygent, zauważysz, że jego ręce często wyprzedzają muzykę. Gdy np. pokazuje mocne uderzenie w kotły, przez chwilę nic nie słychać. Muzyk, nawet gdy ma pałki w pogotowiu, musi je jeszcze opuścić. Uderzenie słuchać zatem po chwili. Pokazując co będzie za chwilę, maestro równocześnie słucha uważnie tego, co się dzieje teraz. Gdy trzeba spowalnia albo przyśpiesza, gdy trzeba wycisza lub podgłaśnia. Musi także pamiętać o tym, co będzie za jakiś czas i z góry dać sygnał odpowiednim muzykom. Do tego dochodzi ciężka praca przed koncertem. Trzeba dać szczegółowe wskazówki i opanować muzyków (najczęściej zakompleksionych, złośliwych, przemądrzałych i niesamowicie biegłych). Prowadzenie orkiestry symfonicznej to naprawdę trudna sztuka. A prowadzenie orkiestry grającej II Symfonię Mahlera to cztery razy trudniejsza sztuka. Ponad stu muzyków, do tego prawie dwustuosobowy chór. Dwóch solistów. Prawie dziewięćdziesiąt minut muzyki.

Ponieważ sprawa była niemożliwa do zrealizowania, Kaplan zajął się ekonomią. Założył miesięcznik poświęcony inwestowaniu i osiągnął ogromny sukces. W ciągu następnych kilkunastu lat został milionerem oraz osobą o dużej reputacji w swojej branży.

Jednak jego miłość do symfonii Mahlera tak łatwo się nie poddała. Powoli przeradzała się w obsesję. Słuchał nagrań, jeździł na koncerty, zbierał pamiątki po Mahlerze, czytał co mógł. Ale to wszystko było za mało.

Po piętnastu latach, do czterdziestoletniego przedsiębiorcy dotarło że ma dwie możliwości. Może spróbować coś zrobić, albo może tylko mieć marzenie.

Pierwsza możliwość była bardzo ryzykowna. Łatwo zrobić z siebie głupca. Poważny inwestor i przedsiębiorca zabiera się za dyrygowanie. Bez żadnego wykształcenia muzycznego, bez doświadczenia, porywa się na Mahlera. Kolejny bogacz, któremu pieniądze przewróciły w głowie. Kolejny niedojrzały facet, który zamiast robić swoje, jak mały chłopczyk żyje dziecięcymi marzeniami. To nie byłby najlepszy zabieg z punktu widzenia PR-u.

A co będzie, jak nie wyjdzie? Co będzie jak muzycy nie będą słuchali? Jak każdy zacznie grać swoje i zamiast symfonii rozlegnie się chaos?

Czy nie lepiej zostać przy machaniu rękami przed drogim sprzętem hi-fi? Dźwięk jest przecież jeszcze lepszy niż w filharmonii. Po co ryzykować reputację?

Ale druga możliwość też wiązała się z ryzykiem. Kaplan mówi:

W życiu zawsze jest ryzyko, które podejmujesz lub nie. W moim przypadku były tylko dwa rodzaje ryzyka. Pierwsze, że zrobię z siebie głupca. Drugie, dla mnie znacznie większe, że przez całe życie będę zastanawiać się co by było, gdyby spróbował. Nie mogłem zdobyć się przez lata. Byłem zbyt przerażony by się odważyć. Ale w końcu…

…w końcu zdecydował się spróbować. Zbliżała się rocznica założenia jego czasopisma. Postanowił choć raz poprowadzić orkiestrę. Plan był prosty. Wynająć orkiestrę, zaprosić znajomych i wykonać ukochaną symfonię.

Wystarczy się przygotować. Po pierwsze partytura. Bagatela, dwieście dziewięć stron zapełnionych nutami. Wspomina:

Gdy zacząłem się uczyć, czułem, że nie robię żadnych postępów. Ucząc się przez dwa tygodnie, po dziewięć godzin dziennie, opanowałem zaledwie czternaście stron. To było zniechęcające. Ale wtedy uświadomiłem sobie, że przecież uczę się jednej strony dziennie. Nauka zajmie mi dwieście dziewięć dni. Kawałek po kawałku, ale robiłem postępy. To dało mi poczucie pewności.

Nie wystarczała znajomość nut. Kaplan, na prywatnych lekcjach uczył się także dyrygentury. Przygotowanie zajęło mu dziewięć miesięcy codziennej pracy po pięć – dziewięć godzin. Później mówił:

Gdybym wiedział, jakie to trudne, nigdy bym się na to nie odważył. Coś ci mówi idź do przodu podczas gdy logika mówi: nie rób tego. To tak jak z trzmielem. Od strony aerodynamicznej trzmiel nie jest zdolny do tego by latać. Jego waga, rozpiętość skrzydeł, to wszystko sprawia, że nie powinien nawet próbować. Ale o tym nie wie. I jakoś lata.

Lepiej podjąć ryzyko niż żyć z wyrzutami. Zawsze możesz zrobić więcej niż ci się wydaje. Największym problemem jest po prostu zacząć. Po prostu spróbuj. Zawsze możesz zrezygnować. To niesamowite jak niewiele osób próbuje cokolwiek zrobić, bo boją się uczynić pierwszy krok.

Pierwsze wykonanie II Symfonii pod batutą Kaplana było sukcesem. Do dziś Kaplan pracował z ponad trzydziestoma orkiestrami. Zaproszono go nawet na prestiżowy festiwal w Salzburgu, gdzie prowadził Londyńską Orkiestrę Symfoniczną. Od publiczności otrzymał niespotykaną, dziesięciominutową owację na stojąco. Płyty z jego wykonaniem symfonii, stały się bestsellerami.

Trzmiel, mimo, że nie powinien, poleciał. Niektórzy muzycy narzekają, że wykonania Kaplana nie są tak wielkie jak uważa publiczność i krytycy. Że sprawa jest rozreklamowania. Być może mają rację. Trzmiel nie jest owadem, który lata najpiękniej. Ale w odróżnieniu od narzekających, lata.

Czasem marzenie jest czymś, o czym staramy się zapomnieć. Czymś, co odsuwamy od siebie, tak długo, jak tylko się da. Wizja wydaje się zbyt nierealna. Logicznie rzecz biorąc nie powinniśmy mieć szansy na to, by ją zrealizować. Jak tam u ciebie? Czy jeszcze masz takie marzenie? Marzenie, którego nieco boisz się mieć? Coś, co jest zbyt nierealne by próbować? Dziś, zbyt nierealne, ale jutro… wszystko zależy od tego co dziś zrobisz.


Źródła cytatów:


1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

Sztuka wyborów

Sztuka wyborów

Opublikowano 20 czerwca 2009 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 4 komentarze

To nie burdel…

Poprzednio narzekałem trochę na afirmacje. Robiąc to, gdzieś tam w tyle głowy czułem jak może rosnąć niezadowolenie tych, którzy są zafascynowani pozytywnym myśleniem czy „prawem przyciągania”.

Faktem jest, że przez ostatni rok zmienił mi się trochę podgląd na istotę skutecznego działania i zdrowia psychicznego. Jakiś czas temu byłem świadkiem takiej rozmowy:

Psycholog: Co byś chciała osiągnąć? Jakie masz cele?

Klientka: Chciałabym się poczuć lepiej niż teraz.

Psycholog: To nie jest burdel i nie mogę ci tego obiecać.

Klientka: eeee…

Brutalne, ale prawdziwe. Psychologia, terapia czy ogólnie rozwój, to nie burdel byś miał po wyjściu zawsze czuć się dobrze.

Rozwój boli. Jeżeli nie, to znaczy, że się nie rozwijasz.

Można się na ten temat długo rozwodzić. Nie będę. Postraszę tylko. Arnold Mindel, twórca terapii zorientowanej na proces (której kiedyś byłem ogromnym fanem), napisał coś co niestety jest prawdą:

Całkowite rozluźnienie i eliminowanie myśli tworzących napięcia może być czymś wielce niezdrowym…wypieranie napięć poprzez relaksowanie się, rozmasowywanie czy wizualizowanie często poprzedza zachorowania na różnego rodzaju nowotwory. Napięcia, tak jak wszystkie inne procesy nie znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki, choć na krótki okres można je usunąć ze świadomości. Wyparte, czy rozluźnione napięcie nie znikają

Czy rzeczywiście musimy programować nasze umysły, aby się „rozluźniły”? Dlaczego mamy „zastępować stare myśli nowymi wyobrażeniami? Chociaż takie recepty są proste w użyciu, to jednak mogą szkodzić poprzez tworzenie chorób.

Mówiąc wprost, gdy wypierasz negatywne emocje, możesz tego nie przeżyć. Obawiam się, że gdyby ktoś zabrał się za badanie konsekwencji zdrowotnych pewnych radosnych terapeutów, musieliby pójść do więzienia.

Im starszy jestem, tym bardziej jestem tego świadomy i z tym mniejszą ochotą robię ludziom „dobrze”.

Umiar

Staram się jednak zachować umiar. Łatwo wpaść w odwrotną przesadę i skazywać ludzi na niepotrzebne i bolesne wglądy i cierpienia. To nie jest tak, że możemy się tylko poddać i użalać się nad sobą. Stosowanie afirmacji jest ryzykowne, ale czasem, lepiej je zastosować niż tkwić w miejscu, użalając się nad sobą.

Jest wiele różnych narzędzi i technik, które można stosować. Dziś chciałbym napisać o decyzji. Jestem bardzo ciekawy, co o niej myślicie. Czy ta procedura do czegoś może się przydać?

Decyzje a afirmacje

Z jednej strony decyzje i afirmacje są do siebie podobne. Jedne i drugie stosujemy wtedy, gdy czujemy, że coś idzie nie tak. Jedne i drugie opierają się na powtarzaniu. Afirmacje trzeba powtarzać, wybory trzeba ponawiać. Jednak w rzeczywistości, są to skrajnie odmienne strategie. Podstawowa różnica dotyczy tego, co dzieje się z naszymi emocjami i świadomością.

Afirmacje stosujesz po to, by czuć się dobrze. Twoim celem jest pozbyć się tego, co niewygodne. Starasz się jak najszybciej zastąpić to, co czujesz czymś innym. Starasz się nie myśleć o swoje słabości, bezradności czy porażce. Odcinasz swoje emocje i usuwasz je w kąt.

W efekcie pogarszasz swój kontakt z rzeczywistością. Zamiast np. przyjrzeć się sytuacji, w jakiej się znajdujesz (za oknem pada deszcz i trzeba wziąć parasol), starasz się odwrócić od niego uwagę i przywołać do pamięci coś miłego (zobaczyć w wyobraźni piękne słoneczne niebo). Wszystko jest fajnie, dopóki nie wyjdziesz na zewnątrz.

Afirmacje okrajają świadomość doznań. Wiele ze stłumionych emocji, wcale nie znika, ale przechodzi do podziemia. Trzymanie ich tam – już wiemy – może być bardzo groźne.

Inaczej jest, gdy podejmujesz decyzję. Nie musisz uciekać od tego, co czujesz. A nawet więcej – by podjąć decyzję musisz to brać pod uwagę.

Gdy dokonujesz wyboru (lub go ponawiasz) twoja świadomość się poszerza. Zawsze przecież wybierasz z czegoś. Dopiero, gdy uświadomisz sobie różne możliwości, możesz wybrać. Każdy wybór pozwala zatem na poszerzenie świadomości siebie i świata.

1. Gdzie jestem?

Decyzję czasem podejmujemy w sposób automatyczny, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robimy. Czasem jednak coś się zacina. Dlatego warto rozłożyć ją na elementy. To trochę sztuczne, ale ułatwia ćwiczenie.

Krok pierwszy to coś, czego, którego brakuje osobom poprawiającym sobie samopoczucie. Możesz zadać sobie pytanie:

  • Gdzie teraz jestem?
  • Co teraz czuję?
  • Co się teraz ze mną dzieje?

Bez tego pytanie możemy nieświadomie grzęznąć w różnego rodzaju działania, które nie biorą pod uwagę aktualnej sytuacji.

Kilka dni temu jechałem samochodem. Z tyłu na foteliku spała moja córka. Nagle jakiś kretyn zaczął zajeżdżać mi drogę. Nawet się nie spostrzegłem, a zacząłem z nim rywalizować. Zareagowałem automatycznie i zacząłem podejmować automatyczne decyzje. Całe szczęście szybko zadałem sobie pytanie: co się ze mną dzieje? Odpowiedź był prosta: czuję złość, zaczynam się ścigać.

To pytanie jest po to, by uruchomić proces decyzyjny. Nie chodzi o to, by cały czas być skupionym na sobie. Gdy jednak nie potrafimy go sobie zadawać, ryzyko polega na tym, że możemy nieświadomie angażować się w jakieś zachowanie, aż na wybór będzie za późno.

Gdy siedziałem za kierownicą, odpowiedź zajęła mi ułamek sekundy. Może się jednak zdarzyć, że pytanie będzie wymagać więcej czasu. Mój znajomy przyjechał na kilka dni do Krakowa. Spędziliśmy razem pierwszy dzień. Pod koniec przeprosił mnie i powiedział, że nie chciałby spotykać się ze mną następnego dnia. Ponieważ Kraków działa na niego refleksyjnie postanowił poświęcić ten czas na przyjrzenie się swojemu życiu. Okazało się, że to była jego standardowa praktyka. Co pewien czas jechał w miejsce, które lubił i włócząc się bez planu, przez cały dzień zadawał sobie pytanie „gdzie jestem?”.

Może się też zdarzyć, że aby odpowiedzieć na to proste pytanie będziesz potrzebować jeszcze więcej czasu i wysiłku. Na przykład kilka sesji z terapeutą.

2. Gdzie chcę być?

Od razu, gdy uświadomisz sobie, co się z tobą dzieje, zadaj sobie pytanie o to, do czego dążysz. Wybierz taką formę pytania, która ci najbardziej pasuje, na przykład:

  • Co jest teraz najważniejsze?
  • Na czym naprawdę mi zależy?
  • Czego naprawdę pragnę?
  • Co jest teraz dla mnie ważne?
  • Jak jest moja kluczowa intencja w tym momencie?

Podobnie, jak w poprzednim punkcie, odpowiedź może zająć ułamek sekundy. Siedząc za kierownicą od razu odpowiedziałem sobie dowieźć bezpiecznie dziecko.

Nieco dłużej zajmuje mi znalezienie odpowiedzi na to pytanie, gdy np. czuję tremę przed zajęciami. Czy zależy mi najbardziej na tym, by dobrze wypaść? A może ważniejsze jest to, by dać ludziom jak najwięcej? A może by ułatwić im wymianę wiedzy między sobą?

Jeszcze więcej czasu może zająć odpowiedź na to pytanie, np. w kontekście firmy. Gdy np. pracujesz jako przełożony, ciągle musisz zadawać sobie to pytanie. Ma one często formę:

  • Co mogę zrobić tylko ja?
  • Po co tu jestem?

Gdy nie potrafisz na to odpowiedzieć, grozi ci, że zaczniesz wykonywać zadania swoich podwładnych, a właściwa praca, jakiej nikt inny nie może wykonać, nie zostanie zrobiona.

Ten punkt przywołuje twoje kluczową intencję. Możesz mieć wiele przeciwstawnych celów. Możesz chcieć się zapaść pod ziemię, odpocząć, przestać czuć napięcie, ale równocześnie zmienić coś w swoim życiu, uwolnić się od napięcie, itp. Każdy z tych celów jest ważny, ale razem wywołują poczucie słabości.

Jeszcze więcej wysiłku, może ci znaleźć odpowiedź na to pytanie, gdy jesteś w jakimś martwym punkcie. Gdy czujesz się zagubiony czy pozbawiany energii. Wtedy, to pytanie może brzmieć: Czego chcę od życia? lub Co chcę w swoim życiu osiągnąć?.

Zwróć uwagę, że są to pytania o jedną rzecz. O, to co teraz, w chwili gdy zadajesz sobie to pytanie jest najważniejsze. Nie w teorii, nie w przyszłości, nie w ogóle.

3. Co wybieram?

Czasem w różnego rodzaju zbiorkach afirmacji można spotkać sformułowanie typu: wybieram powodzenie.

Nie o to chodzi. Wyboru dokonuje się, jak mówi słownik „spomiędzy pewnej liczby osób, rzeczy”. Potrzebujesz minimum dwóch rzeczy. Nie jesteś w stanie niczego wybrać, jeżeli droga, przed którą stoisz się nie rozgałęzia. Wyboru możesz dokonać tylko na rozdrożu. Jeżeli nie widzisz alternatyw, wybór jest tylko figurą językową, a nie wewnętrznym doświadczeniem.

Jeżeli odpowiedziałeś sobie na dwa powyższe pytania (gdzie jestem oraz gdzie chcę być), łatwo ci znaleźć rzeczy, z których wybierasz.

Stawiając się przed wyborem, uświadamiasz sobie wymiar, na którym twoje życie się opiera. Każdy z nas różni się tym, jakimi wymiarami się posługuje. Dla jednej osoby kluczowe znacznie może mieć np. wymiar sympatyczny – niesympatyczny, czy otwarty na innych – zamknięty na innych. Dla kogoś innego kluczowe będzie rozróżnienie pewny siebie – niepewny siebie czy powierzchowny – głęboki. Mamy oczywiście wiele takich wymiarów (konstruktów czy schematów ja, jak je nazywają różne teorie). Co więcej możemy je zmieniać i rozwijać w trakcie życia.

Jeżeli już posiadamy jakiś wymiar, to znaczy, że dysponujmy zasobami, jakie pozwalają nam funkcjonować na jego obydwu biegunach. Jeżeli twój umysł stworzył danego rodzaju wymiar, to znaczy, że dysponuje odpowiednią ilością doświadczeń i informacji, dzięki którym może funkcjonować tak lub tak.

Gdy uświadomisz sobie wybór, łatwiej ci będzie te zasoby przywołać. Oto kilka przykładowych wyborów:

  • Mogę siedzieć i użalać się nad sobą, lub mogę coś z tym zrobić.
  • Mogę być kimś, kto dławi rozmowę, lub mogę być uważnym słuchaczem.
  • Mogę być nieobecnym rodzicem, lub kimś, kto ma z nim dobry kontakt.
  • Mogę się wycofać lub znieść przeciwności i doprowadzić moje przedsięwzięcie do końca.

Gdy sobie uświadomisz wymiar, na którym dokonujesz wyboru, powiedz sobie na głos (lub) zapisz, co wybierasz.

4. Co mogę zrobić?

Najczęściej, gdy dokonasz wyboru, działanie pojawi się samo. Automatycznie zmieni się twój sposób poruszania się, oddychania czy myślenia. Wybór celu i sposobu działania uruchamia nasze wewnętrzne zasoby.

Nie jest to jednak regułą. Czasem warto jeszcze zadać sobie pytanie:

  • Co mogę teraz zrobić?

Wybór polega najczęściej na tym, by działać mimo tego jak się czuję – mimo tego, że czuję się bezradny czy zawstydzony, zmęczony…

Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

Opublikowano 02 czerwca 2009 | By | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 4 komentarze

Akceptacja siebie jest pierwszym krokiem

Czy to, że należy otworzyć się na wszystko co w sobie mamy (i jeszcze ten post) w sobie oznacza, że mamy tacy zostać? Poddać się i zrezygnować z naszych wizji? Ponieważ jestem mały i bezradny, to nic innego nie mogę, jak tylko siedzieć i czekać? Ponieważ się boję, to lepiej nie będę się forsował, w końcu mam żyć w zgodzie z tym co czuję?

Co ze słowami Williama Jamesa

Istoty ludzkie poprzez zmianę swoich wewnętrznych postaw, mogą zmieniać zewnętrzne aspekty swojego życia.

Czy to tylko pobożne życzenie?

Mam nadzieję, że nikt tego w ten sposób nie rozumie. Przyznanie się do negatywnych uczuć nie oznacza, że mamy zrezygnować. Akceptacja wszystkiego co w sobie mam jest pierwszym krokiem na drodze do tego zmieniać siebie i swoje życie.

Zanim jednak zaczniesz się zmieniać, musisz nauczyć się wsłuchiwać w siebie. Musisz rozwinąć w sobie nawyk wpuszczania światła, wszędzie tam, skąd dobiegają niepokojące dźwięki, tam gdzie coś się kryje.

Lokator małego mieszkania

Był sobie człowiek, który mieszkał w jednym ciasnym pokoju. Pokój był tak mały, jak te z reklamówek IKEA. Aby położyć się spać musiał złożyć stół i schować krzesła. Aby zrobić coś do jedzenia musiał schować łóżko i wystawić książki za drzwi. Widoki z okna też nie miały w sobie przestrzenni. Ceglasta ściana innego budynku. Także akustycznie mieszkanie był nieprzyjemne. Z mieszkań obok ciągle dobiegały jakieś dziwne dźwięki. Czasem pełne złości okrzyki, czasem kłótnie, czasem szlochy i zawodzenie. Miał już tego dość. Marzył by coś się zmieniło.

Któregoś dnia odwiedził znajomego. Jego kilkupokojowe mieszkanie wydawało mu się wielkie, przestronne i wspaniałe. Widok z okien go zachwycał. Lokator ciasnego mieszkanka poczuł się jak w raju. Znajomemu pochlebiał jego zachwyt. Zaproponował mu, że jeżeli tak bardzo mu się to wszystko podoba, może zrobić sobie kilka zdjęć jego mieszkania.

- Naprawdę, będziesz tak dobry dla mnie? Zapytał pełny szczęścia – To doskonały pomysł. Gdy wywieszę te zdjęcia w swoim mieszkaniu, będę mógł czuć się, tak jakbym był tutaj.

Obfotografował mieszkanie, poszedł do zakładu fotograficznego i kazał sobie zrobić największe odbitki jakie można. Gdy wrócił do swojej ciasnoty porozklejał zdjęcia wokół. W jego ciasnym mieszkaniu zrobiło się bardziej przestrzennie. Gdy patrzył na ścianę i widział duże zdjęcie, wydawało mu się że też ma takie wspaniałe mieszkanie jak jego znajomy. Nawet na oknie nakleił zdjęcie. Teraz, tak jak znajomy, gdy patrzył w stronę okna widział zielone drzewa. Czuł się o niebo lepiej. Wydawało mu się, że nie słyszy już nawet hałasów zza ścian. Przeszkadzały mu tylko czasem w nocy, gdy było ciemno. Ale wystarczyło zaświecić światło i popatrzeć na ściany.

Po pewnym czasie przywykł. Zdjęcia przestały mu dawać poczucie przestrzeni. Ale odkrył, że wystarczy zdobyć nowe zdjęcia na ścianę. Za niewielką opłatą, właściciele większych mieszkań z chęcią dzielili się tym, co widzą po przebudzeniu. Jedne zdjęcia przylepiał na drugie, aż po paru latach narosła całkiem spora ich warstwa. Nasz lokator był bardziej zadowolony ze swojego życia.

Któregoś wieczora usłyszał nieśmiałe pukanie do drzwi. Gdy otworzył drzwi zobaczył ubranego na szaro staruszka. Już miał go przegonić, ale staruszek wydał mu się znajomy. Rozmawiało im się tak dobrze, że zaprosił go do środka na herbatę. Gdy staruszek spojrzał na ściany powiedział:

- Widzę, ze marzysz o większej przestrzeni. To dobrze. Powiedz tylko, dlaczego nie sprawdziłeś, co jest za drzwiami na tej ścianie?

Staruszek wskazał jedną ze ścian.

- Drzwiami? Tu przecież nie ma żadnych drzwi.

- Może masz rację. Może mi się tylko wydawało? Powiedział z uśmiechem staruszek i poszedł.

- Miły człowiek – westchnął lokator ciasnego mieszkania – ale trochę zakręcony. Jego myśli zaczęły jednak krążyć wokół tego co powiedział. W końcu nie wytrzymał i zaczął zrywać z niej wszystkie zdjęcia i plakaty, jakie przez lata na niej przyklejał. Pod spodem rzeczywiście były drzwi. Już zupełnie zapomniał o tym, jak wyglądało jego mieszkanie, zanim zaczął ozdabiać jego ściany.

Pchnął je nieśmiało. Z ciemnej szpary dobiegał zawodzący, smutny dźwięk, ten sam, który wiele razy słyszał, tylko przestał na niego zwracać uwagę. Szybko zamknął drzwi i przykrył ścianę zdjęciami. Nie podobało mi się to. Nie chciał nic o tym wiedzieć.

Położył się spać mając nadzieję, że wszystko będzie jak dawniej. Nie mógł zasnąć. Nie pomogło przykrywanie się poduszką i liczenie owiec. Wstał, wyciągnął latarkę, jeszcze raz zerwał wszystko ze ściany i pchnął drzwi. Był przerażony, ale mimo tego zrobił krok do przodu. Pokój był pusty, a zawodzące płaczliwe dźwięki dobiegały z niesprawnej wentylacji. Gdy się oswoił, rozejrzał się i zobaczył okiennice. Gdy je otworzył, pokój okazał się jasnym pomieszczeniem, który wymagało tylko niewielkiego remontu.

To nie było jego jedyne odkrycie. Z duszą na ramieniu i latarką w dłoni  odrywał kolejne pomieszczenia. Jedno za drugim. W końcu zrozumiał, całe życie mieszkał w małym, ciasnym, kiepsko położonym pokoiku, który był częścią wielkiego, zamku. Gdyby nie strach przed dźwiękami dobiegającymi zza ścian, gdyby nie zdjęcia powieszone na ścianie, być może dawno by odkrył, że jest właścicielem wspaniałego, ogromnego zamku. Znacznie większego i piękniejszego niż to, co widział u innych. Być może już dawno by się przeniósł, do obszernej wspaniałej komnaty o jakiej zawsze marzył.

Gdy ktoś go odwiedzał i patrzył z rozmarzeniem na przestrzeń w jakiej mieszkał, nigdy nie pozwalał robić zdjęć. Zamiast tego dawał mu latarkę i pytał: „Czy sprawdziłaś kiedyś, co masz za ścianą?”

Wpuść światło

Wpuść światło, tam skąd dobiegają zatrważające dźwięki. Może nic tam nie będzie, może to tylko wiatr, albo buszujące myszy, a może – kto wie – będzie tam jakiś potwór, który czeka na oswojenie? Nie ma jednak innej drogi do tego by zacząć mieszkać we większym mieszkaniu. Przyklejanie na ścianę wspaniałych widoków daje tylko złudzenie przestrzeni. Gdy powtarzasz zaklęcia i zapewnienia o tym, jak wszystko jest wspaniałe, zaklejasz drzwi, które powinieneś pokonać. Jesteś bogaty, jesteś wspaniały, ale najpierw wpuść światło.

Nie ma skutecznej zmiany, która by opierała się na tłumieniu siebie. Jeżeli chcesz zmienić swoje życie i swoją postawę, musisz zacząć od wsłuchania się w siebie. Nic nie można w sobie zmienić, tak długo, póki najpierw tego nie doświadczysz.

Czego się boisz? Czego się obawiasz? Jakie stoją przed tobą lęki?

Patrz im w oczy. Oswajaj je. Bądź do nich większy. Nie pozwalaj im zabierać przestrzeni. Nie udawaj, że ich nie ma.

Photo by JoopDorresteijn 

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 5,00 out of 5)
Loading ... Loading ...
Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

Opublikowano 29 maja 2009 | By | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 2 komentarze

Afirmacje

Problem z niektórymi afirmacjami polega na tym, że próbujmey odcinąć jakąś część nas samych. Okrajamy się, stosujemy wobec siebie gwałt. Przypominamy rodzica, który bije dziecko równocześnie mówiąc do niego bardzo cię kocham. Psycholodzy taką postawę nazywają czasem brakiem kongruencji (spójności). Wielu z terapeutów dowodzi, że trzymywana przez dłuższy czas prowadzi do schizofrenii.

Być może taka postawa w odniesieniu do siebie nie jest aż tak groźna. Ale brak spójności w relacjach z sobą na pewno nie jest czymś zdrowym. Nie możesz bez żądnych następstw mówić sobie kocham się, w pełni się akceptuję, szanuję się, równocześnie tłumiąc i nie dopuszczając do głosu jakieś części siebie.

Miłość wymaga zaakceptowania wszystkiego – także uczucia własnej bezradności i nieporadności.

Niedzielna zjeżdżalnia

Kilka dni temu, w niedzielne przedpołudnie poszedłem z córką na plac zabaw. Było duszono i hałaśliwie. Trochę bolała mnie głowa, najchętniej bym się położył na ławce i usnął.

Zamiast tego siedziałem na skraju piaskownicy w której siedziała Zuzia i ziewając patrzyłem tępym wzrokiem w dal. Potem poszliśmy na huśtawki. Znudzony pomagałem jej się huśtać. Całe szczęście zbliżała się pora obiadu.

- Zuziu musimy wracać, mam już czeka z obiadem

- Dobrze, ale jeszcze zjeżdżalnia.

To była ta większa zjeżdżalnia. Wysoka na jakieś dwa metry. Zuzia bawiła się na niej poprzedniego lata. W tym roku była pierwszy raz. Powoli weszła na górę i ostrożnie zbliżyła się do rynny. Usiadła i zamiast jechać zaczęła się rozglądać. Przestałem ziewać i podszedłem do niej.

- Dlaczego nie zjeżdżasz?

- Tatusiu, ja się boję…

Z tyłu naciskał na nią tłum zziajanych dzieciaków.

- Dobrze, to przepuść inne dzieci. Nie musisz zjeżdżać.

Przepuściła dzieci i zaczęła schodzić. Powoli, trzymając się poręczy, na zgiętych nogach. Stawiała małe, bojaźliwe kroczki. Szła tak, nawet wtedy, gdy na najniższym poziomie, kilkanaście centymetrów nad ziemią. Inne dzieciaki wymijały ją podśmiewając się.

Poczułem złość. Gdy zeszła wygarnąłem bezmyślnie:

- Jak mogłaś pozwolić sobie pozwolić na taki strach!

Nic nie powiedziała, mnie zresztą też nie interesowała jej reakcja. Wziąłem ją za rękę i powiedziałem:

- Idziemy do domu.

Piętnaście sekund później, gdy wyszliśmy z placu zabaw, zaczęła płakać.

- O co chodzi? – zapytałem, ciągnąc ją w stronę domu

- Chcę tam wrócić.

- Gdzie?

- Na zjeżdżalnię! Chcę spróbować jeszcze raz.

- Ale przecież się bałaś.

- Nie będę się bała.

- Może jutro, teraz musimy iść do domu – nie miałem najmniejszej ochoty wracać.

Im dalej byliśmy placu, tym głośniej płakała. Nie chciała iść, więc wziąłem ją na ręce.  W jednej ręce płaczące dziecko, w drugiej rowerek. Z plac zabaw było jakieś dwadzieścia minut drogi. Działałem jak typowy rodzic. Spokojny, mimo, że w środku zły, z poczuciem przecież lepiej wiem, co dla ciebie dobre. Wymieniałem porozumiewające spojrzenia z innymi rodzicami: no tak, zdarza się, kto nie miał do czynienia z kapryszącym dzieckiem?

W końcu doszliśmy do domu. Ona mokra od łez, ja od potu. Tak długo nigdy jeszcze nie płakała. Wreszcie się zaniepokoiłem.

- Dobrze Zuziu, jak ci tak zależy, możemy wrócić….

To wcale nie pomogło, zaczęła płakać jeszcze bardziej.

Kucnąłem i pogłaskałem główkę. Powiedziała łkając:

- Tatusiu, ja się zastanawiam czy ty mnie jeszcze lubisz…

Wreszcie dotarło do mnie co się dzieje. Wziąłem ją na kolana, przytuliłem i powiedziałem:

- Tak Zuziu. Lubię cię. I lubię cię także wtedy gdy się boisz. Wcale mi to nie przeszkadza jak się boisz.

Uspokoiła się natychmiast. Dopiero teraz dotarło do mnie, że moja uwaga rzucona po zejściu ze zjeżdżalni sprawiła, że dziecko poczuło się odrzucone i jak najszybciej chciało odzyskać pełnię miłości. Jak najszybciej chciała zasłużyć na miłość. Zmienić to, co jej zdaniem odrzuciłem. W końcu, gdy ktoś kocha twoją część, to tak jakby wcale nie kochał.

Ponieważ ojcu nie spodobało się, że się przestraszyła, jak najszybciej musiała pokonać siebie i zrobić coś, co sprawi, że znowu poczuje jego szacunek. Poprzez swoją gruboskórność, nie zauważałem tego.

Potem powiedziałem jej:

- Naprawdę lubię cię, także wtedy gdy się boisz. To nic złego bać się czegoś. Czasem dopiero po kilku próbach odważamy się coś zrobić. Po prostu musimy próbować więcej razy. A czasem jak się nawet odważymy, ciągle się trochę boimy. Wiem, że gdy kilka razy spróbujesz, w końcu się odważysz zjechać. Może nie za następnym razem, ale na pewno ci się to uda. Wiesz, co ja też często się boję. Na przykład boję się wizyty znajomych (mieli za godzinę być u nas i rzeczywiście byłem spięty).

Zaciekawiona popatrzyła na mnie

- Chciałbym, żebyś mi pomogła. Pomożesz?

- Tak!

Byłem ciekaw, czy następnego dnia ciągle będzie chciała spróbować. W końcu główny powód, dla którego tak jej zależało na zmierzeniu się z trudnością minął. Gdyby dała sobie spokój, byłby to argument dla tych, którzy twierdzą, że tylko napięcie i poczucie braku popycha nas do przodu, że człowieka trzeba ciągle czymś straszyć i coś mu zabierać, bo inaczej będzie stał w miejscu.

Chciała. W inny sposób niż w niedzielę. To nie było rozpaczliwe i niekontrolowane muszę, muszę, muszę. Teraz podeszła do tego spokojnie i z radością. To była postawa fajnie, że mogę spróbować, cieszę się na to, że mogę zrobić coś trudnego. Gdy na placu zaproponowałem byśmy poczekali, aż nikogo na zjeżdżali nie będzie, z chęcią się zgodziła. Gdybyśmy wrócili tam w niedzielę, pchałaby się na ślepo, nie zwracając na nic uwagi.

Wyszła na górę, ja stanąłem obok.

- Tatusiu, trochę się boję.

- To może łatwiej będzie, jak będę dotykał twojego bucika.

- Dobrze.

Zjechała i była dumna z siebie.

Kochać w całości

Jeżeli komukolwiek mówisz „kocham cię”, ale odrzucasz go wtedy gdy czuje się słaby, zalękniony czy bezradny, tak naprawdę nie wiesz co to znaczy miłość. Możesz odrzucać zachowania drugiej osoby (np. dłubanie w nosie, kłamanie czy nie mycie rąk do obiadu) ale nigdy nie możesz odrzucić jego uczuć. Są rodzice – mam wrażenie, że głównie ojcowie – którzy w imię zrobienia ze swoich pociech „porządnych ludzi” mówią:

- Nie maż się!

- Jak możesz być taką ofiarą?!

- Jak możesz się tym przejmować!

- Natychmiast przestań płakać!

W ten sposób odrzucają swoje dziecko i wysyłają mu komunikat: jesteś do niczego! Tym samym blokują dziecku możliwość poradzenia sobie z jego emocjami. Jeżeli kogoś kochasz, nie możesz odrzucić żądnych jego emocji. Szczególnie poczucia bezradności. Tak na marginesie: ci „twardzi rodzice”, w swoim życiu zazwyczaj normalnymi, zakamuflowanymi tchórzami.

Relacja z sobą

Dokładnie tak samo jest w naszych relacja z sobą samym. Nie możesz blokować, tłumić czy odrzucać bezradnej części siebie. Akceptować siebie oznacza dostrzec wszystkie uczucia. Także te, jakich wolałbyś nie mieć.

Afirmacje nigdy nie powinny w tobie niczego tłumić ani blokować. Inaczej będziesz wobec siebie jak rodzic, który mówi “jak się nie odważysz, to nie jesteś godzien mojego szacunku”. Kto ma kochać bezwarunkowo, jak nie on?

Kto ma dawać nam wsparcie, jak nie my sami?

Zanim zastosujesz jakąkolwiek afirmacje, otwórz się na wszystkie odrzucone uczucia. Poczuj je. Nie obawiaj się, nie zawładną tobą. Jesteś większy niż one. W tym poście zależało mi na tym, by ci pokazać, że istnieje coś takiego, jak mechanizm tłamszenia tego, co mamy wewnątrz. Nie było rad praktyczynych, bo nie taki był cel. Ale jeszce wrócimy do tematu.

Być wobec siebie uczciwym

Być wobec siebie uczciwym

Opublikowano 26 maja 2009 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 8 komentarzy

Afirmacje czy kłamstwa?

Dawno temu Napoleon Hill napisał:

Dobrze znany jest fakt, że człowiek w końcu uwierzy w coś, co sobie wytrwale powtarza, niezależnie od tego, czy to coś jest prawdą czy fałszem. Jeśli człowiek będzie w siebie uporczywie wmawiał jakieś kłamstwo, w końcu przyjmie je za prawdę.

Hill się mylił. Zasada „kłamstwo sto razy powtarzane staje się prawdą” obowiązuje być może w propagandzie. Jeżeli chodzi o rozwój osobisty, kłamstwo wywołuje stres, wrzody i dyskomfort.

Abraham Lincoln zadał kiedyś pytanie:

- Ile nóg będzie miał pies, jeżeli ogon nazwiemy nogą?

I odpowiedział na nie:

- Cztery. Nazywanie ogona nogą nie czyni z niego nogi.

Kłamstwo jest kłamstwem. Powtarzanie sobie kłamstw z intencją przechytrzenia swojej podświadomości jest mało skuteczne. Jospeh Murphy wspomina:

W ciągu ostatnich 35 lat rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy głównie narzekali: „Całe tygodnie i miesiące mówiłem sobie: jestem zamożny, jestem bogaty – i nic z tego”. Wkrótce odkryłem, iż mówiąc: jestem zamożny, jestem bogaty – czuli w głębi duszy, że tylko się okłamują. Pewien mężczyzna powiedział mi: „Aż do znudzenie powtarzałem, że jestem bogaty. Tymczasem moja sytuacja tylko się pogarszała. Wiedziałem po prostu, że moje stwierdzenie nie odpowiadają faktom”.

Tymczasem Rhonda Byrne daje radę:

Jeśli słowa „Nie stać mnie na to” pojawiły się na twoich ustach zastąp je słowami „Stać mnie na to! Mogę to kupić!”. Powtarzaj to w kółko. Jak papuga.

Postaw sobie za punkt honoru, by przez następne trzydzieści dni patrzeć na wszystko, co ci się podoba i mówić sobie „Stać mnie na to. Mogę to kupić”. Kiedy widzisz przejeżdżający obok siebie samochód marzeń powiedz „Stać mnie na niego”. Kiedy widzisz ubranie, które ci się podoba, powiedz „Stać mnie na nie”

Robiąc to, zaczniesz przekonywać samego siebie , że stać cię na te rzeczy.

Załóżmy, że wchodzę do salonu sprzedaży samochodów mojej ulubionej marki. Staję przed samochodem i powtarzam sobie:

- Stać mnie na niego. Stać mnie na wszystko, czego tylko zapragnę.

Za pierwszym razem brzmi to trochę mało przekonywująco. Jakaś część mnie odzywa się:

- Nieprawda, nie możesz sobie na to pozwolić, masz przecież tylko trzy stówy, a ta maszyn kosztuje trzysta tysięcy!

- Zamknij się! – mówię – nie przeszkadzaj, przecież widzisz, że staram się przyciągnąć pieniądze. Jestem bogaty, stać mnie na niego, mogę mieć wszystko …

- Głupoty, przecież brakuje ci dwieście dziewięćdziesiąt siedem tysięcy…

- Cicho bądź. Jak uwierzę, to pieniądze do mnie same przyjdą. Stać mnie na to, stać mnie na to, stać mnie na to, stać…

- Głupoty, chyba w to nie wierzysz…

Zazwyczaj nie uświadamiamy sobie tego dialogu, ale pewne jest, że gdzieś tam wewnątrz się toczy. Inaczej nie byłoby potrzeby powtarzania tych zapewnień w kółko.

Po pewnym czasie oporny wewnętrzny głosik rzeczywiście cichnie. Człowiek może powtarzać swoje afirmacje ze swobodą.

Kim była ta protestująca część i co się z nią stało? Czy to było coś co bez żalu można wyrzucić?

Nie, to ważna cześć ciebie, jest niezbędna do tego by podejmować decyzje, planować działania, oceniać ryzyko i pokonywać trudności.

Nie zniknęła, ale została odepchnięta. Odszczepiłeś ją od siebie. Osłabiłeś jej wpływ. Blokując ją wprowadziłeś do siebie dysharmonię. Nauczyłeś się, że nie możesz sobie ufać. Nauczyłeś się, że twoje osądy są błędne, że należy je twardą ręką zdusić i podporządkować wyczytanym gdzieś hasłom. Nauczyłeś się, że kłamstwo jest więcej warte niż obserwacje.

Popatrzmy na to z boku. Jeżeli mamy dwa fakty:

  • Twój wymarzony samochód kosztuje trzysta tysięcy złotych.
  • Masz na koncie trzysta złotych

Czy wniosek:

  • Stać mnie na niego

Jest (a) prawdziwy (b) fałszywy?

Gdybyś był sprzedawcą samochodu, kogoś, kto wybrał (a) uznałbyś za idiotę. Gdy mówisz sobie „stać mnie na to” robisz z siebie idiotę. Własnoręcznie usiłujesz wyprać swój mózg.

Potrzebujesz wszystkich

Wyobraź sobie, że pracujesz w zespole, który składa się z kilku osób. Każda jest bardzo różna, ale wszystkie są niezbędne. Jedną z nich jest dziewczyna (nazwijmy ją Krystyna), której mocną stroną jest umiejętność krytycznej oceny sytuacji. Kryśka jak nikt inny potrafi dostrzec zagrożenia i pułapki, jakie stoją na drodze planowanych przedsięwzięć. Dzięki niej zespół zawczasu przygotowuje odpowiednie działania i omija niebezpieczeństwa. Kryśka nie jest wszechstronna. Ma wady. Jej słabą stroną są wizje. Nie zawsze je chwyta. Czasem jest też męcząca. Podczas dyskusji, zdarza się jej narzekać na całkiem dobre plany. Czasem wprowadza do zespołu napięcia. Zazwyczaj jednak zespół zyskuje na jej obecności. Krystyna zmusza innych jego członków do zaradności. Któregoś dnia jednak, wizjoner Wicek (którego mocną stroną są śmiałe wizje przyszłości) przejmuje kontrolę nad zespołem. Krytyczna Kryśka działa mu na nerwy. Ma już dość jej zrzędzenia. Gdy tylko Kryśka zaczyna coś mówić, on mocnym głosem powtarza swoją kwestię. Gdy Krystyna zaczyna: „brakuje nam jeszcze…” Wicek wchodzi jej w głos i mówi „wszystko mamy, wszystko mamy”. Powtarza to tak długo, póki Kryśka nie zamilknie. W końcu zniechęcona Kryśka nie wytrzymuje i wychodzi. „No, nareszcie…” wzdycha z ulgą Wicek i zabiera się do pracy. Niestety zespół pozbawiony Krystyny nie jest tak skuteczny. Jego plany są oderwane od rzeczywistości. Nie uwzględniają zagrożeń i pułapek. W efekcie wszystko bierze w łeb.

Ten zespół to twoje możliwości. Są różnorodne. Dysponujesz różnymi spojrzeniami na świat. Nie możesz pozbyć się niewygodnych członków i oczekiwać, że wszystko będzie doskonale działało. Niewygodni członkowie wprowadzają napięcie. Pytanie jednak, co jest twoim celem? Czy ważniejsze jest żyć w spokoju, czy stworzyć nową rzeczywistość?

Możesz tworzyć rzeczywistość, ale musisz w tym celu w pełni wykorzystać wszystkie swoje możliwości. A przede wszystkim nie możesz wprowadzać w swój wewnętrzny świat kłamstwa.

Kłamstwo nie tworzy przed nami nowych możliwości. Odwrotnie – zamyka je przed nami.

Jak pisze Jung:

Nie jesteśmy w stanie czegoś zmienić, tak długo, jak tego nie zaakceptujemy. Wyparcie się czegoś nie wyzwala a więzi.

Powtarzanie „stać mnie” wzmacnia lęk

Jeszcze jedna wątpliwość odnośnie strategii „powtarzania” brzmi: skoro cię stać, a pieniądze szerokim strumieniem do ciebie płyną, po jaką cholerę masz sobie powtarzać, że cię stać?

Zdarzyło ci się coś ostatnio kupić za gotówkę? Ile razy, zanim kupiłeś, powtarzałeś sobie „stać mnie na to”? Ja miesiąc temu kupiłem płaski telewizor. Ponieważ miałem pieniądze, wszedłem do sklepu, wybrałem i zapłaciłem. Jakoś nie miałem okazji powtórzyć sobie ani razu „stać mnie na niego”. Moje myśli krążyły nie wokół tego czy mnie stać, ale wokół tego, jaki mam wybrać model.

To, czy cię stać jest jednorazową decyzją. Gdy ciągle do tego powracasz, to znak, że nie jesteś pewny.

- Może jednak mnie nie stać?

- Stać mnie na to.

- Może jednak warto przemyśleć?

Im mniej masz pieniędzy, im mniej pewnie się czujesz pod, tym więcej razy powtarzasz sobie hasło „stać mnie na to”.

Gdy podjąłeś decyzję, samo powracanie do niej, może wzbudzić w tobie lęk.

Przez wiele lat pracowałem jako trener. Zdarzało mi się pracować z młodymi, niedoświadczonymi trenerami, którzy zaczynali i jeszcze bali się szkoleń. Wielu z nich się kamuflowało, chcąc jak najlepiej wypaść przede mną, ale ich lęk zawsze było łatwo rozpoznać. Jednym z objawów jest międlenie zapewnień „uda się”. Sami powtarzają i chcą by inni im powtarzali zapewnienia typu „Dam sobie radę. Jestem dobrze przygotowany. Na pewno dobrze pójdzie”.

Ktoś, kto się nie boi, po prostu nie zajmuje się tym, jak mu pójdzie. Skoro robiłeś już to szkolenie dziesiątki razy i zawsze było w porządku, dlaczego teraz miałbyś sobie coś tak oczywistego powtarzać? Ale gdy ci ciągle ktoś zwraca uwagę, na to jak pójdzie, sam zaczynasz się zastanawiać czy aby tym razem wszystko będzie dobrze?

Takiemu struchlałemu, młodemu trenerowi nie można pomóc zapewniając go, że jest dobrze przygotowany. Każde kolejne zapewnienie sprawi, że stanie się coraz bardziej nerwowy. Mówi mu się: „Przestań o tym myśleć, skup się na czymś innym. Nie zastanawiaj się czy ci wyjdzie, czy nie. Zamiast tego zainteresuj się kim są uczestnicy szkolenia, przejrzyj materiały albo zastanów się co ciebie w tym szkoleniu rusza. A w każdym razie więcej mi o tym nie mów!”.

Ścieżka tchórza, ścieżka wojownika

Kłamstwo – zarówno to, serwowane innym ludziom, jak i sobie – jest oznaką tchórzostwa. Kłamię, bo boję się powiedzieć prawdę. Kłamię, bo boję się przyznać. Kłamię, bo boję się, że nie wytrzymam. Okłamując siebie grzęźniemy w strategii unikania doświadczeń. Tłamsimy się, gwałcimy nasze poczucie odwagi i szlachetności. Jeżeli wejdziesz na ścieżkę tchórzostwa, stopniowo coraz więcej rzeczy będzie cię przerażać. 

Masz dwie ścieżki. Ścieżkę tchórza i ścieżkę wojownika.

Wojownikiem stajesz się gdy potrafisz przyjąć na siebie rzeczy trudne, niewygodne i ciężkie. Gdy potrafisz znieść własny strach, wątpliwości, obawy i brak. Wojownik brzydzi się kłamstwem. Prawda jest dla niego ważniejsza niż samopoczucie.

Gdy patrzy prosto w oczy swojego strachu, poczucia nieadekwatności, czy braku – to wszystko wcale nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale przestaje nim rządzić. Staje się mniejsze niż on.

Jest wiele zasad / sztuczek / technik / zasad, które powalają człowiekowi żyć, tak jak chce i sprowadzać swoje marzenia na ziemię, po której stąpa. Ale jedna zasada jest podstawowa:

- Nigdy nie okłamuj samego siebie. Nie wmawiaj sobie, że jest inaczej niż widzisz. Nie neguj faktów. Bądź uczciwy wobec siebie. Szanuj, to co czujesz i to co widzisz.

Produkowanie problemów

Co takiego przerażającego jest w fakcie, że brakuje mi 297 tysięcy? Co jest w tym takiego upokarzającego, blokującego, przerażającego? Czy to ma jakikolwiek związek z tym, co uda mi się zrobić w przyszłości? Nie mam 297 tysięcy, ale to przecież nie jest żadna przeszkoda by tyle zrobić. Gdy zaczynasz wałkować afirmacje, zaczynasz robić problem z tego, że nie masz pieniędzy.

Nie chodzi tylko o pieniądze. Okłamujemy się w wielu znacznie bardziej istotnych sprawach:

  • jestem szczęśliwy
  • jestem spokojny i zrelaksowany
  • jestem genialny
  • jestem inteligentny
  • wszyscy mnie kochają

Czy gdy sobie to mówisz, czujesz, że to prawda?

A może lepiej się przyznać, że czuję się teraz:

  • smutny i rozczarowany
  • zdenerwowany
  • głupi
  • opuszczony

Co takiego strasznego jest w tym, że tak się czujesz? Pozwól by świat płynął. Przyjmuj siebie, takim jakim jesteś. Nie chowaj się pod płaszczykiem zapewnień, w które i tak do końca nie wierzysz. Nie radzę ci byś usiadł i płakał. Radzę ci tylko być otworzył się na zmiany.

Wszystkiemu, co istnienie potrzebna jest swoboda
Cały świat należy do tych, którzy pozwalają mu
Płynąć lekko, zgodnie z naturalnym porządkiem
Ale jeśli ktoś się wysila i pozostaje
W nieustannym napięciu
Świat wydaje się niezwyciężony

(Tao te king, 48)

Kontrola z pozycji dwupośladkowej

Kontrola z pozycji dwupośladkowej

Opublikowano 17 listopada 2008 | By | Kategorie: tak to czuję | 13 komentarzy

Gdy myślę o ludziach, którzy nie mają pojęcia o tym czym są marzenia, wcale nie widzę obdartusów włóczących się po dworcach i śmietnikach. Nie widzę uczniów z przetłuszczonymi włosami, trzymające się z boku, puszystych dziewczyn, niemodnie ubranych chłopaków z Huty ani nawet kiepsko umalowanych urzędniczek kończących pracę o 15.30. [...]

Z pistoletem przy głowie

Opublikowano 18 października 2008 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 6 komentarzy

W książce i opartym na niej fimie „Fight Club” jest scena, w której bohater przystawia do głowy przypadkowej osoby pistolet. Przerażona ofiara, myśląc, że chodzi o napad rabunkowy oddaje mu swój portfel. Ten spokojnie przegląda zawartość portfela, równocześnie przyciskając mu koniec lufy do policzka. Marne kilkanaście dolarów, jakie jest w portfelu zupełnie go nie interesuje. [...]

Człowiek jest jak latawiec

Opublikowano 05 października 2008 | By | Kategorie: Uncategorized | 3 komentarze

Staliśmy na zielonym, równo przyciętym trawniku, obok Dworku Białoprądnickiego. Pod kawiarnianymi parasolami ludzie jedli lody, pili kawę i piwo. Jesień ucięła sobie drzemkę. Zostawiła tylko leniwy wiatr, by przypominał, że to już nie lato. [...]