Tag Archives: negatywne emocje
Naturalna czy z silikonu? Dlaczego zdrowa samoocena nie zawsze wysoka?

Naturalna czy z silikonu? Dlaczego zdrowa samoocena nie zawsze wysoka?

Opublikowano 24 marca 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 22 komentarze

1.

Jestem dobry czy zły? Mam jakieś szanse czy jestem do niczego? Uda mi się coś osiągnąć czy nie? Zasługuję na szacunek czy nie? Jestem kimś cennym, czy kimś mało znaczącym? Mogę podobać się ludziom czy nie? Jestem mądry czy głupi?

Każde z tych pytań zawiera ocenę samego siebie. Czasem odpowiadamy na nie pozytywnie. Czujemy się wtedy dobrze a psycholodzy mówią, że mamy wysoką samoocenę. Czasem odpowiadamy negatywnie: jestem do niczego, nic mi się nie udaje, nie zasługuję na szacunek, nikomu się nie podobam, jestem głupcem… Nie czujemy się z tym dobrze a psycholodzy mówią wtedy, że mamy niską samocenę czy niskie poczucie własnej wartości.

Są oczywiście tacy, którym nigdy nie zdarza się myśleć o sobie źle. Absolutnie całe życie są przekonani o swojej doskonałości, wartości, pięknie czy mądrości. O takich psycholodzy mówią, że są narcystyczni. Ci ludzie czują się doskonale, ale ich opinia o sobie samym nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. W efekcie nie rozwijają się i nie osiągają tego, co mogliby osiągnąć.

Każdy zdrowy człowiek, przynajmniej od czasu do czasu, ma negatywne myśli na swój temat. Nie muszą być od razu dramatyczne (typu: jestem największą pomyłką w dziejach ludzkości), nie muszą dotyczyć całego życie (np. czego się nie dotknę to zawalam), nie muszą zdarzać się codziennie (czy nawet co tydzień). Nie mniej zdarzają się i za każdym razem wiążą się z jakimś bólem czy dyskomfortem.

Jednak takie przypadki negatywnych ocen siebie samego, (przeplatające się z pozytywnymi) to nie jest coś, co można by było uznać za chorobę. Wręcz przeciwnie, to sygnał zdrowia.

2.

Pierwszą, podstawową rzeczą, jakiej warto się nauczyć, jeżeli już zajmujemy się samooceną, to szacunek do tych chwil, w których mamy wątpliwości na swój temat i czujemy się z sobą źle.

Niektórzy z autorów czy mówców, powtarzają, że zawsze masz być zadowolony z siebie. Zawsze musisz być przekonany o swojej nieziemskiej, nadzwyczajnej wartości. Choćby nie wiem co, masz być pewny tego, że jesteś największym cudem świata. Masz być pewny, że każda kobieta śni być się chociaż do niej uśmiechnął, że każdy mężczyzna marzy o tym by z tobą pracować czy choćby usłyszeć twoją cenną radę. Masz być pewny, że twoje analizy i wypowiedzi są warte cytowania w wiadomościach i drukowania na pierwszych stronach gazet. Masz być zawsze pewny, że to tylko kwestia czasu aż zostaniesz największym przedsiębiorcą/ badaczem / odkrywcą / twórcą na świecie.

Można oczywiście tego próbować. Tyle, że to nie ma nic wspólnego ani z rzeczywistością ani ze zdrowiem psychicznym. Przypomina to coś, co dawniej nazywało się „watowaniem”.

3.

W środku bezpieczników starego typu był cienki drucik. Gdy płynął zbyt duży prąd, drucik się przepalał. Powszechne było wtedy tzw. watowanie bezpieczników. Kto by się bawił w kupowanie nowego bezpiecznika? Brało się przepalony bezpiecznik, wysypywało piasek i wstawiało nowy drut. Często znacznie grubszy niż ten poprzedni. Jeżeli i ten się przepalił to człowiek szukał czegoś naprawdę mocnego. Wstawiał drut gruby jak gwóźdź i był zadowolony, że nigdy mu nie wywali korków. Korków rzeczywiście nie wywalało, ale w przypadku awarii paliły się przewody w ścianach.

Bezpieczniki są po to, by uniknąć naprawdę poważnych kłopotów. Gdyby nie one, pożary wywołane przez instalacje elektryczne byłyby chlebem powszednim. Za małą wygodę (nigdy nie musisz otwierać skrzynki z bezpiecznikami) płaciłbyś wielkim ryzykiem, tego, że spali ci się cały dom.

Niskie poczucie własnej wartości nie jest ewolucyjną pomyłką. Jest czymś w rodzaju bezpiecznika. To sygnał alarmowy mówiący o tym, że być może dzieje się coś, co nie powinno się dziać. Być może powinieneś się wycofać z czegoś, coś zacząć robić, albo zrobić coś inaczej.

Jeżeli jesteś na przykład rodzicem i zdarzyło ci się krzyknąć na dziecko, powiedzieć mu coś upokarzającego czy zbyt często nie mieć dla niego czasu, negatywna ocena siebie jest czymś zdrowym. Zrobiłeś coś, co nie jest zgodne z twoim systemem wartości. Poczucie „coś jest ze mną nie w porządku” jest jak najbardziej uzasadnione. Zmień swoje zachowanie – przeproś dziecko, przytul go, znajdź dla niego więcej czasu itp. – a twoje poczucie „jestem do niczego” przejdzie.

Jeżeli jesteś studentem i zawaliłeś egzamin, bo zamiast się uczyć ustawicznie imprezowałeś, poczucie dyskomfortu jest na miejscu. Skończenie studiów jest dla ciebie wartością. Poczucie „coś jest nie tak” jest zdrowym sygnałem alarmowym. Jeżeli chcesz się go pozbyć, wystarczy byś przysiadł nad książką i w następnym terminie zdał egzamin.

Najlepszym sposobem by pozbyć się negatywnej samooceny czy wątpliwości pod własnym adresem jest zrobić to, co jest dla nas ważne. Nie ma tu żadnej filozofii ani żadnej drogi na skróty.

Nikt nie powiedział, że bycie dobrym rodzicem ogranicza się do chwalenia swoim dzieckiem, albo gładzenia go po główce, gdy śpi. To także radzenie sobie z rozwrzeszczanym, mającym zły humor buntownikiem i działanie często wbrew temu, co miałbyś ochotę zrobić. Nikt nie powiedział, że nauka to tylko ciekawe dyskusje na luźne tematy czy czytanie łatwych książek. To także zmuszenie się do tego by wytrzymać znudzenie czy zrezygnować z czegoś przyjemniejszego.

Albo bądź konsekwentny, albo zmień zasady.

Szukanie jakiegoś rodzaju psychologicznych dróg na skróty, jakichś trików, dzięki którym zawsze i niezależnie od zachowań możemy mieć poczucie wysokiej samooceny, jest zastawianiem na siebie pułapki.

To jak watowanie bezpiecznika. Poczujesz się milej, ale grozić ci będzie ryzyko katastrofy – przynajmniej z perspektywy twoich wartości.

Gdy przepalają się korki, rozsądny człowiek nie wstawia gwoździa, którego nic nie jest w stanie przepalić, ale najpierw szuka przyczyny. Może podłączonych jest zbyt wiele urządzeń (piekarnik, pralka, zmywarka i czajnik?). Może coś się przepaliło (np. kabel, żarówka?). Coś zmień.

Podobnie jest z poczuciem małej wartości. Nie próbuj go polepszać wmawiają sobie, że jesteś doskonały, ale zastanów się, co powinieneś zrobić inaczej.

Profesor psychologii Roy F. Baumeister, jeden z największych specjalistów z zakresu samooceny, pisze:

Świat mógłby stać się lepszym miejscem, gdyby więcej osób zapomniało o próbach podnoszenia swojej samooceny i skupiło się raczej na staraniach o to, by być lepszym człowiekiem. Zajmowanie się poczuciem swojej wartości jest w istocie zabieganiem o to by myśleć, że jest się lepszą osobą.

Mieć wysoką samoocenę jest przyjemnie, ale to tylko myśl. To, co myślisz na swój temat jest ważne, ale rola myśli, przynajmniej w porównaniu z działaniami jest zdecydowanie przeceniana.

4.

Są tacy, którzy mówią: no dobrze, ale gdy masz wysoką samoocenę, łatwiej ci robić dobre rzeczy. Według nich ludzie nie robią dobrych rzeczy, bo mają niską samoocenę. Student nie uczy się, bo ma złe mniemanie o sobie. Rodzic jest opryskliwy wobec dziecka, bo ma niskie poczucie własnej wartości. Młody przedsiębiorca nie wypuszcza nowych produktów, bo ma zbyt dużo wątpliwości pod swoim adresem.

Ten sposób myślenia jest bardzo na rękę naszej wewnętrznej inercji. Przecież to znacznie wygodniejsze i przyjemniejsze zająć się medytacją, psychoanalizą, coachingiem rozwojowym czy wzbudzaniem pozytywnych stanów, niż zacząć coś robić.

W rzeczywistości to tylko pokrętne pomysły mające początek w wewnętrznym oporze. Nie ma żadnych badań, które by potwierdzały, że osoby, którym sztucznie zawyżono samoocenę (np. poprzez afirmację) zmieniają swoje zachowania. Co się stanie, gdy sztucznie zwiększymy samoocenę imprezującemu studentowi (zakładając, że rzeczywiście ma niską)? Czy zacznie się uczyć? A może stwierdzi, że skoro jest taki dobry to przecież sobie jakoś poradzi? Raczej to drugie. Jeżeli sztucznie podniesiemy samoocenę nieumiejętnego rodzica, dojdzie do wniosku, że tak naprawdę wszystko robi w interesie dziecka. To w jego interesie krytykuje i wykpiwa, w jego interesie zawsze jest w pracy i w jego interesie nie ma dla niego czasu. Dzieciak na pewno kiedyś to doceni! Lękliwy przedsiębiorca, któremu napompujemy ego stwierdzi, że po prostu czeka na coś naprawdę wielkiego, godnego jego geniuszu.

Istnieje mocny związek między samooceną a działaniem. Ale nie w tą stronę, jakiej życzyłby sobie nasz wewnętrzny opór. Jeżeli jesteś studentem, masz niską samoocenę, bo się nie uczysz. Jako rodzic masz niską samoocenę, bo nie traktujesz dziecka tak, jak czujesz, że powinieneś. Jako przedsiębiorca masz niską samoocenę, bo nie wypuszczasz nowych produktów i nie wychodzisz do ludzi.

5.

To mit, że nie można działać mając niską samoocenę. Nie tylko można, ale i trzeba.

Nic nie mogę zrobić, bo mam niską samoocenę. Nic nie mogę zrobić, bo mam za dużo wątpliwości pod swoim adresem. Naprawdę? A ja myślę, że jest odwrotnie: Mam niską samoocenę – bo nie robię tego, co czuję, że powinienem. Mam zbyt dużo wątpliwości pod swoim adresem – bo zbyt długo zwlekam z działaniem.

Czy to takie ważne jaką masz samoocenę? Samoocena to tylko opinia. To tylko myśl.

O co ci chodzi: o samoocenę czy o życie? O myśli czy o rzeczywistość?

Przestań zadawać sobie pytanie: jak zmienić swoją samoocenę by wreszcie zrealizować marzenia? To nie jest dobre pytanie. Ono zawiera błędne założenie, że nie możesz zrealizować swoich marzeń, jeżeli doznajesz niskiej samooceny. Właściwie postawione pytanie brzmi: Jak zrealizować swoje marzenia, niezależnie od tego, co o sobie myślę?

Nie skupiaj się na samoocenie. Nie rób z niej najważniejszego problemu swojego życia. Pozwól jej być taką, jaka jest a zobaczysz, że sama zacznie się zmieniać.

5.

W tym miejscu powinienem zakończyć ten tekst. Ale by uniknąć nieporozumień jedną rzecz muszę dodać.

To nie jest kompletna prawda o samoocenie. Problem polega na tym, że oprócz tego rodzaju sytuacji, w których wystarczy zmienić swoje zachowanie by poczuć się lepiej, są sytuacje, w których niskie poczucie własnej wartości nie wiąże się z tym, co robimy czy czego nie robimy.

Gdyby posłużyć się przenośnią z bezpiecznikami, sprawa wyglądałaby tak: Siedzisz sobie spokojnie. W tle gra muzyka, mała lampka oświetla książkę. Nagle cyk i robi się ciemno. Bierzesz latarkę i sprawdzasz. Nic się nie przepaliło, nic specjalnego nie jest podłączone. Idziesz do skrzynki i włączasz bezpiecznik. Przez chwilę wszystko jest dobrze, ale po dziesięciu minutach znowu wszystko się powtarza.

Zdrowa samoocena jest procesem – jest jak sinusoida. Czasem w górze, czasem na dole. Są jednak osoby, u których krzywa samooceny jest cały czas pod kreską. Człowiek myśli osobie bardzo źle albo źle. Takie osoby przypominają kogoś, kto wpadł do jakiegoś ogromnego piaszczystego leju i ile razy usiłuje z niego wyjść, tyle razy osuwa się na samo dno.

W następnym tekście (pojawi się prawdopodobnie we wtorek) zajmiemy się mechanizmami, które nie pozwalają nam wyjść z dołka, albo zbyt długo nas w nim przytrzymują, albo sprawiają, że od razu lecimy na samo dno, zamiast zatrzymać się na adekwatnym poziomie.


Nie oczekuj jednak, że znajdziesz tam sposób na to by zawsze czuć się wspaniale. Sztywna ocena siebie, jako kogoś zawsze wspaniałego, doskonałego i wartego podziwu nie jest przykładem zdrowej, naturalnej samooceny. To silikon.

Czy jesteś w stanie zaakceptować chwile, w których masz niską samoocenę, czy jesteś w stanie zaakceptować, jako coś naturalnego wątpliwości pod swoim adresem? Czy jesteś w stanie obserwować siebie i swoje działania, gdy czujesz wątpliwości i wyrzuty? Czy jesteś w stanie odkryć to, co powinieneś zrobić inaczej?


Zdjęcia: feastoffun.com i Brian Hillegas

Jak oswoić lęk (nie tylko) społeczny?

Jak oswoić lęk (nie tylko) społeczny?

Opublikowano 30 marca 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 5 komentarzy

Pytanie

Od czasu do czasu dostaję od Was, drodzy czytelnicy pytania i prośby o poradę. Bardzo się z tego cieszę.

Ponieważ nie jestem osobą publiczną, jestem w stanie na wszystkie odpowiadać. Czasem tylko trochę się opóźniam. Mam nadzieję, że odpisałem wszystkim. Gdyby było inaczej – jeszcze raz proszę o kontakt. Nie zawsze jestem w stanie dać radę czy pomóc. Ale zawsze bardzo się cieszę, gdy ktoś do mnie pisze.

Zazwyczaj odpowiadam bezpośrednio, ale dziś postanowiłem zrobić inaczej. Dostałem maila, w którym jest taki problem:

…strasznie stresują mnie sytuacje, w których muszę występować publicznie … masz może na to jakąś prostą radę?

Ta osoba dużo traci nie występując przed ludźmi (nie piszę o szczegółach by zostawić sprawę całkiem anonimową).

Kiedyś zajmowałem się już tym tematem (Co zrobić z lękiem i tremą?). Ale wiem, że to nie rozwiązuje całkiem sprawy.

Stąd dzisiejszy tekst. Może nie jest to prosta rada, ale mam nadzieję, pomoże.

Jazda samochodem

Mam przyjaciela, który bardzo długo bał się jeździć samochodem. Prawo jazdy zrobił chyba jeszcze w szkole średniej, ale siadał za kierownicą tylko od wielkiego dzwonu. Robił to z niechęcią i obawami. Każda jazda wiele go kosztowała. Był zestresowany, i niepewny. Sam o sobie mówił, że koszmarnie jeździ i że ktoś, taki jak on nie powinien wsiadać za kierownicę.

Gdy tylko mógł prosił innych by go wozili. To było bardzo niewygodne. Nie dość, że był zależny od pomocy innych, to jeszcze mu to czasem wypominano.

I nagle w ciągu kilku ostatnich miesięcy coś się zmieniło. Postanowił zmienić całą tą sytuację. Wziął kilka lekcji jazdy a potem kupił nowy samochód. Ciągle czuł lęk, ale regularnie jeździł, nie pozwalając sobie na narzekanie. W ciągu pół roku zrobił jakieś piętnaście tysięcy kilometrów. Lęk przed jazdą znikł lub przynajmniej zmniejszył się do poziomu, jakiego każdy z nas doświadcza.

Terapie lęku społecznego

Mój przyjaciel nie korzystał z żadnych terapii czy pomocy ze strony specjalistów. Pewnie mógł to zrobić.

Dla ludzi, którzy przeżywają lęki istnieje wiele różnych terapii. Można na przykład sprawdzić u psychoanalityka czy samochód nie kojarzy się nam z penisem, którego obcięcia się boimy; można boksować się z poduszkami, wyładowując swoją złość na ojca, która przejawia się w błyszczących samochodach; można odgrywać teatralne scenki lub popracować z odczuciami fizycznymi… Można próbować budować kotwice, można dać się zahipnotyzować i otrzymać sugestię posthipnotyczną. Można przeanalizować z swój sposób myślenia i zmieniać stare przekonani na nowe.

Pewnie każda z tych technik może być pomocna. Choć niektóre są tak głupie, że znalezienie kogoś, komu pomogły graniczy z cudem (np. psychoanaliza).

Jest jednak jedno podejście, które jest najbliższe naturalnej metodzie, w nieświadomy sposób zastosowanej przez mojego przyjaciela. To technika odwrażliwiania (desensetyzacji) lub ekspozycji.

To zdecydowanie najbardziej efektywna technika radzenie sobie z lękami. Większość stosujących ją osób, odnosi sukcesy. Naukowcy piszą, że stosując tą metodę:

…w przypadku niektórych fobii, takich jak lęk przed zwierzętami, aż 90% ludzi, jest w stanie pokonać strach w ciągu paru godzin.
Martin. M. Anthony and Richard P. Swanson, Kiedy doskonałość nie wystarcza(Warszawa: Jacek Santorski, 2000), 181.

To rzecz nie do pomyślenia w przypadku innych podejść. Tam, większość osób doświadcza porażek (skuteczność jest zazwyczaj poniżej 50%).

Odwrażliwianie

Idea tego podejścia jest bardzo prosta. Chodzi o to, by przyzwyczaić się do sytuacji wzbudzającej lęk poprzez stopniowe, coraz mocniejsze ekspozycje.

Na przykład, gdy ktoś chce zwalczyć swój lęk przed wężami najpierw wchodzi do pokoju, gdzie daleko, na drugim końcu jest terrarium. Nawet nie patrzy na węże. Wystarczy, że jest w tym samym pomieszczeniu. Stara się wytrzymać napięcie. Po pewnym czasie lęk w naturalny sposób spada.

Później, gdy się oswoi, patrzy na węże z daleka.

Potem podchodzi kilka kroków bliżej.

Cały czas czuje lęk, ale jest on coraz słabszy. Z każdą kolejną ekspozycją, człowiek się odwrażliwia.

Im więcej ekspozycji, tym mniejszy lęk i większą swoboda działania.

Ekspozycja w życiu

Nie chodzi jednak o samo doświadczanie lęku czy znajdowanie się w sytuacjach wzbudzających lęk. Mój przyjaciel przez kilka lat od czasu do czasu jeździł, a jego lęk wcale nie był przez to mniejszy. Znam wiele osób, które często wychodzą przed grupę, a mimo to są tak samo (a nawet coraz bardziej) przerażone.

Takie epizody lęku są czymś innym niż ekspozycje, pozwalające się z nim oswoić. Najważniejsza różnica polega na tym, jak do nich podchodzimy, co myślimy i jak się zachowujemy.

Gdy przydarza nam się normalny epizod lęku, zazwyczaj dzieją się dwie rzeczy:

1) staramy się od niego wymigać, stosujemy różnego typu strategie unikowe (np. nadmiernie przygotowujemy się do prezentacji, staramy się nie myśleć o tym, co nasz czeka czy znajdujemy inne, niby pilniejsze zajęcia).

2) Angażujemy się w negatywne myślenie typu: na pewno sobie nie poradzę; zobaczą jaki jestem słaby; dlaczego jestem zawsze taki spięty; dlaczego mnie to spotyka; dlaczego znowu tego ode mnie chcą; czy nie mogliby raz mi dać spokoju; itp.

Dodatkowo wiele z takich epizodów lęku to wydarzenia nieprzewidziane i będące poza naszą kontrolą.

W efekcie, możemy wiele razy doświadczać tego samego i zupełne się z tym nie oswoić.

Czymś zupełnie innym niż epizody lęku są ekspozycje.

Ekspozycje pozwalające oswoić lęk

Tego rodzaju ekspozycje w zasadzie należałoby nazwać eksperymentami. Różnią się od epizodów lęku, tak jak wrzucenie do przerębla różni się od stopniowego hartowania czy jak wrzucenie do wody na środku morza różni się od stopniowej nauki pływania.

Ekspozycje są przede wszystkim zaplanowane przez ciebie samego. Nie możesz powiedzieć Dlaczego mnie to znowu spotyka?!

Zanim eksperyment się odbędzie, siadasz sam (lub z pomocnikiem) i planujesz co chcesz zrobić i jaki cel osiągnąć. Określasz, co będziesz robił, jak często, gdzie i w jakiej kolejności. Sam, dobrowolnie pakujesz się w trudną dla siebie sytuację.

Najważniejsza różnica między epizodem lęku a ekspozycją polega na sposobie, w jaki sposób się zachowujesz. Stajesz otwarcie na przeciw swojego lęku i na tyle, na ile możesz przyjmujesz go i spokojnie znosisz. Znalazłeś się w tej sytuacji właśnie po to, by doświadczać lęku. Nie ma sensu go unikać.

Nie gderasz, nie narzekasz, nie unikasz, po prostu odczuwasz to, co się dzieje. Dzięki takiej postawie lęk sam zaczyna stopniowo maleć.

Teraz praktycznie: jak samemu zastosować tą technikę?

Krok 1: Ustal cel

Zacznij od określenia swojego celu. Jaki typ sytuacji wywołuje w tobie napięcie, niepokój czy lęk? W jakiej konkretnej sytuacji chcesz poczuć się swobodniej?

Weźmy lęk związany z wystąpieniami publicznym oraz sytuacjami społecznymi. Panikujesz na samą myśl o tym by powiedzieć coś przed grupą. Twoim celem może być np.:

Swobodnie zabierać głos przed dwudziesto osobową grupą nie znanych mi osób.

Gdy czujesz lęk przed nawiązywaniem nowych kontaktów i zależy ci na tym, by to zmienić, możesz swój cele ustalić, jako:

Swobodnie podchodzić i nawiązywać kontaktu z osobami, których nie znam.

Mogą to być także bardziej szczegółowe cele dotyczące konkretnych typów ludzi. Gdy np. przejmujesz się opiniami innych osób, które oceniasz, jako bardzo inteligentne, możesz ustalić swój cele jako:

Swobodnie rozmawiać z osobami, które oceniam, jako bardziej inteligentne.

Nie jest dobrym pomysłem ustalić cel w stylu: nie czuć żadnego lęku i być zupełnie wyluzowanym z napięcia. Po pierwsze to nie jest realne, po drugie, uwierz, że lepiej czuć pewną umiarkowaną dawkę niepokoju. To działa jak doskonała przyprawa. Jesteś z nią bardziej autentyczny i bardziej ciekawy, a samo wystąpienie jest dla ciebie większym przeżyciem.

Krok 2: Opracuj listę sytuacji wywołujących różny poziom niepokoju

Jeżeli np. chcesz pozbyć się lęku przed wystąpieniami publicznymi, zacznij od określenia wszystkich sytuacji, w których tego rodzaju lęk się odzywa. Nie tylko tych, w których natężenie jest duże. Szczególnie cenne jest znalezienie takich, w których natężenie tego lęku jest nieco mniejsze.

Opisz te sytuacje w miarę szczegółowo, uwzględniając wszystkie czynniki, które mogą mieć wpływ na poziom niepokoju. Istotne może być:

  • Co robisz w tej sytuacji, na czym polega twoje zachowanie? (np. prowadzenie prezentacji, nawiązywanie kontaktu, swobodne pogawędka)
  • Ile osób bierze udział w sytuacji?
  • Kto bierze udział w sytuacji (czy na poziom twojego niepokoju mają np. wpływ takie czynniki jak: wiek, płeć, atrakcyjność, narodowość, postrzegana inteligencja drugiej osoby)?

Oto kilkanaście przykładowych sytuacji wzbudzających lęk społeczny. Być może znajdziesz na niej sytuacje, które również w tobie wzbudzają niepokój:

  • wygłoszenie 2 godzinnego wykładu do stu osobowej grupy nieznanych ci osób
  • wygłoszenie wykładu dla kilku osobowej grupy znanych ci osób
  • zapytanie obcej osoby o drogę lub godzinę
  • zabieranie głosu podczas spotkań ze współpracownikami
  • zabieranie głosu podczas spotkań z grupą osób, których nie znam
  • wygłaszanie toastów i składanie życzeń
  • zabieranie głosu w grupie przyjaciół
  • przedstawianie się kilku osobom
  • rozmiana pieniędzy w sklepie
  • przeprowadzenie prezentacji dla klienta, którego widzisz po raz pierwszy
  • składanie życzeń bliskim
  • zaproszenie znajomej osoby do kina
  • zaproszenie znajomej osoby na kawę
  • zabieranie głosu podczas spotkanie w grupie znajomych osób
  • dzwonienie do nieznanej osoby
  • odpowiadanie na drobne ogłoszenie w gazecie
  • zaproponowanie randki
  • rozmowa telefoniczna z przyjacielem
  • rozmowa kwalifikacyjna
  • zwrócenie towaru do sklepu
  • reklamacji usług
  • śpiewanie w obecności innych
  • zamawianie dania w restauracji
  • prowadzenie dłuższej rozmowy z sąsiadami
  • komplementowanie kogoś
  • niezgadzanie się z kimś
  • dołączanie do grupy rozmawiających osób
  • poproszenie drugiej osoby by nie paliła
  • opowiadanie o sobie

Krok 3: Opracuj hierarchię

Opisz sytuację, która jest twoim celem.

Ona jest na dachu i do niej chcesz się wspiąć. Gdybyś w tym momencie chciał to zrobić, prawdopodobnie lęk byłby zbyt duży by spokojnie wszystko wytrzymać (jeżeli nie, to nie trać czasu na dalsze planowanie, ale idź i zrób to, po kilku razach lęk się zmniejszy).

Teraz zbuduj drabinę, która doprowadzi cię do twojego celu. Znajdź przynajmniej pięć czy sześć sytuacji, w których czujesz mniejsze natężenie niż w sytuacji docelowej.

Wróć do tego, co wybrałeś w poprzednim punkcie i oceń każdą z sytuacji w skali od 0 do 100.

0 – brak jakichkolwiek negatywnych doznań

25 – nieznaczne natężenie

50 – umiarkowane natężenie

75 – znaczące natężenie

100 – ogromne natężenie

Potem uporządkuj sytuacje.

Przykładowo, załóżmy, że opracowałem tego rodzaju listę co niżej (w rzeczywistości byłaby dłuższa). Pamiętaj, że to przykład, nawet gdy masz tego samego rodzaju problem, twoja lista może wyglądać zupełnie inaczej.

Sytuacja (zadanie) Natężenie doznań negatywnych
Wygłoszę przemówienie przed kilkudziesięciu osobową grupą ludzi, których nie znam.


100
Wygłoszę prezentację przed kilkunastoosobową, kameralną grupą.


90
Wygłoszę prezentację, przed grupą składającą się z osób, które znam


70
Celowo nie wezmę portfela i stanę w kolejce do kasy


65
Urządzę przyjęcie dla znajomych z pracy


40
W trakcie spotkania poproszę kogoś i powtórzenie jakiejś wypowiedzi.


30
Kupię gazetę nie mając przy sobie żadnych drobnych


20

Krok 4: Ćwicz znoszenie lęku

Zacznij ćwiczyć – od sytuacji wzbudzających najsłabszy lęk, do tej, która wiąże się z najmocniejszym.

Nie przechodź wyżej, dopóki nie poczujesz, że w miarę spokojnie sobie z nią radzisz. Powtarzaj daną sytuację tak długo, aż poczujesz się w niej zupełnie swobodnie. Być może będziesz musiał to robić kilka razy.

Wykonując zadanie pamiętaj, że chodzi właśnie o dyskomfort, o to by nauczyć się go spokojnie znosić. To, że dyskomfort w wielu przypadkach zanika jest tylko dodatkowym efektem.

Celem takich ćwiczeń wbrew pozorom nie jest osłabienie lęku, ale osłabienie naszych tendencji jego unikania. Gdy przestajesz unikać, chować się i gderać pod nosem, niepokój sam spada. Nie ma innej możliwości!

Stawaj zatem przed swoimi doznaniami w sposób całkowicie otwarty. Nie uciekaj, nie chowaj się, nie rób uników. Nie szukaj ułatwień.

Powstrzymaj nawyki, które sprawiają, że uciekasz z tej sytuacji. Jeżeli rzeczywiście nie możesz znieść negatywnych emocji, zejdź o szczebel niżej. Ćwicz tak długo aż na danym szczeblu poczujesz, że jesteś w stanie robić swoje bez uciekania.

Nie musisz czuć się doskonale. Wystarczy, że będziesz w stanie spokojnie znosić całą sytuację.

Bądź pewien, że stopniowo będziesz się czuł coraz swobodniej. Trenuj regularnie. Dłuższa przerwa może cię zepchnąć w dół drabiny.

Dodatkowa pomoc – ćwiczenie w wyobraźni

Niektórzy zalecają dodatkowe ćwiczenia z użyciem wyobraźni. Szczególnie w latach 70 była to bardzo popularna metoda. Najnowsze badania pokazują niestety, że jest to metoda nie tylko znacznie słabsza od realnej ekspozycji, ale często blokująca rozwój.

Jeżeli tylko możesz, ćwicz w rzeczywistości a nie w wyobraźni. Szczególnie wtedy, gdy robisz to sam. Bardzo trudno jest zasymulować sytuację wzbudzającą lęk. Ktoś mi kiedyś opowiadał o dziewczynie, która ćwiczyła sztuki walki.

Zdobyła jakiś tam pas (chyba nawet czarny) i stoczyła wiele, symulowanych walk, podczas których wyobrażała sobie, że walczy z realnymi napastnikami. Wydawało się, że jest niepokonana. Aż do chwili, gdy została zaatakowana przez prawdziwych napastników. Mimo, że tych wszystkich symulacji po prostu zemdlała (co ją zresztą wyratowało z opresji).

Jeżeli zbytnio zaufasz wyobraźni, może się okazać, że co prawda potrafisz sobie doskonale wyobrazić siebie wyciszonego i spokojnego, ale niewielki ma to wpływ na normalne życie.

To nie znaczy, że nie można stosować ćwiczeń w wyobraźni. To może być metoda wprowadzająca. Możesz wyobrazić sobie trudną sytuację zanim wykonasz rzeczywiste ćwiczenie.

Wyobraź sobie wszystko, co może stać się najgorszego. Stwórz pełny obraz tego co się w takiej sytuacji może dziać. Nie zapomnij o:

  • doznaniach fizycznych
  • emocjach
  • myślach
  • dźwiękach
  • kolorach
  • temperaturze
  • zapachach
  • itp.

Pozwól sobie poczuć to wszystko. Poczuj dyskomfort i zanoś go spokojnie. Zwróć uwagę jak po chwili uczucie dyskomfortu samo zacznie spadać i uspokajać.

Wyobraź sobie, jak konstruktywnie działasz w tej sytuacji.

Nie musisz odgrywać przed sobą supermana, który nie ma żadnych słabości. Zamiast tego wyobraź sobie, że, jesteś w stanie znieść to, co odczuwasz. Wyobraź sobie, że mówisz w tej sytuacji „jestem w stanie to znieść”.

Przyzwól sobie na odczuwanie lęku

Przypomnienie o najważniejszej rzeczy: pamiętaj, że ćwiczysz właśnie po to by czuć dyskomfort i niepokój a następnie z nim się oswoić. Nie unikaj lęku, ale go zaakceptuj. Bądź aktywny w całej sytuacji, ale do lęku podchodź pasywnie.

Nie kupuj negatywnych myśli

W sytuacjach wzbudzających napięcie, nasze myśli podtrzymują i napędzają spiralę niepokoju.

Gdy uważnie przyjrzysz się myślom, jaki ci się pojawiają w takiej sytuacji, łatwo zauważysz, że mają one wspólną cechę. Są kategoryczne i tragizujące.

Możesz myśleć np.:

  • Jestem zupełnie do niczego.
  • Nigdy sobie z tym nie dam rady.
  • Nikomu, nigdy się nie spodobam.
  • Na pewno jej się nie spodobam.
  • Tragicznie mi idzie.
  • Robię z siebie durnia.
  • Wszyscy widzą, że sobie nie radzę.
  • Zaraz się wyda, że nic nie umiem.
  • Wszyscy wezmą mnie za idiotę.
  • Nie jestem w stanie tego wytrzymać

Takie tragizujące myśli niewiele mają wspólnego z prawdą, jednak póki nie jesteśmy ich świadomi mają ogromny wpływ na nasz stan emocjonalny.

Te myśli są zabójcze, tak długo jak je „kupujemy”. Tzn. bierzemy za prawdę i nie mamy do nich żadnego dystansu.

To, że mam w głowie tekst „robię z siebie durnia” nie znaczy, że robię z siebie durnia. Tak samo, jak osoba, która myśli „jestem bananem” nie staje się bananem. Myśl jest tylko myślą. Serią wyładowań w synapsach wywołanych przez określony układ bodźców.

Zamiast „kupować” myśl, uświadom ją sobie. Ok. teraz tak myślę. Tak jak zawsze. Tak jak tysiące innych osób w tej sytuacji.

Taki akt uświadomienie sobie, że myśli to tylko myśli przenosi nas na inny poziom.

Według mnie tyle wystarczy, ale niektórzy lubią jeszcze wspomóc ten proces tzw. zestawem pytań kwestionujących. Możesz je sobie zadać, gdy czujesz, że natywne myśli blokują twoje ruchy.

To trzy poste pytania D – N – A:

Dowody: Czy mam jakieś dowody, że …wezmą mnie za idiotę, że się wszescy widzą, że się denerwuję, że sobie nie poradzę, itp.?

Następstwa A nawet jeśli to co? Czy to naprawdę koniec świata? Czy naprawdę tego nie zniosę?

Alternatywne wyjaśnienia: Czy można spojrzeć na trudności w inny sposób? Jakie są alternatywne wyjaśnienia? Jak by na to patrzył, ktoś inny? Co by sobie myślała osoba, która jest dla mnie wzorem?

Może inne rady? Może inne pytania?

Czy ktoś ma może jakąś inną radę?

Może chciałby coś jeszcze uzupełnić?

A może napisanie komentarza wiąże się dla kogoś z obawą i niepokojem?

A może jakieś inne pytanie?

Jak poradzić sobie ze wściekłością i rozdrażnieniem?

Jak poradzić sobie ze wściekłością i rozdrażnieniem?

Opublikowano 23 lutego 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 33 komentarze

Jakie życie byłoby piękne, gdyby nie ci wszyscy okropni ludzie wokół nas! Gdybyśmy nie musieli się nimi złościć! Gdyby tylko robili to, co do nich należy i kierowali się podstawowymi zasadami!

Zdarza ci się czasem tak czuć?

Patrz pan, jacy ludzie!

Przychodziliśmy tam na wakacyjne obiady. Jedzenie, co prawda bez polotu, ale sama restauracja gustowna. Krzesła obite białą skórą, ściany z fakturą cegieł. Drewniana podłoga, solidne stoły, pod sufitem miedziane, stylizowane rury. Dopracowany każdy detal. Najbardziej podobały mi się regały z książkami, ustawione przed wejściem do toalet.

Stałem przy jednym i oglądałem jakieś zszarzałe wydanie Dublińczyków. Trzyletnia Zuzia również coś kartkowała.

- Tato, w tej książce nie ma obrazków…

Rozczarowana rzuciła książkę na podłogę i od razu sięgnęła po następną

- I w tej też …

- Tak, bo to dla dorosłych. Chodźmy już…

Gdy odkładałem książki, z hukiem otwarły się drzwi, na których przylepiona była postać chłopca w czerwonej czapce. Dziarskim krokiem wyszedł starszy pan. Na głowie siwy jeż. Okulary w złotych oprawkach. Wysunięta do przodu szczęka. Biała koszulka polo, kremowa myśliwska kamizelka z mnóstwem kieszonek i zamków.

W ręku książka.

- Ktoś wziął, żeby poczytać i zostawił.

Popatrzył na Zuzię, pochylił się w moją stronę i nieco ciszej dodał – Pieprzony naród! Bałaganiarze! No jak tak można?!

Miał w ręku dowód. Trudno dyskutować.

Kiwnąłem głową i wydusiłem z siebie

- Tak jest…

- No – brwi uniosły się wysoko – widział pan?! Z energią odłożył książkę na półkę i odmaszerował. Zapewne w stronę kolejnego frontu walki z bałaganiarskim narodem.

Nawet gdybym miał odwagę, nie zdążyłbym mu opowiedzieć, co wydarzyło się kilka minut temu.

A było tak. Skończyliśmy obiad i mieliśmy już wychodzić, gdy Zuzia powiedziała:

- Kupę!

- Może wytrzymasz do domu?

- Nie! Teraz!

Nie było wyjścia. Na chwilę zatrzymałem się przed drzwiami. Do których wejść? Czy do tych ozdobionych figurką dziewczynki w kwiecistej sukience? W końcu to Zuzia chciała się załatwić. A może do tych z chłopcem? W końcu była ze mną. Gdy analizowałem za i przeciw, sięgnęła po niewielką książkę w twardej, zielonej okładce.

Wybrałem drzwi z chłopczykiem. W środku było czysto i pachnąco. Jasne, halogenowe lampki odbijały się w białych płytkach. Już miałem rozebrać dziecko, ale sprawdziłem czy jest papier toaletowy. Nie było. Popatrzyłem na pojemnik na papierowe ręczniki obok kranu. Też pusto.

- Zuziu, idziemy do drugiej toalety. Tu nie ma papieru.

Z jej miny zrozumiałem, że muszę się śpieszyć. Szybko na ręce i biegiem do damskiej.

Tu było jeszcze piękniej. Lampy art-deco ze zwisającymi wokół klosza białymi koralikami.

Ale papieru też nie było. Zacząłem zastanawiać się, jakie naprawdę było przeznaczenie książek przed wejściem. Styl restauracji nawiązywał do dworku lub solidnej chaty, ale żeby aż tak? A tak w ogóle, gdzie jest ta książka? No tak, Zuzia zostawiła w męskiej.

Całe szczęście tutaj były przynajmniej papierowe ręczniki.

W tym samym czasie do męskiej toalety musiał wejść ostrzyżony na jeża pan. Na podłodze znalazł zostawioną w pośpiechu książkę.

- Bałaganiarze!

Z doświadczeniem się nie dyskutuje

Jaki wniosek z tej historii?

W tym, co widzisz wokół, jest więcej ciebie niż się spodziewasz. Często nie widzisz świata, ale swoje konstrukcje. Dopasowujesz to, co widzisz do swoich teorii. Tworzysz sztuczne fakty, wyolbrzymiasz, koloryzujesz.

Zasadniczy pan zapewne wszędzie widzi dowody bałaganu i niedociągnięć. Pewnie mógłby godzinami podawać przykłady tego, jak ludzie są nieporządni. Jego doświadczenie pokazuje mu, że ma rację.

Dlaczego? Czyżby ten człowiek był głupszy od innych? Miał zaburzone zdolności poznawcze? Takie etykiety kuszą. On jest głupi, ja jestem mądry. On ma problemy z myśleniem, ja nie. Mogę wzruszyć ramionami i odejść ciesząc się poczuciem bezpieczeństwa i zadowolenia.

Niestety. Jego umysł na pewno funkcjonuje doskonale. Przynajmniej tak dobrze jak umysł większości z nas. To nie jest kwestia mądrości lub jej braku. Każdy z nas stoi przed podobnym zagrożeniem. Także ludzie bardzo kreatywni i inteligentni.

Jakiś czas temu współautor serialu „Świat według Kiepskich” ogłosił, że emigruje do Egiptu, bo nie może wytrzymać tego, co doświadcza w Polsce. Mówił w wywiadzie:

Ludzie w Polsce są z roku na rok coraz bardziej agresywni i prostaccy. Narkomania w szkołach, pijaństwo, przestępczość na ulicach, seks w parkach. Materializm, brak tolerancji, zanik duchowości. Taka jest Polska.

Przez gazetę, która to opisała przetoczyła się dyskusja, czytelników. Wielu wtórowało emigrantowi, pisząc np. tak:

Wyemigrowałem na wieś, staram się być samowystarczalny i unikam ludzi. Moje otoczenie jest przyjazne, to pies ptaki, kawałek lasku, łąki, własny ogród. Ale za płotem zaczyna się piekło.

Piekło za płotem. Podoba mi się to sformułowanie. Ktoś inny pisze:

W naszym kraju żyje się źle, smutno i w wiecznym, stresie. Ostatnio wykańczałem mieszkanie i sam jestem wykończony – problemami z deweloperami, sprzedawcami, wykonawcami… Chcę być miłym, uczynnym, sympatycznym człowiekiem. Ale jak to zrobić, skoro wszyscy zachowuję się tak, jakby chcieli cię zniszczyć, wykiwać, dowalić.

Doskonale rozumiem tych ludzi.

Kiedyś ja również żyłem w takim koszmarnym świecie. Wokół pełno było cwaniaków, sfrustrowanych kretynów, kołtunów, karierowiczów, hipokrytów… Marzyłem, żeby wyjechać z tego koszmarnego kraju, w którym psy robią na chodnik, rodzice mieszają własne dzieci z błotem, ludzie są fałszywi i sztuczni, drogi dziurawe a ludzie pozbawieni empatii i skrupułów. To były ciężkie czasy.

Gdybym mógł, też pewnie bym wyjechał. Zamiast tego starałem się być najlepszym jak tylko się da. Przebaczałem ludziom, pamiętałem o tym, że trzeba być życzliwym, kontrolowałem swoje reakcje – ale nic z tego. Ludzie wokół wszystko psuli. Mógłbym się podpisać pod słowami jednego z pacjentów Karen Horney: Gdyby nie rzeczywistość zewnętrzna, nie miałbym żadnych problemów.

To było kiedyś. Od dawna nigdzie się nie ruszyłem poza Kraków, a nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spotkałem się z chamskim, agresywnym zachowaniem. Oczywiście nie jest idealnie. Czasem ktoś mnie potrąca. Bywam zły na ludzi. Czasem spotykam ludzi pijanych lub będących pod wpływem narkotyków. O seksie w parku się nie wypowiadam, bo może chodzę nie do tego parku i nie o tej porze, co trzeba?

Moje doświadczenie się zmieniło, mimo, że świat wokół zbytnio się nie zmienił.

Moja zmiana zaczęła się wtedy, gdy zacząłem traktować odczuwane przeze mnie oburzenie i święty gniew, jako informację o swoich własnych emocjach, a nie o tym, jacy są ludzie czy świat wokół mnie. Takie działanie nazywane jest czasem wycofywaniem projekcji.

Jak wycofać projekcję?

Pora na krótką pracę. Zastanów się czy jest coś, co cię denerwuje w innych ludziach. Jaka ich cecha szczególnie cię wkurza? Jakiego zachowania szczególnie nie znosisz? Na co zazwyczaj narzekasz?

Pomyśl przez chwilę.

Może to:

  • niestaranność,
  • agresja,
  • brak wyczucia,
  • skupienie na sobie,
  • brak inicjatywy,
  • brak współczucia,
  • rozbabranie,
  • chamstwo,
  • (to tylko przykłady, znajdź swoje.)

Spisz trzy najważniejsze punkty.

Jeżeli już znalazłeś, zadaj sobie pytanie odwracające. To pytanie można sformułować na kilka sposobów, może ono np. brzmieć:

Kiedy ostatni raz brała mnie chęć by się tak zachować?

Kiedy ostatni raz czułem ochotę by być właśnie takim?

Na ile w tym, co mnie tak oburza obecne są moje własne, ukryte intencje?

Na ile mogę w tym znaleźć siebie samego?

Załóżmy, że cechą, która mnie absolutnie denerwuje, osłabia i wyprowadza z równowagi jest chamskie, agresywne zachowanie ludzi. Gdy ktoś mnie wyprzedzi na ulicy lub, gdy ktoś mnie popchnie na chodniku, lub wciśnie się gdzieś przede mną, nie mogę tego zaakceptować. Czuję święte oburzenie. Mam ochotę wołać o pomstę do nieba.

Moje pytanie odwracające mogłoby brzmieć:

Kiedy ostatni raz miałem ochotę by przestać się liczyć z innymi?

Kiedy ostatni raz czułem się zmęczony tym by być dla wszystkich dobry i uprzejmy?

Ile w tym agresywnym zachowaniu, jest moich własnych intencji?

Czy mam w sobie jakieś agresywne, wrogie intencje?

Jeżeli coś mnie potwornie wkurza i denerwuje, to najczęściej dlatego, że po pierwsze odnajduję to w samym sobie, a po drugie jest to coś całkowicie sprzecznego z moim idealnym obrazem siebie.

Gdy tak potwornie denerwuje mnie to, że ludzie są nieporządni, to znak, że po pierwsze ja sam mam ochotę wyłamać się spod sztywnych reguł i przestać poddawać się porządkowi, a po drugie kurczowo trzymam się swojego wyobrażenia siebie, jako osoby wyłącznie porządnej.

Jedyną receptą by czegoś takiego się pozbyć jest z jednej strony akceptacja wszystkich swoich emocji, a po drugie nabranie dystansu do swoich idealnych obrazów.

Nabrać dystansu do swoich mniemań

O akceptacji swoich emocji była już mowa kilka razy. Tutak chodzi o to, by przestać kurczowo utrzymywać mniemania na swój temat. Mógłbym zadać sobie kilka pytań:

Czy muszę być zawsze oddany innym ludziom?

Czy musze nuć zawsze usłużny i bezinteresowny?

Czy muszę być zawsze osobą dobrą, uprzejmą, łagodną, mającą zawsze dobre relacja?

Czy muszę zawsze podobać się ludziom?

Czy naprawdę pod żadnym pozorem nie mogę być twardy?

Nie chodzi to, by poddać się tym wszystkim nieakceptowanym impulsom. Chodzi tylko o to, by umieć je w sobie nazwać. Samoświadomość wycofuje projekcje.

Gotowość doświadczania

Gotowość doświadczania

Opublikowano 26 stycznia 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 10 komentarzy

Jak pokonać fale?

Wyobraź sobie niewielką, skalistą wysepkę, zagubioną gdzieś na oceanie. Wokół faluje granatowe morze. Białe grzywy fal rozbijają się o brzeg. Na wysepce nie rośnie wiele roślin i niewiele jest źródeł pitnej wody. Nic dziwnego, że jej mieszkańcy tęsknym wzrokiem patrzą na widoczny w dali brzeg sąsiedniej wyspy. Gdy uważnie się wpatrzeć, można na nim zobaczyć wspaniałe drzewa uginające się od owoców i spływający z góry strumień słodkiej wody.

Co prawda na skalistej wysepce nie ma żadnych materiałów z których można by było zbudować tratwę, jednak odległość nie jest tak duża by nie dało się jej pokonać wpław. Jest jednak jeden problem.

Wielkie oceaniczne fale, które pędzą wprost na brzegi skalistej wysepki, zawracając każdego śmiałka do punktu wyjścia.

Ludzie usiłujący dopłynąć do brzegów obfitej wyspy mają najróżniejsze strategie.

Są tacy, którzy się mocują. Gdy tylko zbliża się fala jeszcze mocniej i silniej wymachują rękami i nogami licząc, że wreszcie pokonają przeciwności. Niestety, mimo, że ich siła rośnie, ciągle są słabsi od oceanu.

Są tacy, którzy usiłują przeskoczyć fale jak latające ryby. Nie potrafią jednak utrzymać się zbyt długo w powietrzu by ta strategia przyniosła jakiś efekt.

Są tacy, którzy usiłują wymyślić jakiś podstęp. Gdy zbliża się fala ustawiają się bokiem, płyną wzdłuż i szukają jakiejś dogi między falami. Ich skomplikowane wysiłki jednak zawsze kończą się przy skalistym brzegu.

Są tacy, którzy chowają się przed falami. Tkwią latami za osłoną nie zwracając uwagi, że obfity brzeg jest tak sam daleko jak był.

To nie wszystkie metody. Na wyspie powstała szkoła, której celem jest pokonanie fal siłą umysłu. Jej adepci, gdy zbliża się fala zamykają oczy, odwracają się tyłem i wyobrażają sobie, że morze jest spokojne, jak górskie jezioro. Dzięki temu czują wewnętrzne wyciszenie i spokój. Problem jednak polega na tym, że fale nie bardzo zwracają na to uwagę. Główny mistrz tej szkoły, co prawda ciągle mieszka na skalistej wyspie, ale utrzymuje, że gdyby tylko chciał mógłby przejść po morzu jak po gładkiej amerykańskiej autostradzie.

Inna szkoła, to ci, którzy po serii niepowodzeń doszli do wniosku, że na drugiej wyspie tak naprawdę jest dokładnie tak samo i szkoda czasu na walkę.

Są jednak i ludzie, którzy potrafią pokonać fale i dopłynąć do brzegu drugiej wyspy. Nie stosują żadnego z tych sposobów. Nie mocują się z falami, nie próbują ich przechytrzyć, nie próbują ich wyciszać. Mimo, że pokonują odległość między wyspami wiele razy i to dzięki nim mieszkańcy skalistej wysepki mają co jeść, mało kto chce ich naśladować. Ich sposób – jedyny skuteczny sposób pokonywania wielkich, spychających z drogi fal – polega na czymś, wydawałoby się sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem – na wpływaniu w głąb fali.

Oto fragment autentycznego poradnika omawiającego podstawowe umiejętności pływania na otwartym oceanie:

Nigdy nie zwalniaj przed napływającą falą. Zawsze płyń wprost w nią.

Zanurkuj w falę, w chwili, gdy ma cię uderzyć. Nurkowanie w falach jest bardzo proste, ale może być najtrudniejszą rzeczą na świecie, gdy boisz się wody. Ujmując to najprościej. Woda na szczycie fali zmierza w kierunku brzegu. Woda blisko dna zmierza w stronę oceanu. Próbując przepłynąć nad falą, będziesz spychany do brzegu. Gdy zanurkujesz w głąb, fala weźmie cię w kierunku, w jakim chcesz płynąć.

Obserwuj fale, gdy przebijasz się prze fale przybrzeżne. Gdy płyniesz patrz na tak często jak spoglądasz na boję. W ten sposób wiesz, kiedy wejść pod falę. (The Basics of Ocean Swimming, Erik Burgan)

Zamiast próbować unikać fal, zamiast mocować się z nimi, zamiast je wyciszać, nurkujesz wprost w nie.

To jedyny bezpieczny sposób. Gdy odwracasz się tyłem i udajesz, że pływasz w spokojnym jeziorze, fala może cię zalać, pozbawić oddechu i rzucić o dno. Mocując się z falą na powierzchni, stawiając jej opór wikłasz się w walkę, której nie sposób wygrać.

Takimi falami, które ciągle zawracają nas z drogi są nasze negatywne emocje i myśli.

Zanurkować w fale znaczy w pełni doświadczać myśli i emocji, równocześnie nie przerywając ruchu do przodu. Obraz pokonywania fal w taki sposób jest metaforą gotowości doświadczania.

Nurkowania w fale

Człowiek, który unika jakiegoś rodzaju doświadczeń, stara się je osłabić lub ominąć. Używając morskiej metafory, to ktoś, kto za wszelką cenę stara się utrzymać głowę na powierzchni.

Zanurzenie się w fali może być przerażające. Tego przecież chcemy uniknąć – zalania przez niekontrolowany żywioł. Jednak tak długo póki będziemy próbować wszystko kontrolować, póki będziemy starali się mieć głowę zawsze ponad wodą – dopóty nie będziemy w stanie płynąć do przodu.

Jeżeli chcesz dopłynąć do celu musisz zanurzyć głowę – tzn. stracić kontrolę ( w każdym razie częściowo). Tylko pełne, pozbawione osłon i otwarte doświadczanie negatywnych uczuć pozwala szybko i bez blokowania się przebić przez nie.

Karen Horney, opisując ten aspekt uwagi nazwała go nieograniczoną receptywnością. Według jej słów, jest to:

…zgoda na to, by wszystko, co odbieramy w danej chwili, wniknęło w nas bez żadnego oporu z naszej strony. Nieograniczona receptywność oznacza, że jesteśmy w danej sytuacji razem z wszystkimi naszymi emocjami (Horney, Wykłady ostatnie)

Taki typ uwagi jest czymś paradoksalnym. Ludzie nie dopuszczają do siebie pewnych doznań, by skuteczniej działać i lepiej się czuć. Nie chcą by coś im dokuczało, przeszkadzało czy rozpraszało. Ale im bardziej próbują manipulować sobą, tym gorzej się czują i tym mniej są produktywni. Próba okrajania swoich doświadczeń ma efekt dokładnie odwrotny do zamierzonego.

Pragnienie uniesienia się

Pisząc poprzednie słowa rzuciłem okiem na półkę z książkami. Jest na niej książka o grzbiecie w morskim kolorze. Jej tytuł brzmi „Umysł ponad nastrojem”. Tego pragniemy: uwolnić się, wznieść ponad negatywne nastroje i złe myśli. Osiągnąć upragniony spokój i ciszę. Przestać się czegokolwiek bać i czymkolwiek przejmować. Książki i psycholodzy mówią, że jest to możliwe. Bardziej wierzymy ich wiedzy niż latom swoich doświadczeń. Zapewne kiedyś mi się wreszcie uda. Wreszcie poznam sposób na to, by tak ustawić swój umysł, aby przestał doświadczać nieprzyjemnych emocji i nieprzydatnych myśli.

I na pewno kiedyś się to uda. Każdy z nas wzniesie się ponad wszystkie nastroje, myśli i emocje. Jednak póki żyjesz, póki masz ciało, póki masz mózg z zestawem pracujących w nim struktur, póki jedną z funkcji twojego umysłu jest doznawanie całego zakresu emocji – także tych, które nie są przyjemne – jesteś poddany falowaniu.

Życie, to pływanie w falującym morzu. Oczekiwanie by żyć i równocześnie „wznieść się ponad” jest tak samo nierealne, jak oczekiwanie by morze przestało falować, gdy do niego wchodzisz.

Czasem fale są wyższe, czasem niższe. Czasem uderzają raz po raz, jak podczas sztormu, a czasem są rzadkie i leniwe, jak wtedy, gdy wieje letnia bryza.

Fale przeszkadzają, ale równocześnie są informacją, że płyniesz do przodu. Nie doświadczają ich tylko ludzie, którzy taplają się przy brzegu w osłoniętych zatoczkach. Im większe masz cele, im wyraźniejsze są twoje wartości, im więcej dla nich robisz, tym większe fale.

Możesz się ich przeląc i wrócić do zacisznej zatoczki. Możesz jednak przestać szukać spokoju. Zaakceptować fale. Przestać za wszelką cenę wyciszać się, doprowadzać swój umysł do klarowności, przestać próbować kontrolować poruszające go fale. I zamiast tego skupić się na tym, gdzie chcesz dopłynąć. Stawić czoła falom i pokonywać je, pozwalając każdej na to by cię przykryła.

Nie jest to niestety coś, co można w sobie raz na zawsze wytrenować. Trening zawsze się przydaje, ale nikt nie może w trwały sposób stać się otwarty na wszystko, co go dotyka.

Otwarcie się na to, co nas w danej chwili dotyka jest bardziej aktem niż cechą. Nie ma ludzi, którzy są całkowicie wolni od ukrywania się przed doznaniami. Są tylko osoby, które raz po raz podejmują decyzję by otwarcie doświadczyć tego, co je w danej chwili spotyka.

Ruch do przodu

Gotowość nazywana jest także akceptacją i uważnością. To doskonałe określenia, czasem jednak, niektóre osoby rozumieją je na opak.

Słowo akceptacja, kojarzy się im z rezygnacją i poddaniem się. Jest to postawa kłapouchego: Tak to już w życiu jest i nic nie zostaje jak się z tym pogodzić…

Odmianą tej samej postawy może być czekanie aż problemy miną: no dobrze teraz jest ciężką, ale kiedyś jeszcze będzie przepięknie.

Prawdziwa akceptacja jest czymś innym. Zaakceptować swój niepokój nie oznacza poddać mu się, schować się pod pierzynę i nic nie robić, bo na zewnątrz jest strasznie i trzeba przeczekać.

Zaakceptować niepokój oznacza doświadczyć go bez żadnego znieczulenia, a następnie – mimo całego lęku zrobić krok w stronę tego, co jest ważne.

Równie dobrze taką akceptację można by nazwać zwycięstwem nad negatywnymi emocjami. Ale zwycięstwo kojarzy się ze zmaganiem, tłumieniem i unikaniem uczuć. Nie chodzi ani o to by wygrać, ani o to by przegrać. Chodzi o to by nauczyć się współżyć ze wszystkim, co w nas jest a nad czym nie mamy kontroli.

Lęk, jaki czuję nie jest przeze mnie zawiniony, nie jest efektem moich grzechów czy błędów, nie mogę – póki żyję się go pozbyć, wyrzucić czy przepracować. Jest czymś nieuniknionym. Akceptacja jest zatem bardziej sztuką koegzystencji – doświadczania nieprzyjemnych rzeczy, połączonych z robieniem swojego.

Także uważność jest czasem rozumiana opatrznie. Uważność (mindfulness) jest bardzo pojemnym terminem, który obejmuje zarówno akceptację, jak i świadomość obecnej chwili. Może być jednak rozumiana jako skupianie się nad sobą i swoimi doznaniami. Być uważnym to siedzieć w kucki z zamkniętymi oczyma i myśleć tylko o swoim oddechu. Nie o coś takiego chodzi.

Ostatnio wolę używać słowa gotowość (a dokładniej gotowość doświadczania), bo wiąże się ono z aktywnością.

Kluczowym elementem gotowości jest świadomość tego, po co chcesz przejść przez tą falę. Jeżeli twoim jedynym celem jest znoszenie nieprzyjemnych doznań jesteś masochistą. Jeżeli twoim celem jest budowanie własnej doskonałości, jesteś skupionym na sobie egotykiem.

O gotowości doświadczania możesz mówić dopiero wtedy, gdy wiesz, co jest twoją wartością i podjąłeś decyzję by iść do przodu.

Gotowość doświadczania jest najskuteczniejszą strategią ruchu do przodu. Gdy jej nie masz, zamiast iść do przodu możesz tracić czas na przepracowywanie swoich doznań, ukrywanie się przed nieprzyjemnymi odczuciami – ogólnie na tworzeniu tysięcy skrytek.

Gdy decydujesz się na gotowość, po prostu opuszczasz całą tą zabawę. Mówisz: nie chodzi o to, bym był cały czas zadowolony, bym był doskonały, bym pokonywał wszystkie trudności bez zmrużenia oka. Chodzi o to by robić, to, co trzeba. Płacąc za to tyle, ile trzeba.

Nurkujesz w falach nie po to by się tym rozkoszować (choć może to być przyjemne) ale dlatego, że jest to najkrótsza i najprostsza droga na drugą stronę. Jakikolwiek inny sposób – bokiem, podskokiem, tyłem czy zwodem grodzi utonięciem albo przynajmniej wplątaniem się w dłuższą i niebezpieczną szamotaninę. Najkrótsza drogą na druga stronę, to pełne stawienie czoła. Stawienie czoła bez żadnej nadziei na to, że od tego fale się zmniejszą, staną się łagodne czy otworzy się przed nami korytarz ze ścian z morza.

Negatywne emocje – jak wyciągnąć kamyk z buta?

Negatywne emocje – jak wyciągnąć kamyk z buta?

Opublikowano 22 grudnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 10 komentarzy

Człowiek szedł górską drogą. Śpieszył się, bo na szczycie czekał na niego wspaniały widok. Gdy przechodził przez piargi, do buta wpadł mu ostry kamień. Jęknął z bólu, ale nie przestał iść.

Za chwilę go wyjmę, gdy okolica będzie bardziej przyjazna – pomyślał.

Kamień tylko na początku był trudny do zniesienia. Wystarczyło stawiać stopę nieco bokiem i mniej ją obciążać a ból stawał się łatwiejszy do wytrzymania. Człowiek zaczął się przyzwyczajać. Po jakimś czasie całkiem przestał zwracać uwagę na uwieranie. Ciągle szedł pod górę. Co prawda kulał i niezgrabnie stawiał stopę, jednak nie przejmował się tym. Ten sposób poruszania zaczął mu się wydawać zupełnie normalny.

Niby wszystko świetnie, ale nasz podróżnik zużywa na swój marsz więcej energii niż potrzeba. Nadweręża swoje stawy, ścięgna i mięśnie. To z kolei obciąża cały jego organizm.

To wszystko jest spowodowane nie tyle przez kamień (który nie jest tak dużym balastem) ale przez chodzenie w taki sposób by go nie czuć.

Mamy wiele takich uwierających kamieni. Nic z nimi nie robimy oprócz tego, że staramy się jak najsłabiej je czuć.

Na przykład idziesz ulicą i czujesz się „nie w sosie”. Jesteś rozdrażniony, denerwują cię przepychający się ludzie, smrodzące samochody, pochmurna pogoda czy temperatura. Wsiadasz do tramwaju (znowu wszystko jest nie tak), potem wchodzisz do pracy (myślisz: dlaczego ja muszę tych ludzi codziennie oglądać?)… i tak mija cały dzień. Coś cię uwiera, ale przywykłeś. Radzisz sobie jakoś. Wydaje ci się, że to odczucie jest normalną ceną za to, że idziesz do przodu.

Na pierwszy rzut oka ten sposób wydaje się dobry. Robienie tragedii nad każdym negatywnym odczuciem jest przecież właściwe dla neurotyków. Złe samopoczucie nie powinno blokować tego, co robimy. Głupi kamyk w bucie nie może przerywać marszu do góry.

To rzeczywiście dobra zasada by nie przejmować się chandrami i pogorszeniami nastroju. Nie ma co robić tragedii. Ale pod warunkiem trzymania się innej zasady, która brzmi: zrób wszystko co ma sens, by pozbyć się uwierającej cię rzeczy.

Wszystko co ma sens, tzn. wszystko co jest możliwe, co nie opiera się na zaklinaniu rzeczywistości i co nie blokuje marszu do przodu.

Zasada: nie rób nic, tylko znoś wszystkie trudności z cierpliwością i rezygnacją, nie jest zbyt mądra. Często można coś zrobić by zmienić sytuację i pozbyć się swoich negatywnych uczuć. Wygoda jest lepsza od niewygody. Pozytywne emocje są lepsze od negatywnych.

Czasem trzeba wytrzymać

Niewiele rzeczy da się na przykład zrobić z tremą, złym samopoczuciem spowodowanym zmianami pogodowymi, rozbiciem wywołanym przez wirusa, poczuciem skrzywdzenia gdy ktoś nas oszukał czy doznaniem zawodu, gdy nie dostaliśmy czegoś, na czym nam zależało.

Czasem negatywne emocje są jak mróz w zimie. Nie lubię zimna, wolałbym się wylegiwać w ciepłych krajach. Ale jest zima. Środek grudnia. Jedyne co rozsądnego można zrobić w tej części świata to przestać narzekać na mróz i ciepło się ubierać. Gdy ktoś mnie skrzywdzi, albo gdy stracę coś ważnego, czuję się źle. Oczekiwanie bym w takiej sytuacji czuł się doskonale jest tym samym co oczekiwania, że w zimie będę czuł ciepło i będę mógł chodzić po dworze w samej koszuli.

Gdy nic nie możesz zrobić – zaakceptuj uwieranie. Nie udawaj jednak przed sobą, że nic się nie dzieje. Nie stosuj żadnych technik unikania doznań. Nie stawiaj stopy bokiem, nie kuśtykaj, nie wykrzywiaj nogi. To znaczy – bez metafor – nie wmawiaj sobie, że jest doskonale, że czujesz się tak dobrze jak nigdy, że twoja porażka jest tak naprawdę sukcesem czy, że wcale ci na tym nie zależało.

Co można zrobić by pozbyć się negatywnych odczuć?

Dokładnie to samo, co wtedy, gdy chcemy się pozbyć uwierającego kamienia:

- przystanąć na chwilę,

- przechylić but i pozwolić kamieniowi wypaść,

- jeżeli kamień nie chce wypaść, można spróbować go wyciągnąć.

- Jeżeli się to nie uda, albo jeżeli nie ma możliwości zatrzymania się – iść dalej, pamiętając o tym by nie obciążać swoich kolan i barków.

Przystanąć

Pierwszym krokiem pozbycia się zamętu jest przystanąć, choćby na kilka sekund i przyjrzeć się temu, co czujesz.

Obserwacja siebie nie ma nic wspólnego z byciem zaaferowanym czy zaabsorbowanym sobą. Wiele osób jest ciągle skupionych na sobie, a mimo to nie ma dużego pojęcia o tym, co się w nich dzieje.

Takie osoby za bardzo są zainteresowane określonym wynikiem obserwacji. Traktują się trochę jak boksera, którego wynik walki się obstawiło. Wyłapują wszystko to, co jest zgodne z ich oczekiwaniami, skrupulatnie nie dostrzegając tego co nie pasuje.

Prawdziwa obserwacja jest podobna do tego co robi komentator, który wie, że ma wśród słuchaczy fanów jednego jak i drugiego zawodnika. Nie może z góry obstawiać żadnego z wyników. Musi być uważny i obiektywny. Walka nie jest dla niego nigdy wygrana, ani przegrana. Może być jedynie ciekawa (albo i nie). Dzięki takiej perspektywie można widzieć więcej i dokładniej.

To oczywiście dość trudne. Wymaga braku przywiązania do własnego obrazu – pozytywnego czy negatywnego. Wymaga patrzenia na siebie tak, jakby się było jednym z wielu elementów świata. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, by kiedykolwiek udało mi się w taki sposób patrzeć na siebie.

Ale to, że nie mogę osiągnąć ideału, nie oznacza, że próby są bez znaczenia. Ważny jest sam kierunek. Wystarczy choć trochę uwolnić się od pomysłów na siebie samego. Przestać zakładać się z sobą o wyniki.

Jeżeli czujesz się nie w sosie usiądź na chwilę i przyjrzyj się jakie odbierasz emocje, obrazy, jakie myśli pojawiają się w twoje głowie oraz jakie doznania czujesz w swoim ciele.

Takie obserwowanie warto uczynić nawykiem. Warto co jakiś czas (choć nie za często) zrobić przerwę i w ramach rozrywki przez minutę czy dwie, przyjrzeć się temu co dzieje się w środku.

Nie stosuj żadnej taryfy ulgowej. Nie wybieraj: to warto dostrzec, a tego nie. Zobacz wszystko. Bez oceny.

Jeżeli spostrzeżesz coś niewygodnego i powiesz sobie: natychmiast przestań, jeżeli użyjesz tak zwanej siły woli, efekty będą pozorne. Na chwilę – może na trzy sekundy wystarczy. Jednak bądź pewny, że po trzech sekundach wszystko wróci i prawdopodobnie będzie jeszcze mocniejsze. Dlatego po prostu dopuść to do świadomości. Stwierdź, ale nie walcz.

Być może nie od razu wszystko łatwo ci będzie objąć. Z czasem będzie jednak coraz lepiej.

Pozwolić by kamyk sam wypadł

Wyrzucanie kamienia, gdy but jest na nodze, to dosyć karkołomne zadanie. Ale gdy przystaniesz i uświadomisz sobie co czujesz, zobaczysz, że twój stan samorzutnie zacznie się zmieniać. Dostrzeżesz, że negatywne emocje i doznania, co prawda dalej są w tobie, ale nie są tobą. Są czymś przejściowym. Zyskasz inną perspektywę. Do tej pory, gdy ogarniała cię złość, smutek czy poczucie winy, zapełniały cię w całości – od czubka głowy do podeszw.

Gdy zaczniesz świadomie przyglądać się temu, co dzieje się wewnątrz, okaże się – być może – że jesteś znacznie większy. Że ta chmura odczuć nie jest wszystkim, co w tobie istnieje. Że oprócz niej, jest jeszcze wielkie i zawsze spokojne niebo.

Nie próbuj jednak wywoływać tego doznania na siłę. Taka perspektywa przyjdzie sama, albo i nie przyjdzie. Nic na to nie poradzisz. Twoim zadaniem jest obserwować a nie uspokajać się, wyciszać czy zyskiwać nowe doświadczenia.

Pocieszające jest to, że zazwyczaj efektem obserwacji jest wyciszenie.

Daniel Goleman, opisując wyniki jednego z eksperymentów pisze:

Już samo uświadomienie sobie wrących w nas uczuć, może mieć zbawienne skutki…Najszybciej otrząsali się z ponurego nastroju ci, który zdawali sobie sprawę ze swych uczuć. Wydaje się zatem, że dobre rozpoznanie emocji pomaga nam szybciej pozbyć się złego nastroju Daniel Goleman, Inteligencja emocjonalna w praktyce (Poznań: Media Rodzina, 1999), 128

Uczestnikami jednych z badań byli menedżerowie zwolnieni z pracy. Prawie wszyscy czuli ogromną złość. Połowie z nich polecono prowadzić przez pięć dni dzienniki, w których mieli zapisywać, co dzieje się z ich emocjami. Okazało się, że ludzie z tej grupy szybciej znajdowali pracę niż pozostali. Pisanie dziennika, pozwoliło im uświadomić sobie negatywne emocje. Nazwanie ich i zrozumienie znacznie im ułatwiło konstruktywne radzenie sobie z nimi.

Czasem doświadczamy czegoś podobnego, gdy mamy okazje komuś się wygadać. Mówimy, żalimy się, skarżymy i nagle wszystkie emocje opadają.

Jednak zarówno z pisaniem jak i wygadywaniem się należy być ostrożnym. W moim przypadku strategie te działają zupełnie odwrotnie. Im więcej mówię i myślę o tym, co mi nie pasuję, tym bardziej się nakręcam. Dlatego znacznie bardziej wolę pomilczeć na temat moich zmartwień. Od nazywania znacznie ważniejsze jest uświadomienie sobie. Czasem słowa zaciemniają.

Wyciągnąć

Często źródłem zamieszania są obiektywne problemy przed jakimi stajemy. Nie wystarczy dopuścić odczuć do świadomości i je obserwować. Trzeba jeszcze coś zrobić.

Negatywne emocje są komunikatem, że coś warto zrobić (lub przestać robić). Warto nauczyć się odczytywać te komunikaty i umieć na ich podstawie podejmować decyzje. Można to zrobić zadając sobie kilka prostych pytań:

1) Czym się martwię? Co jest źródłem mojego niepokoju?

2) Dlaczego to mnie niepokoi? Co jest przyczyną?

3) Co mogę z tym zrobić? Jakie rozwiązania są możliwe?

4) Które rozwiązanie wybiorę? Co konkretnie zrobię i kiedy to zrobię?

To proste pytania i nie warto ich komplikować. Szukanie wglądów, analizowanie snów, docieranie do przeżyć z dzieciństwa i inne podobne sztuczki zazwyczaj niewiele wnoszą bo zatrzymują nas w pierwszym i drugim punkcie.

Często komplikujemy sobie życie psychologizowaniem po to by nie dostrzec najprostszych rzeczy. Znam osobę, której jednym z podstawowych problemów jest to, że kiepsko zarabia. Zamiast znaleźć nową, lepiej płatną pracę, woli analizować swoje głębokie przeżycia i wydawać pieniądze na kolejnych terapeutów. Oczywiście, że ma niskie poczucie wartości i zestaw traumatycznych przeżyć z dzieciństwa. Tyle, że po pierwsze jej wieloletnia terapia nic nie zmienia w jej życiu, a po drugie wiele osób z jeszcze gorszymi przeżyciami doskonale funkcjonuje bez pomocy psychologów.

Nie jestem przeciwnikiem terapii, ale podoba mi się podejście jakie mieli mistrzowie sztuk walki. Gdy przychodził do nich uczeń, mistrz najpierw kazał mu sprzątać, gotować i zajmować się prostymi, przyziemnymi sprawami. Gdy przychodzi do terapeuty pacjent, który chce siebie zgłębiać, najpierw powinien dostać zadanie posprzątania wokół siebie. Jak może zgłębiać swoje nieświadome procesy, skoro nie jesteś w stanie napisać swojego cv czy zapisać się na kurs angielskiego?

Ten zestaw pytań dotyczy prostych, przyziemnych rzeczy. Jeżeli dojście do punktu cztery zajmuje ci dwa tygodnie, to znaczy, że zbytnio komplikujesz.

Chmury i niebo: umiejętność obserwacji siebie

Chmury i niebo: umiejętność obserwacji siebie

Opublikowano 01 grudnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 30 komentarzy

Ten artykuł jest drugim z cyklu „Poznaj cztery umiejętności konstruktywnej obsługi siebie samego”. Pierwszy z nich był poświęcony umiejętności akceptacji.

Eksperyment

Wyobraź sobie, że jesteś chory i ktoś daje ci mocne lekarstwo. Dzięki niemu od razu wyzdrowiejesz, ale musisz się przygotować na nietypowe efekty uboczne. Możesz przez jakiś czas odczuwać palpitacje, drżenie rąk, złość, rozdrażnienie, strach lub smutek. To wszystko może być nieprzyjemne, jednak po jakimś czasie minie. Doznania będą chwilowe i oprócz dyskomfortu w żaden sposób trwale na ciebie nie wpłyną.

Zażywasz lek i rzeczywiście, po kilkudziesięciu minutach pojawiają się wszystkie objawy. Nie jest to przyjemne, ale przecież wiesz, że to nic takiego. Mówisz sobie:

- Aha, więc tak to wygląda. To nic takiego.

Załóżmy, że akurat zacząłeś oglądać jakiś ciekawy film. Czy przerwiesz seans? Prawdopodobnie nie. Wrócisz do swojego zajęcia i mimo, że nie ogląda ci się tak dobrze jak do tej pory, ciągle dobrze się bawisz. Gdy kończysz film, zauważasz, że wszystko, nie wiadomo, kiedy przeszło.

A teraz wyobraź sobie, że to samo lekarstwo podano komuś bez żadnej informacji o efektach ubocznych. Czy ta osoba zareaguje tak samo? Co się stanie, gdy kilkadziesiąt minut później, bez uprzedzenia pojawi się zestaw nieprzyjemnych doznań i emocji?

Najbardziej prawdopodobne będzie to, ze człowiek zacznie się niepokoić i podda się emocjom. Coś się ze mną dzieje, coś jest nie tak. Wkurza mnie ta sytuacja…. Przerwie to, co robi i albo zacznie się zastanawiać, co jest nie tak, albo będzie szukał ujścia dla emocji.

Im bardziej będzie się zastanawiał, tym wyraźniej będzie czuł negatywne doznania (świadomość wzmacnia odczuwanie). Gdy będzie szukał ujścia (np. skrzyczy żonę, że stuka garami, podczas gdy on ogląda) pojawi się poczucie winy, które jeszcze bardziej wzmocni rozdrażnienie. Słowem błędne koło zacznie się napędzać i po dwóch godzinach, gdy fizjologiczne działanie leku zniknie, ta osoba ciągle będzie czuła się pobudzona i rozdrażniona.

Jednym z najsłynniejszych eksperymentów psychologicznych były badania Stanleya Schachtera poświęcone naturze emocji. W ich trakcie ochotnikom podawano zastrzyk adrenaliny. Jedni słyszeli, że to niewinne witaminy bez żadnych efektach ubocznych. Innych rzetelnie informowano o tym, że pojawi się pobudzenie, drżenie mięśni i inne doznania.

Okazało się, że ludzie, których poinformowano o efektach ubocznych znacznie rzadziej poddawali się emocjom. Ci, którzy nie byli uprzedzeniu szybko zarażali się złością lub euforią od pomocników eksperymentatora.

Dlaczego tak łatwo zachować spokój i nie wpaść w błędny krąg, gdy jesteśmy uprzedzeni o efektach?

W takiej sytuacji, gdy pojawiają się doznania i emocje, wiesz, że są one tylko efektem podania leku. Masz do nich dystans. Jak to się czasem mówi – nie zlewasz się z nimi. Jest w tobie część obserwująca i część doznająca. Tu jestem ja a tu są moje doznania i emocje. Wiesz, że twoje doznania są tylko artefaktem, sztucznym wytworem. Nie są sygnałem alarmowym, który ma źródło w jakimś realnym zagrożeniu. Wiesz, że to „nic takiego”.

W drugiej sytuacji, gdy doznania przychodzą niespodziewanie, reagujesz inaczej. To, co się wtedy dzieje, niektórzy z psychologów nazywają fuzją poznawczą (cognitive fusion). W jej trakcie nasze emocje, myśli czy doznania traktujemy jak absolutną, jedyną rzeczywistość. Emocje i myśli stapiają się z całym tobą.

Możesz z nimi walczyć, możesz im się poddać, ale cały czas traktujesz je jak rzeczywistość.

Codzienne stapianie się z emocjami i myślami

Nasze emocje, myśli czy doznania fizyczne są powiązane z tym, co dzieje się w świecie. Gdy czuję złość, smutek czy zagubienie, to nie dlatego, że ktoś mi podał jakiś zastrzyk.

Ale mimo to, ten pierwszy sposób patrzenia (który miały osoby poinformowane o efektach) jest bliższy prawdzie niż drugi.

Nasze nastroje, uczucia i myśli są rezultatem pracy naszego umysłu. Są efektem pracy skomplikowanej i cudownej maszyny, zawierającej miliony skojarzeń i pojęć. Nie są jednak rzeczywistością. Są jakimś jej obrazem – mniej lub bardziej trafnym, mniej lub bardziej praktycznym – ale niczym więcej niż tylko obrazem.

Myśli są tylko myślami. Emocje są tylko emocjami.

Trudno nam to dostrzec od środka. Nieco łatwiej, gdy przyglądamy się temu z boku.

Oto Zbyszek Ryżak siedzi nad trudnym tekstem i ma wrażenie, że cały jego wysiłek idzie na marne. Ma poczucie, że nic mu się dziś nie udaje. Szamocze się i szamocze i nic z tego nie wynika. Wszystko jest szare i do niczego. Podchodzi do okna i patrzy na niebo o barwie płyt chodnikowych i myśli by dać sobie spokój. Potem siada za komputerem i otwiera pocztę. Znajduje maila z podziękowaniem od kogoś za pomoc. I nagle świat jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki się zmienia. Staje się piękny, cudowny i radosny. Zbyszek Ryżak jest przekonany, że to co robi ma sens. Zupełnie nie pamięta o tym, co było chwilę temu. Nawet niebo się zmienia. Przypomina mu teraz przyjemny pobyt w Szkocji. Co się stało? Czy świat się zmienił? Przeszła przez niego burza magnetyczna i wszystko pozmieniała? Nie. Świat cały czas jest taki sam.

To tylko mój umysł się przestawił.

Opinie naszego umysłu i jego doznania czasem są trafne, czasem nie. Czasem są cenne a czasem szkodliwe. Ale są to tylko opinie i obrazy. Coś, co nakładamy na świat.

Na codzień jesteśmy całkowicie zanurzeni w świecie swoich myśli i doznaniach. Obrazy, jakie wytwarza nasz umysł i doznania traktujemy jak coś realnego.

Co więcej, jeszcze się kłócimy i do upadłego walczymy, twierdząc, że nasze opinie są faktami.

Ostatnio słyszałem, jak ktoś mówił:

- Trzeba być realistą, nie da się w Polsce zarobić dużych pieniędzy bez kradzieży! Ktoś, kto mówi inaczej ma kłopoty z oceną rzeczywistości!

Taka wypowiedź świadczy o fuzji poznawczej – stopieniu się rzeczywistości z opiniami. Ta osoba myli swoje opinie i doznania z rzeczywistością. Nie przychodzi jej do głowy, że to, o czym mówi to tylko jedna z wielu ocen. Być może słuszna, być może nie, ale nic poza tym.

W największym stopniu fuzji podlegają obrazy i odczucia dotyczące nas samych.

- Jestem nieudacznikiem.

- Nigdy nic mi nie wychodzi.

- Jestem słaby.

- Ciągle wszystko plączę.

- Znowu przegrywam.

- Nic mi nie wychodzi.

- Nigdy mi się nic nie uda.

- Moje życie to bałagan.

- …

Tego rodzaju zdania mogą brzmieć jak mądre i obiektywne odkrycia. Człowiek siada i przychodzi do niego odkrywcza myśl:

- No tak. Bądź raz ze sobą szczery. Nigdy ci się to nie uda.

Czy zdarzyło ci się kiedyś mieć takie myśli? Mnie się zdarzyło i to nie raz.

Przypomnij sobie, jak się wtedy czułeś? Czy wydawało ci się, że to prawda? Że tak jest w rzeczywistości?

Zaczerpnąłem te sformułowania z listy typowych myśli automatycznych, jakie pojawiają się podczas depresji (bez obawy, nie wystarczy stwierdzić u siebie takich myśli by być uznanym za chorego). Tych myśli doświadczają ludzie będący w najróżniejszych sytuacjach – zarówno gospodynie domowe, jak i uznani reżyserzy czy bankierzy z osiągnięciami. Te myśli nie mają nic wspólnego z ich sytuacją, a jedynie z tym jak pracuje ich umysł.

Są jedynie bełkotem pijanego, depresyjnego mózgu.

Podstawowa różnica, jaka jest między chorymi na depresję a ludźmi, którzy potrafią żyć w sposób konstruktywny jest taka, że ci pierwsi bezkrytycznie „kupują” produkty swojego umysłu. Za obiektywną rzeczywistość biorą obrazy i doznania, jakie wytwarza skomplikowana maszyneria schowana pod ich czołem.

W efekcie:

  • ile razy pojawi się doznanie strachu – żyją w strachu,
  • ile razy pojawi się doznanie złości – żyją w złości,
  • ile razy pojawi się doznanie smutku – żyją w smutku.

Budzenie obserwatora

Gdyby nie możliwości metapoznania, nie moglibyśmy odpowiedzieć na najprostsze pytanie, typu: o czym teraz myślisz?. Możemy nie tylko powiedzieć, o czym myślimy, ale jak nasze myśli się zmieniają oraz jak łączą się z innymi doznaniami.

Dzięki metaświadomości możemy stanąć krok wyżej i przyjrzeć się temu jak pracuje nasz umysł.

Gdy przyjmiesz pozycję życzliwego i zainteresowanego obserwatora i skierujesz uwagę, na to co dzieje się w tobie, łatwo ci będzie pojąć, że twoje myśli i uczucia są myślami i uczuciami. Pojawiają się, przepływają i znikają. Zabarwiają świat, czasem go zaciemniają, czasem wyostrzają. Ale nie są światem.

Są wewnętrznymi zjawiskami wywołanymi przez nasz umysł.

Emocje i myśli są jak chmury na niebie – czasem burzowe, czasem lekkie i jasne, czasem poruszające się bardzo powoli a czasem szybko. Czasem jest ich niewiele (rzadko kiedy nie ma żadnej chmury) a czasem całe niebo jest zasnute.

Nie jesteś chmurami. Jesteś niebem, na którym się pojawiają. Gdy zapomnisz o tym, kim naprawdę jesteś, emocje mogą cię porwać. Zawsze jednak możesz na nowo uzyskać „metaperspektywę”, wyrywając się z fuzji poznawczej.

Gdy nauczysz się takiej perspektywy twoje życie może się zmienić:

  • gdy pojawi się w tobie doznanie strachu – zamiast żyć w strachu, możesz żyć ze strachem, robiąc to co powinieneś, mimo tego, że czujesz obawy;
  • gdy pojawi się w tobie doznanie złości – zamiast żyć w złości, możesz zacząć żyć ze złością – z kłopotliwym, hałaśliwym i dokuczliwym lokatorem, ale jednak lokatorem a nie właścicielem;
  • gdy pojawi się w tobie doznanie smutku – zamiast pogrążać się w nim, możesz żyć ze smutkiem, ciężarem, który cię spowalnia ale nie zamyka w czarnej norze.

Gdy zamiast żyć w emocjach, żyjesz z emocjami jesteś jak człowiek, który został uprzedzonym, że mogą się pojawić różne efekty uboczne. Robi swoje i pozwala emocjom oraz myślom wybrzmieć.

Uwagi do ćwiczeń

Wyjście poza stopienie się ze swoimi myślami czy odczuciami jest dosyć trudne.

To chyba najtrudniejsza umiejętność z tych, o których piszę w tym cyklu.

Łatwo pomylić ją z żonglerką poznawczą. Zacząć np. fantazjować, że umiemy wyjść poza siebie, wejść w skórę drugiej osoby czy nawet unieść się poza świat. Tu naprawdę nie chodzi ani o pozycje percepcyjne NLP, ani o „doświadczenia astralne”. Tego rodzaju praktyki wiążą się z jeszcze mocniejszym zagłębianiem się w swój umysł. Jednym z podstawowych wskaźników czy w swoich ćwiczeniach nie zbaczasz na manowce jest poczucie zwykłości i normalności. Gdy czujesz, że dzieje się coś niesamowitego, niezwykłego, że doświadczasz doznań o niezwykłej przenikliwości, że udało ci się wreszcie zobaczyć istotę świata i przeniknąć przez zasłony materii – to sygnał, że pora zrobić przerwę. Iść do ubikacji, albo pogadać z kimś o cenie rzodkiewki. Gdy mimo tego poczucie olśnienia nie ustępuje, warto udać się do psychiatry albo spowiednika (rabina, imama, guru, sensia, rosiego czy kogo tam masz). Albo jesteś wariatem, albo świętym.

Druga uwaga. Nie da się tego ćwiczyć bez przynajmniej pewnego poziomu akceptacji (pierwszej umiejętności, o której była mowa w poprzednim tekście tego cyklu). Tak długo, póki nie uda ci się porzucić oczekiwania na to by było inaczej niż jest, nie możesz przyglądać się temu jak pracuje twój umysł.

Porzuć nadzieję na uwolnienie się od negatywnych doznań. Porzuć przynajmniej część nadziei, bo inaczej niczego nie dostrzeżesz. Póki chcesz by było inaczej będziesz „przyspawany” do obrazów tworzonych przez swój chimeryczny i zmienny umysł.

Akceptacja oznacza życzliwość czy łagodność dla siebie. Gdy ciągle wybierasz i stawiasz warunki: tak powinienem się czuć, taki powinienem być, tak powinienem myśleć, itp. jesteś nieżyczliwy dla tego, co się w tobie pojawia.

Jesteś jak ktoś, kto wydał przyjęcie, rozesłał zaproszenia a teraz nie wpuszcza tych, którzy przyszli ubrani nie w takich kolorach jak lubi. Gospodarz, mimo, że ma prawo mieć swoje preferencje, musi być życzliwy wobec wszystkich gości.

Z drugiej strony sama akceptacja może być pułapką. Gospodarze nie powinien zostawiać swego domu, całkowicie we władanie gości. Gdy tylko akceptujesz, ale tkwisz w fuzji, negatywne emocje szarpią tobą i porywają cię.

Dlatego ważne jest by oprócz godzenia się na nie umieć je traktować tak jak tego wymagają – jako emocje i myśli – produkty naszego umysłu.

Propozycje ćwiczeń

Jest wiele ćwiczeń, które ułatwiają rozwój umiejętności obserwacji czy de-fuzji poznawczej. Ten artykuł jest wprowadzeniem w temat. Jeżeli będzie taka potrzeba mogę podać więcej ćwiczeń. Teraz tylko wybrane trzy.

Ćwiczenie Eckharta Tolle

Eckhart Tolle, proponuje bardzo proste ćwiczenie (może nawet zabawę), które pomaga rozwinąć umiejętność obserwacji swojego umysłu:

Zamknij oczy i powiedz sobie: Ciekawe, jak pierwsza myśl mi się nasunie. A potem czekaj na nią z wytężoną czujnością, jak kot przy mysiej dziurze. Jaka myśl wyskoczy z dziury? Spróbuj (Echart Tolle, Potęga teraźniejszości, str. 116).

Póki jesteś w pełnej obecności myśli, tak chętnie się nie pojawiają. Gdy się już pojawią ciągle możesz je przez chwilę poobserwować. Nie musisz rzucać się na nie jak kot.

Podsłuchiwanie myśli

By ułatwić sobie obserwację tego, co się dzieje z twoim umysłem możesz posłużyć się wyobraźnią i zabawą. Np.:

  • Pomyśl, że twój umysł jest stacją radiową, posłuchaj tego, co się w nim dzieje, tak jakbyś słuchał radia. Co mówi spiker? Jaką muzykę nadaje?
  • Pomyśl, że twoje myśli to telefon. Słyszysz dzwonek, podnosisz do ucha i słyszysz np.:. Hej, czy ja już ci mówiłem, że nic ci z tego nie wyjdzie? Pomyślałem sobie, że chciałbyś usłyszeć moją rzetelną opinię na twój temat: jesteś ofiarą!
  • Potraktuj swój umysł jak wyskakujące reklamy internetowe. Co się na nich pojawia?

Liczenie oddechów

To chyba podstawowe ćwiczenie, pozwalające rozwinąć tą umiejętność. Prawdziwym celem tego ćwiczenia nie jest uspokojenie czy regulowanie oddechu. Nie jest nawet rozwój umiejętności koncentracji. Najważniejsza jest umiejętność obserwowania swoich myśli jak zjawisk przepływających przez nasz umysł.

Oto krótka instrukcja

Usiądź wygodnie (możesz na krześle lub na poduszce ułożonej na podłodze). Wyprostuj kręgosłup. Głowę trzymaj prosto. Wyobraź sobie, że do samego czubka głowy masz przywiązaną linkę, która podnosi cię do góry, będąc dokładnym przedłużeniem kręgosłupa. Rozluźnij ramiona. Linka podnosi cię tylko w linii kręgosłupa. Ręce połóż swobodnie na kolana. Możesz także położyć je jedną na drugiej, wewnętrzną stroną do góry, lewa dłoń grzbietem na prawej, palce prostopadle do linii nosa. Nie przyciskaj łokci do tułowia, pozwól im leżeć swobodnie. Aby ustabilizować pozycję, możesz wykonać tułowiem i głową parę ruchów w lewo i prawo. Wybierz pozycję w samym środku – najbardziej równomierną i stabilną. Zamknij oczy lub opuść powieki. Możesz skupić wzrok na jakimś punkcie leżącym przed tobą (w odległości metra czy dwóch).

Oddychaj nosem, lekko i bez wysiłku. Dźwięk oddechu nie powinien być słyszalny (jeżeli masz zatkany nos, wcześniej go przeczyść). Obserwuj swój oddech.

W myśli licz wdechy i wydechy (wdech – jeden, wydech – dwa). Możesz liczyć także same wdechy (wdech – jeden, wydech, kolejny wdech – dwa, wydech …)

Gdy dojdziesz do dziesięciu, zacznij od początku. Gdy się pomylisz, nie przejmuj się tym, nie poświęcaj temu zbytniej uwagi. Zacznij liczyć od początku. Gdy uświadomisz sobie, że myślisz o czymś innym, łagodnie wróć do oddechu. Po prostu zacznij liczyć od nowa.

Pozwól, by twoje myśli swobodnie przepływały. Patrz na nie, jakbyś patrzył z okna na przechodniów. Nie biegnij za żadną, ale pozwalaj każdej spokojnie przejść.

Nie kontroluj oddechu. Nie staraj się, by był szybszy czy wolniejszy. Sam z siebie zacznie się wydłużać, ty jednak nie staraj się o to, a jedynie licz ilość oddechów. Wytrzymaj przynajmniej trzy minuty. Nie sprawdzaj czasu na zegarku, ustaw minutnik i przerwij dopiero, gdy usłyszysz sygnał. Gdy w trakcie ćwiczenia pojawi się myśl typu: długo, jeszcze? chyba nie wytrzymam, ale to nudne… pozwól jej przepłynąć i wróć do liczenia oddechów: jeden, dwa, trzy…

Poznaj swoje naturalne siły

Poznaj swoje naturalne siły

Opublikowano 30 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 9 komentarzy

W Krakowie, jakiś czas temu pewien sprytny człowiek sprzedawał hejnał. Każdy słyszał Program Pierwszy Polskiego Radia. O dwunastej trębacz czterokrotnie gra swoją melodię. Spryciarz wypatrywał grup, które pojawiały się po dwunastej, zagadywał, a jak się okazywało, że grupa jest średnio rozgarnięta pytał:
- Szkoda, że nie słuchaliście hejnału, zawsze jest o dwunastej
- Tak, szkoda…
- Być w Krakowie i słyszeć hejnału, to rzeczywiście strata
- Tak, ale co zrobić…
- Wiecie co, hejnalista to mój znajomy, jak by wam zależało, mógłbym pogadać. Może uda mi się go namówić by zagrał specjalnie dla was.
- Naprawdę? To możliwe?
- Normalnie tego nie robi, ale rzadko w Krakowie przebywają tak wspaniali goście.
Klienci, dopieszczeni i pełni nadziei patrzą na swojego wybawcę. Ten, widząc, że ryba bierze zaczyna szarpać.

To fragment mojej nowej książki.

Właśnie wyszła. Ma format ebooka, ale można zamówić ją też w formie papierowej. Uważni czytelnicy poznają w niej kilka tekstów z bloga.

Tytuł książki „Efekt jojo w motywacji” wymyślili spece z Wydawnictwa. Jest lepszy od mojego pierwotnego (Naturalnie Spełnione Marzenia) ale nie do końca oddaje zawartość książki.

W rzeczywistości to nie tyle książka o motywacji, ale o pułapce, w jaką wpadamy zabiegając o jej zawsze wysoki poziom.

To książka o pułapce, w jaką wpadamy wierząc różnego typu guru samorozwoju.

To książka o tym, jak zapominamy o swoich naturalnych siłach starając się dopasować do obrazów narzucanych nam przez media, psychologów, rodziców i wszystkich specjalistów od „rozwoju osobistego”.

Jeżeli jesteś gotowy by trochę przestawić swój świat – zmierz się z nią.

Jeżeli jesteś gotowy bardziej zaufać sobie niż płatnym motywatorom – poznaj jej treść.

Dzięki niej nauczysz się realizować swoje zamierzenia niezależnie od tego czy masz w sobie motywację czy nie.

Klikając na link poniżej można pobrać darmowy fragment książki. Jest tam cały spis treści oraz fragment jednego z rozdziałów.

Fragment książki „Efekt jo-jo w motywacji” do pobrania

Klikając na okładkę można zamówić książkę.
Efekt jojo w motywacji - kliknij by zamówić

A co działo się na Krakowskim Rynku?

- Tylko jest mały problem. Ten hejnalista musi zapłacić ochronie wieży – wiecie, takie są przepisy. Zagra dla was za darmo, ja oczywiście grosza nie wezmę, za pośrednictwo.
- Hm… A dużo?
- Nie, jak się zrzucicie, to niewiele wyjdzie.
Po chwili zadowolony spryciarz niknie w Kościele Mariackim z pieniędzmi. Zostawienie sami sobie ludzie, który my dali pieniądze, zaczynają czuć lekkie obawy.
- A może nas oszukał – pytają siebie – może wziął pieniądze i nic z tego nie będzie?
Jednak po chwili spryciarz się pojawia.
- Załatwione. Ciężko było, ale się udało. Zagra specjalnie dla was.
- Super! Wspaniale!
Wybija pełna godzina. Hejnalista otwiera okienko i zaczyna grać. Wniebowzięta grupa słucha z zapartym tchem, jak hejnał płynie ze strzelistej wieży wprost do ich uszu. Spryciarz znika. Skromny człowiek. Nawet nie czekał, aż mu podziękują.
I wszystko świetnie. Klient jest zadowolony. Pieniądze zostały zapłacone. Tylko jest mały problem. Hejnał jest grany co godzinę. O każdej porze dnia i nocy. Nie tylko w południe, tak jak w radiu. Nie musisz nikomu płacić, by go wysłuchać.
Sprzedawcy motywacji są jak ten spryciarz. Masz wszystko, co jest Ci potrzebne, by osiągnąć sukces. Masz w sobie tyle motywacji, ile trzeba, by zrealizować swoje marzenie. Nikomu nie musisz płacić, nie musisz jeździć na żadne szkolenia, nie musisz słuchać „mistrzów” motywacji, nie musisz czytać kolejnych książek.
Wszystko, co potrzeba, masz tu i teraz. Nie gdzieś w podświadomości, w głębi, w możliwości. Nie. Tu i teraz.
Wystarczy, że zabierzesz się za działanie. Czekanie na motywację i nastrój tylko Cię rozprasza. Motywacja pojawi się sama, gdy zaczniesz działać. Przyjdzie chwila, gdy poczujesz przepływ. Gdy cały świat będzie Cię niósł. Gdy poczujesz, że wszystko jest zgrane, harmonijne i piękne. Że wszystko się ze sobą łączy.

Poznaj cztery umiejętności konstruktywnej obsługi siebie samego: akceptacja

Poznaj cztery umiejętności konstruktywnej obsługi siebie samego: akceptacja

Opublikowano 27 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 14 komentarzy

We wielu tekstach tego bloga pojawiają się opisy różnych umiejętności. Usiadłem ostatnio i zastanowiłem się, jakie są cztery najważniejsze zasady, które pozwalają konstruktywnie żyć. Odpowiedź na takie pytanie zawsze jest efektem tego, w jakim momencie życia jest człowiek, jakie książki ma na biurku i z kim się ostatnio zadaje. Ja od pewnego czasu najbardziej zadaję się z kierunkiem zwanym ACT (Acceptance and Commitment Therapy) oraz z tym wszystkim co wywodzi się z myśli japońskiego psychiatry z początku XX wieku, Shōma Mority. Moja lista nie pretenduje zatem do uniwersalności. Jednak, gdy ktoś mi zadaje pytania lub prosi o poradę, najczęściej mówię mu o jednej (lub kilku) z tych umiejętności.

Chciałbym napisać, że to proste rzeczy. Ale tak nie jest.

Nie mogę ci obiecać, że gdy tylko o nich przeczytasz, od razy wszystko stanie się proste.

Nie. Gdy po raz pierwszy będziesz próbował je zastosować możesz zrobić to nieumiejętnie.

Ale nawet gdybym stał obok ciebie, wiele bym ci pomógł. Te umiejętności wymagają twojej wewnętrznej pracy. Uzbrój się w postawę eksperymentatora. Choć „eksperymentator” nie jest tu najlepszym słowem. Sugeruje gościa w białym fartuchu i sterylnym laboratorium, który przeprowadza skomplikowane operacje. Chodzi mi o coś bardziej prozaicznego. Weź to, co masz pod ręką, rzuć na ścianę i patrz czy się przylepia. Jeżeli odpadło, podnieś i spróbuj jeszcze kilka razy. Możne pod innym kątem, może mocniej, może słabiej… Gdy coś się przylepi, będziesz wiedział jak i czym dalej rzucać.

Co dwa dni pojawią się tekstu o kolejnej z umiejętności.

Będą to kolei:

  • Akceptacja: bądź gotów doświadczyć wszystkiego, co się pojawi (niżej)
  • Obserwacja: pamiętaj, że nie jesteś chmurą i nie daj się porwać.
  • Wartości i cele: miej świadomość tego, co naprawdę ważne
  • Działanie: ubrudź sobie ręce

Akceptacja: bądź gotów doświadczać wszystkiego

Akceptacja jest trudną rzeczą, dlatego, że nasz umysł zazwyczaj posługuje się unikaniem.

Gdy coś jest bolesne czy choćby nieprzyjemne, unikamy tego. Gdy dotkniesz rozgrzanej kuchni, automatycznie wycofujesz rękę. To sensowne, jeżeli chodzi o świat zewnętrzny. W świecie wewnętrznym, ta strategia prowadzi do poważnych problemów. Gdy pojawia się w tobie złość, smutek czy zagubienie nie możesz po prostu odsunąć ręki, albo odwrócić się i udawać, że nic się nie dzieje.

Im bardziej będziesz próbował uniknąć swojego wewnętrznego doświadczenia, tym większą będzie miało nad tobą kontrolę. Przypomina to trochę grząskie piaski.

Człowiek wchodzi na piasek i nagle zapada się po kolana. Próbuje się oswobodzić, szarpie się, ale piasek wciąga go coraz bardziej. W końcu jedyne, co po nim zostaje to kapelusz.

Grząski piaski są niebezpieczne, bo uwolnienie się z nich wymaga działania sprzecznego z pierwszym odruchem. Zamiast szarpać się i próbować wyrwać, trzeba przestać się ruszać, zacząć głęboko oddychać i położyć na plecach. Gdy się szarpiesz, ciężar ciała oparty jest na małej powietrzni stóp. To powoduje wbijanie ich w piasek. Gdy ciężar ciała rozkłada się na większej powierzchni, zaczynasz unosić – tak jakby piasek był gęstą cieczą. Wykonując powolne, niewielkie ruchu, możesz dopłynąć do brzegu.

Podobnie jest z negatywnymi doznaniami. Im bardziej chcemy je zmienić, im bardziej nam się nie podobają, tym bardziej nas wciągają. Walka i szarpanie się tylko pogarsza sytuację.

Ofiara grząskich piasków ginie, bo błędnie założyła, że to jedyna droga przeżycia. W odniesieniu do emocji i myśli również mamy cały szereg błędnych założeń. Myślimy:

- Muszę się wziąć za siebie.

- Nie mogę sobie na to pozwolić.

- Wystarczy chcieć.

- To ja jestem odpowiedzialny za to jak się czuję.

- Muszę być wobec siebie bardziej stanowczy.

- Nie mogę być smutny / wściekły / przygnębiony, itp…

- Nie wolno mi czuć złości.

- Zawsze muszę myśleć pozytywnie.

- Ludzie sukcesu nigdy źle się nie czują, a ja jestem człowiekiem sukcesu!

Nie wiem czy opowiadałem już tą historię. Jakiś czas temu, grupka znajomych Anglików wybrała się do Pragi. Gdzieś w środku miasta znaleźli wygodny trawnik. Ponieważ zbliżała się siedemnasta, a oni mieli przy sobie kompletny sprzęt turystyczny, rozłożyli karimaty, kuchenkę turystyczną i zapatrzyli herbatę. Gdy już prawie kończyli ja popijać ze swoich blaszanych kubków, pojawiło się dwóch mundurowych. Gdy zorientowali się, że to Anglicy, jeden z nich powoli, szkolnym angielskim powiedział:

- It is not possible to sit on the grass – zapewne chciał powiedzieć, że w tamtym miejscu obowiązuje zakaz siadanie na trawie, ale wyszło mu, że to niemożliwe by siedzieć na trawie.

Jeden z Anglików, siwy pan w okularkach a la Ghandi, imieniem Hol, popatrzył na niego z miną wyrozumiałego nauczyciela i odpowiedział:

- No. It is possible. We are just sitting (Nie, to możliwe. Przecież siedzimy).

Bardzo często zachowujemy się względem naszych doznań jak ten średnio rozgarnięty czeski policjant:

- Nie mogę się tak czuć. To niemożliwe bym czuł [zawiść, złość, pożądanie, smutek, depresję, zmęczenie, żal, poczucie winy,…]

Nie stary. Możesz nie chcieć tego czuć. Ale to czujesz. It is possible! To się właśnie dzieje.

Twój świadomy wysiłek by tego nie czuć nic ci nie da. Uczucia nie podlegają naszej wolicjonalnej kontroli. Próby pozbycia się ich za pomocą wysiłku woli na nic się nie przydają.

Jedyne, co możesz zrobić to je zaakceptować. Dopuścić do świadomości. Doświadczać ich i obserwować je z pełną uważnością.

Opór czy zaprzeczanie tylko pogarsza sprawę. Gdy wypchniesz swoje odczucia poza zakres świadomości wcale nie przestaną istnieć. Zejdą tylko pod powierzchnię. Ale stamtąd będą na ciebie wpływać w jeszcze większym stopniu. Znacznie lepiej jest by pozostały na powierzchni.

Ćwiczenie akceptującej świadomości

Akceptacja jest umiejętnością, którą trzeba rozwijać. Całe szczęście mamy do tego wiele okazji. Jest nią każda sytuacja, w której dostrzegasz coś, co budzi twój niepokój, zażenowanie, złość smutek czy jakiekolwiek negatywne uczucie.

Gdy spotkasz taką sytuację spróbuj przyjrzeć się temu, co czujesz bez odwracania się. Zaakceptować nie oznacza od razu pokochać. Wystarczy przestać udawać, że tego nie ma.

Przestać walczyć i wypychać to, co jest w tobie.

Popatrz na to, co czujesz tak, jakby patrzył ktoś inny. Ktoś, chce jedynie opisać proces, który zachodzi.

  • Jakie doznania odbierasz?
  • Co do siebie mówisz?
  • Jak się czujesz?
  • Na czym skupiasz uwagę?
  • Co jest w tym momencie dla ciebie ważne?

Nie stosuj żadnej taryfy ulgowej. Nie wybieraj: to warto dostrzec, a tego nie. Zobacz wszystko. Bez oceny.

Jesteś do tego zdolny. Być może nie od razu wszystko łatwo ci będzie objąć. Z czasem będzie jednak coraz lepiej.

Chodzi tylko o to, by biernie zauważyć. Bez próby wpływania czy kontroli. Nie walcz. Łapiesz się np. na tym, że masz ochotę, powiedzmy, ukraść trochę cukierków ze sklepu. Albo, podczas rozmowy ze swoim szefem całkowicie go zgnoić. Albo, że masz ochotę uciec, schować się przed ludźmi i nie wychodzić z norki. Albo by ktoś cię przytulił, pogłaskał po głowie i powiedział, jaki jesteś biedny. Cokolwiek…

Dobra, masz taką chęć. I tyle. Wystarczy to stwierdzić. Bez walki. Jeżeli powiesz sobie: natychmiast przestań, jeżeli użyjesz tak zwanej siły woli, efekty będą pozorne. Na chwilę – może na trzy sekundy wystarczy. Jednak bądź pewny, że wszystko wróci i prawdopodobnie będzie jeszcze mocniejsze. Dlatego po prostu dopuść to do świadomości. Stwierdź, ale nie walcz. Dobra, mam ochotę ukraść te cukierki, mam ochotę mu dołożyć, mam ochotę uciec, mam ochotę poddać się, mam ochotę by ktoś mnie potraktował jak małe dziecko… I tyle.

Jeżeli nie znajdujesz u siebie takich negatywnych doznać, sprawdź czy nie unikasz jakiegoś rodzaju:

- myśli (np. nie uda mi się nic osiągnąć; nie jestem odpowiednio inteligentny; inni są mądrzejsi i sprawniejsi ode mnie… )

- wspomnień (np. sytuacji w której zostałeś upokorzony przez kogoś; sytuacji w której, ktoś cię oszukał…)

- ludzi (np. gadatliwych znajomych, osób; które ci się bardzo podobają…),

- obrazów (np. wizji że coś staje się bliskim; własnej nieporadności…)

- zachowań (np. wyrażania złości; niezgadzania się z kimś; biernego odpoczynku)

- odczuć i emocji (np.: lęku, niepewności, wstydu, smutku, złości, poczucia winy, zażenowania, zmieszania, nieśmiałości)

Zrób listę takich rzeczy.

Wiem, że to nie jest łatwe zadanie. Poświęć na to zadanie dzień lub dwa. W trakcie tych dni uważnie przyglądaj się, czego i kogo unikasz.

Być może uda ci się dojść od razu do tego, jakiego rodzaju odczuć i emocji unikasz. Być może masz na swojej liście jedynie zestaw obrazów, zachowań czy sytuacji. Jeżeli tak, dotrzyj do emocji, jakie stoją za nimi. Opisz te doświadczenia.

Jakie ich natężenie (od 1 do 10) jesteś w stanie obecnie znieść? Powiedzmy, że uczuciem, którego staram się unikać za wszelką cenę, jest bycie głupim i nielubianym. Moja tolerancja wynosi 2. Ledwo znoszę choćby najmniejsze objawy tego doznania.

Ustaw teraz swój cel o dwa, trzy punkty wyżej. Chodzi tylko o to byś bardziej świadomie doznawał, tego, czego doznajesz. Nie chodzi o, to byś się poddawał. Obserwuj przez najbliższe dni to doznanie. Nie staraj się go zmienić. Dąż tylko do tego by go w nieco pełniejszy sposób doświadczać.

Nie chodzi o to, byś od razu został guru, który przeniknął wszystkie tajemnice swojej psychiki. Wzbudź w sobie tylko ciekawość by zobaczyć to nieco dokładniej.

Zanim odwrócisz się w tył i zaczniesz uciekać, przyjrzyj się temu, przed czym się chowasz.

Jeżeli podejdziesz poważnie do tego zadania, zobaczysz, że zamiast unikać tych emocji, będziesz raczej podchodził do nich na zasadzie, naukowca, badającego tornada.

Nie cieszy się gdy zbliża się tornado, bo wie, jakie zniszczenia i ryzyko z nim się wiąże. Ale nie ucieka bo tornado jest dla niego fascynujące. Chce na jego temat jak najwięcej się dowiedzieć. Przygląda mu się uważnie. I zazwyczaj, dzięki takiej postawie jest znacznie bezpieczniejszy, niż ludzie, którzy panicznie wskakują pod pierwsze lepsze łóżko, byle tylko się ukryć, lub, którzy udają, że nic się nie dzieje i mają nadzieję, że tornado ich ominie.

W niedzielę kolejna umiejętność: umiejętność odplątywania się z emocji i myśli.

Czy warto porównywać się z innymi?

Czy warto porównywać się z innymi?

Opublikowano 12 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 12 komentarzy

Pod tekstem mówiącym o umiejętności doceniania znalazłem komentarz:

Dlaczego porównywanie siebie z innymi nie jest dobre? Cały świat tak działa, jesteśmy bez przerwy porównywanie z innymi, rating system panuje w zasadzie wszędzie.

Piszesz w innym artykule o kontakcie z rzeczywistością. Świadomość tego, że ktoś uczy się wolniej niż inny to część tego kontaktu z rzeczywistością.

Mnie się wydaje że porównywanie jest wręcz zdrowe i wskazane.

Bardzo dziękuję za ten komentarz. Tak, porównywanie się z innymi to ważny temat i wcale nie taki oczywisty. Porównywanie się jest nawykiem, który mocno na nas wpływa.

Rating system panuje w zasadzie wszędzie

Nie trzeba do tego przekonywać. Nasze losy układają się tak a nie inaczej, bo ktoś kiedyś stwierdza, że jesteśmy lepsi lub gorsi.

Kilka lat temu oglądałem reality show o formule bardzo podobnej do The Apprentice. Tutaj jednak zamiast Donalda Trumpa, decyzje podejmował anonimowy milioner. Uczestnicy każdego dnia wykonywali różne zadania (np. sprzedawali koszulki na ulicy, organizowali imprezy czy projektowali nowe produkty). Potem w sali z długim błyszczącym stołem omawiali swoje wyniki. Po omówieniu człowiek prowadzący program znikał za drzwiami gabinetu. Chwila wahania. Tajemniczy milioner szybko podejmował decyzje. Czasem bardzo zaskakujące. Gdy oglądałem ten program również byłem szefem i zawsze starałem się zgadnąć jaką podejmie decyzję. Wiele razy czułem się bardzo zdziwiony (podobnie jak uczestnicy programu). Jednak po chwili dochodziłem do wniosku, że musiał zwrócić uwagę na coś, czego ja nie dostrzegłem. Zazwyczaj po dodatkowym namyśle, można było znaleźć ukryty sens jego decyzji.

W ostatnim odcinku tajemniczy multimilioner wreszcie miał się ujawnić. Wreszcie mieliśmy poznać człowieka, który tak szybko podejmuje trudne i niekonwencjonalne decyzje. Do finału dotarły dwie osoby. Za chwilę przekroczą drzwi gabinetu prezesa. Drzwi się otwierają. Wielki, skórzany fotel jest odwrócony tyłem. Zaraz popatrzą w oczy osobie, której decyzję próbowali przeniknąć dzień i noc, której starali się przypodobać, która była źródłem ich radości i rozczarowań. Kto jest tą osobą?

Sami również kochamy porównania

To, że nas porównują to tylko jedna strona zjawiska. My również kochamy się porównywać. Od dzieciństwa chcemy być najlepsi, najbardziej sprawni i najpiękniejsi. Rośniemy do nieba, gdy ktoś nam powie, że jesteśmy numer jeden i przeżywamy katusze, gdy okazuje się, że nie zmieściliśmy się w górnych siedmiu procentach.

Jakiś czas temu spotkałem Kubę, który chodzi do podstawówki. Kuba pochwalił się, że potrafi pisać bezwzrokowo na klawiaturze.

- Piszę najlepiej w klasie, wiesz?

- Świetnie.

- I na pewno lepiej niż ty!

- Nie wątpię – powiedziałem – a co takiego piszesz? Może jakieś opowiadania albo książki?

- Nie, raczej tylko przepisuję teksty z ćwiczeń.

Oczywiście to dziecko jest lepsze ode mnie w szybkości i bezbłędności stukania na klawiaturze. Jakie to ma jednak znaczenie? Dzieci tak mają. Ale gdy jesteśmy dorośli wcale to nam nie przechodzi. Nawet jeszcze bardziej się porównujemy. Mam lepszy samochód od ciebie, zarabiam więcej niż ty, znam angielski znacznie lepiej niż on, mam lepsze wykształcenie niż ona….

Co z tego, że znasz lepiej język, skoro nie masz nic do powiedzenia? Co z tego, że zarabiasz więcej, skoro wszystko wydajesz i nie czujesz z tego żadnej przyjemności? Co z tego, że skończyłeś lepszą uczelnie i masz więcej tytułów, skoro nic ludziom nie dajesz?

Tworzenie sztucznej rzeczywistości

Gdy skórzany fotel w gabinecie tajemniczego prezesa odwrócił się, okazało się, że siedzi na nim… szympans. Zwierzę podejmowało decyzję kręcąc wielkim kołem, takim jak w wesołych miasteczkach, do którego przyczepione były kartki z imionami uczestników. Na kogo wypadło, ten odpadał.

Bardzo długo zajmowałem się systemami ocen pracy w przedsiębiorstwach. Widziałem jak tysiące kierowników ocenia i porównuje swoich podwładnych. Majster czy inżynier „obróbki skrawaniem” dostawał arkusz i siadał w przerwie by porównać swoich ludzi pod kątem „otwartości na zmiany”, „kreatywnego myślenia” czy „innowacyjności”. Potem pracochłonnie zliczał punkty i robił zestawienie w którym było widać kto jest lepszy a kto gorszy. Często cały ten system ocen równie dobrze można by było zastąpić szympansem kręcącym kołem. Być może nawet szympans wywoływał by mniej zamieszania i poczucia niesprawiedliwości.

W kontekście biznesowym często jednak nie da się inaczej. Trzeba ludzi z różnych praktycznych względów porównywać. Moim zadaniem, jako konsultanta była minimalizacja szkód jakie wyrządza porównywanie ludzi. Naprawdę dużo jest z tym roboty.

Większość z nas dobrze o tym wie. Dlaczego tak bardzo sami się trzymamy porównań?

Czasem to jest zabawne

Niech będzie. Czasem to jest zabawne. W naszej kulturze jest dużo współzawodnictwa i ścigania się. I do pewnego stopnia to są zdrowe rzeczy. Gdy dziesięciu sprinterów daje z siebie wszystko, byle tylko dobiec do mety, wcale to nie oznacza, że są chorzy. Po prostu dobrze się bawią. Mnie samego ściganie się raczej męczy, ale znam ludzi którym doskonale robi.

Gdy od czasu do czasu ścigasz się z innymi nie ma czym się martwić. To normalne i zdrowe.

Gdzie zaczyna się problem?

Niezdrowe porównania

Kren Horney w „Neurotycznej osobowości naszych czasów”, pisze, że neurotyczne porównywanie i współzawodnictwo różni się od tego zdrowego trzema cechami:

  • Ciągłe porównywanie się ze wszystkimi. Neurotyk porównuje się z innymi cały czas, nawet w sytuacjach, które tego nie wymagają. Dla takiej osoby nie liczy się to co robi, liczy się tylko to, czy jest lepsza czy gorsza. Czy wyprzedza pozostałych czy nie? Takie porównywani się jest często automatyczne i nieuświadamiane. Wchodzi do pokoju obca dziewczyna, a ja się zastanawiam czy jestem ładniejsza czy brzydsza, czy jestem lepiej ubrana czy gorzej, czy jestem bardziej inteligentna czy nie, czy mam lepszą figurę czy nie… Wyprzedza mnie na ulicy samochód, a ja od razy chcę go prześcignąć. Od razu zaczynam szukać potwierdzenia, że kieruj nim gorszy kierowca niż ja, że zna gorzej przepisy i że w ogóle jest głupszy. Horney pisze, że neurotyk „w stosunku do każdego człowieka stawia sobie pytanie czy on sam jest inteligentniejszy, bardziej atrakcyjny czy bardziej popularny niż inni”.
  • Ogromne i wygórowane oczekiwania. Dla neurotyka być lepszym to jednak za mało. On musi być boski. Musi być jedyny, wyjątkowy, nie do pokonania. Jak to ujął jeden z zapomnianych polityków, musi być jak brzytwa. Musi „malować jak Rembrandt, pisać dramaty jak Szekspir czy dokładnie obliczać składniki krwi w pierwszym dniu pracy w laboratorium (Horney). Neurotyk nie tyle chce być lepszym. On pragnie być nieziemsko, galaktycznie, superzaście największym. Z tej potrzeby rodzi się ciągła rezygnacja, poddawanie się i wycofywanie się. Ludzie, którzy oczekują od siebie, że będą od razu pisać jak Szekspir zazwyczaj nie są w stanie nauczyć się pisać choćby na zadawalającym poziomie. Zanim zaczniesz pisać jak Szekspir musisz nauczyć się pisać jak przeciętny dziennikarz. Dla neurotyka to jednak w ogóle nie wchodzi w grę.
  • Nikt poza mną. Neurotyczna porównywanie się zawiera w sobie element wrogości. Neurotyk pragnie wygrać i zdyskredytować innych. Rozdeptać ich w pył, pokazać cieniarzom gdzie ich miejsce, tryumfować nad innymi.

Horney używa słowa neurotyk. W rzeczywistości każdy z nas jest neurotykiem (albo nikt nim nie jest –na jedno wychodzi). Każdy z nas ma neurotyczne chwile. Jedni mają ich więcej, inni mniej. Dlatego każdemu grożą neurotyczne porównania. I każdy pewnie dobrze je zna. Ja oczywiście też.

Konsekwencje porównań

Z porównaniami wiążą się emocje. Gdy w wyniku porównania okaże się, że jestem gorszy czuję smutek i zniechęcenie. Gdy okaże się, że jestem lepszy czuję wyższość i euforię.

Jednak związek tych dwóch rzeczy nie jest liniowy. Wcale nie jest tak, że np. jestem smutny bo okazałem się gorszy. W równym stopniu prawdą jest też coś odwrotnego: ponieważ czuję się gorszy porównuję się tylko z lepszymi i tylko pod takim kątem pod którym nie mam szans.

Dezyderata (wcale nie znaleziona w kościele świętego Pawła w Baltimore, ale napisane przez Maxa Ehrmanna) mówi:

Porównując się z innymi możesz stać się próżny i zgorzkniały, bowiem zawsze znajdziesz lepszych i gorszych od siebie.

Właśnie tak to działa. Twoja próżność, zgorzkniałość, depresja czy apatia domaga się potwierdzania i wzmacniania. Jest jak demon, który żywi się twoimi porównaniami. Dzięki nim może kwitnąć i panować nad tobą.

Nie poddawać się porównaniom

Wiele razy pisałem, że nie można manipulować swoimi emocjami. Nie można wyrzucić z siebie negatywnych odczuć, jak wyrzuca się śmieci. To jednak nie oznacza, że należy je rozkładać na środku pokoju i pozwolić im się rozrastać. Wszystkie negatywne emocje wyciszają się, gdy przestaniesz je podsycać. Zanikają same, gdy nie inwestujesz w nie energii.

Porównując się z innymi i wzmacniamy nasze negatywne demony. Stopniowo porównywanie staje się mocno zakorzenionym nawykiem. Staje się automatyczne i utrzymuje nas we władzy depresji, leku lub agresji. Możemy nawet dostać diagnozę neurotyka i nawet w nią uwierzyć.

Nie możesz siłą woli zapanować nad swoją depresją czy zniechęceniem. Możesz jednak, gdy spostrzeżesz, że porównujesz się z kimś komu wszystko wychodzi a mnie nie – zająć się czymś innym. Na przykład pójść na spacer i zebrać dziesięć liści, każdy innego rodzaju.

Nie możesz zapanować nad swoim uczuciem agresywnej wyższości, ale gdy zobaczysz, że porównujesz się z kimś, kto zupełnie sobie nie radzi i do pięt mi nie dorasta – możesz zająć się czymś innym. Na przykład zastanowić się w czym ta osoba jest lepsza ode mnie. Albo tak samo – iść na spacer i znaleźć trzy kamyki, każdy w innym kolorze.

Z czasem nasze demony zniechęcenia, depresji i agresji, pozbawione paliwa zaczną blednąć.

Co zrobić z lękiem i tremą?

Co zrobić z lękiem i tremą?

Opublikowano 29 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Nie nadaję się do prowadzenia szkoleń

Za miesiąc masz wygłosić prezentację na konferencji. Cieszysz się z tego. Wiesz, co chcesz powiedzieć i wiesz, co dzięki temu osiągniesz. Spokojnie przygotowujesz slajdy i treść wystąpienia.

Na dwa tygodnie wcześniej, gdy prawie wszystko jest już gotowe, zaczynasz jednak czuć się niewyraźnie. Wolisz nie myśleć o momencie, w którym staniesz przed grupą.

Na dzień przed, gdy myślisz o tym co będzie jutro, żołądek ci podchodzi do gardła a serce zaczyna szybciej bić. Zastanawiasz się, jak w ogóle mogłeś się na to zgodzić. Po co ci była ta konferencja?

Powtarzasz sobie jeszcze resztą sił, że dasz sobie radę, jednak na wiele to nie pomaga.

Gdy wychodzisz na środek, twoje pole uwagi zawęża się do wycinka wielkości długopisu, ręce robią się wilgotne, oddech staje się płytki, a nogi sztywne. Masz dość. Dochodzisz do wniosku, że to nie jest coś, co lubisz. Nie nadajesz się do tego. Nie masz odpowiedniej osobowości. Za dużo cię to kosztuje. Jakoś wytrzymujesz tą godzinę i obiecujesz sobie, że nigdy więcej. Przemawianie przed ludźmi? Nie, to nie dla mnie.

To nie jest teoretyczny opis. To moje własne przeżycia.

Przez kilka lat nie prowadziłem szkoleń, bo doszedłem do wniosku, że zbyt dużo mnie kosztują. Byłem (albo przynajmniej bywałem) dobrym trenerem. Jednak stopniowo czułem coraz większe napiecie. W końcu przestałem prowadzić szkolenia.

Gdy się czegoś boisz jesteś w tym coraz gorszy

Być może masz podobne przeżycia. Może w innej dziedzinie. Masz coś, z czego się wycofujesz, bo napięcie i lęk, jaki przy tym czujesz odbiera ci przyjemność.

Nasze odczucia somatyczne i emocjonalne – takie jak napięcie, lęk, zmęczenie, spadek nastroju czy bóle, są źródłem poczucia własnej skuteczności. Łatwo je zinterpretować jako sygnał, że sobie z czymś nie radzimy. Gdy drżą mi ręce, dochodzę do wniosku, że się do tego nie nadaję. Czuję wtedy jeszcze mocniejszy lęk. Zaczynam unikać tego typu sytuacji. Przestaję się rozwijać i rzeczywiście staję się coraz gorszy.

Wiele osób w ten sposób nabawiło się całkiem solidnych fobii – np. lęku przed wystąpieniami publicznymi.

Lekka i szybka metoda

Znów prowadzę szkolenia. Znów sprawiają mi przyjemność.

Chciałbym napisać, że znalazłem szybką i łatwą metodę poradzenia sobie z lękiem. Że pomogła mi jakaś prosta technika. Jakiś prosty trik. Chciałbym opisać kilka prostych kroków, dać kilka eleganckich rad i obiecać,  że twój lęk nigdy nie powróci.

Ale to byłoby oszustwo.

Nie ma szybkich, lekkich i skutecznych metod radzenia sobie z lękiem. Możesz się dać zahipnotyzować, ale efekt nie będzie trwał długo, możesz zacząć brak leki, ale one cię ogłupią, możesz zapisać się do jakiejś sekty, w której piorą mózgi, ale nie masz na to ochoty.

No to, co że czuję tremę?

Czy to znaczy, że nie da się zdrowymi sposobami pozbyć mojego lęku przed szkoleniami? Niestety tak. Czy to znaczy, że nie mogę prowadzić więcej szkoleń? Nic podobnego.

Jakiś czas temu prowadziłem szkolenie z profesorem psychologii. To człowiek, który ma olbrzymie osiągnięcia, gruntownie zna się na temacie, a co więcej potrafi bardzo ciekawie mówić i jest za to kochany przez uczestników szkoleń (zarówno pracowników firm jak i studentów). Słowem wyga, guru i … w ogóle. Zawsze go podziwiałem. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś miał lepszy punkt wyjścia do zajęć.

Spotkaliśmy się na godzinę przed zajęciami. Profesor był stremowany! Bardziej niż ja. Byłem tym naprawdę zdziwiony. Potem wyszedł na środek i był rozluźniony tak samo jak zwykle.

Czym różnił ten człowiek ode mnie sprzed paru lat? I on i ja czuliśmy napięcie. A jednak on pracował, a ja się wycofywałem.

Profesor traktował swój lęk (tremę, napięcie, czy jakkolwiek to nazwać), jako coś naturalnego. Po prostu tak jest. Gdy złapiesz katar cieknie ci z nosa, ale nie boisz się, że wyzioniesz ducha. To w końcu tylko katar. Gdy wypijesz za dużo wina kręci ci się w głowie, ale nie krzyczysz, że świat się przewraca. To tylko alkohol. Gdy wyjdziesz na dwór zbyt lekko ubrany przebiegną cię dreszcze, ale nie boisz się, że coś cię gryzie. To tylko chłodne powietrze.

Gdy czekasz na początek szkolenia, czujesz napięcie i mobilizację organizmu.

No i co z tego? Czy to takie straszne?

Jesteś w stanie znieść trwającą cały dzień migrenę, ból zęba, rozstanie z ukochaną osobą, która wyjeżdża na dwa tygodnie, jesteś w stanie znieść kaca po spotkaniu z przyjacielem, ale nie jesteś w stanie znieść kilku godzin lęku?

Oczywiście, ze potrafisz. Lęk, póki nie jest to lęk przed lękiem, jest czymś całkiem możliwym do zniesienia.

Jest czymś, co trudno polubić. Kto mówi, że trzeba?

Jest czymś niewygodnym. A dlaczego ma nie być?

Ale jest czymś, co można znieść.

Jak mówi tytuł książki Susan Jeffers (której nie musisz czytać, bo tytuł wszystko mówi):

Feel the fear and do it anyway”. Czuj lęk i mimo wszystko zrób to.

Gdy doświadczasz lęku przed czymś możesz przestać to robić, poddać się, uciec i tym samym pozwolić by twoje możliwości pozostały okrojone. Albo możesz zrobisz to, czego się boisz. Tylko w ten sposób możesz pokonać lęk.

Gdy czujesz tremę, nie tragizuj. Po prosu rób swoje.

Pułapka wygody

Naszym największym problemem nie jest to, że czujemy lęk. Problemem jest to, że rozhartowaliśmy się. Nasza psychika stała się delikatna jak pupa niemowlaka. Przeraża nas wizja każdego lęku, smutku, trudności czy wysiłku. Siedzimy wygodnie rozparci przed telewizorem, oglądamy reklamy i oczekujemy, że wszystko, co dobre musi być lekkie, łatwe i przychodzić bez wysiłku.

Najlepsze są wygodne samochody, błyskawiczne w przygotowaniu dania, kawa z proszku i proste do zrozumienia książki. Gdybyś przypadkiem poczuł lęk, smutek lub złość, na pewno ktoś ci zaoferuje tabletki.

- Po co się męczyć, kupisz je bez recepty i życie znowu będzie piękne. Są ziołowe, bardzo zdrowe.

- Próbowałem i nie działają…

- To może coś mocniejszego. Jakiś dopalacz może? Można by odwiedzić psychiatrę, to w końcu nic wstydliwego… Po co się męczyć?

Nie wierz firmom farmaceutycznym. Być może wygodne krzesła są lepsze od niewygodnych a kawa instant lepsza od świeżo mielonej. Ale spokój osiągnięty chemicznie nie ma nic wspólnego ze spokojem.

Są oczywiście sytuacje, gdy leki są potrzebne. Gdy ktoś siedzi przez dwa dni bez ruchu i patrzy w sufit, trzeba go jakoś z tego wyciągnąć, by w ogóle zacząć z nim pracować. Ale to nie jest ani twój, ani mój przypadek.

Lęk przed lękiem

Czymś znacznie gorszym od lęku jest lęk przed lękiem. Nie tylko zresztą przed lękiem. Przed jakimkolwiek negatywnym uczuciem.

- To straszne, czuć lęk! Nie zniosę tego, nie wytrzymam tego. Musze się z tego wycofać.

- To straszne czuć smutek. Nie zniosę tego, nie wytrzymam.

- To straszne czuć złość. Nie jestem w stanie tego znieść.

Gdy człowiek czuje lęk, złość czy smutek, czas uruchamia w nas automatyczne, psychologiczne mechanizmy regeneracyjne. Lęk słabnie, złość opada a smutek przechodzi.

Chyba, że ciągle, podtrzymujesz te uczucia, podgrzewasz je strając się ich natychmiast pozbyć.

Prosta rada: nie bój się swojego własnego lęku.

Odwaga

Jest coś, co się nazywa odwagą, dzielnością czy hartem ducha. Rzecz mało popularna, ale ważna jak nigdy. To umiejętność stawiania czoła wewnętrznym przeciwnościom. To umiejętność znoszenia niewygody, trudu i lęku w imię ważniejszych korzyści.

Odwaga to nie jest brak strachu. W sytuacji zagrożenia strachu nie czuje głupiec. Człowiek odważny boi się (bo ma wyobraźnię) ale mimo tego umie podjąć odpowiednie działania.

Myśl o czymś więcej

Warunkiem odwagi jest mieć na względzie coś więcej niż tylko siebie. Gdy myślisz tylko o sobie, gdy skupiasz się jedynie na swojej własnej wygodzie, trudno jest znieść choćby średnią dawkę lęku.

By mieć w sobie odwagę warto mieć jakiś cele. Jakąś misję i wartości, w które wierzymy.

Gdy prowadzisz szkolenie, tylko po to by dobrze wypaść na środku czy dobrze się bawić, trudno cię będzie przejść do porządku dziennego nad strachem.

Ale pomyśl, że na sali siedzą ludzie, na których bardzo ci zależy. Masz im coś bardzo ważnego do powiedzenia. Coś, od czego wiele zależy. Czy będziesz zwracać uwagę na tremę?

Albo pomyśl sobie, że są to ludzie, których lubisz i szanujesz i z którymi chcesz się podzielić czymś bardzo cennym. Chcesz im dać, coś bardzo ważnego. Czy trema cię powstrzyma?

Gdy masz coś do dania, gdy twoim celem jest dzielenie się, chwila lęku przestaje być problemem.

Stopniowe hartowanie

Oczywiście są sytuacje, które wydają się zbyt trudne. Gdy do tej pory chodziłeś w grubej puchowej kurtce nie skacz od razu do przerębla.

Zacznij od sytuacji, które rodzą umiarkowane obawy. Oswajaj się z nimi. Przyzwyczajaj się do tego, ze czujesz lęk i mimo tego działasz.

Przyzwyczajaj się do tego, że lęk to twój kumpel. Trochę uciążliwy, ale nie masz innego wyjścia, jak go znieść. To, że go masz obok siebie nie znaczy, że do czegoś się nie nadajesz. To znaczy tylko tyle, że jesteś człowiekiem.

W tajemnicy powiem ci, że gdy przestaniesz nim się tak zajmować, ten kumpel się znudzi i pójdzie sobie. Ale nie myśl teraz o tym. To przyjdzie samo. Dziś, teraz, trzeba po prostu pozwolić mu być.

Zanurkować w deszcz

Zanurkować w deszcz

Opublikowano 26 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Od pewnego czasu w wolnych chwilach czytam książkę napisaną w 1928 roku przez japońskiego psychiatrę Shōma Morita. Najczęściej czytam ją porcjami dziesięciominutowymi, ale to wystarczy by mieć wiele do myślenia. Ostatnio przeczytałem historię wyleczenie pewnej pacjentki.

Pacjentka z atakami palpitacji

Kobieta od kilku lat cierpiała na ataki bólu i palpitacje serca. W trakcie ataków nie mogła położyć się na łóżku, ale ze względu na ból musiała siedzieć podparta. Ataki zawsze powtarzały się codziennie przez kilka dni.

Podczas badań okazało się, że kobieta jest zdrowa od strony fizycznej – ma zdrowe serce i nie cierpi na schorzenia, które mogłyby wywoływać ból.

Podczas pierwszej rozmowy pacjentka powiedziała, że tej nocy ból na pewno się pojawi, bo poprzedniej miała pierwszy atak. Morita relacjonuje:

Poprosiłem ją, by wieczorem przyjęła w łóżku poziomą pozycję (taką, w której atak jest najbardziej prawdopodobny) i postarała się samodzielnie wywołać ból. Poprosiłem ją, by uważnie obserwowała, od samego początku cały przebieg ataku. Obiecałem, że jeżeli to zrobi, nauczę ją zapobiegać atakom w przyszłości. Zapewniłem ją, że nawet, gdyby miała odczuwać ból przez całą noc, warto wytrzymać by w perspektywie na stałe pozbyć się dolegliwości. Klientka obiecała, że tak postąpi.

Podczas następnej wizyty, opowiedziała, że próbowała zrobić tak, jak jej poleciłem, ale nie była w stanie wywołać ataku. Zasnęła w przeciągu pięciu minut i nie obudziła się aż do rana. Gdy zapytałem ją czy myśli, że ataki powrócą, odpowiedziała, że jest przekonana, że nie, gdyż jest od nich uwolniona, mimo, że nie potrafi powiedzieć dlaczego. Wyjaśniłem jej, że to taitoku [termin zen oznaczający wiedzę pochodzącą z bezpośredniego doświadczenia, będącą przeciwieństwem rikai – wiedzy pochodzącej z intelektu]. Ta wiedza nie jest ani teorią ani ideologią.

Gdy zaakceptowała moją instrukcję, stała się zdeterminowana do tego by cierpieć przez całą noc i zanurkować w tym, co ją przeraża. Przestała obawiać się ataku, który ma nastąpić i przestała zajmować się kwestią uniknięcia go. To był powód, dla którego atak nie nastąpił. Poprzednio, gdy spodziewała się ataku, chciała go uniknąć, to wywoływało konflikt mentalny, który powiększał cierpienie i lęk.

Bez potrzeby unikania bólu

Czytając ten opis uświadomiłem sobie, że dokładnie ten sam proces był podstawą mojego małego sukcesu związanego z prawem jazdy (pisałem o nim tutaj). Poprzednio ile razy chciałem zdać egzamin, bałem się związanego z tym bólu. Bałem się:

  • wstydu, że nie zdam,
  • zażenowania (taki stary, a jeszcze nie ma prawa jazdy),
  • rozczarowania (własnego i innych ludzi)
  • etykietki mało zdolnego, itp.

To wszystko było na tyle nieprzyjemne, że moja energia się rozpraszała. Z jednej strony starałem się skupić na nauce i zadawaniu, z drugiej zminimalizować nieprzyjemności. W efekcie byłem jak ktoś, kto chce dojść do domu, ale zamiast tego przeskakuje od okapu do okapu, bo zaczął padać deszcz a on nie ma parasola.

Fragment osiemnastowiecznej, księgi samurajów Hagakure cytowałem już w „Energii wewnętrznej”:

Jest coś, czego możesz się nauczyć podczas burzy. Gdy dopadnie cię nagła ulewa, nie próbuj się przed nią schować, ale szybko pobiegnij drogą. Przechodzenie od okapu do okapu nie uchroni cię od wody. Gdy jesteś zdeterminowany od samego początku, nie pogubisz się, mimo, że przemokniesz.

Gdy nasza uwaga jest rozproszona miedzy unikaniem deszczu a szybkim dotarcie do celu, zazwyczaj grzęźniemy gdzieś po drodze. Stajemy się pogubieni, nie dość klarowni.

Cel – gdzie biegnę?

Gdy toczą się sprawy życia i śmierci nikt nie bawi się w unikanie deszczu. Nie muszą to być dosłownie sprawy życia i śmierci. Wystarczy, że są to np. kwestie finansowe. Ile osób jest w stanie solidnie zmoknąć, byle im dobrze zapłacili? Ale mogą to być także sprawy innych ludzi.

Dla mnie dużą siłą jest uświadomienie sobie ceny, jaką inni zapłacą za moje zaniedbania. Ja sam wszystko jeszcze jakoś zniosę, ale dlaczego inni mają płacić za moje lenistwo?

Dla wielu z nas taka zewnętrzna motywacja jest bardzo silna. Znacznie silniejsza niż np. oczekiwanie, że będę się dobrze bawić lub będę bardziej doskonały.

Cel, który nie dotyczy nas samych ma w sobie siłę, która uodparnia nas na niewygody. Gdy jedyne, na czym mi zależy jest moje samopoczucie, dobra zabawa czy doskonałość, staję się nadmiernie wrażliwy na przeszkody. Mdleję przed byle pogorszeniem warunków.

Gdy dążę, do czegoś poza mną, kwestie samopoczucia przestają być tak ważne. Staję się znacznie mniej delikatny.

Moje wewnętrzne niedogodności przestają być ważne, gdy widzę siebie jako człowieka działającego w świecie i przekształcającego ten świat.

Nie chodzi o to by być twardym

Wiele osób zna nieco podobną strategię. To stary, żołnierski sposób „na twardziela”: gdy idziesz w bój, przygotuj się na śmierć. Gdy np. boisz się wystąpienia publicznego wyobraź sobie, co najgorszego może cię spotkać. Zobacz jak cię wyśmiewają i krytykują. Albo, gdy wstydzisz się podejść do nieznanej osoby, pomyśl, co najgorszego może się stać. Wyśmieje cię? Wezwie policję?

Czasem zdarza mi się mieć ciężki czas podczas pisania. Siedzę i trudno mi wydusić z siebie coś sensownego. Piszę i od razy kasuję. Boję się, że nie napiszę nic sensownego i nikt nie znajdzie w tym nic przydatnego. Co zrobić? Zgodnie z tą metodą, powinienem wyobrazić sobie niezadowolonych czytelników. Fajnie, tylko, że gdy to widzę, wcale nie chce mi się pisać. Po co mam to robić? Jakim cudem mam mieć ochotę pisać dla ludzi, którzy tego nie potrzebują?

Nie jestem masochistą. Nie muszę pisać. Nie muszę występować publicznie. Nie należę do tych, którzy robią coś, bo ktoś im kazał. Nie chodzę już do szkoły. Nie mam nad sobą szefa. Jak coś mi się nie podoba, nie robię tego.

Ciekaw jestem czy ktokolwiek zastosował sposób „na twardziela” więcej niż trzy razy. Za pierwszym razem może być skuteczny na zasadzie autosugestii. Za trzecim, siła sugestii maleje i okazuje się, że gdy wyobrażam sobie swoje porażki jest jeszcze gorzej. Jestem przekonany, że ktoś, kto poleca tą metodę, sam nie próbował je używać.

Morita wcale nie przekonywał klientki o tym, że w życiu trzeba być twardym. Słowem nie, że musi być gotowa do tego by znosić ból. Zamiast tego dał jej cel. Cel w świetle, którego ból stał się mało ważny. Ciągle dokuczliwy, ciągle nieprzyjemny i nie chciany, ale mało ważny.

Twardziel, to ktoś, kto szuka trudności dla samej trudności. To ktoś, kto wybiega na deszcz by udowodnić (często także sobie), że się go nie boi. To nie jest ani postawa samuraja, ani mądrego człowieka. Nie chodzi o to, by być mokrym. Jak nie musisz nie wychodź na deszcz. A jak musisz wyjść i masz przy sobie parasol, to wyciąg go zanim wyjdziesz. Jeżeli możesz uniknąć deszczu – uniknij.

Nigdy jednak nie trać czasu na szukanie parasola, gdy masz coś ważnego do załatwienia. Nie pozwól by krople deszczu ci przeszkodziły.

Skoro i tak zmokniesz, jaki ma sens chowanie się przed deszczem?

Skoro i tak będziesz cierpieć, jaki ma sens chowanie się przed cierpieniem? Lepiej cierpieć z sensem, idąc do przodu niż bez sensu, usiłując wszystko wygodnie ułożyć.

Lepiej czuć ból biegnąc z determinacją do przodu, mając świadomość, że robisz coś ważnego, niż czuć ból będąc schowanym pod okapem.

Znosić z odwagą codzienne cierpienie, które jest konieczne – to jest mądrość.

Rozejrzyj się wokół

Ktoś może powiedzieć, odróżnić cierpienie, które warto znosić, od tego, które nie warto, jest bardzo trudno. Tak, trudne dla naszego intelektu. Ale gdy masz przed sobą ważny cel i nie oszukujesz siebie samego, dobrze wiesz, co musisz znieść, a co nie.

Gdy ciągle masz wątpliwości, to znak, że jeszcze usiłujesz dopasować siebie samego do papierowych fantazji. Że ciągle starasz się stosować do jakichś ideałów.

By wyjść z tego błędnego koła, rozejrzyj się wokół siebie. Choćby na chwilę zobacz, co się dzieje wokół ciebie.

Przestań ciągle szukać odpowiedzi na pytanie o to jak się dziś czujesz, dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa i jak możesz zmienić swoje życie. Zamiast tego pomyśl, co się dzieje w ludziach, którzy cię otaczają. Co czują? Czego się boją? Z czego się cieszą?

Przestań przygotowywać się do życia, bo ten deszcz zawsze będzie padał. Nigdy nie przyjdzie odpowiedni moment.

Przestań przygotowywać się na śmierć, bo to ciągle jest szukanie własnej wygody i skupianie na sobie. Nie ma w tym nic szlachetnego. Zamiast tego otwórz oczy i rozejrzyj się wokół.

Kiedyś rozmawiałem z trenerką, która przed szkoleniem była bardzo przejęta tym, jak wypadnie. Była tak skupiona na tym, że drżały jej ręce i łamał się głos. Im bardziej starała się zapanować nad sobą, tym było z nią gorzej. Zaczęła się mi żalić na to, co przechodzi.

Zapytałem ją czy ma pojęcie, jak się czują uczestnicy szkolenia. Czy mogłaby wymienić przynajmniej trzy rzeczy, których się boją? Okazało się, że wspólnie możemy znaleźć znacznie więcej obaw. Boją się, że szkolenie będzie stratą czasu, że nie zrozumieją, o co chodzi, że okażą się niepojętni, że po powrocie ze szkolenia przełożony powie im, że nie rokują nadziei, że prowadzący wytknie im niewiedzę.

Gdy dotarło do niej, że istnieje jeszcze świat poza jej własnym, że inni ludzie w tej samej sytuacji mogą mieć równie ciężko, nie czekając na początek zajęć poszła wśród ludzi i zaczęła z nimi rozmawiać. Zamiast dogadzać sobie, poczuła, że jest potrzebna innym.

Kiedyś słyszałem taką historię:

Młody chirurg ma po raz pierwszy dyżur na oddziale nagłych przypadków. Przywożą mu okropnie poparzonego pacjenta. Chirurg chce mu pomóc, ale czuje tremę. Pierwszy raz tak wiele od niego zależy. Nie wie, czy uda mu się wszystko bezbłędnie zrobić. Przed zabiegiem dzwoni do przyjaciela i zwierza się, że jest strasznie spięty i nie czuje się najlepiej w tej sytuacji.

- Nie czujesz się najlepiej? – mówi przyjaciel – pomyśl jak czuje się ten człowiek!

Młodemu chirurgowi robi się głupio. Zobaczył, że jest skupiony na rzeczy najmniej ważnej. Zamiast myśleć o sobie, skupia się na pacjencie i robi wszystko, co może.

Gdy się boisz nie dbaj o to, co się z tobą dzieje. Nie szukaj ulgi. Nie staraj się być bardziej dojrzałym, bardziej akceptującym czy bardziej twardym.

Boisz się? To dlatego, że ciągle skupiasz uwagę na sobie. Myślisz, że świat wokół ciebie jest mniej ciekawy? Że i tak nie uda ci się utrzymać na nim uwagi? Spróbuj. Otwórz oczy i przyjrzyj się temu, co cię otacza. Popatrz na miejsce w którym jesteś. Przyjrzyj się ludziom, jacy cię otaczają. Zobacz czego potrzebują i czym żyją? Sam ocenisz, czy chcesz wrócić do ciągłego wpatrywania się w lustro.

Założę się, że szybko sobie uświadomisz co ważnego masz do zrobienia na świecie. Gdy tylko sobie to uświadomisz, natychmiast zacznij biec do przodu. Nie czekaj aż przestanie padać deszcz. Zanurkuj w nim, choćby był największy.

I tak go nie unikniesz. A tak, przynajmniej się nie pogubisz.

Liczy się świat, a nie twoje niedoskonałości

Po chwili biegu, złapiesz się na tym, że znów lecisz pod okap. Nie rób z tego afery. No cóż, nie jesteś doskonały. Nazywaj się jak chcesz. Głupi, leniwy, spięty, niegodny, niedojrzały…

To tylko mało ważne etykiety. Tak, ciągle jeszcze bardziej skupiasz się na sobie a nie na świecie. Ale to nie jest takie ważne. Po prostu wróć do swojego biegu. On liczy się bardziej niż twoja doskonałość.

Wzbudzanie uczuć

Wzbudzanie uczuć

Opublikowano 23 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 8 komentarzy

Opisywałem poprzednio moje nieskuteczne próby wzbudzania w sobie uczucia przyzwolenia. Próbowałem w ten sposób zastosować się do zaleceń popularnej psychologii.

Zgodnie z nimi odpowiednie ustawienie swoich emocji gwarantuje osiągniecie sukcesu. Zalecenie jest proste: poczuj odpowiednie uczucie, a reszta sama przyjdzie. Co rusz można spotkać wskazówki:

  • poczuj pewność siebie,
  • poczuj miłość,
  • poczuj przyzwolenie,
  • poczuj akceptację,
  • przestań rozczulać się nad sobą

To trochę przypomina mi lekcje religii. Wzbudź w sobie żal za grzechy, obrzydzenie do złego i pragnienie poprawy. Z okazji świąt wzbudź w sobie radość. Sory, albo żałuję, albo nie. Zawsze mnie wkurzało udawanie. Bóg jest dla mnie Kimś zbyt ważnym by mu serwować przekrzywioną na bok główkę i piąstkę klepiącą okolice biustu.

Emocje się przydarzają

To, że znasz jakiś stan psychiczny, nie znaczy, że możesz go celowo, wysiłkiem woli wywołać.

Weźmy kwestię zapominania. Każdy doskonale wie, na czym polega. Co rusz zapominamy o rzeczach mniej lub bardziej ważnych. Spróbuj jednak zapomnieć o czymś celowo, np. o jakimś przykrym wydarzeniu. Im bardziej się starasz, tym lepiej pamiętasz. Nie można zmusić się do zapomnienia. Zapominanie jest czymś banalnym, póki nam się przydarza. Staje się jednak czymś niemożliwym do osiągnięcia, gdy chcemy je celowo wywołać.

Czy można się czymś zaskoczyć? Czasem sami siebie zaskakujemy, ale czy można to osiągnąć, gdy akurat mamy taki zamysł? Powiedzieć sobie: jutro są moje urodziny, w związku, z czym zrobię sobie jakąś niespodziankę! Nie możesz celowo sam siebie zaskoczyć.

Podobnie jest z wiarą. Niektórzy usiłują wysiłkiem woli w coś uwierzyć. W efekcie im bardziej się starają, tym więcej mają wątpliwości. Wierzysz, gdy doświadczasz – widzisz dowody, słyszysz o faktach czy przeżywasz silne doznania – a nie wtedy, gdy sobie tak postanowisz.

Tak samo jest z poczuciem przyzwolenia. Próbując w sposób wolicjonalny wywołać tego rodzaju proces, wpadasz w koszmarny węzeł, z którego nie da się wyjść bez pomocy tasaka. Im bardziej się starasz w tym większą wpadasz pułapkę. Ponieważ zależy mi na tym, nie może mi na tym zależeć. Panie Janeczku, czy ja mam grać czy nie? Bo bardziej nie grać po to by bardziej grać, to jakieś trudne jest.

Efektem takich prób manipulowania emocjami, jest stres, napięcie i coraz mniejszy kontakt z rzeczywistością.

Istotą emocji jest swobodny przepływ. Są jak rzeka, która płynie obok naszego domu. Masz wpływ na to jak ta rzeka płynie. Możesz sprawić, że woda popłynie w zupełnie inną stronę. Ale nie osiągniesz tego nigdy stojąc i mówiąc do rzeki. Jeżeli zależy ci na zmianie, zamiast gadania do wody, musisz zakasać rękawy, wziąć do ręki łopatę i wykopać nowe koryto. Musisz zacząć działać, czując to co czujesz, licząc, że nowe emocje ci się przydarzą.

Pomieszanie czynników

W psychologii eksperymentalnej, aby przeprowadzić jakiekolwiek badanie trzeba dokładnie określić charakter zmiennych. To, że jakieś czynniki wiążą się ze sobą niewiele znaczy. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób się wiążą.

To, że osoby, które osiągają sukcesy czują określonego rodzaju emocje (np. poczucie pewności czy rozluźnienia) wcale nie oznacza, że emocje są przyczyną ich osiągnięć. Emocje mogą być wynikiem sukcesów (czuję pewność siebie, bo mi się coś udało), mogą być też tzw. zmienną pośredniczącą (czymś co pośrednio pomaga osiągnąć sukces), mogą być także czymś równoległym – dodatkowym efektem innej zmiennej.

Gdyby wziąć pod uwagę tylko dwa czynniki, takie jak np. zasób wiedzy i noszenie okularów w wieku powyżej 50 lat, można by było dojść do wniosku, że okulary podnoszą zasób wiedzy. Tyle, że to nie noszenie okularów wywołuje wzrost wiedzy, a ilość przeczytanych tekstów. Czytanie wywołuje zarówno przyrost wiedzy, jak i pogorszenie wzroku. Jednak tak długo, póki badasz tylko dwie rzeczy: wiedzę i wzrok, możesz dojść do absurdalnych wniosków i zalecać ludziom, którzy chcą mieć sprawny umysł noszenie okularów.

Na nasze życie składa się znacznie więcej zmiennych. Weźmy tylko trzy z nich:

  • skuteczność działania (sukces i brak sukcesu)
  • emocje
  • strategie behawioralne (działanie) i strategie poznawcze (uwaga)

Emocje nie są przyczyną sukcesu. Emocje są dodatkowym wynikiem zastosowania odpowiednich strategii działania i kierowania uwagą.

Ten ostatni czynnik: nasze działanie oraz sposób kierowania uwagą, w odróżnieniu od emocji podlega naszym wpływom.

Problemy z manipulacją

Są tacy, którzy mówią, że emocje absolutnie nie podlegają manipulacji wolicjonalnej. Szczerze mówiąc nie jestem aż takim ortodoksem. Jakiś wpływ na nie mamy. Każdy się jednak zgodzi, że to bardzo trudne.

W praktyce emocje bardzo trudno wywołać. Wiemy o tym od dziecka. Pewnie zdarzyło ci się usłyszeć od dorosłych polecenia typu:

  • Uspokój się
  • Nie bój się
  • Przestań płakać
  • Dlaczego się nie cieszysz?
  • Dlaczego nie możesz tego po prostu polubić?

Czy łatwo było spełnić to polecenie? Jeżeli nie, witamy w klubie. Praktycznie nikomu nie udaje się ta sztuczka.

Ci, którzy twierdzą, że doskonale sobie z tym radzą, po prostu odcięli się od swoich emocji. Łatwo to rozpoznać z boku.

Jakieś dwa dni temu wracałem zmęczony do domu. Gdy minąłem jakiegoś bogu ducha winnego sąsiada, zauważyłem, że myślę o nim w stylu „dlaczego ten gość tak się rozpycha”.

- Oho – pomyślałem – czyżbym czuł złość? No nie, musze się uspokoić.

Szybko się uspokoiłem i z uśmiechem na twarzy wszedłem do domu.

Trzy minuty później z jakiegoś byle powodu zrobiłem awanturę. Nagle ni stąd ni zowąd zacząłem się drzeć.

Świetnie się uspokoiłem. Bardzo skutecznie!

Osoby, które twierdzą, że manipulowanie emocjami banalnie łatwo im przychodzi, że całkowicie panują nad swoimi uczuciami, dziwnie nie kontrolują swojego życia.

Nie chcę się bawić w plotkarstwo i pisać o życiu prywatnym autorów, twierdzących, że znają tajemnice pełnego panowania nad emocjami. Byłoby o czym opowiadać: serie rozwodów, alkoholizm, narkomania, zamieszanie w morderstwo, samobójstwo… Ale to wszystko im nie przeszkadza by wprowadzać psychologiczny terroryzm i dyrygować naszym emocjom, mówiąc:

  • Zaakceptuj siebie
  • Pokochaj siebie
  • Pokochaj innych ludzi
  • Otwórz się na świat
  • Odpręż się
  • Otwórz się na obfitość
  • (i tysiące innych haseł)

Czytamy, próbujemy i po tygodniu, albo miesiącu nic nam z tego nie zostaje. No tak, nie dość się starałem, to moja wina. Może przeczytam jeszcze jedną książkę i spróbuję jeszcze raz.

I tak bez końca.

Czy to my jesteśmy winni? Czy to z nami jest coś nie tak?

A może to po prostu głupota psychoterrorystów, którym wydaje się, że emocje można na siebie włożyć jak kapelusz?

Jesteśmy tak zniszczeni przez ich propagandę, że próby manipulowania emocji traktujemy jak nasz święty obowiązek.

Dobrze przeżyć dzień, to zamanipulować sobą rano tak by poczuć entuzjazm, podczas lanczu by poczuć ożywienie, podczas obiadu, by poczuć pewność siebie, a wieczorem by poczuć wyciszenie. Podczas snu, też trzeba się kontrolować.

Naprawdę ci to odpowiada? Przez całe życie chcesz sobie mówić, co masz czuć? Chcesz planować swoje emocje, zmuszać się do tego by czuć się tak, jak ci powiedzą? Chcesz programować swoje przeżycia? Ustawiać emocje?

Zamiast wzbudzania uczuć

Mądry rodzic, gdy dziecko wywróci się i płacze nie zmusza go do manipulacji emocjami, nie mówi:

- „nie płacz” czy „poczuj radość”

Mądry rodzic odwraca jego uwagę od tego, co wywołało płacz i proponuje mu jakieś działanie. Mówi np.:

- Popatrz, jaki wspaniały motyl siedzi na tym kwiatku. Chodź pobiegniemy do niego.

I jak ręką odjął emocje się zmieniają. Same.

Emocje zawsze są skutkiem przyjęcia pewnych strategii działania i sposobu kierowania uwagą. Nie traktuj ich jak przyczyny, bo pozbawisz się jakiejkolwiek możliwości skutecznego działania.

O ile zależy ci na zdrowiu psychicznym, nie mów sobie, co masz czuć. Nie mów sobie: muszę się czuć szczęśliwy, zadowolony, spokojny czy nie przywiązany do efektów starań…

Ta orkiestra cię nie posłucha

To bardzo ważne by nie usiłować dyrygować swoimi emocjami.

Zdjęcie, na którym gość we fraku dyryguje falom zostało zrobione dokładnie 23 lata temu. 23 sierpnia 1967. To happening Tadeusza Kantora, zatytułowany „Panoramiczny koncert morski”.

Gdy próbujesz mówić sobie, co masz czuć, jesteś jak człowiek, który stara się dyrygować morzu. Od czasu do czasu słuchaczom może się wydawać, że ocean jest mu posłuszny. Ale poczekaj na sztorm, a przekonasz się, że to tylko złudzenie.

Ocean jest zewnętrzną siłą. Nie masz na niego wpływu. Próby dyrygowania falami kończą się nieszczególnie.

Ludzie, którzy mówią sobie, że mają być szczęśliwi, nigdy nie są szczęśliwi. Ludzie, którzy mówią sobie, że muszą być spokojni, nigdy nie są spokojni. Ludzie, którzy rozkazują sobie zadowolenie, nigdy nie są zadowoleni.

Nie steruj emocjami, bo nie tylko nie masz na nie wpływu, ale wpadasz w błędną pętlę i wzbudzasz w sobie chaos.

Zamiast zmieniać emocje, zmieniaj swój sposób patrzenia na świat. Emocje zawsze są skutkiem, efektem, który nie podlega twojej bezpośredniej kontroli.

Ucz się ich doświadczać bez prób manipulowania nimi. Ucz się na nie cierpliwie czekać.

Jeszcze jedno. To nie znaczy że masz być wobec swoich uczuć bezwolną ofiarą. Wiele osób stara się za wszelką cenę manipulować emocjami, bo wydaje im się, że gdy tego nie zrobią, stracą kontrolę nad swoim życiem. Gdy np. ktoś mnie denerwuje, od razu zmuszam się by go pokochać, bo boję się, że się na niego rzucę. Bez obawy. O ile nie jesteś w afekcie, nie stracisz kontroli nad sobą. Wręcz przeciwnie. Gdy będziesz świadomy tego, co czujesz, łatwiej ci będzie się kontrolować. Np. asertywnie powiedzieć tej osobie co ci się nie podoba. To jednak temat na inny tekst.

Zdjęcie Eustachy Kossakowski. Źródło: http://www.dsw.muzeum.koszalin.pl/tiki-browse_image.php?imageId=123

Gdy masz ochotę się wycofać

Gdy masz ochotę się wycofać

Opublikowano 06 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Zawsze jest zbyt wcześnie na to by się poddać. Jason Kidd
Wycofuj się tylko wtedy, gdy odniesiesz sukces. David K. Reynolds

Znowu nowa firma

Mam znajomą, która jakiś czas temu wpadła na nowatorski pomysł. By go zrealizować założyła firmę i rozpoczęła działanie. Potrzebowała na początek kilku klientów i niewielkiego zainteresowania mediów. Pogratulowałem jej odwagi i życzyłem sukcesów. Po kilku tygodniach, skontaktowałem się i zapytałem, co z firmą. Powiedziała:
- Wiesz, siedzę już w czymś innym. Lepszy target i lepszy produkt.
- Ale co z tamtym pomysłem?
- Już mnie tak nie ciągnie.
- Ale jakie efekty? Czy udało ci się to, co miałaś w planach?
- To było nieco trudniejsze niż myślałam, doszłam do wniosku, że szkoda czasui i wysiłku. Może coś jeszcze z tego będzie, ale teraz skupiam się na czymś innym.

Faza pierwsza: w pełnym słońcu

Większość naszych projektów, zaczyna się w słońcu. Wpada nam do głowy jakiś nowy, rewolucyjny pomysł. Nie możemy przestać o nim myśleć. Wymyślamy nazwę firmy, rejestrujemy domenę, dopracowujemy biznes plan, wymyślamy logo, chwalimy się znajomym.… To może wyglądać inaczej, ale zapewne znasz gorączkę nowości.

Dobrze czuć radość, ekscytację, wierzyć, że podbijesz świat, że nikt jeszcze czegoś takiego nie widział, że ludzie przysiądą z wrażenia, że głodne masy czekają tylko na ciebie. Do pewnego momentu łatwo jest działać z energią.

Ale przychodzi chwila, by pokazać to ludziom.
Wspaniale, gdy są zachwyceni i wszystko dzieje się tak, jak sobie człowiek wymarzył.
Ale bardzo rzadko tak jest.

Faza druga: smuga cienia

Niestety, większość projektów, w którymś z momentów wchodzi w smugę cienia. Pojawiaj się trudności. Głodne masy się nie rzucają. Ludzie nie mdleją. Klienci nie walą oknami. Nikt nie prosi cię o to byś przyjął wyższe stanowisko. Twoje cv nie robi zbyt wielkiego wrażenie i nikt nawet nie raczy się z tobą skontaktować. Waga nie spada tak szybko jak to miało być. Nie osiągasz takich wyników…

No może nie jest najgorzej, ale daleko nie tak, jak byś chciała czy chciał.

Tego, co czujesz, pewnie nie nazwałbyś zniechęceniem. Ani tym bardziej rozczarowaniem. Tylko jakoś dziwnie straciłeś miętę do projektu. Już nie jest tak atrakcyjny.

Przestało świecić słońce. Twój projekt znalazł się w smudze cienia.

W smudze cienia jest nudno, niewygodnie, nieprzyjemnie, duszno, nieco smutno. Bez polotu. Gdzieś tam w środku, coś ci być może mówi: nie liczysz się, nie uda ci się, może to wszystko jest bez sensu.

Ucieczka ze smugi cienia

Nikt nie lubi być w smudze cienia. Po co tam tkwić, skoro jest dobre i szybkie wyjście? Jesteś osobą kreatywną, szybko możesz wymyślić coś nowego i lepszego. Zamiast się męczyć, możesz zacząć pisać nową, lepszą książkę, możesz założyć lepszą firmę, możesz założyć nową stronę, możesz zacząć ćwiczyć coś innego, możesz posprzątać, itp.

To idealne rozwiązanie. Porzucasz smugę cienia i wracasz do świata słońca. Znowu wierzysz w siebie i sens tego, co robisz. Nie musisz się męczyć z wątpliwościami, nudą i niewdzięcznym robieniem poprawek.

Dobrze-się-zapowiadacze

Tyle tylko, że jeżeli choć raz zgodzisz się uciec ze smugi cienia, do końca życia będziesz czuł taką pokusę.

Jeżeli pozwolisz, by nowy, fascynujący projekt zajął miejsce tego starego i nudnego, ryzykujesz, że staniesz się kolejnym dobrze-się-zapowiadaczem. Będziesz zostawiać za sobą, niedokończone, dobrze rokujące projektu. Szkice i drafy. Strony bez treści z dumnymi zapowiedziami. Nic nie znaczące, zarejestrowane nazwy firm.
Ale nie widzisz tego, co zostaje za tobą, bo myślami jesteś przy następnej rzeczy. Wydaje ci się większa i bardziej pasjonująca. Jak to powiedziała moja znajoma „lepszy target, lepszy produkt” (cokolwiek to znaczy).

Nie wychodź ze smugi cienia – niech ona wyjdzie

Gdy pojawia się smuga cienia, skuteczne działanie wymaga czegoś odwrotnego niż to, na co mamy ochotę.

Nie opuszczaj cienia. Nie uciekaj. Nie szukaj ulgi. Zostań w cieniu, tak długo jak trzeba. To nie ty masz uciekać. To ona ma ustąpić.

Czujesz zniechęcenie? I co z tego? Kto powiedział, że nigdy go nie poczujesz? Kto powiedział, że to taki ogromny problem?

Wytrzymasz czy zemdlejesz?

Moja córka – jak każde dziecko – czasem marudzi i rozpacza na byle czym. Kiedyś miała niewielką ranę na kolenie. Po prostu zdarta skóra. Nic wielkiego, rzecz chyba sprzed dwóch dni. W ogóle o niej nie pamiętała, do chwili gdy weszła do wanny. Musiało ją trochę zaszczypać. Zaczęła krzyczeć, płakać, stanęła na jednej nodze i kategorycznie stwierdziła, że nie pozwoli się umyć. Normalnie bym spełnił jej prośbę, ale tym razem byłem pewny, że przesadza.

Zapytałem ją:
- Boli cie?
- Bardzo, bardzo, bardzo
- A jaki to jest ból, czy taki jakby gryzł cię krokodyl?
- Nie…
- To może taki, jakby gryzł cię kotek?
- Nie.
- A może taki, jakby kotek chwycił cię pazurkami?
- Nie…

I tak doszliśmy do stwierdzenia, że jest to ból, taki jakby mała mrówka chodziła i trochę szczypała. Okazało się, że można go wytrzymać i umyć nóżkę.

Dorośli ludzie w taki sam sposób panicznie reagują na wewnętrzne, nieprzyjemne uczucia.
Gdy tylko poczują się nieco gorzej, zaczynają panikować:

- Och, nie zniosę tego, czuję się tak zniechęcony, tak przerażony, tak osłabiony …. muszę coś z tym zrobić.

I zamiast po prostu wytrzymać – coś co jest całkowicie do zniesienia – tracą czas na jakiś bzdury w stylu kotwiczenia, wprowadzanie się w trans, przepracowywania, itp. Zamiast pomóc, to tylko rozprasza ich siły. Przyjemniej jest zająć się swoimi wewnętrznymi stanami niż pracować będąc w strefie cienia. W efekcie dostajesz dobre samopoczucie, ale robota pozostaje niezrobiona.

Warto, gdy pojawia się w tobie potrzeba ulgi, zadać sobie pytanie:
-Czy naprawdę to taki wielki ból? Czy nie jestem w stanie go znieść?

Jeżeli masz coś do zrobienia, a ból i zniechęcenie jakie czujesz nie wywołuje katatonii, to po prostu to zrób.

Gatunek ludzki przestałby istnieć, gdyby ludzie nie potrafili działać mimo negatywnych doznań. Kobiety rodzą dzieci, mężczyźni się boksują, asceci głodują na pustyni, alpiniści znoszą ból głowy w rozrzedzonym tlenie, itd.

Smuga cienia ustępuje zawsze, gdy działasz. Im więcej wygody pragniesz, tym mniej masz realnych możliwości.

Ocena

To oczywiście nie oznacza, że wszystko, zawsze należy kończyć. I że bez względu na wszystko trzeba wytrzymywać zniechęcenie. Są projekty, które lepiej porzucić niż skończyć. Ale bądźmy szczerzy – to rzadkie przypadki. Jesteśmy cywilizacją twórczych, rozczulających się nad sobą ludzi i porażki częściej są efektem braku wytrwałości (nazywam to twardymi czterema literami) niż złych pomysłów.

Ile razy masz ochotę zająć się czymś nowym zadaj sobie pytanie, czy jest to:

  • Ucieczka, próba uniknięcia konfrontacji z przeciwnościami.
  • Działanie strategiczne, przemyślane i uzasadnione.

Gdy nie możesz tego znieść

Zanim podejmiesz się czegoś nowego (założysz nową firmę, zaczniesz pracę na nową książką, zaczniesz uczyć się kolejnego języka, itp.) sprawdź, co się dzieje w tym obszarze, z którego się wycofujesz.

Przychodzą mi na myśl cztery pytania:

  • Czy masz jasno zdefiniowane cele? Czy wiesz, co chcesz osiągnąć? Jeżeli nie wiesz, zawsze będziesz zniechęcony. Jeszcze raz przypomnij sobie co jest teraz twoim celem.
  • Czy te cele ciągle są ważne? Może już przestały. Może nigdy nie były dla ciebie ważne, bo pochodziły od kogoś innego. Nie odkładaj pracy, ale po prostu z niej zrezygnuj
  • Czy twoje cele i standardy są wygórowane? Czy naprawdę ludzie muszą zemdleć? Czy muszą o tobie pisać gazety? Czy musisz zdobyć tysiąc subskrybentów w ciągu miesiąca, czy musisz napisać książkę w ciągu trzech tygodni)? Obniż standardy tak by przystawały do twoich obecnych możliwości
  • Czy masz poczucie, że jesteś w stanie skutecznie poradzić sobie z przeszkodami, jakie się pojawiły? Może czujesz, że czegoś nie umiesz? W takiej sytuacji zamiast zmagać się ze zniechęceniem lepiej poprosić kogoś o pomoc, lub poświęcić trochę czasu na naukę.