Tag Archives: opór
Trzy warunki sukcesu

Trzy warunki sukcesu

Opublikowano 14 września 2010 | By | Kategorie: Paja Zysk Sens | 20 komentarzy

1. We wszystkim, za co się weźmiesz możesz osiągnąć sukces, chyba, że…

We wszystkim, za co się weźmiesz możesz osiągnąć sukces…. To prawda. Gdy człowiek to słyszy ma ochotę ruszyć w drogę. Ale poczekaj. Jest jeszcze kilka zastrzeżeń. Kilka dopisków drobnym drukiem. Kilka rzeczy, o których się nie myśli na początku ale od których zależy, czy uda ci się dojść tam gdzie zmierzasz.

We wszystkim, za co się weźmiesz możesz osiągnąć sukces,

…jeżeli w tym, co będziesz pracował jak artysta a nie wyrobnik. Wyrobnik to odtwórca. Nie robi więcej niż konieczne, trzyma się starych sprawdzonych sposobów, robi to, co inni, nie szuka nowych sposobów, zadawala się jakotakością.

… jeżeli poradzisz sobie z oporem, który co rusz będziesz spotykał. Opór to druga strona życia pasją. Tak jak pasja, jest częścią ciebie. Nie można z pełnym zaangażowaniem robić czegoś, na czym ci zależy i nie doświadczać oporu. Co gorsza, oporu nie można do szczętu wyeliminować. Przeciwieństwem człowieka spętanego przez opór nie jest człowiek wyluzowany. Wyluzować się możesz, gdy przestaje ci na czymkolwiek zależeć, gdy chcesz jedynie spokojnie oddychać, jeść i spać. Przeciwieństwem jest człowiek, który żyje z oporem i wykorzystuje go jako pomoc w swoim twórczym działaniu.

…jeżeli będziesz zaradny i będziesz umiał rozsądnie zadbać o swoje interesy – inaczej mówiąc, gdy będziesz umiał chodzić po ziemi. Oczywiście, że to wszystko, co wokół nas to w istocie energia i duch. Ale chwilowo ta energia przybrała postać materii. Jeżeli widzisz przed sobą pole to potrzebujesz łopaty i motyki. Możesz być samym Buddą, ale jeżeli będziesz tylko medytował, warzywa nie wyrosną. Teilhard de Chardin napisał piękny Hymn do materii („Bądź błogosławiona, szorstka Materio, jałowa glebo, twarda skało, ty, która ustępujesz tylko przemocy i zmuszasz nas, byśmy pracowali, skoro chcemy jeść”). Materii owszem należy się szacunek i podziw, ale jeszcze bardziej – odpowiednie narzędzia. Umiejętność zatroszczenia się o swoje materialne potrzeby nie jest objawem przyziemności czy braku duchowości. Wręcz przeciwnie. Jest objawem dojrzałości. Osiągniesz sukces, gdy będziesz umiał rozsądnie (ani zbyt przesadnie, ani zbyt niemrawo) zajmować się potrzebami materialnymi (swoimi i bliskich).

2. Chodzenie po ziemi nie zaszkodzi twojej pasji (punkt trzeci)

Te trzy punkty to mniej więcej spis treści tego cyklu. Gdy zabierałem się do tematu tydzień temu, myślałem, że skupię się głównie na trzecim: jak działać na wolnym rynku i troszczyć się o swoje interesy.

Mało kto lubi się tym zajmować. Gdy robisz coś, co cię pasjonuje, najczęściej drażnią cię wszystkie tego typu sprawy. Najchętniej całkiem byś się ich pozbył i oddał je jakiemuś agentowi, menedżerowi czy coachowi.

Marzenie o agencie

Sam dosyć długo czegoś takiego pragnąłem. Marzyło mi się by znaleźć agenta, który by zajął się moją karierą. Kogoś, kto by szukał wydawnictw, wysyłał im propozycje, negocjował umowy, nadzorował marketing, kontaktował się z czytelnikami, zbierał materiały itp. Ja bym robił tylko to, co najbardziej lubię i umiem: siedział i pisał.

Dziś, mimo, że ciągle niektóre z tych zadań z chęcią bym delegował, wiem, że takie marzenie jest rodzajem ucieczki od rzeczywistości. Jest oznaką odmowy wzięcia pełnej odpowiedzialności za siebie i swoje działanie.

Możesz znaleźć kogoś, kto z chęcią pokieruje twoją karierą i interesami. Włosy na głowie stają człowiekowi, gdy się zobaczy ilu w Polsce jest coachów, doradców i mentorów. Gdybym dał ogłoszenie, że szukam agenta, dostał bym pewnie kilkaset zgłoszeń. Groucho Marx mawiał: nie chcę należeć do klubu, który by mnie zaakceptował jako członka. Ja w życiu bym nie chciał pracować z agentem, który by chciał pracować ze mną. Jak ktoś musi współpracować z początkującym, ciągle słabym warsztatowo pisarzem, chyba nie jest jeszcze naprawdę dobrym agentem.

Jest jeszcze drugi, ważniejszy powód, dla którego szukanie agentów wydaje się złym pomysłem. Wbrew pozorom zajmowanie się tylko tym, co się lubi (tylko: pisanie, szycie, gotowanie, serwowanie kawy i ciastek czy nagrywanie piosenek ) to wcale nie jest recepta na sukces. Szczególnie na początku, jest to droga prowadząca do porażki. Robienie tych wszystkich przyziemnych i nudnych rzeczy: utrzymywanie kontaktu z klientami, ustalanie cen, promowanie, szukanie własnych modeli biznesowych itp., bardzo dobrze wpływa także na nasze zasadnicze umiejętności.

Nie wiem jakby wyglądały moje szkolenia, gdybym nie musiał zajmować się ich dochodowością. Dzięki temu, że zajmowałem się nie tylko ich przygotowywaniem, ale także marketingiem i sprzedażą, mogłem dowiedzieć się, co jest potrzebne ludziom. Wiem jak wyglądało moje pisanie do czasu, gdy w ogóle nie zajmowałem się tym, czy znajdą się na nie jacyś klienci czy nie. Było ciężkie, nudne i nie na temat. Jednak od momentu, gdy zacząłem myśleć także o tym, jak dotrzeć do czytelników, zacząłem dowiadywać się czego ludzie potrzebują, jakie tematy są im potrzebne i jaki styl pisania jest dla nich najlepszy. Agent tylko blokowałby przepływ informacji zwrotnej między mną a odbiorcami.

Mam twórczy pomysł, czy mogę nad nim pracować?

Zdarzyło się kilka razy w mojej firmie szkoleniowej, że ktoś przychodził i mówił:

- Mam świetny pomysł na szkolenie, czy mogę nad nim pracować?

Mówiłem zazwyczaj (oprócz sytuacji, gdy pomysł był ewidentni głupi):

- Świetnie, pracuj na tym, zapłacę za literaturę i twój czas pracy, ale jesteś odpowiedzialna też za sprzedaż szkolenia.

- Ale nie, ja chcę się skupić na pisaniu, czytaniu i opracowywaniu ćwiczeń. Niech sprzedażą zajmie się jakiś koordynator czy specjalista od marketingu.

- Owszem, ale najpierw sprzedaj szkolenie, choć raz. Jeżeli ty – twórca, go nie sprzedasz, nikt go nie sprzeda. Poza tym sprzedając, dowiesz się czego ludzie potrzebują.

Pamiętam, jak Maciej Maleńczuk grywał na ulicy. Wiele razy zatrzymywałem się i go słuchałem (niestety z rzucaniem do kapelusza było gorzej, bo byłem studentem). Podejrzewam, że była to dla niego lepsza lekcja muzyki niż to, co mógłby dostać w jakiejkolwiek szkole muzycznej.

Jeżeli chcesz zrobić coś istotnego, sam wyjdź do ludzi. Sam stań za ladą, sam podawaj kawę w swojej kawiarni, sam szukaj klientów, sam z nimi negocjuj itp.

Nie szukaj ułatwień

Recepta, przynajmniej na początek jest taka: nie szukaj kogoś, kto by ci ułatwił prowadzenie biznesu. Nie szukaj agentów, doświadczonych wspólników, zarządców, menedżerów mających dwieście lat doświadczenia w branży, funduszy venture capital, inkubatorów przedsiębiorczości itp. Bądź swoim własnym agentem – przynajmniej tak długo, aż zaczniesz sobie dobrze radzić. Wbrew temu, co być może podpowiada ci twój wewnętrzny opór (przecież nie będziesz miał czasu na nic innego) takie podejście nauczy cię wielu cennych rzeczy. To nie znaczy, że nie powinieneś korzystać z pomocy i porad innych. Korzystaj, ale sam weź odpowiedzialność za efekty działania.

3. Myślałem, że ten punkt wystarczy, ale zrozumiałem, że bez umiejętności pokonywania oporu nic ci się nie uda (punkt drugi)

Im więcej o tym wszystkim myślałem tym bardziej docierało do mnie, że nie wystarczy się czymś zająć. Owszem, wielu pasjonatów nie radzi sobie właśnie z tym punktem. Ale dotarło do mnie, że z tych wszystkich narzędzi nie można skorzystać, tak długo póki człowiek nie potrafi poradzić sobie z oporem.

Paraliżujący opór

Znam ludzi, którzy doskonale wiedzą jak zadbać o swoje interesy – jak się promować, jak znajdować klientów czy jak zapewniać stały dopływ dochodów. A jednak nic nie robią. Siedzą sparaliżowani lękiem, albo dywagują, co zrobią któregoś pięknego dnia. Stąd pojawił się temat oporu. Gdybym musiał wybrać tylko jedną z tych dwóch rzeczy: umiejętność rodzenia sobie z oporem albo umiejętność radzenia sobie z rzeczywistością materialną, wybrałbym tą pierwszą. Bez tej niej nie ma żadnego konsekwentnego działania.

Przeciwieństwem człowieka spętanego przez opór jest człowiek, który działa mimo oporu. Który mimo tego, że jest pełny wątpliwości, obaw i wahań (a czasem także depresji i nerwic) wstaje rano i siada za biurkiem, otwiera lokal i zapala gaz w kuchni czy wychodzi na środek sali szkoleniowej.

Opór mówi: zastanów się czy warto, nie porywaj się na zbyt wiele, nie wychylaj się. Mój opór mówi: człowieku, kim ty jesteś by radzić ludziom jak mają pracować; nie umieszczaj tego tekstu na blogu, popracuj jeszcze nad nim; musisz się upewnić, że nikt niczego ci nie zarzuci. Opór mówi mi jeszcze tysiące innych rzeczy. Czasem go słucham i wtedy na blogu jest pusto, nie publikuję, nie robię szkoleń, nie dzielę się, unikam ludzi. Siedzę w swojej dusznej jamie, schowany przed światem.

Ogień

Jakieś półtorej miliona lat temu, podczas burzy od błyskawicy zapaliło się drzewo. Burza minęła, ale ogień płonął. Wszystkie zwierzęta od niego uciekły. Ich umysł nastawiony na przeżycie mówił im, że ogień jest niebezpieczny, że trzeba być jak najdalej. Nie uciekł tylko jeden dziwny stwór. Pozbawiony pazurów, kłów i twardej skóry, brzydal chodzący na dwóch nogach. Jego niższe struktury mózgowe (tzw. mózg gadzi i limbiczny) chciały go zmusić do ucieczki. Ale miał coś, czego nie miało żadne ze zwierząt, rozbudowaną korę mózgową, która pozwalała mu przełamać opór zwierzęcego umysłu. Nie wiadomo kiedy, ale musiał być taki moment, gdy po raz pierwszy nasz przodek zaczął zbliżać się w stronę płomieni, gdy zaczął iść w zupełnie odwrotną stronę niż uciekające w popłochu zwierzęta, gdy po raz pierwszy pokonał w sobie zwierzę, które rwało się do ucieczki. Potem nic już nie było takie samo. Odkrył, że płomień parzy, ale można nieść zapaloną gałąź, że trzeba dokładać drew by ogień nie zgasł, że z jednego ogniska można rozpalić wiele innych, że drapieżne zwierzęta nie atakują, gdy ogień pali się przez całą noc, że koniec patyka opalony w ogniu robi się twardszy i nadaje się na polowanie, że ogniem można zapędzić dzikie zwierzęta nad urwisko i w ten sposób zdobyć zapasy mięsa, że na ogniu można piec mięso, że można grzać się przy nim w zimne noce. Aż wreszcie, grubo, grubo później, po 700 000 lat noszenia ognia ze sobą i podtrzymywania go jako największego skarbu, odkrył jak samemu zapalić ogień. Ale na samym początku było to niepewne skradanie się wbrew wewnętrznemu oporowi.

Podobna historia powtarza się w życiu każdego z nas. Nasz jaszczurzo – limbiczny umysł skupiony na przetrwaniu, protestuje ile razy chcemy zrobić coś nowego.

Ulegniesz oporowi?

Podejdziesz do ognia czy nie? To zależy tylko od ciebie. Twój jaszczurzy umysł będzie generował przerażenie, złość czy smutek. Ulegnij mu: do końca życia chodź do nielubianej pracy; nigdy nie spróbuj nawet nauczyć się grać na instrumencie, którego brzmienie przyprawia cię o ciarki; nigdy nie zacznij pisać swojej książki; nigdy nie odważ się założyć firmy.

Ulegnij mu: zacznij tracić czas i pieniądze na to by jakiś terapeuta słuchał twoich płaczów i jęków; zacznij zwalać wszystko na depresję, pogodę i sytuacje gospodarczą na świecie; zacznij się upijać; zacznij oskarżać i atakować tych, którym się powiodło; zacznij brać prochy; zacznij angażować się w bezsensowne romanse; zacznij oglądać pornosy… Twój gadzi umysł wie, co mu sprawia przyjemność i wie czym zastąpić pełne napięcia podchodzenie do ognia.

Gadzi umysł jest ci potrzebny, ale nie możesz mu pozwolić przejąć mu kontroli nad swoim działaniem. Nie możesz mu pozwolić by cię zatrzymał w miejscu.

Wcale nie masz ciężej

Myślisz, że ta brzydka prawie – małpa setki tysięcy lat temu miała łatwiej? Że łatwiej było jej pokonać zwierzęce przerażenie i podejść do ognia, niż tobie poradzić sobie z depresją czy wątpliwościami?

Skąd w nas tyle przekonania, że dziś to mamy najtrudniej? Że przeludnienie, upadek autorytetów, chaos, konserwanty w żywności, depresje i choroby psychiczne, sprawiły, że cierpimy najbardziej od początków świata. Że nikt od początku świata nie miał gorzej.

Zmieniają się tylko dekoracje. Ale efekty działania jaszczurzego umysłu są takie same: strach, lęk, wahanie, opór przed zmianą, chęć zachowania status quo, chęć powielania starych rozwiązań, chęć zamknięcia się w ciasnej dusznej norze – byle tylko nie czuć strachu, lęku czy smutku.

Czy z tej nory da się wyjść? Czy można pokonać przerażone zwierzę?

Widzisz przed sobą ekran komputera? Siedzisz na krześle? Masz na sobie ubranie? Jest ci ciepło mimo, że za oknem chłód? Możesz każdej chwili porozmawiać z ludźmi, których kochasz, nawet, gdy są daleko? Słyszysz dźwięk samolotu? Jadłeś smaczny obiad?

Każda z tych rzeczy jest dowodem, że ludzie ciągle pokonują opór. Każde nowe odkrycie wiąże się z wyjściem ze swojej nory i zapuszczeniem się tam, gdzie przestrzeń jest nieznana i niepewna.

Dlaczego miałby się okazać gorszy od tego brzydala sprzed miliona lat?

4. Czy jesteś artystą? (punkt pierwszy)

Radzenie sobie z oporem jest czymś kluczowym, ale to nie wszystko.

Nie chodzi o to by mieć przyjemną pracę

Jest wtorek, dziewiąta rano. Siedzę za komputerem od trzech godzin. Dla mnie to prawie środek dnia. Jakieś dziesięć minut temu usłyszałem jak na podwórze wjechał samochód. Wysiadł z niego właściciel warsztatu samochodowego z parteru. Teraz z kimś rozmawia. Śmieją się, żartują. Otwarta maska samochodu, ale nikt nawet tam nie patrzy. Praca nie zając. Klientowi przecież zawsze można powiedzieć, że ma się wszystkie terminy zajęte. Gdy będę wychodził z biura – gdzieś koła czwartej, praca na warsztacie będzie się kończyć.

Przez pewien czas sam byłem technikiem. Umiem (albo umiałem, bo wiele lat tego nie robiłem) obsługiwać tokarkę, naprawić telewizor albo pralkę, poradziłbym sobie ze zrobieniem regału czy prostej szafy. Od dzieciństwa wychowałem się w kulcie pracy na warsztacie. Gdy tato mówił, że idzie na warsztat wiedziałem, że idzie robić coś ważnego. Znam kilku rzemieślników – geniuszy (na przekład mojego tatę), którzy najprostsze rzeczy robią z takim przejęciem i zaangażowaniem, że banalne przezwajanie silnika urasta do rangi sztuki. Znając ich, wiem że tacy ludzie nie zaczynają pracy o dziewiątej i nie kończą o czwartej, nie odprawiają klientów z kwitkiem i nie gadają o byle czym, gdy przed nimi leży praca do zrobienia.

Moi mechanicy za oknem, na pewno lubią samochody. Gdyby ich zapytać co najlepsze w życiu, nie mam wątpliwości jaka by była ich odpowiedź: samochody, piwo, kobiety (możliwe przetasowanie na drugim i trzecim miejscu) Ale to za mało. Ci ludzie nie są artystami. Nie chodzi tylko o godziny pracy. Chodzi o to jak się ruszają, jak dotykają, jak patrzą i jak myślą.

Artysta

Nie wszyscy. Jest tu taki jeden gość. Obserwowałem kiedyś, jak w słoneczną sobotę (byliśmy jedynymi, którzy pracowali) czyścił silnik. Wyniósł go na podwórze, na słońce. Coś w nim rozkręcał, coś przemywał, coś szlifował. Jego ruchy były płynne i zdecydowane. W całym ciele było widać energię. Nie zauważył nawet jak przeszedłem mu za plecami. Istniał tylko silnik. Mechanik rozmył się w swojej pracy. Ten człowiek był artystą, mimo, że nie potrafił ani malować ani śpiewać ani pisać. O czymś takim myślę, gdy mówię, że działając z pasją musisz wygrać.

Jeżeli myślisz, że należy ci się sukces tylko, dlatego, że odważyłeś się zabrać za coś, co lubisz robić – to się grubo mylisz.

Nie myl pasji z drobną przedsiębiorczością. Jeżeli tylko lubisz coś robić, skończysz, jako element drobnej działalności gospodarczej. Będziesz mieć ten swój warsztacik – taki sam jak tysiące innych warsztacików w okolicy; tą swoją małą firmę szkoleniową o wielkiej nazwie i przemądrej stronie, oferującą takie same szkolenia jak setki innych firm w okolicy; taką samą restaurację jak dziesiątki innych w twoim mieście, z takim samym wystrojem i takimi samymi potrawami…

Będziesz jednym z wielu. Myślisz, że zwrócisz czyjąkolwiek uwagę tylko dlatego, że lubisz to, co robisz (a częściej lubiłeś, gdy startowałeś)?

5. Pytania

Trzy pytania:

Czy jesteś artystą w tym, co robisz?

Czy umiesz radzić sobie z oporem?

Czy umiesz zaradnie działać?

Tylko trzeciej z tych umiejętności można się nauczyć. Bycia artystą nie można się nauczyć. Można się nim tylko zarazić. Drugi punkt – odwagę radzenia sobie z oporem – można tylko w sobie odnaleźć.

Nie zawsze to, co pisze jest praktyczne. Pewne rzeczy po prostu muszą zostać manifestem. Ile z tego manifestu możesz wziąć dla siebie?

Jak wykorzystać swój strach do tego by pełniej żyć?

Jak wykorzystać swój strach do tego by pełniej żyć?

Opublikowano 19 lutego 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 23 komentarze

Nie przepłyniesz oceanu dopóki nie odważysz się stracić z oczu widoku brzegu. Krzysztof Kolumb

Życie w udeptanym kręgu

Puszek cały czas podskakiwał i merdał ogonem. Mieliśmy nie więcej niż siedem lat i uwielbialiśmy z nim biegać po sadzie. Uciekaliśmy, a Puszek gonił nas ujadając cienkim głosem. Wywracaliśmy się, a on skakał po nas tarmosząc za ubrania. Gdy tylko się pojawialiśmy, nie mógł się doczekać zabawy.

Skończyły się wakacje. Gdy następny raz zobaczyłem Puszka, był dużym psem. Co prawda nie miał na szyi łańcucha a jedynie linkę, był jednak uwiązany do budy.

Podszedłem, a on zaczął groźnie szczekać i rzucać się w moją stronę. Wyglądało to tak, jakby chciał zerwać się z uwięzi. Dzielnie szarpał się ze sznurkiem. Nie pamiętał mnie, po prostu na mnie szczekał. Trochę się bałem, ale podszedłem i odwiązałem sznurek. Od razu ucichł i skulił ogon. Potem pociągnąłem go w stronę ogrodu. Początkowo poszedł za mną, ale gdy tylko dotarł do granicy wydeptanego przez siebie kręgu, zatrzymał się. – Chodź – powiedziałem i jeszcze raz pociągnąłem. Pies przysiadł i zaczął skomleć. Nic nie pomogło szarpanie. Zaparł się, byle tylko nie przekroczyć magicznej, wydeptanej przez lata granicy. Próbowałem go nawet wynieść. Ze skowytem uciekał tam, gdzie czuł się bezpiecznie. Mógł funkcjonować tylko w tym małym fragmencie wydeptanego przez siebie świata. Zrobiło mi się smutno.

Jak każdy pies łańcuchowy, stał się maszynką do szczekania i udawania, że rzuca się na ludzi. Tak długo, póki miał na szyi sznurek, wyglądał na odważnego, zdeterminowanego, marzącego o wyrwanie się z uwięzi psa. Tak, jakby mówił: wypuście mnie, to ja wam pokażę!. Sznurek trzymający go na uwięzi wydawał się jego największym wrogiem.

Gdyby był człowiekiem, pewnie mógłby godzinami narzekać na to jak ciężko być na uwięzi i przysięgać, że gdyby tylko udało mu się stąd urwać, dopiero by pokazał!

Nasze granice

Czasem, gdy słucham, jak ludzi opowiadają o swoich ciągle niezrealizowanych marzeniach, mam wrażenie, że są w podobnej sytuacji. Ach, gdybym miał tylko więcej czasu mógłbym napisać książkę, albo gdybym tylko miał starsze dzieci mógłbym odbyć podróż wokół świata, ach gdybym miał więcej pieniędzy mógłbym założyć kawiarnię…. Te znienawidzone, koszmarne ograniczenia! Gdyby nie one…

A może jest inaczej? Może to, co nazywasz ograniczeniami jest twoją ochroną? Czymś, co sam budujesz by wieść spokojne, niewymagające życie?

Być może wydaje ci się, że napierasz, ale tak naprawdę, gdzieś w środku, po cichu cieszysz się, że nie możesz się stąd ruszyć.

Czego się boję?

Na początku roku przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zrobić jakichś postanowień noworocznych. Wziąłem kartkę i i góry wykaligrafowałem dużymi literami „2010” i zacząłem się zastanawiać, co by tu wpisać.

I wtedy wpadłem na pomysł, że zamiast kolejny raz spisywać pobożne marzenia dotyczące przyszłości, tym razem zrobię zupełnie inną listę: rzeczy, których się boję. Przez kilka kolejnych dni od czasu do czasu coś dopisywałem do listy albo coś skreślałem.

Starałem się by na liście były tylko rzeczy, które z jednej strony wiążą się z lękiem, a z drugiej są cenne i wiążą się z czyś ważnym.

Nie wyszło tego dużo. Jakieś siedem punktów.

Długo myślałem, że jestem odważnym człowiekiem. Mam na swoim koncie kilka rzeczy, które mogły pozwolić na taką ocenę. Gdy patrzę na tą listę, wcale nie czuję się odważny. Wręcz przeciwnie. Wiem, że w moim życiu jest wiele lęków.

Po co tak się torturować?

Po co tak się męczyć? Po co szukać rzeczy, których się boję?

Z dwóch powodów.

Po pierwsze by nie pomylić rutyny z dojrzałością. Od mniej więcej siódmego roku życia słyszałem, że jestem dojrzały (może dlatego, że bywałem nieśmiały). Co gorsza miałem kiedyś okres, że sam w to uwierzyłem. Czułem, że wreszcie wyrosłem z obaw, wahań i wątpliwości. Że udało mi się odkryć drogę. Że stałem się pewnym siebie, świadomym własnej wartości człowiekiem.

Bardzo łatwo osiągnąć takie poczucie dojrzałości. Wystarczy robić to, co zawsze. Ograniczyć się tylko do tego, co dobrze znasz. Nie mówię, że to złe. Tyle, że nie należy mylić przyzwyczajenia z dojrzałością.

Po drugie by nie stracić smaku życia. Swoją firmę zakładałem mając niecałe trzydzieści lat. Do dziś pamiętam ten czas jako jeden wielki okres erupcji. Nawet na studiach, podczas sesji nie zdarzało mi się nie przespać tylu nocy, co wtedy. Pracowaliśmy jak szaleni. Dziesięć lat później rozmawiałem z kimś, kto miał podobne doświadczenia o założeniu nowej firmy. Powiedział:

- Ale to już nie to. Gdy człowiek ma czterdziestkę, nie ma już tyle energii.

Przyznałem mu rację i powiedziałem.

- Masz rację. To już tak nie smakuje.

I wtedy uświadomiłem sobie, że tak się czuję. Życie mi już tak nie smakuje. Co z tego, że mam coraz więcej rzeczy, skoro one są coraz bardziej zwietrzałe?

Naprawdę? Każdy powyżej trzydziestki /czterdziestki / pięćdziesiątki jest skazany na życie bez smaku? Dlaczego osoba powyżej pięćdziesiątki miałaby by niezdolna do tego, by czuć taki sam smak życia jak nastolatek?

To nie jest kwestia wieku. To kwestia życia w udeptanym kręgu. Mając więcej lat, wyrobioną pozycję, stabilne źródło dochodów, itp. łatwiej wpaść w rutynę.

Całe szczęście istnieje jeszcze strach – drogowskaz, który pokazuje jak wyjść z tego stanu.

Strachu nie warto pokonywać, nie warto udawać, że go nie ma. Nie warto szukać stanu, w którym nie będziemy go nigdy czuć. Swój strach warto wykorzystać.

Jeżeli czujesz, że coś w twoim życiu nie do końca gra, przyjrzyj temu, czego się boisz.

Potem zdobądź się na odwagę.

Odwaga

Czytałem niedawno książkę niedoszłego prezydenta USA, Johna McCaina Rozważania o odwadze. Jednak znalazłem tam głównie opisy wojennych rzezi. McCainowi odwaga myli się z heroizmem i szałem bojowym. Zapewne z perspektywy żołnierza, jakim jest McCain, są to cenne rzeczy.

W rzeczywistości jednak, odwaga nie ma wiele wspólnego z będącym w amoku żołnierzem, pędzącym w stronę innych, równie nieprzytomnych żołnierzy.

Prawdziwa odwaga to świadome działanie wbrew temu, że czuje się strach i niewygodę. Taka odwaga znacznie częściej przejawia się w codziennym życiu niż na polu walki.

Czujesz lęk? Świetnie. To znaczy, że żyjesz. Że jesteś w podróży. Że życie znowu nabrało smaku.

Co praktycznie można zrobić by wyjść ze swojego udeptanego kręgu?

Zrób pierwszy, mały krok

Zazwyczaj myślimy o zmianach jak rewolucjoniści. Od dziś zaczynam żyć inaczej! Biegam, zdrowo się odżywiam, wcześnie wstaję, nie tracę czasu na telewizję, itd. Rewolucje są tak samo ponętne jak i przerażające.

Nic dziwnego, że wiele osób zwleka. Któregoś pięknego dnia zwolnię się z tej pracy i założę firmę, kiedyś, zacznę pisać, któregoś dnia w przyszłości wybiorę się w podróż.

Być może kiedyś ten dzień przyjdzie. Obudzisz się i nagle wszystko zmienisz. Ale po pierwsze: ten dzień może nigdy nie przyjść. Po drugie: rewolucja może skończyć się szybciej niż się zaczęła.

By się zmieniać, natura częściej używa ewolucji. Ewolucja jest mało spektakularna, ale znacznie bardziej skuteczna.

Poszukaj rzeczy, od których mógłbyś zacząć, bez wywracania wszystkiego do góry nogami. Zacznij od rzeczy, które nie są przerażające i stopniowo, ale regularnie idź do przodu.

Jak mówi chińskie przysłowie: nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Pierwszy krok zazwyczaj nie jest przerażający. To przecież nic strasznego postawić stopę za progiem. Ale gdy to zrobisz łatwiej ci będzie postawić kolejny krok, a potem kolejny. Wielka podróż nie tylko zaczyna się od małego kroku. Ona także składa się z małych kroków.

Co możesz zacząć dzisiaj robić?

Obserwuj, co czujesz

Odwaga nie polega na tym, by nigdy nie czuć strachu. Nie ma sensu udawać przed sobą kogoś, zawsze spokojnego i pełnego harmonii. Znacznie lepiej jest być świadomym wszystkiego, co czujesz.

To naturalne, że od czasu do czasu w twoim wnętrzu pojawią się budzące grozę chmury. Jednak ty nie jesteś chmurą. Nie jesteś swoim stanem emocjonalnym. Jesteś niebem.

Jesteś tym, który tego doświadcza. Obserwuj to, co się dzieje. Wiem łatwo się mówi. Ale nie ma innego sposobu.

Oswajaj się z niewygodą.

Nie da się całkiem uniknąć strefy komfortu. Zbyt szybko się przyzwyczajamy. Gdy wszystko jest precyzyjnie, wspaniale i wygodnie, zaczynają nas przerażać najmniejsze zmiany. Tracimy odporność psychiczną i rozkładają nas najmniejsze przeciwności.

Warto robić coś, co tą odporność utrzymuje. Ciągle niepokoić granice swojej strefy komfortu.

To nie muszą być wielkie rzeczy. Lubię przypominać sobie coś, co sto lat temu napisał William James:

Przez codzienne drobne ćwiczenia podtrzymuj w sobie zdolność do wysiłku. To znaczy: w rzeczach drobnych i małej wagi systematycznie spełniaj małe bohaterstwa, codziennie zrób coś trudnego, tylko dlatego, że jest to trudne (że nie masz do tego ochoty), abyś w chwili, gdy cię spotkają wielkie przeciwności, znalazł potrzebną siłę i sposób się z nimi zmierzyć. Tego rodzaju ascetyzm jest czymś w rodzaju ubezpieczenia, opłacanego od domu i ruchomości. Wnoszona opłata na razie nie przynosi żadnych korzyści, a może nawet nie zwróci się nigdy; lecz jeżeli nawiedzi nas pożar, dzięki niej unikniemy ruiny. Tak samo dzieje się z człowiekiem, który nawykł do skupiania uwagi, energii, wytrwałości i panowania nad sobą w sprawach codziennych. Stać on będzie jak wyniosła wieża, gdy wszystko się zachwieje koło niego, a ludźmi wątlejszej natury, niby liśćmi wiatr będzie pomiatał.


Determinacja i pokora

Determinacja i pokora

Opublikowano 15 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 17 komentarzy

Dwie osoby

Z jednej strony człowiek pewny siebie, zdecydowany i wierzący we własną gwiazdę. Gdy starał się o przyjęcie na Hervard, jeden z profesorów zapytał go czy jest inteligentny.

- Jestem zajebiście inteligenty – odpowiedział.

Najlepiej czuł się w drogim, włoskim garniturze, na środku sali, gdy mógł opowiadać innym o swoich genialnych pomysłach. Poruszał się jak gwiazda filmowa świadoma otaczających ją wielbicieli i fotoreporterów. Patrzył przed siebie twardym, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

Z drugiej człowiek skromny, świadomy swoich braków. Zza dużych okularów przypominał cierpliwego nauczyciela z małomiasteczkowej szkoły. Najlepiej czuł się w kraciastej koszuli, na swojej farmie i w ulubionej koparce. Nie udzielał zbyt dużo wywiadów, rzadko był obiektem zainteresowania fotografów. Jeżeli już musiał być w centrum, wolał odwracać uwagę od siebie i kierować ją na coś innego.

Gdyby tych ludzi postawić obok siebie i zapytać przechodniów, który ma szansę zrobić karierę, dziewięćdziesiąt procent wskazałoby pierwszego. Takie czasy. Trzeba być przebojowym, agresywnym i zdecydowanym. To musi być prawda, skoro tyle osób tak uważa. Osoby przebojowe i całkowicie bezkompromisowe są szybciej dostrzegane i łatwiej robią karierę. Tak, ten pewny siebie człowiek zrobił karierę. Został prezesem ogromnej, zatrudniającej kilkadziesiąt tysięcy osób firmy. Przez długi czas gazety i inwestorzy czcili go jak geniusza.

Ale temu drugiemu, mimo wszystko też się udało. Też został prezesem dużej firmy. Tyle, że końcowe efekty jego działania były zupełnie inne. Najpierw jednak wróćmy na chwilę do naszej gwiazdy.

Wrodzony talent

W życiu trzeba mieć talent. Trzeba mieć ten dar od Boga (lub Natury lub Losu). Gdy masz, wszystko przychodzi łatwo i prosto.

Firmą, która zapoczątkowała ruch „zarządzania talentami” był McKinsey. Troje z jej kluczowych konsultantów napisało bestseller „War for talents”. Na świecie trwa wojna o talenty. Ten, kto ją wygra, wygra wszystko. Trzeba jak najszybciej znajdować utalentowanych ludzi (najlepiej jeszcze na studiach), pozyskiwać ich i tworzyć im odpowiednie warunki (płacić, płacić, płacić i raz na rok oceniać). Sukces jest kwestią czasu. Nie można przegrać, gdy masz ludzi z talentami.

Możesz przegrać tylko wtedy, gdy nie jesteś agresywny. To wojna a nie popołudniowa przechadzka. Nie może ci zadrżeć ręka przy zwalnianiu starych, ale nie tak zdolnych pracowników. Nie możesz się wahać przed awansowaniem młodych zdolnych ponad głowami bardziej doświadczonych.

Jednym z najbardziej utalentowanych konsultantów McKinseya, najmłodszym w historii partnerem był Jeffrey Skilling. Dosyć szybko został szefem ogromnej firmy obsługiwanej przez McKinseya. Oczywiście od razu wdrożył w niej program zarządzania talentami. Przyjmował ludzi takich jak on – młodych, zdolnych i agresywnych.

Skilling, sam o sobie mówił:

Mój geniusz nie tylko określa moją wartość, on także określa wartość tej firmy. Mój geniusz kreuje wartość. Mój geniusz jest zyskiem dla firmy!

To się nazywa rozmach. Uważać się za geniusza to drobnica. Uważać się za geniusza wartego miliardy dolarów – to dopiero coś.

Firma nazywała się Enron. Gdy okazało się, że pomysły Skillinga nie są genialne, ani nawet dobre, jedynym rozwiązaniem stały się oszustwa. Skilling z kolegami zaczął na wielką skalę fałszować dane księgowe. Był zbyty bystry by nie domyślać się, jak to się skończy. Nie był jednak w stanie znieść świadomości, że nie jest geniuszem. Był w stanie zrobić dosłownie wszystko byle tylko nie okazało się, że jest zwykłym śmiertelnikiem, który jak inni popełnia błędy.

Jego niezachwiana wiara we własny geniusz doprowadziła do utraty pracy przez 22 tysiące osób oraz bilionowych strat, jakie ponieśli inwestorzy. On sam został zmuszony do przeprowadzki z najwyższego piętra oszklonego wieżowca do znacznie mniej przestronnej, więziennej celi. Dostał 24 lata bez możliwości zwolnienia przed upływem 20 lat. Oczywiście uznał wszystko za spisek. Pewnie dalej czuje się tak samo cenny. Nie sądzę jednak by więzienie, w którym przebywa rozważało wejście na giełdę.

Opinia jaką ma Skilling na swój temat nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jego mniemania, przez pierwszy okres kariery, gdy ważne było robienie wokół siebie szumu, zapewne były pomocne. Ale później, gdy sprawa przestała się do tego sprowadzać, doprowadziły do katastrofy. Skilling całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Jego inteligencja (naprawdę wysoka) na nic mu się nie przydała, bo nie potrafił odczytać tego, co wokół dzieje.

Mimo tego, że co pewien czas mamy okazje przyglądać się opłakanym skutkom działania ludzi takich jak Skilling czy ostatnio Madoff, ciągle pokutuje wyobrażenie, że w biznesie nie da się inaczej. Że co prawda bycie pyszałkiem zbyt estetyczne nie jest, ale to wynik ostrej konkurencji, XXI wieku czy specyfiki biznesu. Taki styl wydaje się odpowiednim przystosowaniem do warunków. Ale to nie jest prawda.

Ciągły rozwój

Jim Collins, który zajmuje się badaniem przedsiębiorstw odnoszących długotrwałe sukcesy, w książce „Good to great” (Od dobrego do wielkiego) jako pozytywny przykład opisuje firmę Kimberly-Clark. Jej szefem był Darwin E. Smith. Gdybyś zainwestował jednego dolara, w dniu w którym Smith objął jej stery, po 20 latach w dniu gdy przeszedł na emeryturę zrobiłoby się z niego 40 dolarów. To cztery razy lepszy wynik niż to, co osiągnęły dobre firmy giełdowe.

W 1971 roku, gdy Darwin E. Smith został wybrany prezesem, jeden z dyrektorów wziął go na bok i zapytał, czy zdaje sobie sprawę, że nie ma wszystkich potrzebnym na tej pozycji kompetencji. Smith ani się nie obruszył, ani nie zaprzeczył. Sam zbyt dobrze o tym wiedział. Nie uważał się za osobę wyjątkową ani wybitnie uzdolnioną. Po wielu latach, gdy osiągnął sukces, zadano mu pytanie jak udało mu się to zrobić. Smith odpowiedział:

- Nigdy nie zaprzestałem prób by zdobyć kwalifikacje do tej pracy.

Zespół Collinsa przebadał wiele firm. Okazało się, że w każdej z „wielkich” szefem był ktoś, kto przejawiał, jak to nazywa Collins „piąty poziom zarządzana”. Charakterystyczną cechą tego stylu jest osobista pokora (personal humility).

Żaden z szefów tych firm nie miał rozbuchanego ego. Nikt z nich nie twierdził, że wszystko wie, że jest najmądrzejszy, że nigdy się nie myli i zawsze osiąga sukcesy. Nikt z nich nie mówił o sobie per „geniusz” lub „urodzony talent”.

Szefowie tych firm:

…nigdy nie chcieli zostać super-bohaterami (larger-then-life hero). Nigdy nie aspirowali do tego by być na piedestale lub stać się niedosięgłą ikoną. Byli zwyczajnymi ludźmi, którzy bez rozgłosu osiągali niezwyczajne rezultaty.

Okazuje się, że to pokora jest kluczem a nie pycha.

Pokorny i zdeterminowany człowiek

Nie chodzi o dwóch różnych ludzi, mimo, że „pokorny zdeterminowany” brzmi jak oksymoron. Albo jesteś pokorny albo zdeterminowany? Niby dlaczego te dwie rzeczy miały się wykluczać? Collins pisze, że piąty poziom zarządzania to „paradoksalna mieszanka pokory osobistej z silną wolą”. Owszem tego rodzaju szefowie nie lubią mówić o swoich osiągnięciach, nie lubią błyszczeć na świeczniku. Ale to nie znaczy, że lubią zgadzać z każdym zdaniem i poddawać się każdej trudności. Przeciwnie. Dzięki temu, że nie muszą się promować i udowadniać geniuszu, potrafią skuteczniej niż inni zadbać o firmę. Gdy to nie ty jesteś w centrum własnej uwagi, ale firma, którą kierujesz, możesz osiągnąć naprawdę wiele.

Pyszałkowatemu Skillingowi, tak naprawdę nie zależało na firmie. Jemu zależało tylko na własnej wielkości.

Determinacja neurotyka

Jedynym ważnym dla Skillinga celem było pokazać światu swój geniusz. Jeżeli nie jestem geniuszem to niech się wali cały świat. Nic innego się nie liczy. Tysiące ludzi bez pracy, miliony osób tracących zainwestowane oszczędności – to mały pikuś w porównaniu z moją tragedią. Z tym, że ktoś zaprzecza mojej genialności.

Taka osoba robi wrażenie szalejącego tygrysa. Ale jej determinacja nie jest skierowana na konstruktywne działanie. Ten szalejący tygrys jest ślepy. Jego pazury trafiają w pustkę. Walczy z urojonymi duchami, które zagrażają jego urojonej tożsamości. Równocześnie nie dostrzega, że wokół zaciska się prawdziwa sieć.

To nie jest determinacja zdrowej osoby. Jest to typowy mechanizmem neurotyczny. Karen Horney tak go opisuje:

Oto mówi sobie, że jest i będzie kimś nieporównanie lepszym od „nich”. Stanie się kimś naprawdę wielkim i wszystkich zawstydzi. On im pokaże jak dalece go nie docenili i jak bardzo skrzywdzili. Stanie się wielkim bohaterem (w przypadku Stenhalowskiego Juliana – Napoleonem) prześladowcą, przywódcą, uczonym o nieśmiertelnej sławie.

Taki super-bohater stawia sobie szereg wymagań, ale nie po to by coś wnieść do świata, ale po to, by ciągle udowadniać sobie i innym swoją wyjątkowość:

Uzasadnieniem dla stawianych wymagań, jest przekonanie o posiadanych wybitnych przymiotach, na które składają się: większa od innych wiedza, „mądrość’ i zdolność przewidywania. (Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka)

Takie szarpanie się jest efektem wewnętrznej rozpaczy związanej z brakiem poczucia akceptacji. Skilling nie miał grama zdrowej akceptacji siebie. A z akceptacją siebie jest trochę jak z butami. Gdy są dobre, zapominasz o stopach. Gdy ciągle o nich pamiętasz, coś jest nie tak.

Ludzie, którzy akceptują siebie nie mają potrzeby zajmowania się sobą. Zapominają o sobie, jak zapomina się o wygodnych butach. Gdy ciągle wracasz do siebie, coś jest nie tak.

Pokorna determinacja

Gdy nie musisz walczyć z duchami, które zabierają ci twoją urojoną nieśmiertelność możesz zacząć osiągać coś rzeczywistego.

Darwin E. Smith był równocześnie pokorny i zdeterminowany. Pochodził z ubogiej rodziny i aby skończyć college, pracował dniami a uczył się nocami. Dzięki uporowi dostał się na prawnicze studia na Harvardzie. Gdy kilka miesięcy po objęciu posady prezesa, lekarze wykryli u niego raka krtani i dali mu rok życia, nie przestał ani na chwilę pracować. O chorobie poinformował zarząd, podkreślając, że ciągle jeszcze żyje. Dalej pracował jako prezes, równocześnie jeżdżąc na naświetlania. To tylko jego życie osobiste. Kierując firmą przejawiał jeszcze więcej determinacji.

To nie była sierotka, która na każdą przeciwność reaguje nieśmiałym westchnieniem: „może mi się uda” czy „byle nie zapeszyć”.

To był człowiek, który miał przed sobą cel i do tego celu dążył, nie rozpraszając się na olśniewanie innych.

Naprawdę silnym jest się wtedy, gdy nie tracisz energii na ukrywanie przed sobą własnych słabości. Cała siła może być wtedy skierowana na spójne, konstruktywne działanie. Wiem, łatwo się mówi a trudno to osiągnąć praktyce. Dziś, gdy szedłem do pracy nagle na mnie to spłynęło: Jak nieporównanie prostsze byłoby moje życie, gdybym nie musiał tak bardzo się starać być takim, jak sobie to wyobrażam. Ale powoli idę do przodu.

Kuerti zapytałeś mnie w komentarzu:

Zdaję sobie sprawę z własnych słabości, ale wierzę jednocześnie, że uda mi się je kiedyś poprawić… To pycha czy po prostu optymizm?

Dla mnie to nie jest pycha. Jeżeli nie traktuję się jak człowieka bezbłędnego, jeżeli nie mam w głowie etykiet, jaki to genialny jestem i nie tracę energii na podtrzymywania dobrego mniemania o sobie – nie ma to nic wspólnego z pychą. Gdy do tego znam swoje słabości – jestem realistą. Dla mnie nie jest to także optymizm, ale realizm połączony z nadzieją.

Pokora przecież nie wyklucza posiadania nadziei (marzeń czy pragnień). Twoje nadzieje, nawet te wielkie nie sprawiają, że stajesz się pyszny.

Ale jest jedna ważna rzecz. Nadzieja to nie żądanie. Czasem te rzeczy mylimy. Nadzieja to chcę. Chcę nawet bardzo mocno. Bardzo mi na tym zależy. Chcę wygrać zawody, napisać książkę, zbudować dom, znaleźć miłość życia, awansować, itp. To nic złego. Są ponoć zdrowi ludzie, którzy pozbyli się wszystkich pragnień. Nie spotkałem jeszcze i nie za bardzo wiem gdzie spotkać. Dla mnie posiadanie pragnień i dążenie do ich realizacji ze wszystkich sił jest zdrową rzeczą. A nawet niezbędną. Za dużo widziałem ludzi, którzy pozbawieni celów i marzeń, marnowali dzień za dniem.

Czymś innym jednak jest żądanie. Pragnienie to chcę. Żądanie to muszę. To neurotyczny, pyszałkowaty przymus. Gdy tak nie będzie świat się zawali, ludzie będą okropni, ja nie będę miał prawa istnienia. Żądam, bo „mi się należy”. Żądanie jest wtedy, gdy dążysz do wygrania zawodów, bo musisz, bo inaczej nie będziesz się czuł wartościową osobą. Wtedy, gdy dążysz do napisania książki, by udowodnić, że jesteś coś warty. Gdy dążysz do pieniędzy, bo inaczej będziesz czuł się nikim lub osobą pozbawioną wolności. Gdy szukasz bliskiej osoby, bo sam czujesz się nic nie warty.

Wywalić całe to muzeum

Pycha nie polega na tym, że czegoś chcesz od życia. Pycha polega na tym, że identyfikujesz się z pozytywnymi mniemaniami na swój temat.

Oczywiście być całkowicie pokornym jest ciężko. Anthony De Mello napisał:

Zaprawdę świętym był ten, kto powiedział „Jestem tylko czterema ścianami z pustką między nimi” Nikt nie może być pełniejszy.

To nie takie łatwe przez dłuższy czas być aż takim realistą. Ale wystarczy przestać zapełniać te cztery ściany swoimi pomnikami: pomnik genialnego szefa, który zawsze wygrywa; pomnik doskonałego kochanka; pomnik troskliwego rodzica, pomnik natchnionego muzyka… Tak samo nie należy wypełniać tych ścian pomnikami w innym stylu: pomnik nieśmiałego człowieka; pomnik człowieka, któremu nigdy nic się nie udaje; pomnik osoby, która nie ma talentu do pisania czy pomnik osoby, która biedna się urodziła i biedna umrze.

Zapełnianie naszych czterech ścian pomnikami sprawia, że miejsce do życia zmienia się w muzeum a my stajemy się jego kustoszami. Przestajemy żyć a zaczynamy konserwować. Czasem, gdy uda nam się uwieść innych, możemy mieć nawet całkiem spory ruch. Ludzie nas odwiedzają, podziwiają i gratulują. Ale ten ruch to tylko pozory życia.

Jak zabrać się za rozbijanie pomników? Kilka pomysłów z brzegu:

  • spisać listę swoich słabych stron (konkretnie) i opracować sposób pracy nad nimi,
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do swoich pomyłek i błędów,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię zbytnio i w sposób przesadny wychwalać, przyjąć tą część pochwał, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną (mimo, że przyjemną),
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najlepszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kto jest lepszy i poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię chwalą i nigdy nie krytykują (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które zawsze doskonale ci wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo zajmujesz się zbyt łatwymi rzeczami)
  • gdy czujesz się doskonały i zaawansowany zająć się rzeczami, których nie umiesz i które ci kiepsko wychodzą. Najlepiej raz na jakiś czas zacząć uczyć się rzeczy, co do których myślisz, że „nie masz uzdolnień” (np. nauczyć się chińskiego, gry na klarnecie, surfowania czy wyszywania haftem krzyżykowym).

To lista raczej dla tych, którzy mają pomniki „patetyczne”. Nie należy przesadzać, bo nie chodzi o zmianę pomników patetycznych (ja-geniusz) na dramatyczne (ja-ofiara losu).

Dla kolekcjonerów pomników dramatycznych proponuję:

  • spisać listę swoich mocnych stron (konkretnie),
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do tego co ci wychodzi i w czym osiągasz sukcesy,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię w sposób przesadny krytykować, przyjąć tą część krytyki, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną,
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najgorszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kogo możesz poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które nigdy ci nie wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo stawiasz przed sobą zbyt trudne cele)
  • Wreszcie nauczyć się czegoś dobrze i dość w jakiejś umiejętności do wyższego poziomu zaawansowania.

* * *

Masz może jakiś inne pomysły? Co o tym myślisz?

Zanurkować w deszcz

Zanurkować w deszcz

Opublikowano 26 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Od pewnego czasu w wolnych chwilach czytam książkę napisaną w 1928 roku przez japońskiego psychiatrę Shōma Morita. Najczęściej czytam ją porcjami dziesięciominutowymi, ale to wystarczy by mieć wiele do myślenia. Ostatnio przeczytałem historię wyleczenie pewnej pacjentki.

Pacjentka z atakami palpitacji

Kobieta od kilku lat cierpiała na ataki bólu i palpitacje serca. W trakcie ataków nie mogła położyć się na łóżku, ale ze względu na ból musiała siedzieć podparta. Ataki zawsze powtarzały się codziennie przez kilka dni.

Podczas badań okazało się, że kobieta jest zdrowa od strony fizycznej – ma zdrowe serce i nie cierpi na schorzenia, które mogłyby wywoływać ból.

Podczas pierwszej rozmowy pacjentka powiedziała, że tej nocy ból na pewno się pojawi, bo poprzedniej miała pierwszy atak. Morita relacjonuje:

Poprosiłem ją, by wieczorem przyjęła w łóżku poziomą pozycję (taką, w której atak jest najbardziej prawdopodobny) i postarała się samodzielnie wywołać ból. Poprosiłem ją, by uważnie obserwowała, od samego początku cały przebieg ataku. Obiecałem, że jeżeli to zrobi, nauczę ją zapobiegać atakom w przyszłości. Zapewniłem ją, że nawet, gdyby miała odczuwać ból przez całą noc, warto wytrzymać by w perspektywie na stałe pozbyć się dolegliwości. Klientka obiecała, że tak postąpi.

Podczas następnej wizyty, opowiedziała, że próbowała zrobić tak, jak jej poleciłem, ale nie była w stanie wywołać ataku. Zasnęła w przeciągu pięciu minut i nie obudziła się aż do rana. Gdy zapytałem ją czy myśli, że ataki powrócą, odpowiedziała, że jest przekonana, że nie, gdyż jest od nich uwolniona, mimo, że nie potrafi powiedzieć dlaczego. Wyjaśniłem jej, że to taitoku [termin zen oznaczający wiedzę pochodzącą z bezpośredniego doświadczenia, będącą przeciwieństwem rikai – wiedzy pochodzącej z intelektu]. Ta wiedza nie jest ani teorią ani ideologią.

Gdy zaakceptowała moją instrukcję, stała się zdeterminowana do tego by cierpieć przez całą noc i zanurkować w tym, co ją przeraża. Przestała obawiać się ataku, który ma nastąpić i przestała zajmować się kwestią uniknięcia go. To był powód, dla którego atak nie nastąpił. Poprzednio, gdy spodziewała się ataku, chciała go uniknąć, to wywoływało konflikt mentalny, który powiększał cierpienie i lęk.

Bez potrzeby unikania bólu

Czytając ten opis uświadomiłem sobie, że dokładnie ten sam proces był podstawą mojego małego sukcesu związanego z prawem jazdy (pisałem o nim tutaj). Poprzednio ile razy chciałem zdać egzamin, bałem się związanego z tym bólu. Bałem się:

  • wstydu, że nie zdam,
  • zażenowania (taki stary, a jeszcze nie ma prawa jazdy),
  • rozczarowania (własnego i innych ludzi)
  • etykietki mało zdolnego, itp.

To wszystko było na tyle nieprzyjemne, że moja energia się rozpraszała. Z jednej strony starałem się skupić na nauce i zadawaniu, z drugiej zminimalizować nieprzyjemności. W efekcie byłem jak ktoś, kto chce dojść do domu, ale zamiast tego przeskakuje od okapu do okapu, bo zaczął padać deszcz a on nie ma parasola.

Fragment osiemnastowiecznej, księgi samurajów Hagakure cytowałem już w „Energii wewnętrznej”:

Jest coś, czego możesz się nauczyć podczas burzy. Gdy dopadnie cię nagła ulewa, nie próbuj się przed nią schować, ale szybko pobiegnij drogą. Przechodzenie od okapu do okapu nie uchroni cię od wody. Gdy jesteś zdeterminowany od samego początku, nie pogubisz się, mimo, że przemokniesz.

Gdy nasza uwaga jest rozproszona miedzy unikaniem deszczu a szybkim dotarcie do celu, zazwyczaj grzęźniemy gdzieś po drodze. Stajemy się pogubieni, nie dość klarowni.

Cel – gdzie biegnę?

Gdy toczą się sprawy życia i śmierci nikt nie bawi się w unikanie deszczu. Nie muszą to być dosłownie sprawy życia i śmierci. Wystarczy, że są to np. kwestie finansowe. Ile osób jest w stanie solidnie zmoknąć, byle im dobrze zapłacili? Ale mogą to być także sprawy innych ludzi.

Dla mnie dużą siłą jest uświadomienie sobie ceny, jaką inni zapłacą za moje zaniedbania. Ja sam wszystko jeszcze jakoś zniosę, ale dlaczego inni mają płacić za moje lenistwo?

Dla wielu z nas taka zewnętrzna motywacja jest bardzo silna. Znacznie silniejsza niż np. oczekiwanie, że będę się dobrze bawić lub będę bardziej doskonały.

Cel, który nie dotyczy nas samych ma w sobie siłę, która uodparnia nas na niewygody. Gdy jedyne, na czym mi zależy jest moje samopoczucie, dobra zabawa czy doskonałość, staję się nadmiernie wrażliwy na przeszkody. Mdleję przed byle pogorszeniem warunków.

Gdy dążę, do czegoś poza mną, kwestie samopoczucia przestają być tak ważne. Staję się znacznie mniej delikatny.

Moje wewnętrzne niedogodności przestają być ważne, gdy widzę siebie jako człowieka działającego w świecie i przekształcającego ten świat.

Nie chodzi o to by być twardym

Wiele osób zna nieco podobną strategię. To stary, żołnierski sposób „na twardziela”: gdy idziesz w bój, przygotuj się na śmierć. Gdy np. boisz się wystąpienia publicznego wyobraź sobie, co najgorszego może cię spotkać. Zobacz jak cię wyśmiewają i krytykują. Albo, gdy wstydzisz się podejść do nieznanej osoby, pomyśl, co najgorszego może się stać. Wyśmieje cię? Wezwie policję?

Czasem zdarza mi się mieć ciężki czas podczas pisania. Siedzę i trudno mi wydusić z siebie coś sensownego. Piszę i od razy kasuję. Boję się, że nie napiszę nic sensownego i nikt nie znajdzie w tym nic przydatnego. Co zrobić? Zgodnie z tą metodą, powinienem wyobrazić sobie niezadowolonych czytelników. Fajnie, tylko, że gdy to widzę, wcale nie chce mi się pisać. Po co mam to robić? Jakim cudem mam mieć ochotę pisać dla ludzi, którzy tego nie potrzebują?

Nie jestem masochistą. Nie muszę pisać. Nie muszę występować publicznie. Nie należę do tych, którzy robią coś, bo ktoś im kazał. Nie chodzę już do szkoły. Nie mam nad sobą szefa. Jak coś mi się nie podoba, nie robię tego.

Ciekaw jestem czy ktokolwiek zastosował sposób „na twardziela” więcej niż trzy razy. Za pierwszym razem może być skuteczny na zasadzie autosugestii. Za trzecim, siła sugestii maleje i okazuje się, że gdy wyobrażam sobie swoje porażki jest jeszcze gorzej. Jestem przekonany, że ktoś, kto poleca tą metodę, sam nie próbował je używać.

Morita wcale nie przekonywał klientki o tym, że w życiu trzeba być twardym. Słowem nie, że musi być gotowa do tego by znosić ból. Zamiast tego dał jej cel. Cel w świetle, którego ból stał się mało ważny. Ciągle dokuczliwy, ciągle nieprzyjemny i nie chciany, ale mało ważny.

Twardziel, to ktoś, kto szuka trudności dla samej trudności. To ktoś, kto wybiega na deszcz by udowodnić (często także sobie), że się go nie boi. To nie jest ani postawa samuraja, ani mądrego człowieka. Nie chodzi o to, by być mokrym. Jak nie musisz nie wychodź na deszcz. A jak musisz wyjść i masz przy sobie parasol, to wyciąg go zanim wyjdziesz. Jeżeli możesz uniknąć deszczu – uniknij.

Nigdy jednak nie trać czasu na szukanie parasola, gdy masz coś ważnego do załatwienia. Nie pozwól by krople deszczu ci przeszkodziły.

Skoro i tak zmokniesz, jaki ma sens chowanie się przed deszczem?

Skoro i tak będziesz cierpieć, jaki ma sens chowanie się przed cierpieniem? Lepiej cierpieć z sensem, idąc do przodu niż bez sensu, usiłując wszystko wygodnie ułożyć.

Lepiej czuć ból biegnąc z determinacją do przodu, mając świadomość, że robisz coś ważnego, niż czuć ból będąc schowanym pod okapem.

Znosić z odwagą codzienne cierpienie, które jest konieczne – to jest mądrość.

Rozejrzyj się wokół

Ktoś może powiedzieć, odróżnić cierpienie, które warto znosić, od tego, które nie warto, jest bardzo trudno. Tak, trudne dla naszego intelektu. Ale gdy masz przed sobą ważny cel i nie oszukujesz siebie samego, dobrze wiesz, co musisz znieść, a co nie.

Gdy ciągle masz wątpliwości, to znak, że jeszcze usiłujesz dopasować siebie samego do papierowych fantazji. Że ciągle starasz się stosować do jakichś ideałów.

By wyjść z tego błędnego koła, rozejrzyj się wokół siebie. Choćby na chwilę zobacz, co się dzieje wokół ciebie.

Przestań ciągle szukać odpowiedzi na pytanie o to jak się dziś czujesz, dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa i jak możesz zmienić swoje życie. Zamiast tego pomyśl, co się dzieje w ludziach, którzy cię otaczają. Co czują? Czego się boją? Z czego się cieszą?

Przestań przygotowywać się do życia, bo ten deszcz zawsze będzie padał. Nigdy nie przyjdzie odpowiedni moment.

Przestań przygotowywać się na śmierć, bo to ciągle jest szukanie własnej wygody i skupianie na sobie. Nie ma w tym nic szlachetnego. Zamiast tego otwórz oczy i rozejrzyj się wokół.

Kiedyś rozmawiałem z trenerką, która przed szkoleniem była bardzo przejęta tym, jak wypadnie. Była tak skupiona na tym, że drżały jej ręce i łamał się głos. Im bardziej starała się zapanować nad sobą, tym było z nią gorzej. Zaczęła się mi żalić na to, co przechodzi.

Zapytałem ją czy ma pojęcie, jak się czują uczestnicy szkolenia. Czy mogłaby wymienić przynajmniej trzy rzeczy, których się boją? Okazało się, że wspólnie możemy znaleźć znacznie więcej obaw. Boją się, że szkolenie będzie stratą czasu, że nie zrozumieją, o co chodzi, że okażą się niepojętni, że po powrocie ze szkolenia przełożony powie im, że nie rokują nadziei, że prowadzący wytknie im niewiedzę.

Gdy dotarło do niej, że istnieje jeszcze świat poza jej własnym, że inni ludzie w tej samej sytuacji mogą mieć równie ciężko, nie czekając na początek zajęć poszła wśród ludzi i zaczęła z nimi rozmawiać. Zamiast dogadzać sobie, poczuła, że jest potrzebna innym.

Kiedyś słyszałem taką historię:

Młody chirurg ma po raz pierwszy dyżur na oddziale nagłych przypadków. Przywożą mu okropnie poparzonego pacjenta. Chirurg chce mu pomóc, ale czuje tremę. Pierwszy raz tak wiele od niego zależy. Nie wie, czy uda mu się wszystko bezbłędnie zrobić. Przed zabiegiem dzwoni do przyjaciela i zwierza się, że jest strasznie spięty i nie czuje się najlepiej w tej sytuacji.

- Nie czujesz się najlepiej? – mówi przyjaciel – pomyśl jak czuje się ten człowiek!

Młodemu chirurgowi robi się głupio. Zobaczył, że jest skupiony na rzeczy najmniej ważnej. Zamiast myśleć o sobie, skupia się na pacjencie i robi wszystko, co może.

Gdy się boisz nie dbaj o to, co się z tobą dzieje. Nie szukaj ulgi. Nie staraj się być bardziej dojrzałym, bardziej akceptującym czy bardziej twardym.

Boisz się? To dlatego, że ciągle skupiasz uwagę na sobie. Myślisz, że świat wokół ciebie jest mniej ciekawy? Że i tak nie uda ci się utrzymać na nim uwagi? Spróbuj. Otwórz oczy i przyjrzyj się temu, co cię otacza. Popatrz na miejsce w którym jesteś. Przyjrzyj się ludziom, jacy cię otaczają. Zobacz czego potrzebują i czym żyją? Sam ocenisz, czy chcesz wrócić do ciągłego wpatrywania się w lustro.

Założę się, że szybko sobie uświadomisz co ważnego masz do zrobienia na świecie. Gdy tylko sobie to uświadomisz, natychmiast zacznij biec do przodu. Nie czekaj aż przestanie padać deszcz. Zanurkuj w nim, choćby był największy.

I tak go nie unikniesz. A tak, przynajmniej się nie pogubisz.

Liczy się świat, a nie twoje niedoskonałości

Po chwili biegu, złapiesz się na tym, że znów lecisz pod okap. Nie rób z tego afery. No cóż, nie jesteś doskonały. Nazywaj się jak chcesz. Głupi, leniwy, spięty, niegodny, niedojrzały…

To tylko mało ważne etykiety. Tak, ciągle jeszcze bardziej skupiasz się na sobie a nie na świecie. Ale to nie jest takie ważne. Po prostu wróć do swojego biegu. On liczy się bardziej niż twoja doskonałość.

Gdy masz ochotę się wycofać

Gdy masz ochotę się wycofać

Opublikowano 06 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Zawsze jest zbyt wcześnie na to by się poddać. Jason Kidd
Wycofuj się tylko wtedy, gdy odniesiesz sukces. David K. Reynolds

Znowu nowa firma

Mam znajomą, która jakiś czas temu wpadła na nowatorski pomysł. By go zrealizować założyła firmę i rozpoczęła działanie. Potrzebowała na początek kilku klientów i niewielkiego zainteresowania mediów. Pogratulowałem jej odwagi i życzyłem sukcesów. Po kilku tygodniach, skontaktowałem się i zapytałem, co z firmą. Powiedziała:
- Wiesz, siedzę już w czymś innym. Lepszy target i lepszy produkt.
- Ale co z tamtym pomysłem?
- Już mnie tak nie ciągnie.
- Ale jakie efekty? Czy udało ci się to, co miałaś w planach?
- To było nieco trudniejsze niż myślałam, doszłam do wniosku, że szkoda czasui i wysiłku. Może coś jeszcze z tego będzie, ale teraz skupiam się na czymś innym.

Faza pierwsza: w pełnym słońcu

Większość naszych projektów, zaczyna się w słońcu. Wpada nam do głowy jakiś nowy, rewolucyjny pomysł. Nie możemy przestać o nim myśleć. Wymyślamy nazwę firmy, rejestrujemy domenę, dopracowujemy biznes plan, wymyślamy logo, chwalimy się znajomym.… To może wyglądać inaczej, ale zapewne znasz gorączkę nowości.

Dobrze czuć radość, ekscytację, wierzyć, że podbijesz świat, że nikt jeszcze czegoś takiego nie widział, że ludzie przysiądą z wrażenia, że głodne masy czekają tylko na ciebie. Do pewnego momentu łatwo jest działać z energią.

Ale przychodzi chwila, by pokazać to ludziom.
Wspaniale, gdy są zachwyceni i wszystko dzieje się tak, jak sobie człowiek wymarzył.
Ale bardzo rzadko tak jest.

Faza druga: smuga cienia

Niestety, większość projektów, w którymś z momentów wchodzi w smugę cienia. Pojawiaj się trudności. Głodne masy się nie rzucają. Ludzie nie mdleją. Klienci nie walą oknami. Nikt nie prosi cię o to byś przyjął wyższe stanowisko. Twoje cv nie robi zbyt wielkiego wrażenie i nikt nawet nie raczy się z tobą skontaktować. Waga nie spada tak szybko jak to miało być. Nie osiągasz takich wyników…

No może nie jest najgorzej, ale daleko nie tak, jak byś chciała czy chciał.

Tego, co czujesz, pewnie nie nazwałbyś zniechęceniem. Ani tym bardziej rozczarowaniem. Tylko jakoś dziwnie straciłeś miętę do projektu. Już nie jest tak atrakcyjny.

Przestało świecić słońce. Twój projekt znalazł się w smudze cienia.

W smudze cienia jest nudno, niewygodnie, nieprzyjemnie, duszno, nieco smutno. Bez polotu. Gdzieś tam w środku, coś ci być może mówi: nie liczysz się, nie uda ci się, może to wszystko jest bez sensu.

Ucieczka ze smugi cienia

Nikt nie lubi być w smudze cienia. Po co tam tkwić, skoro jest dobre i szybkie wyjście? Jesteś osobą kreatywną, szybko możesz wymyślić coś nowego i lepszego. Zamiast się męczyć, możesz zacząć pisać nową, lepszą książkę, możesz założyć lepszą firmę, możesz założyć nową stronę, możesz zacząć ćwiczyć coś innego, możesz posprzątać, itp.

To idealne rozwiązanie. Porzucasz smugę cienia i wracasz do świata słońca. Znowu wierzysz w siebie i sens tego, co robisz. Nie musisz się męczyć z wątpliwościami, nudą i niewdzięcznym robieniem poprawek.

Dobrze-się-zapowiadacze

Tyle tylko, że jeżeli choć raz zgodzisz się uciec ze smugi cienia, do końca życia będziesz czuł taką pokusę.

Jeżeli pozwolisz, by nowy, fascynujący projekt zajął miejsce tego starego i nudnego, ryzykujesz, że staniesz się kolejnym dobrze-się-zapowiadaczem. Będziesz zostawiać za sobą, niedokończone, dobrze rokujące projektu. Szkice i drafy. Strony bez treści z dumnymi zapowiedziami. Nic nie znaczące, zarejestrowane nazwy firm.
Ale nie widzisz tego, co zostaje za tobą, bo myślami jesteś przy następnej rzeczy. Wydaje ci się większa i bardziej pasjonująca. Jak to powiedziała moja znajoma „lepszy target, lepszy produkt” (cokolwiek to znaczy).

Nie wychodź ze smugi cienia – niech ona wyjdzie

Gdy pojawia się smuga cienia, skuteczne działanie wymaga czegoś odwrotnego niż to, na co mamy ochotę.

Nie opuszczaj cienia. Nie uciekaj. Nie szukaj ulgi. Zostań w cieniu, tak długo jak trzeba. To nie ty masz uciekać. To ona ma ustąpić.

Czujesz zniechęcenie? I co z tego? Kto powiedział, że nigdy go nie poczujesz? Kto powiedział, że to taki ogromny problem?

Wytrzymasz czy zemdlejesz?

Moja córka – jak każde dziecko – czasem marudzi i rozpacza na byle czym. Kiedyś miała niewielką ranę na kolenie. Po prostu zdarta skóra. Nic wielkiego, rzecz chyba sprzed dwóch dni. W ogóle o niej nie pamiętała, do chwili gdy weszła do wanny. Musiało ją trochę zaszczypać. Zaczęła krzyczeć, płakać, stanęła na jednej nodze i kategorycznie stwierdziła, że nie pozwoli się umyć. Normalnie bym spełnił jej prośbę, ale tym razem byłem pewny, że przesadza.

Zapytałem ją:
- Boli cie?
- Bardzo, bardzo, bardzo
- A jaki to jest ból, czy taki jakby gryzł cię krokodyl?
- Nie…
- To może taki, jakby gryzł cię kotek?
- Nie.
- A może taki, jakby kotek chwycił cię pazurkami?
- Nie…

I tak doszliśmy do stwierdzenia, że jest to ból, taki jakby mała mrówka chodziła i trochę szczypała. Okazało się, że można go wytrzymać i umyć nóżkę.

Dorośli ludzie w taki sam sposób panicznie reagują na wewnętrzne, nieprzyjemne uczucia.
Gdy tylko poczują się nieco gorzej, zaczynają panikować:

- Och, nie zniosę tego, czuję się tak zniechęcony, tak przerażony, tak osłabiony …. muszę coś z tym zrobić.

I zamiast po prostu wytrzymać – coś co jest całkowicie do zniesienia – tracą czas na jakiś bzdury w stylu kotwiczenia, wprowadzanie się w trans, przepracowywania, itp. Zamiast pomóc, to tylko rozprasza ich siły. Przyjemniej jest zająć się swoimi wewnętrznymi stanami niż pracować będąc w strefie cienia. W efekcie dostajesz dobre samopoczucie, ale robota pozostaje niezrobiona.

Warto, gdy pojawia się w tobie potrzeba ulgi, zadać sobie pytanie:
-Czy naprawdę to taki wielki ból? Czy nie jestem w stanie go znieść?

Jeżeli masz coś do zrobienia, a ból i zniechęcenie jakie czujesz nie wywołuje katatonii, to po prostu to zrób.

Gatunek ludzki przestałby istnieć, gdyby ludzie nie potrafili działać mimo negatywnych doznań. Kobiety rodzą dzieci, mężczyźni się boksują, asceci głodują na pustyni, alpiniści znoszą ból głowy w rozrzedzonym tlenie, itd.

Smuga cienia ustępuje zawsze, gdy działasz. Im więcej wygody pragniesz, tym mniej masz realnych możliwości.

Ocena

To oczywiście nie oznacza, że wszystko, zawsze należy kończyć. I że bez względu na wszystko trzeba wytrzymywać zniechęcenie. Są projekty, które lepiej porzucić niż skończyć. Ale bądźmy szczerzy – to rzadkie przypadki. Jesteśmy cywilizacją twórczych, rozczulających się nad sobą ludzi i porażki częściej są efektem braku wytrwałości (nazywam to twardymi czterema literami) niż złych pomysłów.

Ile razy masz ochotę zająć się czymś nowym zadaj sobie pytanie, czy jest to:

  • Ucieczka, próba uniknięcia konfrontacji z przeciwnościami.
  • Działanie strategiczne, przemyślane i uzasadnione.

Gdy nie możesz tego znieść

Zanim podejmiesz się czegoś nowego (założysz nową firmę, zaczniesz pracę na nową książką, zaczniesz uczyć się kolejnego języka, itp.) sprawdź, co się dzieje w tym obszarze, z którego się wycofujesz.

Przychodzą mi na myśl cztery pytania:

  • Czy masz jasno zdefiniowane cele? Czy wiesz, co chcesz osiągnąć? Jeżeli nie wiesz, zawsze będziesz zniechęcony. Jeszcze raz przypomnij sobie co jest teraz twoim celem.
  • Czy te cele ciągle są ważne? Może już przestały. Może nigdy nie były dla ciebie ważne, bo pochodziły od kogoś innego. Nie odkładaj pracy, ale po prostu z niej zrezygnuj
  • Czy twoje cele i standardy są wygórowane? Czy naprawdę ludzie muszą zemdleć? Czy muszą o tobie pisać gazety? Czy musisz zdobyć tysiąc subskrybentów w ciągu miesiąca, czy musisz napisać książkę w ciągu trzech tygodni)? Obniż standardy tak by przystawały do twoich obecnych możliwości
  • Czy masz poczucie, że jesteś w stanie skutecznie poradzić sobie z przeszkodami, jakie się pojawiły? Może czujesz, że czegoś nie umiesz? W takiej sytuacji zamiast zmagać się ze zniechęceniem lepiej poprosić kogoś o pomoc, lub poświęcić trochę czasu na naukę.
  • Samodyscyplina

    Samodyscyplina

    Opublikowano 29 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

    Pewnego dnia pracowałem w moim biurze dłużej niż zwykle. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jest prawie piąta. Byłem umówiony na piątą! Jak mogłem zapomnieć?! Szybko zamknąłem komputer i spakowałam się. Biegiem do drzwi wyjściowych. Chwyciłem za klamkę. Bezruch. Zamknięte od zewnątrz.

    Drzwi mają zamek Gerda. Nie cierpię tych zamków. Gdy ktoś przekręci klucz z zewnątrz, nie można ich otworzyć od środka. Mój sąsiad z biura obok wyszedł wcześniej i zapomniał sprawdzić, czy ktoś jeszcze jest.

    Byłem uwięziony. Do tego bardzo się spieszyłem.

    Biuro jest na pierwszym piętrze. Wyjść przez okno się nie da. W budynku nie żadnej obsługi (strażników czy portierów). Nikt by nie usłyszał mojego tłuczenie się. Nie miałem gdzie zadzwonić po pomoc.

    Do pracy ludzie przychodzą rano. Po piątej rzadko ktoś się pojawia.

    Podszedłem do okna i domyśliłem się co muszę zrobić. Otworzyć okno, zatrzymać jakiegoś przechodnia, rzucić mu klucz i poprosić by mnie otworzył.

    Łatwo powiedzieć. Otworzyłem okno. Na zewnątrz był hałas. Raz na jakiś czas ktoś przechodził. Ale przecież nikt nie chodzi z oczyma utkwionymi w moje okno. Trzeba przyciągnąć uwagę człowieka. Krzyknąć, albo przynajmniej głośno mówić.

    Akurat ktoś przechodził. Wziąłem oddech i … nic. Odsunąłem się od okna. Jestem osobą nieśmiałą. Nie chorobliwie. We wielu obszarach jestem śmiały, np. stosunkowo bez problemów przemawiam przed grupą. Jednak moją piętą achillesową jest inicjowania kontaktów. Nie potrafię bez stresu zaczepić kogoś, kogo nie znam. A nawet, jeżeli już jestem w stanie to zrobić (czasem się zdarza) to zaczepianie kogoś krzykiem, z wysokości pierwszego piętra, nie do końca mi się podobało. Bądźmy szczerzy. To mnie przerażało. Trudno mi wyobrazić coś bardziej stresującego.

    Nogi się pode mną ugięły. Poczułem się słabo, zabrakło mi oddechu, głos ugrzązł w krtani…

    - Nie, nie jestem jeszcze gotowy – wyszeptałem – muszę się przygotować. Zacząłem próbować różnych metod, wzbudzałem w sobie odwagę i pewność siebie, tłumaczyłem sobie, wyciszałem się, patrzyłem z innej perspektywy, dysocjowałem…

    Czas mijał. Było już prawie dziesięć po piątej. Być może do rano rozwiązałbym swoje problemy emocjonalne.

    Wtedy zrozumiałem, że jedynym sposobem jest przestać walczyć z emocjami.

    - Tak jestem świrem, jestem spięty i nieśmiały, głos mi się łamie, boję się i nic nie mogę z tym zrobić.

    Podszedłem do okna:

    - Proszę pana…. mój głos brzmiał bardzo niemrawo. Rzeczywiście jestem nieśmiały – pomyślałem – całkowita sierota. Gość na dole, nawet nie zwrócił na mnie uwagi.

    - Halo, proszę pana – spróbowałem nieco głośniej, mimo, że miałem ochotę uciec. – Halo… Człowiek w końcu podniósł głowę.

    - Mam wielką prośbę. Kolega zamknął mnie od zewnątrz. To Gerda i nie da się jej otworzyć od środka. Mógłby pan wziąć te klucze i otworzyć od zewnątrz?

    - Proszę rzucić

    Po chwili byłem wolny.

    Na tym właśnie polega samodyscyplina. Zrobić coś, niezależnie od tego, co czujesz, dlatego, że wiesz, że trzeba to zrobić. To nie jest łatwe.

    Samodyscyplina nigdy nie jest łatwa. Ale staje się łatwiejsza, gdy przyjmujesz otwarcie, „na klatę”, wszystkie emocje jakie czujesz. Gdy przestajesz szukać w sobie odwagi, dzielności czy śmiałości i skupiasz się na tym, co masz do zrobienia. Zrobiłem to jak sierota. Głos mi się łamał i byłem spięty. Wątpię jednak by przechodzień to zauważył.

    Samodyscyplina nie polega na próbie kontroli swoich emocji czy wmawianiu sobie, że jest się odważnym, pracowitym czy skupionym.

    Shōma Morita napisał:

    Machnij ręką na siebie. Zacznij działać teraz, gdy jesteś neurotyczny, niedoskonały, wiecznie zwlekający, leniwy, niezdrowy czy też jakiejkolwiek innej niecelnej etykiety w odniesieniu do siebie używasz. Idź naprzód i bądź najlepszą niedoskonała osoba, jaką możesz być i zabierz się za rzeczy, jakich chcesz dokonać, zanim umrzesz.

    Nie walcz, nie próbuj się zmieniać, nie podbijaj siebie. Dostrzegaj i czuj to, co się dzieje w twoim środku, ale swoją energię skup na tym, co masz do zrobienia.

    Gdy zaczniesz już działać, zobaczysz, że twoje emocje i stany zaczną same się zmieniać i iść za tym, co robisz. Gdybym jeszcze kilka razy był zmuszony zaczepić w ten sposób ludzi, stałbym sie całkiem odważny. Odpukać… Wcale mi na tym nie zależy. Lubię swoją nieśmiałość.

    Samodyscyplina, która polega na sterowaniu emocjami czy myślami, to walka z wiatrakami. Mimo chwilowych sukcesów, nigdy jej nie wygrasz.

    Skuteczna dyscyplina polega na działaniu. Po pierwsze musisz wiedzieć co trzeba zrobić. Po drugie musisz skupić swoją uwagę na działaniu a nie na sobie. Gdy walczysz ze swoimi emocjami czy myślami, jesteś skupiony na sobie, a nie na świecie zewnętrznym.

    Siedem zasad prostego życia z celem

    Siedem zasad prostego życia z celem

    Opublikowano 11 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

    Siedem zasad, które ostatnio są dla mnie ważne. We większości zaczerpnięte od Shomo Morita, który stał się ostatnimi czasy kimś w rodzaju przewodnika.

    Być może któraś z tych zasad będzie pomocna także dla ciebie. Mnie pozwalają wyzwolić się z głupiej gonitwy opierającej się na fałszowaniu rzeczywistości i ściganiu własnego ogona.

    Pierwsza. Przyjmuję wszystko co się dzieje wewnątrz mnie. Nie ukrywam się przed niczym, co zechce pojawić się w mojej świadomości. Nie udaję przed sobą, że nie mam jakichś emocji. Np. nie udaję, że jestem pełny siły, gdy nie jestem. Nie udaję, że mam doskonały humor, gdy czuję smutek. Nie udaję spokoju, gdy wewnątrz czuję złość. Przyjmuję wszystko co zechce się we mnie pojawić. Otwarcie przyjmuję zarówno emocje przyjemne jak i nieprzyjemne. Otwieram na nie cierpliwą i wyrozumiałą uważność.

    Druga: Porzucam nadzieję na zmianę swoich myśli i odczuć. Porzucam poczucie odpowiedzialność za emocje i myśli jakie odczuwam. Porzucam oczekiwania na to bym się stał innym człowiekiem, bym miał inne myśli, odczucia, wyobrażenia, bym w inny sposób wyglądał, miał inne ciało czy inaczej mówił. Mam to, co powinienem mieć. Próby jakichkolwiek zmian siebie przez siłę woli są nieskuteczne. Mogę tylko usiłować zmienić swoje odczucia, ale nie mogę ich zmienić. Nie jestem odpowiedzialny za emocje i myśli jakie do mnie przypływają. Np. myśl: to co robię jest bez sensu, nie jest moją winą i nie muszę jej na gwałt zmieniać. Nie jest moją winą smutek, złość czy zagmatwanie. Tak samo jak nie jest moją winą stan nieba za oknem – to czy są na nim chmury czy słońce.

    Trzecia: Przyjmuję pełną odpowiedzialność za wszystkie moje działania. Jestem odpowiedzialny za wszystkie moje czyny, niezależnie od tego jak się czuję. To jakie myśli przychodzą mi do głowy oraz jakie emocje czuję, nigdy nie jest wytłumaczeniem zaniechania jakiegoś działania czy zrobienia czegoś, czego nie powinienem robić. Gdy człowiek spowoduje wypadek wjeżdżając na czerwone światło, to, że czuł pośpiech nie jest okolicznością łagodzącą. Każdy z nas, codziennie robi setki rzeczy na które nie ma żadnej ochoty – chodzimy do dentysty, wstajemy wcześnie rano, witamy się ze zrzędzącym sąsiadem, płacimy podatki, itp. Nikt z tego nie robi problemu. Mówienie „ale ja się bardzo bałem” nie wyleczy zepsutych zębów. Jestem w pełni odpowiedzialny za wszystkie moje działania, niezależnie od tego co czuję. Jeżeli nie mam najmniejszej ochoty wymyć garów, nie jestem odpowiedzialny za to ile zapału czuję do mycia garów, ale jestem w pełni odpowiedzialny za to, czy gary są wymyte czy nie.

    Czwarta: Pozwalam sobie dostrzec świat wokół mnie. Przestaję utrzymywać skupienie uwagi na mnie samym – moich odczuciach czy myślach. Utrzymywanie uwagi na sobie samym jest jak skupianie się na szybie, zamiast na widoku za nią. Zza najbrudniejszej szyby można zobaczyć wspaniały widok a przez najbardziej czystą taflę niczego można nie zobaczyć. Gdy tylko mogę skupiam swoją uwagę na tym, co mnie w danej chwili otacza – na innych ludziach, niebie, powietrzu…. Świat za oknem jest ciekawszy niż samo okno. To moje złe nawyki trzymają mnie skupionego na własnym nosie. Pozwalam sobie na to by skupić się na świecie za oknem. Gdy mój wzrok znowu skupia się na brudach za oknem (lub pięknych ornamentach), dostrzegam je a następnie patrzę co jest ciekawego poza nimi.

    Piąta: Pamiętam o swoim marzeniu i celach, choćby nie wiem jak wydawały mi się nierealne, odległe czy śmieszne. Zadaję sobie pytanie: Co teraz jest moim celem? Do czego teraz dążę? Gdy piszę staram się przypominać sobie po co to piszę. Jaki problem chcę rozwiązać. Jakiej rozrywki chcę dostarczyć. Komu chcę pomóc. Co jest moim celem?

    Szósta: Skupiam się na kolejnym kroku. W każdej chwili mogę zrobić jeden mały krok do przodu. Jeżeli znam swój cel, mogę skupić się na kolejnym kroku. Nie mogę zrobić wszystkiego od razu. Skupiam się na tym, co mam pod nosem. Nie czekam, aż zmienią się warunki, ktoś mi pomoże, lepiej się poczuję czy wreszcie nauczę się wszystkiego, czego powinienem umieć. Wszystko, co mogę teraz zrobić, to…….. Nie jest ważne co mogą zrobić inni by mi pomóc. Nie jest ważne, co mogę zrobić kiedyś, w przyszłości. Ważne jest to, co ja mogę zrobić teraz .

    Siódma: Rezygnuję, dopiero gdy mi się uda. Jestem osobą, która łatwo się wycofuje. Często czuję, że to co robię nie ma sensu. Często zabieram się za coś innego, bo wydaje mi się, że odniosłem totalną porażkę. Potem okazuje się, że wcale tak źle nie było. To wszystko tylko myśli i odczucia. Nie jest ważne dlaczego i skąd się wzięły. Szkoda czasu na ich leczenie i analizę. Wiem, że są po prostu jak stara zrzędząca baba, która chce mnie zepchnąć z mojej drogi. Mówi tym głośniej im bardziej chcę ją zagłuszyć. A gdy robię swoje mimo jej zrzędzenia, cichnie. Tak, zmienię swoje cele, wycofam się, zrezygnuję – ale dopiero gdy uda mi się to do czego dążę.

    Która z zasad wydaje ci się przydatna? Którą stosujesz? Którą warto zastosować? Której nie mógłbyś stosować?

    Nową notkę opublikuję dopiero po tym, jak zbierzemy tu siedem komentarzy ;-)

    Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

    Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

    Opublikowano 02 czerwca 2009 | By | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 4 komentarze

    Akceptacja siebie jest pierwszym krokiem

    Czy to, że należy otworzyć się na wszystko co w sobie mamy (i jeszcze ten post) w sobie oznacza, że mamy tacy zostać? Poddać się i zrezygnować z naszych wizji? Ponieważ jestem mały i bezradny, to nic innego nie mogę, jak tylko siedzieć i czekać? Ponieważ się boję, to lepiej nie będę się forsował, w końcu mam żyć w zgodzie z tym co czuję?

    Co ze słowami Williama Jamesa

    Istoty ludzkie poprzez zmianę swoich wewnętrznych postaw, mogą zmieniać zewnętrzne aspekty swojego życia.

    Czy to tylko pobożne życzenie?

    Mam nadzieję, że nikt tego w ten sposób nie rozumie. Przyznanie się do negatywnych uczuć nie oznacza, że mamy zrezygnować. Akceptacja wszystkiego co w sobie mam jest pierwszym krokiem na drodze do tego zmieniać siebie i swoje życie.

    Zanim jednak zaczniesz się zmieniać, musisz nauczyć się wsłuchiwać w siebie. Musisz rozwinąć w sobie nawyk wpuszczania światła, wszędzie tam, skąd dobiegają niepokojące dźwięki, tam gdzie coś się kryje.

    Lokator małego mieszkania

    Był sobie człowiek, który mieszkał w jednym ciasnym pokoju. Pokój był tak mały, jak te z reklamówek IKEA. Aby położyć się spać musiał złożyć stół i schować krzesła. Aby zrobić coś do jedzenia musiał schować łóżko i wystawić książki za drzwi. Widoki z okna też nie miały w sobie przestrzenni. Ceglasta ściana innego budynku. Także akustycznie mieszkanie był nieprzyjemne. Z mieszkań obok ciągle dobiegały jakieś dziwne dźwięki. Czasem pełne złości okrzyki, czasem kłótnie, czasem szlochy i zawodzenie. Miał już tego dość. Marzył by coś się zmieniło.

    Któregoś dnia odwiedził znajomego. Jego kilkupokojowe mieszkanie wydawało mu się wielkie, przestronne i wspaniałe. Widok z okien go zachwycał. Lokator ciasnego mieszkanka poczuł się jak w raju. Znajomemu pochlebiał jego zachwyt. Zaproponował mu, że jeżeli tak bardzo mu się to wszystko podoba, może zrobić sobie kilka zdjęć jego mieszkania.

    - Naprawdę, będziesz tak dobry dla mnie? Zapytał pełny szczęścia – To doskonały pomysł. Gdy wywieszę te zdjęcia w swoim mieszkaniu, będę mógł czuć się, tak jakbym był tutaj.

    Obfotografował mieszkanie, poszedł do zakładu fotograficznego i kazał sobie zrobić największe odbitki jakie można. Gdy wrócił do swojej ciasnoty porozklejał zdjęcia wokół. W jego ciasnym mieszkaniu zrobiło się bardziej przestrzennie. Gdy patrzył na ścianę i widział duże zdjęcie, wydawało mu się że też ma takie wspaniałe mieszkanie jak jego znajomy. Nawet na oknie nakleił zdjęcie. Teraz, tak jak znajomy, gdy patrzył w stronę okna widział zielone drzewa. Czuł się o niebo lepiej. Wydawało mu się, że nie słyszy już nawet hałasów zza ścian. Przeszkadzały mu tylko czasem w nocy, gdy było ciemno. Ale wystarczyło zaświecić światło i popatrzeć na ściany.

    Po pewnym czasie przywykł. Zdjęcia przestały mu dawać poczucie przestrzeni. Ale odkrył, że wystarczy zdobyć nowe zdjęcia na ścianę. Za niewielką opłatą, właściciele większych mieszkań z chęcią dzielili się tym, co widzą po przebudzeniu. Jedne zdjęcia przylepiał na drugie, aż po paru latach narosła całkiem spora ich warstwa. Nasz lokator był bardziej zadowolony ze swojego życia.

    Któregoś wieczora usłyszał nieśmiałe pukanie do drzwi. Gdy otworzył drzwi zobaczył ubranego na szaro staruszka. Już miał go przegonić, ale staruszek wydał mu się znajomy. Rozmawiało im się tak dobrze, że zaprosił go do środka na herbatę. Gdy staruszek spojrzał na ściany powiedział:

    - Widzę, ze marzysz o większej przestrzeni. To dobrze. Powiedz tylko, dlaczego nie sprawdziłeś, co jest za drzwiami na tej ścianie?

    Staruszek wskazał jedną ze ścian.

    - Drzwiami? Tu przecież nie ma żadnych drzwi.

    - Może masz rację. Może mi się tylko wydawało? Powiedział z uśmiechem staruszek i poszedł.

    - Miły człowiek – westchnął lokator ciasnego mieszkania – ale trochę zakręcony. Jego myśli zaczęły jednak krążyć wokół tego co powiedział. W końcu nie wytrzymał i zaczął zrywać z niej wszystkie zdjęcia i plakaty, jakie przez lata na niej przyklejał. Pod spodem rzeczywiście były drzwi. Już zupełnie zapomniał o tym, jak wyglądało jego mieszkanie, zanim zaczął ozdabiać jego ściany.

    Pchnął je nieśmiało. Z ciemnej szpary dobiegał zawodzący, smutny dźwięk, ten sam, który wiele razy słyszał, tylko przestał na niego zwracać uwagę. Szybko zamknął drzwi i przykrył ścianę zdjęciami. Nie podobało mi się to. Nie chciał nic o tym wiedzieć.

    Położył się spać mając nadzieję, że wszystko będzie jak dawniej. Nie mógł zasnąć. Nie pomogło przykrywanie się poduszką i liczenie owiec. Wstał, wyciągnął latarkę, jeszcze raz zerwał wszystko ze ściany i pchnął drzwi. Był przerażony, ale mimo tego zrobił krok do przodu. Pokój był pusty, a zawodzące płaczliwe dźwięki dobiegały z niesprawnej wentylacji. Gdy się oswoił, rozejrzał się i zobaczył okiennice. Gdy je otworzył, pokój okazał się jasnym pomieszczeniem, który wymagało tylko niewielkiego remontu.

    To nie było jego jedyne odkrycie. Z duszą na ramieniu i latarką w dłoni  odrywał kolejne pomieszczenia. Jedno za drugim. W końcu zrozumiał, całe życie mieszkał w małym, ciasnym, kiepsko położonym pokoiku, który był częścią wielkiego, zamku. Gdyby nie strach przed dźwiękami dobiegającymi zza ścian, gdyby nie zdjęcia powieszone na ścianie, być może dawno by odkrył, że jest właścicielem wspaniałego, ogromnego zamku. Znacznie większego i piękniejszego niż to, co widział u innych. Być może już dawno by się przeniósł, do obszernej wspaniałej komnaty o jakiej zawsze marzył.

    Gdy ktoś go odwiedzał i patrzył z rozmarzeniem na przestrzeń w jakiej mieszkał, nigdy nie pozwalał robić zdjęć. Zamiast tego dawał mu latarkę i pytał: „Czy sprawdziłaś kiedyś, co masz za ścianą?”

    Wpuść światło

    Wpuść światło, tam skąd dobiegają zatrważające dźwięki. Może nic tam nie będzie, może to tylko wiatr, albo buszujące myszy, a może – kto wie – będzie tam jakiś potwór, który czeka na oswojenie? Nie ma jednak innej drogi do tego by zacząć mieszkać we większym mieszkaniu. Przyklejanie na ścianę wspaniałych widoków daje tylko złudzenie przestrzeni. Gdy powtarzasz zaklęcia i zapewnienia o tym, jak wszystko jest wspaniałe, zaklejasz drzwi, które powinieneś pokonać. Jesteś bogaty, jesteś wspaniały, ale najpierw wpuść światło.

    Nie ma skutecznej zmiany, która by opierała się na tłumieniu siebie. Jeżeli chcesz zmienić swoje życie i swoją postawę, musisz zacząć od wsłuchania się w siebie. Nic nie można w sobie zmienić, tak długo, póki najpierw tego nie doświadczysz.

    Czego się boisz? Czego się obawiasz? Jakie stoją przed tobą lęki?

    Patrz im w oczy. Oswajaj je. Bądź do nich większy. Nie pozwalaj im zabierać przestrzeni. Nie udawaj, że ich nie ma.

    Photo by JoopDorresteijn 

    1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 5,00 out of 5)
    Loading ... Loading ...
    Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

    Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

    Opublikowano 29 maja 2009 | By | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 2 komentarze

    Afirmacje

    Problem z niektórymi afirmacjami polega na tym, że próbujmey odcinąć jakąś część nas samych. Okrajamy się, stosujemy wobec siebie gwałt. Przypominamy rodzica, który bije dziecko równocześnie mówiąc do niego bardzo cię kocham. Psycholodzy taką postawę nazywają czasem brakiem kongruencji (spójności). Wielu z terapeutów dowodzi, że trzymywana przez dłuższy czas prowadzi do schizofrenii.

    Być może taka postawa w odniesieniu do siebie nie jest aż tak groźna. Ale brak spójności w relacjach z sobą na pewno nie jest czymś zdrowym. Nie możesz bez żądnych następstw mówić sobie kocham się, w pełni się akceptuję, szanuję się, równocześnie tłumiąc i nie dopuszczając do głosu jakieś części siebie.

    Miłość wymaga zaakceptowania wszystkiego – także uczucia własnej bezradności i nieporadności.

    Niedzielna zjeżdżalnia

    Kilka dni temu, w niedzielne przedpołudnie poszedłem z córką na plac zabaw. Było duszono i hałaśliwie. Trochę bolała mnie głowa, najchętniej bym się położył na ławce i usnął.

    Zamiast tego siedziałem na skraju piaskownicy w której siedziała Zuzia i ziewając patrzyłem tępym wzrokiem w dal. Potem poszliśmy na huśtawki. Znudzony pomagałem jej się huśtać. Całe szczęście zbliżała się pora obiadu.

    - Zuziu musimy wracać, mam już czeka z obiadem

    - Dobrze, ale jeszcze zjeżdżalnia.

    To była ta większa zjeżdżalnia. Wysoka na jakieś dwa metry. Zuzia bawiła się na niej poprzedniego lata. W tym roku była pierwszy raz. Powoli weszła na górę i ostrożnie zbliżyła się do rynny. Usiadła i zamiast jechać zaczęła się rozglądać. Przestałem ziewać i podszedłem do niej.

    - Dlaczego nie zjeżdżasz?

    - Tatusiu, ja się boję…

    Z tyłu naciskał na nią tłum zziajanych dzieciaków.

    - Dobrze, to przepuść inne dzieci. Nie musisz zjeżdżać.

    Przepuściła dzieci i zaczęła schodzić. Powoli, trzymając się poręczy, na zgiętych nogach. Stawiała małe, bojaźliwe kroczki. Szła tak, nawet wtedy, gdy na najniższym poziomie, kilkanaście centymetrów nad ziemią. Inne dzieciaki wymijały ją podśmiewając się.

    Poczułem złość. Gdy zeszła wygarnąłem bezmyślnie:

    - Jak mogłaś pozwolić sobie pozwolić na taki strach!

    Nic nie powiedziała, mnie zresztą też nie interesowała jej reakcja. Wziąłem ją za rękę i powiedziałem:

    - Idziemy do domu.

    Piętnaście sekund później, gdy wyszliśmy z placu zabaw, zaczęła płakać.

    - O co chodzi? – zapytałem, ciągnąc ją w stronę domu

    - Chcę tam wrócić.

    - Gdzie?

    - Na zjeżdżalnię! Chcę spróbować jeszcze raz.

    - Ale przecież się bałaś.

    - Nie będę się bała.

    - Może jutro, teraz musimy iść do domu – nie miałem najmniejszej ochoty wracać.

    Im dalej byliśmy placu, tym głośniej płakała. Nie chciała iść, więc wziąłem ją na ręce.  W jednej ręce płaczące dziecko, w drugiej rowerek. Z plac zabaw było jakieś dwadzieścia minut drogi. Działałem jak typowy rodzic. Spokojny, mimo, że w środku zły, z poczuciem przecież lepiej wiem, co dla ciebie dobre. Wymieniałem porozumiewające spojrzenia z innymi rodzicami: no tak, zdarza się, kto nie miał do czynienia z kapryszącym dzieckiem?

    W końcu doszliśmy do domu. Ona mokra od łez, ja od potu. Tak długo nigdy jeszcze nie płakała. Wreszcie się zaniepokoiłem.

    - Dobrze Zuziu, jak ci tak zależy, możemy wrócić….

    To wcale nie pomogło, zaczęła płakać jeszcze bardziej.

    Kucnąłem i pogłaskałem główkę. Powiedziała łkając:

    - Tatusiu, ja się zastanawiam czy ty mnie jeszcze lubisz…

    Wreszcie dotarło do mnie co się dzieje. Wziąłem ją na kolana, przytuliłem i powiedziałem:

    - Tak Zuziu. Lubię cię. I lubię cię także wtedy gdy się boisz. Wcale mi to nie przeszkadza jak się boisz.

    Uspokoiła się natychmiast. Dopiero teraz dotarło do mnie, że moja uwaga rzucona po zejściu ze zjeżdżalni sprawiła, że dziecko poczuło się odrzucone i jak najszybciej chciało odzyskać pełnię miłości. Jak najszybciej chciała zasłużyć na miłość. Zmienić to, co jej zdaniem odrzuciłem. W końcu, gdy ktoś kocha twoją część, to tak jakby wcale nie kochał.

    Ponieważ ojcu nie spodobało się, że się przestraszyła, jak najszybciej musiała pokonać siebie i zrobić coś, co sprawi, że znowu poczuje jego szacunek. Poprzez swoją gruboskórność, nie zauważałem tego.

    Potem powiedziałem jej:

    - Naprawdę lubię cię, także wtedy gdy się boisz. To nic złego bać się czegoś. Czasem dopiero po kilku próbach odważamy się coś zrobić. Po prostu musimy próbować więcej razy. A czasem jak się nawet odważymy, ciągle się trochę boimy. Wiem, że gdy kilka razy spróbujesz, w końcu się odważysz zjechać. Może nie za następnym razem, ale na pewno ci się to uda. Wiesz, co ja też często się boję. Na przykład boję się wizyty znajomych (mieli za godzinę być u nas i rzeczywiście byłem spięty).

    Zaciekawiona popatrzyła na mnie

    - Chciałbym, żebyś mi pomogła. Pomożesz?

    - Tak!

    Byłem ciekaw, czy następnego dnia ciągle będzie chciała spróbować. W końcu główny powód, dla którego tak jej zależało na zmierzeniu się z trudnością minął. Gdyby dała sobie spokój, byłby to argument dla tych, którzy twierdzą, że tylko napięcie i poczucie braku popycha nas do przodu, że człowieka trzeba ciągle czymś straszyć i coś mu zabierać, bo inaczej będzie stał w miejscu.

    Chciała. W inny sposób niż w niedzielę. To nie było rozpaczliwe i niekontrolowane muszę, muszę, muszę. Teraz podeszła do tego spokojnie i z radością. To była postawa fajnie, że mogę spróbować, cieszę się na to, że mogę zrobić coś trudnego. Gdy na placu zaproponowałem byśmy poczekali, aż nikogo na zjeżdżali nie będzie, z chęcią się zgodziła. Gdybyśmy wrócili tam w niedzielę, pchałaby się na ślepo, nie zwracając na nic uwagi.

    Wyszła na górę, ja stanąłem obok.

    - Tatusiu, trochę się boję.

    - To może łatwiej będzie, jak będę dotykał twojego bucika.

    - Dobrze.

    Zjechała i była dumna z siebie.

    Kochać w całości

    Jeżeli komukolwiek mówisz „kocham cię”, ale odrzucasz go wtedy gdy czuje się słaby, zalękniony czy bezradny, tak naprawdę nie wiesz co to znaczy miłość. Możesz odrzucać zachowania drugiej osoby (np. dłubanie w nosie, kłamanie czy nie mycie rąk do obiadu) ale nigdy nie możesz odrzucić jego uczuć. Są rodzice – mam wrażenie, że głównie ojcowie – którzy w imię zrobienia ze swoich pociech „porządnych ludzi” mówią:

    - Nie maż się!

    - Jak możesz być taką ofiarą?!

    - Jak możesz się tym przejmować!

    - Natychmiast przestań płakać!

    W ten sposób odrzucają swoje dziecko i wysyłają mu komunikat: jesteś do niczego! Tym samym blokują dziecku możliwość poradzenia sobie z jego emocjami. Jeżeli kogoś kochasz, nie możesz odrzucić żądnych jego emocji. Szczególnie poczucia bezradności. Tak na marginesie: ci „twardzi rodzice”, w swoim życiu zazwyczaj normalnymi, zakamuflowanymi tchórzami.

    Relacja z sobą

    Dokładnie tak samo jest w naszych relacja z sobą samym. Nie możesz blokować, tłumić czy odrzucać bezradnej części siebie. Akceptować siebie oznacza dostrzec wszystkie uczucia. Także te, jakich wolałbyś nie mieć.

    Afirmacje nigdy nie powinny w tobie niczego tłumić ani blokować. Inaczej będziesz wobec siebie jak rodzic, który mówi “jak się nie odważysz, to nie jesteś godzien mojego szacunku”. Kto ma kochać bezwarunkowo, jak nie on?

    Kto ma dawać nam wsparcie, jak nie my sami?

    Zanim zastosujesz jakąkolwiek afirmacje, otwórz się na wszystkie odrzucone uczucia. Poczuj je. Nie obawiaj się, nie zawładną tobą. Jesteś większy niż one. W tym poście zależało mi na tym, by ci pokazać, że istnieje coś takiego, jak mechanizm tłamszenia tego, co mamy wewnątrz. Nie było rad praktyczynych, bo nie taki był cel. Ale jeszce wrócimy do tematu.

    Być wobec siebie uczciwym

    Być wobec siebie uczciwym

    Opublikowano 26 maja 2009 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 8 komentarzy

    Afirmacje czy kłamstwa?

    Dawno temu Napoleon Hill napisał:

    Dobrze znany jest fakt, że człowiek w końcu uwierzy w coś, co sobie wytrwale powtarza, niezależnie od tego, czy to coś jest prawdą czy fałszem. Jeśli człowiek będzie w siebie uporczywie wmawiał jakieś kłamstwo, w końcu przyjmie je za prawdę.

    Hill się mylił. Zasada „kłamstwo sto razy powtarzane staje się prawdą” obowiązuje być może w propagandzie. Jeżeli chodzi o rozwój osobisty, kłamstwo wywołuje stres, wrzody i dyskomfort.

    Abraham Lincoln zadał kiedyś pytanie:

    - Ile nóg będzie miał pies, jeżeli ogon nazwiemy nogą?

    I odpowiedział na nie:

    - Cztery. Nazywanie ogona nogą nie czyni z niego nogi.

    Kłamstwo jest kłamstwem. Powtarzanie sobie kłamstw z intencją przechytrzenia swojej podświadomości jest mało skuteczne. Jospeh Murphy wspomina:

    W ciągu ostatnich 35 lat rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy głównie narzekali: „Całe tygodnie i miesiące mówiłem sobie: jestem zamożny, jestem bogaty – i nic z tego”. Wkrótce odkryłem, iż mówiąc: jestem zamożny, jestem bogaty – czuli w głębi duszy, że tylko się okłamują. Pewien mężczyzna powiedział mi: „Aż do znudzenie powtarzałem, że jestem bogaty. Tymczasem moja sytuacja tylko się pogarszała. Wiedziałem po prostu, że moje stwierdzenie nie odpowiadają faktom”.

    Tymczasem Rhonda Byrne daje radę:

    Jeśli słowa „Nie stać mnie na to” pojawiły się na twoich ustach zastąp je słowami „Stać mnie na to! Mogę to kupić!”. Powtarzaj to w kółko. Jak papuga.

    Postaw sobie za punkt honoru, by przez następne trzydzieści dni patrzeć na wszystko, co ci się podoba i mówić sobie „Stać mnie na to. Mogę to kupić”. Kiedy widzisz przejeżdżający obok siebie samochód marzeń powiedz „Stać mnie na niego”. Kiedy widzisz ubranie, które ci się podoba, powiedz „Stać mnie na nie”

    Robiąc to, zaczniesz przekonywać samego siebie , że stać cię na te rzeczy.

    Załóżmy, że wchodzę do salonu sprzedaży samochodów mojej ulubionej marki. Staję przed samochodem i powtarzam sobie:

    - Stać mnie na niego. Stać mnie na wszystko, czego tylko zapragnę.

    Za pierwszym razem brzmi to trochę mało przekonywująco. Jakaś część mnie odzywa się:

    - Nieprawda, nie możesz sobie na to pozwolić, masz przecież tylko trzy stówy, a ta maszyn kosztuje trzysta tysięcy!

    - Zamknij się! – mówię – nie przeszkadzaj, przecież widzisz, że staram się przyciągnąć pieniądze. Jestem bogaty, stać mnie na niego, mogę mieć wszystko …

    - Głupoty, przecież brakuje ci dwieście dziewięćdziesiąt siedem tysięcy…

    - Cicho bądź. Jak uwierzę, to pieniądze do mnie same przyjdą. Stać mnie na to, stać mnie na to, stać mnie na to, stać…

    - Głupoty, chyba w to nie wierzysz…

    Zazwyczaj nie uświadamiamy sobie tego dialogu, ale pewne jest, że gdzieś tam wewnątrz się toczy. Inaczej nie byłoby potrzeby powtarzania tych zapewnień w kółko.

    Po pewnym czasie oporny wewnętrzny głosik rzeczywiście cichnie. Człowiek może powtarzać swoje afirmacje ze swobodą.

    Kim była ta protestująca część i co się z nią stało? Czy to było coś co bez żalu można wyrzucić?

    Nie, to ważna cześć ciebie, jest niezbędna do tego by podejmować decyzje, planować działania, oceniać ryzyko i pokonywać trudności.

    Nie zniknęła, ale została odepchnięta. Odszczepiłeś ją od siebie. Osłabiłeś jej wpływ. Blokując ją wprowadziłeś do siebie dysharmonię. Nauczyłeś się, że nie możesz sobie ufać. Nauczyłeś się, że twoje osądy są błędne, że należy je twardą ręką zdusić i podporządkować wyczytanym gdzieś hasłom. Nauczyłeś się, że kłamstwo jest więcej warte niż obserwacje.

    Popatrzmy na to z boku. Jeżeli mamy dwa fakty:

    • Twój wymarzony samochód kosztuje trzysta tysięcy złotych.
    • Masz na koncie trzysta złotych

    Czy wniosek:

    • Stać mnie na niego

    Jest (a) prawdziwy (b) fałszywy?

    Gdybyś był sprzedawcą samochodu, kogoś, kto wybrał (a) uznałbyś za idiotę. Gdy mówisz sobie „stać mnie na to” robisz z siebie idiotę. Własnoręcznie usiłujesz wyprać swój mózg.

    Potrzebujesz wszystkich

    Wyobraź sobie, że pracujesz w zespole, który składa się z kilku osób. Każda jest bardzo różna, ale wszystkie są niezbędne. Jedną z nich jest dziewczyna (nazwijmy ją Krystyna), której mocną stroną jest umiejętność krytycznej oceny sytuacji. Kryśka jak nikt inny potrafi dostrzec zagrożenia i pułapki, jakie stoją na drodze planowanych przedsięwzięć. Dzięki niej zespół zawczasu przygotowuje odpowiednie działania i omija niebezpieczeństwa. Kryśka nie jest wszechstronna. Ma wady. Jej słabą stroną są wizje. Nie zawsze je chwyta. Czasem jest też męcząca. Podczas dyskusji, zdarza się jej narzekać na całkiem dobre plany. Czasem wprowadza do zespołu napięcia. Zazwyczaj jednak zespół zyskuje na jej obecności. Krystyna zmusza innych jego członków do zaradności. Któregoś dnia jednak, wizjoner Wicek (którego mocną stroną są śmiałe wizje przyszłości) przejmuje kontrolę nad zespołem. Krytyczna Kryśka działa mu na nerwy. Ma już dość jej zrzędzenia. Gdy tylko Kryśka zaczyna coś mówić, on mocnym głosem powtarza swoją kwestię. Gdy Krystyna zaczyna: „brakuje nam jeszcze…” Wicek wchodzi jej w głos i mówi „wszystko mamy, wszystko mamy”. Powtarza to tak długo, póki Kryśka nie zamilknie. W końcu zniechęcona Kryśka nie wytrzymuje i wychodzi. „No, nareszcie…” wzdycha z ulgą Wicek i zabiera się do pracy. Niestety zespół pozbawiony Krystyny nie jest tak skuteczny. Jego plany są oderwane od rzeczywistości. Nie uwzględniają zagrożeń i pułapek. W efekcie wszystko bierze w łeb.

    Ten zespół to twoje możliwości. Są różnorodne. Dysponujesz różnymi spojrzeniami na świat. Nie możesz pozbyć się niewygodnych członków i oczekiwać, że wszystko będzie doskonale działało. Niewygodni członkowie wprowadzają napięcie. Pytanie jednak, co jest twoim celem? Czy ważniejsze jest żyć w spokoju, czy stworzyć nową rzeczywistość?

    Możesz tworzyć rzeczywistość, ale musisz w tym celu w pełni wykorzystać wszystkie swoje możliwości. A przede wszystkim nie możesz wprowadzać w swój wewnętrzny świat kłamstwa.

    Kłamstwo nie tworzy przed nami nowych możliwości. Odwrotnie – zamyka je przed nami.

    Jak pisze Jung:

    Nie jesteśmy w stanie czegoś zmienić, tak długo, jak tego nie zaakceptujemy. Wyparcie się czegoś nie wyzwala a więzi.

    Powtarzanie „stać mnie” wzmacnia lęk

    Jeszcze jedna wątpliwość odnośnie strategii „powtarzania” brzmi: skoro cię stać, a pieniądze szerokim strumieniem do ciebie płyną, po jaką cholerę masz sobie powtarzać, że cię stać?

    Zdarzyło ci się coś ostatnio kupić za gotówkę? Ile razy, zanim kupiłeś, powtarzałeś sobie „stać mnie na to”? Ja miesiąc temu kupiłem płaski telewizor. Ponieważ miałem pieniądze, wszedłem do sklepu, wybrałem i zapłaciłem. Jakoś nie miałem okazji powtórzyć sobie ani razu „stać mnie na niego”. Moje myśli krążyły nie wokół tego czy mnie stać, ale wokół tego, jaki mam wybrać model.

    To, czy cię stać jest jednorazową decyzją. Gdy ciągle do tego powracasz, to znak, że nie jesteś pewny.

    - Może jednak mnie nie stać?

    - Stać mnie na to.

    - Może jednak warto przemyśleć?

    Im mniej masz pieniędzy, im mniej pewnie się czujesz pod, tym więcej razy powtarzasz sobie hasło „stać mnie na to”.

    Gdy podjąłeś decyzję, samo powracanie do niej, może wzbudzić w tobie lęk.

    Przez wiele lat pracowałem jako trener. Zdarzało mi się pracować z młodymi, niedoświadczonymi trenerami, którzy zaczynali i jeszcze bali się szkoleń. Wielu z nich się kamuflowało, chcąc jak najlepiej wypaść przede mną, ale ich lęk zawsze było łatwo rozpoznać. Jednym z objawów jest międlenie zapewnień „uda się”. Sami powtarzają i chcą by inni im powtarzali zapewnienia typu „Dam sobie radę. Jestem dobrze przygotowany. Na pewno dobrze pójdzie”.

    Ktoś, kto się nie boi, po prostu nie zajmuje się tym, jak mu pójdzie. Skoro robiłeś już to szkolenie dziesiątki razy i zawsze było w porządku, dlaczego teraz miałbyś sobie coś tak oczywistego powtarzać? Ale gdy ci ciągle ktoś zwraca uwagę, na to jak pójdzie, sam zaczynasz się zastanawiać czy aby tym razem wszystko będzie dobrze?

    Takiemu struchlałemu, młodemu trenerowi nie można pomóc zapewniając go, że jest dobrze przygotowany. Każde kolejne zapewnienie sprawi, że stanie się coraz bardziej nerwowy. Mówi mu się: „Przestań o tym myśleć, skup się na czymś innym. Nie zastanawiaj się czy ci wyjdzie, czy nie. Zamiast tego zainteresuj się kim są uczestnicy szkolenia, przejrzyj materiały albo zastanów się co ciebie w tym szkoleniu rusza. A w każdym razie więcej mi o tym nie mów!”.

    Ścieżka tchórza, ścieżka wojownika

    Kłamstwo – zarówno to, serwowane innym ludziom, jak i sobie – jest oznaką tchórzostwa. Kłamię, bo boję się powiedzieć prawdę. Kłamię, bo boję się przyznać. Kłamię, bo boję się, że nie wytrzymam. Okłamując siebie grzęźniemy w strategii unikania doświadczeń. Tłamsimy się, gwałcimy nasze poczucie odwagi i szlachetności. Jeżeli wejdziesz na ścieżkę tchórzostwa, stopniowo coraz więcej rzeczy będzie cię przerażać. 

    Masz dwie ścieżki. Ścieżkę tchórza i ścieżkę wojownika.

    Wojownikiem stajesz się gdy potrafisz przyjąć na siebie rzeczy trudne, niewygodne i ciężkie. Gdy potrafisz znieść własny strach, wątpliwości, obawy i brak. Wojownik brzydzi się kłamstwem. Prawda jest dla niego ważniejsza niż samopoczucie.

    Gdy patrzy prosto w oczy swojego strachu, poczucia nieadekwatności, czy braku – to wszystko wcale nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale przestaje nim rządzić. Staje się mniejsze niż on.

    Jest wiele zasad / sztuczek / technik / zasad, które powalają człowiekowi żyć, tak jak chce i sprowadzać swoje marzenia na ziemię, po której stąpa. Ale jedna zasada jest podstawowa:

    - Nigdy nie okłamuj samego siebie. Nie wmawiaj sobie, że jest inaczej niż widzisz. Nie neguj faktów. Bądź uczciwy wobec siebie. Szanuj, to co czujesz i to co widzisz.

    Produkowanie problemów

    Co takiego przerażającego jest w fakcie, że brakuje mi 297 tysięcy? Co jest w tym takiego upokarzającego, blokującego, przerażającego? Czy to ma jakikolwiek związek z tym, co uda mi się zrobić w przyszłości? Nie mam 297 tysięcy, ale to przecież nie jest żadna przeszkoda by tyle zrobić. Gdy zaczynasz wałkować afirmacje, zaczynasz robić problem z tego, że nie masz pieniędzy.

    Nie chodzi tylko o pieniądze. Okłamujemy się w wielu znacznie bardziej istotnych sprawach:

    • jestem szczęśliwy
    • jestem spokojny i zrelaksowany
    • jestem genialny
    • jestem inteligentny
    • wszyscy mnie kochają

    Czy gdy sobie to mówisz, czujesz, że to prawda?

    A może lepiej się przyznać, że czuję się teraz:

    • smutny i rozczarowany
    • zdenerwowany
    • głupi
    • opuszczony

    Co takiego strasznego jest w tym, że tak się czujesz? Pozwól by świat płynął. Przyjmuj siebie, takim jakim jesteś. Nie chowaj się pod płaszczykiem zapewnień, w które i tak do końca nie wierzysz. Nie radzę ci byś usiadł i płakał. Radzę ci tylko być otworzył się na zmiany.

    Wszystkiemu, co istnienie potrzebna jest swoboda
    Cały świat należy do tych, którzy pozwalają mu
    Płynąć lekko, zgodnie z naturalnym porządkiem
    Ale jeśli ktoś się wysila i pozostaje
    W nieustannym napięciu
    Świat wydaje się niezwyciężony

    (Tao te king, 48)