Tag Archives: pasja
Czy opłaca się być autentycznym?

Czy opłaca się być autentycznym?

Opublikowano 22 października 2011 | By | Kategorie: Bez kategorii | 4 komentarze

Dwa powody dla których warto być prawdziwym

Dlaczego autentyczność? Autentyczność jest ważna z dwóch powodów: zewnętrznego i wewnętrznego. Zewnętrznego – bo w coraz większym stopniu pozwala osiągnąć sukces. Wewnętrznego – bo bez niej nie można poczuć prawdziwego zadowolenia z tego, co robimy.

Łatwiej zaakceptować drugi punkt. Mało kto liczy na to, że osiągnie prawdziwą satysfakcję udając. Nawet, gdy taką wybraliśmy drogę – np. uśmiechamy się do klientów, których w rzeczywistości nie cierpimy – liczymy, że któregoś dnia przestaniemy to robić. I mamy nadzieję, że dopiero wtedy, gdy będziemy mogli robić co nam się podoba i mówić co tylko nam w duszy gra, poczujemy prawdziwą satysfakcję.

Ale czy rzeczywiście autentyczność pozwala osiągnąć sukces? Czy rzeczywiście jest ważna z powodu zewnętrznego? Czy autentyczność nie jest czymś tylko dla mnie samego? Czymś, na co większość z nas może sobie pozwolić dopiero wtedy, gdy przejdzie przez czyściec udawania, gier i kamuflażu?

Czy opłaca się kłamać?

Jakiś czas temu przyjąłem zasadę by nie akceptować zasad moralnych i etycznych, jeżeli mi się to nie opłaca. Postanowiłem nie bawić się w grę pod tytułem: tak trzeba, bo tak mówią, a mówią, bo tak trzeba. Skoro moi prarodzice już zżarli to zakazane jabłko pozwalające określać samodzielnie co jest złe a co dobre, to nie będę udawał, że jestem naiwnym niewiniątkiem. Brzmi to może nieco przerażająco (nie akceptować zasad etycznych, z których nie ma się korzyści) ale zaręczam, że na razie nie odkryłem żadnego przykazania, które by mi się nie opłaciło. Problem z zasadami moralnymi nie bierze się z tego, że ktoś chce sam podejmować decyzję o tym, co jest dla niego dobra a co złe. Problem polega na tym, że często nie umiemy szerzej popatrzeć na siebie samego – na to kim jesteśmy i na to, czego pragniemy.

W programie telewizyjnym o którym wspominałem parę dni temu, dostałem pytanie czy trudno jest kłamać. Powiedziałem, że nie. Badania jakie przeprowadzono wskazują ponad wszelką wątpliwość, że przeciętna trafność jaką ludzie osiągają rozpoznając kłamstwa wynosi 54%. Mówiąc inaczej ta trafność jest nieznacznie wyższa niż przypadek. Gdybyś wziął monetę i umówił się z sobą, że jak wypadnie orzeł uznasz, że ktoś mówi prawdę a jak reszka, że kłamie – osiągnąłbyś trafność na poziomie 50% (tak samo prawdopodobne byłoby to, że trafisz, jak i to, że się pomylisz). Ci z nas, którzy są przekonani, o tym, że trudno ich okłamać zazwyczaj osiągają wyniki poniżej normy – 20%-30%. I dotyczy to nie tylko przeciętnych ludzi, ale także psychologów, sędziów czy policjantów – osób, które teoretycznie powinny radzić sobie lepiej. Na pierwszy rzut oka sprawa wygląda zatem tak, jakby opłacało się kłamać. A gdy jeszcze opanujemy kilka dodatkowych trików (np. będziemy pamiętać by się nie wiercić, trzymać otwarte dłonie i patrzeć w oczy) – staniemy się kłamcą praktycznie nie do wykrycia.

Nie jest trudno kłamać. To sprawa banalnie prosta. Jeżeli nie masz do czynienia z kimś specjalnie przeszkolonym w odkrywaniu kłamstw, zadanie jest banalnie proste. Oczywiście istnieje jakieś ryzyko, że ktoś kogo chcesz okłamać akurat przeszedł szkolenie i jego trafność wynosi 80% – 90%. Ale po pierwsze niewiele osób przechodzi takie szkolenie, a po drugie są one dosyć żmudne.

Czy to znaczy: kłam ile wlezie, gdy tylko masz interes? Nie. Problem polega na tym, że większości kłamców nie chodzi wcale o okłamanie kogoś. Kłamiemy dlatego, że chcemy aby ludzie nam ufali, podziwiali nas, abyśmy mieli z nimi lepsze relacje. To, że ktoś nie będzie nas podejrzewał o kłamstwo, wcale nie znaczy, że to wszystko nam się uda.

Popatrzmy co się dzieje, gdy kogoś okłamiesz. Po pierwsze zaczynasz kontrolować to, co mówisz i robisz. Nie możesz przecież dopuścić by kłamstwo wyszło na jaw. Każde kłamstwo, prędzej czy później będzie wymagało kilku innych kłamstw. Inaczej się wyda. Ponieważ musisz się pilnować by kłamstwo nie wyszło na jaw, twoja część poznawcza jest dosyć obciążona i przeładowana. Dużo dzieje się także w naszych emocjach. Normalny człowiek (nie psychopata) kłamiąc boi się, że zostanie odkryty. Ma także poczucie winy. To wszystko sprawia, że w relacji z kimś, kogo okłamujemy nie jesteśmy naturalni. Jesteśmy jak ktoś, kto staje na stoku narciarskim i zamiast pozwolić swojemu ciału na to by spontanicznie dostosowywało się do warunków i kształtu terenu, ciągle podejmuje decyzje o każdym kolejnym ruchu. Nawet, jeżeli nie złamie sobie nogi, to niewiele jest przyjemności w takiej jeździe.

To jest prawdziwa cena jaką płacimy za kłamstwo: brak głębokich, spontanicznych relacji z ludźmi.

Jeżeli chcemy by ludzie nam ufali, byśmy mieli z nimi głęboką relację, kłamstwo nam się po prostu nie opłaca. Jest jak szyba którą wstawiamy między siebie a innych. To, że ktoś się nie domyśli, że opowieść o moich doświadczeniach, koneksjach, osiągnięciach czy przeżyciach jest zmyślona niewiele jeszcze daje. Ten ktoś może mnie nie podejrzewać o oszustwo, ale nasza relacja będzie wyglądać inaczej niż wtedy, gdybym był z nim bardziej prawdziwy. Będzie bardziej sucha, płaska i pozbawiona wibracji. Nie będzie autentyczna.

Oczywiście nie chodzi o białe kłamstwa czy błahe kłamstewka. Nie mam na myśl jakiegoś radykalizmu. Każdemu zdarza się powiedzieć komuś „świetnie dziś wyglądasz” czy „z chęcią się z tobą spotkam”, mimo, że mielibyśmy ochotę powiedzieć coś zupełnie innego. Mam na myśli takie oszustwa, które wymagają podtrzymywania i które blokują spontaniczność.

To pierwszy, interpersonalny powód, dla którego warto być prawdziwym. Kłamstwo jest co prawda łatwe, ale od tego, że ktoś kupi moje zmyślenia do głębokiej, spontanicznej relacji droga jest daleka (o ile nie zamknięta). Dlatego pytanie jakie dostałem w trakcie programu (jak kłamać?) było głupie. We większości przypadków nie trzeba nic specjalnego umieć by kłamać.

Znacznie ważniejsze jest pytanie: Jak mówić prawdę? Albo: Jak być autentycznym? Jak sprawić by ludzie mi ufali? Jak sprawić bym był dla nich kimś prawdziwym? To nie jest takie banalne. Wbrew pozorom, mówienie prawdy wymaga umiejętności. Zanim jednak o umiejętnościach – czy to jedyna korzyść z mówienia prawdy?

Autentyczność a sukces i kariera

Mówiąc o „zewnętrznej” korzyści z bycia autentycznym mam na myśli nie tylko relacje interpersonalne (z naszymi przyjaciółmi, znajomymi czy rodziną).

Uważam, że bycie autentycznym ułatwia zrobienie kariery. Uważam, że coraz więcej porażek bierze się z braku autentyczności. I myślę, że ten punkt wzbudza najwięcej dyskusji. Potoczna mądrość mówi coś zupełnie innego. Chcesz zrobić karierę – kłam i oszukuj. Broń boże nigdy nie bądź szczery. Udawaj, że coś cię interesuje i nie przyznawaj się, na czym naprawdę ci zależy.

Najchętniej bym napisał, że takie opinie biorą się z nieudacznictwa. Ci, którym się nie udaje osładzają sobie ból porażki oskarżając tych wszystkich, którym się udało. Przegrałem, nic nie osiągnąłem, ale przynajmniej jestem uczciwy, szczery i moralnie lepszy. Rzeczywiście takie zrównywanie sukcesu z brakiem autentyczności czasem jest efektem perwersji (bo trudno inaczej nazwać moralne poczucie wyższości względem tych, którym się udało to, co my sami chcieliśmy osiągnąć).

Byłoby różowo, gdybym powiedział, że do tego to się sprowadza. Ale są ogromne obszary życia i pracy, w których strategia: symuluj, udawaj i wmawiaj dosyć dobrze się sprawdza. Szczególnie wtedy, gdy dysponujesz gigantycznymi środkami na reklamę, lub koneksjami i kontaktami. Zakładam jednak, że nie stać cię na wykupienie reklam i powtarzanie ich tak długo, aż wszyscy w nie wreszcie uwierzą (kłamstwo powtarzane tysiąc razy, staje się ponoć prawdą). Zakładam także, że nie jesteś na tyle sławny, by ludzie brali za dobrą monetę dokładnie wszystko co powiesz, bez względu na to czy ma to jakąś wartość czy nie. Zakładam także, że nie masz rozległych koneksji i układów, dzięki którym nie liczy się co umiesz lub myślisz, ale to, kto cię wspiera.

Jeżeli nie masz tego wszystkiego, zostaje ci tylko jedno: ty sam. To, co czujesz, to co myślisz, to czego doświadczasz. To wbrew pozorom bardzo cenne zasoby. Nawet wtedy, gdy wydaje ci się, że tak naprawdę, nic sobą nie reprezentujesz. Jeżeli masz tylko siebie, bądź w stosunku do siebie lojalny. Udawanie i gierki zostaw tym, którzy mają na to środki. Tobie szarej myszy polnej i tak nie uda się przebić tych dobrze ustawionych. Czegokolwiek byś nie robił, nie będziesz bardziej przekonywujący we wciskaniu kitu niż oni. Nie stworzysz bardziej przekonywujących pozorów. Masz jednak coś, czego ci wielcy, sławni i ustosunkowani nie mają. Masz siebie. Nie zawahaj się tego użyć!

Nie łakom się także na łatwiejsze początki. Tak, stwarzając pozory łatwiej jest zrobić pierwsze wrażenie. Łatwiej jest zrobić pierwsze kroki. Ale co potem? Utkwisz w ślepym punkcie i będziesz modlić się by ktoś cię wyciągnął.

Jeżeli bycie autentycznym jest gdzieś gorsze niż bycie pozorantem – nic tam nie zdziałasz. Lepiej byś odniósł porażkę i poszukał miejsca, gdzie możesz być sobą.

Autentyczność i pasja

Pamiętam z dzieciństwa takie rozmowy:

- Ucz się na lekarza! Lekarze mają dobrze.

- Ale mnie to w ogóle nie interesuje.

- Nie ważne co cię interesuje. Ważne, z czego są pieniądze.

Zawsze toczyłem ze swoim tatą długie dyskusje na temat tego czy w życiu trzeba robić to, co się lubi czy to, czego potrzebują inni (czyli: z czego są pieniądze). Jakiś czas temu wspomnienia wróciły, gdy czytałem jakąś internetową dyskusję. Ktoś argumentował:

- Praca z pasją to bełkot, to bzdury, które nigdzie nie prowadzą. Dlaczego ludzie, nie mogą zrozumieć, że liczy się tylko to, czego potrzebuje klient!

Po pierwsze jakbym słyszał swojego tatę. Gdy kończyliśmy dyskusję zawsze mi powtarzał:

- Zobaczysz, przejdzie ci. W którymś momencie człowiek przestaje zawracać sobie głowę tym czy coś lubi czy nie. Liczy się to, za co chcą ci płacić.

Po drugie, z tego co się zorientowałem ludzie, którzy tak gorąco wyśmiewają kierowanie się pasjami, sami nie osiągnęli sukcesu. Owszem, wielu z nich sparzyło się na robieniu tego, co sprawia im przyjemność, ale tak samo nie osiągnęli żadnych sukcesów przechodząc na drugą stronę barykady i kierując się tylko tym, za co inni chcą płacić. Wymarzone bogactwo ciągle jakoś nie przyszło.

Często ci ludzie robią naprawdę wiele, a mimo to efekty ich skoncentrowanego działania nie są zbyt zachęcające. Dlaczego? Przyjrzyjmy się temu na przykładzie „biznesów” internetowych.

„Najważniejsze czego szukają ludzie”

Po pierwsze robi się badanie słów kluczowych. To taka namiastka badania rynku. Sprawdza się ile osób wpisuje do przeglądarki kombinacje różnych słów. Im więcej osób wpisuje jakieś hasło i im mniej stron na ten temat, tym lepsza nisza. Załóżmy na przykład, że ktoś odkrywa niszę „zioła lecznicze”. Dziesięć tysięcy osób miesięcznie wpisuje to hasło do przeglądarki. Nasz kandydat na milionera idzie do biblioteki i mimo, że temat go zupełnie nie interesuje, pożycza książkę i robi stronę internetową, zatytułowaną np. ziolalecznicze.pl. Następnie odpowiednio ją pozycjonuje i po kilku miesiącach, gdy wpiszesz w googla zioła lecznicze, jego strona wyskoczy na jednym z pierwszych miejsc. Klikasz, bo akurat chcesz znaleźć informację, powiedzmy nt. bzu czarnego, który rośnie za twoim domem, albo interesuje cię czy marzanka ma jakieś pozytywne działania, albo jak przygotować nalewkę z nagietka.

I co widzisz na stronie? Kilka banalnych artykułów i mnóstwo reklam: leki ziołowe, apteki ziołowe, zioła kuchenne itp. Ponieważ nie interesują cię reklamy, zamykasz stronę. Albo raczej próbujesz. Nasz kandydat na internetowego milionera nie próżnował. Przez tych parę miesięcy zanim jego strona znalazła się na pierwszym miejscu listy zapisał się na szkolenie u innego kandydata na internatowego milionera i dowiedział się, że – jak by to powiedział Ferdek Kiepski – trza mieć swojego produkta coby zarabiać. Najlepszy jest ebook. Wystarczą trzy dni. Nie musisz nawet pisać. Zamiast pisać wystarczy nagrać i dać do przepisania. A w zasadzie po co tracić czas na nagrywanie. Kserujesz wybrane fragmenty książek z twojej biblioteki i zlecasz przepisanie ich z użyciem synonimów (by nikt nie mógł czepiać się, że to plagiat). Łatwizna! Teraz zatem, zanim opuścisz stronę ziołalecznicze.pl otwiera się oferta ebooka.

Ale by więcej osób kupiło, trzeba tą ofertę jakoś uwiarygodnić. Przydałoby się trochę opinii czytelników. Skąd je wziąć? Co za problem. Każdy da sobie radę. Tak trudno napisać parę słów?! Aha, jeszcze jedna rzecz. Klienci mają taki głupi zwyczaj sprawdzania, kto jest autorem. Dobrze jest wymyśleć dobre nazwisko i dobrą historię. Np.:

Jan Nepomucen Ziołoleczniczy, wielokrotny rekordzista świata w hodowli ziół leczniczych na czas. Pasjonat alternatywnej, bezwodnej hodowli ziół leczniczych. Światowy ekspert w zakresie hodowania ziół leczniczych w zupełnej ciemności…

No i super. Interes się kręci. Dajesz ludziom to co potrzebują, nie przejmujesz się tym, co ciebie interesuje, wczasy na Bahama, beemka, wino, kobiety i seminaria dla tych, którzy chcą iść twoją drogą.

Naprawdę?

Niestety. Pies z kulawą nogą nie chce kupować. Problem leży w ofercie – 99,9% osób oglądających ofertę naszego kandydata na interentowego milionera, bez żadnych problemów rozpozna czy rzeczywiście interesuje się ziołami leczniczymi, czy tylko coś wciska, by dostać trochę kasy. Jego oferta, w skali autentyczności od 1 do 10, osiąga wynik minus trzy. I to jest problem. Możesz działać w marketingowo doskonałej niszy. Możesz obsługiwać pilące potrzeby klientów. Możesz nawet nie mieć konkurencji. Ale jeżeli twoja oferta jest – jak mówią Anglicy – phony niewiele osiągniesz. To angielskie słowo tłumaczone jako sztuczny, podrabiany, fałszywy, udawany pochodzi ze slangu brytyjskich złodziei. Znaczyło ono pozłacany, tombakowy pierścień (gaelickie fainne – pierścień) który wciska się naiwnym jeleniom jako prawdziwe złoto.

Piszę o biznesach internetowych, pewnie dlatego, że nie za bardzo chcę opisywać ludzi, na których wiele razy się zawodziłem. Dokładnie to samo, w nieco innych realiach można zaleźć w każdej branży.

Przychodzi do mnie młoda osoba i mówi:

- Chciałabym pracować jako trener.

- A jakie szkolenia byś chciała prowadzić?

- Pasjonuje mnie komunikacja międzyludzka.

- Super. Wymień pięć książek, które z tego zakresu przeczytałaś w ciągu ostatniego roku.

- Eeee… roku…. .hmm…

Nie twierdzę, że to czy ktoś czyta książki na dany temat jest jedynym wyznacznikiem tego, czy się czymś naprawdę interesuje. Ale jeżeli prowadzisz szkolenia i coś cię naprawdę pasjonuje, to twoim naturalnym odruchem czytanie tego, co piszą inni. Nie robisz tego z przymusu, tylko z przyjemności. Gdy dostajesz cynk, że wyszła nowa książka, po prostu ręce ci się same do niej palą. Wolisz ją przeczytać niż iść do kina na jakiś film akcji. Oczywiście czytanie książek nie jest wyznacznikiem, ale to, czy kogoś coś naprawdę interesuje czy nie można dostrzec na tysiąc sposobów. I ludzie to czują, mimo, że nie zawsze są tego świadomi. Czasem nawet przez jakiś czas się nabierają, ale to tak jak z podrabianym pierścieniem. Jak trochę potrzesz, przekonasz się, że to nie złoto, a mosiądz.

Bez pasji twoja oferta jest sfejkowana

Gdy zajmujesz się czymś, co cię nie pasjonuje, do czego nie czujesz żadnej mięty jesteś skazany na to by mieć przeciętną, mierną, nie przekonywującą ofertę. Twoja oferta – nie ważne czy sprzedajesz ebooki, odtwarzacze komputery, usługi informatyczne, zawsze będzie odbierana jako fałszywa: udawana, nieautentyczna, sztuczna, podrabiana, naciągana, oszukańcza, obłudna, sfejkowana, kopiuj-wklejona, skalkowana, zerżnięta, mało przekonująca, płaska, jakaś-taka niewyraźna …

Ludzie nie będą chcieli od ciebie kupować nie dlatego, że nie potrzebują czegoś, ale dlatego, że czują twoją pustkę.

Konsultanci Joseph Pine i James Gilmore piszą w książce „Autentyczność. Czego klient naprawdę chce?”:

Udawany, sztuczny, obłudy, fałszywy, nieautentyczny. Czy twoi klienci używają tych słów na opisanie tego, co sprzedajesz lub jak to sprzedajesz? To właśnie sposób, w jaki coraz więcej i więcej klientów patrzy na to, co robią firmy. Ludzie w coraz większym stopniu widzą świat w kategoriach prawdziwości i fałszu. Coraz bardziej chcą kupować coś prawdziwego od kogoś autentycznego a nie coś udawanego od kogoś fałszywego.

Weź kilka sukcesów biznesowych ostatnich lat i prześledź kto za nimi stoi. Zobaczysz, że za każdym wielkim sukcesem stoi człowiek (lub kilka osób) z pasją. Weźmy kilka sukcesów z brzegu. Np.:

  • iPod (który powinien być wynaleziony przez Sony): Steve Jobs (jak sam powiedział: jeżeli nie kochasz tego, co robisz, odniesiesz porażkę).
  • Pixar (który powinien być założony przez Studia Walta Disneya): Ed Catmull, maniak, który śnił o robieniu realistycznych animacji, zanim to było możliwe.
  • Xbox (który powinien nie mieć szans z PlayStation): zespół graczy – projektantów, którzy tworzyli konsolę dla siebie. Gdy temu samemu zespołowi zlecono pracę nad przenośnym odtwarzaczem stworzył coś beznadziejnego – w odróżnieniu od konsoli gier, nikt nie czuł mięty do odtwarzaczy.
  • Google (kto jeszcze pamięta te wyszukiwarki? Lycos, AltaVista, Netsprint…) Larry Page i Sergey Brin, którzy pasjonowali się algorytmami wyszukiwania na długo przedtem niż którykolwiek z nich miał pomysł na zarabianie (sam zresztą pomysł na zarabianie był efektem przypadku).

Bez pasji nie ma prawdziwego zainteresowania i co się z tym wiąże autentyczniej oferty. Autentycznej, to znaczy takiej w której jesteś ty sam: twoje emocje, przeżycia, doświadczenia, radość, zapał, wola walki. Jeżeli tego wszystkiego brakuje, jeżeli w to co robisz włożyłeś tylko nadzieję na dobrą kasę i wygodne życie – ludzie to wyczują. Możesz nawet, przy odrobinie szczęścia i sprytu osiągnąć swój cel. Możesz zarobić na w miarę wygodne życie. Ale ciągle nie będzie to to, na co cię stać.

Dwa warunki sukcesu

Czy to znaczy, że pasja jest kluczem do sukcesu? Nie. Po pierwsze nie chodzi o samą pasję ale o autentyczną ofertę. Są ludzie, których pasja nie prowadzi do żadnej oferty. Pasja znaczy dla nich wyłącznie dobrą zabawę (we własnym, często jednoosobowym gronie). Dobrze się czymś bawić, ale to zdecydowanie za mało. Musisz jeszcze z tym wyjść do ludzi. Musisz chcieć i umieć się tym podzielić.

A to nie jest możliwe bez empatii. Wzór na sukces (dokładniej mówiąc jego najważniejsza część) brzmi:

Autentyczność + Empatia

Jeżeli chcesz sprzedać jakiś produkt lub usługę upewnij się, że naprawdę to cię interesuje. Nie musisz się tym pasjonować od zawsze. Możesz to pokochać po drodze. Jeżeli są to już te nieszczęsne zioła lecznicze – spróbuj w nie wejść.

Po drugie upewnij się, że umiesz poczuć się tak, jak twój klient. Bez tego twoja oferta być może będzie pełna pasji, ale nie wywoła rezonansu. Będziesz jak ktoś, kto gra muzykę, której absolutnie nikt nie rozumie. Albo jak ktoś, kto opowiada kawały, jakie tylko on jest w stanie zrozumieć. Mówiąc inaczej włóż w to siebie i skup się na potrzebach ludzi.

Empatia to nie znaczy prymitywne badania rynkowe z użyciem mniej lub bardziej zaawansowanego programu. Empatia to umiejętność wejścia w skórę klienta. Jeżeli nie masz empatii, najbardziej zaawansowane techniki ilościowych badań marketingowych ci nie pomogą.

Dopiero wtedy, gdy połączysz te dwie rzeczy, masz jakąś tam szansę odniesienia sukcesu w swoim biznesie albo na swojej ścieżce kariery.

Czy łatwo jest połączyć te dwa składniki? Nie. To bardzo trudne.

Ale masz do wyboru: mierna, przeciętna, pozbawiona życia oferta albo coś autentycznego i pełnego pasji. Można żyć udając zainteresowanie i troskę. Niektórzy nawet żyją całkiem dostatnio. To jednak pytanie do ciebie: Czy to ci wystarczy? Czy czasem nie masz ochoty zrobić coś więcej?

Jeżeli tak, być może pora by znaleźć miejsce, w którym to, co kochasz spotyka się z tym czego pragną inni? Póki nie połączysz tych dwóch rzeczy, wszystko będzie szło jak po grudzie.

Co dalej?

Bycie autentycznym nie jest takie łatwe. Być autentycznym to nie znaczy być ekshibicjonistą, który nie ma nic do ukrycia i daje wyraz wszystkim swoim myślom i emocjom. Tym jednak zajmiemy się w jakimś z kolejnych tekstów.

Jak zwykle jestem ciekawy co o tym myślisz.

Dlaczego ludzie nie pozwalają mi realizować mojej pasji?

Dlaczego ludzie nie pozwalają mi realizować mojej pasji?

Opublikowano 19 października 2010 | By | Kategorie: Paja Zysk Sens | 30 komentarzy

Historia Oli

- Świat jest ciasny. Tak trudno znaleźć miejsce, w którym można robić coś, co się lubi – tak w każdym razie mówi Ola (to nie jest prawdziwe imię).

Ola zawsze chciała robić w życiu coś ważnego. Nie mogła uwierzyć, gdy jej szkolna przyjaciółka Monika, wybrała stomatologię. To było dla niej nie do pojęcia jak można przez kilka lat się uczyć, a później poświęcić pół życia, czemuś co cię nie interesuje, tylko dlatego, że dobrze za to płacą. Wbrew radom rodziców i praktycznej części znajomych (co ty będziesz po tym robić?) wybrała psychologię. Była szczęśliwa, gdy się na nią dostała. Czuła, że od tej pory jej życie już zawsze będzie pełne sensu i głębi. Koniec z nudami! Wreszcie, tylko to, co człowieka interesuje.

Gdy kończyła studia ciągle była pełna optymizmu. Wiedziała, że chce pomagać ludziom uczyć się porozumiewać. Od razu wiedziała, na czym jej zależy, ale na wszelki wypadek skorzystała z pomocy specjalisty od planowania kariery. Rozmowa tylko ją upewniła: tak, chcę prowadzić szkolenia. Napisała cv i rozesłała do wielu firm. Kilka odpowiedziało. W jednej rozpoczęła praktykę. Przez pierwsze dni kserowała materiały szkoleniowe i przygotowywała raporty.

- Na pewno się mną jeszcze zajmą – myślała.

Oczekiwała – pełna wyobrażeń o tym, jak wygląda praca w profesjonalnej firmie – że ktoś ustali z nią cele, zaplanuje rozwój czy choćby pomoże jej się rozwijać.

Minęło kilka miesięcy, a jej praca ciągle składała się głównie z kserowania, redagowania czy innych nie wymagających niczego specjalnego zajęć.

Oczywiście próbowała to zmienić. Rozmawiała z przełożonymi. Słyszała:

- Spokojnie, popracujemy nad tobą, ale wiesz, teraz jest młyn.

Skończył się staż i nie przedłużono z nią umowy.

Postanowiła spróbować w innej firmie. Nie było łatwo, ale się udało. Niestety, ta firma była jeszcze gorsza. Na pierwszy rzut oka niesamowita i twórcza, ale jak się dobrze przyjrzeć, całkowity bałagan. Ona – zdolna studentka, elitarnego kierunku musiała odbierać telefony i prowadzić rozmowy handlowe. Jej cierpliwość się skończyła. Skoro tak, zabiorę się za to sama.

Zarejestrowała działalność, założyła stronę internetową, przygotowała propozycje szkoleń. Zainwestowała i przygotowała ulotki. Można było na nich m.in. przeczytać:

Warsztaty edukacyjno-rozwojowe dla osób, które chcą zmienić swoje relacje z bliskimi. W trakcie trwania warsztatów rozwiniesz skuteczną komunikację, zrozumiesz mechanizmy powstawania konfliktów…

Niestety nikt się nie zapisał.

Ola czuje się coraz bardziej przybita. Czuje jak trudno znaleźć swoje miejsce. Jak trudno robić coś, do czego jest stworzona.

Od pewnego czasu zazdrości Monice, swojej przyjaciółce ze szkoły, która została dentystką. Nawet, jeżeli Monika nie ma idealnej sytuacji, to przynajmniej wie, że jest potrzebna. Ludziom przecież zawsze będą psuć się zęby i zawsze będą czuć ulgę, gdy się je naprawi. Poza tym, Monika może mieć poczucie, że coś umie, że ma jakiś „fach w rękach”.

Wygląda na to, jakby to Monika wygrała. Ola, ze swoimi umiejętnościami i pasjami czuje się coraz bardziej niepotrzebna i coraz bardziej zagubiona. Co gorsze, jej znajomi ze studiów mają podobne odczucia. Rynek jest ciężki. Trudno znaleźć coś sensownego. Znajomi, jeden po drugim wsiąkają w jakieś bzdurne zajęcia. Byle tylko płacili i dawali coś do roboty (mniejsza o to drugie). Owszem starają się polubić swoją pracę. Wiele rzeczy można polubić. Na przykład szpinak. Ale czy to wspaniałe warzywo trzeba wcinać przez pięć dni w tygodniu?

Gdzieś w środku Oli rośnie gorycz, poczucie niedocenienia i niesprawiedliwości.

Walcz albo giń

Ola wraca do domu swoim małym samochodem. Jedzie lewym pasem, bo na kolejnym skrzyżowaniu skręca. Nagle widzi jak wielkie czarne BMW prawie wjeżdża w jej tylny zderzak. Byczek siedzący za kierownicą wieje się nie mogąc trzykrotnie przekroczyć dozwolonej prędkości. Mruga kierunkowskazem, dając znak spadaj mała z tego pasa, jedzie mistrz życia! To nie dla ciebie nic nie znacząca stokrotko. Dłonie Oli zaciśnięte na kierownicy niemal bieleją. BMW nie czekając na reakcję Oli zmienia pas i chce ją wyminąć z prawej. Ola redukuje bieg i wciska gaz. Silnik jej samochodu wydaje ryk, którego Ola jeszcze nie miała okazji usłyszeć, mimo, że używa go od dobrych kilku lat. Przez chwilę czuje się jak Robert Kubica, ale i tak kretyn z BMW jest szybszy. Wskakuje na jej pas i już go nie ma.

Przez cały ten pościg Ola przejeżdża swoje skrzyżowanie i musi teraz zawrócić. Gdy wysiada z samochodu, złość opada, ale pojawia się przerażenie.

- Co mnie naszło? Mogłam przecież spowodować wypadek!

- Nie martw się – powiedziałem jej – mnie coś takiego zdarza się z pięć razy na miesiąc. Chociaż szczerze mówiąc (tego jej nie powiedziałem) nigdy nie przypuszczałem, że kobiecie też coś takiego może się przydarzyć.

- Pamiętam co sobie pomyślałam. Pomyślałam, że tylko tacy ludzie jak ten z BMW osiągają sukces. Całe życie byłam zbyt łagodna. Nie miałam w sobie za nic agresji. Jeżeli nie chcę spędzić życia, jako dodatek do kasy w jakimś markecie, albo suchy bukiet w gabinecie psychologa szkolnego, muszę nauczyć się czegoś od tego byczka z BMW. Świat to nie jest miejsce dla meduz. Trzeba mieć szkielet, twardy pancerz i dużo mięśni. Trzema gryźć, walczyć i kopać.

To przerażający wiosek. Nie wiadomo, co gorsze: zrezygnować ze swoich marzeń czy zrezygnować z siebie? Pytanie czy robienie tego, co lubisz ciągle będzie miało jakąś wartość, gdy będziesz skurczybykiem, który nie ma żadnych skrupułów by wycisnąć z ludzi, wszystko co się da.

W książce jednego z guru od marketingu (Joe Vitale) znalazłem taki cytat:

W biznesie wciąż trzeba walczyć. Tu nie ma miejsca na przegranych. Trzeba wyryć swoje imię w umysłach potencjalnych klientów. Jak uda nam się włamać do ich świadomości, łatwo o nas nie zapomną.

Walczyć, włamać się do świadomości, nie brać jeńców, nie oglądać się za przegranymi.… Maszeruj albo giń, jak głosi motto legi cudzoziemskiej.

Kurcze, jak trudno łagodnemu człowiekowi, który nie chce się „włamywać do świadomości innych” znaleźć swoje miejsce w tym świecie.

Naprawdę?

Łatwo współczuć Oli. Rzeczywiście dostała wycisk, rzeczywiście nie wszyscy są chętni by pomóc.

Ale to nie tak. Wnioski, do jakich doszła nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. To nie świat jest niesprawiedliwy, ale to ona raz po raz nie wykorzystuje okazji.

Gdy posłuchać uważnie tego, co mówi, można odkryć, o kim najwięcej mówi. O sobie samej:

Nie mogę znaleźć zajęcia.

Nie poświęcono mi dość uwagi.

Nikt się mną nie interesował.

Nie dostałam wsparcia.

Nie mogę znaleźć sensownego zajęcia

Muszę być bardziej twarda.

Kopalnia diamentów

Antoine de Saint-Exupery w Twierdzy pisze:

- Ja – mówią – ja…

I klepią się po brzuchu…

Tak samo ludzie, których skazałem na pracę w kopalniach diamentów. Ich pot, wysiłki, otępienie zmieniały się w diament i w blask. Istnieli dzięki diamentowi, który nadawał ich życiu sens. Ale pewnego dnia zbuntowali się. Zaczęli mówić „Ja, ja, ja!”. Nie chcieli dłużej poddawać się władzy diamentu. Nie chcieli się stawać. Chcieli natomiast sami siebie czcić.

Ci ludzie zaczęli uważać się za ostateczny cel. Przestali się odtąd interesować tym, co im służyło i tym, co wyższe od nich i czemu oni sami służyli.

Czczenie siebie może przybierać różne formy. Może być pełnym zadowolenia klepaniem się po brzuchu, ale może być pełnym bólu trzymaniem się za głowę lub serce. Może być pełnym wyższości deklamowaniem głupot, alemoże być pełnym pokory rozliczaniem siebie z tego, co się jeszcze nie udało.

Tak czy inaczej, krążenie wokół siebie sprawia, że tracimy diament, że przestajemy się stawać.

Jeden z najbardziej znaczących psychologów XX wieku, Gordon W. Allport w książce Becoming z 1955 roku pisze:

Szczęście to gorące uczucie towarzyszące integracji osoby pochłoniętej dążeniem do celu lub jego kontemplacją. Stan szczęścia sam w sobie nigdy nie jest siłą motywującą, lecz ubocznym produktem aktywności motywowanej czymś innym.

To nie są jakieś niesamowicie odkrywcze myśli. Gdybym miał więcej czasu mógłbym znaleźć dziesiątki podobnych cytatów. Tyle, że ani jeden by nie pochodził z popularnych poradników psychologicznych. Te, przynajmniej od kilkudziesięciu lat mówią, że jest zupełnie odwrotnie – że można osiągnąć trwałe szczęście analizując siebie, badając siebie, dbając o siebie, poznając siebie, rozpracowując siebie i skupiając się na sobie.

Jesteśmy jak wielka kolonia pingwinów stłoczona na jakimś skrawku arktycznego, niegościnnego lądu, w której każdy powtarza: Ja, ja, ja!

Nie chodzi o to, że nie jesteś ważny. Nie chodzi o to, że zupełnie nie należy zajmować się sobą i swoimi potrzebami.

Chodzi o to, że wielu z nas próbując się leczyć, okalecza się coraz bardziej. Saint-Exupery pisze dalej:

Nie ma czegoś takiego jak egoizm – jest tylko okaleczenie. Człowiek, który idzie sam, powtarzając „Ja, ja, ja…” jest jakby nieobecny…

Problemem Oli nie jest zbyt mało agresji, ale zbyt duże zaaferowanie sobą. Gdy zabierasz się za jakąkolwiek pracę – nie ważne czy pracujesz na swój, czy na czyjś rachunek, musisz dbać o swoją obecność. A dokładniej mówiąc obecność twojego oka i ucha, wyczulonego na potrzeby innych.

Jeżeli zajmujesz się głównie tym czego oni mnie tu mogą nauczyć, co mogę od nich dostać prawdopodobnie możesz nie dostrzec tego, co możesz wnieść. Możesz nawet nie dostrzec, czym się ci ludzie zajmują, jakie mają problemy i obawy.

Zainteresowanie innymi

Nigdy nie byłem fanem Tony Robbinsa (i dalej nie jestem, choć kocham jego uśmiech i żywiołowość). Ostatnio przypadkiem obejrzałem jeden z odcinków telewizyjnego programu Breakthrough. Sam program wart był obejrzenia (to coś w rodzaju reality show, w którym Robbins pomaga jakiejś rodzinie będącej w poważnym, kryzysie, stawiając przed nimi serię szalonych zadań), ale rzeczą dla mnie najcenniejszą było obserwować jak Tony słuchał ludzi. Ten człowiek był w pełni pochłonięty tym, co do niego mówili. Z tego, co było widać na ekranie, odnosiło się wrażenie, jakby pochłaniał każde słowo. Jakby był wygłodzony tego, co ludzie mogą powiedzieć.

Kilka razy osobiście spotkałem takich ludzi. Jest w nich coś specyficznego. Gdyby nie to, że niektórzy byli daleko od jakichkolwiek instytucji religijnych miałbym ochotę nazwać to świętością. Nie ważne. Na pewno każda z tych osób miała mnóstwo ofert pracy i mnóstwo zajęć. Niektórzy z nich musieli się wprost opędzać od ludzi, którzy chcieli ich za wszelką cenę zatrudnić czy współpracować z nimi.

Tony Robbins jest mówcą, czy trenerem – takim, jakim chciałaby być kiedyś Ola. Czy jeżeli kupi sobie podobny mikrofon, ubierze się w podobnym stylu czy nawet będzie mówić do ludzi podobne rzeczy, uda jej się osiągnąć taki sam sukces?

Kiedyś widziałem zdjęcie Indian, którzy po pierwszym kontakcie z białym człowiekiem wymalowali sobie na twarzy kształt okularów. Naśladowanie sposobu poruszania się Robbinsa czy jego tekstów jest tak samo śmieszne.

Nie naśladuj zewnętrznej formy. Naśladuj to, co najbardziej istotne. A tym czymś jest szczere zainteresowanie drugim człowiekiem.

Zasada zakładania maski

W samolotach, stewardesy instruują pasażerów, że gdy wypadną maski tlenowe, najpierw należy założyć je sobie a dopiero później dziecku. Całkiem mądre. Nieżywy rodzic jest stosunkowo bezużyteczny.

Ale to nie jest zasada, którą należy się kierować w codziennym życiu. My niestety się kierujemy. Potrafimy wykłócać się, że nasza maska nie dość dobrze przylega, podczas gdy nasz rozmówca dusi się z braku tlenu.

Boże, jak mi ciężko! Nie mam nawet czasu iść do kosmetyczki! Ciągle tylko dom i dzieci, dom i dzieci! A co czuje twoje dziecko, gdy to mówisz?

Jak mi jest ciężko, ciągle ci sami klienci z tymi samymi problemami! A co czują twoi klienci, gdy widzą znudzonego, sfrustrowanego pracownika, jakim jesteś?

W kilku miejscach opowiadałem już historię o młodym chirurgu. Muszę ją jeszcze raz przypomnieć:

Młody chirurg ma po raz pierwszy dyżur na oddziale nagłych przypadków. Przywożą okropnie poparzonego pacjenta. Chirurg chodzi i powtarza, że na pewno da sobie radę. To go nie uspokaja. Postanawia zadzwonić do przyjaciela i poprosić go o wsparcie.

- Nie czujesz się najlepiej? – mówi przyjaciel – pomyśl jak czuje się ten człowiek!

Leży przed tobą cierpiący człowiek, a dla ciebie najważniejsze jest to, że nie czujesz pełnego komfortu i opanowania.

Takich ludzi jak ten chirurg jest całkiem dużo.

Na przykład matka, która zamartwia się przez cały dzień tym, czy jest dobrą matką. Czy to takie ważne? Pomyśl jak się czują dzieci. Czego one najbardziej potrzebują? Gdy skupisz się na nich, pytanie o to, czy jesteś dobrą czy złą matką traci na aktualności.

Przedsiębiorca, który stresuje się tym, czy jego produkt będzie dość nowatorski, a on sam dość przedsiębiorczy. Czy to takie istotne? A może powinien skupić się na tym, czego obawiają się jego klienci?

Mówca, którego niepokoi to, co pomyślą sobie o nim słuchacze. A co ze słuchaczami? Czego oni się obawiają? Gdy skupiasz się na ludziach, do których mówisz, pytanie o to jak, zostaniesz oceniony, przestaje być takie ważne.

Dlaczego ciągle nie odnosisz sukcesu?

Dyrektor firmy produkującej pokarm dla psów spotyka się z zespołem sprzedawców. Pyta ich:

- Jak wam się podoba nasza akcja reklamowa?

- Wspaniała! Reklamy i ulotki są doskonałe! Najlepsze w branży.

- A jak wam się podoba nowe opakowanie karmy?

- Nadzwyczajne, nie do pokonania.

- A jak oceniacie sprzedawców?

- Mamy najlepszych!

- OK. Mamy doskonałą reklamę, najlepsze opakowanie, towar nie do pokonania i najzdolniejszą ekipę sprzedawców. Chciałbym się w takim razie dowiedzieć, dlaczego zajmujemy trzydzieste siódme miejsce w branży?

Chwila ciszy. Nagle ktoś mówi:

- To te cholerne psy, które nie chcą żreć naszej karmy!

Dlaczego twoja firma szkoleniowa nie odniosła sukcesów? Bo ci cholerni klienci nie zrozumieli, że to dla nich dobre!

Dlaczego twoja książką nie stała się bestselerem? Bo ci tępi czytelnicy nie wiedzieli, że muszą ją przeczytać!

Dlaczego nie dostałaś wymarzonej pracy? Bo ci głupi szefowie firmy nie poznali się na mnie!

A może to nie tak? Może firma produkująca karmę jest na trzydziestym siódmym miejscu, bo nie interesują jej psy? Może twoja firma nie odniosła sukcesu, bo nie interesowały cię prawdziwe potrzeby uczestników? Bardziej obchodziło cię to, o czym ty chcesz im mówić niż to, czego im brakuje. Może twoja książka nie stała się bestselerem, bo twoi czytelnicy nic cię nie interesowali? Nie dostałeś wymarzonej pracy, bo nie umiałeś odczytać potrzeb szefów firmy?

Świat jest pełen możliwości realizacji twojej pasji

Można patrzeć na świat, jak na miejsce, w którym trzeba mieć twarde łokcie i wolę walki. Jak na miejsce, w którym musimy walczyć z innymi o prawo robienia tego, co sprawia nam przyjemność. Jak na miejsce, w którym inni chcąc nie chcąc pragną pozbawić nas okazji do robienia tego, co kochamy.

Chcesz pisać książki? A wiesz człowieku ile osób dziś pisze? Naprawdę, konkurencja jest tak potworna, że łatwiej jest wygrać w totka niż się przebić.

Chcesz zostać aktorem? A zdajesz sobie sprawę jak wielu aktorów jest bez grosza przy duszy? Ilu aktorów nie może znaleźć żadnej pracy w zawodzie?

Ola powiedziała:

- Mieliście dobrze, gdy kończyliście studia. Piętnaście lat temu nie było trenerów, nie było menedżerów personalnych, nie było biznesmenów. Można było być kim się chciało. Dziś konkurencja jest tak wielka, że nawet naprawdę uzdolnieni nie mogą się załapać do sensownej pracy.

Owszem, gdy zakładaliśmy firmę, w Polsce było nie więcej niż trzydzieści firm szkoleniowych. W dodatku Gazety Wyborczej co tydzień pojawiała się prezentacja jednaj z nich. Wycinaliśmy każdy odcinek i wpinaliśmy do segregatora. Nie wiem ile dziś jest firm szkoleniowych. Trzy tysiące? Pewnie więcej. Obstawiałbym raczej trzydzieści tysięcy.

Ale czy to znaczy, że wszyscy już nauczyli się wszystkiego, czego chcieli? Że wszystkie ważne potrzeby szkoleniowe zostały zaspokojone?

Bez żartów. Może wtedy i było mniej trenerów, ale dziś jest sto tysięcy razy więcej potrzeb szkoleniowych.

Zamiast patrzeć na świat jak na pole walki, spróbuj popatrzeć z perspektywy potrzeb, jakie mają ludzie.

Pomyśl o swojej branży (lub o firmie, w której pracujesz) i zadaj sobie kilka prostych pytań:

- Czy naprawdę wszystkie potrzeby ludzi są już zaspokojone?

- Czy zniknął już cały ból, jaki ludzie w tym zakresie odczuwali?

- Czy załatwiono już wszystkie problemy, tak, że jedyne, co zostało to odpoczynek?

- Czy oferta, jaką dostarcza rynek jest tak kompletna, że nikt nie ma żadnej niezrealizowanej potrzeby?

Przecież świat jest głodny twojej pomocy. Przeraźliwie głodny, tylko ty jesteś ślepy.

Przecież wokół jest tyle potrzeb, że i pięćset tysięcy firm takich jak twoja może działać na pełną parę a i tak nie uda im się zaspokoić wszystkich potrzeb.

Jak się skończyła historia z Olą? Jeszcze się nie skończyła i nie mam pojęcia jak się skończy. Wszystko zależy od tego czy Ola nauczy się większego wyczulenia na potrzeby innych. Jak się tego uczyć od nieco bardziej praktycznej strony, tym zajmiemy się w drugiej części tego tekstu (który niestety się tak rozrósł, że trzeba go było podzielić).

Porażki, sukcesy i droga do domu

Porażki, sukcesy i droga do domu

Opublikowano 12 października 2010 | By | Kategorie: zdrowe emocje | 40 komentarzy

Człowiek sukcesu?

Przyznam się. Nie jestem człowiekiem, który mógłby służyć młodzieży za wzór sukcesu. Może, kiedyś, gdy będę już bardzo stary i przypadkiem uda mi się coś wielkiego, będę mógł świecić przykładem. Może będę mógł opowiadać anegdoty jak to sobie zawsze doskonale radziłem. Stopniowo moja pamięć będzie coraz bardziej życzliwa i w końcu sam uwierzę, że mam patent na życie. Będę mówił: tak róbta ludziska, a będziecie szczęśliwi… a słuchacze będą patrzeć z otwartymi ustami myśląc: wow, ja też chcę być taki jak dorosnę…

Ale póki co, te czasy jeszcze nie nadeszły. Wciąż jestem człowiekiem, który doznaje więcej porażek niż sukcesów. Mniejszych, średnich i większych. Wciąż jestem nieuważny, wciąż za szybko się wycofuję, wciąż nie umiem skupić się na jednej rzeczy, wciąż koncentruję się głównie na sobie… to nie spowiedź, nie będę rozwijał. Ale weźmy coś konkretnego. Jakiś czas postawiłem przed sobą cel by pisać jedną książkę na miesiąc i po jakimś czasie utrzymywać się z tego. Piszę dosyć szybko. Byłbym to w stanie zrobić. Ale po roku z moich wielkich zamierzeń nie zostało prawie nic. Jedna wydana książka i jeden e-book, mnóstwo rozproszonych tekstów. Utrzymać się z tego na pewno nie można.

Nie kochani. Niech nikt nie szuka u mnie rady. Nie jestem tym, który może je dawać. Może, gdy czytasz te słowa widzisz dynamicznego i skutecznego człowieka. Szanuję obrazy jakie ludzie mają w głowach, ale jak to zazwyczaj bywa z obrazami nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością. Bywam dynamiczny i skuteczny. Ale bywam też zupełnie inny. Mógłbym napisać, że nie jest ze mnie żaden Winston Churchil, gdyby nie to, że Winston co prawda innych motywował, ale sam miał depresję, był alkoholikiem a dodatkowo miał, delikatnie mówiąc, słabość do kobiet. No dobra, przynajmniej nie jest ze mnie żaden Lincoln. O, sorry, też depresja. Goethe? Schumann? Luther? Tołstoj? No dobra, wystarczy. Wszystko deprecha.

Wróćmy do tematu.

Jeżeli szukasz rad od ludzi sukcesu, jestem pewien, że znajdziesz ich wiele. Jest tyle blogów, których autorzy wszystko wiedzą i wszystko potrafią. Tylu autorów, którzy próbowali wszystkiego. Którzy wiedzą jak sobie poradzić i jak zawsze, niezawidnie osiągać sukcesy.

Owszem, zazdroszczę im. Też bym tak chciał. Chciałbym wszystko umieć, wiedzieć, zawsze sobie radzić i zawsze być skuteczny. Iść od sukcesu do sukcesu. Nigdy nie czuć przygnębienia, pomieszania i przegranej.

Umiem udawać taką osobę. Gdy człowiek pracuje parę lat, jako trener uczy się wielu sztuczek. Zdarzało mi się prowadzić z migreną całe szkolenie. Wszyscy na sali byli uśmiechnięci i radości. Ale na każdej przerwie szukałem miejsca gdzie nikt mnie nie widział i kładłem się na podłodze lub siadałem pod ścianą bez ruchu. To nie jest takie trudne jak się wydaje. Jeszcze łatwiejsze jest udawać człowieka sukcesu. Niestety i to mi się zdarzało.

Ale jakiś czas temu dotarło do mnie, że autentyczność jest wartością, która za cholerę nie chce się ode mnie odczepić. Chciałbym sobie poudawać. Nie być tak do bólu szczery. Już mi to nie wychodzi.

Dlatego trzeba się przyznać. Jeżeli musiałbym się zdefiniować na wymiarze sukces – porażka, muszę powiedzieć: tak jestem człowiekiem porażek.

Nie mówię tego z dumą.

Gdy patrzę jak niewiele udało mi się zrealizować celów, myślę z goryczą: szkoda, za dużo błędów, za częste porażki, wolałbym inaczej…

Zakładam, że znasz to uczucie. Bo jeżeli nie, to ten tekst nie jest dla ciebie.

Poddać się?

Uczucie wątpliwości, osłabienia sobą samym. Bezradność. Myśl: chyba nigdy mi się nie uda.

Pierwsza pokusa – wszystko sobie odpuścić. Przestać się szarpać. Pójść na łatwiznę. To i tak nie było możliwe. Uderz się w głowę. I tak byłeś bez szans. To było za trudne. Nie walcz już. Żyj z dnia na dzień. Pogódź się, że nie dla ciebie morski wiatr w liściach palm, śnieg na niebosiężnych szczytach czy czerwone dachy Paryża. Nie dla ciebie setki klientów zadowolonych z twoich usług, duże nakłady książek czy pełna gości kawiarnia.

Bierz, co dają. Od ósmej do czwartej. Książka do poduszki. Wolne soboty. Nie taki znowu zły szef. Te, tylko trochę głupie, imprezy firmowe. Teściowa na niedzielnym obiedzie, którą jakoś można znieść. Grymaszące dziecko. Te same, coraz bardziej zmęczone oczy patrzące z lustra.

Bierz, co dają. W menu nie ma nic innego.

Jakiś czas temu, zasypiając po trudnym dniu, w którym zbyt dużo mówiłem i zbyt mocno się szarpałem, przyszła mi do głowy myśl, o tym, jakie to wspaniałe, że życie kiedyś się kończy. Poczułem, że to zupełnie nieważne, co jest po drugiej stronie: prawda i światło czy pustka – tak czy owak jest ciszej. Zatęskniłem do tej ciszy. Następnego dnia byłem bardzo zdziwiony, tym, że taka myśl w ogóle pojawiła się w mojej głowie. Człowiek nawet nie wie, co w sobie ma.

Ale gdy się poddajesz, gdy przestajesz podążać swoją drogą, tworzysz coraz więcej i więcej miejsca dla tej zjawy (czarnego psa, jak nazywał ją Churchill). Stopniowo zjawa może stać się większa. W końcu może cię nawet zmusić do unikania peronów, mostów, wieżowców i krawędzi. Winston Churchill zwierzał się:

Nie lubię stać blisko krawędzi peronu, gdy przejeżdżają pociągi. Lubię stać z tyłu i jeżeli to możliwe mieć coś między mną a pociągiem. Nie lubię stać przy burcie statku i patrzeć w dół na wodę. Działanie podjęte w sekundę mogłoby wszystko skończyć. Kilka kropel desperacji.

Wziąć się za mordę?

Ale przychodzi też druga pokusa. Nie, nie poddam się! Muszę się wziąć za siebie. Ordug! Zniszczyć to, co opóźnia marsz. Chwycić się w karby, zaciągnąć gorset. Mocno ścisnąć jego sznurki, tak by ciało prawie nie mogło oddychać.

Jakiś człowiek pod jednym z moich tekstów napisał, że nie znam się na samodyscyplinie. Bo samodyscyplina polega na tym, że każdego dnia ma się twardy plan i realizuje się go krok za krokiem. Ma się kalendarz a w nim cele i harmonogramy. Wie się, kiedy praca się zaczyna a kiedy się kończy. Panuje się nad każdą myślą i każdym ruchem.

Nie odpisałem temu człowiekowi. Musiałbym mu napisać, że myli samodyscyplinę z nerwicą natręctw. Że najpierw powinien stawić czoła lękowi a później wypowiadać się na tematy związane z kierowaniem sobą.

Lęk sprawia, że wpadają nam do głowy dziwne pomysły. Próbujemy zmienić żywe ciało w metal. Próbujemy za pomocą zaklęć zmienić swoją psychikę w krzemowy procesor.

Zamiast żyć i być sobą, zaczynamy siebie odgrywać. Zmieniamy życie w kukiełkowy teatrzyk. Autor tego komentarza podpisał się mgr Piotr. Pan magister intelektualista – i tak skromna kukiełka. Sam mam kilka lepszych: pan psycholog dyplomowany na UJ; autor książek dwóch; człowiek, który zaczynał dwieście metrów od końca Polski itp.

Jest tyle wspaniałych kukiełek – tożsamości do wyboru: święty, geniusz, jedyny-który-ma-rację, wybraniec, zawsze przebojowy człowiek, jedyny sprawiedliwy…

Nie, to również nie jest droga. Nie lubię żyć według scenariusza opracowanego przez głowę. Bez zaskoczeń, zdziwienia i niespodzianek.

Podróż pociągiem

Nie tak dawno temu, była sobie pewna utalentowana dziewczyna. Jako dziecko śmiała się, biegała i była pełna pasji i marzeń. Dobrze się uczyła i dostała się na trudne studia. Gdy je skończyła przyjęli ją do dobrej firmy konsultingowej. Rodzice byli szczęśliwi. Koleżanki zazdrościły. Nowi przełożeni zachwycali się. Doskonale łapała wszelkie meandry prawa i księgowości. Po ponad dziesięciu latach została partnerem, dyrektorem i cenionym specjalistą od spraw inwestycyjnych. Wszyscy gratulowali jej sukcesów i mówili jak spójna, pełna konsekwencji jest jej kariera.

Nikt już nie pamiętał, że skończyła biologię a nie księgowość, że całe dzieciństwo marzyła by być jak Jane Goodall. Że jej pasją były zwierzęta, że to ich dotyczyły jej marzenia i fantazje. Że to nimi chciała się opiekować, leczyć i poznawać. Ale przecież każdy wie, że nie da się z tego wyżyć. Dała się przekonać, że najlepsze jest celowe i planowe działanie. Najpierw musi zdobyć konkretny zawód, zaoszczędzić, a później będzie mogła robić, co chce. Prosty plan.

Gdyby jakiś uważny psychoanalityk przyjrzał się jej pracy zauważyłby, że zawsze zostawiała furtkę dla porażki – zapominała o dołączeniu kluczowych danych, albo specjalnie zapominała o sprawdzeniu czegoś. Tak, jakby coś w niej chciało uciec z całej tej pełnej sukcesów kariery. Ale firma miała dobre procedury i zawsze udawało się w miarę szybko wyłapać to, co było nie tak, kładąc to na karb normalnej ludzkiej omylności. Efektem był sukces za sukcesem.

Teraz, mając czterdzieści parę lat, kobieta siedzi w wygodnym wagonie pierwszej klasy. Od niechcenia przegląda gazetę i trafia na artykuł o młodych ludziach, którzy prowadzą stadninę koni. Patrzy na zdjęcia i czuje w środku coś dziwnego. Smutek? Złość? Porażkę? Pogardę dla naiwności małolatów? Zamyka oczy, jakby to miało wyprowadzić na prostą tą kotłującą się grupę zdezorientowanych biegaczy.

Nagle czuje, że ktoś dotyka jej ramienia.

- Pani bilet poproszę…

- Co proszę?

- Kontrola biletów.

Podaje bilet.

- Niestety, to nie jest bilet na ten pociąg. Wsiadła pani do innego pociągu.

Co z tego, że pociąg odjechał o czasie, co z tego, że jest pełen wygód, co z tego, że mknie przez kolejne stacje jak burza? Co z tego, skoro to nie jest właściwy pociąg?

Czy jesteś we właściwym pociągu? Tak, jestem we właściwym bo jest mi wygodnie, bo wagon restauracyjny serwuje doskonałe potrawy a za oknem szybko mijają pola i drzewa. Jakie to ma związek?

Sukcesy są przyjemne, miłe i wygodne. Ale to nie one mają znaczenie. Nie patrz na nie. Nie szukaj w nich sensu.

Właściwe pociągi rzadko bywają wygodne, punktualne i niezatłoczone. Ale co zrobić, jeżeli tylko takie kursują do twojej stacji? Co zrobić, gdy tylko takie mogą cię zawieźć do domu?

Zostaniesz na peronie?

Przesiądziesz się do innego, wygodniejszego i ładniejszego, ale jadącego na drugi kraniec świata?

Będziesz czekał, aż przyjedzie lepszy, mniej zatłoczony?

Co się liczy?

Nie szukaj drogi, na której nie ma porażek. Szukaj drogi, która ma serce. Takiej, która prowadzi do domu. Do miejsca, do którego należysz. Do miejsca, w którym chcesz spędzać święta.

Nie liczy się to ile odnosisz porażek a ile sukcesów. Liczy się to, gdzie prowadzi droga. Na każdej drodze spotkasz trochę tego i trochę tego. Nie ma reguł, ale jeżeli jest zbyt wygodnie, jeżeli wszystko idzie zbyt łatwo i zbyt szybko, warto się rozejrzeć, czy to na pewno właściwa droga. Droga z sercem, częściej jest niewygodna i męcząca. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Może Bóg miał gorszy dzień, gdy to wymyślał? Skąd mam wiedzieć?

Lepiej odnosić porażki będąc na dobrej drodze niż sukcesy będąc na złej.

Odniosłeś porażkę? Porażkę za porażką? Jesteś człowiekiem porażek? Jednym wielkim, chodzącym nieszczęściem?

To się nie liczy. Liczy się to, czy jesteś na właściwej drodze. Czy jesteś człowiekiem, który kieruje się tym, co jest najważniejsze. Nie musisz odnosić sukcesów, ale musisz robić w swoim życiu to, co ważne.

Jeszcze jedna sprawa

Aha. Gdybym miał się zdefiniować na wymiarze brak szczęścia – szczęście, to bym powiedział: tak, jestem szczęśliwym człowiekiem. Jak cholera! Największym szczęściarzem z ludzi, których znam.

———–

Zdjęcia: Justina Kochansky i Amir Jina

Dążenie wyżej

Dążenie wyżej

Opublikowano 06 października 2010 | By | Kategorie: Paja Zysk Sens | 25 komentarzy

Aby wyżej

Przeglądając jakieś stare czasopismo, trafiłem na wywiad z Wojciechem Bonowiczem, wspominającym księdza Tischnera. Bonowicz zwierza się, że na jednej z jego książek ma dedykację autora: Wojtkowi, aby wyżej.

Aby wyżej – to temat, który chodzi za mną od dawna.

Na poziomie ogólnych deklaracji sprawa jest oczywista. Mamy w głowie całą litanię haseł: mierz wysoko, sięgaj gdzie wzrok nie sięga, nie poprzestawaj, dąż do doskonałości, zrób to lepiej…. Wygląda jakbyśmy byli narodem, który ma w swojej kulturze dążenie wyżej. Złośliwiec mógłby powiedzieć nawet, że jesteśmy kulturą ludzi skaczących wyżej niż siedzą. Mania własnej wielkości, perfekcjonizm, udawanie kogoś lepszego niż się jest – dużo tego.

Gdyby na takim rozumieniu się zatrzymać, zasada, aby wyżej warta byłaby wrzucenia do kosza. Szkoda czasu. Nie podskakuj. Chodź po ziemi, bądź normalny, nie przesadzaj. Przyjmij taką postawę jak psalmista:

moje serce się nie pyszni i oczy nie są wyniosłe

nie gonię za tym, co wielkie, ani co przerasta moje siły

Ale czy podskakiwanie jest tym samym, co dążenie wyżej? Czy bycie pokornym, pogodzonym i wyciszonym wyklucza intencję aby wyżej?

Ryby, żaby i raki

Ludzie zakładają firmy, restauracje, dostają pracę w wymarzonej firmie. Zaczynają z zapałem. Mówią wszystkim o swojej pasji, przejęciu i potrzebie doskonałości. Podskakują jak młode żabki w stronę księżyca.

A potem, po kilku tygodniach pytasz kogoś, kto ich odwiedził czy korzystał z ich usług:

- I jak tam?

- Bez rewelacji

- Kiepsko?

- Nie, całkiem znośnie, ale nic specjalnego.

Bez rewelacji. Poprawne szkolenia, poprawne książki, poprawne raporty, poprawne przemówienia, poprawne oferty. Nie można się zbytnio przyczepić, ale też nie można zapamiętać.

Jakiś tydzień temu moja córka była na urodzinach swojej koleżanki. Jej rodzice skorzystali z oferty urodzinowej klubu przedszkolaka. Na ich stronie internetowej można znaleźć teksty: Naszą pasją jest ciągły rozwój, naszą fascynacją są dzieci, czerpiemy radość i satysfakcję z naszej pracy. Piękne zdjęcia pracowników, pełne kwiatów i uśmiechów.

A jak to wygląda od strony klientów?

- Bez rewelacji…

- Obiecali, że zadzwonią, nikt nie zadzwonił.

- Na stronie jest reklama kilkunastu zajęć, ale żadne się nie odbywają.

- Pani prowadząca nie radziła sobie z grupą

- Zatrudniają nieopierzonych studentów

- Ciastka mi nie smakowały.

- Pani była trochę nudna.

Żabie podskakiwanie. Mówienie o pasji to coś zupełnie innego niż działanie z pasją.

Wcale nie twierdzę, że wszystko, co człowiek robi musi być rewelacyjne. Nie da się ciągle zapierać ludziom dech w piersiach. Co gorsza nie da się stworzyć nic wielkiego, gdy ciągle myślisz o tym, że to, co robisz musi być wielkie.

Ale nie o tym mowa. Chodzi o to, jak pracujesz a nie, jakie masz zamiary. To bez rewelacji, ze strony klienta jest efektem żabiego sposobu pracy. A dokładniej żabo – rybo – raczego:

Ryby, żaby i raki
Raz wpadły na pomysł taki
Żeby opuścić staw, siąść pod drzewem
I zacząć zarabiać śpiewem.
No, ale cóż, kiedy ryby
Śpiewały tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

Karp wydął żałośnie skrzele:
„Słuchajcie mnie przyjaciele,
Mam sposób zupełnie prosty -
Zacznijmy budować mosty!”
No, ale cóż, kiedy ryby
Budowały tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

Rak tedy rzecze: „Rodacy,
Musimy się wziąć do pracy,
Mam pomysł zupełnie nowy -
Zacznijmy kuć podkowy!”
No, ale cóż, kiedy ryby
Kuły tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

Odezwie się więc ropucha:
„Straszna u nas posucha,
Coś zróbmy, coś zaróbmy,
Trochę żywnosci kupmy!
Jest sposob, ja wam mówię,
Zacznijmy szyć obuwie!”
No, ale cóż, kiedy ryby
Szyły tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

I tak dalej… Jan Brzechwa naprawdę był geniuszem. Rodacyna niby, na aby-aby, byle jak.

Niezadowolenie

Władysław Tatarkiewicz rozważając czym jest twórczość pisał, że oczywiście oryginalność i nowość się liczy, ale to zbyt mało by uznać kogoś za twórcę. I małpa może przypadkiem namalować obraz, jakiego nikt nie namalował. W twórczości nie chodzi tylko o wymyślanie nowych kombinacji (jak wydaje się niektórym tzw. trenerom twórczości). Istotą działania twórcy, jak pisze Tatarkiewicz jest szczególne napięcie czy energia umysłowa.

Energia umysłowa brzmi dobrze, ale ja wolę nazywać to po prostu niezadowoleniem.

Problemem ryb, raków i żab jest to, że są wiecznie zadowolone. Po prostu się robi i się idzie dalej. Wychodzi jak wychodzi, nie ma co tracić czasu. Następny, następny, następny… (au suivant! jak śpiewał Jacques Brel). Nie bawmy się w sentymenty.

Parę dni temu, podczas pewnego szkolenia brałem udział w ćwiczeniu, w którym trzeba było powiedzieć, z czego znana jest druga osoba. Moja koleżanka powiedziała, że jestem znany z tego, że przejmuję się wszystkim, co robię. Miłe to było, ale chciała chyba powiedzieć coś innego: Zbyszek jest znany z tego, że do wszystkiego się przyczepia, nic mu się nie podoba i wszędzie coś zmienia.

Tak rzeczywiście jest. Wiele rzeczy zajmuje mi cztery razy więcej czasu niż by mogły. Gdyby nie moje szukanie kwadratowych jaj (jak nazywa to mój tato) o wielu rzeczach dawno bym już zapomniał. Pewnie miałbym na koncie pięć razy więcej ukończonych książek i projektów.

Dosyć długo obawiałem się tej cechy. Uważałem ją za słabość. Mówiłem sobie: człowieku czy ty znowu musisz kombinować, nie możesz po prostu być zadowolony z pierwszej wersji? Albo przynajmniej zamknąć oczy i udawać, że wszystko jest ok.?

Ale w końcu zrozumiałem, że to nie do końca tak. Byłbym bez grosza przy duszy, gdyby nie moje niezadowolenie. Dzięki niemu poszedłem na studia (byłem niezadowolony z pracy technika), dzięki niemu założyłem firmę (nie byłem zadowolony z miejsca w którym pracowałem). Dzięki niemu robiłem szkolenia, na które ludzie tłumnie przyjeżdżali (bo byłem niezadowolony z każdej kolejnej wersji i zawsze wprowadzałem zmiany).

Niezadowolenie było cenne w moim przypadku. Ale z tego co wiem, jeszcze bardziej cenne jest w przypadku ludzi, którzy robią naprawdę wielkie rzeczy. Wystarczy przyjrzeć się malarzom, pisarzom czy choćby filmowcom. Ciągle im się coś nie podoba. Kolejne szkice, kolejne wersje, kolejne ujęcia. Ciągłe: to nie to, to nie to…

Profesjonaliści niezadowolenia

Susan Sontag w eseju, który wycięty z gazety, przez kilka lat wisiał na mojej ścianie, nazywa artystów profesjonalistami niezadowolenia.

Ernest Hemingway przepisywał ostatnie strony Pożegnania z bronią, trzydzieści dziewięć razy. Pablo Picasso, znany z żywiołowości i szybkości tworzenia, do obrazu Guernica zrobił czterdzieści pięć szkiców. Michał Anioł, roztrzaskał prawie na kawałki swoją Pietę Florencką.

Sontag z kolei twierdzi:

Pisze się po to, by przeczytać to, co się napisało i sprawdzić czy jest „w porządku”, bo przecież nigdy w porządku nie jest. Pisze się po to, aby napisać to samo na nowo – raz, dwa razy, tyle, ile trzeba, żeby w czytaniu to, co napisane wypadło znośnie.

Zadowolenie z pierwszej wersji zawsze jest sygnałem amatorszczyzny. I nie chodzi o to, czy pierwsza wersja jest znośna czy nie. Bywa znośna. Nie chodzi o to, czy ludziom się spodoba. Ludzie akceptują dziś prawie wszystko. Chodzi o coś zupełnie innego. Nawet, gdy ci coś wyjdzie za pierwszym razem, myślisz (jak pisze Sontag):

Jeżeli potrafiłem osiągnąć ten poziom za pierwszym podejściem bez większej walki, czyż nie potrafię zrobić tego jeszcze lepiej?

Ale najczęściej jest tak, że za pierwszym razem nie osiąga się niczego godnego uwagi. Ernest Hemingway mawiał: The first draft of everything is shit (przepraszam za słowa, ale to nie ja, tylko Ernest: Pierwsza wersja zawsze jest do dupy).

Sontag pisze:

Powiedzmy, że to wszystko jest do niczego. Ale jest szansa, że da się poprawić. Wypowiedzieć jaśniej, głębiej, dobitniej… Chcesz, aby twoja książka była bardziej pojemna, bardziej autorytatywna. Chcesz wydźwignąć siebie ponad siebie. Chcesz wydźwignąć książkę ze swojej przeładowanej świadomości. Tak jak rzeźba ukryta jest w bloku marmuru, tak powieść jest zatopiona w twoim umyśle. Próbujesz ją uwolnić.… Czytasz więc swoje zdania na nowo. Czy to jest właśnie książka, którą piszę? Czy to już wszystko? … Czy nie potrafię tego zrobić jeszcze lepiej?


Czy to już wszystko?

Twórczość to pogoń za doskonałością. Wydobywanie z siebie czegoś większego. Próba zbliżenia się do czegoś, co nas przerasta.

Nie jest ważne, co robisz. Czy piszesz poradnik o tym jak hodować patyczaki, czy przygotowujesz szkolenia z obsługi wózka widłowego, czy serwujesz kawę i szarlotkę czy też odpowiadasz na pytania klientów jak się włącza telefon. W każdej dziedzinie są dwa typy ludzi. Ryby, raki i żaby oraz artyści. Tacy, którym wystarczy zrobić cokolwiek i iść dalej oraz tacy, którzy sięgają wyżej. Tacy, którym wystarczy żeby klient nie protestował oraz tacy, którzy mają odwagę zadawać sobie pytania:

Czy to już wszystko?

Czy potrafię to zrobić jeszcze lepiej?

Czy potrafię wydźwignąć się ponad?

Jakie pytanie dziś powinieneś sobie zadać? Może takie:

Czy potrafię zrobić to szkolenie jeszcze ciekawszym?

Czy potrafię zrobić ten obiad jeszcze bardziej pożywnym i smaczny?

Czy mogę jeszcze bardziej ułatwić temu dziecku rozwój?

Czy mogę jeszcze bardziej pomóc klientowi?

Czy mogę dostarczyć moim słuchaczom jeszcze lepszych doświadczeń?

Czy mogę jeszcze trafniej odpowiedzieć na potrzeby ludzi?

Czy to aby nie perfekcjonizm?

Oczywiście nie każde niezadowolenie i nie każde napięcie można uznać za twórcze. Gdyby tak było, każdy neurotyk miałby zagwarantowane miejsce w Muzeum Narodowym. Tymczasem nie ma rzeczy bardziej odległej od twórczości jak perfekcjonizm.

Perfekcjonizm wiąże się z niezadowoleniem, ale innego rodzaju. Perfekcjonista jest przekonany, że to, co zrobił jest do niczego, nawet gdy na to nie spojrzał. Na pewno mi nic nie wyszło, nawet nie ma co poprawiać – myśli.

Perfekcjonista unika konfrontacji ze swoją pracą. Za żadne skarby nie jest w stanie przeprowadzić pięciu, sześciu redakcji swojego tekstu. On nie jest nawet w stanie spokojnie przeczytać tego, co napisał. Poprawienie własnego tekstu to dla niego męka gorsza od wyładunku tony węgla.

Perfekcjonista najbardziej kocha dostawać brawa albo zaczynać od zera. Wierzy w to, że coś jest albo doskonałe, albo całkiem do niczego. Jeżeli nie wyszło mu bez skazy – szkoda gadać. Lepiej strzelić sobie w głowę, upić się albo zacząć od nowa. Poprawki nie wchodzą w grę.

Artysta, podchodzi do tego, co zrobił inaczej. Redagowanie, poprawianie i korygowanie to praca nawet przyjemniejsza niż robienie czegoś od nowa. W końcu to powolne zbliżanie się do ideału.

Perfekcjonista nie ma wyczucia minimum – gdy już zacznie coś poprawiać, będzie to robił bez końca, aż tak się w tym zgubi, że będzie musiał wyrzucić wszystko na śmietnik. Artysta dobrze wie, kiedy osiąga akceptowalne minimum. I mimo, że ciągle nie do końca jest zadowolony z tego, co zrobił, czuje, że udało mu się przybliżyć do absolutu.

Niezadowolenie z siebie czy niezadowolenie z kolejnych wersji?

Oczywiście artyści bywają neurotykami. Ale nie wtedy, gdy tworzą.

Przyczyną tej różnicy pomiędzy artystą a neurotykiem jest to, co ma stać się doskonałe. Perfekcjonistę obchodzi tylko jego własna doskonałość. Jedynym dziełem, które go interesuje jest on sam, a dokładniej zestaw jego wyobrażeń na swój temat. To ja sam mam być doskonały, boski i cudowny. Niezadowolenie – owszem, ale niezadowolenie z siebie.

Niezadowolenie artysty dotyczy jego dzieła. Jest niezadowolony, bo to, co zrobił nie do końca jest takie, jak w jego wizji. Ale nie chodzi o niego samego, tylko jego dzieło. To nie ja się liczę. Liczy się moja książka, obraz, przedszkole, biuro tłumaczeń czy restauracja. A dokładniej, nawet te rzeczy nie liczą się najbardziej. Najważniejsze jest to, jak wpływają na innych ludzi (ale to już temat na inną pogadankę).

Ktoś, kto szuka doskonałości siebie samego, nie jest w stanie pracować nad trzydziestą dziewiątą wersją tej samej strony. Konieczność kolejnej poprawki jest dla niego sygnałem braku talentu. Geniusz przecież tworzy tak, jak w potocznych wyobrażeniach tworzył Mozart: przepisuje wszystko z głowy, bez żadnych poprawek, od razu same epokowe dzieła. Nie musi zmieniać nawet jednej litery. Niestety Mozart poprawiał, redagował i korygował. Listy, które do dziś niektórzy cytują, jako dowód, że twórczość jest efektem boskiego błysku są fałszywką sporządzoną przez pewnego starego muzykologa.

Jeżeli chcesz sprawdzić, czy jesteś neurotykiem czy artystą zrób prosty eksperyment. Napisz coś, odłóż na parę godzin a potem wróć do tekstu i popraw. Jeżeli jesteś perfekcjonistą poprawienie siebie będzie bolesne. Każdy znaleziony błąd będzie jak nieprzyjemne ukłucie.

Jeżeli z kolei jesteś narcyzem, twój tekst będzie ci się podobał bez zastrzeżeń. Nie znajdziesz niczego do poprawki. Będziesz się nim upajał.

Ani neurotyk, ani perfekcjonista niczego cennego nie stworzy. Robert Fritz (jeden z ludzi, którzy zarazili mnie pomysłem, że to biznesmeni powinni się uczyć działania od artystów a nie odwrotnie) pisze:

Sztuka tworzenia leży w zdolności dostosowywania tego, co zrobiłeś do tej pory.

Jeżeli chcesz rozwinąć swoje twórcze zdolności, przestań troszczyć się o to, czy ty sam jesteś doskonały czy nie, przestań uzależniać swoje samopoczucie od tego czy coś ci wyszło dobrze za pierwszym razem. Skup się na tym, co robisz.

Poprawianie siebie może na początku boleć. Ale jeżeli przestaniesz gonić za sobą samym, z czasem odkryjesz w tym przyjemność. Tak jak Susan Sontag, która pisze:

…zasiadanie nad pustą kartką jest zawsze momentem groźnym i onieśmielającym. Jak skok do lodowatego jeziora. Potem przychodzi faza ciepła, kiedy ma się już nad czym pracować, co poprawiać i redagować.

Największa przyjemność twórcy, to możliwość poprawiania tego, co jest jeszcze do dupy, tak by stawało się z każdym krokiem coraz doskonalsze.


Jeszcze raz: poprawiaj siebie

Ten tekst napisałem wczoraj. Mogłem go zamieścić od razu. Ale wiedziałem, że lepiej będzie, gdy usiądę nad nim rano i jeszcze raz go przeczytam. Znalazłem w nim wiele błędów, kilka rzeczy wyrzuciłem, wprowadziłem kilka poprawek. Nie jest doskonały, ale jest lepszy.

Nie zawsze masz możliwość tego rodzaju redagowania. Ale zawsze masz możliwość by się zatrzymać i przyjrzeć się z boku temu, co robisz. Zastanowić się, jak mógłbyś to ulepszyć. Co mógłbyś poprawić? Co mógłbyś ująć inaczej?

Jeżeli czujesz, że odniosłeś totalną klapę i zupełnie ci nie wyszło, odłóż to na jakiś czas. Potem wstań rano, przyjrzyj się wszystkiemu z boku i popraw to, co umiesz. Nie masz prawa narzekać, że ci nie wychodzi, póki nie zrobisz trzydziestu dziewięciu wersji.

Jeżeli czujesz, że wyszło ci doskonale za pierwszym razem, jeszcze bardziej powinieneś odłożyć swoje dzieło na bok i potem do niego wrócić. Jedna z zasad, której nauczyłem się podczas pisania książek jest taka, że jeżeli napiszesz coś, z czego jesteś niesamowicie dumny, najczęściej możesz skreślić to bez zastanawiania się. Nie ma bardziej pretensjonalnej rzeczy niż książka pełna „złotych myśli”. Odłóż a potem wróć i przyjrzyj się temu z boku. Jak teraz ci się to podoba? Czy rzeczywiście nic nie da się zrobić lepiej?

Nie chodzi o to, że zawsze musisz wprowadzać zmiany. Chodzi o to, by mieć odwagę poprawiania siebie. Taka odwaga wymaga z kolei odwagi patrzenia na siebie z boku, tak jakby patrzył ktoś inny.

Jesteś narzędziem. Przestań pracować nad sobą. Zacznij pracować nad swoim dziełem. Rzeźbiarz może mieć ręce wybrudzone gliną, ale jego posąg może być kryształowo czysty.

Dla osób mających tendencje neurotyczne poprawianie siebie może boleć. Nie przejmuj się bólem. Z czasem człowiek przywyka. Pamiętaj o tym, co napisał Sol Stein (który jako redaktor pracował z połową znanych na świecie autorów):

Niechęć do poprawiania siebie zazwyczaj sygnalizuje amatora.

Amator, to człowiek zadowolony z tego, co mu wyszło za pierwszym razem. Artysta to człowiek, który nawet, gdy pierwsza wersja mu się podoba i tak zrobi trzydzieści dziewięć kolejnych.

Cztery zasady pracy, tak jakbyś był artystą

Cztery zasady pracy, tak jakbyś był artystą

Opublikowano 25 września 2010 | By | Kategorie: Paja Zysk Sens | 8 komentarzy

Dwa poprzednie teksty można podsumować jednym wnioskiem: jeżeli ci nie idzie, jeżeli nie zarabiasz pieniędzy, jeżeli nie możesz znaleźć swojego miejsca – to dlatego, że nie umiesz pracować jak artysta. Wiem, wiem: bardzo się starasz, bardzo ci zależy, masz trudne warunki, mieszkasz w złym miejscu, za dużo masz na głowie, dzieci ci na to nie pozwalają, żona/maż cię dołuje, rodzice cię blokują, nie możesz sobie pozwolić na fanaberie, musisz jeszcze przejść terapię, musisz być rozsądny, nie masz odpowiedniej techniki, brakuje ci dużego talentu …

Mów to swoje babci a nie mnie (słyszę teraz komentarz mojej żony: typowy dla Zbyszka humor przedszkolaka). Mów to swojemu wujkowi, kolegom, mężowi, żonie, szefowi, sąsiadom, politykom… Ale nie mów tego mnie, a tym bardziej sobie. To bzdury i samooszukiwanie się.

Dlaczego ludzie, którym zazdrościsz odnieśli sukces?

Bądź artystą a odniesiesz sukces. Rozejrzyj się i zobacz, kim są ludzie, którzy odnoszą sukces. Kim są ci ludzie, którym mógłbyś zazdrościć? Czy to naprawdę tylko matacze, karierowicze i dzieci przypadku? Czy to tylko przedsiębiorczy, sprytni ludzie, którzy wiedzieli jak się ustawić? Pewnie są i tacy, ale popatrz na tych, których podziwiasz.

Popatrz: szef kuchni, do którego restauracji walą setki zachwyconych gości. Każde spotkanie przy stoliku, na którym leżą jego potrawy staje się pełne światła i radości. Skąd on się wziął? Założył kiedyś restaurację i z czasem dopracował się kilku recept? Nic podobnego. Był artystą, długo przed założeniem swojej knajpy. Poszedł kiedyś za tym, co kocha, a dopiero potem dołożył do tego kwestie organizacji i przedsiębiorczości.

Albo muzyk, na którego koncerty przychodzą tłumy fanów, który poprzez swoje nagrania codziennie dostarcza ludziom solidne porcje piękna i energii. Dlaczego ma za co żyć? Bo był przedsiębiorczy i założył kiedyś zespół? Bo sobie zaplanował, że kiedyś będzie sławny i bogaty? Nie, bo kocha muzykę.

Lekarz, na którego wizyty trzeba się umawiać pół roku wcześniej. Który potrafi wyprowadzić pacjentów z najgorszych opałów. Dlaczego odnosi tyle sukcesów i zdecydowanie ma za co żyć? Dlatego, że miał układy i pracuje w szpitalu? Umiał się ustawić? Zadaj mu jakieś pytanie związane z tym, co robi. Kiedyś przed wizytą u takiego lekarza trochę sobie poczytałem i pooglądałem (np. nagranie z konferencji na które brał udział), potem poprosiłem o wyjaśnienie czegoś. Odpowiedź była przykładem pasji i miłości do tematu.

Zacznijmy od stawania się artystą. Później zajmiemy się naszymi psychicznymi oporami i pieniędzmi.

Cztery proste zasady

No dobra. Pogadaliśmy sobie. Ale co konkretnie mam robić?

Przyglądając się artystom, czytając ich wypowiedzi i rozmawiając z nimi odkryłem kilka zasad, którymi się kierują. Postanowiłem wybrać cztery najważniejsze. Oto one:

1. Idź za wizją, dąż do doskonałości nie akceptuj byle czego. Ale ważna uwaga: nie skupiaj się na sobie samym, ale na twoim dziele. To ono ma być doskonałe, a nie ty.

2. Znajdź swój głos. Bądź oryginalny. Nie powielaj. Nie daj się zamknąć w modelach myślowych, jakie ludzie ci narzucają

3. Nie można być artystą bez publiczności. Żyj dla ludzi. Wychodź do nich. Dziel się tym, co masz w sobie najlepszego. Nie ukrywaj tego. Wnoś wkład w ich życie.

4. Rozwijaj swój talent. Tak, nie ma artystów bez talentu. Tyle, że ten prawdziwy talent, to coś, co pojawia się, jako efekt ciągłej i ciężkiej pracy.

Cztery pytania

W kolejnych tekstach będę pisał o tych punktach (znając moją rozwlekłość, pewnie nie uda mi się zamknąć w czterech punktach). Mam nadzieję, że te zasady będą się stawać coraz bardziej praktyczne.

Ale spróbujmy się już teraz do nich przymierzyć. Sprawdźmy czy nadają się do tego by przewidzieć sukces. Pomyśl o kimś konkretnym (osobie, która odniosła sukces, albo która dopiero walczy, i jesteś ciekawy, czy jej się uda). Odpowiedz na cztery pytania:

1. Czy ta osoba działa z wizją? Czy ma jakąkolwiek koncepcję czy pomysł na to, co robi? Czy jest w stanie pokazać głębszy sens swoich działań? Czy jej koncepcja się  rozwija? A może cała jej wizja sprowadza się do jakiegoś bzdurnego zdjęcia domku z czerwonym dachem czy połyskującego samochodu? Czy ma odwagę zmieniać swoją pracę, gdy stwierdzi, że to nie jest to, o co jej chodziło?

2. Czy ta osoba mówi swoim głosem? Dwóch kucharzy na podstawie tego samego przypisu i dysponując dokładnie tymi samymi składnikami zrobi zupełnie różne potrawy. Nasza psychika jest czymś bardziej wyjątkowym niż linie papilarne. Jeżeli ktoś mówi to samo co inni, to znaczy że nie dotarł do swojego głosu. Czasem źle mi się robi, gdy czytam w kolejnych blogach te same rady, te same przykłady, niemal te samy teksty. Już czytałem blog Leo Babuaty, już znam na wylot Davida Allena, wystarczy. Mam dość tych samych szkoleń: komunikacja, motywacja, wizualizacja, enelpizacja… Naprawdę jesteś taki sam jak inni? Naprawdę twoje życie nie nauczyło cię niczego wyjątkowego?

3. Czy ta osoba daje coś ludziom? Czy ktoś korzysta z jej twórczej pracy? Czy ludzie, który korzystają czują różnicę? Czy ta osoba czasem nie chowa się z tym, co robi przed innymi? Dla mnie jest tylko jedno kryterium grafomaństwa. To chowanie czegoś w szufladzie. Jeżeli coś napiszesz, ale wyjdziesz z tym do ludzi, to może to być chała, szajs totalny, tandeta, chłam, słowem „zła książka to była”, ale nie jest już grafomaństwo.

4. Czy ta osoba ustawicznie się rozwija? Czy dziś umie dwa razy więcej niż rok temu? Nie? To nie ma nic wspólnego ze sztuką. Gdy traktujesz coś jak dzieło sztuki twoje umiejętności zmieniają się, bardziej przypominają mocny górski potok niż stęchły zarośnięty stawik.

Wystarczy złamać jedną z tych zasad a niewiele wyjdzie z największego nawet wysiłku.

Znam osobę, która pracuje w firmie szkoleniowej – ma wizję, wychodzi do ludzi, rozwija się, a nie niestety nie mówi swoim głosem. Klapa.

Znam też kogoś, kto mówi swoim głosem, uczy się nowych rzeczy, ma koncepcje i wizje, ale nie obchodzą go inni ludzie. Nie wychodzi do nich, woli sobie dłubać w samotności i być ponad „tłumem”. Klapa.

Pozostałe zasady

Te cztery zasady nie wyczerpują wszystkiego. Nie wyczerpują nawet zawartości tego cyklu. W sumie będzie dwanaście zasad. Kolejna czwórka wiąże się pieniędzmi, kolejna z oporem. Wszystkie się bardzo ze sobą łączą. Sami zresztą z czasem zobaczycie.

Być artystą czy trybem?

Być artystą czy trybem?

Opublikowano 21 września 2010 | By | Kategorie: Paja Zysk Sens | 16 komentarzy

W poprzednim tekście była mowa o trzech orientacjach, które pozwalają osiągnąć sukces. Jedną z nich jest zaradność, drugą umiejętność radzenia sobie z wrodzonym lękiem i związaną z nim bezwładnością, wahaniem czy wycofywaniem się, trzecią jest artyzm w tym, co robisz. W skrócie: raz – pamiętaj o tym, że musisz spłacić swoje rachunki, dwa – traktuj opór, jako coś normalnego, z czym trzeba na co dzień żyć, trzy…. właśnie…co to jest ten artyzm?

Tylko nie artysta!

Mój tato, gdy coś przeskrobałem czasem mówił: artysta jesteś… Bynajmniej nie była to pochwała. Słowo artysta miało pejoratywny wydźwięk. Czasem występowało nawet w formie artycha. Rzucone z przekąsem mogło znaczyć, że ktoś jest cwaniakiem, kombinatorem i typem skupionym wyłącznie na sobie.

Później, już w szkole, doszło drugie znaczenie. Artysta dziwnie się ubiera, mówi niezrozumiałe rzeczy i dziwnie się zachowuje (np. sika przez okno, miesza nie te alkohole co trzeba czy spaceruje z parasolem ogrodowym po głównej ulicy). Mimo to, wszystko mu uchodzi. Nie ma źle. Nic nie robi, od czasu do czasu pobawi tylko się farbami, zapisze coś w zeszycie albo porzępoli na gitarze. Kilku z nas przez pewien czas nawet starało się takim artystą zostać. Ja miałem swój jaskrawo czerwony golf, połatane dżinsy i nieodłączny zeszyt. Kolega miał zawsze wymięte ubrania i gitarę. Inny ciągle nosił ze sobą szkicownik i pastele. Całe szczęście, wyrośliśmy z tego (w każdym razie większość z nas).

Te skojarzenia związane ze słowem artysta, sprawiają, że wielu twórców go unika. Byłem kiedyś na spotkaniu z Władysławem Hasiorem. Chciałem go o coś zapytać, w trakcie pytania użyłem słowa artysta. Hasior nawet nie dał mi skończyć, bo od razu stwierdził, że nie jest żadnym artystą tylko rzemieślnikiem.

Słowo artysta ma w sobie pychę, zadufanie i nieliczenie się z innymi. Rzemieślnik, to ktoś, kto pracuje dla innych, nie stawia się na świeczniku i ma doskonale opanowany warsztat pracy (czyli właśnie rzemiosło). Myślę, że Hasior nie tyle odżegnywał się od bycia artystą, ile próbował wrócić do pierwotnego znaczenia tego słowa. Łacińskie ars to umiejętność, rzemiosło czy zręczność. W słowniku języka polskiego, jedno ze zdań przy haśle artysta mówi: osoba odznaczająca się mistrzostwem w jakiejś dziedzinie; mistrz, znakomitość. Artysta, mistrz, rzemieślnik, twórca – można nazywać, jak kto chce, ale to tylko słowa. Słowa można lubić lub nie, ale jak mówią to tylko pułapki na zające. Mnie bardziej interesuje zając. Czy ten zając jest na tyle ważny by się nim zajmować? Czy coś dobrego może nam przynieść?

Dlaczego warto być artystą?

Postulat by każdy traktował swoje zajęcie jak sztukę, przez długi czas był tylko wymysłem pięknoduchów. Można sobie było być artystą po godzinach. Jeżeli jednak chciałeś mieć za co żyć, trzeba było mieć dobry zawód, zatrudnienie w dobrej firmie i starannie wykonywać polecenia.

Słowem, bardziej niż być artystą opłacało się potulnie pracować w fabryce. Oczywiście, czasem w fabryce była mowa o zaangażowaniu i kreatywności. Robiło się szkolenia, podczas których uczestnicy nosili śmieszne czapeczki i śpiewali piosenki. Ale nikt tego nie traktował poważnie. Wszyscy doskonale wiedzieli, że człowiek sukcesu kieruje się dwoma zasadami: nie wychylaj się oraz chroń swój tyłek. Komu chciałoby się być twórczym, gdy bycie trybikiem tak bardzo się opłacało?

Ale coś się zmieniło. Ci, którzy z taką pilnością przychodzili do pracy rano i wybiegali z niej po południu, zaczęli ją tracić. W coraz większej ilości firm zaczęło się okazywać, że bycie pilnym i przewidywalnym to zbyt mało. O ile kilkadziesiąt czy nawet kilkanaście lat temu, nie było alternatywy i firmy musiały zatrudniać tych wszystkich mechanicznych pracowników, dziś mają znacznie więcej możliwości. Przy taśmie montażowej można postawić automat. Wychodzi taniej, sprawniej i szybciej. Można zlecić produkcję do Chin. Zamiast urzędnika odbijającego pieczątki i wypełniającego formularze, można zamówić dobry skrypt albo przenieś wszystko do internetu. Zamiast płacić ludziom przez cały rok, można zatrudnić pracowników czasowych. Będzie mniej zamętu i taniej.

Można lamentować, że to nie ludzkie, że ludzie mają swoje potrzeby, że firmy mają obowiązki… . Oczywiście są jeszcze firmy, które usiłują działać w starym, XX – wiecznym modelu. Zmiany można opóźniać. Ale to tylko kwestia czasu. Udawanie, że ciągle jest XX wiek, że nie ma globalizacji, że nie ma internetu i procesorów, o jakich kilkanaście lat temu nie śniliśmy – nie może się dobrze skończyć. Ten okręt tonie, a próby utrzymania go na powierzchni przez rozbitków wiadomo jak się skończą. Przeżyją tylko ci, którzy się go puszczą i zamiast stawiać morzu warunki zaczną unosić się na jego falach.

Gdy puścisz się starego okrętu i nauczysz się funkcjonować w nowej rzeczywistości, szybko odkryjesz, że ta katastrofa wcale nie była czymś strasznym. Przeciwnie była wybawieniem. Że to nie obecne zmiany są nieludzkie, ale to, czego doświadczaliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt lat.

Seth Godin w książce Linchpin pisze, że czasy „fabryki” i ludzi – automatów skończyły się bezpowrotnie. Zaczęły się czasy artystów. Według niego nasza obecna gospodarka, bardziej niż jakakolwiek inna gospodarka w historii nagradza artystów. Artystów, czyli ludzi, którzy wykonują swoją pracę w sposób twórczy, osobisty i pełny pasji. Ludzi, którzy wykonują swoje zadania w ludzki sposób – nie do podrobienia nie tylko przez maszyny, ale także przez innych ludzi.

Jedyny sposób, który pozwala utrzymać się na powierzchni to zacząć traktować swoją pracę jak sztukę. To oczywiście nie ma nic wspólnego z malowaniem czy śpiewaniem.

Czy każdy, kto umie malować jest artystą?

Parę metrów ode mnie wiszą dwa olejne, ręcznie malowana obrazy. Kupiłem je za pięć dolarów jeden, na stronie jakiejś chińskiej firmy. Przyszły prosto z Chin, zapakowane w plastikową tubę. Gdy je ściągnąć ze ściany i z bliska im się przyjrzeć, można zobaczyć, że są namalowane na tanim płótnie w dużym tempie. Z boku widać ślady taśmy, jaką płótno było przyklejono do sztalugi. Ponoć w Chinach są całe wsie utrzymujące się z malowania takich obrazków. Rano skoro świt, zamiast pielić ryż po kostki w wodzie, chiński wieśniak, jego żona i jedno dziecko (bo więcej nie wolno mieć) staje przed sztalugami i leci: przed południem pięćdziesiąt strelicji na zielonym tle i dwadzieścia maków na niebieskim. Jeżeli są bardziej sprawni, dostaną nieco trudniejsze zadanie – np. namalowanie portretu olejnego ze zdjęcia (jakieś dziesięć dolarów od sztuki).

Na ścianie obrazy nie prezentują się  najgorzej. Szczerze mówiąc są lepsze od tego, co można kupić w Ikei czy Castoramie. Są lepsze od papierowych plakatów drukowanych w milionach egzemplarzy. Są nawet lepsze od tego, co tworzą niektórzy polscy „artyści” (np. ci, których produkty można oglądać na Bramie Floriańskiej w Krakowie).

Jednak czy to jest sztuka? Czy ten olejny obrazek z kwiatem jest warty coś więcej niż koszty farby, płótna, czasu średnio wykwalifikowanego pracownika, kosztów przesyłki i niewielkiej marży? Oczywiście, że nie. To nie jest sztuka, a w chińskich wsiach parających się malowaniem obrazów olejnych, prawdopodobnie nikt nigdy nie widział żadnego artysty.

Ci, którzy czują się zagrożeni taką produkcją to również nie są artyści. Prawdziwi artyści nie mogą czuć się zagrożeni, bo działają na zupełnie innej płaszczyźnie. Możesz się bać tańszej siły roboczej tylko wtedy, gdy w swojej pracy robisz rzeczy powtarzalne i przewidywalne. Gdy twoją pracę można wykonywać niewiele o niej myśląc i niewiele się nią przejmując.

Czy mogę być artystą?

Istota bycia artystą nie polega na tworzywie czy rodzaju pracy, ale na tym jak ją wykonujesz. Słynny wiolonczelista, Pablo Casalas powiedział:

Zawsze uważałem pracę fizyczną za twórczą i patrzyłam z respektem oraz podziwem na ludzi, którzy pracują swoimi rękoma. Wydaje mi się, że ich twórczość nie jest mniejsza od twórczości wiolonczelisty czy malarza.

Oczywiście, to nie oznacza, że każdy wykonuje swoją pracę w sposób twórczy. To znaczy tylko tyle, że to czy jesteś artystą zależy od tego jak coś robisz, a nie co robisz.

Nie jest ważne czy założysz swoją firmę, czy będziesz wolnym strzelcem, czy będziesz pracować w korporacji lub urzędzie, czy też do starości będziesz na utrzymaniu rodziców, bogatego męża lub jakiegokolwiek sponsora. Nie jest ważne czy będziesz prowadzić szkolenia, malować obrazy, uczyć ludzi gotować, śpiewać piosenki czy pisać książki.

Ważne jest jak to będziesz robić. Możesz przejść przez życie byle jak, możesz robić wszystko tak, aby tylko zrobić. Nawet, gdy znajdziesz takich, którzy ci za to zapłacą, efektem będzie nuda, zmęczenie i poczucie braku sensu. Jeżeli chcesz żyć z sensem, zacznij od tego by traktować siebie samego jak artystę. Zacznij przekształcać swoje zajęcie w sztukę.

Co z twoją pracą?

Zadaj sobie pytanie:

- Czy moją pracę można by było zlecić chińczykowi? Czy gdyby chiński wieśniak znał polski, mógłby wykonywać to, co ja robię? Czy można by było w ciągu miesiąca – dwóch przeszkolić go, tak by wykonywał to samo (pamiętaj, że chińczycy naprawdę szybko się uczą)?

Nie chodzi o to, czy ktoś rzeczywiście zleci twoją pracę do kraju z tańszą siłą roboczą. Być może bariery stworzone przez państwo przez jakiś czas obronią cię przed rzeczywistością. Chodzi o to by sprawdzić czy czasem nie zostałeś wciśnięty w rolę mniej lub bardziej wykwalifikowanej siły roboczej. W rolę trybu, który umie tylko wykonywać polecenia czy stosować się do procedur.

Kiepsko z tobą, jeżeli jesteś tylko wyrobnikiem. Jeżeli zapomniałeś o tym, co znaczy być artystą.

Kiedy przestałeś być artystą?

Każdy z nas jest artystą, gdy się rodzi. Większość z nas jest nim w wieku trzech lat. Niektórzy, na przekór przedszkolankom, ciągle są artystami w wieku pięciu, sześciu lat. Niektórym udaje się nawet wytrzymać panie nauczycielki. Wyjątkowo odporni wytrzymują do piętnastego, szesnastego roku życia. Nielicznym udaje się być artystą w wieku dwudziestu, trzydziestu lat.

Jak powiedział Picasso: Każde dziecko jest artystą. Sztuka polega na tym, by nim pozostać, gdy się dorośnie.

Przestajemy być artystami i zaczynamy być maszynami: mamy utarte sposoby postępowania, przestajemy się przejmować, przestajemy być wrażliwi i uważni, przestajemy wkładać siebie w to, co robimy. Znamy tysiące sposobów na to by uchylać się od odpowiedzialności i ryzyka, uzależniamy się od regularnych dochodów i pozorów bezpieczeństwa. Robimy to, co nam mówią i liczymy, że to nas uchroni od katastrof. Ale nie uchroni.

Kidy się mnie pozbędą?

Nie tak dawno, można było w ten sposób doczekać emerytury. Ale dziś rzadko trwa to tak długo. Jeżeli nie jesteś artystą prędzej czy później cię zwolnią. A jak nie zwolnią to padnie twoja firma.

Pół biedy, gdy człowiek dostaje zwolnienie po roku czy dwóch latach pracy. Człowiek jest jeszcze młody i nie zaskorupił się zupełnie. Ale gdy dostajesz zwolnienie po dziesięciu, piętnastu latach, świat nagle się kończy. Wściekłość, depresja, myśli samobójcze. Pretensje i poczucie niesprawiedliwości: Dlaczego się mnie pozbyli? Dlaczego nie zostałem doceniony?

Chcesz wiedzieć? Bo byłeś zastępowalny. Bo kupili lepszą maszynę od ciebie. Bo zlecili twoją pracę tańszej sile roboczej. Bo zwalniając ciebie nie poczuli większej straty. A przede wszystkim, dlatego, że przez piętnaście lat traktowałeś sam siebie nie jak człowieka, ale maszynę. Codziennie przez osiem godzin przestawałeś być żywą istotą a stawałeś się częścią mechanizmu. Robiłeś, co do ciebie należało. Zamiast pracować z pasją i stawać się artystą, zamiast zmieniać świat, zamiast hojnie dzielić się z ludźmi, zamiast robić rzeczy niepowtarzalne, ty czekałeś z życiem na wieczór albo na weekend. Zamiast żyć przez 24 godziny ty upychałeś życie w hobby. Twój nowy motocykl, wycieczki w Himalaje, sesje medytacji w ośrodku zen, dyskusje poświęcone wyrafinowanej literaturze miały dać ci poczucie, że żyjesz z sensem. Dały poczucie. I nic więcej.

Ale jeszcze nie jest za późno. Możesz przestać dzielić świat na życie i pracę. Możesz wnieść do tego, co robisz serce. Gdy zaczynasz żyć swoją pracą, automatycznie zaczynasz uprawiać sztukę.

To wcale nie znaczy, że masz się zwolnić i założyć własną firmę. Być może tak, ale nie o to chodzi. Po prostu zacznij robić to, co robisz z pełnym zaangażowaniem.

Nawet, gdy ktoś inny (twój pracodawca czy szef) najbardziej na tym skorzysta. Nie odmrażaj sobie uszu na złość babci. Jeżeli stajesz się maszyną, tylko dlatego by nie dać komuś zarobić, tracisz w pierwszym rzędzie ty sam. Przestań traktować się jak siłę roboczą czy zasób ludzki.

A jeżeli jeszcze nie zacząłem pracy? Jeżeli jeszcze się uczę?

Pielęgnuj w sobie artystę. Nigdy nie zgadzaj sie na pracę, w której masz być tylko maszyną. Nie rób rzeczy, które cię nie interesują i nie obchodzą, tylko dlatego, że ktoś ci za nie zapłaci. Już lepiej pracuj za darmo. Jakieś pieniądze, prędzej czy później się pojawią. Znajdziesz kogoś, kto cię nauczy jak je zarabiać, ktoś cię doceni, przebijesz się. Zdarza się, że pieniądze same przychodzą. Serce do pracy – nigdy.

Trzy warunki sukcesu

Trzy warunki sukcesu

Opublikowano 14 września 2010 | By | Kategorie: Paja Zysk Sens | 20 komentarzy

1. We wszystkim, za co się weźmiesz możesz osiągnąć sukces, chyba, że…

We wszystkim, za co się weźmiesz możesz osiągnąć sukces…. To prawda. Gdy człowiek to słyszy ma ochotę ruszyć w drogę. Ale poczekaj. Jest jeszcze kilka zastrzeżeń. Kilka dopisków drobnym drukiem. Kilka rzeczy, o których się nie myśli na początku ale od których zależy, czy uda ci się dojść tam gdzie zmierzasz.

We wszystkim, za co się weźmiesz możesz osiągnąć sukces,

…jeżeli w tym, co będziesz pracował jak artysta a nie wyrobnik. Wyrobnik to odtwórca. Nie robi więcej niż konieczne, trzyma się starych sprawdzonych sposobów, robi to, co inni, nie szuka nowych sposobów, zadawala się jakotakością.

… jeżeli poradzisz sobie z oporem, który co rusz będziesz spotykał. Opór to druga strona życia pasją. Tak jak pasja, jest częścią ciebie. Nie można z pełnym zaangażowaniem robić czegoś, na czym ci zależy i nie doświadczać oporu. Co gorsza, oporu nie można do szczętu wyeliminować. Przeciwieństwem człowieka spętanego przez opór nie jest człowiek wyluzowany. Wyluzować się możesz, gdy przestaje ci na czymkolwiek zależeć, gdy chcesz jedynie spokojnie oddychać, jeść i spać. Przeciwieństwem jest człowiek, który żyje z oporem i wykorzystuje go jako pomoc w swoim twórczym działaniu.

…jeżeli będziesz zaradny i będziesz umiał rozsądnie zadbać o swoje interesy – inaczej mówiąc, gdy będziesz umiał chodzić po ziemi. Oczywiście, że to wszystko, co wokół nas to w istocie energia i duch. Ale chwilowo ta energia przybrała postać materii. Jeżeli widzisz przed sobą pole to potrzebujesz łopaty i motyki. Możesz być samym Buddą, ale jeżeli będziesz tylko medytował, warzywa nie wyrosną. Teilhard de Chardin napisał piękny Hymn do materii („Bądź błogosławiona, szorstka Materio, jałowa glebo, twarda skało, ty, która ustępujesz tylko przemocy i zmuszasz nas, byśmy pracowali, skoro chcemy jeść”). Materii owszem należy się szacunek i podziw, ale jeszcze bardziej – odpowiednie narzędzia. Umiejętność zatroszczenia się o swoje materialne potrzeby nie jest objawem przyziemności czy braku duchowości. Wręcz przeciwnie. Jest objawem dojrzałości. Osiągniesz sukces, gdy będziesz umiał rozsądnie (ani zbyt przesadnie, ani zbyt niemrawo) zajmować się potrzebami materialnymi (swoimi i bliskich).

2. Chodzenie po ziemi nie zaszkodzi twojej pasji (punkt trzeci)

Te trzy punkty to mniej więcej spis treści tego cyklu. Gdy zabierałem się do tematu tydzień temu, myślałem, że skupię się głównie na trzecim: jak działać na wolnym rynku i troszczyć się o swoje interesy.

Mało kto lubi się tym zajmować. Gdy robisz coś, co cię pasjonuje, najczęściej drażnią cię wszystkie tego typu sprawy. Najchętniej całkiem byś się ich pozbył i oddał je jakiemuś agentowi, menedżerowi czy coachowi.

Marzenie o agencie

Sam dosyć długo czegoś takiego pragnąłem. Marzyło mi się by znaleźć agenta, który by zajął się moją karierą. Kogoś, kto by szukał wydawnictw, wysyłał im propozycje, negocjował umowy, nadzorował marketing, kontaktował się z czytelnikami, zbierał materiały itp. Ja bym robił tylko to, co najbardziej lubię i umiem: siedział i pisał.

Dziś, mimo, że ciągle niektóre z tych zadań z chęcią bym delegował, wiem, że takie marzenie jest rodzajem ucieczki od rzeczywistości. Jest oznaką odmowy wzięcia pełnej odpowiedzialności za siebie i swoje działanie.

Możesz znaleźć kogoś, kto z chęcią pokieruje twoją karierą i interesami. Włosy na głowie stają człowiekowi, gdy się zobaczy ilu w Polsce jest coachów, doradców i mentorów. Gdybym dał ogłoszenie, że szukam agenta, dostał bym pewnie kilkaset zgłoszeń. Groucho Marx mawiał: nie chcę należeć do klubu, który by mnie zaakceptował jako członka. Ja w życiu bym nie chciał pracować z agentem, który by chciał pracować ze mną. Jak ktoś musi współpracować z początkującym, ciągle słabym warsztatowo pisarzem, chyba nie jest jeszcze naprawdę dobrym agentem.

Jest jeszcze drugi, ważniejszy powód, dla którego szukanie agentów wydaje się złym pomysłem. Wbrew pozorom zajmowanie się tylko tym, co się lubi (tylko: pisanie, szycie, gotowanie, serwowanie kawy i ciastek czy nagrywanie piosenek ) to wcale nie jest recepta na sukces. Szczególnie na początku, jest to droga prowadząca do porażki. Robienie tych wszystkich przyziemnych i nudnych rzeczy: utrzymywanie kontaktu z klientami, ustalanie cen, promowanie, szukanie własnych modeli biznesowych itp., bardzo dobrze wpływa także na nasze zasadnicze umiejętności.

Nie wiem jakby wyglądały moje szkolenia, gdybym nie musiał zajmować się ich dochodowością. Dzięki temu, że zajmowałem się nie tylko ich przygotowywaniem, ale także marketingiem i sprzedażą, mogłem dowiedzieć się, co jest potrzebne ludziom. Wiem jak wyglądało moje pisanie do czasu, gdy w ogóle nie zajmowałem się tym, czy znajdą się na nie jacyś klienci czy nie. Było ciężkie, nudne i nie na temat. Jednak od momentu, gdy zacząłem myśleć także o tym, jak dotrzeć do czytelników, zacząłem dowiadywać się czego ludzie potrzebują, jakie tematy są im potrzebne i jaki styl pisania jest dla nich najlepszy. Agent tylko blokowałby przepływ informacji zwrotnej między mną a odbiorcami.

Mam twórczy pomysł, czy mogę nad nim pracować?

Zdarzyło się kilka razy w mojej firmie szkoleniowej, że ktoś przychodził i mówił:

- Mam świetny pomysł na szkolenie, czy mogę nad nim pracować?

Mówiłem zazwyczaj (oprócz sytuacji, gdy pomysł był ewidentni głupi):

- Świetnie, pracuj na tym, zapłacę za literaturę i twój czas pracy, ale jesteś odpowiedzialna też za sprzedaż szkolenia.

- Ale nie, ja chcę się skupić na pisaniu, czytaniu i opracowywaniu ćwiczeń. Niech sprzedażą zajmie się jakiś koordynator czy specjalista od marketingu.

- Owszem, ale najpierw sprzedaj szkolenie, choć raz. Jeżeli ty – twórca, go nie sprzedasz, nikt go nie sprzeda. Poza tym sprzedając, dowiesz się czego ludzie potrzebują.

Pamiętam, jak Maciej Maleńczuk grywał na ulicy. Wiele razy zatrzymywałem się i go słuchałem (niestety z rzucaniem do kapelusza było gorzej, bo byłem studentem). Podejrzewam, że była to dla niego lepsza lekcja muzyki niż to, co mógłby dostać w jakiejkolwiek szkole muzycznej.

Jeżeli chcesz zrobić coś istotnego, sam wyjdź do ludzi. Sam stań za ladą, sam podawaj kawę w swojej kawiarni, sam szukaj klientów, sam z nimi negocjuj itp.

Nie szukaj ułatwień

Recepta, przynajmniej na początek jest taka: nie szukaj kogoś, kto by ci ułatwił prowadzenie biznesu. Nie szukaj agentów, doświadczonych wspólników, zarządców, menedżerów mających dwieście lat doświadczenia w branży, funduszy venture capital, inkubatorów przedsiębiorczości itp. Bądź swoim własnym agentem – przynajmniej tak długo, aż zaczniesz sobie dobrze radzić. Wbrew temu, co być może podpowiada ci twój wewnętrzny opór (przecież nie będziesz miał czasu na nic innego) takie podejście nauczy cię wielu cennych rzeczy. To nie znaczy, że nie powinieneś korzystać z pomocy i porad innych. Korzystaj, ale sam weź odpowiedzialność za efekty działania.

3. Myślałem, że ten punkt wystarczy, ale zrozumiałem, że bez umiejętności pokonywania oporu nic ci się nie uda (punkt drugi)

Im więcej o tym wszystkim myślałem tym bardziej docierało do mnie, że nie wystarczy się czymś zająć. Owszem, wielu pasjonatów nie radzi sobie właśnie z tym punktem. Ale dotarło do mnie, że z tych wszystkich narzędzi nie można skorzystać, tak długo póki człowiek nie potrafi poradzić sobie z oporem.

Paraliżujący opór

Znam ludzi, którzy doskonale wiedzą jak zadbać o swoje interesy – jak się promować, jak znajdować klientów czy jak zapewniać stały dopływ dochodów. A jednak nic nie robią. Siedzą sparaliżowani lękiem, albo dywagują, co zrobią któregoś pięknego dnia. Stąd pojawił się temat oporu. Gdybym musiał wybrać tylko jedną z tych dwóch rzeczy: umiejętność rodzenia sobie z oporem albo umiejętność radzenia sobie z rzeczywistością materialną, wybrałbym tą pierwszą. Bez tej niej nie ma żadnego konsekwentnego działania.

Przeciwieństwem człowieka spętanego przez opór jest człowiek, który działa mimo oporu. Który mimo tego, że jest pełny wątpliwości, obaw i wahań (a czasem także depresji i nerwic) wstaje rano i siada za biurkiem, otwiera lokal i zapala gaz w kuchni czy wychodzi na środek sali szkoleniowej.

Opór mówi: zastanów się czy warto, nie porywaj się na zbyt wiele, nie wychylaj się. Mój opór mówi: człowieku, kim ty jesteś by radzić ludziom jak mają pracować; nie umieszczaj tego tekstu na blogu, popracuj jeszcze nad nim; musisz się upewnić, że nikt niczego ci nie zarzuci. Opór mówi mi jeszcze tysiące innych rzeczy. Czasem go słucham i wtedy na blogu jest pusto, nie publikuję, nie robię szkoleń, nie dzielę się, unikam ludzi. Siedzę w swojej dusznej jamie, schowany przed światem.

Ogień

Jakieś półtorej miliona lat temu, podczas burzy od błyskawicy zapaliło się drzewo. Burza minęła, ale ogień płonął. Wszystkie zwierzęta od niego uciekły. Ich umysł nastawiony na przeżycie mówił im, że ogień jest niebezpieczny, że trzeba być jak najdalej. Nie uciekł tylko jeden dziwny stwór. Pozbawiony pazurów, kłów i twardej skóry, brzydal chodzący na dwóch nogach. Jego niższe struktury mózgowe (tzw. mózg gadzi i limbiczny) chciały go zmusić do ucieczki. Ale miał coś, czego nie miało żadne ze zwierząt, rozbudowaną korę mózgową, która pozwalała mu przełamać opór zwierzęcego umysłu. Nie wiadomo kiedy, ale musiał być taki moment, gdy po raz pierwszy nasz przodek zaczął zbliżać się w stronę płomieni, gdy zaczął iść w zupełnie odwrotną stronę niż uciekające w popłochu zwierzęta, gdy po raz pierwszy pokonał w sobie zwierzę, które rwało się do ucieczki. Potem nic już nie było takie samo. Odkrył, że płomień parzy, ale można nieść zapaloną gałąź, że trzeba dokładać drew by ogień nie zgasł, że z jednego ogniska można rozpalić wiele innych, że drapieżne zwierzęta nie atakują, gdy ogień pali się przez całą noc, że koniec patyka opalony w ogniu robi się twardszy i nadaje się na polowanie, że ogniem można zapędzić dzikie zwierzęta nad urwisko i w ten sposób zdobyć zapasy mięsa, że na ogniu można piec mięso, że można grzać się przy nim w zimne noce. Aż wreszcie, grubo, grubo później, po 700 000 lat noszenia ognia ze sobą i podtrzymywania go jako największego skarbu, odkrył jak samemu zapalić ogień. Ale na samym początku było to niepewne skradanie się wbrew wewnętrznemu oporowi.

Podobna historia powtarza się w życiu każdego z nas. Nasz jaszczurzo – limbiczny umysł skupiony na przetrwaniu, protestuje ile razy chcemy zrobić coś nowego.

Ulegniesz oporowi?

Podejdziesz do ognia czy nie? To zależy tylko od ciebie. Twój jaszczurzy umysł będzie generował przerażenie, złość czy smutek. Ulegnij mu: do końca życia chodź do nielubianej pracy; nigdy nie spróbuj nawet nauczyć się grać na instrumencie, którego brzmienie przyprawia cię o ciarki; nigdy nie zacznij pisać swojej książki; nigdy nie odważ się założyć firmy.

Ulegnij mu: zacznij tracić czas i pieniądze na to by jakiś terapeuta słuchał twoich płaczów i jęków; zacznij zwalać wszystko na depresję, pogodę i sytuacje gospodarczą na świecie; zacznij się upijać; zacznij oskarżać i atakować tych, którym się powiodło; zacznij brać prochy; zacznij angażować się w bezsensowne romanse; zacznij oglądać pornosy… Twój gadzi umysł wie, co mu sprawia przyjemność i wie czym zastąpić pełne napięcia podchodzenie do ognia.

Gadzi umysł jest ci potrzebny, ale nie możesz mu pozwolić przejąć mu kontroli nad swoim działaniem. Nie możesz mu pozwolić by cię zatrzymał w miejscu.

Wcale nie masz ciężej

Myślisz, że ta brzydka prawie – małpa setki tysięcy lat temu miała łatwiej? Że łatwiej było jej pokonać zwierzęce przerażenie i podejść do ognia, niż tobie poradzić sobie z depresją czy wątpliwościami?

Skąd w nas tyle przekonania, że dziś to mamy najtrudniej? Że przeludnienie, upadek autorytetów, chaos, konserwanty w żywności, depresje i choroby psychiczne, sprawiły, że cierpimy najbardziej od początków świata. Że nikt od początku świata nie miał gorzej.

Zmieniają się tylko dekoracje. Ale efekty działania jaszczurzego umysłu są takie same: strach, lęk, wahanie, opór przed zmianą, chęć zachowania status quo, chęć powielania starych rozwiązań, chęć zamknięcia się w ciasnej dusznej norze – byle tylko nie czuć strachu, lęku czy smutku.

Czy z tej nory da się wyjść? Czy można pokonać przerażone zwierzę?

Widzisz przed sobą ekran komputera? Siedzisz na krześle? Masz na sobie ubranie? Jest ci ciepło mimo, że za oknem chłód? Możesz każdej chwili porozmawiać z ludźmi, których kochasz, nawet, gdy są daleko? Słyszysz dźwięk samolotu? Jadłeś smaczny obiad?

Każda z tych rzeczy jest dowodem, że ludzie ciągle pokonują opór. Każde nowe odkrycie wiąże się z wyjściem ze swojej nory i zapuszczeniem się tam, gdzie przestrzeń jest nieznana i niepewna.

Dlaczego miałby się okazać gorszy od tego brzydala sprzed miliona lat?

4. Czy jesteś artystą? (punkt pierwszy)

Radzenie sobie z oporem jest czymś kluczowym, ale to nie wszystko.

Nie chodzi o to by mieć przyjemną pracę

Jest wtorek, dziewiąta rano. Siedzę za komputerem od trzech godzin. Dla mnie to prawie środek dnia. Jakieś dziesięć minut temu usłyszałem jak na podwórze wjechał samochód. Wysiadł z niego właściciel warsztatu samochodowego z parteru. Teraz z kimś rozmawia. Śmieją się, żartują. Otwarta maska samochodu, ale nikt nawet tam nie patrzy. Praca nie zając. Klientowi przecież zawsze można powiedzieć, że ma się wszystkie terminy zajęte. Gdy będę wychodził z biura – gdzieś koła czwartej, praca na warsztacie będzie się kończyć.

Przez pewien czas sam byłem technikiem. Umiem (albo umiałem, bo wiele lat tego nie robiłem) obsługiwać tokarkę, naprawić telewizor albo pralkę, poradziłbym sobie ze zrobieniem regału czy prostej szafy. Od dzieciństwa wychowałem się w kulcie pracy na warsztacie. Gdy tato mówił, że idzie na warsztat wiedziałem, że idzie robić coś ważnego. Znam kilku rzemieślników – geniuszy (na przekład mojego tatę), którzy najprostsze rzeczy robią z takim przejęciem i zaangażowaniem, że banalne przezwajanie silnika urasta do rangi sztuki. Znając ich, wiem że tacy ludzie nie zaczynają pracy o dziewiątej i nie kończą o czwartej, nie odprawiają klientów z kwitkiem i nie gadają o byle czym, gdy przed nimi leży praca do zrobienia.

Moi mechanicy za oknem, na pewno lubią samochody. Gdyby ich zapytać co najlepsze w życiu, nie mam wątpliwości jaka by była ich odpowiedź: samochody, piwo, kobiety (możliwe przetasowanie na drugim i trzecim miejscu) Ale to za mało. Ci ludzie nie są artystami. Nie chodzi tylko o godziny pracy. Chodzi o to jak się ruszają, jak dotykają, jak patrzą i jak myślą.

Artysta

Nie wszyscy. Jest tu taki jeden gość. Obserwowałem kiedyś, jak w słoneczną sobotę (byliśmy jedynymi, którzy pracowali) czyścił silnik. Wyniósł go na podwórze, na słońce. Coś w nim rozkręcał, coś przemywał, coś szlifował. Jego ruchy były płynne i zdecydowane. W całym ciele było widać energię. Nie zauważył nawet jak przeszedłem mu za plecami. Istniał tylko silnik. Mechanik rozmył się w swojej pracy. Ten człowiek był artystą, mimo, że nie potrafił ani malować ani śpiewać ani pisać. O czymś takim myślę, gdy mówię, że działając z pasją musisz wygrać.

Jeżeli myślisz, że należy ci się sukces tylko, dlatego, że odważyłeś się zabrać za coś, co lubisz robić – to się grubo mylisz.

Nie myl pasji z drobną przedsiębiorczością. Jeżeli tylko lubisz coś robić, skończysz, jako element drobnej działalności gospodarczej. Będziesz mieć ten swój warsztacik – taki sam jak tysiące innych warsztacików w okolicy; tą swoją małą firmę szkoleniową o wielkiej nazwie i przemądrej stronie, oferującą takie same szkolenia jak setki innych firm w okolicy; taką samą restaurację jak dziesiątki innych w twoim mieście, z takim samym wystrojem i takimi samymi potrawami…

Będziesz jednym z wielu. Myślisz, że zwrócisz czyjąkolwiek uwagę tylko dlatego, że lubisz to, co robisz (a częściej lubiłeś, gdy startowałeś)?

5. Pytania

Trzy pytania:

Czy jesteś artystą w tym, co robisz?

Czy umiesz radzić sobie z oporem?

Czy umiesz zaradnie działać?

Tylko trzeciej z tych umiejętności można się nauczyć. Bycia artystą nie można się nauczyć. Można się nim tylko zarazić. Drugi punkt – odwagę radzenia sobie z oporem – można tylko w sobie odnaleźć.

Nie zawsze to, co pisze jest praktyczne. Pewne rzeczy po prostu muszą zostać manifestem. Ile z tego manifestu możesz wziąć dla siebie?

Pasja, Zysk, Sens

Pasja, Zysk, Sens

Opublikowano 07 września 2010 | By | Kategorie: Paja Zysk Sens | 20 komentarzy

1. Na początku

Żyj z pasją. Rób to, co ważne, nie pozwalaj by życie mijało ci na byle czym. Odkryj to, co jest w tobie najgłębsze i idź za tym. Gdy nie wiesz jak zacząć, zrób pierwszy krok. Choćby mały i wydawałoby się nic nie znaczący. Po prostu zacznij coś robić. Rusz choćby małym palcem u nogi.

Na początku liczy się każda minuta. Każda drobna decyzja. Każde wyłączenie bezsensownie chodzącego telewizora, odłożenie pełnej niepotrzebnych ci informacji gazety, każde przerwanie rozmyślań o tym, jaki to jesteś biedny i nieszczęśliwy.

Każde pięć minut, jakie poświęcisz na działanie z pasją, sprawi, że twoje życie będzie pełniejsze i bardziej szczęśliwe. Dzięki temu stopniowo, krok za krokiem zaczniesz wychodzić ze stagnacji. Zaczniesz się poruszać i odkryjesz swoją prawdziwą, pochodzącą z działania, równowagę i towarzyszący jej spokój.

2. Ale co później?

Pasja się rozkręci. Jeżeli przeżyje pierwsze tygodnie, przybierze na wadze, jej kości stwardnieją, mięśnie staną się coraz mocniejsze. Coraz trudniej będzie ją wcisnąć gdzieś między powrót z pracy późnym popołudniem a klejące się nocą powieki. Trudno będzie ją utrzymać między słonecznym piątkowym wieczorem a szarym poniedziałkowym porankiem. Zacznie czuć głód. Coraz trudniej będzie jej żyć na resztkach, jakie zostawia pies zwany „muszę za coś żyć”.

Nie chodzi tylko o głód. Chodzi o poważne traktowanie siebie samego.

3. Nie hobby, ale pasja

Co to jest pasja? Pewien znajomy powiedział mi, że ma kilka pasji: zbieranie znaczków, zbieranie kapsli od piwa, oglądanie japońskich filmów i gra w badmintona. Dla niego pasja to czynność, która sprawia mu przyjemność.

Dla mnie pasja to coś innego. Zajęcia, które sprawiają przyjemność mogą prowadzić do pasji, ale pasją nie są. Tak samo jak droga prowadząca w stronę Krakowa nie jest Krakowem.

Pasja to zajęcie, w którym człowiek całkowicie wyraża się i realizuje. To zajęcie, które wymaga od niego pełnej kreatywności i twórczości. Twórczości rozumianej nie jako mazanie farbami po płótnie czy recytowanie sentymentalnych wierszy, ale jako wspólne z Bogiem stwarzanie świata. Pasja to działanie, które daje nam szansę być tym, kim naprawdę jesteśmy. A jesteśmy, jak to ujmuje kościół jedynym stworzeniem na ziemi, którego Bóg chciał dla niego samego. Stworzeniem, które nie jest po coś, dla kogoś czy w jakimś instrumentalnym celu. Ale stworzeniem, które samo w sobie warte jest podziwu i to samej Największej Istoty.

Może to trochę pompatyczne, może trochę przeraża. Ale trudno. Pasja to nie jest dzierganie na drutach zimowym popołudniem, gdy nie ma ciekawszego. Nie myl pasji z hobby (choć to także cenna rzecz od której wiele może się zacząć). Pasja to droga do twojej pełni.

Ktoś może zapytać, jak to do pełni? Przecież pełnię osiąga się przez medytację, wyciszenie, przepracowanie swoich lęków, terapię, pustelnię, głębokie oddychanie i inne lecznicze zabiegi. Nie, nie osiąga się. To wszystko najczęściej jest sposobem ucieczki od życia. Nie można się stać bogiem siedząc w kucki, medytując czy wgłębiając się w swoje sny, wspomnienia czy majaczenia. Najbliżej Boga jesteśmy wtedy, gdy dajemy mu swoje ręce (choć czasem w roli rąk mogą występować usta, gdy naszą pasją jest np. przemawianie, głowa gdy naszą pasją jest projektowanie albo jakakolwiek inna nasza część).

Już gdzieś cytowałem słowa Abrahama Hoshua Heschela:

Drogą do oczyszczenia „ja” jest unikanie rozmyślania nad nim i skoncentrowanie się na zadaniu, które mamy do spełnienia.

Gdy jesteś na początku drogi być może nie wiesz, co jest twoim prawdziwym zadaniem. Możesz mieć jakieś pomysły. Może ci się wydawać, ale tak naprawdę jeszcze tego nie wiesz. Wytrwałe podążanie „ścieżką serca” będzie ci odsłaniać to, czym powinieneś się zająć. Stopniowo bez zbędnego analizowania i konceptualizowania będzie do ciebie docierać, gdzie Bóg potrzebuje twoich rąk.

4. Odwaga odpowiedzi

Droga pasji może zaczynać się jako wygodne, bezpieczne i przyjemne zajęcie. Ale gdy jej nie porzucisz, w którymś momencie sprawy staną się poważne. Musisz mieć odwagę by dostrzec ten moment i odwagę by udzielić wtedy odpowiedzi. Inaczej możesz skończyć pełny frustracji, rozczarowania i żalów.

Jakiś czas temu przypadkiem trafiłem na forum osób piszących. Nie byłem świadomy jak wiele osób w Polsce pisze. Tysiące. Ale 99,99% z nich to ludzie sfrustrowani i zdołowani przez swoje zajęcie. Skoro pasja to działanie, które daje nam szansę być tym, kim naprawdę jesteśmy, a oni właśnie realizują swoją pasję, skąd tyle smutku, złości i rozczarowania w ich wypowiedziach? Dlaczego tyle żalu pod adresem wydawców, czytelników, pisarzy? Z prostego powodu. Póki ich pisanie było hobby, wszystko było w porządku. To przyjemnie popisać przez godzinkę czy dwie po przyjściu z pracy. Dla wielu to fajniejsza rozrywka niż pójście do kina czy na zakupy. Ale żaden z hobbistów nie oczekuje, że świat zachłyśnie się tym, co robi. Gdy napiszesz książkę wyłącznie dla przyjemności nie rozczaruje cię zbytnio, gdy nikt, prócz twoich krewnych i znajomych nie będzie chciał jej czytać. Hobby to rozrywka, której celem jest rozładowanie napięć po pracy. To bardzo cenne. Sam mam zamiar (gdy minie mi moje aktualne hobby, którym jest nauka gry na harmonijce) napisać powieść dla przyjemności.

Ale wielu z tych piszących, w którymś momencie dochodzi do punktu, w którym pisanie domaga się czegoś większego. Zaczynają się w tym odnajdować, zaczynają czuć, że godzina dziennie im nie wystarcza. Że chcą móc poświęcić swojemu zajęciu nie ochłapy, ale to co najlepsze – cztery, pięć godzin czasu najlepszej jakości. Ale na ich drodze staje strach. Jego spojrzenie mówi: nie przejdziesz, to nie dla ciebie, nie uda ci się, zabijesz się w ten sposób, zmarnujesz swoje życie. Tylko niektórzy mają odwagę na to by zaryzykować i skoczyć w przepaść. Większość woli krążyć w tym samym miejscu, narzekając do końca życia na świat, innych ludzi i siebie samego.

Jednym z powodów, dla których ludzie boją się pójść dalej na swoje drodze pasji jest obawa, że w ten sposób skazują się na biedę.

Nie do końca zresztą wiadomo, czy czasem bieda nie jest czymś bardziej szlachetnym. Gdzieś tam na opłotkach umysłu błąka się pomysł, że być może zysk jest tak samo zły, jak narkotyki i prostytucja?

5. Zysk

Istnieje legenda artysty niekomercyjnego i niesprzedajnego. Nie ma za co żyć, ale robi, to co kocha. W odróżnieniu od tego, który ma pieniądze jest wolny i szczęśliwy. Istnieje legenda człowieka biednego, bo uczciwego. W odróżnieniu od tych z pieniędzmi jest szlachetny, wolny i szczęśliwy. Istnieje mit, że pieniądze są wrogiem szczęścia. Gdy je masz wszystko traci smak, a Bóg patrzy na ciebie z wyrzutem, jakbyś mu ukradł pół kilo jabłek z jego sadu. Nie wiem jak młodsi, ale ja ciągle mam jeszcze w głowie takie obrazy. To być może efekt czasów, w których dorastałem. Ostatnio, czytając jedną z encyklik, znalazłem doskonałą definicję tego, czym był socjalizm: to zazdrość biednego człowieka podniesiona do roli prawa. Te mity są niczym innym jak zazdrością biednego człowieka. Biedny człowiek ma prawo zazdrościć, ale nie powinien ani tej zazdrości pielęgnować, ani jej się poddawać, ani narzucać ją innym.

Świat jest pełniejszy, gdy możesz mieszkać w wygodnym domu z widokiem na góry, gdy możesz wyskoczyć na weekend do Paryża, gdy stać cię na drogą restaurację i dobrze uszyte ubranie, gdy możesz jeździć wybranym przez siebie, a nie twoje ograniczenia, samochodem. Czy to są rzeczy, które robią komuś krzywdę? Wręcz przeciwnie. Pieniądze pozwalają ci wejść w większy i szerszy krąg świata i ludzi. Dlaczego masz się przemykać przez świat opłotkami? Dlaczego nie miałbyś spotkać się z ludźmi w Nowym Yorku czy Kioto? Dlaczego nie miałbyś skorzystać z pracy najlepszych, najbardziej przejętych swoją pracą projektantów? Dlaczego nie miałbyś powylegiwać się na wybrzeżu Karaibskich wysp? Dlaczego nie miałbyś poczuć radości pielęgnacji swojego ogrodu?

Przecież to także twoja Ziemia. Jesteś jednym z tych, którzy dostali ją w posiadanie. Kiedy masz zamiar skorzystać z tego, co dostałeś? Po śmierci? Byłbym bardzo ostrożny z zostawianiem sobie życia na ten czas. Może to być nieco utrudnione.

Owszem w pieniądzach można szukać czegoś, czego w nich nie ma. Można szukać poczucia własnej wartości, bezpieczeństwa, kontroli nad światem, miłości itp. Ale czy to znaczy, że musisz od razu wpaść w te niebezpieczeństwa? Winem można się upić, ale czy to znaczy, że nikt nie powinien go pić? Nawet, gdy raz czy dwa przesadzisz i obudzisz się z bólem głowy, czy to dobry pomysł by z tego powodu już nigdy w życiu nie wziąć do ust Château Haut-Brion czy jakiegoś Chateauneuf du Pape lub choćby dobrego Zinfandelka (najlepiej białego)?

6. Pasja i zysk

Jak do tej pory wszystko pięknie. Mowa o rzeczach oczywistych. No to czas na sprawy mniej oczywiste: Czy można mieć pieniądze robiąc to, co cię pasjonuje? Czy to się nie wyklucza?

Niedawno rozmawiałem z dziewczyną, która od kilku lat (tzn. od ukończenia studiów) robi nie-to-co-by-chciała. Usłyszałem od niej:

- Nie wierzę, że można zarabiać na czymś, co się lubi. Muszę pracować by mieć za co żyć, a dopiero po pracy mogę robić, to co mnie pasjonuje.

- I jesteś z tego zadowolona?

- Nie, ale inaczej się nie da.

Kilka dni wcześniej dostałem maila od Aleksa. Aleks pisze (wybacz Aleks, że troszeczkę skróciłem twój list):

Swoje zajęcie uważam za ciekawe, wartościowe i potrzebne, nie brakuje w nim wyzwań ani satysfakcji, gdy udaje mi się podołać tym wyzwaniom. Wszystko byłoby w porządku, ale muszę mierzyć się z drugą stroną medalu, którą jest permanentny brak gotówki. Nie mam wygórowanych potrzeb, nie marzy mi się własna wyspa, najnowszy model helikoptera itd., ale jeśli co miesiąc martwisz się, czy nie zabraknie ci na rachunki, koniec końców dojdziesz do wniosku, że coś tu nie gra.

Nie sądzę, bym pracował znacznie mniej lub gorzej od innych, potwierdzają to dość liczne merytoryczne oceny moich wysiłków. Cóż z tego, skoro nie przekładają się one na rozwiązanie problemu z utrzymaniem?

W przeszłości często stosowałem się do rad, zgodnie z którymi powinienem przynajmniej na jakiś czas odpuścić sobie i zająć się czymś innym, mniej atrakcyjnym, pozwalającym za to utrzymać się na powierzchni. I rzeczywiście, w krótkim czasie skutki okazywały się być pozytywne. Nie martwiąc się o byt, byłem spokojniejszy, mniej nerwowy i zestresowany, nie nawiedzały mnie negatywne myśli i uczucia. Jednakże po dłuższym czasie miałem nieodparte wrażenie, że co najwyżej stoję w miejscu, innymi słowy, żyję tylko po to, by płacić rachunki. Rzucałem więc tę pracę, wracałem do swoich zajęć, z czasem okazywało się, że znowu gnębi mnie brak pieniędzy i trzeba się rozglądać za czymś innym i tak w kółko.

Jestem bardzo zmęczony tym niekończącym się pląsem. Uważam, że w pewnym sensie mam szczęście. Nie każdy, mając trzydzieści parę lat, wie, co chciałby robić w życiu i jeszcze ma predyspozycje odpowiednie do wybranej drogi, nazwijmy ją, zawodowej i życiowej. Co mam jednak zrobić w sytuacji, gdy widzę, że „celów wyższych” w żaden sposób nie da się pogodzić z „prozą życia”? Przykładam się do pracy, w związku z czym brak dochodów zaczynam postrzegać jako niesprawiedliwość, robiąc się zły na cały świat.

W tej chwili widzę swoją przyszłość w dwojaki sposób:

a) daję sobie spokój z „artystowskimi fanaberiami”, idę do „porządnej pracy”, zakładam rodzinę i kończę jako sfrustrowany mąż, ojciec i dziadek, dręczony myślą, że zrezygnował z marzeń (o ile wcześniej nie dojdzie do np. rozwodu, bo nikt nie będzie w stanie wytrzymać ze mną – nie ma co się dziwić, skoro sam siebie nie znoszę…);

b) stawiam na swoim i klepię biedę. Zapominam o rodzinie, do końca mieszkam w wynajętej kawalerce i co miesiąc rozglądam się po kumplach, by pożyczyli mi kilka stów na czynsz, które oddaję z wielkim mozołem i w nie mniejszym popłochu. Na starość będę zapewne przypominał książkowo-filmowego szpiega, w każdej chwili mającego pod ręką truciznę, by szybko skończyć ze sobą, gdy znajdzie się w beznadziejnej sytuacji.

Co mógłbym zrobić, by nie dać się ponieść frustracji podchodzącej mnie raz z jednej, raz z drugiej strony? Nie zależy mi na sławie i wielkich pieniądzach, chciałbym tylko robić swoje, nie martwiąc się o byt tak drastycznie, jak ma to miejsce obecnie.

7. Mam marzenie

Obrazek sprzed kilku tygodni. Późne popołudnie. Pada rzęsisty deszcz, stoimy pod arkadami, obok jest przedszkole mające w swojej nazwie artystyczne. Przez okno widać znudzoną panią przedszkolankę. Siedzi za małym stolikiem i bazgrze coś bezmyślnie. Za jej plecami bawi się dziecko, którego nie odebrali jeszcze rodzice. Do drzwi puka jakaś kobieta z chłopczykiem na ręku. Przedszkolanka uchyla drzwi i patrzy nieufnie. Z tego, co słyszę kątem ucha wynika, że matka przyjechała z chłopcem by mu pokazać przedszkole, do którego będzie niedługo chodził. Prosi o możliwość wejścia i pokazania dziecku, jak jest w środku.

Odpowiada jej monotonny głos przedszkolanki:

- Nie mogę, jestem sama, jest po godzinach…

Co by jej przeszkadzało wpuścić chłopca? Sprawiłaby mu radość.

Odchodzą. Rozczarowany chłopiec płacze. Mama tłumaczy mu, że pani nie może. Przedszkolanka (pewnie by pokazać, że coś robi) zaczyna turlać piłkę z dzieckiem, które czeka na rodziców.

Mam ochotę podejeść i skląć ją. Bezsilna złość na bylejakość, brak zaangażowania, robienie czegoś tylko po to by zarobić pieniądze. Wiem, to by nic nie dało. Wyszedłbym na świra i kretyna. Człowieku, czego ty chcesz? Robi swoje, jest asertywna, nikt nie powiedział, że ma przejmować się każdym dzieckiem.

To jedna z wielu sytuacji.

Dlaczego przedszkola prowadzą ludzie, których absolutnie to nie pasjonuje?

Dlaczego restauracje prowadzą ludzie, którzy nie mają serca do dobrego jedzenia?

Dlaczego sklepy prowadzą ludzie, których nie obchodzą ani potrzeby klienta ani towary, jakie sprzedają?

Dlaczego w gabinetach lekarskich siedzą ludzie, których nudzą pacjenci i ich skargi?

Dlaczego szkolenia, robią ludzie, których nic a nic nie obchodzą umiejętności uczestników?

Tę listę można długo ciągnąć. Wiem, co ci ludzie by odpowiedzieli gdyby ich zapytać:

- Dlaczego to robimy? To oczywiste. Bo można na tym zarobić.

Moja odpowiedź jest inna:

- Bo my, ludzie z pasją im na to pozwoliliśmy.

Podczas całej tej scenki, obok mnie stoi osoba, która mogłaby prowadzić przedszkole. Jej pasją są dzieci i ludzie. Powinniście zobaczyć jak rozmawia z dziećmi. Mistrzostwo świata. Nie widziałem jeszcze by nie uśmiechnęła się nawet do nieznanego jej dziecka i nie słuchała z uwagą tego, co ono chce powiedzieć. Gdyby ona prowadziła to przedszkole, ta przedszkolanka albo by nie została zatrudniona, albo by już tam nie pracowała, albo miałaby zupełnie inną postawę wobec klienta.

Gdyby prowadziła swoje przedszkole, odebrałaby, co najmniej kilku klientów temu kiepskiemu „artystycznemu” przedszkolu. Ale tego nie robi mimo, że by chciała. Boi się, że to jej fanaberia. Że gdy się za to zabierze, ona i jej dzieci nie będą miały za co żyć. Boi się, że nie da sobie rady z całą finansową stroną przedsięwzięcia.

Dlaczego tym wszystkim pozbawionym pasji ludziom opłaca się robić te kiepskie przedszkola, kiepskie szkolenia, kiepskie restauracje? Bo ci, którzy by robili to z pasją wycofali się, schowali się lub nie umieją tego robić, tak by związać koniec z końcem.

Mój wielki sen jest taki: Pewnego dnia, wszyscy ludzie z pasją wyjdą i zaczną działać. Odważą się robić to, co ma dla nich serce. Zaczną robić to, co kochają. A wtedy ci wszyscy, którzy tylko zarabiają pieniądze, albo staną się bezrobotni, albo znajdą coś, co ich naprawdę interesuje i w czym będą mogli odnaleźć swoje serce,

Może to utopia, ale pamiętaj, że jeżeli wycofujesz się ze swojej pasji (lub nie odważasz się poważnie się za nią zabrać) dajesz miejsce tym wszystkim „porządnie” (czyli bez serca) pracującym ludziom. Pozwalasz by świat krok za krokiem zmieniał się w miejsce, w którym króluje bylejakość. Gdy się wycofujesz, bądź pewny, że twoje miejsce zajmie zaraz ktoś, kto przerobi je na „porządną pracę”. I bez żadnego przejęcia, bez większych emocji „zrobi na tym kasę”. Jeżeli zrezygnujesz ze swoje pasji nawet nie wiesz jak bardzo będzie cię brakowało. Jak bardzo ubogi będzie świat bez twojego przejęcia, twojego zaangażowania i emocji. Proszę, nie rób tego, nie rezygnuj, nie poddawaj się, nie zostawiaj miejsca dla tych cynicznych biznesmenów, dla tych ludzi pracujących bez pasji i serca. Nie pozwalaj by zrealizowała się wizja świata pustych, bezosobowych transakcji.

Nie idź do porządnej pracy, nie dawaj sobie spokoju ze swoimi fanaberiami.

Aż boję się, że napisałem te słowa. Dobrze wiem, że passio nie znaczy lekka kasa, leżąca na ulicy, uznanie ludzi i dobra zabawa, ale: cierpienie.

8. Trzecia możliwość

Jeżeli wkroczysz na drogę serca nie unikniesz cierpienia. Ale to nie znaczy, że masz się zgadzać na każde cierpienie. To nieprawda, że są tylko dwie drogi:

a) Znaleźć porządną pracę i dać sobie spokój

b) Klepać biedę, oszczędzać, ograniczać wydatki i modlić się by pieniądze zaczęły w końcu płynąć.

Zazwyczaj jest jeszcze trzecia droga:

c) Robić to, co cię pasjonuje i na tym zarabiać.

Ta trzecia możliwość wymaga jednak wielu umiejętności. Umiejętności, których nikt nam w szkole nie daje, o których nie mówią nam rodzice i których istnienia często nawet się nie domyślamy.

Jeżeli mamy stworzyć świat ludzi działających z pasją, jeżeli mamy pozbawić pracy, tych którzy tylko robią kasę i ze znudzeniem wykonują swoją pracę nie wystarczy skoczyć na głowę z urwiska. Musimy po drodze nauczyć się kilku rzeczy na temat pieniędzy, zarządzania, marketingu, wolnego rynku i rzeczywistości ekonomicznej. Zabierając się za pasję bez tych umiejętności tworzymy sobie niepotrzebne trudności. Gdy się tego wszystkiego nauczysz twoje życie co prawda nie zmieni się w bajkę, ale przynajmniej pozbędziesz się bólu, który nie jest potrzebny.

9. Cykl tekstów

Ten tekst otwiera nowy cykl artykułów pt. Pasja, Zysk, Sens. To będzie uzupełnienie do tego, co mówiłem we wcześniejszych artykułach i kursie o zaczynaniu działania.

Byśmy się dobrze zrozumieli: nie interesuje mnie zarabianie pieniędzy. Dużo jest w internecie rad dla tych, którzy chcą stać się za wszelką cenę bogaci. Ani mnie to nie pociąga, ani osoby, które takich rad szukają nie skorzystałby z mojej pomocy (choćby dlatego, że moje teksty są dla nich za długie). Interesuje mnie to, jak żyjąc z pasją nie pozbawiać się na własną prośbę zysków. Na dłuższą metę sprawdza się tylko formuła pasja + zysk.

Druga sprawa. Mimo, że mam trochę doświadczeń (ostatnią porządną pracę miałem ponad dwadzieścia lat temu) nie uważam się za guru w tym zakresie. Bardziej będzie to dyskusja i podpowiadanie zagadnień. Zależy mi raczej na tym by zwracać uwagę na pewne problemy / wyzwania, nawet gdy nie mam gotowych recept.

Za tydzień kolejny tekst z tego cyklu (będę starał się wypuszczać teksty co wtorek). Ale wcześniej pytanie:

Czy jest to dla Ciebie ważny temat? Czy podoba Ci się, że się nim zająłem? Czy masz jakieś pytania z nim związane? Czy masz jakieś doświadczenia, którymi mógłbyś się podzielić?

Jak spędzić te 15 tysięcy dni?

Jak spędzić te 15 tysięcy dni?

Opublikowano 02 kwietnia 2010 | By | Kategorie: Krótko | 7 komentarzy

Wszyscy składają już sobie życzenia świąteczne. Ja również. Już miałem je wpisać tutaj, ale pomyślałem, że święta są dopiero za dwa dni.

Zanim przyjdą, zanim napełnią nas radością, optymizmem i zapałem do nowego życia, po drodze jest dzisiejszy dzień. Wielki Piątek. Smutny, ponury i zniechęcający. Może jest ponury, ale nie powinien być zniechęcający.

Życie człowieka trwa 30.000 dni. Tylko trzydzieści tysięcy! A i to wtedy, gdy mamy dobre układy i szczęście. A i to, parę tysięcy dni przypada na czas, gdy nic jeszcze nie rozumiemy, lub już niewiele rozumiemy.

Ile z tych dni już przeżyłeś? Policz.

Możesz skorzystać z jednego z wielu kalkulatorów dni dostępnych w internecie:

http://www.easysurf.cc/ndate2.htm

http://www.infor.pl/kalkulatory/ilosci_dni.html#wynikiform

Ja, gdy piszę te słowa, przeżyłem 15 583 dni, to jest 2 226 tygodni.

Zostało mi w najlepszym razie 15 tysięcy dni.

Jak chcę przeżyć te dni? Na co chcę je  przeznaczyć?

Co jest na tyle ważne by wypełnić tym pozostałą część mojego życia?

Gdybyś musiał umrzeć dzisiaj, co byłoby na twoim epitafium? Jaką mowę można byłoby powiedzieć nad twoim grobem? Czy taką:

Odszedł człowiek, który nic specjalnego nie zrobił. Był niezadowolony ze swojego życia. Ciągle czekał, aż coś się w nim zmieni. Udawał, że się dobrze bawi, ale tak naprawdę jego praca i życie nudziły go i męczyły. Liczył, że któregoś dnia wreszcie mu się coś uda. Ale tylko czekał i narzekał. Nigdy nie udało mu się dotrzeć do pełni swoich możliwości. Nigdy nie odważył się żyć, tak jak czuł, że powinien. Nigdy nie odważył się zaryzykować i żyć na własną rękę….

Masz jeszcze trochę czasu. Jeszcze trochę dni przed tobą.

Jeszcze możesz wszystko zmienić.

Jeszcze możesz wypełnić swoje życie tym, czym warto.

Nie czekaj. Przeżyj każdy dzień.

Siedem zasad prostego życia z celem

Siedem zasad prostego życia z celem

Opublikowano 11 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

Siedem zasad, które ostatnio są dla mnie ważne. We większości zaczerpnięte od Shomo Morita, który stał się ostatnimi czasy kimś w rodzaju przewodnika.

Być może któraś z tych zasad będzie pomocna także dla ciebie. Mnie pozwalają wyzwolić się z głupiej gonitwy opierającej się na fałszowaniu rzeczywistości i ściganiu własnego ogona.

Pierwsza. Przyjmuję wszystko co się dzieje wewnątrz mnie. Nie ukrywam się przed niczym, co zechce pojawić się w mojej świadomości. Nie udaję przed sobą, że nie mam jakichś emocji. Np. nie udaję, że jestem pełny siły, gdy nie jestem. Nie udaję, że mam doskonały humor, gdy czuję smutek. Nie udaję spokoju, gdy wewnątrz czuję złość. Przyjmuję wszystko co zechce się we mnie pojawić. Otwarcie przyjmuję zarówno emocje przyjemne jak i nieprzyjemne. Otwieram na nie cierpliwą i wyrozumiałą uważność.

Druga: Porzucam nadzieję na zmianę swoich myśli i odczuć. Porzucam poczucie odpowiedzialność za emocje i myśli jakie odczuwam. Porzucam oczekiwania na to bym się stał innym człowiekiem, bym miał inne myśli, odczucia, wyobrażenia, bym w inny sposób wyglądał, miał inne ciało czy inaczej mówił. Mam to, co powinienem mieć. Próby jakichkolwiek zmian siebie przez siłę woli są nieskuteczne. Mogę tylko usiłować zmienić swoje odczucia, ale nie mogę ich zmienić. Nie jestem odpowiedzialny za emocje i myśli jakie do mnie przypływają. Np. myśl: to co robię jest bez sensu, nie jest moją winą i nie muszę jej na gwałt zmieniać. Nie jest moją winą smutek, złość czy zagmatwanie. Tak samo jak nie jest moją winą stan nieba za oknem – to czy są na nim chmury czy słońce.

Trzecia: Przyjmuję pełną odpowiedzialność za wszystkie moje działania. Jestem odpowiedzialny za wszystkie moje czyny, niezależnie od tego jak się czuję. To jakie myśli przychodzą mi do głowy oraz jakie emocje czuję, nigdy nie jest wytłumaczeniem zaniechania jakiegoś działania czy zrobienia czegoś, czego nie powinienem robić. Gdy człowiek spowoduje wypadek wjeżdżając na czerwone światło, to, że czuł pośpiech nie jest okolicznością łagodzącą. Każdy z nas, codziennie robi setki rzeczy na które nie ma żadnej ochoty – chodzimy do dentysty, wstajemy wcześnie rano, witamy się ze zrzędzącym sąsiadem, płacimy podatki, itp. Nikt z tego nie robi problemu. Mówienie „ale ja się bardzo bałem” nie wyleczy zepsutych zębów. Jestem w pełni odpowiedzialny za wszystkie moje działania, niezależnie od tego co czuję. Jeżeli nie mam najmniejszej ochoty wymyć garów, nie jestem odpowiedzialny za to ile zapału czuję do mycia garów, ale jestem w pełni odpowiedzialny za to, czy gary są wymyte czy nie.

Czwarta: Pozwalam sobie dostrzec świat wokół mnie. Przestaję utrzymywać skupienie uwagi na mnie samym – moich odczuciach czy myślach. Utrzymywanie uwagi na sobie samym jest jak skupianie się na szybie, zamiast na widoku za nią. Zza najbrudniejszej szyby można zobaczyć wspaniały widok a przez najbardziej czystą taflę niczego można nie zobaczyć. Gdy tylko mogę skupiam swoją uwagę na tym, co mnie w danej chwili otacza – na innych ludziach, niebie, powietrzu…. Świat za oknem jest ciekawszy niż samo okno. To moje złe nawyki trzymają mnie skupionego na własnym nosie. Pozwalam sobie na to by skupić się na świecie za oknem. Gdy mój wzrok znowu skupia się na brudach za oknem (lub pięknych ornamentach), dostrzegam je a następnie patrzę co jest ciekawego poza nimi.

Piąta: Pamiętam o swoim marzeniu i celach, choćby nie wiem jak wydawały mi się nierealne, odległe czy śmieszne. Zadaję sobie pytanie: Co teraz jest moim celem? Do czego teraz dążę? Gdy piszę staram się przypominać sobie po co to piszę. Jaki problem chcę rozwiązać. Jakiej rozrywki chcę dostarczyć. Komu chcę pomóc. Co jest moim celem?

Szósta: Skupiam się na kolejnym kroku. W każdej chwili mogę zrobić jeden mały krok do przodu. Jeżeli znam swój cel, mogę skupić się na kolejnym kroku. Nie mogę zrobić wszystkiego od razu. Skupiam się na tym, co mam pod nosem. Nie czekam, aż zmienią się warunki, ktoś mi pomoże, lepiej się poczuję czy wreszcie nauczę się wszystkiego, czego powinienem umieć. Wszystko, co mogę teraz zrobić, to…….. Nie jest ważne co mogą zrobić inni by mi pomóc. Nie jest ważne, co mogę zrobić kiedyś, w przyszłości. Ważne jest to, co ja mogę zrobić teraz .

Siódma: Rezygnuję, dopiero gdy mi się uda. Jestem osobą, która łatwo się wycofuje. Często czuję, że to co robię nie ma sensu. Często zabieram się za coś innego, bo wydaje mi się, że odniosłem totalną porażkę. Potem okazuje się, że wcale tak źle nie było. To wszystko tylko myśli i odczucia. Nie jest ważne dlaczego i skąd się wzięły. Szkoda czasu na ich leczenie i analizę. Wiem, że są po prostu jak stara zrzędząca baba, która chce mnie zepchnąć z mojej drogi. Mówi tym głośniej im bardziej chcę ją zagłuszyć. A gdy robię swoje mimo jej zrzędzenia, cichnie. Tak, zmienię swoje cele, wycofam się, zrezygnuję – ale dopiero gdy uda mi się to do czego dążę.

Która z zasad wydaje ci się przydatna? Którą stosujesz? Którą warto zastosować? Której nie mógłbyś stosować?

Nową notkę opublikuję dopiero po tym, jak zbierzemy tu siedem komentarzy ;-)

Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

Opublikowano 02 lipca 2009 | By | Kategorie: historie | 9 komentarzy

Gilbert Kaplan miał 24 lata i był jednym z wielu dobrze zapowiadających się ekonomistów pracujących na nowojorskiej giełdzie.

Jeden z jego kolegów, pewnego dnia zaproponował:

- Może byś się wybrał ze mną na koncert do Carnegie Hall? W składzie orkiestry będzie nauczyciel mojego dziecka.

Gilbert z chęcią się zgodził. Lubił muzykę poważną. Jako dziecko uczył się nawet gry na fortepianie. W Carnegie Hall mieli grać II Symfonię Mahlera „Zmartwychwstanie”. Wolałby coś, co znał – Beethovena, Mozarta czy Bacha. Wszedł do sali koncertowej obojętny, bez żadnych specjalnych oczekiwań.

Wyszedł oszołomiony. Muzyka poruszyła go do szpiku kości. Nie mógł przestać o niej myśleć. Wspomina:

Poczułem się jakby przebiegła przeze mnie błyskawica. Muzyka objęła mnie wokół swoimi ramionami i nigdy mnie nie puściła.

Zamarzył by znaleźć się w środku. Wywoływać ją ruchami dłoni. Pozwolić jej przepływać przez siebie. Słowem, poprowadzić orkiestrę.

Marzenie dosyć powszechne. Nie ma chyba melomana, który by nie dyrygował swojemu odtwarzaczowi gdy nikt nie widzi. W rzeczywistości jednak wymachiwanie rękoma i podrygiwanie w rytm nagrania, nie ma wiele wspólnego z dyrygowaniem. Gdy przyjrzysz się temu co robi dyrygent, zauważysz, że jego ręce często wyprzedzają muzykę. Gdy np. pokazuje mocne uderzenie w kotły, przez chwilę nic nie słychać. Muzyk, nawet gdy ma pałki w pogotowiu, musi je jeszcze opuścić. Uderzenie słuchać zatem po chwili. Pokazując co będzie za chwilę, maestro równocześnie słucha uważnie tego, co się dzieje teraz. Gdy trzeba spowalnia albo przyśpiesza, gdy trzeba wycisza lub podgłaśnia. Musi także pamiętać o tym, co będzie za jakiś czas i z góry dać sygnał odpowiednim muzykom. Do tego dochodzi ciężka praca przed koncertem. Trzeba dać szczegółowe wskazówki i opanować muzyków (najczęściej zakompleksionych, złośliwych, przemądrzałych i niesamowicie biegłych). Prowadzenie orkiestry symfonicznej to naprawdę trudna sztuka. A prowadzenie orkiestry grającej II Symfonię Mahlera to cztery razy trudniejsza sztuka. Ponad stu muzyków, do tego prawie dwustuosobowy chór. Dwóch solistów. Prawie dziewięćdziesiąt minut muzyki.

Ponieważ sprawa była niemożliwa do zrealizowania, Kaplan zajął się ekonomią. Założył miesięcznik poświęcony inwestowaniu i osiągnął ogromny sukces. W ciągu następnych kilkunastu lat został milionerem oraz osobą o dużej reputacji w swojej branży.

Jednak jego miłość do symfonii Mahlera tak łatwo się nie poddała. Powoli przeradzała się w obsesję. Słuchał nagrań, jeździł na koncerty, zbierał pamiątki po Mahlerze, czytał co mógł. Ale to wszystko było za mało.

Po piętnastu latach, do czterdziestoletniego przedsiębiorcy dotarło że ma dwie możliwości. Może spróbować coś zrobić, albo może tylko mieć marzenie.

Pierwsza możliwość była bardzo ryzykowna. Łatwo zrobić z siebie głupca. Poważny inwestor i przedsiębiorca zabiera się za dyrygowanie. Bez żadnego wykształcenia muzycznego, bez doświadczenia, porywa się na Mahlera. Kolejny bogacz, któremu pieniądze przewróciły w głowie. Kolejny niedojrzały facet, który zamiast robić swoje, jak mały chłopczyk żyje dziecięcymi marzeniami. To nie byłby najlepszy zabieg z punktu widzenia PR-u.

A co będzie, jak nie wyjdzie? Co będzie jak muzycy nie będą słuchali? Jak każdy zacznie grać swoje i zamiast symfonii rozlegnie się chaos?

Czy nie lepiej zostać przy machaniu rękami przed drogim sprzętem hi-fi? Dźwięk jest przecież jeszcze lepszy niż w filharmonii. Po co ryzykować reputację?

Ale druga możliwość też wiązała się z ryzykiem. Kaplan mówi:

W życiu zawsze jest ryzyko, które podejmujesz lub nie. W moim przypadku były tylko dwa rodzaje ryzyka. Pierwsze, że zrobię z siebie głupca. Drugie, dla mnie znacznie większe, że przez całe życie będę zastanawiać się co by było, gdyby spróbował. Nie mogłem zdobyć się przez lata. Byłem zbyt przerażony by się odważyć. Ale w końcu…

…w końcu zdecydował się spróbować. Zbliżała się rocznica założenia jego czasopisma. Postanowił choć raz poprowadzić orkiestrę. Plan był prosty. Wynająć orkiestrę, zaprosić znajomych i wykonać ukochaną symfonię.

Wystarczy się przygotować. Po pierwsze partytura. Bagatela, dwieście dziewięć stron zapełnionych nutami. Wspomina:

Gdy zacząłem się uczyć, czułem, że nie robię żadnych postępów. Ucząc się przez dwa tygodnie, po dziewięć godzin dziennie, opanowałem zaledwie czternaście stron. To było zniechęcające. Ale wtedy uświadomiłem sobie, że przecież uczę się jednej strony dziennie. Nauka zajmie mi dwieście dziewięć dni. Kawałek po kawałku, ale robiłem postępy. To dało mi poczucie pewności.

Nie wystarczała znajomość nut. Kaplan, na prywatnych lekcjach uczył się także dyrygentury. Przygotowanie zajęło mu dziewięć miesięcy codziennej pracy po pięć – dziewięć godzin. Później mówił:

Gdybym wiedział, jakie to trudne, nigdy bym się na to nie odważył. Coś ci mówi idź do przodu podczas gdy logika mówi: nie rób tego. To tak jak z trzmielem. Od strony aerodynamicznej trzmiel nie jest zdolny do tego by latać. Jego waga, rozpiętość skrzydeł, to wszystko sprawia, że nie powinien nawet próbować. Ale o tym nie wie. I jakoś lata.

Lepiej podjąć ryzyko niż żyć z wyrzutami. Zawsze możesz zrobić więcej niż ci się wydaje. Największym problemem jest po prostu zacząć. Po prostu spróbuj. Zawsze możesz zrezygnować. To niesamowite jak niewiele osób próbuje cokolwiek zrobić, bo boją się uczynić pierwszy krok.

Pierwsze wykonanie II Symfonii pod batutą Kaplana było sukcesem. Do dziś Kaplan pracował z ponad trzydziestoma orkiestrami. Zaproszono go nawet na prestiżowy festiwal w Salzburgu, gdzie prowadził Londyńską Orkiestrę Symfoniczną. Od publiczności otrzymał niespotykaną, dziesięciominutową owację na stojąco. Płyty z jego wykonaniem symfonii, stały się bestsellerami.

Trzmiel, mimo, że nie powinien, poleciał. Niektórzy muzycy narzekają, że wykonania Kaplana nie są tak wielkie jak uważa publiczność i krytycy. Że sprawa jest rozreklamowania. Być może mają rację. Trzmiel nie jest owadem, który lata najpiękniej. Ale w odróżnieniu od narzekających, lata.

Czasem marzenie jest czymś, o czym staramy się zapomnieć. Czymś, co odsuwamy od siebie, tak długo, jak tylko się da. Wizja wydaje się zbyt nierealna. Logicznie rzecz biorąc nie powinniśmy mieć szansy na to, by ją zrealizować. Jak tam u ciebie? Czy jeszcze masz takie marzenie? Marzenie, którego nieco boisz się mieć? Coś, co jest zbyt nierealne by próbować? Dziś, zbyt nierealne, ale jutro… wszystko zależy od tego co dziś zrobisz.


Źródła cytatów:


1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

Kontrola z pozycji dwupośladkowej

Kontrola z pozycji dwupośladkowej

Opublikowano 17 listopada 2008 | By | Kategorie: tak to czuję | 13 komentarzy

Gdy myślę o ludziach, którzy nie mają pojęcia o tym czym są marzenia, wcale nie widzę obdartusów włóczących się po dworcach i śmietnikach. Nie widzę uczniów z przetłuszczonymi włosami, trzymające się z boku, puszystych dziewczyn, niemodnie ubranych chłopaków z Huty ani nawet kiepsko umalowanych urzędniczek kończących pracę o 15.30. [...]

Talent to miłość

Talent to miłość

Opublikowano 08 listopada 2008 | By | Kategorie: tak to czuję | 4 komentarze

Gdy oglądasz latającego nad parkietem Michaela Jordana, może ci się wydawać, że to efekt wrodzonego talentu. Tymczasem on mówi coś innego: [...]

Cięgle się uczę

Cięgle się uczę

Opublikowano 05 listopada 2008 | By | Kategorie: Uncategorized | 3 komentarze

Pablo Casalas, wirtuoz wiolonczeli, kompozytor i dyrygent. W wieku czterech lat potrafił grać na skrzypcach i fortepianie, a mając 14 lat dał pierwszy solowy występ wiolonczelowy. W ciągu swojego życia osiągnął wszelkie możliwe zaszczyty, jakich tylko może dostąpić osoba grająca na wiolonczeli. [...]

Niezrealizowane marzenie copywritera

Niezrealizowane marzenie copywritera

Opublikowano 29 października 2008 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 2 komentarze

John Caples urodził się w 1900 roku na Manhattanie. Ukończył dobre studia, po których pracował jako inżynier elektryk. Jednak ta praca go nudziła. Jego pasją było pisanie. W szkole był redaktorem gazetki, jego wiersze publikowało lokalne czasopismo. Nie był jednak pewien własnych możliwości i wahał się co z sobą zrobić. [...]