Tag Archives: pieniądze
Pasja, Zysk, Sens

Pasja, Zysk, Sens

Opublikowano 07 września 2010 | By | Kategorie: Paja Zysk Sens | 20 komentarzy

1. Na początku

Żyj z pasją. Rób to, co ważne, nie pozwalaj by życie mijało ci na byle czym. Odkryj to, co jest w tobie najgłębsze i idź za tym. Gdy nie wiesz jak zacząć, zrób pierwszy krok. Choćby mały i wydawałoby się nic nie znaczący. Po prostu zacznij coś robić. Rusz choćby małym palcem u nogi.

Na początku liczy się każda minuta. Każda drobna decyzja. Każde wyłączenie bezsensownie chodzącego telewizora, odłożenie pełnej niepotrzebnych ci informacji gazety, każde przerwanie rozmyślań o tym, jaki to jesteś biedny i nieszczęśliwy.

Każde pięć minut, jakie poświęcisz na działanie z pasją, sprawi, że twoje życie będzie pełniejsze i bardziej szczęśliwe. Dzięki temu stopniowo, krok za krokiem zaczniesz wychodzić ze stagnacji. Zaczniesz się poruszać i odkryjesz swoją prawdziwą, pochodzącą z działania, równowagę i towarzyszący jej spokój.

2. Ale co później?

Pasja się rozkręci. Jeżeli przeżyje pierwsze tygodnie, przybierze na wadze, jej kości stwardnieją, mięśnie staną się coraz mocniejsze. Coraz trudniej będzie ją wcisnąć gdzieś między powrót z pracy późnym popołudniem a klejące się nocą powieki. Trudno będzie ją utrzymać między słonecznym piątkowym wieczorem a szarym poniedziałkowym porankiem. Zacznie czuć głód. Coraz trudniej będzie jej żyć na resztkach, jakie zostawia pies zwany „muszę za coś żyć”.

Nie chodzi tylko o głód. Chodzi o poważne traktowanie siebie samego.

3. Nie hobby, ale pasja

Co to jest pasja? Pewien znajomy powiedział mi, że ma kilka pasji: zbieranie znaczków, zbieranie kapsli od piwa, oglądanie japońskich filmów i gra w badmintona. Dla niego pasja to czynność, która sprawia mu przyjemność.

Dla mnie pasja to coś innego. Zajęcia, które sprawiają przyjemność mogą prowadzić do pasji, ale pasją nie są. Tak samo jak droga prowadząca w stronę Krakowa nie jest Krakowem.

Pasja to zajęcie, w którym człowiek całkowicie wyraża się i realizuje. To zajęcie, które wymaga od niego pełnej kreatywności i twórczości. Twórczości rozumianej nie jako mazanie farbami po płótnie czy recytowanie sentymentalnych wierszy, ale jako wspólne z Bogiem stwarzanie świata. Pasja to działanie, które daje nam szansę być tym, kim naprawdę jesteśmy. A jesteśmy, jak to ujmuje kościół jedynym stworzeniem na ziemi, którego Bóg chciał dla niego samego. Stworzeniem, które nie jest po coś, dla kogoś czy w jakimś instrumentalnym celu. Ale stworzeniem, które samo w sobie warte jest podziwu i to samej Największej Istoty.

Może to trochę pompatyczne, może trochę przeraża. Ale trudno. Pasja to nie jest dzierganie na drutach zimowym popołudniem, gdy nie ma ciekawszego. Nie myl pasji z hobby (choć to także cenna rzecz od której wiele może się zacząć). Pasja to droga do twojej pełni.

Ktoś może zapytać, jak to do pełni? Przecież pełnię osiąga się przez medytację, wyciszenie, przepracowanie swoich lęków, terapię, pustelnię, głębokie oddychanie i inne lecznicze zabiegi. Nie, nie osiąga się. To wszystko najczęściej jest sposobem ucieczki od życia. Nie można się stać bogiem siedząc w kucki, medytując czy wgłębiając się w swoje sny, wspomnienia czy majaczenia. Najbliżej Boga jesteśmy wtedy, gdy dajemy mu swoje ręce (choć czasem w roli rąk mogą występować usta, gdy naszą pasją jest np. przemawianie, głowa gdy naszą pasją jest projektowanie albo jakakolwiek inna nasza część).

Już gdzieś cytowałem słowa Abrahama Hoshua Heschela:

Drogą do oczyszczenia „ja” jest unikanie rozmyślania nad nim i skoncentrowanie się na zadaniu, które mamy do spełnienia.

Gdy jesteś na początku drogi być może nie wiesz, co jest twoim prawdziwym zadaniem. Możesz mieć jakieś pomysły. Może ci się wydawać, ale tak naprawdę jeszcze tego nie wiesz. Wytrwałe podążanie „ścieżką serca” będzie ci odsłaniać to, czym powinieneś się zająć. Stopniowo bez zbędnego analizowania i konceptualizowania będzie do ciebie docierać, gdzie Bóg potrzebuje twoich rąk.

4. Odwaga odpowiedzi

Droga pasji może zaczynać się jako wygodne, bezpieczne i przyjemne zajęcie. Ale gdy jej nie porzucisz, w którymś momencie sprawy staną się poważne. Musisz mieć odwagę by dostrzec ten moment i odwagę by udzielić wtedy odpowiedzi. Inaczej możesz skończyć pełny frustracji, rozczarowania i żalów.

Jakiś czas temu przypadkiem trafiłem na forum osób piszących. Nie byłem świadomy jak wiele osób w Polsce pisze. Tysiące. Ale 99,99% z nich to ludzie sfrustrowani i zdołowani przez swoje zajęcie. Skoro pasja to działanie, które daje nam szansę być tym, kim naprawdę jesteśmy, a oni właśnie realizują swoją pasję, skąd tyle smutku, złości i rozczarowania w ich wypowiedziach? Dlaczego tyle żalu pod adresem wydawców, czytelników, pisarzy? Z prostego powodu. Póki ich pisanie było hobby, wszystko było w porządku. To przyjemnie popisać przez godzinkę czy dwie po przyjściu z pracy. Dla wielu to fajniejsza rozrywka niż pójście do kina czy na zakupy. Ale żaden z hobbistów nie oczekuje, że świat zachłyśnie się tym, co robi. Gdy napiszesz książkę wyłącznie dla przyjemności nie rozczaruje cię zbytnio, gdy nikt, prócz twoich krewnych i znajomych nie będzie chciał jej czytać. Hobby to rozrywka, której celem jest rozładowanie napięć po pracy. To bardzo cenne. Sam mam zamiar (gdy minie mi moje aktualne hobby, którym jest nauka gry na harmonijce) napisać powieść dla przyjemności.

Ale wielu z tych piszących, w którymś momencie dochodzi do punktu, w którym pisanie domaga się czegoś większego. Zaczynają się w tym odnajdować, zaczynają czuć, że godzina dziennie im nie wystarcza. Że chcą móc poświęcić swojemu zajęciu nie ochłapy, ale to co najlepsze – cztery, pięć godzin czasu najlepszej jakości. Ale na ich drodze staje strach. Jego spojrzenie mówi: nie przejdziesz, to nie dla ciebie, nie uda ci się, zabijesz się w ten sposób, zmarnujesz swoje życie. Tylko niektórzy mają odwagę na to by zaryzykować i skoczyć w przepaść. Większość woli krążyć w tym samym miejscu, narzekając do końca życia na świat, innych ludzi i siebie samego.

Jednym z powodów, dla których ludzie boją się pójść dalej na swoje drodze pasji jest obawa, że w ten sposób skazują się na biedę.

Nie do końca zresztą wiadomo, czy czasem bieda nie jest czymś bardziej szlachetnym. Gdzieś tam na opłotkach umysłu błąka się pomysł, że być może zysk jest tak samo zły, jak narkotyki i prostytucja?

5. Zysk

Istnieje legenda artysty niekomercyjnego i niesprzedajnego. Nie ma za co żyć, ale robi, to co kocha. W odróżnieniu od tego, który ma pieniądze jest wolny i szczęśliwy. Istnieje legenda człowieka biednego, bo uczciwego. W odróżnieniu od tych z pieniędzmi jest szlachetny, wolny i szczęśliwy. Istnieje mit, że pieniądze są wrogiem szczęścia. Gdy je masz wszystko traci smak, a Bóg patrzy na ciebie z wyrzutem, jakbyś mu ukradł pół kilo jabłek z jego sadu. Nie wiem jak młodsi, ale ja ciągle mam jeszcze w głowie takie obrazy. To być może efekt czasów, w których dorastałem. Ostatnio, czytając jedną z encyklik, znalazłem doskonałą definicję tego, czym był socjalizm: to zazdrość biednego człowieka podniesiona do roli prawa. Te mity są niczym innym jak zazdrością biednego człowieka. Biedny człowiek ma prawo zazdrościć, ale nie powinien ani tej zazdrości pielęgnować, ani jej się poddawać, ani narzucać ją innym.

Świat jest pełniejszy, gdy możesz mieszkać w wygodnym domu z widokiem na góry, gdy możesz wyskoczyć na weekend do Paryża, gdy stać cię na drogą restaurację i dobrze uszyte ubranie, gdy możesz jeździć wybranym przez siebie, a nie twoje ograniczenia, samochodem. Czy to są rzeczy, które robią komuś krzywdę? Wręcz przeciwnie. Pieniądze pozwalają ci wejść w większy i szerszy krąg świata i ludzi. Dlaczego masz się przemykać przez świat opłotkami? Dlaczego nie miałbyś spotkać się z ludźmi w Nowym Yorku czy Kioto? Dlaczego nie miałbyś skorzystać z pracy najlepszych, najbardziej przejętych swoją pracą projektantów? Dlaczego nie miałbyś powylegiwać się na wybrzeżu Karaibskich wysp? Dlaczego nie miałbyś poczuć radości pielęgnacji swojego ogrodu?

Przecież to także twoja Ziemia. Jesteś jednym z tych, którzy dostali ją w posiadanie. Kiedy masz zamiar skorzystać z tego, co dostałeś? Po śmierci? Byłbym bardzo ostrożny z zostawianiem sobie życia na ten czas. Może to być nieco utrudnione.

Owszem w pieniądzach można szukać czegoś, czego w nich nie ma. Można szukać poczucia własnej wartości, bezpieczeństwa, kontroli nad światem, miłości itp. Ale czy to znaczy, że musisz od razu wpaść w te niebezpieczeństwa? Winem można się upić, ale czy to znaczy, że nikt nie powinien go pić? Nawet, gdy raz czy dwa przesadzisz i obudzisz się z bólem głowy, czy to dobry pomysł by z tego powodu już nigdy w życiu nie wziąć do ust Château Haut-Brion czy jakiegoś Chateauneuf du Pape lub choćby dobrego Zinfandelka (najlepiej białego)?

6. Pasja i zysk

Jak do tej pory wszystko pięknie. Mowa o rzeczach oczywistych. No to czas na sprawy mniej oczywiste: Czy można mieć pieniądze robiąc to, co cię pasjonuje? Czy to się nie wyklucza?

Niedawno rozmawiałem z dziewczyną, która od kilku lat (tzn. od ukończenia studiów) robi nie-to-co-by-chciała. Usłyszałem od niej:

- Nie wierzę, że można zarabiać na czymś, co się lubi. Muszę pracować by mieć za co żyć, a dopiero po pracy mogę robić, to co mnie pasjonuje.

- I jesteś z tego zadowolona?

- Nie, ale inaczej się nie da.

Kilka dni wcześniej dostałem maila od Aleksa. Aleks pisze (wybacz Aleks, że troszeczkę skróciłem twój list):

Swoje zajęcie uważam za ciekawe, wartościowe i potrzebne, nie brakuje w nim wyzwań ani satysfakcji, gdy udaje mi się podołać tym wyzwaniom. Wszystko byłoby w porządku, ale muszę mierzyć się z drugą stroną medalu, którą jest permanentny brak gotówki. Nie mam wygórowanych potrzeb, nie marzy mi się własna wyspa, najnowszy model helikoptera itd., ale jeśli co miesiąc martwisz się, czy nie zabraknie ci na rachunki, koniec końców dojdziesz do wniosku, że coś tu nie gra.

Nie sądzę, bym pracował znacznie mniej lub gorzej od innych, potwierdzają to dość liczne merytoryczne oceny moich wysiłków. Cóż z tego, skoro nie przekładają się one na rozwiązanie problemu z utrzymaniem?

W przeszłości często stosowałem się do rad, zgodnie z którymi powinienem przynajmniej na jakiś czas odpuścić sobie i zająć się czymś innym, mniej atrakcyjnym, pozwalającym za to utrzymać się na powierzchni. I rzeczywiście, w krótkim czasie skutki okazywały się być pozytywne. Nie martwiąc się o byt, byłem spokojniejszy, mniej nerwowy i zestresowany, nie nawiedzały mnie negatywne myśli i uczucia. Jednakże po dłuższym czasie miałem nieodparte wrażenie, że co najwyżej stoję w miejscu, innymi słowy, żyję tylko po to, by płacić rachunki. Rzucałem więc tę pracę, wracałem do swoich zajęć, z czasem okazywało się, że znowu gnębi mnie brak pieniędzy i trzeba się rozglądać za czymś innym i tak w kółko.

Jestem bardzo zmęczony tym niekończącym się pląsem. Uważam, że w pewnym sensie mam szczęście. Nie każdy, mając trzydzieści parę lat, wie, co chciałby robić w życiu i jeszcze ma predyspozycje odpowiednie do wybranej drogi, nazwijmy ją, zawodowej i życiowej. Co mam jednak zrobić w sytuacji, gdy widzę, że „celów wyższych” w żaden sposób nie da się pogodzić z „prozą życia”? Przykładam się do pracy, w związku z czym brak dochodów zaczynam postrzegać jako niesprawiedliwość, robiąc się zły na cały świat.

W tej chwili widzę swoją przyszłość w dwojaki sposób:

a) daję sobie spokój z „artystowskimi fanaberiami”, idę do „porządnej pracy”, zakładam rodzinę i kończę jako sfrustrowany mąż, ojciec i dziadek, dręczony myślą, że zrezygnował z marzeń (o ile wcześniej nie dojdzie do np. rozwodu, bo nikt nie będzie w stanie wytrzymać ze mną – nie ma co się dziwić, skoro sam siebie nie znoszę…);

b) stawiam na swoim i klepię biedę. Zapominam o rodzinie, do końca mieszkam w wynajętej kawalerce i co miesiąc rozglądam się po kumplach, by pożyczyli mi kilka stów na czynsz, które oddaję z wielkim mozołem i w nie mniejszym popłochu. Na starość będę zapewne przypominał książkowo-filmowego szpiega, w każdej chwili mającego pod ręką truciznę, by szybko skończyć ze sobą, gdy znajdzie się w beznadziejnej sytuacji.

Co mógłbym zrobić, by nie dać się ponieść frustracji podchodzącej mnie raz z jednej, raz z drugiej strony? Nie zależy mi na sławie i wielkich pieniądzach, chciałbym tylko robić swoje, nie martwiąc się o byt tak drastycznie, jak ma to miejsce obecnie.

7. Mam marzenie

Obrazek sprzed kilku tygodni. Późne popołudnie. Pada rzęsisty deszcz, stoimy pod arkadami, obok jest przedszkole mające w swojej nazwie artystyczne. Przez okno widać znudzoną panią przedszkolankę. Siedzi za małym stolikiem i bazgrze coś bezmyślnie. Za jej plecami bawi się dziecko, którego nie odebrali jeszcze rodzice. Do drzwi puka jakaś kobieta z chłopczykiem na ręku. Przedszkolanka uchyla drzwi i patrzy nieufnie. Z tego, co słyszę kątem ucha wynika, że matka przyjechała z chłopcem by mu pokazać przedszkole, do którego będzie niedługo chodził. Prosi o możliwość wejścia i pokazania dziecku, jak jest w środku.

Odpowiada jej monotonny głos przedszkolanki:

- Nie mogę, jestem sama, jest po godzinach…

Co by jej przeszkadzało wpuścić chłopca? Sprawiłaby mu radość.

Odchodzą. Rozczarowany chłopiec płacze. Mama tłumaczy mu, że pani nie może. Przedszkolanka (pewnie by pokazać, że coś robi) zaczyna turlać piłkę z dzieckiem, które czeka na rodziców.

Mam ochotę podejeść i skląć ją. Bezsilna złość na bylejakość, brak zaangażowania, robienie czegoś tylko po to by zarobić pieniądze. Wiem, to by nic nie dało. Wyszedłbym na świra i kretyna. Człowieku, czego ty chcesz? Robi swoje, jest asertywna, nikt nie powiedział, że ma przejmować się każdym dzieckiem.

To jedna z wielu sytuacji.

Dlaczego przedszkola prowadzą ludzie, których absolutnie to nie pasjonuje?

Dlaczego restauracje prowadzą ludzie, którzy nie mają serca do dobrego jedzenia?

Dlaczego sklepy prowadzą ludzie, których nie obchodzą ani potrzeby klienta ani towary, jakie sprzedają?

Dlaczego w gabinetach lekarskich siedzą ludzie, których nudzą pacjenci i ich skargi?

Dlaczego szkolenia, robią ludzie, których nic a nic nie obchodzą umiejętności uczestników?

Tę listę można długo ciągnąć. Wiem, co ci ludzie by odpowiedzieli gdyby ich zapytać:

- Dlaczego to robimy? To oczywiste. Bo można na tym zarobić.

Moja odpowiedź jest inna:

- Bo my, ludzie z pasją im na to pozwoliliśmy.

Podczas całej tej scenki, obok mnie stoi osoba, która mogłaby prowadzić przedszkole. Jej pasją są dzieci i ludzie. Powinniście zobaczyć jak rozmawia z dziećmi. Mistrzostwo świata. Nie widziałem jeszcze by nie uśmiechnęła się nawet do nieznanego jej dziecka i nie słuchała z uwagą tego, co ono chce powiedzieć. Gdyby ona prowadziła to przedszkole, ta przedszkolanka albo by nie została zatrudniona, albo by już tam nie pracowała, albo miałaby zupełnie inną postawę wobec klienta.

Gdyby prowadziła swoje przedszkole, odebrałaby, co najmniej kilku klientów temu kiepskiemu „artystycznemu” przedszkolu. Ale tego nie robi mimo, że by chciała. Boi się, że to jej fanaberia. Że gdy się za to zabierze, ona i jej dzieci nie będą miały za co żyć. Boi się, że nie da sobie rady z całą finansową stroną przedsięwzięcia.

Dlaczego tym wszystkim pozbawionym pasji ludziom opłaca się robić te kiepskie przedszkola, kiepskie szkolenia, kiepskie restauracje? Bo ci, którzy by robili to z pasją wycofali się, schowali się lub nie umieją tego robić, tak by związać koniec z końcem.

Mój wielki sen jest taki: Pewnego dnia, wszyscy ludzie z pasją wyjdą i zaczną działać. Odważą się robić to, co ma dla nich serce. Zaczną robić to, co kochają. A wtedy ci wszyscy, którzy tylko zarabiają pieniądze, albo staną się bezrobotni, albo znajdą coś, co ich naprawdę interesuje i w czym będą mogli odnaleźć swoje serce,

Może to utopia, ale pamiętaj, że jeżeli wycofujesz się ze swojej pasji (lub nie odważasz się poważnie się za nią zabrać) dajesz miejsce tym wszystkim „porządnie” (czyli bez serca) pracującym ludziom. Pozwalasz by świat krok za krokiem zmieniał się w miejsce, w którym króluje bylejakość. Gdy się wycofujesz, bądź pewny, że twoje miejsce zajmie zaraz ktoś, kto przerobi je na „porządną pracę”. I bez żadnego przejęcia, bez większych emocji „zrobi na tym kasę”. Jeżeli zrezygnujesz ze swoje pasji nawet nie wiesz jak bardzo będzie cię brakowało. Jak bardzo ubogi będzie świat bez twojego przejęcia, twojego zaangażowania i emocji. Proszę, nie rób tego, nie rezygnuj, nie poddawaj się, nie zostawiaj miejsca dla tych cynicznych biznesmenów, dla tych ludzi pracujących bez pasji i serca. Nie pozwalaj by zrealizowała się wizja świata pustych, bezosobowych transakcji.

Nie idź do porządnej pracy, nie dawaj sobie spokoju ze swoimi fanaberiami.

Aż boję się, że napisałem te słowa. Dobrze wiem, że passio nie znaczy lekka kasa, leżąca na ulicy, uznanie ludzi i dobra zabawa, ale: cierpienie.

8. Trzecia możliwość

Jeżeli wkroczysz na drogę serca nie unikniesz cierpienia. Ale to nie znaczy, że masz się zgadzać na każde cierpienie. To nieprawda, że są tylko dwie drogi:

a) Znaleźć porządną pracę i dać sobie spokój

b) Klepać biedę, oszczędzać, ograniczać wydatki i modlić się by pieniądze zaczęły w końcu płynąć.

Zazwyczaj jest jeszcze trzecia droga:

c) Robić to, co cię pasjonuje i na tym zarabiać.

Ta trzecia możliwość wymaga jednak wielu umiejętności. Umiejętności, których nikt nam w szkole nie daje, o których nie mówią nam rodzice i których istnienia często nawet się nie domyślamy.

Jeżeli mamy stworzyć świat ludzi działających z pasją, jeżeli mamy pozbawić pracy, tych którzy tylko robią kasę i ze znudzeniem wykonują swoją pracę nie wystarczy skoczyć na głowę z urwiska. Musimy po drodze nauczyć się kilku rzeczy na temat pieniędzy, zarządzania, marketingu, wolnego rynku i rzeczywistości ekonomicznej. Zabierając się za pasję bez tych umiejętności tworzymy sobie niepotrzebne trudności. Gdy się tego wszystkiego nauczysz twoje życie co prawda nie zmieni się w bajkę, ale przynajmniej pozbędziesz się bólu, który nie jest potrzebny.

9. Cykl tekstów

Ten tekst otwiera nowy cykl artykułów pt. Pasja, Zysk, Sens. To będzie uzupełnienie do tego, co mówiłem we wcześniejszych artykułach i kursie o zaczynaniu działania.

Byśmy się dobrze zrozumieli: nie interesuje mnie zarabianie pieniędzy. Dużo jest w internecie rad dla tych, którzy chcą stać się za wszelką cenę bogaci. Ani mnie to nie pociąga, ani osoby, które takich rad szukają nie skorzystałby z mojej pomocy (choćby dlatego, że moje teksty są dla nich za długie). Interesuje mnie to, jak żyjąc z pasją nie pozbawiać się na własną prośbę zysków. Na dłuższą metę sprawdza się tylko formuła pasja + zysk.

Druga sprawa. Mimo, że mam trochę doświadczeń (ostatnią porządną pracę miałem ponad dwadzieścia lat temu) nie uważam się za guru w tym zakresie. Bardziej będzie to dyskusja i podpowiadanie zagadnień. Zależy mi raczej na tym by zwracać uwagę na pewne problemy / wyzwania, nawet gdy nie mam gotowych recept.

Za tydzień kolejny tekst z tego cyklu (będę starał się wypuszczać teksty co wtorek). Ale wcześniej pytanie:

Czy jest to dla Ciebie ważny temat? Czy podoba Ci się, że się nim zająłem? Czy masz jakieś pytania z nim związane? Czy masz jakieś doświadczenia, którymi mógłbyś się podzielić?

Jak sobie ułatwić osiągnięcie celu?

Jak sobie ułatwić osiągnięcie celu?

Opublikowano 28 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Francuz, Pierre le Grand z wyspy Tortuga, zmęczony życiem myśliwego i plantatora (tzw. bukaniera), zebrał kilkunastu kompanów i wypłynął na morze. Ledwo mieścili się w swojej łódce. Chcieli złupić jakiś niewielki statek handlowy. Nie mieli jednak szczęścia. Byli na pełnym morzu już od kilku dni, ciągle jednak nic nie spotkali. Skończyła im się woda i jedzenie, dokuczał upał i niewygody.

Już mieli zrezygnowani wracać, gdy ktoś w dali zobaczył żagiel. Rzuci się w jago stronę najszybciej jak mogli. Jednak im lepiej mogli go widzieć, tym bardziej rzedły im miny. To nie był „niewielki statek handlowy”. To był ogromny okręt wojenny z rzędem dział po obu stronach burty i załogą liczącą ponad 200 osób. Małe szanse by trzydziestka wygłodzonych i obdartych plantatorów, stłoczonych w niewielkiej żaglówce i uzbrojonych jedynie w noże i pistolety, mogła coś wskórać. Z drugiej strony zdobycz kusiły. Byli głodni i wycieńczeniu, a na statku było jedzenie i być może jakieś pieniądze.

Łódź została zauważona z okrętu wojennego. Jeden z oficerów zameldował to kapitanowi. Ten spojrzał, nie przerywając gry w karty i powiedział: „No i co z tego? Nie obawiam się nawet okrętu tak wielkiego i potężnego jak mój, a cóż dopiero takiej łupiny”. Spokojnie wrócił do kart.

Zapadł zmrok a łódź ciągle trzymała się w okolicy okrętu. Głodni i zmęczeni bukanierzy postanowili działać. Zaczęli od złożenia przysięgę wobec siebie „iż w boju nie okażą najmniejszej obawy czy słabości”. To było zaklinanie rzeczywistości. My również często powtarzamy sobie takie rzeczy: tym razem się uda, zrobię, to będę niepokonany! Efekty – wiadomo jakie są. Nasz Pierre, nie byłby la Grande (Wielki) gdyby o tym nie wiedział. Dlatego zrobił coś jeszcze. Gdy cicho podpływali pod burty okrętu, kazał wywiercić w dnie łodzi dziurę. Im bardziej podpływali, tym bardziej łódź się zanurzała. Gdy mogli chwycić się burt, łódź cicho poszła na dno.

Nie mieli odwrotu. Mogli iść tylko do przodu. Błyskawicznie wdrapali się na pokład i zaatakowali zbrojownię. Potem wdarli się do wielkiej kabiny, gdzie kapitan ciągle grał w karty. Przystawiając mu pistolet do piersi kazali poddać cały okręt. Okazało się, że statek wiózł ładunek złota. Pierre la Grand zatrzymał tylu żołnierzy ilu potrzebował do obsługi żagli a pozostałych wysadził na ląd. Następnie wrócił do Francji i nigdy nie wrócił na Karaiby. Gdy tylko rozeszła się wiadomość o jego wyczynie, morze zaroiło się od podobnie działających, gotowych na wszystko rzezimieszków. Przez następne kilkaset lat, regularne armie nie mogły sobie poradzić z “piratami z Karaibów”.

Takich historii można opowiedzieć więcej. Wielcy wodzowie przekraczali Rubikon, palili za sobą mosty czy palili własne okręty – jak choćby w 711 roku Tarik ibn Ziyad, dowódca, który na kilkaset lat podbił Hiszpanię:

O moi wojownicy, dokąd mielibyście umknąć? Za wami jest morze, a przed wami wróg. Zostaliście jedynie z nadzieją na odwagę i stałość … jeżeli będziecie zwlekać z szybkim uchwyceniem zwycięstwa, wasz szczęśliwy los zniknie, a wasz nieprzyjaciel, którego obecność napełnia was strachem przeważy… oto stoi przed wami wspaniała okazja do pobicia go, jeżeli tylko odważycie się chętnie narazić się na śmierć[i].

Bliższy naszym czasom jest inny dowódca, który zastosował tą samą technikę. Henran Cortez, konkwistador, który z grupą zaledwie kilkuset żołnierzy podbił ogromne imperium Inków. Zanim spalił okręty, by wyleczyć swoich żołnierzy z wahań, najpierw wymontował z nich wszystko, co stanowiło jakąkolwiek wartość (metalowe części, działa, żagle, itp.).

Nie chodzi o niszczenie

Strategia „palenia okrętów” nie polega na bezmyślnym niszczeniu. Nie chodzi o to, byś zaczął wszystko rozwalać, gdy tylko wpadnie ci do głowy marzenie. Nie chodzi o to, by utrudniać sobie życie, nieprzemyślanymi krokami.

Chodzi o to, by z rozmysłem stworzyć warunki, w których nie będziesz rozdarty między możliwościami. Gdy droga do tyłu jest tak samo otwarta jak droga do tyłu, jesteś w zawieszeniu. Twój umysł błąka się to tu, to tam. W efekcie nie wykorzystujesz wszystkich możliwych okazji i wszystkich własnych możliwości działania.

Póki droga odwrotu jest tak samo otwarta jak droga do przodu, nie możesz być pewny swojej woli. W jednej chwili możesz czuć energię i zapał, ale w drugiej możesz poczuć rezygnację. Gdy pojawią się trudności lub będziesz miał gorszy dzień, okaże się, że chcesz tylko na wpół. Że twoja wiara w sukces nie do końca jest pewna, że trudno ci się do czegoś zmobilizować. W takiej sytuacji spalone, lub przynajmniej podtopione okręty bardzo się przydają. Gdy nie masz innego wyboru, łatwiej uwierzyć, że może

Kilka sugestii

Możesz zrobić kilka rzeczy:

Nie planuj odwrotu. Wiele osób myśli o swoich marzeniach, z góry planując drogę odwrotu i nazywając ją planem awaryjny. Mówią np. jak mi nie wyjdzie własny biznes, to zawsze mogę liczyć na etat. To nie jest żaden plan awaryjny, ale plan ucieczki. Dobry plan awaryjny to plan działań typu: „jak mi nie wyjdzie w ten sposób, to spróbuję tak, jak nie drzwiami, to oknem”. W takim planie nie ma miejsca na ucieczkę.

Zaangażuj innych ludzi by utrudnili ci tkwienie w miejscu. William James pisze: „Pamiętam, że niegdyś czytałem w jednej z gazet austriackich ogłoszenie pewnego Rudolfa, który obiecał pięćdziesiąt guldenów nagrody człowiekowi, który pod dacie ogłoszenia spotka go w winiarni. «Czynię to – wyjaśniał dalej w ogłoszeniu – wskutek przyrzeczenia, danego mej żonie». Taka żona i takie właściwe pojmowanie sposobu pozbywania się starych nałogów, mogą każdego ośmielić do zaryzykowania pieniędzy i założenia się, że Rudolf dotrzyma postanowienia.

Nie musisz dawać ogłoszenia w gazecie. Możesz poprosić ludzi (lub ich nawet zatrudnić) by uprzykrzali cię stanie w miejscu. Niech cię wyśmieją, gdy nie uda ci się tego osiągnąć. Możesz założyć się z kimś, o coś cennego, że uda ci się dopiąć swego.

Podbij stawkę. Przez wiele lat usiłowałem zrobić prawo jazdy. Bez żadnych efektów poświęciłem na to wiele energii. Gdy dowiedziałem się, że będę ojcem, zrobiłem je w ciągu miesiąca. Tym razem wiedziałem do czego jest mi potrzebne. Wiedziałem, że bez niego (moja żona również nie miała wtedy prawa jazdy) dziecko będzie miało znacznie ciężej. Usiądź jeszcze i spisz wszystkie korzyści, jakie osiągniesz dzięki realizacji swojego marzenia. Zrób tak długa listę, jak tylko się da. Czego, z tej całej listy najbardziej potrzebujesz? Bez czego nie możesz żyć?

Podnieś koszty nie działania. Dla niektórych pomocna jest prosta strategia karania się i nagradzania. Np.: nie golę się, dopóki nie ukończę książki, albo nie umawiam się na randki, póki nie zarobię pierwszych 10 000. Nie zawsze to dobrze działa – czasem buduje niepotrzebne napięcie i stres. Może jednak być pomocne.

Zrób krok do przodu (rozważny). Pozbądź się tego, co nie jest ci potrzebne do realizacji celów. Zwolnij się z pracy, wyjedź za granicę, zapisz się na studia, itd. Nie zwlekaj, aż zapał ci przejdzie.


[i] http://www.fordham.edu/halsall/source/711Tarik1.html

Determinacja i pokora

Determinacja i pokora

Opublikowano 15 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 17 komentarzy

Dwie osoby

Z jednej strony człowiek pewny siebie, zdecydowany i wierzący we własną gwiazdę. Gdy starał się o przyjęcie na Hervard, jeden z profesorów zapytał go czy jest inteligentny.

- Jestem zajebiście inteligenty – odpowiedział.

Najlepiej czuł się w drogim, włoskim garniturze, na środku sali, gdy mógł opowiadać innym o swoich genialnych pomysłach. Poruszał się jak gwiazda filmowa świadoma otaczających ją wielbicieli i fotoreporterów. Patrzył przed siebie twardym, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

Z drugiej człowiek skromny, świadomy swoich braków. Zza dużych okularów przypominał cierpliwego nauczyciela z małomiasteczkowej szkoły. Najlepiej czuł się w kraciastej koszuli, na swojej farmie i w ulubionej koparce. Nie udzielał zbyt dużo wywiadów, rzadko był obiektem zainteresowania fotografów. Jeżeli już musiał być w centrum, wolał odwracać uwagę od siebie i kierować ją na coś innego.

Gdyby tych ludzi postawić obok siebie i zapytać przechodniów, który ma szansę zrobić karierę, dziewięćdziesiąt procent wskazałoby pierwszego. Takie czasy. Trzeba być przebojowym, agresywnym i zdecydowanym. To musi być prawda, skoro tyle osób tak uważa. Osoby przebojowe i całkowicie bezkompromisowe są szybciej dostrzegane i łatwiej robią karierę. Tak, ten pewny siebie człowiek zrobił karierę. Został prezesem ogromnej, zatrudniającej kilkadziesiąt tysięcy osób firmy. Przez długi czas gazety i inwestorzy czcili go jak geniusza.

Ale temu drugiemu, mimo wszystko też się udało. Też został prezesem dużej firmy. Tyle, że końcowe efekty jego działania były zupełnie inne. Najpierw jednak wróćmy na chwilę do naszej gwiazdy.

Wrodzony talent

W życiu trzeba mieć talent. Trzeba mieć ten dar od Boga (lub Natury lub Losu). Gdy masz, wszystko przychodzi łatwo i prosto.

Firmą, która zapoczątkowała ruch „zarządzania talentami” był McKinsey. Troje z jej kluczowych konsultantów napisało bestseller „War for talents”. Na świecie trwa wojna o talenty. Ten, kto ją wygra, wygra wszystko. Trzeba jak najszybciej znajdować utalentowanych ludzi (najlepiej jeszcze na studiach), pozyskiwać ich i tworzyć im odpowiednie warunki (płacić, płacić, płacić i raz na rok oceniać). Sukces jest kwestią czasu. Nie można przegrać, gdy masz ludzi z talentami.

Możesz przegrać tylko wtedy, gdy nie jesteś agresywny. To wojna a nie popołudniowa przechadzka. Nie może ci zadrżeć ręka przy zwalnianiu starych, ale nie tak zdolnych pracowników. Nie możesz się wahać przed awansowaniem młodych zdolnych ponad głowami bardziej doświadczonych.

Jednym z najbardziej utalentowanych konsultantów McKinseya, najmłodszym w historii partnerem był Jeffrey Skilling. Dosyć szybko został szefem ogromnej firmy obsługiwanej przez McKinseya. Oczywiście od razu wdrożył w niej program zarządzania talentami. Przyjmował ludzi takich jak on – młodych, zdolnych i agresywnych.

Skilling, sam o sobie mówił:

Mój geniusz nie tylko określa moją wartość, on także określa wartość tej firmy. Mój geniusz kreuje wartość. Mój geniusz jest zyskiem dla firmy!

To się nazywa rozmach. Uważać się za geniusza to drobnica. Uważać się za geniusza wartego miliardy dolarów – to dopiero coś.

Firma nazywała się Enron. Gdy okazało się, że pomysły Skillinga nie są genialne, ani nawet dobre, jedynym rozwiązaniem stały się oszustwa. Skilling z kolegami zaczął na wielką skalę fałszować dane księgowe. Był zbyty bystry by nie domyślać się, jak to się skończy. Nie był jednak w stanie znieść świadomości, że nie jest geniuszem. Był w stanie zrobić dosłownie wszystko byle tylko nie okazało się, że jest zwykłym śmiertelnikiem, który jak inni popełnia błędy.

Jego niezachwiana wiara we własny geniusz doprowadziła do utraty pracy przez 22 tysiące osób oraz bilionowych strat, jakie ponieśli inwestorzy. On sam został zmuszony do przeprowadzki z najwyższego piętra oszklonego wieżowca do znacznie mniej przestronnej, więziennej celi. Dostał 24 lata bez możliwości zwolnienia przed upływem 20 lat. Oczywiście uznał wszystko za spisek. Pewnie dalej czuje się tak samo cenny. Nie sądzę jednak by więzienie, w którym przebywa rozważało wejście na giełdę.

Opinia jaką ma Skilling na swój temat nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jego mniemania, przez pierwszy okres kariery, gdy ważne było robienie wokół siebie szumu, zapewne były pomocne. Ale później, gdy sprawa przestała się do tego sprowadzać, doprowadziły do katastrofy. Skilling całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Jego inteligencja (naprawdę wysoka) na nic mu się nie przydała, bo nie potrafił odczytać tego, co wokół dzieje.

Mimo tego, że co pewien czas mamy okazje przyglądać się opłakanym skutkom działania ludzi takich jak Skilling czy ostatnio Madoff, ciągle pokutuje wyobrażenie, że w biznesie nie da się inaczej. Że co prawda bycie pyszałkiem zbyt estetyczne nie jest, ale to wynik ostrej konkurencji, XXI wieku czy specyfiki biznesu. Taki styl wydaje się odpowiednim przystosowaniem do warunków. Ale to nie jest prawda.

Ciągły rozwój

Jim Collins, który zajmuje się badaniem przedsiębiorstw odnoszących długotrwałe sukcesy, w książce „Good to great” (Od dobrego do wielkiego) jako pozytywny przykład opisuje firmę Kimberly-Clark. Jej szefem był Darwin E. Smith. Gdybyś zainwestował jednego dolara, w dniu w którym Smith objął jej stery, po 20 latach w dniu gdy przeszedł na emeryturę zrobiłoby się z niego 40 dolarów. To cztery razy lepszy wynik niż to, co osiągnęły dobre firmy giełdowe.

W 1971 roku, gdy Darwin E. Smith został wybrany prezesem, jeden z dyrektorów wziął go na bok i zapytał, czy zdaje sobie sprawę, że nie ma wszystkich potrzebnym na tej pozycji kompetencji. Smith ani się nie obruszył, ani nie zaprzeczył. Sam zbyt dobrze o tym wiedział. Nie uważał się za osobę wyjątkową ani wybitnie uzdolnioną. Po wielu latach, gdy osiągnął sukces, zadano mu pytanie jak udało mu się to zrobić. Smith odpowiedział:

- Nigdy nie zaprzestałem prób by zdobyć kwalifikacje do tej pracy.

Zespół Collinsa przebadał wiele firm. Okazało się, że w każdej z „wielkich” szefem był ktoś, kto przejawiał, jak to nazywa Collins „piąty poziom zarządzana”. Charakterystyczną cechą tego stylu jest osobista pokora (personal humility).

Żaden z szefów tych firm nie miał rozbuchanego ego. Nikt z nich nie twierdził, że wszystko wie, że jest najmądrzejszy, że nigdy się nie myli i zawsze osiąga sukcesy. Nikt z nich nie mówił o sobie per „geniusz” lub „urodzony talent”.

Szefowie tych firm:

…nigdy nie chcieli zostać super-bohaterami (larger-then-life hero). Nigdy nie aspirowali do tego by być na piedestale lub stać się niedosięgłą ikoną. Byli zwyczajnymi ludźmi, którzy bez rozgłosu osiągali niezwyczajne rezultaty.

Okazuje się, że to pokora jest kluczem a nie pycha.

Pokorny i zdeterminowany człowiek

Nie chodzi o dwóch różnych ludzi, mimo, że „pokorny zdeterminowany” brzmi jak oksymoron. Albo jesteś pokorny albo zdeterminowany? Niby dlaczego te dwie rzeczy miały się wykluczać? Collins pisze, że piąty poziom zarządzania to „paradoksalna mieszanka pokory osobistej z silną wolą”. Owszem tego rodzaju szefowie nie lubią mówić o swoich osiągnięciach, nie lubią błyszczeć na świeczniku. Ale to nie znaczy, że lubią zgadzać z każdym zdaniem i poddawać się każdej trudności. Przeciwnie. Dzięki temu, że nie muszą się promować i udowadniać geniuszu, potrafią skuteczniej niż inni zadbać o firmę. Gdy to nie ty jesteś w centrum własnej uwagi, ale firma, którą kierujesz, możesz osiągnąć naprawdę wiele.

Pyszałkowatemu Skillingowi, tak naprawdę nie zależało na firmie. Jemu zależało tylko na własnej wielkości.

Determinacja neurotyka

Jedynym ważnym dla Skillinga celem było pokazać światu swój geniusz. Jeżeli nie jestem geniuszem to niech się wali cały świat. Nic innego się nie liczy. Tysiące ludzi bez pracy, miliony osób tracących zainwestowane oszczędności – to mały pikuś w porównaniu z moją tragedią. Z tym, że ktoś zaprzecza mojej genialności.

Taka osoba robi wrażenie szalejącego tygrysa. Ale jej determinacja nie jest skierowana na konstruktywne działanie. Ten szalejący tygrys jest ślepy. Jego pazury trafiają w pustkę. Walczy z urojonymi duchami, które zagrażają jego urojonej tożsamości. Równocześnie nie dostrzega, że wokół zaciska się prawdziwa sieć.

To nie jest determinacja zdrowej osoby. Jest to typowy mechanizmem neurotyczny. Karen Horney tak go opisuje:

Oto mówi sobie, że jest i będzie kimś nieporównanie lepszym od „nich”. Stanie się kimś naprawdę wielkim i wszystkich zawstydzi. On im pokaże jak dalece go nie docenili i jak bardzo skrzywdzili. Stanie się wielkim bohaterem (w przypadku Stenhalowskiego Juliana – Napoleonem) prześladowcą, przywódcą, uczonym o nieśmiertelnej sławie.

Taki super-bohater stawia sobie szereg wymagań, ale nie po to by coś wnieść do świata, ale po to, by ciągle udowadniać sobie i innym swoją wyjątkowość:

Uzasadnieniem dla stawianych wymagań, jest przekonanie o posiadanych wybitnych przymiotach, na które składają się: większa od innych wiedza, „mądrość’ i zdolność przewidywania. (Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka)

Takie szarpanie się jest efektem wewnętrznej rozpaczy związanej z brakiem poczucia akceptacji. Skilling nie miał grama zdrowej akceptacji siebie. A z akceptacją siebie jest trochę jak z butami. Gdy są dobre, zapominasz o stopach. Gdy ciągle o nich pamiętasz, coś jest nie tak.

Ludzie, którzy akceptują siebie nie mają potrzeby zajmowania się sobą. Zapominają o sobie, jak zapomina się o wygodnych butach. Gdy ciągle wracasz do siebie, coś jest nie tak.

Pokorna determinacja

Gdy nie musisz walczyć z duchami, które zabierają ci twoją urojoną nieśmiertelność możesz zacząć osiągać coś rzeczywistego.

Darwin E. Smith był równocześnie pokorny i zdeterminowany. Pochodził z ubogiej rodziny i aby skończyć college, pracował dniami a uczył się nocami. Dzięki uporowi dostał się na prawnicze studia na Harvardzie. Gdy kilka miesięcy po objęciu posady prezesa, lekarze wykryli u niego raka krtani i dali mu rok życia, nie przestał ani na chwilę pracować. O chorobie poinformował zarząd, podkreślając, że ciągle jeszcze żyje. Dalej pracował jako prezes, równocześnie jeżdżąc na naświetlania. To tylko jego życie osobiste. Kierując firmą przejawiał jeszcze więcej determinacji.

To nie była sierotka, która na każdą przeciwność reaguje nieśmiałym westchnieniem: „może mi się uda” czy „byle nie zapeszyć”.

To był człowiek, który miał przed sobą cel i do tego celu dążył, nie rozpraszając się na olśniewanie innych.

Naprawdę silnym jest się wtedy, gdy nie tracisz energii na ukrywanie przed sobą własnych słabości. Cała siła może być wtedy skierowana na spójne, konstruktywne działanie. Wiem, łatwo się mówi a trudno to osiągnąć praktyce. Dziś, gdy szedłem do pracy nagle na mnie to spłynęło: Jak nieporównanie prostsze byłoby moje życie, gdybym nie musiał tak bardzo się starać być takim, jak sobie to wyobrażam. Ale powoli idę do przodu.

Kuerti zapytałeś mnie w komentarzu:

Zdaję sobie sprawę z własnych słabości, ale wierzę jednocześnie, że uda mi się je kiedyś poprawić… To pycha czy po prostu optymizm?

Dla mnie to nie jest pycha. Jeżeli nie traktuję się jak człowieka bezbłędnego, jeżeli nie mam w głowie etykiet, jaki to genialny jestem i nie tracę energii na podtrzymywania dobrego mniemania o sobie – nie ma to nic wspólnego z pychą. Gdy do tego znam swoje słabości – jestem realistą. Dla mnie nie jest to także optymizm, ale realizm połączony z nadzieją.

Pokora przecież nie wyklucza posiadania nadziei (marzeń czy pragnień). Twoje nadzieje, nawet te wielkie nie sprawiają, że stajesz się pyszny.

Ale jest jedna ważna rzecz. Nadzieja to nie żądanie. Czasem te rzeczy mylimy. Nadzieja to chcę. Chcę nawet bardzo mocno. Bardzo mi na tym zależy. Chcę wygrać zawody, napisać książkę, zbudować dom, znaleźć miłość życia, awansować, itp. To nic złego. Są ponoć zdrowi ludzie, którzy pozbyli się wszystkich pragnień. Nie spotkałem jeszcze i nie za bardzo wiem gdzie spotkać. Dla mnie posiadanie pragnień i dążenie do ich realizacji ze wszystkich sił jest zdrową rzeczą. A nawet niezbędną. Za dużo widziałem ludzi, którzy pozbawieni celów i marzeń, marnowali dzień za dniem.

Czymś innym jednak jest żądanie. Pragnienie to chcę. Żądanie to muszę. To neurotyczny, pyszałkowaty przymus. Gdy tak nie będzie świat się zawali, ludzie będą okropni, ja nie będę miał prawa istnienia. Żądam, bo „mi się należy”. Żądanie jest wtedy, gdy dążysz do wygrania zawodów, bo musisz, bo inaczej nie będziesz się czuł wartościową osobą. Wtedy, gdy dążysz do napisania książki, by udowodnić, że jesteś coś warty. Gdy dążysz do pieniędzy, bo inaczej będziesz czuł się nikim lub osobą pozbawioną wolności. Gdy szukasz bliskiej osoby, bo sam czujesz się nic nie warty.

Wywalić całe to muzeum

Pycha nie polega na tym, że czegoś chcesz od życia. Pycha polega na tym, że identyfikujesz się z pozytywnymi mniemaniami na swój temat.

Oczywiście być całkowicie pokornym jest ciężko. Anthony De Mello napisał:

Zaprawdę świętym był ten, kto powiedział „Jestem tylko czterema ścianami z pustką między nimi” Nikt nie może być pełniejszy.

To nie takie łatwe przez dłuższy czas być aż takim realistą. Ale wystarczy przestać zapełniać te cztery ściany swoimi pomnikami: pomnik genialnego szefa, który zawsze wygrywa; pomnik doskonałego kochanka; pomnik troskliwego rodzica, pomnik natchnionego muzyka… Tak samo nie należy wypełniać tych ścian pomnikami w innym stylu: pomnik nieśmiałego człowieka; pomnik człowieka, któremu nigdy nic się nie udaje; pomnik osoby, która nie ma talentu do pisania czy pomnik osoby, która biedna się urodziła i biedna umrze.

Zapełnianie naszych czterech ścian pomnikami sprawia, że miejsce do życia zmienia się w muzeum a my stajemy się jego kustoszami. Przestajemy żyć a zaczynamy konserwować. Czasem, gdy uda nam się uwieść innych, możemy mieć nawet całkiem spory ruch. Ludzie nas odwiedzają, podziwiają i gratulują. Ale ten ruch to tylko pozory życia.

Jak zabrać się za rozbijanie pomników? Kilka pomysłów z brzegu:

  • spisać listę swoich słabych stron (konkretnie) i opracować sposób pracy nad nimi,
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do swoich pomyłek i błędów,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię zbytnio i w sposób przesadny wychwalać, przyjąć tą część pochwał, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną (mimo, że przyjemną),
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najlepszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kto jest lepszy i poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię chwalą i nigdy nie krytykują (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które zawsze doskonale ci wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo zajmujesz się zbyt łatwymi rzeczami)
  • gdy czujesz się doskonały i zaawansowany zająć się rzeczami, których nie umiesz i które ci kiepsko wychodzą. Najlepiej raz na jakiś czas zacząć uczyć się rzeczy, co do których myślisz, że „nie masz uzdolnień” (np. nauczyć się chińskiego, gry na klarnecie, surfowania czy wyszywania haftem krzyżykowym).

To lista raczej dla tych, którzy mają pomniki „patetyczne”. Nie należy przesadzać, bo nie chodzi o zmianę pomników patetycznych (ja-geniusz) na dramatyczne (ja-ofiara losu).

Dla kolekcjonerów pomników dramatycznych proponuję:

  • spisać listę swoich mocnych stron (konkretnie),
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do tego co ci wychodzi i w czym osiągasz sukcesy,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię w sposób przesadny krytykować, przyjąć tą część krytyki, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną,
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najgorszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kogo możesz poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które nigdy ci nie wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo stawiasz przed sobą zbyt trudne cele)
  • Wreszcie nauczyć się czegoś dobrze i dość w jakiejś umiejętności do wyższego poziomu zaawansowania.

* * *

Masz może jakiś inne pomysły? Co o tym myślisz?

Być wobec siebie uczciwym

Być wobec siebie uczciwym

Opublikowano 26 maja 2009 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 8 komentarzy

Afirmacje czy kłamstwa?

Dawno temu Napoleon Hill napisał:

Dobrze znany jest fakt, że człowiek w końcu uwierzy w coś, co sobie wytrwale powtarza, niezależnie od tego, czy to coś jest prawdą czy fałszem. Jeśli człowiek będzie w siebie uporczywie wmawiał jakieś kłamstwo, w końcu przyjmie je za prawdę.

Hill się mylił. Zasada „kłamstwo sto razy powtarzane staje się prawdą” obowiązuje być może w propagandzie. Jeżeli chodzi o rozwój osobisty, kłamstwo wywołuje stres, wrzody i dyskomfort.

Abraham Lincoln zadał kiedyś pytanie:

- Ile nóg będzie miał pies, jeżeli ogon nazwiemy nogą?

I odpowiedział na nie:

- Cztery. Nazywanie ogona nogą nie czyni z niego nogi.

Kłamstwo jest kłamstwem. Powtarzanie sobie kłamstw z intencją przechytrzenia swojej podświadomości jest mało skuteczne. Jospeh Murphy wspomina:

W ciągu ostatnich 35 lat rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy głównie narzekali: „Całe tygodnie i miesiące mówiłem sobie: jestem zamożny, jestem bogaty – i nic z tego”. Wkrótce odkryłem, iż mówiąc: jestem zamożny, jestem bogaty – czuli w głębi duszy, że tylko się okłamują. Pewien mężczyzna powiedział mi: „Aż do znudzenie powtarzałem, że jestem bogaty. Tymczasem moja sytuacja tylko się pogarszała. Wiedziałem po prostu, że moje stwierdzenie nie odpowiadają faktom”.

Tymczasem Rhonda Byrne daje radę:

Jeśli słowa „Nie stać mnie na to” pojawiły się na twoich ustach zastąp je słowami „Stać mnie na to! Mogę to kupić!”. Powtarzaj to w kółko. Jak papuga.

Postaw sobie za punkt honoru, by przez następne trzydzieści dni patrzeć na wszystko, co ci się podoba i mówić sobie „Stać mnie na to. Mogę to kupić”. Kiedy widzisz przejeżdżający obok siebie samochód marzeń powiedz „Stać mnie na niego”. Kiedy widzisz ubranie, które ci się podoba, powiedz „Stać mnie na nie”

Robiąc to, zaczniesz przekonywać samego siebie , że stać cię na te rzeczy.

Załóżmy, że wchodzę do salonu sprzedaży samochodów mojej ulubionej marki. Staję przed samochodem i powtarzam sobie:

- Stać mnie na niego. Stać mnie na wszystko, czego tylko zapragnę.

Za pierwszym razem brzmi to trochę mało przekonywująco. Jakaś część mnie odzywa się:

- Nieprawda, nie możesz sobie na to pozwolić, masz przecież tylko trzy stówy, a ta maszyn kosztuje trzysta tysięcy!

- Zamknij się! – mówię – nie przeszkadzaj, przecież widzisz, że staram się przyciągnąć pieniądze. Jestem bogaty, stać mnie na niego, mogę mieć wszystko …

- Głupoty, przecież brakuje ci dwieście dziewięćdziesiąt siedem tysięcy…

- Cicho bądź. Jak uwierzę, to pieniądze do mnie same przyjdą. Stać mnie na to, stać mnie na to, stać mnie na to, stać…

- Głupoty, chyba w to nie wierzysz…

Zazwyczaj nie uświadamiamy sobie tego dialogu, ale pewne jest, że gdzieś tam wewnątrz się toczy. Inaczej nie byłoby potrzeby powtarzania tych zapewnień w kółko.

Po pewnym czasie oporny wewnętrzny głosik rzeczywiście cichnie. Człowiek może powtarzać swoje afirmacje ze swobodą.

Kim była ta protestująca część i co się z nią stało? Czy to było coś co bez żalu można wyrzucić?

Nie, to ważna cześć ciebie, jest niezbędna do tego by podejmować decyzje, planować działania, oceniać ryzyko i pokonywać trudności.

Nie zniknęła, ale została odepchnięta. Odszczepiłeś ją od siebie. Osłabiłeś jej wpływ. Blokując ją wprowadziłeś do siebie dysharmonię. Nauczyłeś się, że nie możesz sobie ufać. Nauczyłeś się, że twoje osądy są błędne, że należy je twardą ręką zdusić i podporządkować wyczytanym gdzieś hasłom. Nauczyłeś się, że kłamstwo jest więcej warte niż obserwacje.

Popatrzmy na to z boku. Jeżeli mamy dwa fakty:

  • Twój wymarzony samochód kosztuje trzysta tysięcy złotych.
  • Masz na koncie trzysta złotych

Czy wniosek:

  • Stać mnie na niego

Jest (a) prawdziwy (b) fałszywy?

Gdybyś był sprzedawcą samochodu, kogoś, kto wybrał (a) uznałbyś za idiotę. Gdy mówisz sobie „stać mnie na to” robisz z siebie idiotę. Własnoręcznie usiłujesz wyprać swój mózg.

Potrzebujesz wszystkich

Wyobraź sobie, że pracujesz w zespole, który składa się z kilku osób. Każda jest bardzo różna, ale wszystkie są niezbędne. Jedną z nich jest dziewczyna (nazwijmy ją Krystyna), której mocną stroną jest umiejętność krytycznej oceny sytuacji. Kryśka jak nikt inny potrafi dostrzec zagrożenia i pułapki, jakie stoją na drodze planowanych przedsięwzięć. Dzięki niej zespół zawczasu przygotowuje odpowiednie działania i omija niebezpieczeństwa. Kryśka nie jest wszechstronna. Ma wady. Jej słabą stroną są wizje. Nie zawsze je chwyta. Czasem jest też męcząca. Podczas dyskusji, zdarza się jej narzekać na całkiem dobre plany. Czasem wprowadza do zespołu napięcia. Zazwyczaj jednak zespół zyskuje na jej obecności. Krystyna zmusza innych jego członków do zaradności. Któregoś dnia jednak, wizjoner Wicek (którego mocną stroną są śmiałe wizje przyszłości) przejmuje kontrolę nad zespołem. Krytyczna Kryśka działa mu na nerwy. Ma już dość jej zrzędzenia. Gdy tylko Kryśka zaczyna coś mówić, on mocnym głosem powtarza swoją kwestię. Gdy Krystyna zaczyna: „brakuje nam jeszcze…” Wicek wchodzi jej w głos i mówi „wszystko mamy, wszystko mamy”. Powtarza to tak długo, póki Kryśka nie zamilknie. W końcu zniechęcona Kryśka nie wytrzymuje i wychodzi. „No, nareszcie…” wzdycha z ulgą Wicek i zabiera się do pracy. Niestety zespół pozbawiony Krystyny nie jest tak skuteczny. Jego plany są oderwane od rzeczywistości. Nie uwzględniają zagrożeń i pułapek. W efekcie wszystko bierze w łeb.

Ten zespół to twoje możliwości. Są różnorodne. Dysponujesz różnymi spojrzeniami na świat. Nie możesz pozbyć się niewygodnych członków i oczekiwać, że wszystko będzie doskonale działało. Niewygodni członkowie wprowadzają napięcie. Pytanie jednak, co jest twoim celem? Czy ważniejsze jest żyć w spokoju, czy stworzyć nową rzeczywistość?

Możesz tworzyć rzeczywistość, ale musisz w tym celu w pełni wykorzystać wszystkie swoje możliwości. A przede wszystkim nie możesz wprowadzać w swój wewnętrzny świat kłamstwa.

Kłamstwo nie tworzy przed nami nowych możliwości. Odwrotnie – zamyka je przed nami.

Jak pisze Jung:

Nie jesteśmy w stanie czegoś zmienić, tak długo, jak tego nie zaakceptujemy. Wyparcie się czegoś nie wyzwala a więzi.

Powtarzanie „stać mnie” wzmacnia lęk

Jeszcze jedna wątpliwość odnośnie strategii „powtarzania” brzmi: skoro cię stać, a pieniądze szerokim strumieniem do ciebie płyną, po jaką cholerę masz sobie powtarzać, że cię stać?

Zdarzyło ci się coś ostatnio kupić za gotówkę? Ile razy, zanim kupiłeś, powtarzałeś sobie „stać mnie na to”? Ja miesiąc temu kupiłem płaski telewizor. Ponieważ miałem pieniądze, wszedłem do sklepu, wybrałem i zapłaciłem. Jakoś nie miałem okazji powtórzyć sobie ani razu „stać mnie na niego”. Moje myśli krążyły nie wokół tego czy mnie stać, ale wokół tego, jaki mam wybrać model.

To, czy cię stać jest jednorazową decyzją. Gdy ciągle do tego powracasz, to znak, że nie jesteś pewny.

- Może jednak mnie nie stać?

- Stać mnie na to.

- Może jednak warto przemyśleć?

Im mniej masz pieniędzy, im mniej pewnie się czujesz pod, tym więcej razy powtarzasz sobie hasło „stać mnie na to”.

Gdy podjąłeś decyzję, samo powracanie do niej, może wzbudzić w tobie lęk.

Przez wiele lat pracowałem jako trener. Zdarzało mi się pracować z młodymi, niedoświadczonymi trenerami, którzy zaczynali i jeszcze bali się szkoleń. Wielu z nich się kamuflowało, chcąc jak najlepiej wypaść przede mną, ale ich lęk zawsze było łatwo rozpoznać. Jednym z objawów jest międlenie zapewnień „uda się”. Sami powtarzają i chcą by inni im powtarzali zapewnienia typu „Dam sobie radę. Jestem dobrze przygotowany. Na pewno dobrze pójdzie”.

Ktoś, kto się nie boi, po prostu nie zajmuje się tym, jak mu pójdzie. Skoro robiłeś już to szkolenie dziesiątki razy i zawsze było w porządku, dlaczego teraz miałbyś sobie coś tak oczywistego powtarzać? Ale gdy ci ciągle ktoś zwraca uwagę, na to jak pójdzie, sam zaczynasz się zastanawiać czy aby tym razem wszystko będzie dobrze?

Takiemu struchlałemu, młodemu trenerowi nie można pomóc zapewniając go, że jest dobrze przygotowany. Każde kolejne zapewnienie sprawi, że stanie się coraz bardziej nerwowy. Mówi mu się: „Przestań o tym myśleć, skup się na czymś innym. Nie zastanawiaj się czy ci wyjdzie, czy nie. Zamiast tego zainteresuj się kim są uczestnicy szkolenia, przejrzyj materiały albo zastanów się co ciebie w tym szkoleniu rusza. A w każdym razie więcej mi o tym nie mów!”.

Ścieżka tchórza, ścieżka wojownika

Kłamstwo – zarówno to, serwowane innym ludziom, jak i sobie – jest oznaką tchórzostwa. Kłamię, bo boję się powiedzieć prawdę. Kłamię, bo boję się przyznać. Kłamię, bo boję się, że nie wytrzymam. Okłamując siebie grzęźniemy w strategii unikania doświadczeń. Tłamsimy się, gwałcimy nasze poczucie odwagi i szlachetności. Jeżeli wejdziesz na ścieżkę tchórzostwa, stopniowo coraz więcej rzeczy będzie cię przerażać. 

Masz dwie ścieżki. Ścieżkę tchórza i ścieżkę wojownika.

Wojownikiem stajesz się gdy potrafisz przyjąć na siebie rzeczy trudne, niewygodne i ciężkie. Gdy potrafisz znieść własny strach, wątpliwości, obawy i brak. Wojownik brzydzi się kłamstwem. Prawda jest dla niego ważniejsza niż samopoczucie.

Gdy patrzy prosto w oczy swojego strachu, poczucia nieadekwatności, czy braku – to wszystko wcale nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale przestaje nim rządzić. Staje się mniejsze niż on.

Jest wiele zasad / sztuczek / technik / zasad, które powalają człowiekowi żyć, tak jak chce i sprowadzać swoje marzenia na ziemię, po której stąpa. Ale jedna zasada jest podstawowa:

- Nigdy nie okłamuj samego siebie. Nie wmawiaj sobie, że jest inaczej niż widzisz. Nie neguj faktów. Bądź uczciwy wobec siebie. Szanuj, to co czujesz i to co widzisz.

Produkowanie problemów

Co takiego przerażającego jest w fakcie, że brakuje mi 297 tysięcy? Co jest w tym takiego upokarzającego, blokującego, przerażającego? Czy to ma jakikolwiek związek z tym, co uda mi się zrobić w przyszłości? Nie mam 297 tysięcy, ale to przecież nie jest żadna przeszkoda by tyle zrobić. Gdy zaczynasz wałkować afirmacje, zaczynasz robić problem z tego, że nie masz pieniędzy.

Nie chodzi tylko o pieniądze. Okłamujemy się w wielu znacznie bardziej istotnych sprawach:

  • jestem szczęśliwy
  • jestem spokojny i zrelaksowany
  • jestem genialny
  • jestem inteligentny
  • wszyscy mnie kochają

Czy gdy sobie to mówisz, czujesz, że to prawda?

A może lepiej się przyznać, że czuję się teraz:

  • smutny i rozczarowany
  • zdenerwowany
  • głupi
  • opuszczony

Co takiego strasznego jest w tym, że tak się czujesz? Pozwól by świat płynął. Przyjmuj siebie, takim jakim jesteś. Nie chowaj się pod płaszczykiem zapewnień, w które i tak do końca nie wierzysz. Nie radzę ci byś usiadł i płakał. Radzę ci tylko być otworzył się na zmiany.

Wszystkiemu, co istnienie potrzebna jest swoboda
Cały świat należy do tych, którzy pozwalają mu
Płynąć lekko, zgodnie z naturalnym porządkiem
Ale jeśli ktoś się wysila i pozostaje
W nieustannym napięciu
Świat wydaje się niezwyciężony

(Tao te king, 48)

Bądź konkretny i szczery

Opublikowano 19 września 2008 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 4 komentarze

Jakieś piętnaście lat temu, po raz pierwszy przeprowadziłem rozmowę z pracownikiem starającym się o pracę. Pracowałem w firmie doradczej, świadczącej usługi rekrutacyjne. Miałem za zadanie porozmawiać z kandydatem i przedstawić pisemną opinię na jego temat. Jeden z kandydatów miał zostać zatrudniony w banku, dla którego pracowaliśmy. Byłem podekscytowany swoim zadaniem. Pierwszy kandydat był wysoki, chudy i kościsty. Nosił czarny garnitur i białą koszulę. Usiadł sztywno przede mną. Na moje pytanie odpowiadał ogólnikami, patrząc gdzieś za moją głowę. Po piętnastu minutach, zadałem mu wszystkie, przygotowane wcześniej pytania. Co gorsze, mój początkowy zapał ulotnił się bez śladu. Ten człowiek był po prostu nudny. Gdybyśmy spotkali się na jakiejś imprezie, już bym od niego uciekł. Tutaj jednak płacili mi za trzy kwadranse. [...]

Czy naprawdę tego chcesz?

Opublikowano 29 lipca 2008 | By | Kategorie: motywacja | 6 komentarzy

Czy wiesz już, o czym marzysz? Jacht, Ferrari, rezydencja nad morzem, wywiady, piękne kobiety i inne tego typu rzeczy? Jesteś pewny, że to twoje marzenia? Co byś powiedział, gdyby się okazało, że to wcale nie są twoje marzenia? Że ktoś cię zaprogramował? [...]

Materializm a zadowolenia z życia

Opublikowano 30 maja 2008 | By | Kategorie: sukces | Jeden komentarz

Badania pokazują, że osoby, które stawiają pieniądze i wartości materialne na szczycie, są mniej zadowolone z życia, częściej cierpią na niższy poziom samooceny, ich relacje z bliskimi są uboższe. Co najgorsze, to wszystko upośledza ich możliwości zarabiania. [...]