Tag Archives: pokora
Sztuka prostego dziękowania

Sztuka prostego dziękowania

Opublikowano 06 maja 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 24 komentarze

Sztuka prostego dziękowania
Zdjęcie: http://www.flickr.com/photos/stuckincustoms/ / CC BY-NC-SA 2.0

W naszym życiu zazwyczaj umyka nam to, co znane. Najgorzej widzimy, to co przed naszym nosem. (William Barrett)

A czapeczka?!

Babcia pilnuje wnuka bawiącego się na plaży. Nagle wielka fala uderza o brzeg i porywa wnuka. Babcia pada na kolana, podnosi ręce do nieba i modli się:

- Boże miłosierny, Ty jesteś wielki i potężny, wyratuj go!

Po chwili morze wyrzuca chłopca na brzeg. Dziecko jest całe i zdrowe. Babcia patrzy na chłopca, opiera ręce o biodra, spogląda z oburzeniem w górę i mówi:

- A czapeczka?! Miał na głowie czapeczkę!

Często jesteśmy podobni do tej Babci. Gdy napięcie opada, zapominamy o wszystkim, nawet jeżeli przed chwilą czuliśmy się o krok od tragedii. Zamiast dziękować, skupiamy się na kolejnych zadaniach i kolejnych celach, choćby nawet dotyczyły drobiazgów. Przecież człowiek nie ma czasu na to by bawić się w dziękczynienia!

Czym jest wdzięczność?

Gregg Krech pisze:

Żyć wdzięcznością to otworzyć oczy na niezliczone sposoby na której jesteśmy wspierani przez świat wokół nas

Praktykowanie wdzięczności, to przede wszystkim sztuka patrzenia. Być wdzięcznym, to umieć dostrzec, sposób w jaki świat i inni ludzie są dla nas źródłem bezinteresownego dobra.

Przebudzenie wdzięczności

Czasem zdarza się coś, co budzi w nas wdzięczność. Nagle do nas dociera, że zupełnie bez swojej zasługi dostaliśmy wiele rzeczy. Czasem, jakieś przeżycie sprawia, że czujemy się wdzięczni za coś najważniejszego – nasze życie.

Kilkanaście lat temu przeszedłem operację serca. Wykonywał ją zespół lekarzy z Krakowskiej Akademii Medycznej. Gdyby nie operacja, nie żyłbym od jakichś dziesięciu lat. Żyję nie tylko dzięki nim, ale także wszystkim ludziom, którzy tam pracowali: pielęgniarkom, osobom technicznym, kierowcom.

Ścigali mnie telegraficznie, gdy się nie pojawiłem na badaniach, przyjęli mnie do szpitala, mimo, że zabrakł jakichś papierów, a przede wszystkim, zanim operacja się w ogóle zaczęła, doskonalili się i ciężko pracowali przez wiele lat, by jak najlepiej pomóc ludziom, takim jak ja.

Jak mógłbym nie czuć się w takiej sytuacji wdzięczny?

Pamiętam, jak kilkanaście dni po operacji poszedłem po raz pierwszy na spacer do parku obok szpitala. Na drzewach były zalążki liści. W cieniu resztki brudnego śniegu. Czuć było pierwsze powiewy wiosennego wiatru. Słychać było ptaki podniecone zbliżającą się wiosną. Dostałem to wszystko całkowicie bez mojej zasługi. Każdy mój oddech był darem. I mimo, że chodziłem powoli jak stuletni staruszek, byłem szczęśliwy.

Od tego czasu minęło ponad piętnaście lat. Szybko przestałem czuć, że dostałem coś cudownego za darmo. Zacząłem czuć, że należy mi się nie tylko życie, ale coś więcej. Że powinienem dostać coś lepszego, wygodniejszego, wspanialszego. I przestałem się czuć szczęśliwy. Zacząłem skupiać się na tym, czego mi brakuje i czego nie dostaję. Na tym, że nie zawsze jestem doceniany i szanowany, że nie mam tylu pieniędzy ile bym chciał, że nie stać mnie na to by wyjechać na długie wakacje…

Słowem, zacząłem wykłócać się o czapeczkę.

Mimo wielkich korzyści jakie niesie ze sobą wdzięczność, wolałbym nie powtarzać tamtego doświadczenia. Skąd w takim razie wziąć wdzięczność? W jaki sposób zrobić ją czymś trwałym?

Wyrażając ją.

Wyrazy wdzięczności? Czy mowa o tym, co wsuwa się lekarzowi dyskretnie do kieszeni? A może mowa o tym standardowym bukiecie kwiatów, jaki dostaje pod koniec roku nauczycielka? A może o tej nagrodzie jubileuszowej przyznawanej raz na jakiś czas przez hojnego prezesa? Nie. To nie są wyrazy wdzięczności.

Pokorne przyjmowanie

Japończycy przed każdym posiłkiem łączą ręce jak do modlitwy i mówią itadakimasu. Wielu z nich robi to mechanicznie, ale znaczenie tego zwrotu jest głębokie. Nie oznacza on, mimo, że czasem tak się go tłumaczy – zabierajmy się za jedzenie czy smacznego. Dosłownie oznacza to pokornie przyjmuję lub przyjmuję od kogoś, kto stoi wyżej ode mnie.

Japończyk powie swoje itadakimasu, także wtedy, gdy zapłacił za swój posiłek czy sam go przyrządził. Tym, co tak pokornie przyjmuje jest życie (ryby, zwierzęcia czy rośliny) oraz wysiłek innych ludzi (ktoś musiał uprawiać, hodować, łowić, transportować i przygotowywać). Dziękowanie jest właśnie takim pokornym przyjęciem. Jest oddaniem pokłonu, temu co, pozwala mi żyć. Jest uświadomieniem sobie tego, że żyję na łasce świata i innych ludzi.

Kwiaty, czekoladki i przeróżne podarunki mogą towarzyszyć naszej wdzięczności. Ale nie są one jej wyrazem. Co w takim razie jest? Jak można wyrazić naszą wdzięczność?

Proste, niewyszukane dziękowanie

Wyrazem wdzięczności jest dziękowanie. Proste, niewyszukane, zwyczajne. Takie, którego celem nie jest związanie drugiej strony, zmuszenie jej do podporządkowania się naszym potrzebom czy wzmocnienie więzów społecznych między nami.

Najprostszą formą wyrażania wdzięczności jest pełny szacunku pokłon. Pema Cziedrym pisze:

Uczniom tradycji zen zaleca się składanie pokłonów innym ludziom, a także zwyczajnym przedmiotom, by wyrazić w ten sposób szacunek. Uczy się ich, by poświęcali uwagę miotłom, sedesom, roślinom, wyrażając wdzięczność wszystkiemu, co się pojawia w ich życiu.

Prawdziwy wyraz wdzięczności to nie prezenty, pieniądze, przysługi czy kwiaty. Wyrazem wdzięczności jest pełne uwagi i szacunku pochylenie się.

Jeżeli chcesz uczyć się wdzięczności, zacznij od dziękowania temu, co nie może ci się odwdzięczyć. Jest tyle rzeczy, które mogę objąć swoją wdzięczną uwagą. Moje buty, jestem wam wdzięczny, za to, że mogłem dziś wygodne spacerować, mimo zimnego deszczu. Mój niebieski, poprzecierany fotelu, jestem ci wdzięczny, że od ponad dziesięciu lat pomagasz mi pisać i podtrzymujesz mój kręgosłup. Biuro, w którym siedzę, jestem ci wdzięczny, że mogę spokojnie i w ciszy spędzać godziny.

Dlaczego by nie pokłonić się przed swoimi oczyma, które pozwalają mi widzieć, to co piszę? Tak jak Czesław Miłosz:

Chwytliwe moje oczy, dużoście widziały,
Krajów i miast, wysp i oceanów.
Razem witaliśmy ogromne wschody słońca,
Kiedy szeroki oddech przyzywał do biegu
Po ścieżkach, na których podsychała rosa.
Teraz coście widziały, schowane jest we mnie.

Jest tyle rzeczy, którym warto dziękować.

Są też i ludzie. Im szczególnie warto dziękować. Nikt z nas nie mógłby żyć, gdyby nie inni. To nie my sami wynaleźliśmy pismo, to nie my nauczyliśmy się budować domy, to nie my skonstruowaliśmy samochody, ani nie my zbudowaliśmy internet. Każdy nasz dzień, każde działanie jest przepełnione tym, co dostaliśmy od innych – tym, którzy żyli kiedyś i żyją teraz. Ktoś, kto „sam sobie wszystko zawdzięcza”, bardzo ogranicza swoje pole widzenia. W zasadzie jest ślepy jak kret.

Wyrazem wdzięczności jest dziękowanie. Wiele osób stara się by ich podziękowania były wyszukane, przepiękne i zapierające dech w piersiach. Bukiet z pięćdziesięciu róż, złote kolczyki z brylantami, puszyste misie, wielkie serca z czerwonego pluszu, czekoladki o nazwie merci, złote kokardy i specjalny papier do pakowania. Moje podziękowania muszą być wyjątkowe, tak jak ja jestem wyjątkowy. OK. Nie ma w tym nic złego.

Jednak znacznie ważniejsze jest codzienne, niewyszukane i szczere dziękuję, połączone z uważnym spojrzeniem i uśmiechem.

Słowo dziękuję za czas, jaki ci ktoś poświęcił, uśmiech do osoby, która siedzi obok ciebie, słowo dziękuję za pozmywane talerze, przytulenie dziecka, które przyniosło laurkę,…

Gdy ktoś szuka wyszukanych form dziękowania, często zapomina o tych prostych, zwyczajnych, które nic nie kosztują, ale są najbliżej wdzięczności.

Jeżeli jesteś pewien, że dziękujesz na co dzień w prosty i autentyczny sposób, możesz od czasu do czasu zrobić coś ekstra. Ale jeżeli twoje dziękowanie, to jedynie kwiaty na urodziny, dzień kobiet i święta Bożego Narodzenia, spróbuj nauczyć się czegoś jeszcze.

Propozycje ćwiczeń

Wybierz przynajmniej jedno z tych ćwiczeń. A może wypróbujesz kilka?

Pokłony. Przez najbliższy tydzień, każdego dnia wybierz trzy rzeczy, na które nie zwracałeś uwagi. Każdego dnia inne. Nie staraj się wyszukiwać czegoś specjalnego. Weź po prostu to, co masz pod ręką. Komputer, skarpetki, zegarek, kubek, ołówek, itp. Zatrzymaj się na chwilę i zastanów się co dobrego te rzeczy wnoszą do twojego życia. Na co ci pozwoliły i pozwalają. Jak je wzbogaciły i w jaki sposób uczyniły pełniejszym? Gdy to zrobisz, złóż im prosty ukłon. Jeżeli kłanianie się martwej naturze, wydaje ci się śmieszne, bałwochwalcze, czy nieodpowiednie, nie rób tego. Wystarczy, że pomyślisz o tym, co dobrego te rzeczy wniosły.

Proste dziękowanie. Przez najbliższe trzy dni staraj się przyłapywać ludzi na wnoszeniu dobra do twojego życia. Rozglądaj się uważnie za wszystkim co od nich dostajesz. Ludzie dają ci wiele rzeczy mimo, że często nawet sobie tego nie uświadamiają. Gdy tylko to dostrzeżesz, jak najszybciej powiedz im o tym.

Powiedz im za co jesteś wdzięczny (to ważne by było to konkretne). Np.:

  • Dziękuję ci za rozmowę. Dobrze się czułem przez ten czas.
  • Dziękuję ci, że powiedziałeś mi co myślisz, to mi pozwoli dopracować ten tekst.
  • Dziękuję, że pozmywałeś naczynia. Dzięki temu nie muszę się śpieszyć.

Relacje. Wybierz jakąś osobę. To może być ktoś z rodziny, przyjaciel, znajomy czy mentor. Znajdź kilkanaście minut i dokładnie przyjrzyj się waszej relacji. Prześledź ją rok po roku (jeżeli jest krótsza miesiąc po miesiącu). Spisz wszystko, co od tej osoby dostałeś. W jaki sposób twoje życie stało się pełniejsze czy bardziej cenne dzięki tej osobie? Co ta osoba wniosła do twojego życia?

List wdzięczności. Wybierz kogoś, kto jest obecny w twoim życiu, komu jesteś wdzięczny, ale w zasadzie nigdy mu nie podziękowałeś. Usiądź i napisz do niej osoby list, w którym wyrazisz jej wdzięczność.

Umów się z nią osobą i przeczytaj jej ten list (lub naucz się go na pamięć i powiedz go jej).

Być może na początku będziesz się czuć nieco niezręcznie, ale to szybko przejdzie. Dziękowanie ludziom jest czymś naturalnym.

Wysłane podziękowania. Jeżeli tego jeszcze nie robisz, wprowadź nawyk dziękowania ludziom za spotkania czy poświęcony ci czas. Gdy spotkasz się z kimś, jakiś czas po spotkaniu (np. następnego dnia, lub nawet kilka godzin później) podziękuj mu. Możesz to zrobić w formie listu, maila, SMS-a czy telefonu do tej osoby. Postaraj się by to stało się twoim nawykiem.


Gregg Krech, Naikan: Gratitude, Grace, and the Japanese Art of Self-Reflection (Berkeley, California: Stone Bridge Press, 2002), 58

Boże, naucz mnie być przeciętnym jak biało – czarna krowa

Boże, naucz mnie być przeciętnym jak biało – czarna krowa

Opublikowano 11 marca 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 18 komentarzy

Fioletowa krowa przy drodze speca od marketingu

Seth Godin, guru marketingu, rozpoczyna swoją książkę opowieścią o tym jak podróżował z rodziną przez Francję.

Gdy wyjechali z miasta byli oczarowani malowniczymi pastwiskami i pasącymi się na nich krowami. Widok, od którego przeciętny mieszczuch nie może oderwać oczu. Piękny jak książeczka z obrazkami, którą czytało się w dzieciństwie.

Dokładnie to samo robią moje dzieci, gdy na horyzoncie zobaczą choćby niewielką łaciatą figurkę krowy. Dla moich dzieci (i zapewne dzieci Godina), krowa jest znacznie bardziej egzotycznym zwierzęciem niż tygrys, gibon czy słoń. Te ostatnie widujemy od czasu do czasu w zoo. Krowy mamy wyłącznie na ilustracjach.

Po kilkunastu minutach w samochodzie Godinów coś zaczęło się jednak zmieniać. Na początek krowy stały się nieco mniej interesujące. Wystarczyło rzucić na nie okiem od czasu do czasu. Potem stawały się coraz bardziej zwyczajne. W końcu stały się nudne. Po niecałych dwudziestu minutach czar prysł i nikt już nie zwracał na nie uwagi..

Jak pisze Godin: każda krowa jest taka sama i gdy widziałeś jedną, widziałeś wszystkie. By ożywić uwagę, musielibyśmy zobaczyć coś zupełnie nowego. Na przykład fioletową krowę.

Godin wyciąga prosty wniosek: jeżeli chcesz przeżyć w dzisiejszym świecie, musisz stać się fioletową krową. Nie tylko musisz się różnić. Musisz być niezwykły i ponadprzeciętny. Inaczej ludzie cię nie dostrzegą i będzie tak, jakbyś nie istniał. Będziesz jednym z wielu nic nie wartych nudziarzy. Być przeciętnym to znacznie bardziej niebezpieczne niż się wyróżniać:

Chcę jasno powiedzieć, że bezpieczniej jest podejmować ryzyko – wzmocnić w sobie pragnienie dokonania naprawdę zadziwiających rzeczy.

Fioletowe krowy przy drogach specjalistów od rozwoju

Godin zajmuje się głównie marketingiem. Jednak te same rady można znaleźć w książkach z zakresu rozwoju osobistego: wyróżniaj się, bądź niezwykły i ponadprzeciętny. Nie bądź dobry – bądź niesamowity. Nie gódź się na przeciętność. Rozwijaj w sobie wyjątkową osobowość. Oczekuj od siebie niezwykłości. Dąż ustawicznie do wielkości.

Jak byś się czuł, gdyby ktoś ci powiedział, że jesteś przeciętny? Zgodnie ze słownikiem, przeciętny znaczy nie odbiegający od normy, taki, jakiego się najczęściej spotyka, zwykły. Przeciętna szybkość samochodu. Przeciętny zarobek. Przeciętny wygląd (ani ładny, ani brzydki). Przeciętny dzień (ani zły ani dobry, po prostu typowy).

Tymczasem przeciętny człowiek, to ktoś zły, słaby i do niczego. Gdyby ktoś ci powiedział, że jesteś przeciętny, potraktowałbyś to jako obelgę.

Gdy zajmowałem się projektowaniem systemów ocen pracy, zawsze mieliśmy problem z nazwaniem oceny opisującej większość pracowników. Oczywiście nie wchodziło w grę nazwanie jej przeciętną czy dostateczną. Rzadko pomagały inne nazwy, takie jak spełnia wymagania czy zgodnie z oczekiwaniami. Ludzie obruszali się, gdy nie dostawali najwyższej oceny. W wielu firmach, w których dział personalny nie dość dobrze sobie radził z systemem ocen, pod koniec roku, 98% pracowników otrzymywało najwyższe oceny. Wszyscy pracownicy nagle byli znacznie powyżej wymagań. Tylko dlaczego firma nie radziła sobie na rynku a pracownicy mieli poczucie, że nie są traktowani sprawiedliwie?

Jeden z amerykanów, którego cytuje John C. Maxwell, pisze:

Przeciętność wystawia na niebezpieczeństwo cały kraj. Ale zawsze pamiętaj: przeciętność zaczyna się od ciebie.

Pamiętaj, wróg czuwa! Bezpieczeństwo kraju wymaga by wszyscy byli w górnych pięciu procentach!

Nie tylko w Ameryce ludzie czują przymus bycia kimś wyjątkowym. Japoński autor Mishima Yukio w powieści Na uwięzi opisuje jedną z postaci, marynarza Ryuji:

Wiedział tylko, że gdzieś daleko w mrokach świata jest światełko jemu jednemu przeznaczone, które pewnego dnia zbliży się na tyle, by objąć swym blaskiem jego, nikogo więcej…wierzył, że: z całą pewnością czeka mnie niezwykły los, coś zupełnie ekstra, co nie jest dla byle kogo.

Tylko ludzie nieprzeciętni są w stanie coś osiągnąć. Nic dziwnego, że tak chętnie uczymy się tzw. kreatywności. Nikogo nie dziwi grupa menedżerów czy pracowników, którzy biegają po sali szkoleniowej w kolorowych czapeczkach, udają szalejące stado zwierząt, z zapamiętaniem rzucają papierowe samolociki czy licytują się tysiącami absurdalnych pomysłów. Kreatywność to firmowe życie lub śmierć.

Nigdy nie dziwiło mnie organizowanie takich zajęć na uczelniach czy w szkołach. Zdziwiłem się dopiero, gdy zobaczyłem ofertę dla przedszkolaków. Do tej pory naiwnie uważałem, że dzieci są wzorcem kreatywności. Teraz dowiedziałem się, że kreatywności trzeba się uczyć od dzieciństwa. Już czteroletnie maluchy dowiadują się, że bycie typowym to nieszczęście. Że tkwienie w jakimkolwiek schemacie to zbrodnia. Że oczywiste rozwiązania są najgorsze, bo coś sensownego może być dopiero efektem burzy mózgów.

Postęp rozlewa się dalej. Nawet kościół stara się iść do przodu. Jakiś czas temu widziałem plakat reklamujący rekolekcje. Pod zdjęciem grupy młodych ludzi w dziwnych pozach i z dziwnymi minami był wielki napis: Aby zerwać z przeciętnością. Do tej pory, naiwnie myślałem, że Bóg kocha prostaczków i szaraczków.

Ale to nawet lepiej. Kto by chciał być przeciętny? Przecież o to w życiu chodzi by błyszczeć i stać na środku sceny. Broń boże być takim samym jak inni!

Moja szczęśliwe przegrana walka

Ja też zawsze szukałem czegoś niezwykłego. Nie chciałem być przeciętny i zwyczajny. Czasem mi się to udawało. Nosiłem długie włoscy, ubierałem się dosyć niezwykle jak na standardy małego miasta, w którym zastało mnie dojrzewanie, czytałem poezję (czego nie robił nikt z moich towarzyszy niedoli zwanej technikum elektronicznym). Pisałem wiersze (dwa zostały wydrukowane w lokalnej gazecie).

W końcu, gdy byłem starszy, zabrałem się za pisanie książki. Ktoś wyjątkowy w którymś momencie swojego życia powinien napisać książkę. Lepiej wcześniej niż później, bo osoba niekonwencjonalna jakoś dziwnie potrzebuje ciągłego potwierdzania swojej niezwykłości.

Na początku szło doskonale. Pisanie przynosiło mi dużo przyjemności. Szybko skończyłem pierwszy, drugi i trzeci rozdział. W którymś jednak momencie poczułem, że to, co piszę nie jest dość twórcze, niezwykłe czy kreatywne. Krytycznie przejrzałem efekty swojej pracy.

Nie, to mógłby napisać każdy. Gdy jesteś kimś wyjątkowym musisz bardzie się postarać, więcej od siebie wymagać…. Musiałem wszystko poprawić. To nie mogła być prosta książka. To musiało być epokowe dzieło. Coś niezwykłego i dopracowanego do nieskończoności.

Poczucie zabawy i radości z pisania prysło. Zacząłem męczyć się z każdym kolejnym słowem. Byłem twardy i nie poddawałem się. Zaczynałem od nowa i motywowałem się. Ale miesiące mijały. A ja miałem tylko kolejne, nie nadające się do niczego wersje. Po pół roku codziennego, minimum trzy godzinnego pisania byłem na krawędzi depresji.

Któregoś dnia, wybrałem się do księgarni. Wziąłem z półki jakąś książkę. Dobry tytuł, piękna okładka, ale w środku kiepsko. Niespójne rozdziały, koszmarny język, banały. Zacząłem przeglądać inne książki.

Dotarło do mnie, że większość tego, co stoi na półkach to wcale nie są wielkie, wspaniałe i dobrze napisane dzieła. Po większości z nich, nawet tych najlepiej się sprzedających, za dziesięć lat nie będzie śladu. Większość z książek to przeciętne, nudne, biało – czarne krowy.

A jednak nie czułem się lepszy. Przeciwnie. Czułem się przegrany. Czułem, że przegrałem swoją walkę o wielkość i ponadprzeciętność. I czułem, że będę ją przegrywał tak długo, póki ją będę prowadził.

Zrozumiałem, że ludzie po prostu piszą książki (niektóre okazują się doskonałe, ale większość wychodzi średnio). Ja natomiast żyję w świecie fantazji i nierealnych oczekiwań.

Bardzo zatęskniłem za powrotem do rzeczywistości. Chciałem stać się jednym z tych wielu przeciętnych autorów książek. Napisać tylko tyle, by ktokolwiek zechciał to wydać, by ktokolwiek zechciał to wziąć do ręki i by ktokolwiek zechciał to przeczytać. Niech to będzie największy chłam, ale niech to się znajdzie na tej półce! Nie chcę być niezwykły. Chcę cokolwiek zrobić.

Im mocniej oczekiwałem od siebie czegoś niezwykłego, tym bardziej czułem się sparaliżowany. Im bardziej pragnąłem być fioletową krową, tym bardziej nie mogłem być żadną.

Wysoko zawieszona kładka

Nie mamy potrzeby bycia kimś niezwykłym, gdy piszemy list do przyjaciela. Pisanie przychodzi nam naturalnie i nie traktujemy go jak ciężkiej pracy. Wystarczy jednak powiedzieć komuś by napisał to samo, ale jako artykuł do książki, a sprawa staje się naprawdę męczącą.

Gdy piszę do przyjaciela, mogę być zwyczajny i normalny. Gdy piszę artykuł, muszę być genialny.

Gdy poddasz się nakazom niezwykłości, kreatywności i genialności, twoja praca staje się ciężka i męcząca.

Pisanie połączone z oczekiwaniem stworzenia czegoś genialnego jest jak chodzenie po kładce na wysokości stu metrów. Albo jak zdawanie ważnego egzaminu przed surowym profesorem.

Im więcej fioletowej krowy masz w głowie, tym większy stres i napięcie. Fioletowa krowa w głowie sprawia, że nigdy nie jesteś zadowolony i prawnie nigdy nie czujesz satysfakcji. Ciągle musisz się kontrolować i sprawdzać. Ciągle musisz się jeszcze bardziej i bardziej starać. Niewiele zostaje energii na pracę.

Fioletowa krowa, jest jak cenzor, który siedzi gdzieś w środku i ciągle mówi: to nie dość nowe, to nie dość odkrywcze, to nie dość kreatywne, to nie dość wielkie.

To my sami zapraszamy fioletową krowę. My sami wieszamy kładkę tak wysoko, mimo, że równie dobrze mogłaby wisieć metr nad ziemią. My sami wmawiamy sobie, że nasi bliźni są surowymi recenzentami, podczas gdy w rzeczywistości większość z nich to bardzo życzliwi słuchacze.

Pół roku po tym, gdy szczęśliwie udało mi się przegrać walkę o własną niezwykłość, wszedłem do tej samej księgarni i zdjąłem z półki książkę z moim nazwiskiem na okładce.

Przynajmniej na jakiś czas przestałem walczyć o swoją wielkość i niezwykłość. Zamiast pisać genialną książkę napisałem coś, co mogło zainteresować kilku znajomych. Przestałem troszczyć się o doskonałość i zacząłem po prostu pisać.

Gdy oglądałem swoją książkę, wiedziałem, że jest daleko od doskonałości. Wiedziałem, że przydałoby się jej wiele poprawek. Ale trzymałem ją w ręku. I to się liczyło. A gdy zacząłem jeszcze dostawać maile z podziękowaniami od czytelników, poczułem się jak krowa, która daje mleko. Fioletowe krowy nigdy nie dają mleka.

Paradoks

Czy dzisiejsze ulice pełne są wyjątkowych, niezwykłych i kreatywnych ludzi? Czy w dzisiejszych mediach jest wiele osób wyjątkowych i niezwykłych?

Udziwnionych, zmanierowanych, sztucznych – owszem. Ale wyjątkowych i niepowtarzalnych?

To smutne. W czasach, w których tak mocno pragniemy się wyróżniać, jesteśmy tacy jednakowi. Tygiel rodem z dramatu antycznego. Nasze pragnienie niezwykłości sprawia, że stajemy się tacy sami.

Seth Godin, którego cytowałem na początku zachęcał do tego by wzmacniać w sobie pragnienie dokonania naprawdę zadziwiających rzeczy.

Przeciwnie. Im mocniejsze w jest w tobie pragnienie dokonania niezwykłych i zadziwiających rzeczy, im bardziej pragniesz być kimś niezwykłym, tym większa przeciętność ci grozi.

Jakie jest rozwiązanie?

Przestań szukać nieprzeciętności i zacznij szukać autentyczności.

Przestań szukać niezwykłych, kreatywnych rozwiązań. Zamiast tego szukaj rozwiązań oczywistych i najprostszych.

Patricia Ryan Mason, w swojej książce Improv Wisdom cytuje wypowiedź projektanta oprogramowania, który zmienił swój sposób rozwiązywania problemów:

Wcześniej cenzurowałem wiele z moich pomysłów zanim dochodziłem do czegoś użytecznego. Teraz projektując interfejs użytkownika szukam rzeczy oczywistych. Gdy idę na spotkanie z Działem Rozwoju i mówię im o rzeczach łatwo dla mnie dostrzegalnych, kierownicy klaszczą w dłonie i mówią „Dlaczego myśmy o tym nie pomyśleli?” Wtedy wiem, że mój pomysł jest dobry. Wcześniej często szukałem czegoś sprytnego czy innowacyjnego, tracąc to co było na wprost mnie.

Nie pomijaj tego co ci pierwsze przychodzi na myśl. Nie bój się zaakceptować najbardziej oczywistych rozwiązań. Gdy patrzysz uważnie na to, co przed tobą i nie starasz się być drugim Enstinem czy Picassem, zazwyczaj żadna burza mózgów nie jest ci potrzebna.

Gdy piszesz, nie twórz ale napisz najprościej jak potrafisz to, co masz do napisania. Pisz jakbyś pisał do przyjaciela.

Gdy robisz zdjęcia, nie kreuj obrazu ale po prostu fotografuj to co widzisz. Nie szukaj rzeczy niezwykłych. Dostrzegaj to, co masz przed sobą.

To samo można odnieść do każdej dziedziny twórczości: muzyki, architektury, prawa, księgowości, informatyki, itd.

Pozwól sobie na przeciętność

Od środka każdy z nas jest kimś przeciętnym. Jak się na co dzień zaskakiwać, gdy człowiek zna się od dwudziestu, trzydziestu czy więcej lat?

Gdy staramy się być ponadprzeciętni, przestajemy być autentyczni. Być autentycznym to być zwyczajnym. Czasem nudnym, czasem powielającym. Takim jakiem jesteś w środku.

Twoja autentyczność być może okaże się dla innych czymś niezwykłym. Być może to, jak na co dzień widzisz świat będzie absolutnym olśnieniem dla kogoś innego. Być może to, co dla ciebie normalne, dla innych okaże się niesamowite. Może tak, może nie. Przestań się tym zajmować.

Bądź taki, jaki jesteś. Bądź biało – czarną (czy brązową) krową.

Nie szukaj egzaltacji i wyjątkowości. Nie goń za wybitnością. Nie próbuj zrobić coś specjalnego. Nie sil się na myślenie poza ramami i wymuszoną kreatywność.

Mistrz zen Shunryu Suzuki mówi:

Kiedy już nie próbujesz zrobić niczego specjalnego, wówczas robisz coś.

To naprawdę duża ulga nie musieć robić rzeczy niezwykłych.

Jeden z moich ulubionych psalmów (131) opisuje ten stan:

Panie, moje serce nie jest wyniosłe

i oczy moje nie patrzą z góry.

Nie gonię za tym, co wielkie

albo co przerasta moje siły.

Przeciwnie zaprowadziłem ład i pokój w mojej duszy.

Jak niemowlę u swej matki,

Jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza.

Piękny obraz, ale trudny do osiągnięcia. Wiedzieć o tym wszystkim to zbyt mało.

Wiem, jak bardzo pragnienie niezwykłości utrudnia mi życie. Jak bardzo komplikuję sobie pracę, starając się „robić coś specjalnego” i „goniąc za tym co wielkie i co przerasta moje siły”.

Ale co z tego, że wiem? Co z tego, że już kilka razy się przekonałem, że najlepsze efekty przynosi prostota? Co pewien czas na nowo łapię się na dopieszczaniu, uniezwyklaniu i ukreatywnianiu. Jeszcze wielu rzeczy musze się oduczyć by stać się autentyczny jak niemowlę. By pozbyć się traktowania siebie samego jakbym był fioletową krową.

Mam nadzieję, że może komuś mniej zawikłanemu w takie myślenie, ten tekst pomoże. Że zamiast kombinować, po prostu będzie robił rzeczy oczywiste i najbardziej potrzebne.

Naturalna wyjątkowość

Jeżeli dla kogoś biało czarne krowy są nudne i takie same, powinien zatrzymać samochód i spróbować wydoić jedną z nich. Albo przynajmniej uważnie jej się przyjrzeć. Okazałoby się, że nie ma dwóch takich samych. Że gdy widziałeś jedną, widziałeś tylko jedną.

Gdy pragniesz fioletowych krów jesteś tylko amerykańskim turystą. To nie krowa ma problem. To amerykański turysta ma problem z tym, jak widzi świat.

Gdy przestajesz szukać swojej wyjątkowości i zamiast tego przechodzisz zwyczajnie i uważnie przez kolejne chwile, sam z siebie stajesz się wyjątkowy. Bez żadnego świadomego wysiłku. Często sam nawet o tym nie wiesz.

Determinacja i pokora

Determinacja i pokora

Opublikowano 15 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 17 komentarzy

Dwie osoby

Z jednej strony człowiek pewny siebie, zdecydowany i wierzący we własną gwiazdę. Gdy starał się o przyjęcie na Hervard, jeden z profesorów zapytał go czy jest inteligentny.

- Jestem zajebiście inteligenty – odpowiedział.

Najlepiej czuł się w drogim, włoskim garniturze, na środku sali, gdy mógł opowiadać innym o swoich genialnych pomysłach. Poruszał się jak gwiazda filmowa świadoma otaczających ją wielbicieli i fotoreporterów. Patrzył przed siebie twardym, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

Z drugiej człowiek skromny, świadomy swoich braków. Zza dużych okularów przypominał cierpliwego nauczyciela z małomiasteczkowej szkoły. Najlepiej czuł się w kraciastej koszuli, na swojej farmie i w ulubionej koparce. Nie udzielał zbyt dużo wywiadów, rzadko był obiektem zainteresowania fotografów. Jeżeli już musiał być w centrum, wolał odwracać uwagę od siebie i kierować ją na coś innego.

Gdyby tych ludzi postawić obok siebie i zapytać przechodniów, który ma szansę zrobić karierę, dziewięćdziesiąt procent wskazałoby pierwszego. Takie czasy. Trzeba być przebojowym, agresywnym i zdecydowanym. To musi być prawda, skoro tyle osób tak uważa. Osoby przebojowe i całkowicie bezkompromisowe są szybciej dostrzegane i łatwiej robią karierę. Tak, ten pewny siebie człowiek zrobił karierę. Został prezesem ogromnej, zatrudniającej kilkadziesiąt tysięcy osób firmy. Przez długi czas gazety i inwestorzy czcili go jak geniusza.

Ale temu drugiemu, mimo wszystko też się udało. Też został prezesem dużej firmy. Tyle, że końcowe efekty jego działania były zupełnie inne. Najpierw jednak wróćmy na chwilę do naszej gwiazdy.

Wrodzony talent

W życiu trzeba mieć talent. Trzeba mieć ten dar od Boga (lub Natury lub Losu). Gdy masz, wszystko przychodzi łatwo i prosto.

Firmą, która zapoczątkowała ruch „zarządzania talentami” był McKinsey. Troje z jej kluczowych konsultantów napisało bestseller „War for talents”. Na świecie trwa wojna o talenty. Ten, kto ją wygra, wygra wszystko. Trzeba jak najszybciej znajdować utalentowanych ludzi (najlepiej jeszcze na studiach), pozyskiwać ich i tworzyć im odpowiednie warunki (płacić, płacić, płacić i raz na rok oceniać). Sukces jest kwestią czasu. Nie można przegrać, gdy masz ludzi z talentami.

Możesz przegrać tylko wtedy, gdy nie jesteś agresywny. To wojna a nie popołudniowa przechadzka. Nie może ci zadrżeć ręka przy zwalnianiu starych, ale nie tak zdolnych pracowników. Nie możesz się wahać przed awansowaniem młodych zdolnych ponad głowami bardziej doświadczonych.

Jednym z najbardziej utalentowanych konsultantów McKinseya, najmłodszym w historii partnerem był Jeffrey Skilling. Dosyć szybko został szefem ogromnej firmy obsługiwanej przez McKinseya. Oczywiście od razu wdrożył w niej program zarządzania talentami. Przyjmował ludzi takich jak on – młodych, zdolnych i agresywnych.

Skilling, sam o sobie mówił:

Mój geniusz nie tylko określa moją wartość, on także określa wartość tej firmy. Mój geniusz kreuje wartość. Mój geniusz jest zyskiem dla firmy!

To się nazywa rozmach. Uważać się za geniusza to drobnica. Uważać się za geniusza wartego miliardy dolarów – to dopiero coś.

Firma nazywała się Enron. Gdy okazało się, że pomysły Skillinga nie są genialne, ani nawet dobre, jedynym rozwiązaniem stały się oszustwa. Skilling z kolegami zaczął na wielką skalę fałszować dane księgowe. Był zbyty bystry by nie domyślać się, jak to się skończy. Nie był jednak w stanie znieść świadomości, że nie jest geniuszem. Był w stanie zrobić dosłownie wszystko byle tylko nie okazało się, że jest zwykłym śmiertelnikiem, który jak inni popełnia błędy.

Jego niezachwiana wiara we własny geniusz doprowadziła do utraty pracy przez 22 tysiące osób oraz bilionowych strat, jakie ponieśli inwestorzy. On sam został zmuszony do przeprowadzki z najwyższego piętra oszklonego wieżowca do znacznie mniej przestronnej, więziennej celi. Dostał 24 lata bez możliwości zwolnienia przed upływem 20 lat. Oczywiście uznał wszystko za spisek. Pewnie dalej czuje się tak samo cenny. Nie sądzę jednak by więzienie, w którym przebywa rozważało wejście na giełdę.

Opinia jaką ma Skilling na swój temat nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jego mniemania, przez pierwszy okres kariery, gdy ważne było robienie wokół siebie szumu, zapewne były pomocne. Ale później, gdy sprawa przestała się do tego sprowadzać, doprowadziły do katastrofy. Skilling całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Jego inteligencja (naprawdę wysoka) na nic mu się nie przydała, bo nie potrafił odczytać tego, co wokół dzieje.

Mimo tego, że co pewien czas mamy okazje przyglądać się opłakanym skutkom działania ludzi takich jak Skilling czy ostatnio Madoff, ciągle pokutuje wyobrażenie, że w biznesie nie da się inaczej. Że co prawda bycie pyszałkiem zbyt estetyczne nie jest, ale to wynik ostrej konkurencji, XXI wieku czy specyfiki biznesu. Taki styl wydaje się odpowiednim przystosowaniem do warunków. Ale to nie jest prawda.

Ciągły rozwój

Jim Collins, który zajmuje się badaniem przedsiębiorstw odnoszących długotrwałe sukcesy, w książce „Good to great” (Od dobrego do wielkiego) jako pozytywny przykład opisuje firmę Kimberly-Clark. Jej szefem był Darwin E. Smith. Gdybyś zainwestował jednego dolara, w dniu w którym Smith objął jej stery, po 20 latach w dniu gdy przeszedł na emeryturę zrobiłoby się z niego 40 dolarów. To cztery razy lepszy wynik niż to, co osiągnęły dobre firmy giełdowe.

W 1971 roku, gdy Darwin E. Smith został wybrany prezesem, jeden z dyrektorów wziął go na bok i zapytał, czy zdaje sobie sprawę, że nie ma wszystkich potrzebnym na tej pozycji kompetencji. Smith ani się nie obruszył, ani nie zaprzeczył. Sam zbyt dobrze o tym wiedział. Nie uważał się za osobę wyjątkową ani wybitnie uzdolnioną. Po wielu latach, gdy osiągnął sukces, zadano mu pytanie jak udało mu się to zrobić. Smith odpowiedział:

- Nigdy nie zaprzestałem prób by zdobyć kwalifikacje do tej pracy.

Zespół Collinsa przebadał wiele firm. Okazało się, że w każdej z „wielkich” szefem był ktoś, kto przejawiał, jak to nazywa Collins „piąty poziom zarządzana”. Charakterystyczną cechą tego stylu jest osobista pokora (personal humility).

Żaden z szefów tych firm nie miał rozbuchanego ego. Nikt z nich nie twierdził, że wszystko wie, że jest najmądrzejszy, że nigdy się nie myli i zawsze osiąga sukcesy. Nikt z nich nie mówił o sobie per „geniusz” lub „urodzony talent”.

Szefowie tych firm:

…nigdy nie chcieli zostać super-bohaterami (larger-then-life hero). Nigdy nie aspirowali do tego by być na piedestale lub stać się niedosięgłą ikoną. Byli zwyczajnymi ludźmi, którzy bez rozgłosu osiągali niezwyczajne rezultaty.

Okazuje się, że to pokora jest kluczem a nie pycha.

Pokorny i zdeterminowany człowiek

Nie chodzi o dwóch różnych ludzi, mimo, że „pokorny zdeterminowany” brzmi jak oksymoron. Albo jesteś pokorny albo zdeterminowany? Niby dlaczego te dwie rzeczy miały się wykluczać? Collins pisze, że piąty poziom zarządzania to „paradoksalna mieszanka pokory osobistej z silną wolą”. Owszem tego rodzaju szefowie nie lubią mówić o swoich osiągnięciach, nie lubią błyszczeć na świeczniku. Ale to nie znaczy, że lubią zgadzać z każdym zdaniem i poddawać się każdej trudności. Przeciwnie. Dzięki temu, że nie muszą się promować i udowadniać geniuszu, potrafią skuteczniej niż inni zadbać o firmę. Gdy to nie ty jesteś w centrum własnej uwagi, ale firma, którą kierujesz, możesz osiągnąć naprawdę wiele.

Pyszałkowatemu Skillingowi, tak naprawdę nie zależało na firmie. Jemu zależało tylko na własnej wielkości.

Determinacja neurotyka

Jedynym ważnym dla Skillinga celem było pokazać światu swój geniusz. Jeżeli nie jestem geniuszem to niech się wali cały świat. Nic innego się nie liczy. Tysiące ludzi bez pracy, miliony osób tracących zainwestowane oszczędności – to mały pikuś w porównaniu z moją tragedią. Z tym, że ktoś zaprzecza mojej genialności.

Taka osoba robi wrażenie szalejącego tygrysa. Ale jej determinacja nie jest skierowana na konstruktywne działanie. Ten szalejący tygrys jest ślepy. Jego pazury trafiają w pustkę. Walczy z urojonymi duchami, które zagrażają jego urojonej tożsamości. Równocześnie nie dostrzega, że wokół zaciska się prawdziwa sieć.

To nie jest determinacja zdrowej osoby. Jest to typowy mechanizmem neurotyczny. Karen Horney tak go opisuje:

Oto mówi sobie, że jest i będzie kimś nieporównanie lepszym od „nich”. Stanie się kimś naprawdę wielkim i wszystkich zawstydzi. On im pokaże jak dalece go nie docenili i jak bardzo skrzywdzili. Stanie się wielkim bohaterem (w przypadku Stenhalowskiego Juliana – Napoleonem) prześladowcą, przywódcą, uczonym o nieśmiertelnej sławie.

Taki super-bohater stawia sobie szereg wymagań, ale nie po to by coś wnieść do świata, ale po to, by ciągle udowadniać sobie i innym swoją wyjątkowość:

Uzasadnieniem dla stawianych wymagań, jest przekonanie o posiadanych wybitnych przymiotach, na które składają się: większa od innych wiedza, „mądrość’ i zdolność przewidywania. (Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka)

Takie szarpanie się jest efektem wewnętrznej rozpaczy związanej z brakiem poczucia akceptacji. Skilling nie miał grama zdrowej akceptacji siebie. A z akceptacją siebie jest trochę jak z butami. Gdy są dobre, zapominasz o stopach. Gdy ciągle o nich pamiętasz, coś jest nie tak.

Ludzie, którzy akceptują siebie nie mają potrzeby zajmowania się sobą. Zapominają o sobie, jak zapomina się o wygodnych butach. Gdy ciągle wracasz do siebie, coś jest nie tak.

Pokorna determinacja

Gdy nie musisz walczyć z duchami, które zabierają ci twoją urojoną nieśmiertelność możesz zacząć osiągać coś rzeczywistego.

Darwin E. Smith był równocześnie pokorny i zdeterminowany. Pochodził z ubogiej rodziny i aby skończyć college, pracował dniami a uczył się nocami. Dzięki uporowi dostał się na prawnicze studia na Harvardzie. Gdy kilka miesięcy po objęciu posady prezesa, lekarze wykryli u niego raka krtani i dali mu rok życia, nie przestał ani na chwilę pracować. O chorobie poinformował zarząd, podkreślając, że ciągle jeszcze żyje. Dalej pracował jako prezes, równocześnie jeżdżąc na naświetlania. To tylko jego życie osobiste. Kierując firmą przejawiał jeszcze więcej determinacji.

To nie była sierotka, która na każdą przeciwność reaguje nieśmiałym westchnieniem: „może mi się uda” czy „byle nie zapeszyć”.

To był człowiek, który miał przed sobą cel i do tego celu dążył, nie rozpraszając się na olśniewanie innych.

Naprawdę silnym jest się wtedy, gdy nie tracisz energii na ukrywanie przed sobą własnych słabości. Cała siła może być wtedy skierowana na spójne, konstruktywne działanie. Wiem, łatwo się mówi a trudno to osiągnąć praktyce. Dziś, gdy szedłem do pracy nagle na mnie to spłynęło: Jak nieporównanie prostsze byłoby moje życie, gdybym nie musiał tak bardzo się starać być takim, jak sobie to wyobrażam. Ale powoli idę do przodu.

Kuerti zapytałeś mnie w komentarzu:

Zdaję sobie sprawę z własnych słabości, ale wierzę jednocześnie, że uda mi się je kiedyś poprawić… To pycha czy po prostu optymizm?

Dla mnie to nie jest pycha. Jeżeli nie traktuję się jak człowieka bezbłędnego, jeżeli nie mam w głowie etykiet, jaki to genialny jestem i nie tracę energii na podtrzymywania dobrego mniemania o sobie – nie ma to nic wspólnego z pychą. Gdy do tego znam swoje słabości – jestem realistą. Dla mnie nie jest to także optymizm, ale realizm połączony z nadzieją.

Pokora przecież nie wyklucza posiadania nadziei (marzeń czy pragnień). Twoje nadzieje, nawet te wielkie nie sprawiają, że stajesz się pyszny.

Ale jest jedna ważna rzecz. Nadzieja to nie żądanie. Czasem te rzeczy mylimy. Nadzieja to chcę. Chcę nawet bardzo mocno. Bardzo mi na tym zależy. Chcę wygrać zawody, napisać książkę, zbudować dom, znaleźć miłość życia, awansować, itp. To nic złego. Są ponoć zdrowi ludzie, którzy pozbyli się wszystkich pragnień. Nie spotkałem jeszcze i nie za bardzo wiem gdzie spotkać. Dla mnie posiadanie pragnień i dążenie do ich realizacji ze wszystkich sił jest zdrową rzeczą. A nawet niezbędną. Za dużo widziałem ludzi, którzy pozbawieni celów i marzeń, marnowali dzień za dniem.

Czymś innym jednak jest żądanie. Pragnienie to chcę. Żądanie to muszę. To neurotyczny, pyszałkowaty przymus. Gdy tak nie będzie świat się zawali, ludzie będą okropni, ja nie będę miał prawa istnienia. Żądam, bo „mi się należy”. Żądanie jest wtedy, gdy dążysz do wygrania zawodów, bo musisz, bo inaczej nie będziesz się czuł wartościową osobą. Wtedy, gdy dążysz do napisania książki, by udowodnić, że jesteś coś warty. Gdy dążysz do pieniędzy, bo inaczej będziesz czuł się nikim lub osobą pozbawioną wolności. Gdy szukasz bliskiej osoby, bo sam czujesz się nic nie warty.

Wywalić całe to muzeum

Pycha nie polega na tym, że czegoś chcesz od życia. Pycha polega na tym, że identyfikujesz się z pozytywnymi mniemaniami na swój temat.

Oczywiście być całkowicie pokornym jest ciężko. Anthony De Mello napisał:

Zaprawdę świętym był ten, kto powiedział „Jestem tylko czterema ścianami z pustką między nimi” Nikt nie może być pełniejszy.

To nie takie łatwe przez dłuższy czas być aż takim realistą. Ale wystarczy przestać zapełniać te cztery ściany swoimi pomnikami: pomnik genialnego szefa, który zawsze wygrywa; pomnik doskonałego kochanka; pomnik troskliwego rodzica, pomnik natchnionego muzyka… Tak samo nie należy wypełniać tych ścian pomnikami w innym stylu: pomnik nieśmiałego człowieka; pomnik człowieka, któremu nigdy nic się nie udaje; pomnik osoby, która nie ma talentu do pisania czy pomnik osoby, która biedna się urodziła i biedna umrze.

Zapełnianie naszych czterech ścian pomnikami sprawia, że miejsce do życia zmienia się w muzeum a my stajemy się jego kustoszami. Przestajemy żyć a zaczynamy konserwować. Czasem, gdy uda nam się uwieść innych, możemy mieć nawet całkiem spory ruch. Ludzie nas odwiedzają, podziwiają i gratulują. Ale ten ruch to tylko pozory życia.

Jak zabrać się za rozbijanie pomników? Kilka pomysłów z brzegu:

  • spisać listę swoich słabych stron (konkretnie) i opracować sposób pracy nad nimi,
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do swoich pomyłek i błędów,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię zbytnio i w sposób przesadny wychwalać, przyjąć tą część pochwał, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną (mimo, że przyjemną),
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najlepszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kto jest lepszy i poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię chwalą i nigdy nie krytykują (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które zawsze doskonale ci wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo zajmujesz się zbyt łatwymi rzeczami)
  • gdy czujesz się doskonały i zaawansowany zająć się rzeczami, których nie umiesz i które ci kiepsko wychodzą. Najlepiej raz na jakiś czas zacząć uczyć się rzeczy, co do których myślisz, że „nie masz uzdolnień” (np. nauczyć się chińskiego, gry na klarnecie, surfowania czy wyszywania haftem krzyżykowym).

To lista raczej dla tych, którzy mają pomniki „patetyczne”. Nie należy przesadzać, bo nie chodzi o zmianę pomników patetycznych (ja-geniusz) na dramatyczne (ja-ofiara losu).

Dla kolekcjonerów pomników dramatycznych proponuję:

  • spisać listę swoich mocnych stron (konkretnie),
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do tego co ci wychodzi i w czym osiągasz sukcesy,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię w sposób przesadny krytykować, przyjąć tą część krytyki, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną,
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najgorszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kogo możesz poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które nigdy ci nie wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo stawiasz przed sobą zbyt trudne cele)
  • Wreszcie nauczyć się czegoś dobrze i dość w jakiejś umiejętności do wyższego poziomu zaawansowania.

* * *

Masz może jakiś inne pomysły? Co o tym myślisz?

Moment na decyzję: poddać się lub biec

Moment na decyzję: poddać się lub biec

Opublikowano 07 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 3 komentarze

Nie wolno tego czuć!

Ojciec z synem kończyli jeść lody. Ośmiolatek wysmarował sobie całą twarz. Ojciec nie mógł znaleźć chusteczki by go wytrzeć. Niedaleko była pizzeria. Ojciec pokazał ją synowi i powiedział:

- Idź tam i poproś o serwetkę, na pewno ci dadzą.

- Ale ja się wstydzę…

- Jak to się wstydzisz?! Nie wolno czuć wstydu! Taki chłopak i się wstydzi. No idź!

- Ty idź…

- No dobra, jakoś inaczej to wyczyścimy.

Pewnie ojciec ojca też mówił „nie wolno się wstydzić”. Syn będzie to zapewne powtarzał swojemu synowi.

W efekcie:

  1. Dziecko dalej jest nieśmiałe (ojciec sam czuł się nieśmiały i dlatego wycofał się z pomysłu)
  2. Dziecko dowiaduje się, że jest z nim coś nie tak, bo czuje coś, czego nie powinno.

Zamiast pomóc dzieciom nauczyć się radzić sobie z emocjami, wiele osób wydaje im instrukcje. Opisuje im jak powinny się czuć.

Ale jestem biedna…

Błędem jest zaprzeczanie uczuciom, ale błędem jest także poddawanie się im.

Idziemy z córką na dłuższy spacer. Mała rzeczywiście nachodziła się sporo i ma prawo być zmęczona. Słyszę:

- Tatusiu nie mam siły.

Nie zastanawiając się, biorę ją na ręce. I dopiero wtedy myślę:

- Zaraz, zaraz, coś mi tu nie gra…

Gdy następnym razem słyszę „nie mam siły” pytam, czy to znaczy, że chce bym ją wziął na ręce.

- Tak.

- Jeżeli o to ci chodzi, to chciałbym byś mi mówiła co chcesz, a nie skarżyła się, że nie masz siły.

Umawiam się z nią, że gdy będzie chciała, bym wziął ją na ręce zada mi pytanie:

- Czy możesz mnie wziąć na ręce?

Ćwiczymy to kilka razy, tłumaczę jej, że to nasze zaklęcie, że po samym „brakuje mi siły” wyrażę tylko zrozumienie.

Po jakimś czasie słyszę:

- Tatusiu nie mam siły.

- Rozumiem, rzeczywiście długo szliśmy.

- Tatusiu! Ale ja nie mam siły!

- Tak, to nieprzyjemne uczucie.

Zatrzymuje się i tupiąc nogą powtarza „nie mam siły”. Ponieważ nie biorę ją na ręce, kładzie się na ziemii.

Mówię jej:

- Pamiętasz nasze hasło?

- Ale ja nie mam siły…

Podpowiadam jej szeptem:

- Czy – możesz – mnie – wziąć…

- Aha! Czy możesz mnie wziąć na ręce?

- Z przyjemnością!

Dopiero po kilku powtórzeniach nauczyła się mówić, czego chce.

Dzieci szybko uczą się tego rodzaju manipulacji. Mówię rodzicom, jaki jestem słaby, jak mi nie wychodzi, jak sobie nie radzę, a rodzice automatycznie biorą mnie na ręce, pomagają rozwiązać zadanie, rozprawiają się z huliganami, idą do klasy i wstawiają się za mną u pani,… . I nie problem w tym, że rodzic coś robi. Czasem (zależnie od sytuacji) trzeba . Problem w tym, że dziecko uczy się bezradnego poddawania się.

Nie zawsze biorę dziecko na ręce. Czasem mówię:

- Nie, ale może zrobimy krótki postój i odpoczniemy.

- albo: Może będziemy iść wolniej

- albo: Może pójdziemy inną drogą.

Chodzi mi o to, by dziecko nauczyło się, że gdy nie ma siły może coś z tym zrobić – poprosić o pomoc czy zaproponować odpoczynek. Samo stwierdzenie, że „nie mam siły” i bierne czekanie aż ktoś z tym coś zrobi jest bez sensu, tak samo jak udawanie, że mam mnóstwo siły.

Gdy nie umiesz się przyznać do swoich negatywnych emocji czy słabości, jesteś w pułapce. Im mocniej twój wewnętrzny ojciec będzie naciskał, tym bardziej będziesz się czuł splątany. Gdy w środku mówisz sobie: nie wolno mi takim być, nie mogę tak się czuć, nie mogę sobie pozwolić na takie odczucia, coraz trudniej będzie ci iść do przodu.

Jednak przyznanie się do tego, to tylko pierwszy krok. Dla wielu osób potwornie trudny (i dlatego tak się o tym rozpisuję). Ale gdy go już zrobisz, zostają ci jeszcze dwa kroki. Nie możesz zatrzymać się na pierwszym, bo wpadniesz w bierność.

Decyzja

Wiele osób uważa, że związek emocji z działaniem jest bardzo prosty: czuję emocję –> działam. Wyobrażają sobie, że emocje automatycznie uruchamiają w nas działanie.

Ludzie często tłumaczą powody swoich złych zachowań siłą emocji: „Uderzyłem żonę, bo poczułem wściekłość. Byłem tak wściekły, że nie mogłem się powstrzymać. Nic z tym nie mogłem zrobić.” Skoro to sprawka emocji, to nie do końca jestem winny. Emocje zostały przecież sprowokowane. Ciekawe, że ten sam człowiek nie uderzył swojego szefa, który budzi jeszcze większą wściekłość. Albo dwa razy większego sąsiada, który notorycznie wpuszcza głośną muzykę, przy której krew go zalewa. Te same emocje, ale różne działania.

Tylko nam się wydaje, że emocje są automatycznym wyzwalaczem zachowań. W rzeczywistości pomiędzy nimi jest coś jeszcze. Krótki moment, od którego zależy to, co będzie się dalej działo. Ciąg wygląda tak: Emocje – Decyzja – Działanie.

Za każdym razem, mimo, że rzadko jesteśmy tego świadomi podejmujemy decyzję czy poddać się emocjom czy nie.

Bieg do zimnej wody

Przed paroma dniami współprowadziłem szkolenie. Gdy prowadzi się samemu człowiek jest cały czas zajęty. Teraz jednak robiłem to z koleżanką. Siedziałem bezczynnie z boku. Po jakiejś chwili zacząłem patrzeć za okno i poczułem, że naprawdę nie mam ochoty siedzieć na tej sali, że nie mam siły nic do tych ludzi mówić, że w ogóle nie powinno mnie tu być, że jestem nieszczęśliwy musząc tak się eksploatować i w ogóle to mam już dość i dłużej nie wytrzymam. Słowem poczułem lęk.

Dobrze znam tę chwilę. Człowiek czuje uderzenie lęku i wycofuje się, zwija się, zaczyna snuć fantazje, ucieka od tego, co ma zrobić. Oczywiście dosłownie nigdy mi się nie zdarzyło uciec, ale wiele razy uciekałem wewnętrznie. Człowiek niby jest obecny, ale działa z wewnętrznym dystansem i poczuciem pretensji. Tak jakby jechał dalej, ale z wciśniętymi hamulcami. Jakby odgradzał się od zewnętrznego świata. Po dniu takiej pracy człowiek jest bardziej zmęczony niż po miesiącu normalnej.

Jednak tym razem, gdy poczułem lęk, pomyślałem:

- Mam dwie możliwości. Mogę się temu poddać, asekurować się, wycofywać i robić wszystko na pół gwizdka. Ale mogę też wybiec do przodu. Mimo tego, co czuję, w pełni zaangażować się w szkolenie.

Samo uświadomienie sobie tych możliwości pozwoliło mi wybrać. Wstałem i aby coś zrobić przyłączyłem się do prowadzenia.

To nie było banalnie proste. To było jak bieg do zimnej wody. Rzucasz się w zimne fale, mimo, że cały organizm protestuje. Im mocniej protestuje tym szybciej biegniesz i mocniej chlapiesz. Po chwili, trudno powiedzieć, w którym momencie, czujesz, że woda nie jest zimna, ale przyjemna. Płyniesz wśród fal zostawiając na brzegu tych, którzy starają się wejść do wody tak by nie poczuć chłodu.

Gdy strach wrócił, znowu wybrałem rzucenie się do przodu. Tym razem nie mogłem mówić (bo akurat mówili uczestnicy), ale wystarczyło wyciągnąć notatnik i zacząć robić notatki. Za trzecim razem było to jeszcze łatwiejsze. Stopniowo takich uderzeń paniki było coraz mniej. Drugiego dnia wcale ich nie było.

Z czasem nawykowa decyzja by poddać się emocjom ustępuje nawykowej decyzji by robić swoje. Każdy wybuch lęku staje się impulsem do tego by być bardziej obecnym i zaangażowanym.

Rinpocze Trugpa i straszny pies

Pema Chödrön, uczennica rinpocze Chögyan Trungpy w jednej ze swoich książek opowiada historię:

Gdy pierwszy raz spotkałam Rinpocze Trugnpa, rozmawiał z grupą uczniów czwartej klasy, którzy zadawali mu mnóstwo pytań o jego dzieciństwo w Tybecie i o ucieczce z komunistycznych Chin do Indii. Jeden z chłopców zapytał go, czy kiedykolwiek się bał. Rinpocze odpowiedział, że jego nauczyciel zachęcał go by chodził w przerażające go miejsca, takie jak np. cmentarze, oraz by próbował zbliżyć się do rzeczy, których nie lubił. Potem opowiedział historię o tym jak podróżował ze swoim służącym do klasztoru, w którym nigdy wcześniej nie był. Gdy zbliżyli się do drzwi, zobaczyli wielkiego warującego psa z ogromnymi kłami i czerwonymi oczyma. Pies srogo warczał i szarpał się na łańcuchu, którym był przywiązany. Gdy podeszli bliżej mogli zobaczyć jego zsiniały język i pryskająca mu z ust ślinę. Ominęli go szerokim łukiem i podeszli do bramy. Nagle łańcuch się zerwał a pies zaczął gnać w ich stronę. Służący wrzasnął i zastygł w przerażeniu. Rinpocze odwrócił się i pobiegł, tak szybko jak tylko mógł, wprost na psa. Pies był tak zaskoczony, że skulił ogon i uciekł.

Alternatywa

Gdy czujesz negatywną emocję masz dwie możliwości:

  • poddać się (siedzisz i użalasz się nad sobą, uciekasz, wycofujesz się, rezygnujesz, uderzasz, karzesz, itp.)
  • wybiec naprzeciw i zrobić to, co masz do zrobienia (wstajesz i szukasz zajęcia, biegniesz do przodu, jeszcze raz próbujesz, dajesz sobie czas, wysłuchujesz przyczyn, itp.)

Czasem jest to łatwiejsze, czasem trudniejsze. Nigdy nie ma gwarancji, że emocja na zawsze zniknie. Twoja decyzja zazwyczaj będzie wymagała ciągłej uważności i ciągłego ponawiania.

Nikt jednak nie twierdzi, że da się dobrze przejść przez życie korzystając z autopilota. Trening naszej uwagi jest pierwszym kluczem do jakichkolwiek zmian. Gdy nauczysz się być uważnym na to, co dzieje się ze światem wokół i tobą samym, uda ci się wyłapać ten moment, w którym „osuwasz się pod wpływem emocji”. W którym w nawykowy sposób podejmujesz pierwszą z tych decyzji. Ale gdy tylko uświadomisz sobie, że to właśnie ta chwila, możesz postawić przed sobą alternatywę. Chcę się poddać czy chcę biec? Chcę się położyć na ziemi czy zebrać siły?

Te dwie małe rzeczy: nasza uwaga i możliwość wyboru są wszystkim, co mamy. Być może to nie są jakieś oszołamiające mechanizmy. Ale z dnia na dzień możemy być coraz bardziej uważni i coraz bardziej świadomi swoich wyborów. Przykłady wielu ludzi – nie tylko mistrzów buddyjskich – pokazują, że to możliwe.

Oczywiście to wszystko nie znaczy, że można sobie dowolnie radzić z każdą emocją, choćby nie wiem jak była silna. Nie należy bezmyślnie dopuszczać do rozkwitu negatywnych tendencji. Alkoholik nie powinien chodzić na przyjęcia z darmowymi drinkami, a człowiek, któremu zależy na wierności nie powinien korzystać z erotycznych czatów. Umiejętność podejmowania decyzji nie zwalnia z rozważności.

W skrócie

Procedury zawsze są uproszczeniem, ale gdy zaczynamy ćwiczyć coś nowego warto z nich korzystać.

Dlatego proponuję proste trzy kroki:

  • Przyjrzy się temu, co czujesz i myślisz. Nie tłum w sobie żadnych emocji, przeżyć czy myśli. W moim przypadku mógłbym sobie mówić: jestem pewny siebie i rozluźniony, ale skończyłoby się to tak, że po prostu prowadziłbym szkolenie na zaciśniętych hamulcach. Dziwiłbym się później temu, dlaczego jestem tak zmęczony. Jeżeli nie wiem, co się ze mną dzieje, nie mogę z tym nic zrobić. Przyjrzeć się oznacza zrozumieć co się czuje, ale nie oznacza prześledzić skąd to się we mnie wzięło. To mało ważne czy panikuję dlatego, że miałem trudne dzieciństwo czy dlatego, że dawno nie stałem przed grupą, czy dlatego, że mam poczucie, że zbyt mało się przygotowywałem.
  • Postaw przed sobą alternatywę: chcę się temu poddać czy wolę wyjść temu naprzeciw? Lepiej zrobić to konkretnie, np.: chcę poddać się lękowi i siedzieć z boku, czy chcę zaryzykować i w pełni się zaangażować w zajęcia? Gdy stawiasz przed sobą alternatywę, otwierasz przed sobą moment decyzji. Wyłączasz autopilota, który jest mechanicznie nastawiony na unikanie doświadczeń. Być może z czasem ten stary autopilot da się zastąpić nowym. Nie wiem. Jestem na etapie, w którym każda decyzja by wyjść do przodu wymaga pełnej świadomości.
  • Działaj. Gdy tylko podejmiesz decyzję od razu rzuć się do działania. Wstań, zacznij robić notatki, zacznij słuchać, itp. W zasadzie działać trzeba już w chwili postawienia przed sobą wyboru. Najcenniejsze są działania skierowane na świat i takie, których do tej pory najbardziej się bałeś.

Ojciec na ławeczce

Co mógł zrobić ten ojciec, od którego zaczęliśmy? Co prawda był nieśmiały, ale mógł własną nieśmiałość znakomicie wykorzystać. Mógł np. powiedzieć:

- Ja też się wstydzę, chodźmy w takim razie razem.

Po pierwsze nauczyłby dziecko akceptacji swoich uczuć. Zamiast odbierać dziecku wewnętrzną spójność, odcinać jakiś fragment siebie (jestem do niczego, bo się wstydzę), dałby komunikat: wszystko z tobą w porządku. Po drugie pokazałby, że można stawiać czoło wewnętrznym zmorom. Że można wyjść im naprzeciw, a nie chować się przed nimi po kątach, przykrywając się hasłami bez pokrycia.

Nie zrobił tego, bo był dumnym ojcem. Przecież ojciec nie może okazać żadnych słabości. Jak by to wyglądało, gdyby się okazało, że ojciec się czegoś wstydzi? Przecież każdy ojciec musi być twardy, odważny i bez skazy.

Tak właśnie nasze fantazje blokują rozwój nas samych i innych ludzi. Nie nauczysz się niczego nowego, tak długo póki mylisz fantazje na swój temat z rzeczywistością.

Kontakt z rzeczywistością

Kontakt z rzeczywistością

Opublikowano 05 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 2 komentarze

Jeżeli tylko masz pełny kontakt z rzeczywistością nie grozi ci pycha. Pokora sama się rozwinie. Nie musisz robić nic specjalnego. Nie ma potrzeby byś się umartwiał, szukał upokorzeń czy na siłę siebie pomniejszał. W ogóle nie powinieneś się martwić ani interesować tym czy jesteś odpowiednie pokorny. Wystarczy tylko od czasu do czasu sprawdzić, czy ciągle jeszcze patrzysz na świat czy też zacząłeś wpatrywać się w lustro, gdzie ty sam zajmujesz największe miejsce.

Co to znaczy „pycha”?

Pycha i pokora to wieloznacznie pojęcia. Nie używa się ich w psychologii. Ale w normalnej rozmowie też trudno się dogadać: pycha, próżność, zarozumialstwo, nadymanie się, wyniosłość, arogancja, hardość, bezczelność, buta… dałoby się znaleźć jeszcze z trzydzieści synonimów a każdy z nieco innym znaczeniem. Sam się w to wpuściłem. Pora zatem bardziej konkretnie określić o co mi chodzi.
Osoba pyszna to ktoś, kto:

  • Po pierwsze ma ograniczony kontakt z rzeczywistością. Pomija wiele ważnych informacji, które mogłyby ułatwić mu skuteczne działanie.
  • Po drugie ma sztywną koncepcję swoich możliwości. Efektem takiej koncepcji jest ciągła potrzeba potwierdzania swojej wyższości nad innymi

W tym tekście zajmiemy się pierwszą rzeczą, za dwa dni następną.

Pełny kontakt z rzeczywistością

Wszystko, co się w nas dzieje jest procesem. Zmieniamy się ustawicznie. Dotyczy to zarówno naszego ciała (atomów, komórek, układów) jak i psychiki. Nasze emocje, niezauważalnie przechodzą jedna w drugą. Nasze myśli pojawiają się i znikają. Są chwile, gdy jesteśmy szczodrzy, są chwile, gdy jesteśmy skąpi. Są chwile, gdy jesteśmy mądrzy i przezorni, są chwile, gdy jesteśmy głupi i nieprzewidujący. Są chwile, gdy czujemy się silni i zaradni, są chwile, gdy czujemy się bezradni. Taka jest rzeczywistość.

My jednak budujemy sobie zestaw idealnych wyobrażeń na swój temat i pod ich kątem patrzymy na siebie i świat. Jung mówił o cieniu – miejscu, do którego spychamy wszystko to, czego nie akceptujemy w sobie, co nam się nie podoba, co nam nie pasuje do ideałów. To wszystko, do czego boimy się przed sobą przyznać. Wszystko co wystaje spod etykiet, jakie za wszelką cenę staramy się przylepić na własnym czole.

Jesteśmy ślepi na tą część nas samych. Tak kierujemy uwagą, że przez całe życie może do nas nie dotrzeć, coś co jest oczywiste dla człowieka patrzącego z boku.

Troskliwy ojciec

Tydzień temu rozmawiałem z człowiekiem, któremu zadarza się być okrytny wobec swojego dziecka. Opowiadał mi z dumą o tym jak karze swoje roczne dziecko. Mówił z przyjemnością jak cierpliwie znosi jego płacze, gdy sadza go na jakieś wycieraczce czy kocyku. Zapytałem go czy jest w stanie wczuć się w to, co się w dziecku wtedy dzieje. Czy kiedyś próbował wejść w świat dziecka?

- Oczywiście – odpowiedział – Julka jest wtedy zadowolona, bo ma poczucie granic.

Dwunastomiesięczne dziecko, które jest zadowolone z kary! Zapytałem, co o sobie myśli jako o rodzicu:

- Jestem czułym, wrażliwym i troskliwym rodzicem.

Założę się, że dalej będzie tak o sobie myślał, gdy jego dziecko będzie miało kilka lat więcej, a jego kary będą coraz bardziej dotkliwe. W końcu dzieci się leje tylko z miłości.

Ten człowiek żyje w swoim świecie. Ma tak mocne i sztywne wyobrażenia na swój temat, że stracił kontakt nie tylko ze swoimi uczuciami, ale i światem wokół siebie. Widzi tylko to, co pasuje do jego wyobrażeń na swój temat. Nie jest w stanie zobaczyć niczego, co by było z nimi sprzeczne.

Utrzymanie takiego świata w całości czasem wymaga zachodu. Skoro jestem takim troskliwym rodzicem, który rozumie potrzeby dziecka, dlaczego dziecko ciągle musi być karane? Zadanie mogłoby być trudne dla komputera. Trzeba przecież na bieżąco retuszować całą wizję.  Ale nie dla naszego umysłu. Zdolność naszej psychiki do retuszu świata jest przeogromna. Żaden komputer z Pixar Studio nie dorówna tej maszynie, którą ma w głowie przeciętny Kowalski.

Im bardziej grzęźniemy w fałszowanie świata, tym bardziej nasza „ciemna storna” rośnie i tym bardziej wymyka się spod kontroli. To z kolei prowadzi do jeszcze większej potrzeby retuszowania, a to pozbawia nas jeszcze większej porcji kontroli nad sobą. I tak to się rozwija. Stres, zmęczenie, depresja, lęki, napady złości są tylko efektami ubocznymi.

Co by się stało, gdyby ten człowiek przyznał się do tego, że bywa okrutny? Czy stałby się od razu zimnym oprawcą, który z rozmysłem torturuje własne dzieci?

Nic podobnego. Będąc świadomym tego, co ma w sobie mógłby unikać sytuacji czy zachowań, które ocenia jako złe.

Mogę coś z tym zrobić

Większość rodziców bywa wspaniałomyślna i empatyczna, ale bywa też okrutna i nieczuła. Także ja. Potrafiłbym być nieczułym sukinsynem, który musi wreszcie pokazać temu bachorowi, o co w życiu chodzi. Dlaczego taki nie bywam? Bo gdy pojawiają się we mnie takie odczucia (najczęściej wtedy, gdy jestem zmęczony) robię przerwę – wychodzę na chwilę albo zabieram się za inne zajęcie. A gdy nie mogę, staram się bardziej skupić się na tym, co robię. Zwalniam, tak by nie wymknęły mi się jakieś rzeczy, których będę żałował.

Nie przeraża mnie to, że czasem jestem wściekły na dziecko. Niby dlaczego miałoby mnie to przerażać? Czy zostałem kanonizowany? Czy jestem ogólnoświatowym wzorcem czułości i wrażliwości? Jeżeli nie, to chyba nie dzieje się nic niezwykłego. Ale to, że jestem wściekły, znaczy tylko tyle, że jestem wściekły. Emocje to emocje. Działania są czymś innym.

Świadomość, że mogę być też okrutny pomaga mi wziąć odpowiedzialność za to, co robię. Gdybym zakładał, że to niemożliwe bym był okrutny, przynajmniej parę razy w życiu by mnie poniosło. Gdy dwójka dzieci marudzi, krzyczy i wymyśla niestworzone rzeczy, łatwo stracić nad sobą kontrolę (szczególnie takiej osobie jak ja – niektórzy uważają mnie za osobę porywczą). Póki co, przez ostatnich kilka lat, chyba dwa razy niegroźnie krzyknąłem. No może trzy. Znam siebie i wiem, kiedy się zaczyna moja „fazka”. Wiem, co mam wtedy zrobić. Moja żona też mnie zna i wystarczy, że da mi sygnał.

Gdybym był przekonany, że jestem święty – byłbym bezradny. Jedyne, co mógłbym robić, to już po fakcie radzić sobie z koszmarnym poczuciem rozczarowania sobą (tzw. dysonansem poznawczym). Najprostszą metodą jest fałszowanie rzeczywistości. Można zwalać winę na dzieci, na zmęczenie, na innych ludzi. Albo udawać, że to, co robię dzieje się w imię szczytnych celów i jest wsparte naukową metodą (zawsze można znaleźć jakieś naukowe uzasadnienie).

Tak samo jest w każdej innej dziedzinie. Tym trudniej ci jest ci osiągnąć sukces im skrupulatniej chowasz przed sobą swoje negatywne cechy i emocje. Jeżeli chcesz być skuteczny, nie możesz wykrawać ze swojego życia jakiegoś pozytywnego, pięknego fragmentu i wpatrywać się w niego maślanym wzrokiem.

Lustro

W internecie można kupić wiele śmiesznych gadżetów. Na przykład lustro z napisem „Kocham Siebie”. W jednym ze sklepów tak go zachwalają:

Otrzymaj swoją codzienną porcję afirmacji z lustrem „Kocham Siebie”. Oszronione litery „Kocham Siebie” na twoim odbiciu dadzą ci doskonałą porcję pewności siebie, której codziennie rano potrzebujesz. To kwadratowe lustro może być powieszone na ścianie. W zestawie haki i ozdobne opakowanie.

Są lustra z innymi napisami. Znalazłem ofertę z całym zestawem „oszronionych napisów”:

  • Jestem piękna
  • Jestem mądry
  • Jestem genialny
  • Jestem utalentowany
  • Jestem silny

Jeżeli jestem taka piękna to, po cholerę kosmetyki i makijaże? Czy nie dlatego kobieta robi makijaż by ukryć słabości urody i wyeksponować mocne strony? Może zamiast wydawać pieniądze na podkłady, cienie i pomadki, lepiej kupić to magiczne lustro?

Jeżeli jestem zawsze mądry to, po co mam się uczyć czegokolwiek? Po co mam czytać? Wystarczy zobaczyć na swoim czole napis „jestem geniuszem”.

Jeżeli jestem utalentowany, po co mam ćwiczyć? Najlepiej pójść na casting programu „Mam talent” i kariera gotowa.

Jeżeli jestem taki silny, po co mam chodzić na siłownię, zdrowo się odżywiać czy stawiać przed sobą realne cele? Przecież nigdy nie zabraknie mi siły.

Udawanie, że nie masz żadnych słabych storn nie sprawi, że ich się pozbędziesz. Abraham Lincoln zapytał kiedyś:

- Ile nóg będzie miał pies, gdy ogon nazwiemy nogą?

- Cztery. Nazwanie ogona nogą, nie zrobi z niego nogi.

Wmawianie sobie, że jestem pracowity, mądry, utalentowany, itp. nie sprawi, że nigdy nie poczujesz lenistwa, że nie zrobisz nic głupiego ani, że wszystko będzie ci łatwo przychodzić.

Zamiast tracić czas na budowanie fałszywego obrazu lepiej jest poznać siebie. Gdy poznaję siebie, odkrywam, że:

  • Bywam brzydki
  • Bywam głupi
  • Bywam pozbawiany talentu
  • Bywam słaby

Jeżeli wiem o tym, mogę coś zrobić. Mogę pójść do kosmetyczki, albo stylistki, mogę porozmawiać z doradcą o tym, jak unikać nieprzemyślanych decyzji. Mogę zaplanować ćwiczenia, mogę zapisać się na siłownię albo odpowiednio ustawić dietę.

Posiadanie negatywnych cech nie jest wyrokiem skazującym. Wręcz przeciwnie. Jest punktem wyjścia do tego by się rozwijać.

To właśnie znaczy dla mnie pycha – wpatrywać się z zachwytem w swój piękny obraz. Tak traktować świat, by ten obraz cały czas był wyeksponowny i by nie okazał się pusty. Może to przyjemne. Może takie lustro pozwala lepiej poczuć się rano. Ale czy pozwala lepiej przeżyć dzień?

Czym nie jest pokora?

Czym nie jest pokora?

Opublikowano 03 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Długo zastanawiałem się jak odpowiedzieć na pytania, które dostałem po tekście o pokorze. Chyba troszeczkę za długo, bo w efekcie powstał okropnie długi artykuł. Za długi by ktoś miał ochotę  przeczytać go za jednym razem. Podzieliłem więc wszuystko na kilka odcinków i od dziś, co dwa dni będzie się pojawiał kolejny (tak przy okazji – czy teksto co dwa dni to dobry pomysł? Nie za często? Nie za rzadko?) Nie wiem, czy uda mi się dobrze odpowiedzieć na pytania, ale mam nadzieje, że przynajmniej będzie to okazja do dyskusji .

Nikt nie lubi pyszałków

Każdy wie, że pokora jest cenną cechą. Wszystkie tradycje duchowe twierdzą, że nie ma bez niej postępu. Nie trzeba sięgać aż do tradycji duchowych. Również na codzień czujemy, że brak pokory bywa dokuczliwy.

Czy ktoś lubi tych pyszałkowatych bufonów, którzy są tak ważni i tak pewni siebie? Którzy na wszystko mają odpowiedź i zawsze są najlepsi, najdoskonalsi i najpiękniejsi? Czy jest ktoś, kto z takim dumnym i pewnym siebie człowiekiem chciałby wybrać się na bezludną wyspę? Ciągle słuchać jego opowieści na swój temat i jego przechwałek? Znosić uwagi, że to, co robisz nie jest tak dobre, że on by to dopiero zrobił. Że twoje pomysły są kiepskie, a tylko jego są przenikliwe i doskonałe?

Pytania

To, że nie lubimy pychy nie oznacza jednak, że od razu zakochujemy się w pokorze. Gdy myślimy o kontaktach z innymi wolelibyśmy by ludzie byli nieco bardziej pokorni, ale nie do końca wydaje nam się, że to jest taki dobry sposób na bas samych. Pytamy wtedy:

Jak pogodzić poczucie własnej słabości ze skutecznym działaniem?

Czy akceptując swoje słabości, ciągle będę mógł dążyć do sukcesu?

Czy świadomość słabości nie zabierze mi energii?

Czy zajmując się słabościami nie stanę się niezdolny do wytrwałego działania?

Te obawy są uzasadnione, jeżeli traktujemy pokorę jak coś w rodzaju gry.

Nie zapeszyć

Pamiętam scenę tuż przed egzaminami wstępnymi na psychologię. Siedzieliśmy na korytarzu i czekaliśmy, aż na wywołają, posadzą przed stolikiem przykrytym zielonym suknem i zaczną zadawać pytania. Byliśmy szczęśliwcami, którzy zdali egzamin pisemny. Spełnienie marzeń było blisko. Jeszcze ten jeden krok.

Po wyjściu z egzaminu nikt nie wiedział czy zdał. Wyniki miałby być ogłoszone później. Gdy pytaliśmy:

- I jak poszło?

odpowiedź brzmiała zazwyczaj:

- Nie wiem… może coś z tego będzie… ale trudno powiedzieć

Nie pamiętam co odpowiedziałem, ale myślę, że to było:

- Kiepsko, na pewno nic z tego nie będzie.

Te odpowiedzi nie brały się stąd, że każdy miał poczucie przegranej. Głównym, powodem było to, że każdy wolał – jak to się mówi – nie kusić losu. Myśleliśmy gdzieś w głębi:

- Jeszcze mnie pokara za zbytnią pewność siebie…

To było zaklinania, czy przebłagiwanie rzeczywistości:

- Jak będę pokorny i skromny, to zostanę nagrodzony.

- Jak nie będę zbyt pewny siebie, to łatwiej dostanę to co chcę.

Wydawało się nam, że niedowierzanie sobie i trzymanie się w niepewności zostanie nam wynagrodzone większą życzliwością losu.

Pokora często kojarzy się nam z taką postawą.

Nie bądź natarczywy

Wychowałem się na wschodzie Polski. Gdy przychodzi się tam do kogoś w odwiedziny, zazwyczaj słychać rozmowę:

- Zjesz coś?

- Nie, dziękuję

- Może jednak coś zjesz?

- Nie, nie rób sobie kłopotu

- Może jednak…

- No, jeżeli nalegasz…

Gość ma oczywiście ochotę coś zjeść, ale niegrzecznie byłoby od razu powiedzieć:

- Tak, z chęcią bym coś zjadł.

Mógłby wyjść na natarczywego i nieuprzejmego. Gospodarz doskonale zdaje sobie z tego sprawę i wie, że byłoby niegrzeczne uwierzyć w pierwszą odpowiedź. Wie, że musi pytać, co najmniej trzy razy. Gdy człowiek rzeczywiście nie ma ochoty niczego zjeść musi odmówić pięć, sześć razy. Choć i to zazwyczaj nie wystarczy, bo gospodarz, co jakiś czas będzie sobie przypominał o swoim obowiązku dawania ci okazji byś powiedział, że zgłodniałeś. Grzeczny człowiek nie może po prostu powiedzieć, że chce coś zjeść.

Boleśnie się o tym przekonałem, gdy miałem jakieś sześć lat. Zazwyczaj wracałem z przedszkola sam lub z koleżanką, która mieszkała obok. Gdy było upalne lato, jedna z sąsiadek zatrzymywała nas i częstowała szklanką wody. Pewnego razu byłem głodny a ponieważ zobaczyłem chleb, zapytałem ją:

- Może mi pani dać kromkę chleba?

Do dziś pamiętam jej oburzenie.

- Chlebek dadzą ci rodzice! Nieładnie tak prosić.

Długo nie mogłem zrozumieć dlaczego się wściekła. Przecież nie poprosiłem ją o papierosa ani piwo! Nie rozumiałem, ale musiałem się tych zwyczajów nauczyć.

Dlatego doskonale rozumiem historię o której mi ktoś ostatnio opowiadał. Pewna kobieta miała imieniny. Zaprosiła na uroczysty obiad swojego syna i synową. Syn – przepracowany i zabiegany nie pamiętał, że to urodziny matki. Synowa tym bardziej. Pewnie był tak skupiony na sobie, że albo nie zauważył, tego że obiad był uroczysty albo pomyślał, że to na jego cześć. Zjadł i poszedł. Matka czuła się całkowicie załamana. Jak mógł nie pamiętać o jej imieninach! Jak mógł zjeść obiad i nawet nie złożyć życzeń! Ani jej ani jej mężowi, nie przyszło do głowy, że mogli powiedzieć synowi o imieninach. Jak to powiedzieć?! Przecież on powinien sam się domyśleć!

Takie sytuacje po części wynikają z wzorców kulturowych. Myślę, że wschód Polski ma coś wspólnego z Japonią, gdzie ludzie bardziej porozumiewają się za pomocą kontekstu niż słów. Po części wynika to z kwestii osobowych. W tej samej kulturze są ludzie mniej i bardziej bezpośredni. Mniejsza jednak o przyczyny.

Taki sposób porozumiewania się na pewno jest próbą manipulowania innymi osobami i światem. Zamiast powiedzieć otwarcie, na czym mi zależy staram się sprawić, by inni się domyślili.

Pochwal mnie jeszcze

Przychodzę na imprezę. Wiem, że jestem ważnym gościem. Ale by jeszcze bardziej podbić bębenek siadam na ostatnim miejscu. I czekam, aż z zostanę zauważony, doceniony i z pompą przesadzony na najbardziej wspaniałe miejsce.

Poświęciłam dużo czasu na to by się dobrze ubrać, wiem, że dobrze wyglądam. Gdy tylko ktoś mnie chwali, odpowiadam:

- E… to tylko takie stare ciuchy

- Nie, wspaniale wyglądasz!

- Nie no co ty..

- Naprawdę!

No i o to chodzi. Gdybym podziękowała od razu skoczyłoby się na jednej pochwale, a tak proszę: dostałam trzy!

Ktoś mi mówi, że podoba mu się to, co napisałem. Odpowiadam mu:

- E tam… tak średni mi to wyszło, to ciągle nie jest to, o co mi chodzi!

Niech sobie nie myśli, że wystarczy mi tylko taka zdawkowa pochwała. Potrzebuję przecież jego zachwytu. Niech sobie pomyśli

- Och nie, ale ty musisz być zdolny!

Czy to jest pokora? Nie. To manipulacja.

Wewnątrz

Takie podejście nie ogranicza się tylko do sposobu porozumiewania się z ludźmi. Szybko przenosi się na płaszczyznę intrapsychiczną. Zaczynamy prowadzić taką rozmowę z sobą samym. Siedząc przed salą egzaminacyjną, mówiliśmy sobie:

- Nic nie umiem, zupełnie nic nie umiem…

Każdy uczył się przez parę miesięcy, zdał już trudny egzamin pisemny, ale oczywiście „nic nie umiał”. Byle tylko nie zapeszyć. Byle tylko nie wkurzyć fatum. Jak będę sobie mówił „jestem głupi, bezradny i do niczego się nie nadaję, to los się o mnie zatroszczy”.

Siedziała wśród nas dziewczyna, która nie narzekała, nie biadoliła i nie drżała. Wręcz przeciwnie, była rozluźniona i uśmiechnięta. Zagadnięta o samopoczucie, powiedziała:

- Myślę, że zdam. Jestem dobrze przygotowana.

Strwożone stadko pomyślało: „O nie, na pewno jej się nie powiedzie!!

Alina wyszła z sali egzaminacyjnej tak samo uśmiechnięta, jak do niej wchodziła.

- I jak poszło?

- Dobrze. Jestem zadowolona.

O nie! Teraz to przegięła. Pokara ją za brak pokory!

Alina dostała się na psychologię. Z tego, co później słyszałem robiła doktorat na Sorbonie. Niczego nie zapeszyła. Los jej niczym złym nie odpłacił.

Tak samo jak my nie byliśmy pokorni, tak samo Alina nie była pyszałkiem. Rzadko można spotkać tak otwartą i sympatyczną osobę. Po prostu nie odgrywała scenek, które miały manipulować ludźmi czy światem. Nie bawiła się w gierki, tylko rzetelnie oceniała siebie, swoje możliwości i to, co się wokół dzieje. Rzeczywiście była dobrze przygotowana, dlaczego miałaby to przed sobą ukrywać?

Zaklinanie rzeczywistości nie ma nic wspólnego z pokorą. Niedowierzanie sobie także. Także dopraszanie się o dodatkowe pochwały.

Nie staraj się być pokorny

Jeżeli ktoś odniósł wrażenie, że w poprzednich artykułach zachęcam do tego by być pokornym, to muszę sprostować. Nie wydaje mi się by było warto. Pokora, którą celowo staramy się osiągnąć nie jest pokorą.

Celowo nie da się być pokornym., Tak samo jak nie da się celowo o czymś zapomnieć. Każdy z nas codziennie zapomina o dziesiątkach rzeczy. Ale gdy tylko chcemy zapomnieć np. o jakimś nieprzyjemnym wydarzeniu, nie jesteśmy w stanie. Pokora jest łatwą rzeczą, ale nie wtedy, gdy starasz się ją osiągnąć.

Nie staram się być pokorny, nie myślę o tym czy jestem taki czy nie. Czasem pewnie jestem, czasem pewnie nie – ale to nie jest istotne.

Jedynie od czasu do czasu staram się zrobić mały rachunek sumienia z tego czy nie jestem zbyt pyszny. I to nie dlatego by wykazać się jakimiś wyższymi zasługami duchowymi, ale dlatego, by sprawdzić, czy nie komplikuję sobie życia.

Pycha jest czymś co zaburza nasz bezpośredni kontakt z rzeczywistością. Zamiast starać się być pokornym wystarczy nauczyć się rezygnować z gier jakie toczymy ze sobą i światem.

Źródło prawdziwej siły

Źródło prawdziwej siły

Opublikowano 31 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 24 komentarze

Czy ty też jesteś mistrzem rozwoju osobistego?

Co pewien czas rzuca mnie po internecie. Trafiam na przeróżne strony. Ostatnio coraz częściej spotykam ludzi, którzy chcą uczyć innych jak stać się człowiekiem sukcesu. Interesuje mnie to, bo sam chciałbym kiedyś nim zostać. Parę dni temu oglądałem pewne nagranie video. Młody człowiek, góra dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy lata zachwalał swoje zaawansowane szkolenie z zakresu rozwoju osobistego. Oczywiście elitarne, pośpiesz się, bo zostało tylko kilka miejsc. Mówił patrząc wprost w kamerę, a jednak miałem wrażenie, że był rozkojarzony i nieobecny. Być może to ten wyższy poziom rozwoju osobistego. Ktoś, kto prowadzi elitarne, zaawansowane seminarium z rozwoju osobistego niewątpliwie wiele sam już osiągnął. Na pewno rozwinął swoją osobistość na wyższym, niedostępnym przeciętnemu człowiekowi poziomie.

Nie obejrzałem nagrania do końca. W internecie dużo jest ludzi, którzy osiągnęli podobny, wyższy poziom rozwoju osobowości. Pewnych siebie, zdecydowanych. Mających poczucie własnej wartości.

Ale wiesz co? Oni niewiele wiedzą na temat rozwoju. Wiesz, kto naprawdę się na tym zna?

Nie, nie, nie… nie ty. Nawet o tym nie myśl. Bo jeszcze zabierzesz mi klientów.

Oczywiście, chodzi o mnie. Wiedziałem, że się domyślisz.

Żartuję. Nie jestem Brucem Lee. Jeżeli nie znasz tego starego dowcipu, przypomnienie:

Do szpitala wariatów przyjeżdża wizytacja. Pytają pierwszego pacjenta:

- Jak się pan nazywa?

- Bruce Lee

Pochodzą do następnego.

- A pan, jak się nazywa?

- Bruce Lee

To samo powtarza się w kolejnych salach, z kolejnymi pacjentami.

W końcu trafiają do dyrektora.

- Panie dyrektorze, dlaczego wszyscy uważają się za Bruca Lee?

- To wariaci…. To ja jestem Bruce Lee!

Nie jestem Brucem Lee. Nie jestem też Napoleonem, Billem Gatesem, Osho, Lao Tsy, Joe Vitale, Bobem Kiyosaki, Napoleonem Hillem, …

Pokora i pycha

Przypominałem sobie dwa stare pojęcia. Używano je wieki temu. Dziś nie mają zastosowania. Choć być może coś pomagają zrozumieć. To pokora i pycha.

Pokora kojarzy nam się z byciem sierotą. Popychadłem, kimś, kto nic w życiu nie osiąga. Pokornie i z uniżeniem człowiek dorabia się garba i zostaje byle kim. Zdrowy człowiek, to taki, który jest asertywny, przebojowy i bezczelny. Potrafi się cenić i dopominać o swoje. Ciche myszki, które nie umieją się bezczelnie promować dostają po uszach i klepią biedę. Oczywiście, kiedyś tam dostaną nagrodę. Jak ktoś wierzy w życie pozagrobowe, może na coś liczyć. Jezus powiedział: Błogosławieni cisi, bo na własność posiądą ziemię. Wiadomo, kiedy to będzie – jak nas już na ziemi nie będzie, albo ziemi już nie będzie.

Takie jest powszechne wyobrażenie na temat pokory. Myślę, że błędne. Pokora to olbrzymia siła. Taka, która pozwala naprawdę, tu i teraz „mieć na własność ziemię”.

Siła

Czasem tę siłę trudno dostrzec. Możesz mieć wrażenie, że pokorny człowiek to słabeusz. Ktoś, kto niewiele może. Ktoś, kogo złamie byle podmuch. Gdy widzisz obok niego wielkoluda prężącego mięśnie, od razu wiesz, na kogo postawić.

Kiedyś był taki człowiek. Miał mizerną posturę i był potwornie wstydliwy. Bał się zabrać głos w większym gronie. Gdy brał udział w zebraniach i chciał coś powiedzieć, zanim zebrał się na odwagę, temat się już zmieniał. Z czasem nauczył się kontrolować swoją nieśmiałość, ale jak wspomina w autobiografii, nigdy całkowicie jej się nie pozbył. Nigdy nie był w stanie swobodnie zabierać głosu – nawet w grupie przyjaciół.

Gdy ktoś, kto go nie znał patrzył z boku, miał wrażenie dziwaka. Drobny, słaby, dziwnie ubrany. Ale jak wspominają ludzie, którzy go widzieli w działaniu:

Jego siła pozostawała ukryta, dopóki nie wymagała tego sytuacja, wtedy w ułamku sekundy podrywał się i rozpędzał do setki, siedząc za kierownicą, tak spokojny jak zwykle (Eknath Easwaran).

Ten mały, pokorny człowiek znany jest jako Mahatma Ghandi.

Może to jednak zbyt odległy przykład.

Operacja

Kilkanaście lat temu przygotowywałem się do operacji serca. Na mojej sali było dwóch ludzi. Wesoły, wygadany i pewny siebie taksówkarz z Tarnowa, oraz mały, chuderlawy rolnik z jakiś zapadłej wsi. Taksówkarz ciągle był dobrej myśli:

- Raz, dwa to zrobią i człowiek od razu zapomni. Nie ma się, czego bać. Ha, ha, ha…

Był pewny siebie i nic sobie nie robił z tego, co go czeka. Ciągle odwiedzali go znajomi. Roześmiani i pewni siebie jak on.

Rolnik był cichy i raczej smutny. Najczęściej spokojnie patrzył na drzewa za oknem. Nie mówił wiele, ale nie ukrywał, że się boi.

Obydwaj mieli być operowani tego samego dnia. Wieczorem odbywa się „przygotowanie do operacji”. Wygląda to jak jakiś plemienny, ludożerczy obrzęd przed wrzuceniem delikwenta do gara. Golą człowiekowi klatkę piersiową, robią lewatywę, ubierają w sztywną, szpitalną pidżamę i dają tabletkę na uspokojenie. Myślę, że robią to specjalnie, żeby pacjentowi nie była za lekko. Po tym obrzędzie człowiek – jeżeli miał jakieś wątpiwości – zaczyna czuć powagę chwili.

Coś wreszcie dotarło do taksówkarza. Zmienił się. Zaczęły mu się trząść ręce. Zamiast kpić i pocieszać innych, patrzył pustym wzrokiem w ścianę. Szybo dostał drugą porcję „głupiego jasia” i odpłynął.

Rolnik zachowywał się dokładnie tak samo jak do tej pory. Rano, następnego dnia, gdy stałem na korytarzu, akurat wieźli go do windy (wiozą człowieka w pozycji leżącej nawet, gdy może chodzić, może boją się, że im uciekanie tuż przed kotłem). Popatrzył mi w oczy i szeroko się uśmiechnął. Taki uśmiech zdarza się, gdy człowiek jest całkowicie autentyczny i spójny z tym, co czuje. Gdy czuje zgodę, na wszystko co się dzieje. Gdy akceptuje lęk (co nie znaczy, że mu się poddaje).

Tydzień później, Rolnik i ja, byliśmy w tym samym sanatorium. Rany goiły się szybko, chodziliśmy na spacery i coraz mniej sapaliśmy pokonując cztery schodki u wejścia. Taksówkarza nie było. Leżał pod respiratorem. Do sanatorium przywieźli go miesiąc później, gdy nas wypisywano. Z dawnej pewności siebie mało zostało.

Widziałem kilka takich przypadków. Ludzie, którzy nie mieli kontaktu ze swoimi emocjami, którzy udawali bohaterów, przechodzi przez operację znacznie gorzej niż ci, którzy nie bali się przyznać, że się boją.

Pycha

Czytałem ostatnio kilka wywiadów z Kingą Baranowską. To młoda, idąca jak burza alpinistka, która m.in. zdobyła szczyt Kanczendzondze (wcześniej zginęła tam Wanda Rutkiewicz). W jednym z wywiadów mówi że wielcy, napakowali goście z reguły nie dają sobie rady w wysokich górach. Ktoś, komu wydaje się, że pokona naturę, nie miał jeszcze okazji się zmierzyć z jej ogromem. Kinga mówi:

Trzeba umieć poddać się naturze, zaakceptować to, że na górze od człowieka już niewiele zależy, bo rządzą tam pierwotne prawa przyrody. Dopiero wówczas można coś zdziałać. Wykorzystać umiejętności, kiedy pozwoli na to natura. (Cały wywiad tutaj)

Myślę, że wszystkie ekstremalne wydarzenia, te niezaplanowane, jak choroby i operacje, jak i te zaplanowane jak wyjście na ośmiotysięcznik, uczą pokory. Zarówno wobec świata jak i siebie oraz swoich sił.

Pycha polega na tym, że człowiekowi wydaj się, że zawsze i ze wszystkim sobie poradzi. Że zawsze wszystko mu się uda i że zawsze będzie miał wiele sił. To złudzenia, dziecinada, przebieranki, strojenie się w teatralne kostiumy, ubieranie papierowych koron.

Pycha, czyli sztywne, wysokie mniemanie na temat siebie i własnych możliwości, zaburza ocenę sytuacji. Alpinista, który nie potrafi realnie ocenić własnych możliwości po prostu ginie. Nikt, nawet największy twardziel nie jest w stanie wisieć na jednym palcu, w mrozie i lodzie i bez jedzenia. Tak samo, jak nikt nie jest w stanie świadomie otrzeć się o śmierć i nie poczuć strachu.

Mając dwadzieścia lat łatwo z pewną siebie miną, ubrać szaty mistrza, zaawansowanego w rozwoju osobowym. Ale przed tobą człowieku jeszcze parę gór. Parę mroźnych zawieruch. Kilka gór, na których brak tlenu i człowiek cały czas czuje się słaby, zmęczony i obolały.

Prawdziwa siła nie jest efektem papierowej wiedzy. Nie jest efektem obtrzaskania się w kolejnych, mielących to samo poradnikach, filmach i ebookach.

Prawdziwa siła nie bierze się z powtarzania sobie, jaki jestem wielki, dumny i wspaniały. Nie jest efektem afirmacji, kotwiczenia, czy pracy z terapeutą.

Pokora

Pokora to nie jest umniejszanie się, pomniejszanie, stawianie w kącie czy uważanie się za kogoś najgorszego. Pokora to taki stan, w którym po prostu jesteś taki, jaki jesteś. W którym nie udajesz przed innymi, ani przed sobą, że jesteś „kimś”. W którym nie udajesz, że czujesz coś innego niż czujesz. W którym nie stroisz się w jakieś maski czy etykiety.

Łacińskie słowo oznaczające pokorę – humilitas, wzięte jest ze słowa oznaczającego ziemie (humus).

Być pokornym, to być jak ziemia. Być pokorny, to być z ziemi. Ani z marsa, ani z wenus. Z otwartej, dostępnej dla wszystkich, chłonnej ziemi. Nie jesteś pokorny wtedy, gdy nad sobą rozciągasz parasol, który nie pozwala padać kroplom. Pokorny człowiek, to człowiek odsłonięty, nagi. Taki jak ziemia. Jak pisze Anselm Grün:

…humilitas oznacza pogodzenie się z naszą ziemską istotą, z naszą przyziemnością, z naszym światem popędów, z naszym cieniem. Humilitas oznacza odwagę przyznania się do prawdy o sobie.

Niech cię nie zwiedzie nieco jęczący ton, który co pewien czas się pojawia na tym blogu. Cały czas staram się, także przez mój przykład, położyć cię na ziemi. Bo wiem, ze dzięki temu będziesz silniejsza / silniejszy, Chciałbym byś nauczył się swojej głupoty, ograniczeń i słabości. Byś nauczył się ją radośnie przyjmować. Nie dlatego by się tym chwalić, ani nad nią użalać, ani jej poddawać.

Być może trochę ciężko to wszystko przyjąć.

Jestem neurotykiem. Człowiekiem splątanym przez zbyt wiele ograniczeń i emocji. Tak samo jak ty. Tak samo, jak dziewięćdziesiąt parę procent ludzi żyjących we współczesnej zachodniej cywilizacji.

To trochę dziwne być słabym, niezdarnym, pokręconym, głupim świrem, w świecie, gdzie każdy musi być doskonały, silny, mądry i odnoszący sukcesy.

Dla niektórych bardzo dziwne. Ale może, przyznając się do tego jesteśmy w całkiem dobrym towarzystwie?

Abraham Maslow, znany ze swojej teorii motywacji, zrobił coś bardzo cennego. Przeprowadził badania nad ludźmi, będącymi prawdziwymi okazami zdrowia psychicznego. Nazwał ich ludźmi samorealizującymi się (były to zarówno osoby współczesne jak i historyczne – np. Einstein, Huxley, Schweitzer, Spinoza, Casalas, Whitman). Jedną z ich kluczowych cech okazała się akceptacja – siebie, innych i przyrody. Maslow pisze:

Są to ludzie zdolni ze stoicyzmem akceptować własną ludzką naturę z jej wszystkimi brakami, z tym wszystkim, co odbiega od obrazu idealnego, bez prawdziwego zakłopotania. Powiedzenie, że są to osoby zadowolone z siebie, sugerowałoby błędne wrażenie. Należy raczej powiedzieć, że są one zdolne przyjmować niedoskonałości i grzechy, słabości oraz zło ludzkiej natury, w tym samum, niekwestioniującym duchu, w jakim przyjmuje się właściwości przyrody.

Czasem świeci słońce i jestem pełny radości. Jestem skuteczny i pewny siebie. Czasem wieje wiatr i boję się wyjść z domu. Jestem słaby i ograniczony. To normalne. Gdy to zaakceptujesz, gdy przestaniesz oczekiwać czegoś sprzecznego z naturą, zaczniesz docierać do prawdziwej siły.

Nie trać czasu na próby „zaawansowanego rozwinięcia swojej osobowości”. Szkoda energii. Carlos Castaneda w jednej ze swoich książek o Don Juanie pisze:

Większość naszej energii pochłania podtrzymywanie wysokiego mniemania o sobie… Gdybyśmy potrafili utracić odrobinę swojej ważności, zaszłyby dwa niezwykłe zdarzenie. Po pierwsze uwolnilibyśmy energię wkładaną w utrzymanie złudnego wizerunku własnej wielkości i po drugie, dostarczylibyśmy sobie dość energii by na mgnienie dojrzeć rzeczywistą wielkość wszechświata.

Nie widzisz wspaniałości świata, gdy ciągle jesteś skupiony na sobie.

Nie szukaj pozorów. Nie daj się omotać zawodowym manipulatorom (czy motywatorom – podobne słowo).

Szukaj prawdziwej siły i wiedzy. Nie tej papierowej.

A ona zjawia się wtedy, gdy odważysz się przyjąć swoją własną naturę. Taką, jaką jest. Gdy przestaniesz traktować siebie samego, jakbyś był kartką papieru, na której można wypisywać największe bzdury.

Spotkasz w sobie część tej samej natury, którą podczas wspinaczki spotyka himalaistka. Należy jej się szacunek, a nie lekceważenie.

Photo: