Tag Archives: porażki
Porażki, sukcesy i droga do domu

Porażki, sukcesy i droga do domu

Opublikowano 12 października 2010 | By | Kategorie: zdrowe emocje | 40 komentarzy

Człowiek sukcesu?

Przyznam się. Nie jestem człowiekiem, który mógłby służyć młodzieży za wzór sukcesu. Może, kiedyś, gdy będę już bardzo stary i przypadkiem uda mi się coś wielkiego, będę mógł świecić przykładem. Może będę mógł opowiadać anegdoty jak to sobie zawsze doskonale radziłem. Stopniowo moja pamięć będzie coraz bardziej życzliwa i w końcu sam uwierzę, że mam patent na życie. Będę mówił: tak róbta ludziska, a będziecie szczęśliwi… a słuchacze będą patrzeć z otwartymi ustami myśląc: wow, ja też chcę być taki jak dorosnę…

Ale póki co, te czasy jeszcze nie nadeszły. Wciąż jestem człowiekiem, który doznaje więcej porażek niż sukcesów. Mniejszych, średnich i większych. Wciąż jestem nieuważny, wciąż za szybko się wycofuję, wciąż nie umiem skupić się na jednej rzeczy, wciąż koncentruję się głównie na sobie… to nie spowiedź, nie będę rozwijał. Ale weźmy coś konkretnego. Jakiś czas postawiłem przed sobą cel by pisać jedną książkę na miesiąc i po jakimś czasie utrzymywać się z tego. Piszę dosyć szybko. Byłbym to w stanie zrobić. Ale po roku z moich wielkich zamierzeń nie zostało prawie nic. Jedna wydana książka i jeden e-book, mnóstwo rozproszonych tekstów. Utrzymać się z tego na pewno nie można.

Nie kochani. Niech nikt nie szuka u mnie rady. Nie jestem tym, który może je dawać. Może, gdy czytasz te słowa widzisz dynamicznego i skutecznego człowieka. Szanuję obrazy jakie ludzie mają w głowach, ale jak to zazwyczaj bywa z obrazami nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością. Bywam dynamiczny i skuteczny. Ale bywam też zupełnie inny. Mógłbym napisać, że nie jest ze mnie żaden Winston Churchil, gdyby nie to, że Winston co prawda innych motywował, ale sam miał depresję, był alkoholikiem a dodatkowo miał, delikatnie mówiąc, słabość do kobiet. No dobra, przynajmniej nie jest ze mnie żaden Lincoln. O, sorry, też depresja. Goethe? Schumann? Luther? Tołstoj? No dobra, wystarczy. Wszystko deprecha.

Wróćmy do tematu.

Jeżeli szukasz rad od ludzi sukcesu, jestem pewien, że znajdziesz ich wiele. Jest tyle blogów, których autorzy wszystko wiedzą i wszystko potrafią. Tylu autorów, którzy próbowali wszystkiego. Którzy wiedzą jak sobie poradzić i jak zawsze, niezawidnie osiągać sukcesy.

Owszem, zazdroszczę im. Też bym tak chciał. Chciałbym wszystko umieć, wiedzieć, zawsze sobie radzić i zawsze być skuteczny. Iść od sukcesu do sukcesu. Nigdy nie czuć przygnębienia, pomieszania i przegranej.

Umiem udawać taką osobę. Gdy człowiek pracuje parę lat, jako trener uczy się wielu sztuczek. Zdarzało mi się prowadzić z migreną całe szkolenie. Wszyscy na sali byli uśmiechnięci i radości. Ale na każdej przerwie szukałem miejsca gdzie nikt mnie nie widział i kładłem się na podłodze lub siadałem pod ścianą bez ruchu. To nie jest takie trudne jak się wydaje. Jeszcze łatwiejsze jest udawać człowieka sukcesu. Niestety i to mi się zdarzało.

Ale jakiś czas temu dotarło do mnie, że autentyczność jest wartością, która za cholerę nie chce się ode mnie odczepić. Chciałbym sobie poudawać. Nie być tak do bólu szczery. Już mi to nie wychodzi.

Dlatego trzeba się przyznać. Jeżeli musiałbym się zdefiniować na wymiarze sukces – porażka, muszę powiedzieć: tak jestem człowiekiem porażek.

Nie mówię tego z dumą.

Gdy patrzę jak niewiele udało mi się zrealizować celów, myślę z goryczą: szkoda, za dużo błędów, za częste porażki, wolałbym inaczej…

Zakładam, że znasz to uczucie. Bo jeżeli nie, to ten tekst nie jest dla ciebie.

Poddać się?

Uczucie wątpliwości, osłabienia sobą samym. Bezradność. Myśl: chyba nigdy mi się nie uda.

Pierwsza pokusa – wszystko sobie odpuścić. Przestać się szarpać. Pójść na łatwiznę. To i tak nie było możliwe. Uderz się w głowę. I tak byłeś bez szans. To było za trudne. Nie walcz już. Żyj z dnia na dzień. Pogódź się, że nie dla ciebie morski wiatr w liściach palm, śnieg na niebosiężnych szczytach czy czerwone dachy Paryża. Nie dla ciebie setki klientów zadowolonych z twoich usług, duże nakłady książek czy pełna gości kawiarnia.

Bierz, co dają. Od ósmej do czwartej. Książka do poduszki. Wolne soboty. Nie taki znowu zły szef. Te, tylko trochę głupie, imprezy firmowe. Teściowa na niedzielnym obiedzie, którą jakoś można znieść. Grymaszące dziecko. Te same, coraz bardziej zmęczone oczy patrzące z lustra.

Bierz, co dają. W menu nie ma nic innego.

Jakiś czas temu, zasypiając po trudnym dniu, w którym zbyt dużo mówiłem i zbyt mocno się szarpałem, przyszła mi do głowy myśl, o tym, jakie to wspaniałe, że życie kiedyś się kończy. Poczułem, że to zupełnie nieważne, co jest po drugiej stronie: prawda i światło czy pustka – tak czy owak jest ciszej. Zatęskniłem do tej ciszy. Następnego dnia byłem bardzo zdziwiony, tym, że taka myśl w ogóle pojawiła się w mojej głowie. Człowiek nawet nie wie, co w sobie ma.

Ale gdy się poddajesz, gdy przestajesz podążać swoją drogą, tworzysz coraz więcej i więcej miejsca dla tej zjawy (czarnego psa, jak nazywał ją Churchill). Stopniowo zjawa może stać się większa. W końcu może cię nawet zmusić do unikania peronów, mostów, wieżowców i krawędzi. Winston Churchill zwierzał się:

Nie lubię stać blisko krawędzi peronu, gdy przejeżdżają pociągi. Lubię stać z tyłu i jeżeli to możliwe mieć coś między mną a pociągiem. Nie lubię stać przy burcie statku i patrzeć w dół na wodę. Działanie podjęte w sekundę mogłoby wszystko skończyć. Kilka kropel desperacji.

Wziąć się za mordę?

Ale przychodzi też druga pokusa. Nie, nie poddam się! Muszę się wziąć za siebie. Ordug! Zniszczyć to, co opóźnia marsz. Chwycić się w karby, zaciągnąć gorset. Mocno ścisnąć jego sznurki, tak by ciało prawie nie mogło oddychać.

Jakiś człowiek pod jednym z moich tekstów napisał, że nie znam się na samodyscyplinie. Bo samodyscyplina polega na tym, że każdego dnia ma się twardy plan i realizuje się go krok za krokiem. Ma się kalendarz a w nim cele i harmonogramy. Wie się, kiedy praca się zaczyna a kiedy się kończy. Panuje się nad każdą myślą i każdym ruchem.

Nie odpisałem temu człowiekowi. Musiałbym mu napisać, że myli samodyscyplinę z nerwicą natręctw. Że najpierw powinien stawić czoła lękowi a później wypowiadać się na tematy związane z kierowaniem sobą.

Lęk sprawia, że wpadają nam do głowy dziwne pomysły. Próbujemy zmienić żywe ciało w metal. Próbujemy za pomocą zaklęć zmienić swoją psychikę w krzemowy procesor.

Zamiast żyć i być sobą, zaczynamy siebie odgrywać. Zmieniamy życie w kukiełkowy teatrzyk. Autor tego komentarza podpisał się mgr Piotr. Pan magister intelektualista – i tak skromna kukiełka. Sam mam kilka lepszych: pan psycholog dyplomowany na UJ; autor książek dwóch; człowiek, który zaczynał dwieście metrów od końca Polski itp.

Jest tyle wspaniałych kukiełek – tożsamości do wyboru: święty, geniusz, jedyny-który-ma-rację, wybraniec, zawsze przebojowy człowiek, jedyny sprawiedliwy…

Nie, to również nie jest droga. Nie lubię żyć według scenariusza opracowanego przez głowę. Bez zaskoczeń, zdziwienia i niespodzianek.

Podróż pociągiem

Nie tak dawno temu, była sobie pewna utalentowana dziewczyna. Jako dziecko śmiała się, biegała i była pełna pasji i marzeń. Dobrze się uczyła i dostała się na trudne studia. Gdy je skończyła przyjęli ją do dobrej firmy konsultingowej. Rodzice byli szczęśliwi. Koleżanki zazdrościły. Nowi przełożeni zachwycali się. Doskonale łapała wszelkie meandry prawa i księgowości. Po ponad dziesięciu latach została partnerem, dyrektorem i cenionym specjalistą od spraw inwestycyjnych. Wszyscy gratulowali jej sukcesów i mówili jak spójna, pełna konsekwencji jest jej kariera.

Nikt już nie pamiętał, że skończyła biologię a nie księgowość, że całe dzieciństwo marzyła by być jak Jane Goodall. Że jej pasją były zwierzęta, że to ich dotyczyły jej marzenia i fantazje. Że to nimi chciała się opiekować, leczyć i poznawać. Ale przecież każdy wie, że nie da się z tego wyżyć. Dała się przekonać, że najlepsze jest celowe i planowe działanie. Najpierw musi zdobyć konkretny zawód, zaoszczędzić, a później będzie mogła robić, co chce. Prosty plan.

Gdyby jakiś uważny psychoanalityk przyjrzał się jej pracy zauważyłby, że zawsze zostawiała furtkę dla porażki – zapominała o dołączeniu kluczowych danych, albo specjalnie zapominała o sprawdzeniu czegoś. Tak, jakby coś w niej chciało uciec z całej tej pełnej sukcesów kariery. Ale firma miała dobre procedury i zawsze udawało się w miarę szybko wyłapać to, co było nie tak, kładąc to na karb normalnej ludzkiej omylności. Efektem był sukces za sukcesem.

Teraz, mając czterdzieści parę lat, kobieta siedzi w wygodnym wagonie pierwszej klasy. Od niechcenia przegląda gazetę i trafia na artykuł o młodych ludziach, którzy prowadzą stadninę koni. Patrzy na zdjęcia i czuje w środku coś dziwnego. Smutek? Złość? Porażkę? Pogardę dla naiwności małolatów? Zamyka oczy, jakby to miało wyprowadzić na prostą tą kotłującą się grupę zdezorientowanych biegaczy.

Nagle czuje, że ktoś dotyka jej ramienia.

- Pani bilet poproszę…

- Co proszę?

- Kontrola biletów.

Podaje bilet.

- Niestety, to nie jest bilet na ten pociąg. Wsiadła pani do innego pociągu.

Co z tego, że pociąg odjechał o czasie, co z tego, że jest pełen wygód, co z tego, że mknie przez kolejne stacje jak burza? Co z tego, skoro to nie jest właściwy pociąg?

Czy jesteś we właściwym pociągu? Tak, jestem we właściwym bo jest mi wygodnie, bo wagon restauracyjny serwuje doskonałe potrawy a za oknem szybko mijają pola i drzewa. Jakie to ma związek?

Sukcesy są przyjemne, miłe i wygodne. Ale to nie one mają znaczenie. Nie patrz na nie. Nie szukaj w nich sensu.

Właściwe pociągi rzadko bywają wygodne, punktualne i niezatłoczone. Ale co zrobić, jeżeli tylko takie kursują do twojej stacji? Co zrobić, gdy tylko takie mogą cię zawieźć do domu?

Zostaniesz na peronie?

Przesiądziesz się do innego, wygodniejszego i ładniejszego, ale jadącego na drugi kraniec świata?

Będziesz czekał, aż przyjedzie lepszy, mniej zatłoczony?

Co się liczy?

Nie szukaj drogi, na której nie ma porażek. Szukaj drogi, która ma serce. Takiej, która prowadzi do domu. Do miejsca, do którego należysz. Do miejsca, w którym chcesz spędzać święta.

Nie liczy się to ile odnosisz porażek a ile sukcesów. Liczy się to, gdzie prowadzi droga. Na każdej drodze spotkasz trochę tego i trochę tego. Nie ma reguł, ale jeżeli jest zbyt wygodnie, jeżeli wszystko idzie zbyt łatwo i zbyt szybko, warto się rozejrzeć, czy to na pewno właściwa droga. Droga z sercem, częściej jest niewygodna i męcząca. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Może Bóg miał gorszy dzień, gdy to wymyślał? Skąd mam wiedzieć?

Lepiej odnosić porażki będąc na dobrej drodze niż sukcesy będąc na złej.

Odniosłeś porażkę? Porażkę za porażką? Jesteś człowiekiem porażek? Jednym wielkim, chodzącym nieszczęściem?

To się nie liczy. Liczy się to, czy jesteś na właściwej drodze. Czy jesteś człowiekiem, który kieruje się tym, co jest najważniejsze. Nie musisz odnosić sukcesów, ale musisz robić w swoim życiu to, co ważne.

Jeszcze jedna sprawa

Aha. Gdybym miał się zdefiniować na wymiarze brak szczęścia – szczęście, to bym powiedział: tak, jestem szczęśliwym człowiekiem. Jak cholera! Największym szczęściarzem z ludzi, których znam.

———–

Zdjęcia: Justina Kochansky i Amir Jina

Dążenie wyżej

Dążenie wyżej

Opublikowano 06 października 2010 | By | Kategorie: Paja Zysk Sens | 25 komentarzy

Aby wyżej

Przeglądając jakieś stare czasopismo, trafiłem na wywiad z Wojciechem Bonowiczem, wspominającym księdza Tischnera. Bonowicz zwierza się, że na jednej z jego książek ma dedykację autora: Wojtkowi, aby wyżej.

Aby wyżej – to temat, który chodzi za mną od dawna.

Na poziomie ogólnych deklaracji sprawa jest oczywista. Mamy w głowie całą litanię haseł: mierz wysoko, sięgaj gdzie wzrok nie sięga, nie poprzestawaj, dąż do doskonałości, zrób to lepiej…. Wygląda jakbyśmy byli narodem, który ma w swojej kulturze dążenie wyżej. Złośliwiec mógłby powiedzieć nawet, że jesteśmy kulturą ludzi skaczących wyżej niż siedzą. Mania własnej wielkości, perfekcjonizm, udawanie kogoś lepszego niż się jest – dużo tego.

Gdyby na takim rozumieniu się zatrzymać, zasada, aby wyżej warta byłaby wrzucenia do kosza. Szkoda czasu. Nie podskakuj. Chodź po ziemi, bądź normalny, nie przesadzaj. Przyjmij taką postawę jak psalmista:

moje serce się nie pyszni i oczy nie są wyniosłe

nie gonię za tym, co wielkie, ani co przerasta moje siły

Ale czy podskakiwanie jest tym samym, co dążenie wyżej? Czy bycie pokornym, pogodzonym i wyciszonym wyklucza intencję aby wyżej?

Ryby, żaby i raki

Ludzie zakładają firmy, restauracje, dostają pracę w wymarzonej firmie. Zaczynają z zapałem. Mówią wszystkim o swojej pasji, przejęciu i potrzebie doskonałości. Podskakują jak młode żabki w stronę księżyca.

A potem, po kilku tygodniach pytasz kogoś, kto ich odwiedził czy korzystał z ich usług:

- I jak tam?

- Bez rewelacji

- Kiepsko?

- Nie, całkiem znośnie, ale nic specjalnego.

Bez rewelacji. Poprawne szkolenia, poprawne książki, poprawne raporty, poprawne przemówienia, poprawne oferty. Nie można się zbytnio przyczepić, ale też nie można zapamiętać.

Jakiś tydzień temu moja córka była na urodzinach swojej koleżanki. Jej rodzice skorzystali z oferty urodzinowej klubu przedszkolaka. Na ich stronie internetowej można znaleźć teksty: Naszą pasją jest ciągły rozwój, naszą fascynacją są dzieci, czerpiemy radość i satysfakcję z naszej pracy. Piękne zdjęcia pracowników, pełne kwiatów i uśmiechów.

A jak to wygląda od strony klientów?

- Bez rewelacji…

- Obiecali, że zadzwonią, nikt nie zadzwonił.

- Na stronie jest reklama kilkunastu zajęć, ale żadne się nie odbywają.

- Pani prowadząca nie radziła sobie z grupą

- Zatrudniają nieopierzonych studentów

- Ciastka mi nie smakowały.

- Pani była trochę nudna.

Żabie podskakiwanie. Mówienie o pasji to coś zupełnie innego niż działanie z pasją.

Wcale nie twierdzę, że wszystko, co człowiek robi musi być rewelacyjne. Nie da się ciągle zapierać ludziom dech w piersiach. Co gorsza nie da się stworzyć nic wielkiego, gdy ciągle myślisz o tym, że to, co robisz musi być wielkie.

Ale nie o tym mowa. Chodzi o to, jak pracujesz a nie, jakie masz zamiary. To bez rewelacji, ze strony klienta jest efektem żabiego sposobu pracy. A dokładniej żabo – rybo – raczego:

Ryby, żaby i raki
Raz wpadły na pomysł taki
Żeby opuścić staw, siąść pod drzewem
I zacząć zarabiać śpiewem.
No, ale cóż, kiedy ryby
Śpiewały tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

Karp wydął żałośnie skrzele:
„Słuchajcie mnie przyjaciele,
Mam sposób zupełnie prosty -
Zacznijmy budować mosty!”
No, ale cóż, kiedy ryby
Budowały tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

Rak tedy rzecze: „Rodacy,
Musimy się wziąć do pracy,
Mam pomysł zupełnie nowy -
Zacznijmy kuć podkowy!”
No, ale cóż, kiedy ryby
Kuły tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

Odezwie się więc ropucha:
„Straszna u nas posucha,
Coś zróbmy, coś zaróbmy,
Trochę żywnosci kupmy!
Jest sposob, ja wam mówię,
Zacznijmy szyć obuwie!”
No, ale cóż, kiedy ryby
Szyły tylko na niby,
Żaby
Na aby-aby,
A rak
Byle jak.

I tak dalej… Jan Brzechwa naprawdę był geniuszem. Rodacyna niby, na aby-aby, byle jak.

Niezadowolenie

Władysław Tatarkiewicz rozważając czym jest twórczość pisał, że oczywiście oryginalność i nowość się liczy, ale to zbyt mało by uznać kogoś za twórcę. I małpa może przypadkiem namalować obraz, jakiego nikt nie namalował. W twórczości nie chodzi tylko o wymyślanie nowych kombinacji (jak wydaje się niektórym tzw. trenerom twórczości). Istotą działania twórcy, jak pisze Tatarkiewicz jest szczególne napięcie czy energia umysłowa.

Energia umysłowa brzmi dobrze, ale ja wolę nazywać to po prostu niezadowoleniem.

Problemem ryb, raków i żab jest to, że są wiecznie zadowolone. Po prostu się robi i się idzie dalej. Wychodzi jak wychodzi, nie ma co tracić czasu. Następny, następny, następny… (au suivant! jak śpiewał Jacques Brel). Nie bawmy się w sentymenty.

Parę dni temu, podczas pewnego szkolenia brałem udział w ćwiczeniu, w którym trzeba było powiedzieć, z czego znana jest druga osoba. Moja koleżanka powiedziała, że jestem znany z tego, że przejmuję się wszystkim, co robię. Miłe to było, ale chciała chyba powiedzieć coś innego: Zbyszek jest znany z tego, że do wszystkiego się przyczepia, nic mu się nie podoba i wszędzie coś zmienia.

Tak rzeczywiście jest. Wiele rzeczy zajmuje mi cztery razy więcej czasu niż by mogły. Gdyby nie moje szukanie kwadratowych jaj (jak nazywa to mój tato) o wielu rzeczach dawno bym już zapomniał. Pewnie miałbym na koncie pięć razy więcej ukończonych książek i projektów.

Dosyć długo obawiałem się tej cechy. Uważałem ją za słabość. Mówiłem sobie: człowieku czy ty znowu musisz kombinować, nie możesz po prostu być zadowolony z pierwszej wersji? Albo przynajmniej zamknąć oczy i udawać, że wszystko jest ok.?

Ale w końcu zrozumiałem, że to nie do końca tak. Byłbym bez grosza przy duszy, gdyby nie moje niezadowolenie. Dzięki niemu poszedłem na studia (byłem niezadowolony z pracy technika), dzięki niemu założyłem firmę (nie byłem zadowolony z miejsca w którym pracowałem). Dzięki niemu robiłem szkolenia, na które ludzie tłumnie przyjeżdżali (bo byłem niezadowolony z każdej kolejnej wersji i zawsze wprowadzałem zmiany).

Niezadowolenie było cenne w moim przypadku. Ale z tego co wiem, jeszcze bardziej cenne jest w przypadku ludzi, którzy robią naprawdę wielkie rzeczy. Wystarczy przyjrzeć się malarzom, pisarzom czy choćby filmowcom. Ciągle im się coś nie podoba. Kolejne szkice, kolejne wersje, kolejne ujęcia. Ciągłe: to nie to, to nie to…

Profesjonaliści niezadowolenia

Susan Sontag w eseju, który wycięty z gazety, przez kilka lat wisiał na mojej ścianie, nazywa artystów profesjonalistami niezadowolenia.

Ernest Hemingway przepisywał ostatnie strony Pożegnania z bronią, trzydzieści dziewięć razy. Pablo Picasso, znany z żywiołowości i szybkości tworzenia, do obrazu Guernica zrobił czterdzieści pięć szkiców. Michał Anioł, roztrzaskał prawie na kawałki swoją Pietę Florencką.

Sontag z kolei twierdzi:

Pisze się po to, by przeczytać to, co się napisało i sprawdzić czy jest „w porządku”, bo przecież nigdy w porządku nie jest. Pisze się po to, aby napisać to samo na nowo – raz, dwa razy, tyle, ile trzeba, żeby w czytaniu to, co napisane wypadło znośnie.

Zadowolenie z pierwszej wersji zawsze jest sygnałem amatorszczyzny. I nie chodzi o to, czy pierwsza wersja jest znośna czy nie. Bywa znośna. Nie chodzi o to, czy ludziom się spodoba. Ludzie akceptują dziś prawie wszystko. Chodzi o coś zupełnie innego. Nawet, gdy ci coś wyjdzie za pierwszym razem, myślisz (jak pisze Sontag):

Jeżeli potrafiłem osiągnąć ten poziom za pierwszym podejściem bez większej walki, czyż nie potrafię zrobić tego jeszcze lepiej?

Ale najczęściej jest tak, że za pierwszym razem nie osiąga się niczego godnego uwagi. Ernest Hemingway mawiał: The first draft of everything is shit (przepraszam za słowa, ale to nie ja, tylko Ernest: Pierwsza wersja zawsze jest do dupy).

Sontag pisze:

Powiedzmy, że to wszystko jest do niczego. Ale jest szansa, że da się poprawić. Wypowiedzieć jaśniej, głębiej, dobitniej… Chcesz, aby twoja książka była bardziej pojemna, bardziej autorytatywna. Chcesz wydźwignąć siebie ponad siebie. Chcesz wydźwignąć książkę ze swojej przeładowanej świadomości. Tak jak rzeźba ukryta jest w bloku marmuru, tak powieść jest zatopiona w twoim umyśle. Próbujesz ją uwolnić.… Czytasz więc swoje zdania na nowo. Czy to jest właśnie książka, którą piszę? Czy to już wszystko? … Czy nie potrafię tego zrobić jeszcze lepiej?


Czy to już wszystko?

Twórczość to pogoń za doskonałością. Wydobywanie z siebie czegoś większego. Próba zbliżenia się do czegoś, co nas przerasta.

Nie jest ważne, co robisz. Czy piszesz poradnik o tym jak hodować patyczaki, czy przygotowujesz szkolenia z obsługi wózka widłowego, czy serwujesz kawę i szarlotkę czy też odpowiadasz na pytania klientów jak się włącza telefon. W każdej dziedzinie są dwa typy ludzi. Ryby, raki i żaby oraz artyści. Tacy, którym wystarczy zrobić cokolwiek i iść dalej oraz tacy, którzy sięgają wyżej. Tacy, którym wystarczy żeby klient nie protestował oraz tacy, którzy mają odwagę zadawać sobie pytania:

Czy to już wszystko?

Czy potrafię to zrobić jeszcze lepiej?

Czy potrafię wydźwignąć się ponad?

Jakie pytanie dziś powinieneś sobie zadać? Może takie:

Czy potrafię zrobić to szkolenie jeszcze ciekawszym?

Czy potrafię zrobić ten obiad jeszcze bardziej pożywnym i smaczny?

Czy mogę jeszcze bardziej ułatwić temu dziecku rozwój?

Czy mogę jeszcze bardziej pomóc klientowi?

Czy mogę dostarczyć moim słuchaczom jeszcze lepszych doświadczeń?

Czy mogę jeszcze trafniej odpowiedzieć na potrzeby ludzi?

Czy to aby nie perfekcjonizm?

Oczywiście nie każde niezadowolenie i nie każde napięcie można uznać za twórcze. Gdyby tak było, każdy neurotyk miałby zagwarantowane miejsce w Muzeum Narodowym. Tymczasem nie ma rzeczy bardziej odległej od twórczości jak perfekcjonizm.

Perfekcjonizm wiąże się z niezadowoleniem, ale innego rodzaju. Perfekcjonista jest przekonany, że to, co zrobił jest do niczego, nawet gdy na to nie spojrzał. Na pewno mi nic nie wyszło, nawet nie ma co poprawiać – myśli.

Perfekcjonista unika konfrontacji ze swoją pracą. Za żadne skarby nie jest w stanie przeprowadzić pięciu, sześciu redakcji swojego tekstu. On nie jest nawet w stanie spokojnie przeczytać tego, co napisał. Poprawienie własnego tekstu to dla niego męka gorsza od wyładunku tony węgla.

Perfekcjonista najbardziej kocha dostawać brawa albo zaczynać od zera. Wierzy w to, że coś jest albo doskonałe, albo całkiem do niczego. Jeżeli nie wyszło mu bez skazy – szkoda gadać. Lepiej strzelić sobie w głowę, upić się albo zacząć od nowa. Poprawki nie wchodzą w grę.

Artysta, podchodzi do tego, co zrobił inaczej. Redagowanie, poprawianie i korygowanie to praca nawet przyjemniejsza niż robienie czegoś od nowa. W końcu to powolne zbliżanie się do ideału.

Perfekcjonista nie ma wyczucia minimum – gdy już zacznie coś poprawiać, będzie to robił bez końca, aż tak się w tym zgubi, że będzie musiał wyrzucić wszystko na śmietnik. Artysta dobrze wie, kiedy osiąga akceptowalne minimum. I mimo, że ciągle nie do końca jest zadowolony z tego, co zrobił, czuje, że udało mu się przybliżyć do absolutu.

Niezadowolenie z siebie czy niezadowolenie z kolejnych wersji?

Oczywiście artyści bywają neurotykami. Ale nie wtedy, gdy tworzą.

Przyczyną tej różnicy pomiędzy artystą a neurotykiem jest to, co ma stać się doskonałe. Perfekcjonistę obchodzi tylko jego własna doskonałość. Jedynym dziełem, które go interesuje jest on sam, a dokładniej zestaw jego wyobrażeń na swój temat. To ja sam mam być doskonały, boski i cudowny. Niezadowolenie – owszem, ale niezadowolenie z siebie.

Niezadowolenie artysty dotyczy jego dzieła. Jest niezadowolony, bo to, co zrobił nie do końca jest takie, jak w jego wizji. Ale nie chodzi o niego samego, tylko jego dzieło. To nie ja się liczę. Liczy się moja książka, obraz, przedszkole, biuro tłumaczeń czy restauracja. A dokładniej, nawet te rzeczy nie liczą się najbardziej. Najważniejsze jest to, jak wpływają na innych ludzi (ale to już temat na inną pogadankę).

Ktoś, kto szuka doskonałości siebie samego, nie jest w stanie pracować nad trzydziestą dziewiątą wersją tej samej strony. Konieczność kolejnej poprawki jest dla niego sygnałem braku talentu. Geniusz przecież tworzy tak, jak w potocznych wyobrażeniach tworzył Mozart: przepisuje wszystko z głowy, bez żadnych poprawek, od razu same epokowe dzieła. Nie musi zmieniać nawet jednej litery. Niestety Mozart poprawiał, redagował i korygował. Listy, które do dziś niektórzy cytują, jako dowód, że twórczość jest efektem boskiego błysku są fałszywką sporządzoną przez pewnego starego muzykologa.

Jeżeli chcesz sprawdzić, czy jesteś neurotykiem czy artystą zrób prosty eksperyment. Napisz coś, odłóż na parę godzin a potem wróć do tekstu i popraw. Jeżeli jesteś perfekcjonistą poprawienie siebie będzie bolesne. Każdy znaleziony błąd będzie jak nieprzyjemne ukłucie.

Jeżeli z kolei jesteś narcyzem, twój tekst będzie ci się podobał bez zastrzeżeń. Nie znajdziesz niczego do poprawki. Będziesz się nim upajał.

Ani neurotyk, ani perfekcjonista niczego cennego nie stworzy. Robert Fritz (jeden z ludzi, którzy zarazili mnie pomysłem, że to biznesmeni powinni się uczyć działania od artystów a nie odwrotnie) pisze:

Sztuka tworzenia leży w zdolności dostosowywania tego, co zrobiłeś do tej pory.

Jeżeli chcesz rozwinąć swoje twórcze zdolności, przestań troszczyć się o to, czy ty sam jesteś doskonały czy nie, przestań uzależniać swoje samopoczucie od tego czy coś ci wyszło dobrze za pierwszym razem. Skup się na tym, co robisz.

Poprawianie siebie może na początku boleć. Ale jeżeli przestaniesz gonić za sobą samym, z czasem odkryjesz w tym przyjemność. Tak jak Susan Sontag, która pisze:

…zasiadanie nad pustą kartką jest zawsze momentem groźnym i onieśmielającym. Jak skok do lodowatego jeziora. Potem przychodzi faza ciepła, kiedy ma się już nad czym pracować, co poprawiać i redagować.

Największa przyjemność twórcy, to możliwość poprawiania tego, co jest jeszcze do dupy, tak by stawało się z każdym krokiem coraz doskonalsze.


Jeszcze raz: poprawiaj siebie

Ten tekst napisałem wczoraj. Mogłem go zamieścić od razu. Ale wiedziałem, że lepiej będzie, gdy usiądę nad nim rano i jeszcze raz go przeczytam. Znalazłem w nim wiele błędów, kilka rzeczy wyrzuciłem, wprowadziłem kilka poprawek. Nie jest doskonały, ale jest lepszy.

Nie zawsze masz możliwość tego rodzaju redagowania. Ale zawsze masz możliwość by się zatrzymać i przyjrzeć się z boku temu, co robisz. Zastanowić się, jak mógłbyś to ulepszyć. Co mógłbyś poprawić? Co mógłbyś ująć inaczej?

Jeżeli czujesz, że odniosłeś totalną klapę i zupełnie ci nie wyszło, odłóż to na jakiś czas. Potem wstań rano, przyjrzyj się wszystkiemu z boku i popraw to, co umiesz. Nie masz prawa narzekać, że ci nie wychodzi, póki nie zrobisz trzydziestu dziewięciu wersji.

Jeżeli czujesz, że wyszło ci doskonale za pierwszym razem, jeszcze bardziej powinieneś odłożyć swoje dzieło na bok i potem do niego wrócić. Jedna z zasad, której nauczyłem się podczas pisania książek jest taka, że jeżeli napiszesz coś, z czego jesteś niesamowicie dumny, najczęściej możesz skreślić to bez zastanawiania się. Nie ma bardziej pretensjonalnej rzeczy niż książka pełna „złotych myśli”. Odłóż a potem wróć i przyjrzyj się temu z boku. Jak teraz ci się to podoba? Czy rzeczywiście nic nie da się zrobić lepiej?

Nie chodzi o to, że zawsze musisz wprowadzać zmiany. Chodzi o to, by mieć odwagę poprawiania siebie. Taka odwaga wymaga z kolei odwagi patrzenia na siebie z boku, tak jakby patrzył ktoś inny.

Jesteś narzędziem. Przestań pracować nad sobą. Zacznij pracować nad swoim dziełem. Rzeźbiarz może mieć ręce wybrudzone gliną, ale jego posąg może być kryształowo czysty.

Dla osób mających tendencje neurotyczne poprawianie siebie może boleć. Nie przejmuj się bólem. Z czasem człowiek przywyka. Pamiętaj o tym, co napisał Sol Stein (który jako redaktor pracował z połową znanych na świecie autorów):

Niechęć do poprawiania siebie zazwyczaj sygnalizuje amatora.

Amator, to człowiek zadowolony z tego, co mu wyszło za pierwszym razem. Artysta to człowiek, który nawet, gdy pierwsza wersja mu się podoba i tak zrobi trzydzieści dziewięć kolejnych.

Lista starych diabłów – jak doprowadzić projekt do końca?

Lista starych diabłów – jak doprowadzić projekt do końca?

Opublikowano 06 stycznia 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Niezawodny sposób by nie spotkać żadnych trudności

Każdy chciałby spotkać po drodze jak najmniej problemów. Jest jeden sposób. Zawsze niezawodny, dla każdego skuteczny.

Trzeba umrzeć.

Człowiek martwy, ponieważ nie ma nic do stracenia ani do zyskania, nie ma żadnych zmartwień. Nie ma się czego bać, nie ma się czym stresować, nie straszne mu żadne pomyłki ani błędy. Nie ogarnie go panika, nie jest mu smutno, nie opanują go żadne obsesje.

Słowem, pełna świętość.

Nie dziwię się, że kościół ogłasza świętość jakiś czas po śmierci.

My jednak czasem oczekujemy od siebie by równocześnie być żywym i świętym.

Szukamy rad, które pozwolą na zawsze pokonać wszystkie słabości i odsunąć wizję porażek. Które uchronią nas od błędów, pomyłek i głupot.

Wydałem dwie książki (a napisałem kilka więcej). Niektóre moje słowa podobają mi się tak, że chciałbym zawsze żyć zgodnie z nimi.

Czy zawsze mi sie udaje? Nie.  Napisałem, że trzeba być otwartym i nie chować się przed emocjami. Zdarza się, że się ukrywam.

Napisałem, że trzeba robić to, co w życiu ważne. Zdarza się, że zajmuję się głupotami.

Znać swoje wartości i żyć nimi? Zdarza się, że o nich nie pamiętam.

Ktoś mi napisał, że po przeczytaniu mojej książki, wszystko w jego życiu się zmieni. Zazdroszczę, choć obawiam się, że to nie do końca może być prawdą.

Póki żyjesz i póki masz nowe rzeczy do zrobienia spotkasz po drodze jeszcze kilka problemów. Zapomnisz o wszystkim, co przeczytałeś (i napisałeś) i zrobisz jeszcze trochę głupstw. Na twojej drodze pojawi się jeszcze wiele demonów (czy diabłów).

Kilka z nich już czai się za rogiem:

- znudzenie i spowszednienie,

- przyzwyczajenie się do nowej wiedzy,

- zmęczenie,

- zbyt wysokie oczekiwania pod swoim adresem,

- złość,

- strach,

- smutek,

- brak pewności,

- zapomnienie o celu,

- skupienie na sobie

- błędne decyzje

Zrób listę starych diabłów

Mimo, że nigdy nie możesz być pewny, co cię spotka, większość przeszkód, jakie spotkasz, to stare, dobrze znane ci demony.

Coś, na czym od zawsze łamałeś sobie zęby. Te same sytuacje, te same emocje i te same myśli. Choć za każdym razem w nieco innym przebraniu, z nieco inną maską.

Te wszystkie demony są najgorsze, gdy pojawiają się w sposób nieoczekiwany. Gdy ci się wydaje, że teraz na pewno nic ci nie przeszkodzi. Że teraz wszystko będzie łatwe i proste.

Gdy tkwisz w takim przekonaniu i nagle pojawia się jakaś trudność masz tendencję do tego by unikać doświadczeń. Możesz wtedy myśleć:

- O nie, znowu… a miało być inaczej. Już nie mam do tego siły…

Taka reakcje jest sygnałem, tego co w jednym z poprzednich artykułów nazwałem (za terapeutami ACT) fuzją poznawczą. Człowiek traci wtedy dystans do swoich uczuć. Stają się one nadmiernie ważne w porównaniu ze wszystkim innym. Im bardziej chce się ich pozbyć, tym bardziej – jak to stwierdził Kubuś Puchatek w odniesieniu do czegoś zupełnie innego – one tam są. Uruchamia się samonapędzająca pętla, która szybko doprowadza do stanu „dłużej tego nie zniosę”. Typowe myśli w tym stanie to np.:

- Dlaczego znowu mi się to przydarzyło?

- Dlaczego nigdy nie potrafię zrobić czegoś porządnie?

- Dlaczego nie mogę przerwać tego zaklętego kręgu?

- Nic ze mnie nie będzie!

- Nigdy mi się nie uda…

Im bardziej zależy mi by wszystko było tak jak chcę, tym bardziej jestem rozczarowany. Im bardziej jestem rozczarowany, tym bardziej pragnę by wszystko było tak, jak bym chciał. Im bardziej mi zależy, tym bardziej rozczarowanie sobą rośnie. Błędne koło.

W efekcie największym problemem nie jest to, że pojawiają się bariery, ale to, że nie jesteś w stanie tego znieść.

Być przygotowanym

Jednym ze sposobów by nie doszło do takiej pętli jest być gotowym na pojawienie się problemów.

Nie chodzi o to by myśleć w negatywnie – np. mówić sobie „na pewno mi nie wyjdzie”.

Chodzi o to, by przynajmniej trochę podważyć nierealne oczekiwania pod swoim adresem. Nikt nie może całkowicie zmienić się pod wpływem jednego szkolenia czy jednej książki. Nikt nie może całkowicie zmienić swojego życia pod wpływem najgłębszego nawet wglądu czy nawet kilku sesji terapeutycznych.

Jeżeli przez ostatnich dziesięć lat czułeś lęk, lenistwo, rozbabranie, itp. to jakim cudem wszystko ma się zmienić?

Bądź realistą. Stary diabeł odwiedzi cię jeszcze nie raz. Najlepiej przymierzyć się do spotkania z nim wtedy, gdy wydaje ci się to bardzo odległe. Na przykład, gdy zabierasz się za coś i bariery wydają ci się jeszcze odległe.

Gdy się przygotujesz łatwiej ci będzie przywitać starego diabła nie przerażeniem i utratą równowagi, ale myślą:

- Aha, znowu to samo, ale przecież tego się spodziewałem… co mogę zrobić?

Usiądź i zrób listę

Określ co jest twoim celem (im bardziej konkretnie tym lepiej), spisz listę działań jakie chcesz podjąć, a następnie spisz niebezpieczeństwa, jakie możesz spotkać po drodze.

Jakie emocje, odczucia, myśli, wspomnienia czy sytuacje utrudniają ci osiągnięcie twoich celów?

Moim zamiarem jest np. skończenie w ciągu najbliższych dwóch tygodni książki, nad którą od dawna pracuję.

Bariery, jakie prawdopodobnie się pojawią, to:

  • zabieranie się za kilka rzeczy równocześnie (po drodze pewnie pojawi się inny „nie cierpiący najmniejszej zwłoki projekt”);
  • poczucie „to nie jest dość dobre, powinienem się bardziej postarać”; tendencja do wyszukiwania podwójnego dna, rozbijania każdego zagadnienia na elementy pierwsze;
  • okresowe ataki paniki pt. „nie będę miał za co żyć, powinienem zająć się czymś, co przynosi pieniądze”;
  • złe samopoczucie związane ze zmianami pogodowymi i małą ilością snu (życie rodzinne);
  • zbyt długie godziny pracy i słaba nieumiejętność regeneracji.

To oczywiście nie są wszystkie możliwe bariery. By nie zanudzać wybrałem tylko pięć (na oryginalnej liście było ich prawie dwadzieścia).

Zrób swoją listę. Określ cel swojego projektu, działania, jakie masz podjąć i zapisz to wszystko, co może ci zablokować twój projekt. Jeżeli nie wiesz, co to może być, zamknij oczy i wyobraź sobie, że robisz, to, co planujesz.

Co może pójść nie tak?

Jeżeli dalej ciągle nic się nie pojawia, sprawa jest podejrzana.

Demony najbardziej ze wszystkiego nie lubią, gdy im się świeci latarką po oczach. Dlatego starają się za każdą cenę chować się po kątach by móc w odpowiedniej sytuacji wyskoczyć z ukrycia z przeraźliwym wyciem. Wydają się wtedy większe i potężniejsze. Ten efekt zaskoczenia nie jest możliwy, gdy ktoś je wcześniej oświetli i uważnie im się przyjrzy. Okazują się wtedy często małe, pokraczne i wcale nie tak przerażające.

Dlatego tak bardzo zależy im na tym, by stworzyć wrażenie, że nie istnieją.

Znaleźć sposób

Umieć nazwać swoje diabły to już bardzo dużo. Gdy jesteś świadomy, tego, co ci grozi masz większe szanse zrobić to, co powinieneś zrobić.

Bardzo przydatne jest także opracowanie strategii postępowania.

Wybierz trzy najważniejsze bariery i zastanów się, jak sobie możesz z nimi poradzić. Realistyczne strategie. Nie takie, które opierają się na unikaniu czy wmuszaniu w siebie czegoś, czego nie czujesz.

W moim przypadku:

-> Chęć zabrania się za nowy, nie cierpiący zwłoki projekt zanim skończę stary (który w świetle nowego będzie wydawał się nudny i nieciekawy).

To więcej niż pewne, że taki pomysł się pojawi. Co więcej będzie bardzo ciekawy. Przygotowałem dla niego czerwony zeszyt, w którym go zapiszę. Umawiam się ze sobą, że po skończeniu pracy (dokładnie 20 stycznia 2010) poświęcę cały dzień na analizę nowych pomysłów. Jestem też przygotowany na to, że będę musiał w trakcie tych dwóch tygodni znosić nudę i pamiętać o tym, bym nie próbował się od niej uwalniać.

Jak widać, z jednej strony jest to jakiegoś rodzaju rozwiązanie techniczne (zeszyt i termin), z drugiej gotowość na doświadczanie jakiegoś rodzaju emocji (znudzenie).

->Perfekcjonizm – oczekiwanie, że to, co napiszę ma być doskonałe, mądre i spójne.
Dobrze znam tą kreaturę, która ciągle wydaje mi rozkazy by pisać arcydzieła i odpuszczać wszystko, co nie jest dość dobre. Czy to źle chcieć napisać coś doskonałego? Oczywiście, że nie, ale zbyt długo w tym siedzę, by dać się nabrać, że można to osiągnąć od razu. Doskonałość osiąga się stopniowo, poprzez poprawki a nie jednym skokiem. Dlatego umawiam się ze sobą, że pracuję nad wersją 0.9 tekstu, tzn. wersją do pierwszej redakcji. To, co napiszę dostanie moja redaktorka. Ja sam wrócę do tekstu po dwu tygodniowej przerwie. To, co piszę musi być oczywiście klarowne i czytelne, ale do wersji 0.9 wystarczy by dało się czytać. Nie piszę gotowej, ostatecznej wersji.

Tutaj rozwiązanie jest podobne, jak w poprzednim punkcie: stworzenie określonych warunków (umówienie się z osobą, która przeprowadzi redakcją) z drugiej gotowość na doświadczanie poczucia „to nie jest dość dobre”)

-> Ataki paniki pt. „muszę zająć się czymś bardziej dochodowym”.
Znam kilka innych bardziej dochodowych aktywności niż pisanie książek. Gdyby chodziło tylko o mnie sprawa byłby klarowna: robię to, co lubię, nie muszę dużo zarabiać. Mam jednak obowiązki wynikające z posiadania rodziny. To nie jest lęk zupełnie irracjonalny (zresztą jak wiele z naszych lęków). Nie mogę nastawić się po prostu na „znoszenie go”. Obawa, że zabraknie mi pieniędzy jest zdrowa i wymaga jakiegoś załatwienia.

Rozwiązanie jest tu techniczne. By zabrać się za pisanie książki (czytaj – poświęcić na tą działalność określoną ilość godzin) muszę dysponować odpowiednim funduszem. Wygląda to trochę tak, jakbym sobie sam płacił. Gdy nie mam, czym „płacić”, nie ma pisania i muszę gromadzić środki.

Nie chcę rozwodzić się nad kwestiami technicznymi, to nie jest blog o finansach i organizacji pracy własnej, ale o emocjach.

Jedno jest pewne, że aby spokojnie realizować swoje pomysły, nie możemy udawać, że problemy z pieniędzmi nie istnieją (no chyba, że u kogoś nie istnieją). Nie możemy wmawiać sobie, że „jakoś to będzie”. Konieczne jest konkretne, techniczne rozwiązanie.

Piszę o tym wszystkim, nie dlatego, że lubię opowiadać o sobie (ostatnio coraz bardziej nie cierpię) ale by dać przykład pracy. Chodziło mi o pokazanie kierunku myślenia, który być może przyda się także i Tobie. Po kolei:

  • Zrób listę barier (poświeć latarką starym diabłom schowanym za rogiem)
  • Przygotuj się na spotkanie z nimi: wymyśl z jednej strony techniczne rozwiązanie, które sprawi, że lęki czy obawy będą nieuzasadnione, a z drugiej strony przygotuj się na doświadczanie nieprzyjemnego zestawu emocji.
  • Działaj.
Poznaj swoje naturalne siły

Poznaj swoje naturalne siły

Opublikowano 30 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 9 komentarzy

W Krakowie, jakiś czas temu pewien sprytny człowiek sprzedawał hejnał. Każdy słyszał Program Pierwszy Polskiego Radia. O dwunastej trębacz czterokrotnie gra swoją melodię. Spryciarz wypatrywał grup, które pojawiały się po dwunastej, zagadywał, a jak się okazywało, że grupa jest średnio rozgarnięta pytał:
- Szkoda, że nie słuchaliście hejnału, zawsze jest o dwunastej
- Tak, szkoda…
- Być w Krakowie i słyszeć hejnału, to rzeczywiście strata
- Tak, ale co zrobić…
- Wiecie co, hejnalista to mój znajomy, jak by wam zależało, mógłbym pogadać. Może uda mi się go namówić by zagrał specjalnie dla was.
- Naprawdę? To możliwe?
- Normalnie tego nie robi, ale rzadko w Krakowie przebywają tak wspaniali goście.
Klienci, dopieszczeni i pełni nadziei patrzą na swojego wybawcę. Ten, widząc, że ryba bierze zaczyna szarpać.

To fragment mojej nowej książki.

Właśnie wyszła. Ma format ebooka, ale można zamówić ją też w formie papierowej. Uważni czytelnicy poznają w niej kilka tekstów z bloga.

Tytuł książki „Efekt jojo w motywacji” wymyślili spece z Wydawnictwa. Jest lepszy od mojego pierwotnego (Naturalnie Spełnione Marzenia) ale nie do końca oddaje zawartość książki.

W rzeczywistości to nie tyle książka o motywacji, ale o pułapce, w jaką wpadamy zabiegając o jej zawsze wysoki poziom.

To książka o pułapce, w jaką wpadamy wierząc różnego typu guru samorozwoju.

To książka o tym, jak zapominamy o swoich naturalnych siłach starając się dopasować do obrazów narzucanych nam przez media, psychologów, rodziców i wszystkich specjalistów od „rozwoju osobistego”.

Jeżeli jesteś gotowy by trochę przestawić swój świat – zmierz się z nią.

Jeżeli jesteś gotowy bardziej zaufać sobie niż płatnym motywatorom – poznaj jej treść.

Dzięki niej nauczysz się realizować swoje zamierzenia niezależnie od tego czy masz w sobie motywację czy nie.

Klikając na link poniżej można pobrać darmowy fragment książki. Jest tam cały spis treści oraz fragment jednego z rozdziałów.

Fragment książki „Efekt jo-jo w motywacji” do pobrania

Klikając na okładkę można zamówić książkę.
Efekt jojo w motywacji - kliknij by zamówić

A co działo się na Krakowskim Rynku?

- Tylko jest mały problem. Ten hejnalista musi zapłacić ochronie wieży – wiecie, takie są przepisy. Zagra dla was za darmo, ja oczywiście grosza nie wezmę, za pośrednictwo.
- Hm… A dużo?
- Nie, jak się zrzucicie, to niewiele wyjdzie.
Po chwili zadowolony spryciarz niknie w Kościele Mariackim z pieniędzmi. Zostawienie sami sobie ludzie, który my dali pieniądze, zaczynają czuć lekkie obawy.
- A może nas oszukał – pytają siebie – może wziął pieniądze i nic z tego nie będzie?
Jednak po chwili spryciarz się pojawia.
- Załatwione. Ciężko było, ale się udało. Zagra specjalnie dla was.
- Super! Wspaniale!
Wybija pełna godzina. Hejnalista otwiera okienko i zaczyna grać. Wniebowzięta grupa słucha z zapartym tchem, jak hejnał płynie ze strzelistej wieży wprost do ich uszu. Spryciarz znika. Skromny człowiek. Nawet nie czekał, aż mu podziękują.
I wszystko świetnie. Klient jest zadowolony. Pieniądze zostały zapłacone. Tylko jest mały problem. Hejnał jest grany co godzinę. O każdej porze dnia i nocy. Nie tylko w południe, tak jak w radiu. Nie musisz nikomu płacić, by go wysłuchać.
Sprzedawcy motywacji są jak ten spryciarz. Masz wszystko, co jest Ci potrzebne, by osiągnąć sukces. Masz w sobie tyle motywacji, ile trzeba, by zrealizować swoje marzenie. Nikomu nie musisz płacić, nie musisz jeździć na żadne szkolenia, nie musisz słuchać „mistrzów” motywacji, nie musisz czytać kolejnych książek.
Wszystko, co potrzeba, masz tu i teraz. Nie gdzieś w podświadomości, w głębi, w możliwości. Nie. Tu i teraz.
Wystarczy, że zabierzesz się za działanie. Czekanie na motywację i nastrój tylko Cię rozprasza. Motywacja pojawi się sama, gdy zaczniesz działać. Przyjdzie chwila, gdy poczujesz przepływ. Gdy cały świat będzie Cię niósł. Gdy poczujesz, że wszystko jest zgrane, harmonijne i piękne. Że wszystko się ze sobą łączy.

Zanurkować w deszcz

Zanurkować w deszcz

Opublikowano 26 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Od pewnego czasu w wolnych chwilach czytam książkę napisaną w 1928 roku przez japońskiego psychiatrę Shōma Morita. Najczęściej czytam ją porcjami dziesięciominutowymi, ale to wystarczy by mieć wiele do myślenia. Ostatnio przeczytałem historię wyleczenie pewnej pacjentki.

Pacjentka z atakami palpitacji

Kobieta od kilku lat cierpiała na ataki bólu i palpitacje serca. W trakcie ataków nie mogła położyć się na łóżku, ale ze względu na ból musiała siedzieć podparta. Ataki zawsze powtarzały się codziennie przez kilka dni.

Podczas badań okazało się, że kobieta jest zdrowa od strony fizycznej – ma zdrowe serce i nie cierpi na schorzenia, które mogłyby wywoływać ból.

Podczas pierwszej rozmowy pacjentka powiedziała, że tej nocy ból na pewno się pojawi, bo poprzedniej miała pierwszy atak. Morita relacjonuje:

Poprosiłem ją, by wieczorem przyjęła w łóżku poziomą pozycję (taką, w której atak jest najbardziej prawdopodobny) i postarała się samodzielnie wywołać ból. Poprosiłem ją, by uważnie obserwowała, od samego początku cały przebieg ataku. Obiecałem, że jeżeli to zrobi, nauczę ją zapobiegać atakom w przyszłości. Zapewniłem ją, że nawet, gdyby miała odczuwać ból przez całą noc, warto wytrzymać by w perspektywie na stałe pozbyć się dolegliwości. Klientka obiecała, że tak postąpi.

Podczas następnej wizyty, opowiedziała, że próbowała zrobić tak, jak jej poleciłem, ale nie była w stanie wywołać ataku. Zasnęła w przeciągu pięciu minut i nie obudziła się aż do rana. Gdy zapytałem ją czy myśli, że ataki powrócą, odpowiedziała, że jest przekonana, że nie, gdyż jest od nich uwolniona, mimo, że nie potrafi powiedzieć dlaczego. Wyjaśniłem jej, że to taitoku [termin zen oznaczający wiedzę pochodzącą z bezpośredniego doświadczenia, będącą przeciwieństwem rikai – wiedzy pochodzącej z intelektu]. Ta wiedza nie jest ani teorią ani ideologią.

Gdy zaakceptowała moją instrukcję, stała się zdeterminowana do tego by cierpieć przez całą noc i zanurkować w tym, co ją przeraża. Przestała obawiać się ataku, który ma nastąpić i przestała zajmować się kwestią uniknięcia go. To był powód, dla którego atak nie nastąpił. Poprzednio, gdy spodziewała się ataku, chciała go uniknąć, to wywoływało konflikt mentalny, który powiększał cierpienie i lęk.

Bez potrzeby unikania bólu

Czytając ten opis uświadomiłem sobie, że dokładnie ten sam proces był podstawą mojego małego sukcesu związanego z prawem jazdy (pisałem o nim tutaj). Poprzednio ile razy chciałem zdać egzamin, bałem się związanego z tym bólu. Bałem się:

  • wstydu, że nie zdam,
  • zażenowania (taki stary, a jeszcze nie ma prawa jazdy),
  • rozczarowania (własnego i innych ludzi)
  • etykietki mało zdolnego, itp.

To wszystko było na tyle nieprzyjemne, że moja energia się rozpraszała. Z jednej strony starałem się skupić na nauce i zadawaniu, z drugiej zminimalizować nieprzyjemności. W efekcie byłem jak ktoś, kto chce dojść do domu, ale zamiast tego przeskakuje od okapu do okapu, bo zaczął padać deszcz a on nie ma parasola.

Fragment osiemnastowiecznej, księgi samurajów Hagakure cytowałem już w „Energii wewnętrznej”:

Jest coś, czego możesz się nauczyć podczas burzy. Gdy dopadnie cię nagła ulewa, nie próbuj się przed nią schować, ale szybko pobiegnij drogą. Przechodzenie od okapu do okapu nie uchroni cię od wody. Gdy jesteś zdeterminowany od samego początku, nie pogubisz się, mimo, że przemokniesz.

Gdy nasza uwaga jest rozproszona miedzy unikaniem deszczu a szybkim dotarcie do celu, zazwyczaj grzęźniemy gdzieś po drodze. Stajemy się pogubieni, nie dość klarowni.

Cel – gdzie biegnę?

Gdy toczą się sprawy życia i śmierci nikt nie bawi się w unikanie deszczu. Nie muszą to być dosłownie sprawy życia i śmierci. Wystarczy, że są to np. kwestie finansowe. Ile osób jest w stanie solidnie zmoknąć, byle im dobrze zapłacili? Ale mogą to być także sprawy innych ludzi.

Dla mnie dużą siłą jest uświadomienie sobie ceny, jaką inni zapłacą za moje zaniedbania. Ja sam wszystko jeszcze jakoś zniosę, ale dlaczego inni mają płacić za moje lenistwo?

Dla wielu z nas taka zewnętrzna motywacja jest bardzo silna. Znacznie silniejsza niż np. oczekiwanie, że będę się dobrze bawić lub będę bardziej doskonały.

Cel, który nie dotyczy nas samych ma w sobie siłę, która uodparnia nas na niewygody. Gdy jedyne, na czym mi zależy jest moje samopoczucie, dobra zabawa czy doskonałość, staję się nadmiernie wrażliwy na przeszkody. Mdleję przed byle pogorszeniem warunków.

Gdy dążę, do czegoś poza mną, kwestie samopoczucia przestają być tak ważne. Staję się znacznie mniej delikatny.

Moje wewnętrzne niedogodności przestają być ważne, gdy widzę siebie jako człowieka działającego w świecie i przekształcającego ten świat.

Nie chodzi o to by być twardym

Wiele osób zna nieco podobną strategię. To stary, żołnierski sposób „na twardziela”: gdy idziesz w bój, przygotuj się na śmierć. Gdy np. boisz się wystąpienia publicznego wyobraź sobie, co najgorszego może cię spotkać. Zobacz jak cię wyśmiewają i krytykują. Albo, gdy wstydzisz się podejść do nieznanej osoby, pomyśl, co najgorszego może się stać. Wyśmieje cię? Wezwie policję?

Czasem zdarza mi się mieć ciężki czas podczas pisania. Siedzę i trudno mi wydusić z siebie coś sensownego. Piszę i od razy kasuję. Boję się, że nie napiszę nic sensownego i nikt nie znajdzie w tym nic przydatnego. Co zrobić? Zgodnie z tą metodą, powinienem wyobrazić sobie niezadowolonych czytelników. Fajnie, tylko, że gdy to widzę, wcale nie chce mi się pisać. Po co mam to robić? Jakim cudem mam mieć ochotę pisać dla ludzi, którzy tego nie potrzebują?

Nie jestem masochistą. Nie muszę pisać. Nie muszę występować publicznie. Nie należę do tych, którzy robią coś, bo ktoś im kazał. Nie chodzę już do szkoły. Nie mam nad sobą szefa. Jak coś mi się nie podoba, nie robię tego.

Ciekaw jestem czy ktokolwiek zastosował sposób „na twardziela” więcej niż trzy razy. Za pierwszym razem może być skuteczny na zasadzie autosugestii. Za trzecim, siła sugestii maleje i okazuje się, że gdy wyobrażam sobie swoje porażki jest jeszcze gorzej. Jestem przekonany, że ktoś, kto poleca tą metodę, sam nie próbował je używać.

Morita wcale nie przekonywał klientki o tym, że w życiu trzeba być twardym. Słowem nie, że musi być gotowa do tego by znosić ból. Zamiast tego dał jej cel. Cel w świetle, którego ból stał się mało ważny. Ciągle dokuczliwy, ciągle nieprzyjemny i nie chciany, ale mało ważny.

Twardziel, to ktoś, kto szuka trudności dla samej trudności. To ktoś, kto wybiega na deszcz by udowodnić (często także sobie), że się go nie boi. To nie jest ani postawa samuraja, ani mądrego człowieka. Nie chodzi o to, by być mokrym. Jak nie musisz nie wychodź na deszcz. A jak musisz wyjść i masz przy sobie parasol, to wyciąg go zanim wyjdziesz. Jeżeli możesz uniknąć deszczu – uniknij.

Nigdy jednak nie trać czasu na szukanie parasola, gdy masz coś ważnego do załatwienia. Nie pozwól by krople deszczu ci przeszkodziły.

Skoro i tak zmokniesz, jaki ma sens chowanie się przed deszczem?

Skoro i tak będziesz cierpieć, jaki ma sens chowanie się przed cierpieniem? Lepiej cierpieć z sensem, idąc do przodu niż bez sensu, usiłując wszystko wygodnie ułożyć.

Lepiej czuć ból biegnąc z determinacją do przodu, mając świadomość, że robisz coś ważnego, niż czuć ból będąc schowanym pod okapem.

Znosić z odwagą codzienne cierpienie, które jest konieczne – to jest mądrość.

Rozejrzyj się wokół

Ktoś może powiedzieć, odróżnić cierpienie, które warto znosić, od tego, które nie warto, jest bardzo trudno. Tak, trudne dla naszego intelektu. Ale gdy masz przed sobą ważny cel i nie oszukujesz siebie samego, dobrze wiesz, co musisz znieść, a co nie.

Gdy ciągle masz wątpliwości, to znak, że jeszcze usiłujesz dopasować siebie samego do papierowych fantazji. Że ciągle starasz się stosować do jakichś ideałów.

By wyjść z tego błędnego koła, rozejrzyj się wokół siebie. Choćby na chwilę zobacz, co się dzieje wokół ciebie.

Przestań ciągle szukać odpowiedzi na pytanie o to jak się dziś czujesz, dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa i jak możesz zmienić swoje życie. Zamiast tego pomyśl, co się dzieje w ludziach, którzy cię otaczają. Co czują? Czego się boją? Z czego się cieszą?

Przestań przygotowywać się do życia, bo ten deszcz zawsze będzie padał. Nigdy nie przyjdzie odpowiedni moment.

Przestań przygotowywać się na śmierć, bo to ciągle jest szukanie własnej wygody i skupianie na sobie. Nie ma w tym nic szlachetnego. Zamiast tego otwórz oczy i rozejrzyj się wokół.

Kiedyś rozmawiałem z trenerką, która przed szkoleniem była bardzo przejęta tym, jak wypadnie. Była tak skupiona na tym, że drżały jej ręce i łamał się głos. Im bardziej starała się zapanować nad sobą, tym było z nią gorzej. Zaczęła się mi żalić na to, co przechodzi.

Zapytałem ją czy ma pojęcie, jak się czują uczestnicy szkolenia. Czy mogłaby wymienić przynajmniej trzy rzeczy, których się boją? Okazało się, że wspólnie możemy znaleźć znacznie więcej obaw. Boją się, że szkolenie będzie stratą czasu, że nie zrozumieją, o co chodzi, że okażą się niepojętni, że po powrocie ze szkolenia przełożony powie im, że nie rokują nadziei, że prowadzący wytknie im niewiedzę.

Gdy dotarło do niej, że istnieje jeszcze świat poza jej własnym, że inni ludzie w tej samej sytuacji mogą mieć równie ciężko, nie czekając na początek zajęć poszła wśród ludzi i zaczęła z nimi rozmawiać. Zamiast dogadzać sobie, poczuła, że jest potrzebna innym.

Kiedyś słyszałem taką historię:

Młody chirurg ma po raz pierwszy dyżur na oddziale nagłych przypadków. Przywożą mu okropnie poparzonego pacjenta. Chirurg chce mu pomóc, ale czuje tremę. Pierwszy raz tak wiele od niego zależy. Nie wie, czy uda mu się wszystko bezbłędnie zrobić. Przed zabiegiem dzwoni do przyjaciela i zwierza się, że jest strasznie spięty i nie czuje się najlepiej w tej sytuacji.

- Nie czujesz się najlepiej? – mówi przyjaciel – pomyśl jak czuje się ten człowiek!

Młodemu chirurgowi robi się głupio. Zobaczył, że jest skupiony na rzeczy najmniej ważnej. Zamiast myśleć o sobie, skupia się na pacjencie i robi wszystko, co może.

Gdy się boisz nie dbaj o to, co się z tobą dzieje. Nie szukaj ulgi. Nie staraj się być bardziej dojrzałym, bardziej akceptującym czy bardziej twardym.

Boisz się? To dlatego, że ciągle skupiasz uwagę na sobie. Myślisz, że świat wokół ciebie jest mniej ciekawy? Że i tak nie uda ci się utrzymać na nim uwagi? Spróbuj. Otwórz oczy i przyjrzyj się temu, co cię otacza. Popatrz na miejsce w którym jesteś. Przyjrzyj się ludziom, jacy cię otaczają. Zobacz czego potrzebują i czym żyją? Sam ocenisz, czy chcesz wrócić do ciągłego wpatrywania się w lustro.

Założę się, że szybko sobie uświadomisz co ważnego masz do zrobienia na świecie. Gdy tylko sobie to uświadomisz, natychmiast zacznij biec do przodu. Nie czekaj aż przestanie padać deszcz. Zanurkuj w nim, choćby był największy.

I tak go nie unikniesz. A tak, przynajmniej się nie pogubisz.

Liczy się świat, a nie twoje niedoskonałości

Po chwili biegu, złapiesz się na tym, że znów lecisz pod okap. Nie rób z tego afery. No cóż, nie jesteś doskonały. Nazywaj się jak chcesz. Głupi, leniwy, spięty, niegodny, niedojrzały…

To tylko mało ważne etykiety. Tak, ciągle jeszcze bardziej skupiasz się na sobie a nie na świecie. Ale to nie jest takie ważne. Po prostu wróć do swojego biegu. On liczy się bardziej niż twoja doskonałość.

Jak bez szarpania osiągnąć swój cel: lekcja jaką wyniosłem zadając pewien egzamin

Jak bez szarpania osiągnąć swój cel: lekcja jaką wyniosłem zadając pewien egzamin

Opublikowano 20 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 19 komentarzy

Pisałem poprzednio, że nasze sukcesy mogą być źródłem cennej wiedzy. Dzięki nim łatwo odkryć sposoby, które pozwolą nam żyć z większą energią. Warto szukać sukcesów i uważnie im się przyglądać. Szczególnie cenne są zwycięstwa, które odnosimy po wielu próbach. Nie wychodzi, nie wychodzi, nie wychodzi… aż tu wreszcie …udało się! Świętować trzeba, ale szkoda nie nauczyć się czegoś nowego.

W każdym sukcesie zawarta jest darmowa i łatwa do zrozumienia lekcja.

Cenne głupoty

Nie jest ważne, jakiej dziedziny dotyczy sukces. Często właśnie te małe, pomijane, na co dzień obszary zawierają najwięcej zasobów.

Gdy coś jest ważne, staramy się robić wszystko tak, jak powinno być. Tak bardzo nam zależy, że napinamy się i uruchamiamy cały szereg „poprawnych” schematów.

Gdy robimy rzeczy mniej ważne, jesteśmy bardziej rozluźnieni, Naszej wewnętrznej mądrości łatwiej jest wtedy znaleźć drogę na powierzchnię.

Mój przykład

Jednym z takich sukcesów było dla mnie zrobienie prawa jazdy. To nic szczególnie ważnego, jednak zawsze miałem poczucie, że zrobiłem to w specyficzny (jak dla siebie) sposób.

Bardzo długo mi się to nie udawało. W którymś momencie miałem nawet dwa samochody i żadnym z nich nie umiałem jeździć. Próbowałem zdać kilka razy. Jedynym efektem był stres, zażenowanie, rezygnacja i brak przekonania, że kiedykolwiek mi się uda.

A potem, jakieś pięć lat po pierwszej próbie, wszystko poszło jak z płatka – bez stresu, napięcia, z pewnością siebie. Gdy pewnego październikowego dnia włożyłem do portfela zalaminowany, połyskujący kartonik z moim zdjęciem, sam byłem zdziwiony sposobem, w jaki mi się udało. Wiedziałem tylko tyle, że zrobiłem to inaczej niż normalnie. Nie miałem jednak pojęcia, na czym to polegało i jak to powtórzyć.

Opowieść o prawie jazdy

To było już prawie pewne. Miałem zostać ojcem. Swobodne życie bez obowiązków, miało odejść w przeszłość. Czułem trochę żalu i obaw, ale dominowała ekscytacja. Być ojcem, być odpowiedzialnym za dziecko – to dosyć fascynujący projekt. Może ROI (zwrot z inwestycji) nie jest wielki, ale co mi tam… Będę woził dziecko do kina, do teatru, do restauracji, może na wycieczki za miasto.… Hm.. woził?

Przecież nie mam prawa jazdy.

Co z przedszkolem, szkołą, wizytami u lekarza czy dentysty? Mam wozić je tramwajem, autobusem albo taksówką?

Sprawdziłem w ośrodku egzaminacyjnym, czy mają jeszcze moje papiery. Wysłali je do miasta, w którym byłem wcześniej zameldowany, ale udało się je odzyskać. Mogłem zapisać się na egzamin. Bez problemów zdałem teoretyczny. Dostałem termin praktycznego. Wiedziałem jednak, że póki co nie mam szans. Manewry były czarną magią, a jazda po mieście – jeszcze czarniejszą magią ze sporymi kawałkami paniki.

Usiadłem przed googlem, spisałem kilka namiarów, zadzwoniłem do kilku instruktorów. Do jazdy po mieście wybrałem kobietę. Nie pamiętam ile godzin wyjeździłem. Chyba z pięćdziesiąt. Może więcej. Manewry ćwiczyłem z kimś innym. Przychodziłem na plac, dostawałem kluczyki, instruktor szedł na harbatkę a ja maltretowałem samochód. Spokojnie, przez jakieś dwie godziny dziennie, trzy razy w tygodniu potrącałem słupki, najeżdżałem na puste opony i wyjeżdżałem za linie.

Najdziwniejsze było poczucie pewności, że zdam. Nie miałem pojęcia skąd się wzięło. Wiedziałem, że to zrobię. Prędzej czy później. Za pierwszym, dwudziestym, pięćdziesiątym piątym razem. Taka leniwa pewność, że już się udało.

Przyszedł termin egzaminu. Manewry zrobiłem bez problemu (mimo, że byłem spięty). Potem wyjechaliśmy na miasto. Cieszyłem się, że mogę pojechać z egzaminatorem. To doskonałe przygotowanie do kolejnego podejścia. Miałem już zaplanowany termin następnego egzaminu i terminy kolejnych jazd. Plany okazały się nieaktualne. Zdałem.

Gdy jakiś czas później pokazałem żonie prawo jazdy była solidnie zdziwiona. Ani ona, ani nikt inny nie wiedział o moich przygotowaniach. Nawet, gdy zdałem nikomu nie powiedziałem. Ujawniłem się, dopiero, gdy trzymałem dokument w ręce.

W poszukiwaniu wyjaśnienia

To była jedna z dziwniejszych przygód z samym sobą. Długo starałem się zrozumieć, w jaki sposób to osiągnąłem.

Jakiś czas później przeżywałem burzliwy romans z pozytywnym myśleniem i prawem przyciągania. Doszedłem wtedy do wniosku, że kluczem było poczucie przyzwolenia (allowing).

Gdy masz swój cel, wizualizujesz go i starasz się pozbyć uczucia gorączkowego przywiązania do efektów. Pozbywasz się napięcia. Pozwalasz by wszechświat sam ci dał to, czego chcesz. Wyobrażasz sobie jakbyś już miał to, na czym ci najbardziej zależy Np. gdy chcesz być bogaty, wyobrażasz sobie, że w twoim portfelu są już pieniądze. Wyluzowujesz i czekasz. Ja miałem poczucie, że prawo jazdy już mam.

Długo trzymałem się tego tłumaczenia. Autorzy mówiący o prawie przyciągania radzą by wywołać w sobie takie uczucie. Masz „nastroić swoje emocje, na odpowiednią częstotliwość”. Próbowałem to zrobić zabierając się do innych projektów.

Znam techniki kotwiczenia, potrafię wprowadzić w stan hipnozy innych i samego siebie. Ale jedyne, co mogłem osiągnąć, to chwilowe emocje. A i to dosyć udawane, z grubsza przypominające tamten stan.

Po wielu eksperymentach doszedłem do wniosku, że nie da się wywołać w sobie autentycznego i trwałego poczucia przyzwolenia. Można je tylko udawać. A to nie to samo.

Strategie działania

Gdy dotarł do mnie absurd manipulowania emocjami zabrałem się za szukanie innych rozwiązań. Zrobiłem listę tego, czym, to podejście do egzaminu różniło się od poprzednich. Doszedłem do czterech prostych punktów:

  • Miałem inny niż zazwyczaj motyw: nie robiłem tego dla siebie, ale dla dziecka, które miało się urodzić, nie chciałem go zawieść.
  • Z góry byłem przygotowany na kolejne próby. Zupełnie nie przerażała mnie perspektywa porażki i kolejnego podejścia.
  • Nikomu nie powiedziałem o moich zamiarach, z nikim nie rozmawiałem o trudnościach czy kłopotach.
  • Ćwiczyłem tyle ile się tylko dało, bez zastanawiania się, czy już wystarczy czy nie.

Warto zrozumieć, dlaczego każdy z tych punktów jest ważny. Z jaką zmianą perspektywy się wiąże? W jaki sposób przekierunkowuje uwagę?

Gdy udało mi się to zrozumieć opracowałem dla siebie cztery pytania:

  • Czy wiem, w jaki sposób moje działanie (jego zaniechanie) wpłynie na innych ludzi? Jaką cenę ludzie, który kocham będą musieli zapłacić, gdy czegoś nie zrobię? Co dam ludziom, na których mi zależy, gdy coś zrobię?
  • Czy jestem w stanie opuścić swój wygodny kokon i wystawić się na wszystkie nieprzyjemne doznania, jakie trzeba będzie znieść? Czy jestem gotowy znosić zażenowanie / wstyd / zmęczenie itp. bez użalania się nad sobą i szukania szybkiej ulgi?
  • W jaki sposób mogę zredukować ból i lęk przed porażką tak by nie wpłynęło to na skuteczność mojego działania? Jeżeli np. boję się, że inni powiedzą „znowu ci nie wyszło” mogę po prostu im nie mówić, że zabieram się za coś. Innym sposobem redukcji lęku było zatrudnienie do jazdy po mieście kobiety. Mężczyzna wprowadza więcej stresu (przynajmniej dla mnie). Jeżeli można – bez straty energii – uniknąć jakiegoś bólu, to trzeba to zrobić. I to jest właśnie pytanie o to, czego można uniknąć, dążąc do celu.
  • Od strony działania, to banalnie prosty punkt: czy zaplanowałem maksymalną, możliwą bez wywrócenia życia do góry nogami, dawkę ćwiczeń? Jednak wiąże się z nim także zmiana myślenia. Istotą było tutaj pozbycie się fantazji na temat swoich talentów i uzdolnień. Przy poprzednich próbach zawsze miałem wyobrażenie: tyle a tyle godzin powinno wystarczyć. Tu nie było żadnych kalkulacji. Założyłem, że będę ćwiczyć tyle, ile tylko trzeba. Im więcej masz wyobrażeń na temat twoich talentów i uzdolnień tym trudniej ci się rozwijać. Nie chodzi o to, by traktować się jak idiotę, ale by przestać liczyć na to, że masz jakąś szybszą ścieżkę zapisaną w DNA.
    W związku z tym, pytanie dodatkowe:

    Czy mam w sobie oczekiwania mówiące o tym, jak pojętny jestem i jak wiele czasu mi wystarczy by opanować to, co mam opanować? Czy umiem pozbyć się tych oczekiwań? Czy umiem pozbyć się fantazji na temat tego na ile jestem zdolny?

Poczucie spokoju, pewności czy przyzwolenia było efektem ubocznym tych decyzji. Gdy:

  • potrafię zobaczyć cel poza sobą,
  • gdy jestem gotowy opuścić kokon,
  • gdy nie liczę na moje zdolności a jedynie mój wysiłek,
  • gdy umiem odpuścić sobie to, co można odpuścić

… szansa, że pojawi się tego rodzaju poczucie jest duża. Ale to nie jest ważne czy się pojawi, czy nie. Nie musi. Wystarczy, że taki sposób patrzenia na świat i siebie się sprawdzi. Wystarczy go zastosować i ocenić.

Twoja kolej

To moja strategia, ale być może w twoim życiu znajdziesz podobne doświadczenia i pewne punkty również będą cenną radą.

Być może jednak żaden z tych punktów, w tym momencie twojego życia nie będzie tym, czego potrzebujesz.

Weź swój sukces i spróbuj go zrozumieć. Zobacz, czego jesteś w stanie się z niego nauczyć.

Ucz się od siebie samego

Ucz się od siebie samego

Opublikowano 18 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | Jeden komentarz

Często szukamy wiedzy o tym, jak żyć w przeżyciach innych osób. Czytamy książki, w których autorzy opowiadają, co im się kiedyś zdarzyło lub co spotkało ich znajomych, klientów czy pacjentów. Czytamy biografie sławnych ludzi i oglądamy wywiady z ludźmi sukcesu. Nawet, gdy czytamy naukowe książki psychologiczne, tak naprawdę dowiadujemy się tylko tego, co wydarzyło się w życiu innych ludzi – tym razem badanych.

I słusznie, bo można się wiele nauczyć przyglądając się temu, jak ktoś inny sobie radził. Jego błędy i porażki mogą być dla nas cenną podpowiedzią.

Zapominamy jednak o tym, że nasze własne życie także jest źródłem wiedzy i mądrości. I to znacznie większym i znacznie bardziej cennym niż cokolwiek innego (przynajmniej dla nas).

Dotarcie do lekcji zawartej we własnym życiu nie zawsze jest łatwe. Często zamiast dowiedzieć się czegoś o sobie i wprowadzić jakieś zmiany, chowamy się przed lekcjami, jakie są nam serwowane.

Nasze życie – porażki i sukcesy, prowadzą doskonale dostosowane do naszych potrzeb szkolenie. My natomiast zamiast uważać czytamy pod ławką podręcznik napisany przez kogoś innego.

W efekcie ciągle jesteśmy w tym samym miejscu. Ta sama lekcja ciągle się powtarza. Jedyna korzyść, że zawsze możemy ją odrobić.

Tak długo, póki nie nauczymy się uczyć od siebie samych, niewiele nauczą nas mądrości innych.

To dotyczy także tego bloga. To, czego może cię nauczyć twoje życie jest ważniejsze i cenniejsze niż najbardziej poruszające i najbardziej prawdziwe myśli innej osoby.

Nauka z porażek

Gdy nie zdam egzaminu, zastanawiam się, co mogłem zrobić inaczej. Może więcej się uczyć? Może zastosować jakieś techniki zapamiętywania? Może zmienić dietę i przyjmować więcej magnezu? Porażka – jeżeli nie chowamy przed nią głowy w piasek –zawsze jest impulsem do tego by nauczyć się czegoś na swój temat.

To znana myśl. Powtarzana tu i tam. Na pewno ją słyszałeś. Co rusz można przeczytać: nie ma błędów, są tylko informacje zwrotne, nie ma porażek są tylko lekcje do odrobienia…

Ostatnio czytałem książkę, w której autorka chwali się, że podczas swoich warsztatów „widziała niezliczone transformacje uczestników pochodzące ze zrozumienia, że każda porażka jest czymś cennym”. W trakcie warsztatów prowadzący (świadomie lub nie) zazwyczaj posługuje się sugestią. Zahipnotyzowany uczestnik uwierzy we wszystko, co mu się powie. Każda hipnoza jednak „puszcza”. Człowiek wraca do swojego życia i okazuje się, że porażki jakoś tak przestały go cieszyć.

Jak to – człowiek myśli – straciłem odpowiednią postawę, muszę się bardziej starać, nie mogę być taki!

Zaczyna sobie wmawiać, że porażki wzbudzają w nim przyjemne odczucia i dają mu energię. Zaczyna manipulować tym, co czuje. Niestety, gdy zacznie majstrować przy swojej percepcji, coraz trudniej będzie mu oceniać, co jest prawdą a co nie, co jest dobrym wnioskiem, a co tylko złudzeniem.

Gdy chcesz się czegoś nauczyć na swoich błędach potrzebujesz klarownego spojrzenia. Nie uda ci się go osiągnąć, gdy tracisz energię na owijanie tego, co widzisz w mięciutką bawełnę.

Chcesz się czegoś nauczyć czy chcesz się czegoś dowiedzieć o sobie?

Porażka boli. Człowiek czuje się z nią źle. Frustracja wkurza. Gdy dostaniesz kopa w tyłek nie wmawiaj sobie, że to była trampolina. Nie udawaj przed sobą, że jesteś guru dziesiątego stopnia wtajemniczenia, który zapanował nad energią i materią.

Gdy czujesz porażkę, po prostu nie zmuszaj się do tego by się nią cieszyć. To nie jest konieczne. Czuć porażkę i frustrację nie równa się użalać się nad sobą i poddawać.

Czuj to, co czujesz i gdy tylko negatywne uczucia ci na to pozwolą zadaj sobie pytanie o to, czego możesz się nauczyć. Co możesz zmienić? Czego dowiedziałeś się o sobie?

Ryzyko złych wniosków

Nasze błędy i porażki zawierają wiele wiedzy o nas samych. Możemy wiele się na nich nauczyć. Jednak to bardzo trudna wiedza. Nie dość, że musimy znosić cały szereg nieprzyjemnych doznań, to jeszcze nie mamy gwarancji, że wnioski, do jakich dojdziemy będą cokolwiek warte. Często wyciągamy nie te wnioski, które powinniśmy i stosujemy się nie do tych rad, do których warto.

Analizując błędy sięgamy zazwyczaj po rady innych. W końcu coś się nie udało i potrzebujemy pomocy. To wiąże się z ryzykiem. Po porażce jesteśmy szczególnie podatni na sugestię. Łatwo nam wcisnąć jakąkolwiek, nawet całkiem nie pasującą do nas radę. Wystarczy by ktoś powiedział, że miał dokładnie taki sam problem i poradził sobie z nim w jakiś sposób. Od razu zakładamy, że jego metoda będzie dobra również dla nas.

W firmach, gdy sprzedawcy mają problemy często zatrudnia się jakiegoś doświadczonego i pełnego sukcesów sprzedawcę by nauczył ich swoich sposobów. Po szkoleniu okazuje się zazwyczaj, że jego metody, owszem są skuteczne, ale w innych warunkach, z innym produktem, na innym rynku, w innym systemie motywacyjnym i z innymi warunkami psychologicznymi. Słowem – dla niego są skuteczne, dla innych zabójcze. Do działu personalnego jednak nie dociera, że sposób jest zły. Trener ma sukcesy, w związku, z czym musi mieć rację. To sprzedawcy są leniwi, głupi czy nie pojętni.

Podobnie jest z nami. Jak coś napisali w książce i powiedzieli na szkoleniu, to musi być słuszne. To ja byłem nie dość zaangażowany, skupiony czy pojętny. Zamiast spróbować czegoś innego próbuję jeszcze raz i jeszcze raz.

Trochę więcej dystansu. Wyciąg wniosek i sprawdź czy przyniesie efekt. Jeżeli jakaś technika wymaga jeszcze więcej zaangażowania, jeszcze więcej skupienia, jeszcze więcej prób, to znaczy, że jest trzeba spróbować czegoś innego. Szkoda czasu na bicie głową w mur.

Całe szczęście istnieje jeszcze jedne źródło wiedzy, które jest pozbawiane tych ograniczeń.

Nauczyciel sukces

Sukcesy to najcenniejsze i najłatwiejsze do wykorzystania źródło wiedzy i umiejętności.

Jeżeli coś ci wyszło, to znaczy, że zastosowałaś jakiś skuteczny sposób. Być może da się z niego skorzystać także w odniesieniu do innych przedsięwzięć. Jeżeli uda ci się zrozumieć, co takiego zrobiłaś zyskasz cenną wiedzę.

Ucząc się na sukcesach nie jesteśmy narażeni – tak jak przy porażkach – na przyjęcie pierwszej lepszej, nie pasującej do mnie rady. Znacznie łatwiej nam przebierać wśród dostępnych na rynku mądrości.

Pierwszym krokiem do wykorzystania tego źródła jest zmiana podejścia do sukcesów. Jesteśmy skupieni na słabościach. Przyłapujemy się na wszystkich niedoskonałościach i niedociągnięciach, licząc na to, że któregoś dnia wszystko naprawimy i staniemy się doskonali. To ślepa uliczka. Zamiast przyłapywać się na porażkach, zacznij przyłapywać się na sukcesach.

Każdy ma ich mnóstwo. Nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego jak wiele. To nie muszą być wielkie, epokowe zwycięstwa. Nie muszą dotyczyć jakiejś szczególnie ważnej dziedziny życia. Nawet z mało ważnych osiągnięć wiele można się nauczyć.

Gdy coś ci wychodzi nie traktuj tego jak coś normalnego i spodziewanego. Ale także nie ograniczaj się do świętowania i cieszenia się.

Usiądź i zastanów się:

  • Na czym polegał ten sukces?
  • Gdzie i jak mogę jeszcze zastosować tę metodę?

Szczególnie cenne są osiągnięcia, jakie odnosimy po wielu nieudanych próbach. Walczę, walczę i nic, a tu nagle coś mi wychodzi.

Pomyśl:

  • Jak to robiłem?
  • Czym to się różniło od innych prób, które mi nie wychodziły?

Nie musisz od razu dokładnie rozumieć swojego sposobu. Czasem trzeba poszukać podpowiedzi i wyjaśnień. Tutaj przydają się książki i szkolenia. Być może ktoś stosował podobny sposób i dzięki jego doświadczeniom lepiej ci będzie zrozumieć siebie samego.

Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

Opublikowano 02 lipca 2009 | By | Kategorie: historie | 9 komentarzy

Gilbert Kaplan miał 24 lata i był jednym z wielu dobrze zapowiadających się ekonomistów pracujących na nowojorskiej giełdzie.

Jeden z jego kolegów, pewnego dnia zaproponował:

- Może byś się wybrał ze mną na koncert do Carnegie Hall? W składzie orkiestry będzie nauczyciel mojego dziecka.

Gilbert z chęcią się zgodził. Lubił muzykę poważną. Jako dziecko uczył się nawet gry na fortepianie. W Carnegie Hall mieli grać II Symfonię Mahlera „Zmartwychwstanie”. Wolałby coś, co znał – Beethovena, Mozarta czy Bacha. Wszedł do sali koncertowej obojętny, bez żadnych specjalnych oczekiwań.

Wyszedł oszołomiony. Muzyka poruszyła go do szpiku kości. Nie mógł przestać o niej myśleć. Wspomina:

Poczułem się jakby przebiegła przeze mnie błyskawica. Muzyka objęła mnie wokół swoimi ramionami i nigdy mnie nie puściła.

Zamarzył by znaleźć się w środku. Wywoływać ją ruchami dłoni. Pozwolić jej przepływać przez siebie. Słowem, poprowadzić orkiestrę.

Marzenie dosyć powszechne. Nie ma chyba melomana, który by nie dyrygował swojemu odtwarzaczowi gdy nikt nie widzi. W rzeczywistości jednak wymachiwanie rękoma i podrygiwanie w rytm nagrania, nie ma wiele wspólnego z dyrygowaniem. Gdy przyjrzysz się temu co robi dyrygent, zauważysz, że jego ręce często wyprzedzają muzykę. Gdy np. pokazuje mocne uderzenie w kotły, przez chwilę nic nie słychać. Muzyk, nawet gdy ma pałki w pogotowiu, musi je jeszcze opuścić. Uderzenie słuchać zatem po chwili. Pokazując co będzie za chwilę, maestro równocześnie słucha uważnie tego, co się dzieje teraz. Gdy trzeba spowalnia albo przyśpiesza, gdy trzeba wycisza lub podgłaśnia. Musi także pamiętać o tym, co będzie za jakiś czas i z góry dać sygnał odpowiednim muzykom. Do tego dochodzi ciężka praca przed koncertem. Trzeba dać szczegółowe wskazówki i opanować muzyków (najczęściej zakompleksionych, złośliwych, przemądrzałych i niesamowicie biegłych). Prowadzenie orkiestry symfonicznej to naprawdę trudna sztuka. A prowadzenie orkiestry grającej II Symfonię Mahlera to cztery razy trudniejsza sztuka. Ponad stu muzyków, do tego prawie dwustuosobowy chór. Dwóch solistów. Prawie dziewięćdziesiąt minut muzyki.

Ponieważ sprawa była niemożliwa do zrealizowania, Kaplan zajął się ekonomią. Założył miesięcznik poświęcony inwestowaniu i osiągnął ogromny sukces. W ciągu następnych kilkunastu lat został milionerem oraz osobą o dużej reputacji w swojej branży.

Jednak jego miłość do symfonii Mahlera tak łatwo się nie poddała. Powoli przeradzała się w obsesję. Słuchał nagrań, jeździł na koncerty, zbierał pamiątki po Mahlerze, czytał co mógł. Ale to wszystko było za mało.

Po piętnastu latach, do czterdziestoletniego przedsiębiorcy dotarło że ma dwie możliwości. Może spróbować coś zrobić, albo może tylko mieć marzenie.

Pierwsza możliwość była bardzo ryzykowna. Łatwo zrobić z siebie głupca. Poważny inwestor i przedsiębiorca zabiera się za dyrygowanie. Bez żadnego wykształcenia muzycznego, bez doświadczenia, porywa się na Mahlera. Kolejny bogacz, któremu pieniądze przewróciły w głowie. Kolejny niedojrzały facet, który zamiast robić swoje, jak mały chłopczyk żyje dziecięcymi marzeniami. To nie byłby najlepszy zabieg z punktu widzenia PR-u.

A co będzie, jak nie wyjdzie? Co będzie jak muzycy nie będą słuchali? Jak każdy zacznie grać swoje i zamiast symfonii rozlegnie się chaos?

Czy nie lepiej zostać przy machaniu rękami przed drogim sprzętem hi-fi? Dźwięk jest przecież jeszcze lepszy niż w filharmonii. Po co ryzykować reputację?

Ale druga możliwość też wiązała się z ryzykiem. Kaplan mówi:

W życiu zawsze jest ryzyko, które podejmujesz lub nie. W moim przypadku były tylko dwa rodzaje ryzyka. Pierwsze, że zrobię z siebie głupca. Drugie, dla mnie znacznie większe, że przez całe życie będę zastanawiać się co by było, gdyby spróbował. Nie mogłem zdobyć się przez lata. Byłem zbyt przerażony by się odważyć. Ale w końcu…

…w końcu zdecydował się spróbować. Zbliżała się rocznica założenia jego czasopisma. Postanowił choć raz poprowadzić orkiestrę. Plan był prosty. Wynająć orkiestrę, zaprosić znajomych i wykonać ukochaną symfonię.

Wystarczy się przygotować. Po pierwsze partytura. Bagatela, dwieście dziewięć stron zapełnionych nutami. Wspomina:

Gdy zacząłem się uczyć, czułem, że nie robię żadnych postępów. Ucząc się przez dwa tygodnie, po dziewięć godzin dziennie, opanowałem zaledwie czternaście stron. To było zniechęcające. Ale wtedy uświadomiłem sobie, że przecież uczę się jednej strony dziennie. Nauka zajmie mi dwieście dziewięć dni. Kawałek po kawałku, ale robiłem postępy. To dało mi poczucie pewności.

Nie wystarczała znajomość nut. Kaplan, na prywatnych lekcjach uczył się także dyrygentury. Przygotowanie zajęło mu dziewięć miesięcy codziennej pracy po pięć – dziewięć godzin. Później mówił:

Gdybym wiedział, jakie to trudne, nigdy bym się na to nie odważył. Coś ci mówi idź do przodu podczas gdy logika mówi: nie rób tego. To tak jak z trzmielem. Od strony aerodynamicznej trzmiel nie jest zdolny do tego by latać. Jego waga, rozpiętość skrzydeł, to wszystko sprawia, że nie powinien nawet próbować. Ale o tym nie wie. I jakoś lata.

Lepiej podjąć ryzyko niż żyć z wyrzutami. Zawsze możesz zrobić więcej niż ci się wydaje. Największym problemem jest po prostu zacząć. Po prostu spróbuj. Zawsze możesz zrezygnować. To niesamowite jak niewiele osób próbuje cokolwiek zrobić, bo boją się uczynić pierwszy krok.

Pierwsze wykonanie II Symfonii pod batutą Kaplana było sukcesem. Do dziś Kaplan pracował z ponad trzydziestoma orkiestrami. Zaproszono go nawet na prestiżowy festiwal w Salzburgu, gdzie prowadził Londyńską Orkiestrę Symfoniczną. Od publiczności otrzymał niespotykaną, dziesięciominutową owację na stojąco. Płyty z jego wykonaniem symfonii, stały się bestsellerami.

Trzmiel, mimo, że nie powinien, poleciał. Niektórzy muzycy narzekają, że wykonania Kaplana nie są tak wielkie jak uważa publiczność i krytycy. Że sprawa jest rozreklamowania. Być może mają rację. Trzmiel nie jest owadem, który lata najpiękniej. Ale w odróżnieniu od narzekających, lata.

Czasem marzenie jest czymś, o czym staramy się zapomnieć. Czymś, co odsuwamy od siebie, tak długo, jak tylko się da. Wizja wydaje się zbyt nierealna. Logicznie rzecz biorąc nie powinniśmy mieć szansy na to, by ją zrealizować. Jak tam u ciebie? Czy jeszcze masz takie marzenie? Marzenie, którego nieco boisz się mieć? Coś, co jest zbyt nierealne by próbować? Dziś, zbyt nierealne, ale jutro… wszystko zależy od tego co dziś zrobisz.


Źródła cytatów:


1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

Opublikowano 29 maja 2009 | By | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 2 komentarze

Afirmacje

Problem z niektórymi afirmacjami polega na tym, że próbujmey odcinąć jakąś część nas samych. Okrajamy się, stosujemy wobec siebie gwałt. Przypominamy rodzica, który bije dziecko równocześnie mówiąc do niego bardzo cię kocham. Psycholodzy taką postawę nazywają czasem brakiem kongruencji (spójności). Wielu z terapeutów dowodzi, że trzymywana przez dłuższy czas prowadzi do schizofrenii.

Być może taka postawa w odniesieniu do siebie nie jest aż tak groźna. Ale brak spójności w relacjach z sobą na pewno nie jest czymś zdrowym. Nie możesz bez żądnych następstw mówić sobie kocham się, w pełni się akceptuję, szanuję się, równocześnie tłumiąc i nie dopuszczając do głosu jakieś części siebie.

Miłość wymaga zaakceptowania wszystkiego – także uczucia własnej bezradności i nieporadności.

Niedzielna zjeżdżalnia

Kilka dni temu, w niedzielne przedpołudnie poszedłem z córką na plac zabaw. Było duszono i hałaśliwie. Trochę bolała mnie głowa, najchętniej bym się położył na ławce i usnął.

Zamiast tego siedziałem na skraju piaskownicy w której siedziała Zuzia i ziewając patrzyłem tępym wzrokiem w dal. Potem poszliśmy na huśtawki. Znudzony pomagałem jej się huśtać. Całe szczęście zbliżała się pora obiadu.

- Zuziu musimy wracać, mam już czeka z obiadem

- Dobrze, ale jeszcze zjeżdżalnia.

To była ta większa zjeżdżalnia. Wysoka na jakieś dwa metry. Zuzia bawiła się na niej poprzedniego lata. W tym roku była pierwszy raz. Powoli weszła na górę i ostrożnie zbliżyła się do rynny. Usiadła i zamiast jechać zaczęła się rozglądać. Przestałem ziewać i podszedłem do niej.

- Dlaczego nie zjeżdżasz?

- Tatusiu, ja się boję…

Z tyłu naciskał na nią tłum zziajanych dzieciaków.

- Dobrze, to przepuść inne dzieci. Nie musisz zjeżdżać.

Przepuściła dzieci i zaczęła schodzić. Powoli, trzymając się poręczy, na zgiętych nogach. Stawiała małe, bojaźliwe kroczki. Szła tak, nawet wtedy, gdy na najniższym poziomie, kilkanaście centymetrów nad ziemią. Inne dzieciaki wymijały ją podśmiewając się.

Poczułem złość. Gdy zeszła wygarnąłem bezmyślnie:

- Jak mogłaś pozwolić sobie pozwolić na taki strach!

Nic nie powiedziała, mnie zresztą też nie interesowała jej reakcja. Wziąłem ją za rękę i powiedziałem:

- Idziemy do domu.

Piętnaście sekund później, gdy wyszliśmy z placu zabaw, zaczęła płakać.

- O co chodzi? – zapytałem, ciągnąc ją w stronę domu

- Chcę tam wrócić.

- Gdzie?

- Na zjeżdżalnię! Chcę spróbować jeszcze raz.

- Ale przecież się bałaś.

- Nie będę się bała.

- Może jutro, teraz musimy iść do domu – nie miałem najmniejszej ochoty wracać.

Im dalej byliśmy placu, tym głośniej płakała. Nie chciała iść, więc wziąłem ją na ręce.  W jednej ręce płaczące dziecko, w drugiej rowerek. Z plac zabaw było jakieś dwadzieścia minut drogi. Działałem jak typowy rodzic. Spokojny, mimo, że w środku zły, z poczuciem przecież lepiej wiem, co dla ciebie dobre. Wymieniałem porozumiewające spojrzenia z innymi rodzicami: no tak, zdarza się, kto nie miał do czynienia z kapryszącym dzieckiem?

W końcu doszliśmy do domu. Ona mokra od łez, ja od potu. Tak długo nigdy jeszcze nie płakała. Wreszcie się zaniepokoiłem.

- Dobrze Zuziu, jak ci tak zależy, możemy wrócić….

To wcale nie pomogło, zaczęła płakać jeszcze bardziej.

Kucnąłem i pogłaskałem główkę. Powiedziała łkając:

- Tatusiu, ja się zastanawiam czy ty mnie jeszcze lubisz…

Wreszcie dotarło do mnie co się dzieje. Wziąłem ją na kolana, przytuliłem i powiedziałem:

- Tak Zuziu. Lubię cię. I lubię cię także wtedy gdy się boisz. Wcale mi to nie przeszkadza jak się boisz.

Uspokoiła się natychmiast. Dopiero teraz dotarło do mnie, że moja uwaga rzucona po zejściu ze zjeżdżalni sprawiła, że dziecko poczuło się odrzucone i jak najszybciej chciało odzyskać pełnię miłości. Jak najszybciej chciała zasłużyć na miłość. Zmienić to, co jej zdaniem odrzuciłem. W końcu, gdy ktoś kocha twoją część, to tak jakby wcale nie kochał.

Ponieważ ojcu nie spodobało się, że się przestraszyła, jak najszybciej musiała pokonać siebie i zrobić coś, co sprawi, że znowu poczuje jego szacunek. Poprzez swoją gruboskórność, nie zauważałem tego.

Potem powiedziałem jej:

- Naprawdę lubię cię, także wtedy gdy się boisz. To nic złego bać się czegoś. Czasem dopiero po kilku próbach odważamy się coś zrobić. Po prostu musimy próbować więcej razy. A czasem jak się nawet odważymy, ciągle się trochę boimy. Wiem, że gdy kilka razy spróbujesz, w końcu się odważysz zjechać. Może nie za następnym razem, ale na pewno ci się to uda. Wiesz, co ja też często się boję. Na przykład boję się wizyty znajomych (mieli za godzinę być u nas i rzeczywiście byłem spięty).

Zaciekawiona popatrzyła na mnie

- Chciałbym, żebyś mi pomogła. Pomożesz?

- Tak!

Byłem ciekaw, czy następnego dnia ciągle będzie chciała spróbować. W końcu główny powód, dla którego tak jej zależało na zmierzeniu się z trudnością minął. Gdyby dała sobie spokój, byłby to argument dla tych, którzy twierdzą, że tylko napięcie i poczucie braku popycha nas do przodu, że człowieka trzeba ciągle czymś straszyć i coś mu zabierać, bo inaczej będzie stał w miejscu.

Chciała. W inny sposób niż w niedzielę. To nie było rozpaczliwe i niekontrolowane muszę, muszę, muszę. Teraz podeszła do tego spokojnie i z radością. To była postawa fajnie, że mogę spróbować, cieszę się na to, że mogę zrobić coś trudnego. Gdy na placu zaproponowałem byśmy poczekali, aż nikogo na zjeżdżali nie będzie, z chęcią się zgodziła. Gdybyśmy wrócili tam w niedzielę, pchałaby się na ślepo, nie zwracając na nic uwagi.

Wyszła na górę, ja stanąłem obok.

- Tatusiu, trochę się boję.

- To może łatwiej będzie, jak będę dotykał twojego bucika.

- Dobrze.

Zjechała i była dumna z siebie.

Kochać w całości

Jeżeli komukolwiek mówisz „kocham cię”, ale odrzucasz go wtedy gdy czuje się słaby, zalękniony czy bezradny, tak naprawdę nie wiesz co to znaczy miłość. Możesz odrzucać zachowania drugiej osoby (np. dłubanie w nosie, kłamanie czy nie mycie rąk do obiadu) ale nigdy nie możesz odrzucić jego uczuć. Są rodzice – mam wrażenie, że głównie ojcowie – którzy w imię zrobienia ze swoich pociech „porządnych ludzi” mówią:

- Nie maż się!

- Jak możesz być taką ofiarą?!

- Jak możesz się tym przejmować!

- Natychmiast przestań płakać!

W ten sposób odrzucają swoje dziecko i wysyłają mu komunikat: jesteś do niczego! Tym samym blokują dziecku możliwość poradzenia sobie z jego emocjami. Jeżeli kogoś kochasz, nie możesz odrzucić żądnych jego emocji. Szczególnie poczucia bezradności. Tak na marginesie: ci „twardzi rodzice”, w swoim życiu zazwyczaj normalnymi, zakamuflowanymi tchórzami.

Relacja z sobą

Dokładnie tak samo jest w naszych relacja z sobą samym. Nie możesz blokować, tłumić czy odrzucać bezradnej części siebie. Akceptować siebie oznacza dostrzec wszystkie uczucia. Także te, jakich wolałbyś nie mieć.

Afirmacje nigdy nie powinny w tobie niczego tłumić ani blokować. Inaczej będziesz wobec siebie jak rodzic, który mówi “jak się nie odważysz, to nie jesteś godzien mojego szacunku”. Kto ma kochać bezwarunkowo, jak nie on?

Kto ma dawać nam wsparcie, jak nie my sami?

Zanim zastosujesz jakąkolwiek afirmacje, otwórz się na wszystkie odrzucone uczucia. Poczuj je. Nie obawiaj się, nie zawładną tobą. Jesteś większy niż one. W tym poście zależało mi na tym, by ci pokazać, że istnieje coś takiego, jak mechanizm tłamszenia tego, co mamy wewnątrz. Nie było rad praktyczynych, bo nie taki był cel. Ale jeszce wrócimy do tematu.

Uwierzyć w …. , w co?

Uwierzyć w …. , w co?

Opublikowano 31 października 2008 | By | Kategorie: Uncategorized | 4 komentarze

Julia chodzi do piątej klasy. Jutro ma sprawdzian z polskiego. Chodzi z miejsca na miejsce i obgryza paznokcie.

- Dlaczego się tak denerwujesz, kochanie? – pyta ją matka.
- Muszę jutro dostać szóstkę!
- Na pewno dostaniesz.
- Ale się boję czy mi się uda.
- Przecież jesteś najlepsze kochanie. Wiesz o tym. Jestem pewna, że jesteś najbardziej inteligentnym dzieckiem w całej klasie.
- Mamo, mam pustkę w głowie. Uczyłam się, ale czuję, że nic nie umiem.
- Córeczko, wierzę w ciebie. Jesteś naprawdę najmądrzejsza. Uwierz w siebie i przestań się martwić!
[...]

Niezrealizowane marzenie copywritera

Niezrealizowane marzenie copywritera

Opublikowano 29 października 2008 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 2 komentarze

John Caples urodził się w 1900 roku na Manhattanie. Ukończył dobre studia, po których pracował jako inżynier elektryk. Jednak ta praca go nudziła. Jego pasją było pisanie. W szkole był redaktorem gazetki, jego wiersze publikowało lokalne czasopismo. Nie był jednak pewien własnych możliwości i wahał się co z sobą zrobić. [...]

Człowiek jest jak latawiec

Opublikowano 05 października 2008 | By | Kategorie: Uncategorized | 3 komentarze

Staliśmy na zielonym, równo przyciętym trawniku, obok Dworku Białoprądnickiego. Pod kawiarnianymi parasolami ludzie jedli lody, pili kawę i piwo. Jesień ucięła sobie drzemkę. Zostawiła tylko leniwy wiatr, by przypominał, że to już nie lato. [...]