Tag Archives: prawo przyciągania
Siła i szacunek dla przeciwnika

Siła i szacunek dla przeciwnika

Opublikowano 15 września 2011 | By | Kategorie: Siła życiowa | 37 komentarzy

Mam dowody na prawo przyciągania...

Nic mi nie stanie na przeszkodzie?

Gdyby nasze przedsięwzięcia przebiegały tak, jak sobie tego życzymy, żylibyśmy w bajkowym świecie. Każdy miałby to, o czym by tylko zamarzył. Zarabialibyśmy tyle ile nam tylko potrzeba (a nawet ile nam nie potrzeba), podróżowaliśmy tam, gdzie tylko byśmy chcieli. Nasze obrazy, książki, zdjęcia czy muzyka docierałby do ludzi na całym świecie i wzbudzały powszechny podziw. Mielibyśmy wokół siebie samych kochających i rozumiejących bliźnich. Żylibyśmy jak we śnie. Nie spotkałem ludzi, którzy nie chcieliby lepszego życia, którzy nie nosiliby gdzieś w środku planów, że kiedyś to zmienią, że coś zrobią, że się za to wezmą. Jeżeli myślisz, że twoje wielkie marzenia, plany czy aspiracje wyróżniają cię spośród innych ludzi, masz chyba zbyt negatywną koncepcję człowieka. Nie różnią cię. Każdy chce żyć lepiej. Każdy przynajmniej raz próbuje. Gdyby tylko wszystko było tak, jak to sobie wyobrażamy …

Niedawno dostałem list od oburzonego czytelnika Efektu jojo, któremu bardzo nie podobało się, że naśmiewam się z tzw. prawa przyciągania (tzn. z twierdzenie, że nasze wyobrażenia i przekonania mają moc sprawczą). Jak to – napisał – przecież ja mam dowody, że to działa! Wyobraziłem sobie, że będę mieć same piątki na świadectwie i miałem pod koniec roku same piątki!

Byłem w kropce, gdy to przeczytałem. Chciałem mu odpisać:

Chłopcze, to miłe, że masz piątki na świadectwie. Ja rzadko miałem takie dobre świadectwo. Gdy przypominam sobie czasy, gdy jeszcze ktoś mi wystawiał oceny, nigdy posiadanie piątek nie było najważniejszą rzeczą. Owszem, to było miłe. Ale ten cel nie mieścił się nawet w pierwszej dziesiątce moich marzeń. Pamiętam, że najważniejsze było np. zostać aktorem i wystawić wspólnie z kolegą sztukę Becketa (ćwiczyliśmy do upadłego jedną ze sztuk ledwie rozumiejąc, o co chodzi); zdobyć dziewczynę, która mi się podoba (średnio wyszło, bo mojemu przyjacielowi również się podobała, w końcu obydwaj, po wielu dramatycznych zwrotach akcji daliśmy sobie z nią spokój); zagrać na gitarze kilka standardów jazzowych (bolały paluszki, oj bolały…); napisać powieść (coś tam napisałem, ale całe szczęście zgubiłem zeszyt); a nawet – to marzenie trwało bardzo długo – uciec z kolegą przez zieloną granicę i zacząć podróż wokół świata (niestety nie udało się, choć przygotowania były zaawansowane).

Zgodzisz się chyba, że oceny na świadectwie to pierdoła w porównaniu z rzeczami, które są naprawdę ważne. Spróbuj osiągnąć coś naprawdę ważnego i wtedy będziemy rozmawiać. Nie piszę książek dla ludzi, którzy mają tak głupie cele jak piątki na świadectwie czy znalezienie piórka na ulicy (to jeden z przykładów z książki o prawie przyciągania). Piszę dla ludzi, którzy mają jaja, by chcieć czegoś, co naprawdę się liczy, by chcieć czegoś, co wprowadza w życie istotną różnicę. Gdy odważysz się na to i naprawdę postanowisz po to sięgnąć, gdy przestaniesz próbować czy działa czy nie działa, być może zobaczysz coś dziwnego. Problem z twoim prawem przyciągania jest taki, że gdy go stosujesz na próbę – często ci się „sprawdza”. Wszystko się zmienia, gdy chcesz czegoś naprawdę istotnego.

Nie napisałem mu tego jednak. Dawno temu przyjąłem zasadę by nie mówić ludziom rzeczy, na które absolutnie nie są gotowi. Po co sprawiać przykrość? Niech będzie, że jestem, jak napisał, typowo polskim autorem, który tylko narzeka. Wiem, że któregoś dnia – mam nadzieję, niedługo – ten człowiek postawi przed sobą cel, który jest naprawdę warty zachodu. I nagle okaże się, że samo życzenie to zbyt mało. Okaże się, że Norman Vincet Peale i Napoleon Hill, ojcowie pozytywnego myślenia, którzy od kilkudziesięciu lat ciągle przekonują, że wystarczy mocno chcieć, nie mają racji. Nie wystarczy chcieć. Nie wystarczy pragnąć. Nie wystarczy marzyć.

Regułą jest to, że nic nie przebiega tak, jak to sobie wymarzymy czy wyobrazimy. Czasem zdarzają się wyjątki i zbiegi okoliczności. Ale tylko głupiec liczy na przepadek. Czy ten człowiek będzie miał odwagę przyznać, że się mylił? Tego nie wiem. Teraz, póki nie odniósł porażki nie da się przekonać. Zafundowałem mu małą porażkę – skasowałem jego maila bez odpowiedzi. Pewnie wyobrażał sobie, że odpiszę. Boję się jednak, że to zbyt mało by się obudził i zaczął walczyć o coś ważnego.
Zupełnie inne prawo

Zupełnie inne prawo

Sukces nie jest kwestią tego, czy dobrze sobie coś wyobrażę czy nie. Nie jest kwestią tego czy obraz jest dość żywy i zmysłowy, czy też, jak mocno w niego wierzę. To nie jest kwestia tego czy opowiem o tym komuś innemu czy nie. Oczywiście życzenie, pragnienie, wizualizacja to cenne rzeczy . Ale dopiero wtedy, gdy pogodzimy się z tym, że nie istnieje żadna droga na skróty. Że nasze wyobrażenia nie przyciągają żadnych metafizycznych, kwantowych czy jakichkolwiek innych sił, które mają za zadanie nam służyć. Wiara w sprawczą moc wyobrażeń jest cechą psychicznych słabeuszy. Jest efektem z jednej strony bezmyślności, bezwładności myślowej, dziecięcego myślenie magicznego i tendencji do podążania za stadem. Z drugiej natomiast strony, efektem cwaniactwa i sprawności marketingowej ludzi, którzy „przyciągają” bogactwo każąc sobie słono płacić za książki i występy.

Nie ma żadnych magicznych praw. Jeżeli jednak bardzo potrzebujesz jakiegoś prawa, mam coś dla ciebie. Aby brzmiało dość poważnie i naukowo sięgnę do fizyki. To prawo, sformułował najpierw Galileusz a później Newton. Brzmi ono (dla tych, którzy lubią zadać nieco szyku cytuję w oryginalne):

Corpus omne perseverare in statu suo… nisi quatenus illud a viribus impressis cogitur statum suum mutare.

To pierwsza zasada dynamiki, która mówi, że ciało pozostaje w swoim stanie dopóki przyłożone siły nie zmuszą go do zmiany. Jeżeli na podłodze mojego pokoju stoi paczka z książkami, nie przesunie się sama w róg pokoju. Będzie trwała w swoim stanie, póki się nie schylę i nie przyłożę do niej siły większej od jej oporu (bezwładności i tarcia). Bez siły nie ma zmiany. Bez siły corpus omne perseverare in statu suo – każde ciało pozostaje w swoim stanie. Pierwsza zasada dynamiki Newtona jest zasadą oporu i siły. Nie wiemy dlaczego obowiązuje, ale wiemy, że z dziwnych powodów jakakolwiek zmiana wymaga pokonania oporu. Tym, co pokonuje opór jest siła.

To prawo obowiązuje na wszystkich możliwych płaszczyznach. Jeżeli nie użyjesz siły, wszystko zostanie tak jak zwykle. Skąd bierze się siła? Z naszej energii wewnętrznej. Sama nazwa tego bloga jest obietnicą pojawienie się oporu. Po co by ci była energia, gdybyś nie musiał napotykać na opór? Im więcej chcesz osiągnąć, tym większy opór. Oporu nie pokonasz przez marzenie. Opór pokonuje siła. Aby coś zmienić, musisz działać totis viribus – ze wszystkich sił (zwróć uwagę, że słówko viribus – siły, to zarówno nasze siły, jak i siły fizyczne).

 

Marzenie nadaje kierunek i nic poza tym nie załatwia

Tak, marzenie też się liczy

To, że tylko przyłożona siła może pokonać tarcie i bezwładność, nie znaczy, że cel czy marzenie zupełnie się nie liczy. Trzeba wiedzieć, czego się chce, trzeba znać swoje potrzeby. Trzeba umieć zajrzeć do swojego środka. Często takie spojrzenie wymaga wiele wysiłku. Trzeba się przebić przez grube pokłady złudzeń i samooszukiwań.

Osobą, która jako jedna z pierwszych zaczęła o tym mówić był Freud. Kład ludzi na kozetce i ułatwiał im dotarcie do własnych potrzeb ukrytych pod wierzchnimi warstwami psychiki. Ponieważ najczęściej były to potrzeby seksualne, Freud doszedł do wniosku, że źródłem naszej energii jest pociąg płciowy, a źródłem problemów jest sposób, w jaki tłumimy w sobie tą energię.

Miał rację w tym, że chodzi o energię. Nie miał racji, że chodzi tylko o seks. Takie były czasy i z tym ludzie (albo przynajmniej ci, którzy przychodzili do Pana Zygmunta) mieli problemy. Dziś wiemy, że nasza wewnętrzna energia znacznie wykracza poza libido (pociąg płciowy).

Jest jednak jeszcze jedna kluczowa różnica. Freud i pierwsi psychoanalitycy pracowali w totalnie innych warunkach, nie tylko ze wzglądu na rodzaj ukrytych wewnątrz nas potrzeb.
To naprawdę było nieco inne czasy

Grzejniki w środku Afryki

Ludzie epoki wiktoriańskiej rzadko mieli kontakt ze swoim wnętrzem. Nie wiedzieli czego naprawdę pragną. Trudno im było przebić się przez własne skorupy ochronne. Gdy jednak udawało im się to wreszcie zrobić, gdy (jak mówią w żargonie psychoanalitycznym) osiągali wgląd, wiele w ich życiu się zmieniało (przynajmniej w przypadku niektórych z nich, bo od początku terapia Freuda nie była zbyt skuteczna). Obserwując ich z boku moglibyśmy pomyśleć, że przyczyną zmiany był właśnie wgląd – tzn. wyciągniecie na wierzch i wyklarowanie ukrytych wewnątrz pragnień. Miej odwagę pragnąć, a będziesz zdrowy – tak moglibyśmy to skwitować.

Trzeba jednak pamiętać o jednym. To byli zupełnie inni ludzie. Epoka wiktoriańska była epoką silnej woli – ustawicznego treningu, samodyscypliny i samokontroli. Oczywiście ten nacisk na samokontrolę prowadził często do parodii – schorzeń psychicznych, braku naturalności czy fałszu – tego wszystkiego za co nie lubimy czasów królowej Wiktorii. Nie mniej jednak, ci ludzie dysponowali na skutek wychowania w określonych warunkach innymi możliwościami niż my.

Niektórzy psychoanalitycy zaczęli sobie to uświadamiać już w latach pięćdziesiątych. Roy Baumester, w nowiutkiej książce Willpower: Rediscovering the Greatest Human Strength, tak relacjonuje poglądy jednego z nich:

Allen Wheelis i jego koledzy odkryli, że ludzie osiągali wglądy szybciej niż w czasach Freuda. Potem jednak terapia grzęzła i kończyła się porażką. Bez twardego charakteru z epoki wiktoriańskiej, ludzie nie mieli siły by wykorzystać wgląd i zmienić swoje życie.

Cały kierunek zwany pozytywnym myśleniem jest niczym innym niż formą psychoanalizy. Jest to jednak technika totalnie nietrafiona do naszych potrzeb. To tak, jakby ktoś chciał montować grzejniki w Afryce. Owszem grzejniki to ważna rzecz, przydają się gdy jest chłodno. Ale po co montować kaloryfery, gdy temperatura nigdy nie spada poniżej dwudziestu pięciu stopni?

Dziś po serii kolejnych generacji skupionych tylko na swoich potrzebach i na robieniu sobie dobrze, po wielkim, marketingowym praniu mózgu, mówiącym, że życie musi być lekkie, łatwe i przyjemne, to stare podejście staje się jeszcze bardziej nieaktualne.

Owszem, wiemy czego pragniemy. Łatwo nam odkryć czego nam w życiu potrzeba. To dobrze. Ale twój problem polega na tym, że nie masz siły by wdrożyć to w życie. Jesteś bezradny. Osiągnąłeś wgląd i czekasz by wszystko się zmieniło. Tymczasem świat stawia opór. Taka jest jego natura.

Znasz siebie znacznie lepiej niż twoi pradziadkowie i prababki. Znasz tysiąc razy więcej przyjemności niż oni. Wiesz, co ci w duszy gra. Ale co z tego, skoro nie znasz swoje siły? Co z tego, skoro nie umiesz jej użyć?. Zamiast się jej uczyć ćwiczysz się w czymś, w czym i tak jesteś aż zanadto dobry: w fantazjowaniu i rozbudzaniu pragnień.

Nie mówię, że ślepa, wiktoriańska siła była czymś mądrym. Była tak samo głupia (a może nawet bardziej) jak dzisiejsze dogadzanie sobie bez opamiętania.

Mądrość polega na po łączeniu tych dwóch rzeczy: odwagi do tego by mieć pragnienia i siły do tego by je realizować.

Gdyby nasze przedsięwzięcia przebiegały tak, jak sobie planujemy, żylibyśmy w bajkowym świecie. A ponieważ zawsze napotykamy opór, tylko ci żyją jak w bajce, którzy mają dość siły bo go pokonać.

Sorry, to nic osobistego, ale mam zamiar obić ci gębę... nazywam się Opór. Twój Opór..

Doceń przeciwnika

Opór to poważny przeciwnik. Jeżeli chcesz go pokonać, zacznij od tego by nabrać przed nim respektu. Nie ma lepszego prezentu dla przeciwnika niż jego niedocenianie.

- E… taki przeciwnik… jednym palcem go pokonam, nie ma co się przejmować – mówi do siebie piłkarz albo bokser i zbiera cięgi. Przeciwnik nie został doceniony. Okazał się silniejszy. To najgłupszy rodzaj przegranej. Taki rodzaj klęski, który nie wzbudza współczucia. Jeżeli aż tak jesteś pyszny, jeżeli aż tak wierzysz w swoją wielkość i szczęśliwą gwiazdę – należy ci się przegrana. Ci, którzy odnoszą sukcesy nigdy nie pozwalają sobie na to by nie doceniać przeciwnika. Są na to zbyt mądrzy.

A co powiedzieć o kimś, kto jest przekonany, że w ogóle nie ma żadnego przeciwnika? Mam swoje marzenie i ono jakoś się zrealizuje. Nic nie stanie na przeszkodzie. Po prostu będzie tak jak chcę, wystarczy, że uwierzę.

To bardzo, bardzo na rękę dla Oporu. Pan Opór się cieszy. Im łatwiejszych sukcesów oczekujesz, tym łatwiej pokonają cię choćby niewielkie trudności. Im mniejszej ilości problemów się spodziewasz, tym mniejszy problem cię wytrąci z równowagi.

Lepiej przyjmij z góry, że po drodze spotkają cię trudności. Że wiele razy okaże się, że wszystko i wszyscy są przeciw tobie. Że nie będziesz mieć siły. Że będziesz mieć ochotę się wycofać. Że będziesz mieć ochotę machnąć na to wszystko ręką. Że zaczną ci wpadać do głowy inne pomysły na to czym by się zająć. Że raz po raz będziesz kuszony, często ponad swoje siły.

Zamiast fantazjować o świecie pozbawionym oporu, w którym marzenia realizują się tylko dzięki temu, że mocno chcesz, załóż z góry, że będziesz musiał się zmierzyć z bardzo mocnym przeciwnikiem. Owszem, ciesz się początkową energią, motywacją i radością. Jeżeli je czujesz, nie psuj ich, ale pamiętaj, że ścieżka nie zawsze będzie wiodła w słońcu.

Przygotuj się na to, bo najgorszym sposobem korzystania z siły jest dziwienie się, że nie jest tak jak chciałeś. Zamiast użyć swojej siły do tego by przebić się na drugą strony, marnujemy ją na trwanie w szoku, że przeszkody są tak wielkie.

- O nie, jak tak można, to niesprawiedliwe, dlaczego mi się to przydarza, dlaczego jestem tak poszkodowany, dlaczego inni maja łatwiej – nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele energii ulatnia się podczas narzekania na coś, co jest oczywiste i naturalne. Człowieku, wyobrażasz sobie, że mistrzem świata zostaje się wychodząc na pusty ring? Bądź pewny, że gdy wyjdziesz na ten ring, znajdzie się tam ktoś, kto obije ci twarz. Jeżeli uważasz, że to niesprawiedliwe, może lepiej nie wychodź na środek.

Samo zdziwienie przeciwnościami i protesty można by było jeszcze jakoś znieść. Najbardziej energochłonne jest udawanie, że nic się nie dzieje. Leją cię po gębie, a ty uśmiechasz się i mówisz: hm.. jaki miły wiatr… to chwilowe problemy, nic wielkiego, będzie lepiej…

Tak, tak, oczywiście, że chwilowe. Zaraz padniesz na deski i tyle z ciebie zostanie. Znam człowieka, który miał salon kosmetyczny. W biznesplanie wszystko było super. Człowiek był optymistą. Niestety klienci widocznie nie czytali biznesplanu, bo się nie zastosowali. Optymista był ciągle dobrej myśli. Będzie lepiej! To tylko lekki przeciwny wiaterek. Bach, bach, bach… nokaut. Nawet nie trzeba było liczyć.

Czy wiesz jak mocnym przeciwnikiem jest opór, z którym przyjdzie ci się zmierzyć? Tak mocnym, że nie raz będzie ci się wydawało, że nie dasz rady. Nawet, gdy będziesz walczył z pełnym zaangażowaniem, co rusz znajdziesz się na deskach. Pozbawiony sił, pełny smutku, poczucia samotności, oszołomiony, czujący się jak w więzieniu…

Ale gdy znajdziesz się w takim momencie pamiętaj proszę o czymś, co napisał Steven Pressfield w książce o oporze (The War Of Art: Winning the Inner Creative Battle) :

Pokonywanie oporu jest jak rodzenie. Wydaje się absolutnie niemożliwe, dopóki nie przypomnisz sobie, że kobiety robią to z pomocą lub bez od pięćdziesięciu milionów lat.

Tak, opór jest możliwy do pokonania. I tobie też to się uda. Nie trać czasu na rozpaczanie, zaprzeczanie czy fantazjowanie. Użyj wszystkich swoich sił, by przebić się wprost na drugą stroną. Totis viribus.

Ubrudzić sobie ręce działaniem

Ubrudzić sobie ręce działaniem

Opublikowano 15 grudnia 2009 | By | Kategorie: psychologia działania | 11 komentarzy

Dlaczego nic nie robimy?

Wiele osób doskonale wie, co dla nich jest najważniejsze. Nie muszą wykonywać żadnych ćwiczeń by opracować swój zestaw wartości. Od razu potrafią powiedzieć, co jest ich marzeniem i czego więcej by chcieli.

Ale ta wiedza nic nie zmienia. Nie podejmują żadnych działań, które by ich przybliżały do marzeń. Może to wynikać z kilku powodów.

Mogą nie działać, bo:

  • dali się opanować gnuśnej wizji świata,
  • działanie myli się im z mówieniem i myśleniem,
  • wolą nie ryzykować strat,
  • wolą zajmować się sobą samym – przygotowywać i doskonalić – niż światem.

Tych powodów może być więcej. Te nam wystarczą by odkryć, że działanie to nie jest dopust boży, ale ścieżka wyzwolenia.

Złudzenie „wystarczy marzyć”

Tzw. prawo przyciągania stało się popularne, bo zawarta jest w nim obietnica, że nie trzeba podejmować żadnych działań. Wystarczy mieć marzenie, dokładnie je sobie wyobrazić, a wszystko samo do nas przyjdzie. Wszechświat, pole kwantowe, Bóg – czy jakkolwiek to nazywają – samo przybliży twoje marzenie.

W filozofii hinduskiej dzieli się ludzi na kilka grup, w zależności od tego, przez jaki pierwiastek opanowany jest ich umysł. Najgorszy typ, to ci, którzy są opanowani przez tamas. Umysł zdominowany przez tamas jest leniwy, gnuśny, opieszały i roszczeniowy. Tego typu umysł jest:

…spowity w ciemność, niesłuszność uznaje za słuszność i wszystkie sprawy widzi na odwrót (Bhagavadgita)

Dla takich osób czekanie, aż wszystko samo przyjdzie, jest objawem mądrości.

Ciekawe, że ludzie często powołują się na hinduizm, który ponoć od dawna mówił o manifestowaniu marzeń. Przypomniałem sobie ostatnio Bhagawadgitę, którą studiowałem wiele lat temu podczas zajęć z Filozofii na UJ. To jedno wielkie przekonywaniem do działania. Na samym końcu jej bohater, Ardżuna, składa zapewnienie Krisznie:

Dźwignąłem się wolny od wahań.
Wprowadzę w czyn twoje słowa.

Pułapka słów (umiem tylko mówić)

Zdarzyło mi się rozmawiać z człowiekiem, który przeczytał od deski do deski moją książkę „Energia wewnętrzna”. To duży materiał i powiem szczerze nie sądzę, że sam bym wszystko przeczytał, gdybym nie był autorem. Ta osoba przeczytała uważnie wszystko. Była w stanie dyskutować na każdy poruszany tam temat. Wydawałoby się, że to idealny czytelnik. Niestety. Jedyne, co zyskał to słowa.

Gdy rozmawiałem z nim, miałem taką wizję: człowiek siedzi na środku torów kolejowych, z oddali widać nadjeżdżającą lokomotywę. Mówię mu:

- Zejdź z torów, bo to niebezpieczne!

- Masz rację, w zupełności się zgadzam. To bardzo niebezpieczne – i siedzi dalej.

- Dobrze, że się zgadzasz, ale teraz wstań i idź, bo lokomotywa się zbliża!

- Tak, tak. Tak właśnie trzeba zrobić!

- Nie gadaj człowieku, tylko to zrób!

- Tak, to bez sensu siedzieć i gadać. Trzeba w takiej sytuacji wstać i iść.

- Ale ty ciągle siedzisz i nic nie robisz! Zrób coś!

- Tak, masz rację, to trafna obserwacja, to bez sensu tak siedzieć – odpowiada ciągle nic nie robiąc.

Cokolwiek takiej osobie nie powiesz, jedyne co zrobi to odpowie: potwierdzi, wyrazi zrozumienie, doceni radę. Ale nic nie zrobi. Umie reagować tylko werbalnie. Jej wiedza (często bardzo cenna) jest jakoś dziwnie odseparowana od ciała.

Znacznie bardziej bym wolał, by ta osoba przeczytała jedną stronę i coś zrobiła. Wprowadziła w życie to, czego się dowiedziała.

Wszystko można analizować, dyskutować i werbalizować. Czasem jednak od tych analiz zostaje z nas jedna wielka, gadająca głowa z mikroskopijnymi rączkami i nóżkami.

Unikanie ryzyka

Gdy określisz swoje wartości najczęściej okaże się, że łączą się one z trudnymi działaniami. Gdyby tak nie było, dawno byś pewnie zrobił wszystko, co potrzeba.

Podejmując jakiekolwiek działanie ryzykujesz. Jeżeli np. twoją wartością jest miłość, robiąc coś dla niej ryzykujesz, że zostaniesz dotkliwie zraniony. Jeżeli twoją wartością jest twórczość, poświęcając się jej ryzykujesz krytykę. Gdy wartością jest bycie częścią grupy, ryzyko wiąże się z odrzuceniem. Jeżeli wartością jest sława, ryzykujesz wyśmianie.

Czasem ludzie wolą nie podejmować ryzyka. Lepiej im tęsknić z niespełnienia, niż ryzykować przegraną. Lepiej wiecznie marzyć o miłości niż ryzykować zranienie. Lepiej wiecznie fantazjować o twórczości niż ryzykować porażkę. Lepiej stać całe życie z boku, niż zaryzykować odrzucenie. Lepiej wzdychać do sławy niż narazić się na drwiny.

Gdy robisz choćby mały krok w stronę tego, co naprawdę cenisz, najczęściej dostajesz po uszach.

Gdy człowiek stoi z boku, łatwo mu udawać przed sobą i innymi, że wcale nie o to mu chodziło.

Każde działanie brudzi ręce. Nie jest już po nim tak łatwo się schować przed sobą. I choćby dlatego warto działać.

Przygotowywanie się

Człowiek ma tak wiele w sobie do przepracowania. Tak wiele niezrozumiałych przeżyć, snów, wspomnień, i obrazów…. Tak wiele zamętu i zagubienia.

Zrozumieć, przepracować, wyklarować, jakoś to wszystko ułożyć i połączyć. Wreszcie wszystko pojąć. Przeniknąć własne tajemnice. Dowiedzieć się jak i dlaczego.

Tęsknimy za klarownością. Przygotowujemy się, czytamy książki, medytujemy nad sobą. Wierzymy, że warto. Że gdy będziemy mieli jasną głowę, wszystko stanie się łatwe. Jeszcze tylko jedna książka, jeden artykuł, jedno spotkanie, jedna technika i uda nam się to wszystko uchwycić.

Ile czasu trzeba by osiągnąć ten stan? Czy wystarczy sesja u dobrego terapeuty? Czy wystarczą kilkudniowe warsztaty?

Nie, zbyt mało.

A może kilkadziesiąt sesji?

Ciągle za mało.

Całe życie?

Też mało.

Nie wystarczyłoby nawet kilka żyć.

To jest pułapka, do której prowadzi wiele systemów psychologicznych. Im bardziej obracasz się wokół swojego ogona, tym trudniej ci przestać to robić. Im częściej wsadzasz rękę do sadzawki, tym bardziej mętna woda.

Klarowności umysłu nie osiąga się poprzez wieczne potrząsanie nim.

To podstawowy błąd, którym skażonych jest większość współczesnych systemów rozwoju: brak umiaru w zajmowaniu się sobą.

Nie ma nic złego w zajmowaniu się sobą. I chrześcijaństwo i judaizm i buddyzm, zachęcają do tego by przyjrzeć się sobie. Ale każdy z tych systemów (w każdym razie ich pierwotne, zdrowe wersje) zalecają w tym duży umiar.

Szybko przychodzi chwila, w której człowiek słyszy: Przestań zajmować się sobą. Nie o ciebie w tym wszystkim chodzi. Nie ty jesteś w tym wszystkim najważniejszy.

Nie możesz bez końca doskonalić siebie, słuchać samego siebie i rozwijać siebie. Choćbyś to robił z nie wiadomo, jakimi intencjami.

Mam wrażenie, że dziś wielu ludzi jest mistrzami, jeżeli chodzi o pracę nad sobą. Wiemy dużo na temat tego jak analizować swoje emocje, myśli i sny. Potrafimy zastosować techniki zaczerpnięte od psychologów i mistrzów rozwoju.

To wszystko jednak nie przynosi nam upragnionego spokoju. Im więcej czytamy, im więcej się staramy, im więcej odbywamy sesji, tym większy czujemy zamęt.

Nic dziwnego. Im mocniej grzebiesz w sadzawce, tym bardziej wzburzona i mętna woda.

Gitarę przed koncertem się stroi. Ale strojenie trwa krótką chwilę. Potem gitara staje się tylko narzędziem, którego racją bytu jest utwór. Dobra gitara to taka, o której muzyk nie musi myśleć. Co by było, gdyby muzyk przez czas koncertu jedynie stroił gitarę i demonstrował jej możliwości?

Rabbi Bunam z Przysuchy, pewnego razu chcąc uczcić jakiegoś człowieka, poprosił go, by zadął w róg w swojej bożnicy. Ten, czując się doceniony zaczął długie przygotowania by dostroić swoją duszę do tego, co miał zrobić. Bunam, widząc to, krzyknął:

- Głupcze, dmij!

Głupcze, zacznij grać. Zacznij działać, zamiast po raz kolejny przeprowadzać analizę i dostrajać się.

Nie potrzebujesz kolejnej psychologii, kolejnych analiz i technik samorozwoju. Nie potrzebujesz kolejnego dostrajanie się. Potrzebujesz wreszcie przestać zajmować się sobą i skupić swoją uwagę na świecie wokół.

Zacznij działać taki, jaki jesteś. Zacznij działać z tego miejsca, w którym jesteś. Z tym, co masz. Z takim zamętem, jaki masz w sobie. Zostaw to. Nie dostrajaj się, nie przygotowuj, nie wprowadzaj w nastrój.

Zacznij grać swój koncert, choćbyś nie wiem jak czuł się rozstrojony. Bez obawy, tym różnimy się od gitar, że gdy skupimy się na utworze, mimochodem łapiemy strój.

Jak pisał Shōma Morita:

Machnij ręką na siebie. Zacznij działać teraz, gdy jesteś neurotyczny, niedoskonały, wiecznie zwlekający, leniwy, niezdrowy czy też jakiejkolwiek innej niecelnej etykiety w odniesieniu do siebie używasz. Idź naprzód i bądź najlepszą niedoskonałą osobą, jaką możesz być i zabierz się za rzeczy, jakich chcesz dokonać, zanim umrzesz.

Oczywiście wszystko wymaga umiaru. Nie chodzi o to, byś nigdy, przenigdy nie myślał, co tym, co czujesz ani nie dociekał, co się w tobie dzieje.

Ale szczególnie wtedy, gdy czujesz, że coś jest z tobą nie tak, że nie potrafisz dojść z sobą do ładu, że brakuje ci klarowności – zacznij działać. Wstań i zrób choćby kilka najprostszych kroków, na jakie cię stać.

Dzięki Bogu, nikt mi nie da na tacy, tego, o czym marzę

Całe szczęścia, że nasze marzenia nie realizują się bez naszego udziału.

Wyobraź sobie, że jesteś w górach i wyjeżdżasz kolejką na szczyt góry. Masz narty, świeci słońce a przed tobą wspaniałe zbocze. Już masz zamiar ruszyć w dół, ale spotykasz znajomego. Pyta:

- Gdzie jedziesz?

- Tam na dół. Umówiłem się w karczmie u podnóża na grzane piwo.

Twój znajomy macha ręką i za sekundę pojawia się nad tobą śmigłowiec. Zaszokowany nawet nie zdążyłeś stawić oporu, gdy po chwili wysadzają cię przed karczmą. Pilot widząc twoją zdziwioną minę pyta:

- Czy coś nie tak? Zdaje się, że tutaj pan chciał się znaleźć.

Niby tak, ale przecież najfajniejsza w tym wszystkim miała być droga. Prawo przyciągania to taki helikopter, który cię przenosi tam, gdzie chcesz być, nie angażując do tego twoich mięśni, emocji, myśli czy ogólnie wysiłku. Całe szczęście to jedynie nasza gnuśna fantazja na temat świata. Droga do marzeń jest tak samo ważna jak cel. Gdybyś dostał to, o czym marzysz bez żadnego wysiłku, to nie byłoby to samo.

Czasem, gdy człowiek stoi na górze, może mu się wydawać, że helikopter byłby najlepszym rozwiązaniem. Przecież mogę się połamać, zabić, rozbolą mnie mięśnie, ludzie będą się ze mnie śmiali. Proszę zabierzcie mnie stąd! Czy jest tu jakiś helikopter? Ale ponieważ helikoptera nie ma, możesz albo stać na szczycie i narzekać, albo puścić się w dół ryzykując wszystkie nieszczęścia, jakie mogą ci się pojawić po drodze.

Gdy człowiek już się przełamie okazuje się, że droga była równie wspaniała jak cel. Oczywiście ryzyko zawsze jest prawdziwe. Zawsze możesz się znaleźć w gipsie. Ale to nie zmienia faktu, że działając zawsze dostajesz coś bardzo cennego.

Jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie mogą nam się przydarzyć, jest to, że możemy działać dążąc do swoich celów. Nie twierdzę, że jest to zawsze łatwe i przyjemne. Ale bez działania bylibyśmy znacznie bardziej ubodzy.

Działanie nas oczyszcza. Gdy działasz musisz skupić się na zadaniu i świecie. Gdy pędzisz zboczem rozpływasz się w tym, co robisz. Jesteś jednym ze światem.

Abraham Joshua Heschel pisze:

Nie możemy zanurzać się w drobiazgową analizę własnego „ja”. I nie wolno nam skupiać się na problemie egocentryczności. Drogą do oczyszczenia „ja” jest unikanie rozmyślania nad nim i skoncentrowanie się na zadaniu, które mamy do spełnienia.

Działanie jest warunkiem szczęścia

Bez działania nie jesteśmy w stanie być szczęśliwi.

Kierkegaard powiedział, że drzwi do szczęścia otwierają się na zewnątrz. Gdy ktoś usiłuje się do niego wedrzeć, przed tym się zamykają. Dopiero, gdy zajmiesz się tym, co masz do zrobienia, gdy skupisz swoją uwagę na celu, szczęście nieśmiało uchyli drzwi i wyjdzie do ciebie.

Ze szczęściem jest jak ze snem. Frankl pisze:

Sen nie przychodzi do tego, kto go zbytnio pragnie, bo tym samym wypłasza go. Dlatego sen słusznie porównywano do gołębia, który, gdy zachowujemy się spokojnie siada na ręce, ale odlatuje, gdy usiłujemy go pochwycić.

Zamiast włamywać się do szczęścia, zadowolenia, przyjemności czy klarowności, ustal cel i zacznij działać.

To może być mały cel. Nic szczególnego. Żadna rewolucyjna zmiana. Ale niech to będzie coś, co wiąże się z najcenniejszymi dla ciebie wartościami.

Pomyśl, co dzisiaj możesz zrobić.

Wybierz coś realnego. Coś, co da się osiągnąć w takich warunkach, w jakich jesteś. Z tym, czym dysponujesz. Jeżeli chcesz możesz wybrać coś rewolucyjnego, ale znacznie lepiej zrobi, gdy na początek wybierzesz coś małego i prostego.

Znajdź jakiś łatwy, prosty cel i go osiągnij. Jeżeli twoją wartością jest powiedzmy twórczość i chcesz coś napisać, usiądź i pisz przez dziesięć minut. Jeżeli chcesz zmienić pracę, możesz np. przez dziesięć minut popracować nad swoim cv. Jeżeli chcesz poprawić kondycję, idź na dziesięcio minutowy spacer.

Jeżeli dziesięć minut to zbyt dużo – rób coś przez minutę.

Rób to jutro i przez kolejne dni. Być może, zbyt wiele to ci nie da. Ale ten choćby jeden prosty krok sprawi, że coś zacznie się w tobie dziać.

Zanurkować w deszcz

Zanurkować w deszcz

Opublikowano 26 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Od pewnego czasu w wolnych chwilach czytam książkę napisaną w 1928 roku przez japońskiego psychiatrę Shōma Morita. Najczęściej czytam ją porcjami dziesięciominutowymi, ale to wystarczy by mieć wiele do myślenia. Ostatnio przeczytałem historię wyleczenie pewnej pacjentki.

Pacjentka z atakami palpitacji

Kobieta od kilku lat cierpiała na ataki bólu i palpitacje serca. W trakcie ataków nie mogła położyć się na łóżku, ale ze względu na ból musiała siedzieć podparta. Ataki zawsze powtarzały się codziennie przez kilka dni.

Podczas badań okazało się, że kobieta jest zdrowa od strony fizycznej – ma zdrowe serce i nie cierpi na schorzenia, które mogłyby wywoływać ból.

Podczas pierwszej rozmowy pacjentka powiedziała, że tej nocy ból na pewno się pojawi, bo poprzedniej miała pierwszy atak. Morita relacjonuje:

Poprosiłem ją, by wieczorem przyjęła w łóżku poziomą pozycję (taką, w której atak jest najbardziej prawdopodobny) i postarała się samodzielnie wywołać ból. Poprosiłem ją, by uważnie obserwowała, od samego początku cały przebieg ataku. Obiecałem, że jeżeli to zrobi, nauczę ją zapobiegać atakom w przyszłości. Zapewniłem ją, że nawet, gdyby miała odczuwać ból przez całą noc, warto wytrzymać by w perspektywie na stałe pozbyć się dolegliwości. Klientka obiecała, że tak postąpi.

Podczas następnej wizyty, opowiedziała, że próbowała zrobić tak, jak jej poleciłem, ale nie była w stanie wywołać ataku. Zasnęła w przeciągu pięciu minut i nie obudziła się aż do rana. Gdy zapytałem ją czy myśli, że ataki powrócą, odpowiedziała, że jest przekonana, że nie, gdyż jest od nich uwolniona, mimo, że nie potrafi powiedzieć dlaczego. Wyjaśniłem jej, że to taitoku [termin zen oznaczający wiedzę pochodzącą z bezpośredniego doświadczenia, będącą przeciwieństwem rikai – wiedzy pochodzącej z intelektu]. Ta wiedza nie jest ani teorią ani ideologią.

Gdy zaakceptowała moją instrukcję, stała się zdeterminowana do tego by cierpieć przez całą noc i zanurkować w tym, co ją przeraża. Przestała obawiać się ataku, który ma nastąpić i przestała zajmować się kwestią uniknięcia go. To był powód, dla którego atak nie nastąpił. Poprzednio, gdy spodziewała się ataku, chciała go uniknąć, to wywoływało konflikt mentalny, który powiększał cierpienie i lęk.

Bez potrzeby unikania bólu

Czytając ten opis uświadomiłem sobie, że dokładnie ten sam proces był podstawą mojego małego sukcesu związanego z prawem jazdy (pisałem o nim tutaj). Poprzednio ile razy chciałem zdać egzamin, bałem się związanego z tym bólu. Bałem się:

  • wstydu, że nie zdam,
  • zażenowania (taki stary, a jeszcze nie ma prawa jazdy),
  • rozczarowania (własnego i innych ludzi)
  • etykietki mało zdolnego, itp.

To wszystko było na tyle nieprzyjemne, że moja energia się rozpraszała. Z jednej strony starałem się skupić na nauce i zadawaniu, z drugiej zminimalizować nieprzyjemności. W efekcie byłem jak ktoś, kto chce dojść do domu, ale zamiast tego przeskakuje od okapu do okapu, bo zaczął padać deszcz a on nie ma parasola.

Fragment osiemnastowiecznej, księgi samurajów Hagakure cytowałem już w „Energii wewnętrznej”:

Jest coś, czego możesz się nauczyć podczas burzy. Gdy dopadnie cię nagła ulewa, nie próbuj się przed nią schować, ale szybko pobiegnij drogą. Przechodzenie od okapu do okapu nie uchroni cię od wody. Gdy jesteś zdeterminowany od samego początku, nie pogubisz się, mimo, że przemokniesz.

Gdy nasza uwaga jest rozproszona miedzy unikaniem deszczu a szybkim dotarcie do celu, zazwyczaj grzęźniemy gdzieś po drodze. Stajemy się pogubieni, nie dość klarowni.

Cel – gdzie biegnę?

Gdy toczą się sprawy życia i śmierci nikt nie bawi się w unikanie deszczu. Nie muszą to być dosłownie sprawy życia i śmierci. Wystarczy, że są to np. kwestie finansowe. Ile osób jest w stanie solidnie zmoknąć, byle im dobrze zapłacili? Ale mogą to być także sprawy innych ludzi.

Dla mnie dużą siłą jest uświadomienie sobie ceny, jaką inni zapłacą za moje zaniedbania. Ja sam wszystko jeszcze jakoś zniosę, ale dlaczego inni mają płacić za moje lenistwo?

Dla wielu z nas taka zewnętrzna motywacja jest bardzo silna. Znacznie silniejsza niż np. oczekiwanie, że będę się dobrze bawić lub będę bardziej doskonały.

Cel, który nie dotyczy nas samych ma w sobie siłę, która uodparnia nas na niewygody. Gdy jedyne, na czym mi zależy jest moje samopoczucie, dobra zabawa czy doskonałość, staję się nadmiernie wrażliwy na przeszkody. Mdleję przed byle pogorszeniem warunków.

Gdy dążę, do czegoś poza mną, kwestie samopoczucia przestają być tak ważne. Staję się znacznie mniej delikatny.

Moje wewnętrzne niedogodności przestają być ważne, gdy widzę siebie jako człowieka działającego w świecie i przekształcającego ten świat.

Nie chodzi o to by być twardym

Wiele osób zna nieco podobną strategię. To stary, żołnierski sposób „na twardziela”: gdy idziesz w bój, przygotuj się na śmierć. Gdy np. boisz się wystąpienia publicznego wyobraź sobie, co najgorszego może cię spotkać. Zobacz jak cię wyśmiewają i krytykują. Albo, gdy wstydzisz się podejść do nieznanej osoby, pomyśl, co najgorszego może się stać. Wyśmieje cię? Wezwie policję?

Czasem zdarza mi się mieć ciężki czas podczas pisania. Siedzę i trudno mi wydusić z siebie coś sensownego. Piszę i od razy kasuję. Boję się, że nie napiszę nic sensownego i nikt nie znajdzie w tym nic przydatnego. Co zrobić? Zgodnie z tą metodą, powinienem wyobrazić sobie niezadowolonych czytelników. Fajnie, tylko, że gdy to widzę, wcale nie chce mi się pisać. Po co mam to robić? Jakim cudem mam mieć ochotę pisać dla ludzi, którzy tego nie potrzebują?

Nie jestem masochistą. Nie muszę pisać. Nie muszę występować publicznie. Nie należę do tych, którzy robią coś, bo ktoś im kazał. Nie chodzę już do szkoły. Nie mam nad sobą szefa. Jak coś mi się nie podoba, nie robię tego.

Ciekaw jestem czy ktokolwiek zastosował sposób „na twardziela” więcej niż trzy razy. Za pierwszym razem może być skuteczny na zasadzie autosugestii. Za trzecim, siła sugestii maleje i okazuje się, że gdy wyobrażam sobie swoje porażki jest jeszcze gorzej. Jestem przekonany, że ktoś, kto poleca tą metodę, sam nie próbował je używać.

Morita wcale nie przekonywał klientki o tym, że w życiu trzeba być twardym. Słowem nie, że musi być gotowa do tego by znosić ból. Zamiast tego dał jej cel. Cel w świetle, którego ból stał się mało ważny. Ciągle dokuczliwy, ciągle nieprzyjemny i nie chciany, ale mało ważny.

Twardziel, to ktoś, kto szuka trudności dla samej trudności. To ktoś, kto wybiega na deszcz by udowodnić (często także sobie), że się go nie boi. To nie jest ani postawa samuraja, ani mądrego człowieka. Nie chodzi o to, by być mokrym. Jak nie musisz nie wychodź na deszcz. A jak musisz wyjść i masz przy sobie parasol, to wyciąg go zanim wyjdziesz. Jeżeli możesz uniknąć deszczu – uniknij.

Nigdy jednak nie trać czasu na szukanie parasola, gdy masz coś ważnego do załatwienia. Nie pozwól by krople deszczu ci przeszkodziły.

Skoro i tak zmokniesz, jaki ma sens chowanie się przed deszczem?

Skoro i tak będziesz cierpieć, jaki ma sens chowanie się przed cierpieniem? Lepiej cierpieć z sensem, idąc do przodu niż bez sensu, usiłując wszystko wygodnie ułożyć.

Lepiej czuć ból biegnąc z determinacją do przodu, mając świadomość, że robisz coś ważnego, niż czuć ból będąc schowanym pod okapem.

Znosić z odwagą codzienne cierpienie, które jest konieczne – to jest mądrość.

Rozejrzyj się wokół

Ktoś może powiedzieć, odróżnić cierpienie, które warto znosić, od tego, które nie warto, jest bardzo trudno. Tak, trudne dla naszego intelektu. Ale gdy masz przed sobą ważny cel i nie oszukujesz siebie samego, dobrze wiesz, co musisz znieść, a co nie.

Gdy ciągle masz wątpliwości, to znak, że jeszcze usiłujesz dopasować siebie samego do papierowych fantazji. Że ciągle starasz się stosować do jakichś ideałów.

By wyjść z tego błędnego koła, rozejrzyj się wokół siebie. Choćby na chwilę zobacz, co się dzieje wokół ciebie.

Przestań ciągle szukać odpowiedzi na pytanie o to jak się dziś czujesz, dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa i jak możesz zmienić swoje życie. Zamiast tego pomyśl, co się dzieje w ludziach, którzy cię otaczają. Co czują? Czego się boją? Z czego się cieszą?

Przestań przygotowywać się do życia, bo ten deszcz zawsze będzie padał. Nigdy nie przyjdzie odpowiedni moment.

Przestań przygotowywać się na śmierć, bo to ciągle jest szukanie własnej wygody i skupianie na sobie. Nie ma w tym nic szlachetnego. Zamiast tego otwórz oczy i rozejrzyj się wokół.

Kiedyś rozmawiałem z trenerką, która przed szkoleniem była bardzo przejęta tym, jak wypadnie. Była tak skupiona na tym, że drżały jej ręce i łamał się głos. Im bardziej starała się zapanować nad sobą, tym było z nią gorzej. Zaczęła się mi żalić na to, co przechodzi.

Zapytałem ją czy ma pojęcie, jak się czują uczestnicy szkolenia. Czy mogłaby wymienić przynajmniej trzy rzeczy, których się boją? Okazało się, że wspólnie możemy znaleźć znacznie więcej obaw. Boją się, że szkolenie będzie stratą czasu, że nie zrozumieją, o co chodzi, że okażą się niepojętni, że po powrocie ze szkolenia przełożony powie im, że nie rokują nadziei, że prowadzący wytknie im niewiedzę.

Gdy dotarło do niej, że istnieje jeszcze świat poza jej własnym, że inni ludzie w tej samej sytuacji mogą mieć równie ciężko, nie czekając na początek zajęć poszła wśród ludzi i zaczęła z nimi rozmawiać. Zamiast dogadzać sobie, poczuła, że jest potrzebna innym.

Kiedyś słyszałem taką historię:

Młody chirurg ma po raz pierwszy dyżur na oddziale nagłych przypadków. Przywożą mu okropnie poparzonego pacjenta. Chirurg chce mu pomóc, ale czuje tremę. Pierwszy raz tak wiele od niego zależy. Nie wie, czy uda mu się wszystko bezbłędnie zrobić. Przed zabiegiem dzwoni do przyjaciela i zwierza się, że jest strasznie spięty i nie czuje się najlepiej w tej sytuacji.

- Nie czujesz się najlepiej? – mówi przyjaciel – pomyśl jak czuje się ten człowiek!

Młodemu chirurgowi robi się głupio. Zobaczył, że jest skupiony na rzeczy najmniej ważnej. Zamiast myśleć o sobie, skupia się na pacjencie i robi wszystko, co może.

Gdy się boisz nie dbaj o to, co się z tobą dzieje. Nie szukaj ulgi. Nie staraj się być bardziej dojrzałym, bardziej akceptującym czy bardziej twardym.

Boisz się? To dlatego, że ciągle skupiasz uwagę na sobie. Myślisz, że świat wokół ciebie jest mniej ciekawy? Że i tak nie uda ci się utrzymać na nim uwagi? Spróbuj. Otwórz oczy i przyjrzyj się temu, co cię otacza. Popatrz na miejsce w którym jesteś. Przyjrzyj się ludziom, jacy cię otaczają. Zobacz czego potrzebują i czym żyją? Sam ocenisz, czy chcesz wrócić do ciągłego wpatrywania się w lustro.

Założę się, że szybko sobie uświadomisz co ważnego masz do zrobienia na świecie. Gdy tylko sobie to uświadomisz, natychmiast zacznij biec do przodu. Nie czekaj aż przestanie padać deszcz. Zanurkuj w nim, choćby był największy.

I tak go nie unikniesz. A tak, przynajmniej się nie pogubisz.

Liczy się świat, a nie twoje niedoskonałości

Po chwili biegu, złapiesz się na tym, że znów lecisz pod okap. Nie rób z tego afery. No cóż, nie jesteś doskonały. Nazywaj się jak chcesz. Głupi, leniwy, spięty, niegodny, niedojrzały…

To tylko mało ważne etykiety. Tak, ciągle jeszcze bardziej skupiasz się na sobie a nie na świecie. Ale to nie jest takie ważne. Po prostu wróć do swojego biegu. On liczy się bardziej niż twoja doskonałość.

Wzbudzanie uczuć

Wzbudzanie uczuć

Opublikowano 23 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 8 komentarzy

Opisywałem poprzednio moje nieskuteczne próby wzbudzania w sobie uczucia przyzwolenia. Próbowałem w ten sposób zastosować się do zaleceń popularnej psychologii.

Zgodnie z nimi odpowiednie ustawienie swoich emocji gwarantuje osiągniecie sukcesu. Zalecenie jest proste: poczuj odpowiednie uczucie, a reszta sama przyjdzie. Co rusz można spotkać wskazówki:

  • poczuj pewność siebie,
  • poczuj miłość,
  • poczuj przyzwolenie,
  • poczuj akceptację,
  • przestań rozczulać się nad sobą

To trochę przypomina mi lekcje religii. Wzbudź w sobie żal za grzechy, obrzydzenie do złego i pragnienie poprawy. Z okazji świąt wzbudź w sobie radość. Sory, albo żałuję, albo nie. Zawsze mnie wkurzało udawanie. Bóg jest dla mnie Kimś zbyt ważnym by mu serwować przekrzywioną na bok główkę i piąstkę klepiącą okolice biustu.

Emocje się przydarzają

To, że znasz jakiś stan psychiczny, nie znaczy, że możesz go celowo, wysiłkiem woli wywołać.

Weźmy kwestię zapominania. Każdy doskonale wie, na czym polega. Co rusz zapominamy o rzeczach mniej lub bardziej ważnych. Spróbuj jednak zapomnieć o czymś celowo, np. o jakimś przykrym wydarzeniu. Im bardziej się starasz, tym lepiej pamiętasz. Nie można zmusić się do zapomnienia. Zapominanie jest czymś banalnym, póki nam się przydarza. Staje się jednak czymś niemożliwym do osiągnięcia, gdy chcemy je celowo wywołać.

Czy można się czymś zaskoczyć? Czasem sami siebie zaskakujemy, ale czy można to osiągnąć, gdy akurat mamy taki zamysł? Powiedzieć sobie: jutro są moje urodziny, w związku, z czym zrobię sobie jakąś niespodziankę! Nie możesz celowo sam siebie zaskoczyć.

Podobnie jest z wiarą. Niektórzy usiłują wysiłkiem woli w coś uwierzyć. W efekcie im bardziej się starają, tym więcej mają wątpliwości. Wierzysz, gdy doświadczasz – widzisz dowody, słyszysz o faktach czy przeżywasz silne doznania – a nie wtedy, gdy sobie tak postanowisz.

Tak samo jest z poczuciem przyzwolenia. Próbując w sposób wolicjonalny wywołać tego rodzaju proces, wpadasz w koszmarny węzeł, z którego nie da się wyjść bez pomocy tasaka. Im bardziej się starasz w tym większą wpadasz pułapkę. Ponieważ zależy mi na tym, nie może mi na tym zależeć. Panie Janeczku, czy ja mam grać czy nie? Bo bardziej nie grać po to by bardziej grać, to jakieś trudne jest.

Efektem takich prób manipulowania emocjami, jest stres, napięcie i coraz mniejszy kontakt z rzeczywistością.

Istotą emocji jest swobodny przepływ. Są jak rzeka, która płynie obok naszego domu. Masz wpływ na to jak ta rzeka płynie. Możesz sprawić, że woda popłynie w zupełnie inną stronę. Ale nie osiągniesz tego nigdy stojąc i mówiąc do rzeki. Jeżeli zależy ci na zmianie, zamiast gadania do wody, musisz zakasać rękawy, wziąć do ręki łopatę i wykopać nowe koryto. Musisz zacząć działać, czując to co czujesz, licząc, że nowe emocje ci się przydarzą.

Pomieszanie czynników

W psychologii eksperymentalnej, aby przeprowadzić jakiekolwiek badanie trzeba dokładnie określić charakter zmiennych. To, że jakieś czynniki wiążą się ze sobą niewiele znaczy. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób się wiążą.

To, że osoby, które osiągają sukcesy czują określonego rodzaju emocje (np. poczucie pewności czy rozluźnienia) wcale nie oznacza, że emocje są przyczyną ich osiągnięć. Emocje mogą być wynikiem sukcesów (czuję pewność siebie, bo mi się coś udało), mogą być też tzw. zmienną pośredniczącą (czymś co pośrednio pomaga osiągnąć sukces), mogą być także czymś równoległym – dodatkowym efektem innej zmiennej.

Gdyby wziąć pod uwagę tylko dwa czynniki, takie jak np. zasób wiedzy i noszenie okularów w wieku powyżej 50 lat, można by było dojść do wniosku, że okulary podnoszą zasób wiedzy. Tyle, że to nie noszenie okularów wywołuje wzrost wiedzy, a ilość przeczytanych tekstów. Czytanie wywołuje zarówno przyrost wiedzy, jak i pogorszenie wzroku. Jednak tak długo, póki badasz tylko dwie rzeczy: wiedzę i wzrok, możesz dojść do absurdalnych wniosków i zalecać ludziom, którzy chcą mieć sprawny umysł noszenie okularów.

Na nasze życie składa się znacznie więcej zmiennych. Weźmy tylko trzy z nich:

  • skuteczność działania (sukces i brak sukcesu)
  • emocje
  • strategie behawioralne (działanie) i strategie poznawcze (uwaga)

Emocje nie są przyczyną sukcesu. Emocje są dodatkowym wynikiem zastosowania odpowiednich strategii działania i kierowania uwagą.

Ten ostatni czynnik: nasze działanie oraz sposób kierowania uwagą, w odróżnieniu od emocji podlega naszym wpływom.

Problemy z manipulacją

Są tacy, którzy mówią, że emocje absolutnie nie podlegają manipulacji wolicjonalnej. Szczerze mówiąc nie jestem aż takim ortodoksem. Jakiś wpływ na nie mamy. Każdy się jednak zgodzi, że to bardzo trudne.

W praktyce emocje bardzo trudno wywołać. Wiemy o tym od dziecka. Pewnie zdarzyło ci się usłyszeć od dorosłych polecenia typu:

  • Uspokój się
  • Nie bój się
  • Przestań płakać
  • Dlaczego się nie cieszysz?
  • Dlaczego nie możesz tego po prostu polubić?

Czy łatwo było spełnić to polecenie? Jeżeli nie, witamy w klubie. Praktycznie nikomu nie udaje się ta sztuczka.

Ci, którzy twierdzą, że doskonale sobie z tym radzą, po prostu odcięli się od swoich emocji. Łatwo to rozpoznać z boku.

Jakieś dwa dni temu wracałem zmęczony do domu. Gdy minąłem jakiegoś bogu ducha winnego sąsiada, zauważyłem, że myślę o nim w stylu „dlaczego ten gość tak się rozpycha”.

- Oho – pomyślałem – czyżbym czuł złość? No nie, musze się uspokoić.

Szybko się uspokoiłem i z uśmiechem na twarzy wszedłem do domu.

Trzy minuty później z jakiegoś byle powodu zrobiłem awanturę. Nagle ni stąd ni zowąd zacząłem się drzeć.

Świetnie się uspokoiłem. Bardzo skutecznie!

Osoby, które twierdzą, że manipulowanie emocjami banalnie łatwo im przychodzi, że całkowicie panują nad swoimi uczuciami, dziwnie nie kontrolują swojego życia.

Nie chcę się bawić w plotkarstwo i pisać o życiu prywatnym autorów, twierdzących, że znają tajemnice pełnego panowania nad emocjami. Byłoby o czym opowiadać: serie rozwodów, alkoholizm, narkomania, zamieszanie w morderstwo, samobójstwo… Ale to wszystko im nie przeszkadza by wprowadzać psychologiczny terroryzm i dyrygować naszym emocjom, mówiąc:

  • Zaakceptuj siebie
  • Pokochaj siebie
  • Pokochaj innych ludzi
  • Otwórz się na świat
  • Odpręż się
  • Otwórz się na obfitość
  • (i tysiące innych haseł)

Czytamy, próbujemy i po tygodniu, albo miesiącu nic nam z tego nie zostaje. No tak, nie dość się starałem, to moja wina. Może przeczytam jeszcze jedną książkę i spróbuję jeszcze raz.

I tak bez końca.

Czy to my jesteśmy winni? Czy to z nami jest coś nie tak?

A może to po prostu głupota psychoterrorystów, którym wydaje się, że emocje można na siebie włożyć jak kapelusz?

Jesteśmy tak zniszczeni przez ich propagandę, że próby manipulowania emocji traktujemy jak nasz święty obowiązek.

Dobrze przeżyć dzień, to zamanipulować sobą rano tak by poczuć entuzjazm, podczas lanczu by poczuć ożywienie, podczas obiadu, by poczuć pewność siebie, a wieczorem by poczuć wyciszenie. Podczas snu, też trzeba się kontrolować.

Naprawdę ci to odpowiada? Przez całe życie chcesz sobie mówić, co masz czuć? Chcesz planować swoje emocje, zmuszać się do tego by czuć się tak, jak ci powiedzą? Chcesz programować swoje przeżycia? Ustawiać emocje?

Zamiast wzbudzania uczuć

Mądry rodzic, gdy dziecko wywróci się i płacze nie zmusza go do manipulacji emocjami, nie mówi:

- „nie płacz” czy „poczuj radość”

Mądry rodzic odwraca jego uwagę od tego, co wywołało płacz i proponuje mu jakieś działanie. Mówi np.:

- Popatrz, jaki wspaniały motyl siedzi na tym kwiatku. Chodź pobiegniemy do niego.

I jak ręką odjął emocje się zmieniają. Same.

Emocje zawsze są skutkiem przyjęcia pewnych strategii działania i sposobu kierowania uwagą. Nie traktuj ich jak przyczyny, bo pozbawisz się jakiejkolwiek możliwości skutecznego działania.

O ile zależy ci na zdrowiu psychicznym, nie mów sobie, co masz czuć. Nie mów sobie: muszę się czuć szczęśliwy, zadowolony, spokojny czy nie przywiązany do efektów starań…

Ta orkiestra cię nie posłucha

To bardzo ważne by nie usiłować dyrygować swoimi emocjami.

Zdjęcie, na którym gość we fraku dyryguje falom zostało zrobione dokładnie 23 lata temu. 23 sierpnia 1967. To happening Tadeusza Kantora, zatytułowany „Panoramiczny koncert morski”.

Gdy próbujesz mówić sobie, co masz czuć, jesteś jak człowiek, który stara się dyrygować morzu. Od czasu do czasu słuchaczom może się wydawać, że ocean jest mu posłuszny. Ale poczekaj na sztorm, a przekonasz się, że to tylko złudzenie.

Ocean jest zewnętrzną siłą. Nie masz na niego wpływu. Próby dyrygowania falami kończą się nieszczególnie.

Ludzie, którzy mówią sobie, że mają być szczęśliwi, nigdy nie są szczęśliwi. Ludzie, którzy mówią sobie, że muszą być spokojni, nigdy nie są spokojni. Ludzie, którzy rozkazują sobie zadowolenie, nigdy nie są zadowoleni.

Nie steruj emocjami, bo nie tylko nie masz na nie wpływu, ale wpadasz w błędną pętlę i wzbudzasz w sobie chaos.

Zamiast zmieniać emocje, zmieniaj swój sposób patrzenia na świat. Emocje zawsze są skutkiem, efektem, który nie podlega twojej bezpośredniej kontroli.

Ucz się ich doświadczać bez prób manipulowania nimi. Ucz się na nie cierpliwie czekać.

Jeszcze jedno. To nie znaczy że masz być wobec swoich uczuć bezwolną ofiarą. Wiele osób stara się za wszelką cenę manipulować emocjami, bo wydaje im się, że gdy tego nie zrobią, stracą kontrolę nad swoim życiem. Gdy np. ktoś mnie denerwuje, od razu zmuszam się by go pokochać, bo boję się, że się na niego rzucę. Bez obawy. O ile nie jesteś w afekcie, nie stracisz kontroli nad sobą. Wręcz przeciwnie. Gdy będziesz świadomy tego, co czujesz, łatwiej ci będzie się kontrolować. Np. asertywnie powiedzieć tej osobie co ci się nie podoba. To jednak temat na inny tekst.

Zdjęcie Eustachy Kossakowski. Źródło: http://www.dsw.muzeum.koszalin.pl/tiki-browse_image.php?imageId=123

Jak bez szarpania osiągnąć swój cel: lekcja jaką wyniosłem zadając pewien egzamin

Jak bez szarpania osiągnąć swój cel: lekcja jaką wyniosłem zadając pewien egzamin

Opublikowano 20 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 19 komentarzy

Pisałem poprzednio, że nasze sukcesy mogą być źródłem cennej wiedzy. Dzięki nim łatwo odkryć sposoby, które pozwolą nam żyć z większą energią. Warto szukać sukcesów i uważnie im się przyglądać. Szczególnie cenne są zwycięstwa, które odnosimy po wielu próbach. Nie wychodzi, nie wychodzi, nie wychodzi… aż tu wreszcie …udało się! Świętować trzeba, ale szkoda nie nauczyć się czegoś nowego.

W każdym sukcesie zawarta jest darmowa i łatwa do zrozumienia lekcja.

Cenne głupoty

Nie jest ważne, jakiej dziedziny dotyczy sukces. Często właśnie te małe, pomijane, na co dzień obszary zawierają najwięcej zasobów.

Gdy coś jest ważne, staramy się robić wszystko tak, jak powinno być. Tak bardzo nam zależy, że napinamy się i uruchamiamy cały szereg „poprawnych” schematów.

Gdy robimy rzeczy mniej ważne, jesteśmy bardziej rozluźnieni, Naszej wewnętrznej mądrości łatwiej jest wtedy znaleźć drogę na powierzchnię.

Mój przykład

Jednym z takich sukcesów było dla mnie zrobienie prawa jazdy. To nic szczególnie ważnego, jednak zawsze miałem poczucie, że zrobiłem to w specyficzny (jak dla siebie) sposób.

Bardzo długo mi się to nie udawało. W którymś momencie miałem nawet dwa samochody i żadnym z nich nie umiałem jeździć. Próbowałem zdać kilka razy. Jedynym efektem był stres, zażenowanie, rezygnacja i brak przekonania, że kiedykolwiek mi się uda.

A potem, jakieś pięć lat po pierwszej próbie, wszystko poszło jak z płatka – bez stresu, napięcia, z pewnością siebie. Gdy pewnego październikowego dnia włożyłem do portfela zalaminowany, połyskujący kartonik z moim zdjęciem, sam byłem zdziwiony sposobem, w jaki mi się udało. Wiedziałem tylko tyle, że zrobiłem to inaczej niż normalnie. Nie miałem jednak pojęcia, na czym to polegało i jak to powtórzyć.

Opowieść o prawie jazdy

To było już prawie pewne. Miałem zostać ojcem. Swobodne życie bez obowiązków, miało odejść w przeszłość. Czułem trochę żalu i obaw, ale dominowała ekscytacja. Być ojcem, być odpowiedzialnym za dziecko – to dosyć fascynujący projekt. Może ROI (zwrot z inwestycji) nie jest wielki, ale co mi tam… Będę woził dziecko do kina, do teatru, do restauracji, może na wycieczki za miasto.… Hm.. woził?

Przecież nie mam prawa jazdy.

Co z przedszkolem, szkołą, wizytami u lekarza czy dentysty? Mam wozić je tramwajem, autobusem albo taksówką?

Sprawdziłem w ośrodku egzaminacyjnym, czy mają jeszcze moje papiery. Wysłali je do miasta, w którym byłem wcześniej zameldowany, ale udało się je odzyskać. Mogłem zapisać się na egzamin. Bez problemów zdałem teoretyczny. Dostałem termin praktycznego. Wiedziałem jednak, że póki co nie mam szans. Manewry były czarną magią, a jazda po mieście – jeszcze czarniejszą magią ze sporymi kawałkami paniki.

Usiadłem przed googlem, spisałem kilka namiarów, zadzwoniłem do kilku instruktorów. Do jazdy po mieście wybrałem kobietę. Nie pamiętam ile godzin wyjeździłem. Chyba z pięćdziesiąt. Może więcej. Manewry ćwiczyłem z kimś innym. Przychodziłem na plac, dostawałem kluczyki, instruktor szedł na harbatkę a ja maltretowałem samochód. Spokojnie, przez jakieś dwie godziny dziennie, trzy razy w tygodniu potrącałem słupki, najeżdżałem na puste opony i wyjeżdżałem za linie.

Najdziwniejsze było poczucie pewności, że zdam. Nie miałem pojęcia skąd się wzięło. Wiedziałem, że to zrobię. Prędzej czy później. Za pierwszym, dwudziestym, pięćdziesiątym piątym razem. Taka leniwa pewność, że już się udało.

Przyszedł termin egzaminu. Manewry zrobiłem bez problemu (mimo, że byłem spięty). Potem wyjechaliśmy na miasto. Cieszyłem się, że mogę pojechać z egzaminatorem. To doskonałe przygotowanie do kolejnego podejścia. Miałem już zaplanowany termin następnego egzaminu i terminy kolejnych jazd. Plany okazały się nieaktualne. Zdałem.

Gdy jakiś czas później pokazałem żonie prawo jazdy była solidnie zdziwiona. Ani ona, ani nikt inny nie wiedział o moich przygotowaniach. Nawet, gdy zdałem nikomu nie powiedziałem. Ujawniłem się, dopiero, gdy trzymałem dokument w ręce.

W poszukiwaniu wyjaśnienia

To była jedna z dziwniejszych przygód z samym sobą. Długo starałem się zrozumieć, w jaki sposób to osiągnąłem.

Jakiś czas później przeżywałem burzliwy romans z pozytywnym myśleniem i prawem przyciągania. Doszedłem wtedy do wniosku, że kluczem było poczucie przyzwolenia (allowing).

Gdy masz swój cel, wizualizujesz go i starasz się pozbyć uczucia gorączkowego przywiązania do efektów. Pozbywasz się napięcia. Pozwalasz by wszechświat sam ci dał to, czego chcesz. Wyobrażasz sobie jakbyś już miał to, na czym ci najbardziej zależy Np. gdy chcesz być bogaty, wyobrażasz sobie, że w twoim portfelu są już pieniądze. Wyluzowujesz i czekasz. Ja miałem poczucie, że prawo jazdy już mam.

Długo trzymałem się tego tłumaczenia. Autorzy mówiący o prawie przyciągania radzą by wywołać w sobie takie uczucie. Masz „nastroić swoje emocje, na odpowiednią częstotliwość”. Próbowałem to zrobić zabierając się do innych projektów.

Znam techniki kotwiczenia, potrafię wprowadzić w stan hipnozy innych i samego siebie. Ale jedyne, co mogłem osiągnąć, to chwilowe emocje. A i to dosyć udawane, z grubsza przypominające tamten stan.

Po wielu eksperymentach doszedłem do wniosku, że nie da się wywołać w sobie autentycznego i trwałego poczucia przyzwolenia. Można je tylko udawać. A to nie to samo.

Strategie działania

Gdy dotarł do mnie absurd manipulowania emocjami zabrałem się za szukanie innych rozwiązań. Zrobiłem listę tego, czym, to podejście do egzaminu różniło się od poprzednich. Doszedłem do czterech prostych punktów:

  • Miałem inny niż zazwyczaj motyw: nie robiłem tego dla siebie, ale dla dziecka, które miało się urodzić, nie chciałem go zawieść.
  • Z góry byłem przygotowany na kolejne próby. Zupełnie nie przerażała mnie perspektywa porażki i kolejnego podejścia.
  • Nikomu nie powiedziałem o moich zamiarach, z nikim nie rozmawiałem o trudnościach czy kłopotach.
  • Ćwiczyłem tyle ile się tylko dało, bez zastanawiania się, czy już wystarczy czy nie.

Warto zrozumieć, dlaczego każdy z tych punktów jest ważny. Z jaką zmianą perspektywy się wiąże? W jaki sposób przekierunkowuje uwagę?

Gdy udało mi się to zrozumieć opracowałem dla siebie cztery pytania:

  • Czy wiem, w jaki sposób moje działanie (jego zaniechanie) wpłynie na innych ludzi? Jaką cenę ludzie, który kocham będą musieli zapłacić, gdy czegoś nie zrobię? Co dam ludziom, na których mi zależy, gdy coś zrobię?
  • Czy jestem w stanie opuścić swój wygodny kokon i wystawić się na wszystkie nieprzyjemne doznania, jakie trzeba będzie znieść? Czy jestem gotowy znosić zażenowanie / wstyd / zmęczenie itp. bez użalania się nad sobą i szukania szybkiej ulgi?
  • W jaki sposób mogę zredukować ból i lęk przed porażką tak by nie wpłynęło to na skuteczność mojego działania? Jeżeli np. boję się, że inni powiedzą „znowu ci nie wyszło” mogę po prostu im nie mówić, że zabieram się za coś. Innym sposobem redukcji lęku było zatrudnienie do jazdy po mieście kobiety. Mężczyzna wprowadza więcej stresu (przynajmniej dla mnie). Jeżeli można – bez straty energii – uniknąć jakiegoś bólu, to trzeba to zrobić. I to jest właśnie pytanie o to, czego można uniknąć, dążąc do celu.
  • Od strony działania, to banalnie prosty punkt: czy zaplanowałem maksymalną, możliwą bez wywrócenia życia do góry nogami, dawkę ćwiczeń? Jednak wiąże się z nim także zmiana myślenia. Istotą było tutaj pozbycie się fantazji na temat swoich talentów i uzdolnień. Przy poprzednich próbach zawsze miałem wyobrażenie: tyle a tyle godzin powinno wystarczyć. Tu nie było żadnych kalkulacji. Założyłem, że będę ćwiczyć tyle, ile tylko trzeba. Im więcej masz wyobrażeń na temat twoich talentów i uzdolnień tym trudniej ci się rozwijać. Nie chodzi o to, by traktować się jak idiotę, ale by przestać liczyć na to, że masz jakąś szybszą ścieżkę zapisaną w DNA.
    W związku z tym, pytanie dodatkowe:

    Czy mam w sobie oczekiwania mówiące o tym, jak pojętny jestem i jak wiele czasu mi wystarczy by opanować to, co mam opanować? Czy umiem pozbyć się tych oczekiwań? Czy umiem pozbyć się fantazji na temat tego na ile jestem zdolny?

Poczucie spokoju, pewności czy przyzwolenia było efektem ubocznym tych decyzji. Gdy:

  • potrafię zobaczyć cel poza sobą,
  • gdy jestem gotowy opuścić kokon,
  • gdy nie liczę na moje zdolności a jedynie mój wysiłek,
  • gdy umiem odpuścić sobie to, co można odpuścić

… szansa, że pojawi się tego rodzaju poczucie jest duża. Ale to nie jest ważne czy się pojawi, czy nie. Nie musi. Wystarczy, że taki sposób patrzenia na świat i siebie się sprawdzi. Wystarczy go zastosować i ocenić.

Twoja kolej

To moja strategia, ale być może w twoim życiu znajdziesz podobne doświadczenia i pewne punkty również będą cenną radą.

Być może jednak żaden z tych punktów, w tym momencie twojego życia nie będzie tym, czego potrzebujesz.

Weź swój sukces i spróbuj go zrozumieć. Zobacz, czego jesteś w stanie się z niego nauczyć.

Jak żyć z niepewnością?

Jak żyć z niepewnością?

Opublikowano 14 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Co to jest niepewność?

Przeczytałem wczoraj świetny tekst o oswajaniu niepewności, jaki Asia Boj napisała na swoim blogu. Joanna pisze, że nasz umysł ma tendencję do tego by się przywiązywać do tworzonych przez siebie obrazów przyszłości. Chcemy by coś było tak, jak sobie to wyobrazimy, wymyślimy czy zaplanujemy.

Staramy się zdobyć kontrolę nad światem, narzucić mu swoją wolę, a gdy to się nie udaje jesteśmy rozczarowani i niepewni. Nawet, gdy wszystko biegnie tak, jak chcemy, gdzieś w środku czujemy napięcie, że prędzej czy później coś pójdzie inaczej. Mimo, że pragniemy pewności, nasz umysł, który niejedno już widział wie, że nic nie jest pewne.

O niepewności można mówić na wielu płaszczyznach. Ale teraz chciałbym się zająć tym, co się dzieje, gdy dążymy do celu.

Czy można osiągnąć sukces, gdy jesteś niepewny?

Problem jest dosyć praktyczny. Masz jakieś marzenie, cel czy wizję? Jesteś pewny, że go zrealizujesz? Całkowicie pewna, że ci się uda? Mało, kto z całą pewnością wie, że mu się uda.

Czasem można usłyszeć: gdybym miał pewność, że mi się uda, to bym się za to zabrał, boję się ryzyka, że mi nie wyjdzie… Nawet, gdy się zabieram to niepwność mnie spowalnia i sprawia, że niepotrzebnie tracę energię. 

Za dwa tygodnie mam poprowadzić jakieś szkolenie. Szczerze mówiąc, boję się, że mi nie wyjdzie. To znaczy, pewnie się uda, ale kto wie? Może się nie uda… Średnio to przyjemne. Myślę o tym artykule już jakiś czas i coraz więcej mam wątpliwości czy jestem go w stanie dobrze napisać i czy się spodoba. Nie powiem, by to było przyjemne uczucie. To małe sparwy, ale każdy to zna. Zarówno w odniesieniu do mniejszych jaki i większych kwestii.

Co robimy, gdy się pojawia niepewność? Najczęściej jest to jedna z trzech strategii.

Po pierwsze  możemy się wycofać. Gdy coś jest niezbyt pewne, odpuszczam sobie. Bywa to mądre. Jeżeli wiem, że wygrana w totolotka jest mało prawdopodobna, to odpuszczenie sobie zakładów jest całkiem rozsądne. Gdy wiem, że nie mam szans u jakiejś dziewczyny, znalezienie innego obiektu westchnień, jest mądre. Czasem jednak odpuszczamy sobie rzeczy, które z perspektywy czasu warto było podjąć. Richard Leider, którzy przeprowadził ponad tysiąc wywiadów z osobami w podeszłym wieku, pisze, że większość z nich, gdyby mogła żyć jeszcze raz, zmieniłaby swoje podejście do niepewności. Twierdzili, że podejmowaliby więcej ryzyka. Najbardziej żałują tego, czego nie odważyli się zrobić. Czy jest ktoś, kto nie żałuje, że uległ niepewności? Gdy dobrze poszukać, pewnie u każdego coś takiego da się znaleźć.

Po drugie, gdy jednak zdecydujemy się na działanie, staramy się wszystko przygotować i zaplanować. Znowu – to może być mądra strategia, ale wielu z nas, zaczyna żyć w świecie planów i przygotowań. Zamiast skupić się na tym, co się dzieje, skupiamy się na naszych planach. Jesteśmy jak wykładowca, który widzi tylko swój konspekt i nie zauważa, że wszycy słuchacze wyszli lub usnęli.

W naszej kulturze bardzo mocny jest mit, że sukces jest efektem planów. Na każdym szkoleniu, z uporem maniaka trenerzy powtarzają: planuj, planuj, planuj. Z perspektywy prowadzenia przez dziesięć lat firmy szkoleniowej o obrotach powyżej miliona rocznie, wiem, że biznes plany są najbardziej potrzebne bankom udzielającym kredytów. W praktyce ich znaczenie jest znacznie mniejsze. Nie jestem wrogiem planów, sam wiele ich robię. Ale gdybym robił tylko to, co wcześniej zaplanowałem nie miałbym co jeść. Projekty spontaniczne, nieplanowane okazują się zazwyczaj bardziej dochodowe niż te starannie zaplanowane. To nie jest tylko moje doświadczenie. Bill Hewett, jeden z twórców firmy Hewlett Packard, mówi:

Kiedy czasem wykładam w szkołach biznesu, profesorowie od zarządzania są zwykle załamani, kiedy mówię, ż na początku nie mieliśmy żadnych planów, że po prosu staraliśmy się wykorzystać okazje. Podejmowaliśmy się wszystkiego, co mogło przynieść zarobek. Mieliśmy wskaźnik przekroczenia linii przy grze w kręgle, napęd zegarowy do teleskopu, urządzenie do automatycznego spłukiwania pisuaru i maszynę, która obniżała wagę ciała przy pomocy wstrząsów. Zaczynaliśmy z 500 dolarami kapitału próbując wszystkiego, co wydawało nam się możliwe do zrobienia

Te dwa sposoby radzenia sobie z niepewnością (rezygnacja i przygotowywanie się) mają swoje mocne i słabe strony.

Trzeci sposób nie ma żadnych pozytywnych stron. A mimo to jest najczęściej stosowany. To próba manipulacji swoimi odczuciami. Próba wmówienia sobie pewności i uwierzenie, że wszystko będzie tak, jak chcę.

Przeciwieństwo niepewności

Przeciwieństwem niepewności wg. Williama Jamesa jest wiara. Gdy czujesz niepewność masz w głowie parę różnych obrazów. Idziesz na przykład na spotkanie ze znajomym i gdy nie jesteś pewny czy go zastaniesz masz w głowie dwa obrazy: czeka na ciebie i nie czeka na ciebie. Te obrazy walczą ze sobą. Wiara to stan, w którym masz jeden obraz: wierzę, że czeka na mnie. Gdy piszę ten tekst, mam w głowie kilka obrazów: spodoba się, średnio się spodoba, nie spodoba się, wyśmieją mnie. Słowem, nie mam w sobie wiary, że będzie dobry. Jestem niepewny czy uda mi się go dobrze napisać.

Kiedyś starałem się unikać wszystkich negatywnych uczuć. Myślałem, że mój rozwój ma polegać na ich usuwaniu i zastępowaniu pozytywnymi odpowiednikami.

Kiedyś byłem pewny, że być niepewnym swych zamierzeń to coś złego. Ludzie nie odnoszą sukcesu, bo nie dość mocno wierzą – myślałem – mają zbyt wiele wątpliwości, są zbyt niepewni. Zamiast traktować coś, tak jakby już było realne, mówią: może tak, a może nie… Uwierz, zacznij być pewny swojego sukcesy, a go osiągniesz! Jezus powiedział prawie dwa tysiące lat temu: gdybyście mieli wiarę wielkości ziarnka gorczycy, powiedzielibyście tej górze idź i rzuć się w morze a ona by to zrobiła. No uwierz człowieku! Przestań być niepewnym!

Czy można bardziej uwierzyć?

Wszystko świetnie. Mam tylko małe pytanie: ilu osobom udała się ta sztuczka z górą? Dlaczego nikt jeszcze tego nie zademonstrował? Z tymi miliardami ludzi na ziemi, komuś powinno się już przecież udać. Przecież trzeba tylko uwierzyć! Troszeczkę bardziej. Czy to takie trudne? Do tego sprowadza się duża część New Thought (wyłożona np. w Sekrecie). Uwierzysz i masz. Krok drugi Sekretu mówi: Musisz wierzyć, mieć całkowitą i absolutną wiarę…uwierz, że otrzymałeś, a wszystko, co musisz zrobić, żeby otrzymać, to czuć się dobrze…

Poświęciłem wiele czasu, na to by „bardziej uwierzyć”. Gdy mi pewne rzeczy nie wychodziły, zawsze dochodziłem do wniosku, że być może nie dość mocno wierzyłem. Że muszę jeszcze razspróbować „uwierzyć bardziej” .

W końcu, po wielu próbach zrozumiałem najprostszą rzecz na świecie.

Tak, wiara pomaga. Człowiek, który w coś mocno wierzy osiąga więcej. Jezus miał rację. Wierząc, da się pewnie przenosić góry. Tyle, że Jezus nie powiedział „sam uwierz bardziej”. Kościół, jeżeli się nie mylę mówi, że wiara jest darem, nie można „sobie wziąć i uwierzyć”.

Po prostu, to czy w coś wierzę nie jest efektem wysiłku woli. Gdy Biała Królowa przekonuje Alicję z Krainy Czarów, że ma dokładnie sto jeden lat, pięć miesięcy i jeden dzień. Alicja mówi:

- Nie mogę w to uwierzyć!

- Nie możesz? – powiedziała z politowaniem Królowa. – No, spróbuj jeszcze raz! Zrób głęboki wdech i zamknij oczy.

Alicja roześmiała się.

- Nie mam co próbować – odrzekła – nie można uwierzyć w to, co niemożliwe.

- Zdaje się, że nie masz w tym wielkiej wprawy – powiedziała Królowa – Ja w twoim wieku zawsze ćwiczyłam to przez pół godziny dziennie. Nieraz jeszcze przed śniadaniem dochodziłam do sześciu niemożliwości, w które udawało mi się uwierzyć.

Czy można uwierzyć w coś, co wydaje się niemożliwe? Czy można po prostu usiąść i powiedzieć sobie: to jest prawdziwe i od dzisiaj w to wierzę? Szkoda, że Biała Królowa nie podzieliła się swoją metodą. Kiedyś byłem po jej stronie, ale dziś wiem, że to Alicja ma rację. Białej Królowa nie jest człowiekiem, jest figurą szachową. To Alicja jest człowiekiem.

Nie da się w coś „bardziej uwierzyć” tak samo, jak nie da się unieść w powietrze wysiłkiem myśli. Można skakać, napinać się i odczyniać czary. Można powtarzać zaklęcia, wizualizować i przylepiać sobie skrzydła jak u anioła. Ale na trzeźwo i bez prochów – nie da się latać.

Gdy ktoś mi radzi: „by osiągnąć sukces wystarczy uwierzyć” to tak jakby mówił „by latać, wystarczy się unieść w powietrze”. O, dziękuję za radę. Bardzo mi pomogła. Już się unoszę.

Skazany na niepewność

Dotarło do mnie, że uciekanie od negatywnych uczuć nie daje efektów. Jestem na nie skazany. Jestem skazany na niepewność. Nie jestem w stanie się jej pozbyć.

Jestem skazany? A może coś, co do tej pory traktowałem jako coś negatywnego jest siłą? Może właśnie dzięki temu mogę zmieniać swoje życie? Może niepewność jest czymś dobrym? Może to pewność i niezachwiana wiara jest kiepskim pomysłem na życie?

Co by było, gdyby się okazało, że poczucie niepewności nie tylko jest dobre, ale nawet przyjemne?

Poztywne skutki niepewności

Czy oglądanie meczu sprawiłoby komuś przyjemność, gdyby z góry było wiadomo, jaki będzie wynik?

Czy miałbyś ochotę iść na wybory, gdybyś z góry było ustalone, kto wygra?

Czy lubisz oglądać kryminały, które ktoś ci już opowiedział?

Sytuacje, w których czujemy niepewność są nam potrzebne. Lubimy je, dobrze się w nich bawimy. Im mniej masz w życiu takich sytuacji, tym bardziej twoje życie jest jałowe.

Budzisz się rano i dokładnie wiesz, jaki będzie dzisiejszy dzień. Dokładnie wiesz, co zrobisz i jaki będzie tego efekt. I tak przez 365 dni. Fajna perspektywa.

By zrozumieć, jak bardzo człowiek potrzebuje niepewności do tego by żyć, wystarczy przyjrzeć się multimilionerom. Albo popełniają samobójstwo znudzeni życiem bez ryzyka i niepewności, albo znajdują sobie coraz to bardziej ryzykowne hobby (jak np. loty balonem wokół świata).

Pomyśl, jak byś się czuł grając w tenisa z kimś, z kim wiesz, że wygrasz. Totalna nuda. Ziewanie. A teraz dostajesz kogoś, kto jest nieco lepszy od ciebie. Wygrasz, albo nie wygrasz, nie ma pewności. Od razu lepiej chwytasz rakietę, staranniej ustawiasz nogi i skupiasz się na piłce. Niepewność sprawia, że jesteś bardziej obecny. Bardziej tu i teraz. Niepewność wyrywa cię ze znudzenia i zmusza do przyjrzenia się życiu.

Niepewność sprawia, że człowiek zaczyna być bardziej uważnym. Gdy widzę coś, czego się nie spodziewałem włącza się odruch orientacyjny – nadstawiam uszu, uważniej się rozglądam, szeroko otwieram oczy.

Wspomniany Richarad Leider, który rozmawiał ze starcami, pisze:

Prawie wszyscy z nich mówili, że czuli się najbardziej żywi, gdy podejmowali ryzyko.

Niepewność jest bodźcem, który może nas obudzić.

Unikanie doświadczeń

Ale pod jednym warunkiem. Że nie dajemy jej etykiety czegoś złego i nie staramy się jej na siłę pozbyć.

Kluczowym czynnikiem, który całkowicie zmienia działanie niepewności jest coś, co nazywa się unikaniem doświadczeń (experience avoidance). Jest to nawyk emocjonalny, którego istotą jest nie dopuszczenie do tego by odczuwać swoje emocje. Poprzez blokowanie, tłumienie, projekcję, zaprzeczanie, itp. staramy się nie dopuścić do tego by odczuwać, coś co w nas jest.

Np. ktoś czuje złość na swoją matkę, ale go ta złość przeraża, i by ją przed samym sobą zakamuflować, zaczyna odgrywać wielką miłość do matki. To mechanizm obronny nazywany przez psychoanalityków „formowaniem reakcji przeciwnej”. Takich mechanizmów jest mnóstwo. Mogą być nieświadome, średnio świadome i świadome (jak np. wspomniane wycofywanie się czy nadmierne planowanie).

Gdy niepewność wydaje nam się czymś złym, zaczynamy kombinować. Próbujemy odgrodzić się od niej.

Złudzenie pewności

Próbujemy schować się w planach i przewidywaniach. Im bardziej usiłujemy to zrobić, tym bardziej grzęźniemy. Nasze schowki wyglądają jak papierowe domki stojące pośrodku koryta suchej rzeki. Siedzimy, w nich mając złudne poczucie bezpieczeństwa. Schowani przed światem w papierowym pudle, stajemy się jeszcze bardziej bezradni i jeszcze bardziej udręczeniu. Gdy zaczyna padać deszcz my beztrosko łatamy dziury w dachu. Gdy wokół robią się kałuże, my je przysypujemy piaskiem. Do koryta wpada coraz więcej wody, śpiewamy na głos starająć się nie słyszeć rosnącego szumu…

To nie jest skuteczny pomysł na życie.

Wmawiając sobie pewność stajemy się ślepi, aroganccy i gruboskórni. Ktoś, kto sobie wmawia, że jest doskonałym kierowcą, który zawsze radzi sobie na drodze, staje się piratem drogowym, który prędzej czy później zabije siebie lub innych. Ktoś, kto wmawia sobie, że jest genialnym biznesmenem, prędzej czy później pogrąży swoją firmę. Ktoś, kto jest absolutnie pewni, że jego partner / partnerka zawsze będą go kochać, prędzej czy później nadużyje jej/jego miłości.

Niepewność, dobrze przyjęta uczy nas delikatności, skupienia na świecie i uważności.

Jak nauczyć się dobrze przyjmować niepewność?

Niepewność jest częścią gry zwanej życiem. Często pojawia się jak nielubioany, nieproszony gość. Ale od nas zależy, w jaki sposób ją przyjmiemy. Dobrze przyjęta pozwoli obudzić w nas wrażliwość i delikatność.

Biała Królowa radzi, że jeżeli w coś nie wierzysz masz zamknąć oczy i mówić do siebie. Gdy czujesz niepewność zrób coś zupełnie odwrotnego: otwórz oczy i zacznij patrzeć i słuchać. Zamiast odcinać się od świata, jaki cię otacza i w myślach odbywać podróż w przyszłość, zacznij pełniej doświadczać tego, co dzieje się tu i teraz. Przestań żyć w abstrakcji (bo jutro jest abstrakcją) i zacznij uważnie słuchać i patrzeć. Wejdź w teraz. Rozejrzyj się wokół. Poszukaj dzwięków, kolorów, smaków…

Zareaguj tak, jak reaguje tenisista czy piłkarz, który staje przed trudnym przeciwnikiem. Im bardziej jest niepewny, że wygra tym bardziej skupia uwagę na tym, co się teraz dzieje.

Boisz się, że ktoś cię opuści? Ciesz się, zatem z tego, że teraz jest z tobą. Skup się na nim. Na tym, co mówi, czego chce, co czuje.

Boisz się, że nie uda ci się napisać dobrego tekstu? Czuj niepewność i przyjrzyj się uważnie ostatniemu zdaniu, jakie napisałeś, skup uwagę na tym zdaniu, które piszesz teraz.

Boisz się, że nie poradzisz sobie na rozmowie kwalifikacyjnej? Czuj ją i zacznij z uwagą słuchać, tego co osoba prowadząca wywiad do ciebie mówi, tego jak się rusza, jak patrzy.

Niepewność może nas zniszczyć, gdy zaczniemy kombinować, przygotowywać się, asekurować i zabezpieczać. Ale może także nas otworzyć na życie.

Traktuj niepewność jako sygnał do tego by otworzyć się na świat i to, co cię otacza. By wejść w głębszy kontakt z rzeczywistością.

Jestem niepewny – świetnie, to znak, że warto skupić się na tym, co mam teraz, pod nosem. Że warto ujrzeć kolory i faktury jakie są wokół ciebie, że warto usłyszeć dźwięki, że warto przyjrzeć się ludziom, jacy są wokół ciebie.


Słowa Billa Heletta za: Collins, C.C. i Porras, J. (2003) Wizjonerskie organizacje, str. 45.

Sztuka wyborów

Sztuka wyborów

Opublikowano 20 czerwca 2009 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 4 komentarze

To nie burdel…

Poprzednio narzekałem trochę na afirmacje. Robiąc to, gdzieś tam w tyle głowy czułem jak może rosnąć niezadowolenie tych, którzy są zafascynowani pozytywnym myśleniem czy „prawem przyciągania”.

Faktem jest, że przez ostatni rok zmienił mi się trochę podgląd na istotę skutecznego działania i zdrowia psychicznego. Jakiś czas temu byłem świadkiem takiej rozmowy:

Psycholog: Co byś chciała osiągnąć? Jakie masz cele?

Klientka: Chciałabym się poczuć lepiej niż teraz.

Psycholog: To nie jest burdel i nie mogę ci tego obiecać.

Klientka: eeee…

Brutalne, ale prawdziwe. Psychologia, terapia czy ogólnie rozwój, to nie burdel byś miał po wyjściu zawsze czuć się dobrze.

Rozwój boli. Jeżeli nie, to znaczy, że się nie rozwijasz.

Można się na ten temat długo rozwodzić. Nie będę. Postraszę tylko. Arnold Mindel, twórca terapii zorientowanej na proces (której kiedyś byłem ogromnym fanem), napisał coś co niestety jest prawdą:

Całkowite rozluźnienie i eliminowanie myśli tworzących napięcia może być czymś wielce niezdrowym…wypieranie napięć poprzez relaksowanie się, rozmasowywanie czy wizualizowanie często poprzedza zachorowania na różnego rodzaju nowotwory. Napięcia, tak jak wszystkie inne procesy nie znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki, choć na krótki okres można je usunąć ze świadomości. Wyparte, czy rozluźnione napięcie nie znikają

Czy rzeczywiście musimy programować nasze umysły, aby się „rozluźniły”? Dlaczego mamy „zastępować stare myśli nowymi wyobrażeniami? Chociaż takie recepty są proste w użyciu, to jednak mogą szkodzić poprzez tworzenie chorób.

Mówiąc wprost, gdy wypierasz negatywne emocje, możesz tego nie przeżyć. Obawiam się, że gdyby ktoś zabrał się za badanie konsekwencji zdrowotnych pewnych radosnych terapeutów, musieliby pójść do więzienia.

Im starszy jestem, tym bardziej jestem tego świadomy i z tym mniejszą ochotą robię ludziom „dobrze”.

Umiar

Staram się jednak zachować umiar. Łatwo wpaść w odwrotną przesadę i skazywać ludzi na niepotrzebne i bolesne wglądy i cierpienia. To nie jest tak, że możemy się tylko poddać i użalać się nad sobą. Stosowanie afirmacji jest ryzykowne, ale czasem, lepiej je zastosować niż tkwić w miejscu, użalając się nad sobą.

Jest wiele różnych narzędzi i technik, które można stosować. Dziś chciałbym napisać o decyzji. Jestem bardzo ciekawy, co o niej myślicie. Czy ta procedura do czegoś może się przydać?

Decyzje a afirmacje

Z jednej strony decyzje i afirmacje są do siebie podobne. Jedne i drugie stosujemy wtedy, gdy czujemy, że coś idzie nie tak. Jedne i drugie opierają się na powtarzaniu. Afirmacje trzeba powtarzać, wybory trzeba ponawiać. Jednak w rzeczywistości, są to skrajnie odmienne strategie. Podstawowa różnica dotyczy tego, co dzieje się z naszymi emocjami i świadomością.

Afirmacje stosujesz po to, by czuć się dobrze. Twoim celem jest pozbyć się tego, co niewygodne. Starasz się jak najszybciej zastąpić to, co czujesz czymś innym. Starasz się nie myśleć o swoje słabości, bezradności czy porażce. Odcinasz swoje emocje i usuwasz je w kąt.

W efekcie pogarszasz swój kontakt z rzeczywistością. Zamiast np. przyjrzeć się sytuacji, w jakiej się znajdujesz (za oknem pada deszcz i trzeba wziąć parasol), starasz się odwrócić od niego uwagę i przywołać do pamięci coś miłego (zobaczyć w wyobraźni piękne słoneczne niebo). Wszystko jest fajnie, dopóki nie wyjdziesz na zewnątrz.

Afirmacje okrajają świadomość doznań. Wiele ze stłumionych emocji, wcale nie znika, ale przechodzi do podziemia. Trzymanie ich tam – już wiemy – może być bardzo groźne.

Inaczej jest, gdy podejmujesz decyzję. Nie musisz uciekać od tego, co czujesz. A nawet więcej – by podjąć decyzję musisz to brać pod uwagę.

Gdy dokonujesz wyboru (lub go ponawiasz) twoja świadomość się poszerza. Zawsze przecież wybierasz z czegoś. Dopiero, gdy uświadomisz sobie różne możliwości, możesz wybrać. Każdy wybór pozwala zatem na poszerzenie świadomości siebie i świata.

1. Gdzie jestem?

Decyzję czasem podejmujemy w sposób automatyczny, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robimy. Czasem jednak coś się zacina. Dlatego warto rozłożyć ją na elementy. To trochę sztuczne, ale ułatwia ćwiczenie.

Krok pierwszy to coś, czego, którego brakuje osobom poprawiającym sobie samopoczucie. Możesz zadać sobie pytanie:

  • Gdzie teraz jestem?
  • Co teraz czuję?
  • Co się teraz ze mną dzieje?

Bez tego pytanie możemy nieświadomie grzęznąć w różnego rodzaju działania, które nie biorą pod uwagę aktualnej sytuacji.

Kilka dni temu jechałem samochodem. Z tyłu na foteliku spała moja córka. Nagle jakiś kretyn zaczął zajeżdżać mi drogę. Nawet się nie spostrzegłem, a zacząłem z nim rywalizować. Zareagowałem automatycznie i zacząłem podejmować automatyczne decyzje. Całe szczęście szybko zadałem sobie pytanie: co się ze mną dzieje? Odpowiedź był prosta: czuję złość, zaczynam się ścigać.

To pytanie jest po to, by uruchomić proces decyzyjny. Nie chodzi o to, by cały czas być skupionym na sobie. Gdy jednak nie potrafimy go sobie zadawać, ryzyko polega na tym, że możemy nieświadomie angażować się w jakieś zachowanie, aż na wybór będzie za późno.

Gdy siedziałem za kierownicą, odpowiedź zajęła mi ułamek sekundy. Może się jednak zdarzyć, że pytanie będzie wymagać więcej czasu. Mój znajomy przyjechał na kilka dni do Krakowa. Spędziliśmy razem pierwszy dzień. Pod koniec przeprosił mnie i powiedział, że nie chciałby spotykać się ze mną następnego dnia. Ponieważ Kraków działa na niego refleksyjnie postanowił poświęcić ten czas na przyjrzenie się swojemu życiu. Okazało się, że to była jego standardowa praktyka. Co pewien czas jechał w miejsce, które lubił i włócząc się bez planu, przez cały dzień zadawał sobie pytanie „gdzie jestem?”.

Może się też zdarzyć, że aby odpowiedzieć na to proste pytanie będziesz potrzebować jeszcze więcej czasu i wysiłku. Na przykład kilka sesji z terapeutą.

2. Gdzie chcę być?

Od razu, gdy uświadomisz sobie, co się z tobą dzieje, zadaj sobie pytanie o to, do czego dążysz. Wybierz taką formę pytania, która ci najbardziej pasuje, na przykład:

  • Co jest teraz najważniejsze?
  • Na czym naprawdę mi zależy?
  • Czego naprawdę pragnę?
  • Co jest teraz dla mnie ważne?
  • Jak jest moja kluczowa intencja w tym momencie?

Podobnie, jak w poprzednim punkcie, odpowiedź może zająć ułamek sekundy. Siedząc za kierownicą od razu odpowiedziałem sobie dowieźć bezpiecznie dziecko.

Nieco dłużej zajmuje mi znalezienie odpowiedzi na to pytanie, gdy np. czuję tremę przed zajęciami. Czy zależy mi najbardziej na tym, by dobrze wypaść? A może ważniejsze jest to, by dać ludziom jak najwięcej? A może by ułatwić im wymianę wiedzy między sobą?

Jeszcze więcej czasu może zająć odpowiedź na to pytanie, np. w kontekście firmy. Gdy np. pracujesz jako przełożony, ciągle musisz zadawać sobie to pytanie. Ma one często formę:

  • Co mogę zrobić tylko ja?
  • Po co tu jestem?

Gdy nie potrafisz na to odpowiedzieć, grozi ci, że zaczniesz wykonywać zadania swoich podwładnych, a właściwa praca, jakiej nikt inny nie może wykonać, nie zostanie zrobiona.

Ten punkt przywołuje twoje kluczową intencję. Możesz mieć wiele przeciwstawnych celów. Możesz chcieć się zapaść pod ziemię, odpocząć, przestać czuć napięcie, ale równocześnie zmienić coś w swoim życiu, uwolnić się od napięcie, itp. Każdy z tych celów jest ważny, ale razem wywołują poczucie słabości.

Jeszcze więcej wysiłku, może ci znaleźć odpowiedź na to pytanie, gdy jesteś w jakimś martwym punkcie. Gdy czujesz się zagubiony czy pozbawiany energii. Wtedy, to pytanie może brzmieć: Czego chcę od życia? lub Co chcę w swoim życiu osiągnąć?.

Zwróć uwagę, że są to pytania o jedną rzecz. O, to co teraz, w chwili gdy zadajesz sobie to pytanie jest najważniejsze. Nie w teorii, nie w przyszłości, nie w ogóle.

3. Co wybieram?

Czasem w różnego rodzaju zbiorkach afirmacji można spotkać sformułowanie typu: wybieram powodzenie.

Nie o to chodzi. Wyboru dokonuje się, jak mówi słownik „spomiędzy pewnej liczby osób, rzeczy”. Potrzebujesz minimum dwóch rzeczy. Nie jesteś w stanie niczego wybrać, jeżeli droga, przed którą stoisz się nie rozgałęzia. Wyboru możesz dokonać tylko na rozdrożu. Jeżeli nie widzisz alternatyw, wybór jest tylko figurą językową, a nie wewnętrznym doświadczeniem.

Jeżeli odpowiedziałeś sobie na dwa powyższe pytania (gdzie jestem oraz gdzie chcę być), łatwo ci znaleźć rzeczy, z których wybierasz.

Stawiając się przed wyborem, uświadamiasz sobie wymiar, na którym twoje życie się opiera. Każdy z nas różni się tym, jakimi wymiarami się posługuje. Dla jednej osoby kluczowe znacznie może mieć np. wymiar sympatyczny – niesympatyczny, czy otwarty na innych – zamknięty na innych. Dla kogoś innego kluczowe będzie rozróżnienie pewny siebie – niepewny siebie czy powierzchowny – głęboki. Mamy oczywiście wiele takich wymiarów (konstruktów czy schematów ja, jak je nazywają różne teorie). Co więcej możemy je zmieniać i rozwijać w trakcie życia.

Jeżeli już posiadamy jakiś wymiar, to znaczy, że dysponujmy zasobami, jakie pozwalają nam funkcjonować na jego obydwu biegunach. Jeżeli twój umysł stworzył danego rodzaju wymiar, to znaczy, że dysponuje odpowiednią ilością doświadczeń i informacji, dzięki którym może funkcjonować tak lub tak.

Gdy uświadomisz sobie wybór, łatwiej ci będzie te zasoby przywołać. Oto kilka przykładowych wyborów:

  • Mogę siedzieć i użalać się nad sobą, lub mogę coś z tym zrobić.
  • Mogę być kimś, kto dławi rozmowę, lub mogę być uważnym słuchaczem.
  • Mogę być nieobecnym rodzicem, lub kimś, kto ma z nim dobry kontakt.
  • Mogę się wycofać lub znieść przeciwności i doprowadzić moje przedsięwzięcie do końca.

Gdy sobie uświadomisz wymiar, na którym dokonujesz wyboru, powiedz sobie na głos (lub) zapisz, co wybierasz.

4. Co mogę zrobić?

Najczęściej, gdy dokonasz wyboru, działanie pojawi się samo. Automatycznie zmieni się twój sposób poruszania się, oddychania czy myślenia. Wybór celu i sposobu działania uruchamia nasze wewnętrzne zasoby.

Nie jest to jednak regułą. Czasem warto jeszcze zadać sobie pytanie:

  • Co mogę teraz zrobić?

Wybór polega najczęściej na tym, by działać mimo tego jak się czuję – mimo tego, że czuję się bezradny czy zawstydzony, zmęczony…

Być wobec siebie uczciwym

Być wobec siebie uczciwym

Opublikowano 26 maja 2009 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 8 komentarzy

Afirmacje czy kłamstwa?

Dawno temu Napoleon Hill napisał:

Dobrze znany jest fakt, że człowiek w końcu uwierzy w coś, co sobie wytrwale powtarza, niezależnie od tego, czy to coś jest prawdą czy fałszem. Jeśli człowiek będzie w siebie uporczywie wmawiał jakieś kłamstwo, w końcu przyjmie je za prawdę.

Hill się mylił. Zasada „kłamstwo sto razy powtarzane staje się prawdą” obowiązuje być może w propagandzie. Jeżeli chodzi o rozwój osobisty, kłamstwo wywołuje stres, wrzody i dyskomfort.

Abraham Lincoln zadał kiedyś pytanie:

- Ile nóg będzie miał pies, jeżeli ogon nazwiemy nogą?

I odpowiedział na nie:

- Cztery. Nazywanie ogona nogą nie czyni z niego nogi.

Kłamstwo jest kłamstwem. Powtarzanie sobie kłamstw z intencją przechytrzenia swojej podświadomości jest mało skuteczne. Jospeh Murphy wspomina:

W ciągu ostatnich 35 lat rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy głównie narzekali: „Całe tygodnie i miesiące mówiłem sobie: jestem zamożny, jestem bogaty – i nic z tego”. Wkrótce odkryłem, iż mówiąc: jestem zamożny, jestem bogaty – czuli w głębi duszy, że tylko się okłamują. Pewien mężczyzna powiedział mi: „Aż do znudzenie powtarzałem, że jestem bogaty. Tymczasem moja sytuacja tylko się pogarszała. Wiedziałem po prostu, że moje stwierdzenie nie odpowiadają faktom”.

Tymczasem Rhonda Byrne daje radę:

Jeśli słowa „Nie stać mnie na to” pojawiły się na twoich ustach zastąp je słowami „Stać mnie na to! Mogę to kupić!”. Powtarzaj to w kółko. Jak papuga.

Postaw sobie za punkt honoru, by przez następne trzydzieści dni patrzeć na wszystko, co ci się podoba i mówić sobie „Stać mnie na to. Mogę to kupić”. Kiedy widzisz przejeżdżający obok siebie samochód marzeń powiedz „Stać mnie na niego”. Kiedy widzisz ubranie, które ci się podoba, powiedz „Stać mnie na nie”

Robiąc to, zaczniesz przekonywać samego siebie , że stać cię na te rzeczy.

Załóżmy, że wchodzę do salonu sprzedaży samochodów mojej ulubionej marki. Staję przed samochodem i powtarzam sobie:

- Stać mnie na niego. Stać mnie na wszystko, czego tylko zapragnę.

Za pierwszym razem brzmi to trochę mało przekonywująco. Jakaś część mnie odzywa się:

- Nieprawda, nie możesz sobie na to pozwolić, masz przecież tylko trzy stówy, a ta maszyn kosztuje trzysta tysięcy!

- Zamknij się! – mówię – nie przeszkadzaj, przecież widzisz, że staram się przyciągnąć pieniądze. Jestem bogaty, stać mnie na niego, mogę mieć wszystko …

- Głupoty, przecież brakuje ci dwieście dziewięćdziesiąt siedem tysięcy…

- Cicho bądź. Jak uwierzę, to pieniądze do mnie same przyjdą. Stać mnie na to, stać mnie na to, stać mnie na to, stać…

- Głupoty, chyba w to nie wierzysz…

Zazwyczaj nie uświadamiamy sobie tego dialogu, ale pewne jest, że gdzieś tam wewnątrz się toczy. Inaczej nie byłoby potrzeby powtarzania tych zapewnień w kółko.

Po pewnym czasie oporny wewnętrzny głosik rzeczywiście cichnie. Człowiek może powtarzać swoje afirmacje ze swobodą.

Kim była ta protestująca część i co się z nią stało? Czy to było coś co bez żalu można wyrzucić?

Nie, to ważna cześć ciebie, jest niezbędna do tego by podejmować decyzje, planować działania, oceniać ryzyko i pokonywać trudności.

Nie zniknęła, ale została odepchnięta. Odszczepiłeś ją od siebie. Osłabiłeś jej wpływ. Blokując ją wprowadziłeś do siebie dysharmonię. Nauczyłeś się, że nie możesz sobie ufać. Nauczyłeś się, że twoje osądy są błędne, że należy je twardą ręką zdusić i podporządkować wyczytanym gdzieś hasłom. Nauczyłeś się, że kłamstwo jest więcej warte niż obserwacje.

Popatrzmy na to z boku. Jeżeli mamy dwa fakty:

  • Twój wymarzony samochód kosztuje trzysta tysięcy złotych.
  • Masz na koncie trzysta złotych

Czy wniosek:

  • Stać mnie na niego

Jest (a) prawdziwy (b) fałszywy?

Gdybyś był sprzedawcą samochodu, kogoś, kto wybrał (a) uznałbyś za idiotę. Gdy mówisz sobie „stać mnie na to” robisz z siebie idiotę. Własnoręcznie usiłujesz wyprać swój mózg.

Potrzebujesz wszystkich

Wyobraź sobie, że pracujesz w zespole, który składa się z kilku osób. Każda jest bardzo różna, ale wszystkie są niezbędne. Jedną z nich jest dziewczyna (nazwijmy ją Krystyna), której mocną stroną jest umiejętność krytycznej oceny sytuacji. Kryśka jak nikt inny potrafi dostrzec zagrożenia i pułapki, jakie stoją na drodze planowanych przedsięwzięć. Dzięki niej zespół zawczasu przygotowuje odpowiednie działania i omija niebezpieczeństwa. Kryśka nie jest wszechstronna. Ma wady. Jej słabą stroną są wizje. Nie zawsze je chwyta. Czasem jest też męcząca. Podczas dyskusji, zdarza się jej narzekać na całkiem dobre plany. Czasem wprowadza do zespołu napięcia. Zazwyczaj jednak zespół zyskuje na jej obecności. Krystyna zmusza innych jego członków do zaradności. Któregoś dnia jednak, wizjoner Wicek (którego mocną stroną są śmiałe wizje przyszłości) przejmuje kontrolę nad zespołem. Krytyczna Kryśka działa mu na nerwy. Ma już dość jej zrzędzenia. Gdy tylko Kryśka zaczyna coś mówić, on mocnym głosem powtarza swoją kwestię. Gdy Krystyna zaczyna: „brakuje nam jeszcze…” Wicek wchodzi jej w głos i mówi „wszystko mamy, wszystko mamy”. Powtarza to tak długo, póki Kryśka nie zamilknie. W końcu zniechęcona Kryśka nie wytrzymuje i wychodzi. „No, nareszcie…” wzdycha z ulgą Wicek i zabiera się do pracy. Niestety zespół pozbawiony Krystyny nie jest tak skuteczny. Jego plany są oderwane od rzeczywistości. Nie uwzględniają zagrożeń i pułapek. W efekcie wszystko bierze w łeb.

Ten zespół to twoje możliwości. Są różnorodne. Dysponujesz różnymi spojrzeniami na świat. Nie możesz pozbyć się niewygodnych członków i oczekiwać, że wszystko będzie doskonale działało. Niewygodni członkowie wprowadzają napięcie. Pytanie jednak, co jest twoim celem? Czy ważniejsze jest żyć w spokoju, czy stworzyć nową rzeczywistość?

Możesz tworzyć rzeczywistość, ale musisz w tym celu w pełni wykorzystać wszystkie swoje możliwości. A przede wszystkim nie możesz wprowadzać w swój wewnętrzny świat kłamstwa.

Kłamstwo nie tworzy przed nami nowych możliwości. Odwrotnie – zamyka je przed nami.

Jak pisze Jung:

Nie jesteśmy w stanie czegoś zmienić, tak długo, jak tego nie zaakceptujemy. Wyparcie się czegoś nie wyzwala a więzi.

Powtarzanie „stać mnie” wzmacnia lęk

Jeszcze jedna wątpliwość odnośnie strategii „powtarzania” brzmi: skoro cię stać, a pieniądze szerokim strumieniem do ciebie płyną, po jaką cholerę masz sobie powtarzać, że cię stać?

Zdarzyło ci się coś ostatnio kupić za gotówkę? Ile razy, zanim kupiłeś, powtarzałeś sobie „stać mnie na to”? Ja miesiąc temu kupiłem płaski telewizor. Ponieważ miałem pieniądze, wszedłem do sklepu, wybrałem i zapłaciłem. Jakoś nie miałem okazji powtórzyć sobie ani razu „stać mnie na niego”. Moje myśli krążyły nie wokół tego czy mnie stać, ale wokół tego, jaki mam wybrać model.

To, czy cię stać jest jednorazową decyzją. Gdy ciągle do tego powracasz, to znak, że nie jesteś pewny.

- Może jednak mnie nie stać?

- Stać mnie na to.

- Może jednak warto przemyśleć?

Im mniej masz pieniędzy, im mniej pewnie się czujesz pod, tym więcej razy powtarzasz sobie hasło „stać mnie na to”.

Gdy podjąłeś decyzję, samo powracanie do niej, może wzbudzić w tobie lęk.

Przez wiele lat pracowałem jako trener. Zdarzało mi się pracować z młodymi, niedoświadczonymi trenerami, którzy zaczynali i jeszcze bali się szkoleń. Wielu z nich się kamuflowało, chcąc jak najlepiej wypaść przede mną, ale ich lęk zawsze było łatwo rozpoznać. Jednym z objawów jest międlenie zapewnień „uda się”. Sami powtarzają i chcą by inni im powtarzali zapewnienia typu „Dam sobie radę. Jestem dobrze przygotowany. Na pewno dobrze pójdzie”.

Ktoś, kto się nie boi, po prostu nie zajmuje się tym, jak mu pójdzie. Skoro robiłeś już to szkolenie dziesiątki razy i zawsze było w porządku, dlaczego teraz miałbyś sobie coś tak oczywistego powtarzać? Ale gdy ci ciągle ktoś zwraca uwagę, na to jak pójdzie, sam zaczynasz się zastanawiać czy aby tym razem wszystko będzie dobrze?

Takiemu struchlałemu, młodemu trenerowi nie można pomóc zapewniając go, że jest dobrze przygotowany. Każde kolejne zapewnienie sprawi, że stanie się coraz bardziej nerwowy. Mówi mu się: „Przestań o tym myśleć, skup się na czymś innym. Nie zastanawiaj się czy ci wyjdzie, czy nie. Zamiast tego zainteresuj się kim są uczestnicy szkolenia, przejrzyj materiały albo zastanów się co ciebie w tym szkoleniu rusza. A w każdym razie więcej mi o tym nie mów!”.

Ścieżka tchórza, ścieżka wojownika

Kłamstwo – zarówno to, serwowane innym ludziom, jak i sobie – jest oznaką tchórzostwa. Kłamię, bo boję się powiedzieć prawdę. Kłamię, bo boję się przyznać. Kłamię, bo boję się, że nie wytrzymam. Okłamując siebie grzęźniemy w strategii unikania doświadczeń. Tłamsimy się, gwałcimy nasze poczucie odwagi i szlachetności. Jeżeli wejdziesz na ścieżkę tchórzostwa, stopniowo coraz więcej rzeczy będzie cię przerażać. 

Masz dwie ścieżki. Ścieżkę tchórza i ścieżkę wojownika.

Wojownikiem stajesz się gdy potrafisz przyjąć na siebie rzeczy trudne, niewygodne i ciężkie. Gdy potrafisz znieść własny strach, wątpliwości, obawy i brak. Wojownik brzydzi się kłamstwem. Prawda jest dla niego ważniejsza niż samopoczucie.

Gdy patrzy prosto w oczy swojego strachu, poczucia nieadekwatności, czy braku – to wszystko wcale nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale przestaje nim rządzić. Staje się mniejsze niż on.

Jest wiele zasad / sztuczek / technik / zasad, które powalają człowiekowi żyć, tak jak chce i sprowadzać swoje marzenia na ziemię, po której stąpa. Ale jedna zasada jest podstawowa:

- Nigdy nie okłamuj samego siebie. Nie wmawiaj sobie, że jest inaczej niż widzisz. Nie neguj faktów. Bądź uczciwy wobec siebie. Szanuj, to co czujesz i to co widzisz.

Produkowanie problemów

Co takiego przerażającego jest w fakcie, że brakuje mi 297 tysięcy? Co jest w tym takiego upokarzającego, blokującego, przerażającego? Czy to ma jakikolwiek związek z tym, co uda mi się zrobić w przyszłości? Nie mam 297 tysięcy, ale to przecież nie jest żadna przeszkoda by tyle zrobić. Gdy zaczynasz wałkować afirmacje, zaczynasz robić problem z tego, że nie masz pieniędzy.

Nie chodzi tylko o pieniądze. Okłamujemy się w wielu znacznie bardziej istotnych sprawach:

  • jestem szczęśliwy
  • jestem spokojny i zrelaksowany
  • jestem genialny
  • jestem inteligentny
  • wszyscy mnie kochają

Czy gdy sobie to mówisz, czujesz, że to prawda?

A może lepiej się przyznać, że czuję się teraz:

  • smutny i rozczarowany
  • zdenerwowany
  • głupi
  • opuszczony

Co takiego strasznego jest w tym, że tak się czujesz? Pozwól by świat płynął. Przyjmuj siebie, takim jakim jesteś. Nie chowaj się pod płaszczykiem zapewnień, w które i tak do końca nie wierzysz. Nie radzę ci byś usiadł i płakał. Radzę ci tylko być otworzył się na zmiany.

Wszystkiemu, co istnienie potrzebna jest swoboda
Cały świat należy do tych, którzy pozwalają mu
Płynąć lekko, zgodnie z naturalnym porządkiem
Ale jeśli ktoś się wysila i pozostaje
W nieustannym napięciu
Świat wydaje się niezwyciężony

(Tao te king, 48)

Pozytywne fantazje i sukces

Opublikowano 09 lipca 2008 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Czy pozytywne wyobrażenia naprawdę ułatwiają osiągnięcie sukcesu? Kilka niepokojących badań. [...]