Tag Archives: rezygnacja
Boże, naucz mnie być przeciętnym jak biało – czarna krowa

Boże, naucz mnie być przeciętnym jak biało – czarna krowa

Opublikowano 11 marca 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 18 komentarzy

Fioletowa krowa przy drodze speca od marketingu

Seth Godin, guru marketingu, rozpoczyna swoją książkę opowieścią o tym jak podróżował z rodziną przez Francję.

Gdy wyjechali z miasta byli oczarowani malowniczymi pastwiskami i pasącymi się na nich krowami. Widok, od którego przeciętny mieszczuch nie może oderwać oczu. Piękny jak książeczka z obrazkami, którą czytało się w dzieciństwie.

Dokładnie to samo robią moje dzieci, gdy na horyzoncie zobaczą choćby niewielką łaciatą figurkę krowy. Dla moich dzieci (i zapewne dzieci Godina), krowa jest znacznie bardziej egzotycznym zwierzęciem niż tygrys, gibon czy słoń. Te ostatnie widujemy od czasu do czasu w zoo. Krowy mamy wyłącznie na ilustracjach.

Po kilkunastu minutach w samochodzie Godinów coś zaczęło się jednak zmieniać. Na początek krowy stały się nieco mniej interesujące. Wystarczyło rzucić na nie okiem od czasu do czasu. Potem stawały się coraz bardziej zwyczajne. W końcu stały się nudne. Po niecałych dwudziestu minutach czar prysł i nikt już nie zwracał na nie uwagi..

Jak pisze Godin: każda krowa jest taka sama i gdy widziałeś jedną, widziałeś wszystkie. By ożywić uwagę, musielibyśmy zobaczyć coś zupełnie nowego. Na przykład fioletową krowę.

Godin wyciąga prosty wniosek: jeżeli chcesz przeżyć w dzisiejszym świecie, musisz stać się fioletową krową. Nie tylko musisz się różnić. Musisz być niezwykły i ponadprzeciętny. Inaczej ludzie cię nie dostrzegą i będzie tak, jakbyś nie istniał. Będziesz jednym z wielu nic nie wartych nudziarzy. Być przeciętnym to znacznie bardziej niebezpieczne niż się wyróżniać:

Chcę jasno powiedzieć, że bezpieczniej jest podejmować ryzyko – wzmocnić w sobie pragnienie dokonania naprawdę zadziwiających rzeczy.

Fioletowe krowy przy drogach specjalistów od rozwoju

Godin zajmuje się głównie marketingiem. Jednak te same rady można znaleźć w książkach z zakresu rozwoju osobistego: wyróżniaj się, bądź niezwykły i ponadprzeciętny. Nie bądź dobry – bądź niesamowity. Nie gódź się na przeciętność. Rozwijaj w sobie wyjątkową osobowość. Oczekuj od siebie niezwykłości. Dąż ustawicznie do wielkości.

Jak byś się czuł, gdyby ktoś ci powiedział, że jesteś przeciętny? Zgodnie ze słownikiem, przeciętny znaczy nie odbiegający od normy, taki, jakiego się najczęściej spotyka, zwykły. Przeciętna szybkość samochodu. Przeciętny zarobek. Przeciętny wygląd (ani ładny, ani brzydki). Przeciętny dzień (ani zły ani dobry, po prostu typowy).

Tymczasem przeciętny człowiek, to ktoś zły, słaby i do niczego. Gdyby ktoś ci powiedział, że jesteś przeciętny, potraktowałbyś to jako obelgę.

Gdy zajmowałem się projektowaniem systemów ocen pracy, zawsze mieliśmy problem z nazwaniem oceny opisującej większość pracowników. Oczywiście nie wchodziło w grę nazwanie jej przeciętną czy dostateczną. Rzadko pomagały inne nazwy, takie jak spełnia wymagania czy zgodnie z oczekiwaniami. Ludzie obruszali się, gdy nie dostawali najwyższej oceny. W wielu firmach, w których dział personalny nie dość dobrze sobie radził z systemem ocen, pod koniec roku, 98% pracowników otrzymywało najwyższe oceny. Wszyscy pracownicy nagle byli znacznie powyżej wymagań. Tylko dlaczego firma nie radziła sobie na rynku a pracownicy mieli poczucie, że nie są traktowani sprawiedliwie?

Jeden z amerykanów, którego cytuje John C. Maxwell, pisze:

Przeciętność wystawia na niebezpieczeństwo cały kraj. Ale zawsze pamiętaj: przeciętność zaczyna się od ciebie.

Pamiętaj, wróg czuwa! Bezpieczeństwo kraju wymaga by wszyscy byli w górnych pięciu procentach!

Nie tylko w Ameryce ludzie czują przymus bycia kimś wyjątkowym. Japoński autor Mishima Yukio w powieści Na uwięzi opisuje jedną z postaci, marynarza Ryuji:

Wiedział tylko, że gdzieś daleko w mrokach świata jest światełko jemu jednemu przeznaczone, które pewnego dnia zbliży się na tyle, by objąć swym blaskiem jego, nikogo więcej…wierzył, że: z całą pewnością czeka mnie niezwykły los, coś zupełnie ekstra, co nie jest dla byle kogo.

Tylko ludzie nieprzeciętni są w stanie coś osiągnąć. Nic dziwnego, że tak chętnie uczymy się tzw. kreatywności. Nikogo nie dziwi grupa menedżerów czy pracowników, którzy biegają po sali szkoleniowej w kolorowych czapeczkach, udają szalejące stado zwierząt, z zapamiętaniem rzucają papierowe samolociki czy licytują się tysiącami absurdalnych pomysłów. Kreatywność to firmowe życie lub śmierć.

Nigdy nie dziwiło mnie organizowanie takich zajęć na uczelniach czy w szkołach. Zdziwiłem się dopiero, gdy zobaczyłem ofertę dla przedszkolaków. Do tej pory naiwnie uważałem, że dzieci są wzorcem kreatywności. Teraz dowiedziałem się, że kreatywności trzeba się uczyć od dzieciństwa. Już czteroletnie maluchy dowiadują się, że bycie typowym to nieszczęście. Że tkwienie w jakimkolwiek schemacie to zbrodnia. Że oczywiste rozwiązania są najgorsze, bo coś sensownego może być dopiero efektem burzy mózgów.

Postęp rozlewa się dalej. Nawet kościół stara się iść do przodu. Jakiś czas temu widziałem plakat reklamujący rekolekcje. Pod zdjęciem grupy młodych ludzi w dziwnych pozach i z dziwnymi minami był wielki napis: Aby zerwać z przeciętnością. Do tej pory, naiwnie myślałem, że Bóg kocha prostaczków i szaraczków.

Ale to nawet lepiej. Kto by chciał być przeciętny? Przecież o to w życiu chodzi by błyszczeć i stać na środku sceny. Broń boże być takim samym jak inni!

Moja szczęśliwe przegrana walka

Ja też zawsze szukałem czegoś niezwykłego. Nie chciałem być przeciętny i zwyczajny. Czasem mi się to udawało. Nosiłem długie włoscy, ubierałem się dosyć niezwykle jak na standardy małego miasta, w którym zastało mnie dojrzewanie, czytałem poezję (czego nie robił nikt z moich towarzyszy niedoli zwanej technikum elektronicznym). Pisałem wiersze (dwa zostały wydrukowane w lokalnej gazecie).

W końcu, gdy byłem starszy, zabrałem się za pisanie książki. Ktoś wyjątkowy w którymś momencie swojego życia powinien napisać książkę. Lepiej wcześniej niż później, bo osoba niekonwencjonalna jakoś dziwnie potrzebuje ciągłego potwierdzania swojej niezwykłości.

Na początku szło doskonale. Pisanie przynosiło mi dużo przyjemności. Szybko skończyłem pierwszy, drugi i trzeci rozdział. W którymś jednak momencie poczułem, że to, co piszę nie jest dość twórcze, niezwykłe czy kreatywne. Krytycznie przejrzałem efekty swojej pracy.

Nie, to mógłby napisać każdy. Gdy jesteś kimś wyjątkowym musisz bardzie się postarać, więcej od siebie wymagać…. Musiałem wszystko poprawić. To nie mogła być prosta książka. To musiało być epokowe dzieło. Coś niezwykłego i dopracowanego do nieskończoności.

Poczucie zabawy i radości z pisania prysło. Zacząłem męczyć się z każdym kolejnym słowem. Byłem twardy i nie poddawałem się. Zaczynałem od nowa i motywowałem się. Ale miesiące mijały. A ja miałem tylko kolejne, nie nadające się do niczego wersje. Po pół roku codziennego, minimum trzy godzinnego pisania byłem na krawędzi depresji.

Któregoś dnia, wybrałem się do księgarni. Wziąłem z półki jakąś książkę. Dobry tytuł, piękna okładka, ale w środku kiepsko. Niespójne rozdziały, koszmarny język, banały. Zacząłem przeglądać inne książki.

Dotarło do mnie, że większość tego, co stoi na półkach to wcale nie są wielkie, wspaniałe i dobrze napisane dzieła. Po większości z nich, nawet tych najlepiej się sprzedających, za dziesięć lat nie będzie śladu. Większość z książek to przeciętne, nudne, biało – czarne krowy.

A jednak nie czułem się lepszy. Przeciwnie. Czułem się przegrany. Czułem, że przegrałem swoją walkę o wielkość i ponadprzeciętność. I czułem, że będę ją przegrywał tak długo, póki ją będę prowadził.

Zrozumiałem, że ludzie po prostu piszą książki (niektóre okazują się doskonałe, ale większość wychodzi średnio). Ja natomiast żyję w świecie fantazji i nierealnych oczekiwań.

Bardzo zatęskniłem za powrotem do rzeczywistości. Chciałem stać się jednym z tych wielu przeciętnych autorów książek. Napisać tylko tyle, by ktokolwiek zechciał to wydać, by ktokolwiek zechciał to wziąć do ręki i by ktokolwiek zechciał to przeczytać. Niech to będzie największy chłam, ale niech to się znajdzie na tej półce! Nie chcę być niezwykły. Chcę cokolwiek zrobić.

Im mocniej oczekiwałem od siebie czegoś niezwykłego, tym bardziej czułem się sparaliżowany. Im bardziej pragnąłem być fioletową krową, tym bardziej nie mogłem być żadną.

Wysoko zawieszona kładka

Nie mamy potrzeby bycia kimś niezwykłym, gdy piszemy list do przyjaciela. Pisanie przychodzi nam naturalnie i nie traktujemy go jak ciężkiej pracy. Wystarczy jednak powiedzieć komuś by napisał to samo, ale jako artykuł do książki, a sprawa staje się naprawdę męczącą.

Gdy piszę do przyjaciela, mogę być zwyczajny i normalny. Gdy piszę artykuł, muszę być genialny.

Gdy poddasz się nakazom niezwykłości, kreatywności i genialności, twoja praca staje się ciężka i męcząca.

Pisanie połączone z oczekiwaniem stworzenia czegoś genialnego jest jak chodzenie po kładce na wysokości stu metrów. Albo jak zdawanie ważnego egzaminu przed surowym profesorem.

Im więcej fioletowej krowy masz w głowie, tym większy stres i napięcie. Fioletowa krowa w głowie sprawia, że nigdy nie jesteś zadowolony i prawnie nigdy nie czujesz satysfakcji. Ciągle musisz się kontrolować i sprawdzać. Ciągle musisz się jeszcze bardziej i bardziej starać. Niewiele zostaje energii na pracę.

Fioletowa krowa, jest jak cenzor, który siedzi gdzieś w środku i ciągle mówi: to nie dość nowe, to nie dość odkrywcze, to nie dość kreatywne, to nie dość wielkie.

To my sami zapraszamy fioletową krowę. My sami wieszamy kładkę tak wysoko, mimo, że równie dobrze mogłaby wisieć metr nad ziemią. My sami wmawiamy sobie, że nasi bliźni są surowymi recenzentami, podczas gdy w rzeczywistości większość z nich to bardzo życzliwi słuchacze.

Pół roku po tym, gdy szczęśliwie udało mi się przegrać walkę o własną niezwykłość, wszedłem do tej samej księgarni i zdjąłem z półki książkę z moim nazwiskiem na okładce.

Przynajmniej na jakiś czas przestałem walczyć o swoją wielkość i niezwykłość. Zamiast pisać genialną książkę napisałem coś, co mogło zainteresować kilku znajomych. Przestałem troszczyć się o doskonałość i zacząłem po prostu pisać.

Gdy oglądałem swoją książkę, wiedziałem, że jest daleko od doskonałości. Wiedziałem, że przydałoby się jej wiele poprawek. Ale trzymałem ją w ręku. I to się liczyło. A gdy zacząłem jeszcze dostawać maile z podziękowaniami od czytelników, poczułem się jak krowa, która daje mleko. Fioletowe krowy nigdy nie dają mleka.

Paradoks

Czy dzisiejsze ulice pełne są wyjątkowych, niezwykłych i kreatywnych ludzi? Czy w dzisiejszych mediach jest wiele osób wyjątkowych i niezwykłych?

Udziwnionych, zmanierowanych, sztucznych – owszem. Ale wyjątkowych i niepowtarzalnych?

To smutne. W czasach, w których tak mocno pragniemy się wyróżniać, jesteśmy tacy jednakowi. Tygiel rodem z dramatu antycznego. Nasze pragnienie niezwykłości sprawia, że stajemy się tacy sami.

Seth Godin, którego cytowałem na początku zachęcał do tego by wzmacniać w sobie pragnienie dokonania naprawdę zadziwiających rzeczy.

Przeciwnie. Im mocniejsze w jest w tobie pragnienie dokonania niezwykłych i zadziwiających rzeczy, im bardziej pragniesz być kimś niezwykłym, tym większa przeciętność ci grozi.

Jakie jest rozwiązanie?

Przestań szukać nieprzeciętności i zacznij szukać autentyczności.

Przestań szukać niezwykłych, kreatywnych rozwiązań. Zamiast tego szukaj rozwiązań oczywistych i najprostszych.

Patricia Ryan Mason, w swojej książce Improv Wisdom cytuje wypowiedź projektanta oprogramowania, który zmienił swój sposób rozwiązywania problemów:

Wcześniej cenzurowałem wiele z moich pomysłów zanim dochodziłem do czegoś użytecznego. Teraz projektując interfejs użytkownika szukam rzeczy oczywistych. Gdy idę na spotkanie z Działem Rozwoju i mówię im o rzeczach łatwo dla mnie dostrzegalnych, kierownicy klaszczą w dłonie i mówią „Dlaczego myśmy o tym nie pomyśleli?” Wtedy wiem, że mój pomysł jest dobry. Wcześniej często szukałem czegoś sprytnego czy innowacyjnego, tracąc to co było na wprost mnie.

Nie pomijaj tego co ci pierwsze przychodzi na myśl. Nie bój się zaakceptować najbardziej oczywistych rozwiązań. Gdy patrzysz uważnie na to, co przed tobą i nie starasz się być drugim Enstinem czy Picassem, zazwyczaj żadna burza mózgów nie jest ci potrzebna.

Gdy piszesz, nie twórz ale napisz najprościej jak potrafisz to, co masz do napisania. Pisz jakbyś pisał do przyjaciela.

Gdy robisz zdjęcia, nie kreuj obrazu ale po prostu fotografuj to co widzisz. Nie szukaj rzeczy niezwykłych. Dostrzegaj to, co masz przed sobą.

To samo można odnieść do każdej dziedziny twórczości: muzyki, architektury, prawa, księgowości, informatyki, itd.

Pozwól sobie na przeciętność

Od środka każdy z nas jest kimś przeciętnym. Jak się na co dzień zaskakiwać, gdy człowiek zna się od dwudziestu, trzydziestu czy więcej lat?

Gdy staramy się być ponadprzeciętni, przestajemy być autentyczni. Być autentycznym to być zwyczajnym. Czasem nudnym, czasem powielającym. Takim jakiem jesteś w środku.

Twoja autentyczność być może okaże się dla innych czymś niezwykłym. Być może to, jak na co dzień widzisz świat będzie absolutnym olśnieniem dla kogoś innego. Być może to, co dla ciebie normalne, dla innych okaże się niesamowite. Może tak, może nie. Przestań się tym zajmować.

Bądź taki, jaki jesteś. Bądź biało – czarną (czy brązową) krową.

Nie szukaj egzaltacji i wyjątkowości. Nie goń za wybitnością. Nie próbuj zrobić coś specjalnego. Nie sil się na myślenie poza ramami i wymuszoną kreatywność.

Mistrz zen Shunryu Suzuki mówi:

Kiedy już nie próbujesz zrobić niczego specjalnego, wówczas robisz coś.

To naprawdę duża ulga nie musieć robić rzeczy niezwykłych.

Jeden z moich ulubionych psalmów (131) opisuje ten stan:

Panie, moje serce nie jest wyniosłe

i oczy moje nie patrzą z góry.

Nie gonię za tym, co wielkie

albo co przerasta moje siły.

Przeciwnie zaprowadziłem ład i pokój w mojej duszy.

Jak niemowlę u swej matki,

Jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza.

Piękny obraz, ale trudny do osiągnięcia. Wiedzieć o tym wszystkim to zbyt mało.

Wiem, jak bardzo pragnienie niezwykłości utrudnia mi życie. Jak bardzo komplikuję sobie pracę, starając się „robić coś specjalnego” i „goniąc za tym co wielkie i co przerasta moje siły”.

Ale co z tego, że wiem? Co z tego, że już kilka razy się przekonałem, że najlepsze efekty przynosi prostota? Co pewien czas na nowo łapię się na dopieszczaniu, uniezwyklaniu i ukreatywnianiu. Jeszcze wielu rzeczy musze się oduczyć by stać się autentyczny jak niemowlę. By pozbyć się traktowania siebie samego jakbym był fioletową krową.

Mam nadzieję, że może komuś mniej zawikłanemu w takie myślenie, ten tekst pomoże. Że zamiast kombinować, po prostu będzie robił rzeczy oczywiste i najbardziej potrzebne.

Naturalna wyjątkowość

Jeżeli dla kogoś biało czarne krowy są nudne i takie same, powinien zatrzymać samochód i spróbować wydoić jedną z nich. Albo przynajmniej uważnie jej się przyjrzeć. Okazałoby się, że nie ma dwóch takich samych. Że gdy widziałeś jedną, widziałeś tylko jedną.

Gdy pragniesz fioletowych krów jesteś tylko amerykańskim turystą. To nie krowa ma problem. To amerykański turysta ma problem z tym, jak widzi świat.

Gdy przestajesz szukać swojej wyjątkowości i zamiast tego przechodzisz zwyczajnie i uważnie przez kolejne chwile, sam z siebie stajesz się wyjątkowy. Bez żadnego świadomego wysiłku. Często sam nawet o tym nie wiesz.

Gdy masz ochotę się wycofać

Gdy masz ochotę się wycofać

Opublikowano 06 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Zawsze jest zbyt wcześnie na to by się poddać. Jason Kidd
Wycofuj się tylko wtedy, gdy odniesiesz sukces. David K. Reynolds

Znowu nowa firma

Mam znajomą, która jakiś czas temu wpadła na nowatorski pomysł. By go zrealizować założyła firmę i rozpoczęła działanie. Potrzebowała na początek kilku klientów i niewielkiego zainteresowania mediów. Pogratulowałem jej odwagi i życzyłem sukcesów. Po kilku tygodniach, skontaktowałem się i zapytałem, co z firmą. Powiedziała:
- Wiesz, siedzę już w czymś innym. Lepszy target i lepszy produkt.
- Ale co z tamtym pomysłem?
- Już mnie tak nie ciągnie.
- Ale jakie efekty? Czy udało ci się to, co miałaś w planach?
- To było nieco trudniejsze niż myślałam, doszłam do wniosku, że szkoda czasui i wysiłku. Może coś jeszcze z tego będzie, ale teraz skupiam się na czymś innym.

Faza pierwsza: w pełnym słońcu

Większość naszych projektów, zaczyna się w słońcu. Wpada nam do głowy jakiś nowy, rewolucyjny pomysł. Nie możemy przestać o nim myśleć. Wymyślamy nazwę firmy, rejestrujemy domenę, dopracowujemy biznes plan, wymyślamy logo, chwalimy się znajomym.… To może wyglądać inaczej, ale zapewne znasz gorączkę nowości.

Dobrze czuć radość, ekscytację, wierzyć, że podbijesz świat, że nikt jeszcze czegoś takiego nie widział, że ludzie przysiądą z wrażenia, że głodne masy czekają tylko na ciebie. Do pewnego momentu łatwo jest działać z energią.

Ale przychodzi chwila, by pokazać to ludziom.
Wspaniale, gdy są zachwyceni i wszystko dzieje się tak, jak sobie człowiek wymarzył.
Ale bardzo rzadko tak jest.

Faza druga: smuga cienia

Niestety, większość projektów, w którymś z momentów wchodzi w smugę cienia. Pojawiaj się trudności. Głodne masy się nie rzucają. Ludzie nie mdleją. Klienci nie walą oknami. Nikt nie prosi cię o to byś przyjął wyższe stanowisko. Twoje cv nie robi zbyt wielkiego wrażenie i nikt nawet nie raczy się z tobą skontaktować. Waga nie spada tak szybko jak to miało być. Nie osiągasz takich wyników…

No może nie jest najgorzej, ale daleko nie tak, jak byś chciała czy chciał.

Tego, co czujesz, pewnie nie nazwałbyś zniechęceniem. Ani tym bardziej rozczarowaniem. Tylko jakoś dziwnie straciłeś miętę do projektu. Już nie jest tak atrakcyjny.

Przestało świecić słońce. Twój projekt znalazł się w smudze cienia.

W smudze cienia jest nudno, niewygodnie, nieprzyjemnie, duszno, nieco smutno. Bez polotu. Gdzieś tam w środku, coś ci być może mówi: nie liczysz się, nie uda ci się, może to wszystko jest bez sensu.

Ucieczka ze smugi cienia

Nikt nie lubi być w smudze cienia. Po co tam tkwić, skoro jest dobre i szybkie wyjście? Jesteś osobą kreatywną, szybko możesz wymyślić coś nowego i lepszego. Zamiast się męczyć, możesz zacząć pisać nową, lepszą książkę, możesz założyć lepszą firmę, możesz założyć nową stronę, możesz zacząć ćwiczyć coś innego, możesz posprzątać, itp.

To idealne rozwiązanie. Porzucasz smugę cienia i wracasz do świata słońca. Znowu wierzysz w siebie i sens tego, co robisz. Nie musisz się męczyć z wątpliwościami, nudą i niewdzięcznym robieniem poprawek.

Dobrze-się-zapowiadacze

Tyle tylko, że jeżeli choć raz zgodzisz się uciec ze smugi cienia, do końca życia będziesz czuł taką pokusę.

Jeżeli pozwolisz, by nowy, fascynujący projekt zajął miejsce tego starego i nudnego, ryzykujesz, że staniesz się kolejnym dobrze-się-zapowiadaczem. Będziesz zostawiać za sobą, niedokończone, dobrze rokujące projektu. Szkice i drafy. Strony bez treści z dumnymi zapowiedziami. Nic nie znaczące, zarejestrowane nazwy firm.
Ale nie widzisz tego, co zostaje za tobą, bo myślami jesteś przy następnej rzeczy. Wydaje ci się większa i bardziej pasjonująca. Jak to powiedziała moja znajoma „lepszy target, lepszy produkt” (cokolwiek to znaczy).

Nie wychodź ze smugi cienia – niech ona wyjdzie

Gdy pojawia się smuga cienia, skuteczne działanie wymaga czegoś odwrotnego niż to, na co mamy ochotę.

Nie opuszczaj cienia. Nie uciekaj. Nie szukaj ulgi. Zostań w cieniu, tak długo jak trzeba. To nie ty masz uciekać. To ona ma ustąpić.

Czujesz zniechęcenie? I co z tego? Kto powiedział, że nigdy go nie poczujesz? Kto powiedział, że to taki ogromny problem?

Wytrzymasz czy zemdlejesz?

Moja córka – jak każde dziecko – czasem marudzi i rozpacza na byle czym. Kiedyś miała niewielką ranę na kolenie. Po prostu zdarta skóra. Nic wielkiego, rzecz chyba sprzed dwóch dni. W ogóle o niej nie pamiętała, do chwili gdy weszła do wanny. Musiało ją trochę zaszczypać. Zaczęła krzyczeć, płakać, stanęła na jednej nodze i kategorycznie stwierdziła, że nie pozwoli się umyć. Normalnie bym spełnił jej prośbę, ale tym razem byłem pewny, że przesadza.

Zapytałem ją:
- Boli cie?
- Bardzo, bardzo, bardzo
- A jaki to jest ból, czy taki jakby gryzł cię krokodyl?
- Nie…
- To może taki, jakby gryzł cię kotek?
- Nie.
- A może taki, jakby kotek chwycił cię pazurkami?
- Nie…

I tak doszliśmy do stwierdzenia, że jest to ból, taki jakby mała mrówka chodziła i trochę szczypała. Okazało się, że można go wytrzymać i umyć nóżkę.

Dorośli ludzie w taki sam sposób panicznie reagują na wewnętrzne, nieprzyjemne uczucia.
Gdy tylko poczują się nieco gorzej, zaczynają panikować:

- Och, nie zniosę tego, czuję się tak zniechęcony, tak przerażony, tak osłabiony …. muszę coś z tym zrobić.

I zamiast po prostu wytrzymać – coś co jest całkowicie do zniesienia – tracą czas na jakiś bzdury w stylu kotwiczenia, wprowadzanie się w trans, przepracowywania, itp. Zamiast pomóc, to tylko rozprasza ich siły. Przyjemniej jest zająć się swoimi wewnętrznymi stanami niż pracować będąc w strefie cienia. W efekcie dostajesz dobre samopoczucie, ale robota pozostaje niezrobiona.

Warto, gdy pojawia się w tobie potrzeba ulgi, zadać sobie pytanie:
-Czy naprawdę to taki wielki ból? Czy nie jestem w stanie go znieść?

Jeżeli masz coś do zrobienia, a ból i zniechęcenie jakie czujesz nie wywołuje katatonii, to po prostu to zrób.

Gatunek ludzki przestałby istnieć, gdyby ludzie nie potrafili działać mimo negatywnych doznań. Kobiety rodzą dzieci, mężczyźni się boksują, asceci głodują na pustyni, alpiniści znoszą ból głowy w rozrzedzonym tlenie, itd.

Smuga cienia ustępuje zawsze, gdy działasz. Im więcej wygody pragniesz, tym mniej masz realnych możliwości.

Ocena

To oczywiście nie oznacza, że wszystko, zawsze należy kończyć. I że bez względu na wszystko trzeba wytrzymywać zniechęcenie. Są projekty, które lepiej porzucić niż skończyć. Ale bądźmy szczerzy – to rzadkie przypadki. Jesteśmy cywilizacją twórczych, rozczulających się nad sobą ludzi i porażki częściej są efektem braku wytrwałości (nazywam to twardymi czterema literami) niż złych pomysłów.

Ile razy masz ochotę zająć się czymś nowym zadaj sobie pytanie, czy jest to:

  • Ucieczka, próba uniknięcia konfrontacji z przeciwnościami.
  • Działanie strategiczne, przemyślane i uzasadnione.

Gdy nie możesz tego znieść

Zanim podejmiesz się czegoś nowego (założysz nową firmę, zaczniesz pracę na nową książką, zaczniesz uczyć się kolejnego języka, itp.) sprawdź, co się dzieje w tym obszarze, z którego się wycofujesz.

Przychodzą mi na myśl cztery pytania:

  • Czy masz jasno zdefiniowane cele? Czy wiesz, co chcesz osiągnąć? Jeżeli nie wiesz, zawsze będziesz zniechęcony. Jeszcze raz przypomnij sobie co jest teraz twoim celem.
  • Czy te cele ciągle są ważne? Może już przestały. Może nigdy nie były dla ciebie ważne, bo pochodziły od kogoś innego. Nie odkładaj pracy, ale po prostu z niej zrezygnuj
  • Czy twoje cele i standardy są wygórowane? Czy naprawdę ludzie muszą zemdleć? Czy muszą o tobie pisać gazety? Czy musisz zdobyć tysiąc subskrybentów w ciągu miesiąca, czy musisz napisać książkę w ciągu trzech tygodni)? Obniż standardy tak by przystawały do twoich obecnych możliwości
  • Czy masz poczucie, że jesteś w stanie skutecznie poradzić sobie z przeszkodami, jakie się pojawiły? Może czujesz, że czegoś nie umiesz? W takiej sytuacji zamiast zmagać się ze zniechęceniem lepiej poprosić kogoś o pomoc, lub poświęcić trochę czasu na naukę.
  • Samodyscyplina

    Samodyscyplina

    Opublikowano 29 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

    Pewnego dnia pracowałem w moim biurze dłużej niż zwykle. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jest prawie piąta. Byłem umówiony na piątą! Jak mogłem zapomnieć?! Szybko zamknąłem komputer i spakowałam się. Biegiem do drzwi wyjściowych. Chwyciłem za klamkę. Bezruch. Zamknięte od zewnątrz.

    Drzwi mają zamek Gerda. Nie cierpię tych zamków. Gdy ktoś przekręci klucz z zewnątrz, nie można ich otworzyć od środka. Mój sąsiad z biura obok wyszedł wcześniej i zapomniał sprawdzić, czy ktoś jeszcze jest.

    Byłem uwięziony. Do tego bardzo się spieszyłem.

    Biuro jest na pierwszym piętrze. Wyjść przez okno się nie da. W budynku nie żadnej obsługi (strażników czy portierów). Nikt by nie usłyszał mojego tłuczenie się. Nie miałem gdzie zadzwonić po pomoc.

    Do pracy ludzie przychodzą rano. Po piątej rzadko ktoś się pojawia.

    Podszedłem do okna i domyśliłem się co muszę zrobić. Otworzyć okno, zatrzymać jakiegoś przechodnia, rzucić mu klucz i poprosić by mnie otworzył.

    Łatwo powiedzieć. Otworzyłem okno. Na zewnątrz był hałas. Raz na jakiś czas ktoś przechodził. Ale przecież nikt nie chodzi z oczyma utkwionymi w moje okno. Trzeba przyciągnąć uwagę człowieka. Krzyknąć, albo przynajmniej głośno mówić.

    Akurat ktoś przechodził. Wziąłem oddech i … nic. Odsunąłem się od okna. Jestem osobą nieśmiałą. Nie chorobliwie. We wielu obszarach jestem śmiały, np. stosunkowo bez problemów przemawiam przed grupą. Jednak moją piętą achillesową jest inicjowania kontaktów. Nie potrafię bez stresu zaczepić kogoś, kogo nie znam. A nawet, jeżeli już jestem w stanie to zrobić (czasem się zdarza) to zaczepianie kogoś krzykiem, z wysokości pierwszego piętra, nie do końca mi się podobało. Bądźmy szczerzy. To mnie przerażało. Trudno mi wyobrazić coś bardziej stresującego.

    Nogi się pode mną ugięły. Poczułem się słabo, zabrakło mi oddechu, głos ugrzązł w krtani…

    - Nie, nie jestem jeszcze gotowy – wyszeptałem – muszę się przygotować. Zacząłem próbować różnych metod, wzbudzałem w sobie odwagę i pewność siebie, tłumaczyłem sobie, wyciszałem się, patrzyłem z innej perspektywy, dysocjowałem…

    Czas mijał. Było już prawie dziesięć po piątej. Być może do rano rozwiązałbym swoje problemy emocjonalne.

    Wtedy zrozumiałem, że jedynym sposobem jest przestać walczyć z emocjami.

    - Tak jestem świrem, jestem spięty i nieśmiały, głos mi się łamie, boję się i nic nie mogę z tym zrobić.

    Podszedłem do okna:

    - Proszę pana…. mój głos brzmiał bardzo niemrawo. Rzeczywiście jestem nieśmiały – pomyślałem – całkowita sierota. Gość na dole, nawet nie zwrócił na mnie uwagi.

    - Halo, proszę pana – spróbowałem nieco głośniej, mimo, że miałem ochotę uciec. – Halo… Człowiek w końcu podniósł głowę.

    - Mam wielką prośbę. Kolega zamknął mnie od zewnątrz. To Gerda i nie da się jej otworzyć od środka. Mógłby pan wziąć te klucze i otworzyć od zewnątrz?

    - Proszę rzucić

    Po chwili byłem wolny.

    Na tym właśnie polega samodyscyplina. Zrobić coś, niezależnie od tego, co czujesz, dlatego, że wiesz, że trzeba to zrobić. To nie jest łatwe.

    Samodyscyplina nigdy nie jest łatwa. Ale staje się łatwiejsza, gdy przyjmujesz otwarcie, „na klatę”, wszystkie emocje jakie czujesz. Gdy przestajesz szukać w sobie odwagi, dzielności czy śmiałości i skupiasz się na tym, co masz do zrobienia. Zrobiłem to jak sierota. Głos mi się łamał i byłem spięty. Wątpię jednak by przechodzień to zauważył.

    Samodyscyplina nie polega na próbie kontroli swoich emocji czy wmawianiu sobie, że jest się odważnym, pracowitym czy skupionym.

    Shōma Morita napisał:

    Machnij ręką na siebie. Zacznij działać teraz, gdy jesteś neurotyczny, niedoskonały, wiecznie zwlekający, leniwy, niezdrowy czy też jakiejkolwiek innej niecelnej etykiety w odniesieniu do siebie używasz. Idź naprzód i bądź najlepszą niedoskonała osoba, jaką możesz być i zabierz się za rzeczy, jakich chcesz dokonać, zanim umrzesz.

    Nie walcz, nie próbuj się zmieniać, nie podbijaj siebie. Dostrzegaj i czuj to, co się dzieje w twoim środku, ale swoją energię skup na tym, co masz do zrobienia.

    Gdy zaczniesz już działać, zobaczysz, że twoje emocje i stany zaczną same się zmieniać i iść za tym, co robisz. Gdybym jeszcze kilka razy był zmuszony zaczepić w ten sposób ludzi, stałbym sie całkiem odważny. Odpukać… Wcale mi na tym nie zależy. Lubię swoją nieśmiałość.

    Samodyscyplina, która polega na sterowaniu emocjami czy myślami, to walka z wiatrakami. Mimo chwilowych sukcesów, nigdy jej nie wygrasz.

    Skuteczna dyscyplina polega na działaniu. Po pierwsze musisz wiedzieć co trzeba zrobić. Po drugie musisz skupić swoją uwagę na działaniu a nie na sobie. Gdy walczysz ze swoimi emocjami czy myślami, jesteś skupiony na sobie, a nie na świecie zewnętrznym.

    Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

    Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

    Opublikowano 29 maja 2009 | By | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 2 komentarze

    Afirmacje

    Problem z niektórymi afirmacjami polega na tym, że próbujmey odcinąć jakąś część nas samych. Okrajamy się, stosujemy wobec siebie gwałt. Przypominamy rodzica, który bije dziecko równocześnie mówiąc do niego bardzo cię kocham. Psycholodzy taką postawę nazywają czasem brakiem kongruencji (spójności). Wielu z terapeutów dowodzi, że trzymywana przez dłuższy czas prowadzi do schizofrenii.

    Być może taka postawa w odniesieniu do siebie nie jest aż tak groźna. Ale brak spójności w relacjach z sobą na pewno nie jest czymś zdrowym. Nie możesz bez żądnych następstw mówić sobie kocham się, w pełni się akceptuję, szanuję się, równocześnie tłumiąc i nie dopuszczając do głosu jakieś części siebie.

    Miłość wymaga zaakceptowania wszystkiego – także uczucia własnej bezradności i nieporadności.

    Niedzielna zjeżdżalnia

    Kilka dni temu, w niedzielne przedpołudnie poszedłem z córką na plac zabaw. Było duszono i hałaśliwie. Trochę bolała mnie głowa, najchętniej bym się położył na ławce i usnął.

    Zamiast tego siedziałem na skraju piaskownicy w której siedziała Zuzia i ziewając patrzyłem tępym wzrokiem w dal. Potem poszliśmy na huśtawki. Znudzony pomagałem jej się huśtać. Całe szczęście zbliżała się pora obiadu.

    - Zuziu musimy wracać, mam już czeka z obiadem

    - Dobrze, ale jeszcze zjeżdżalnia.

    To była ta większa zjeżdżalnia. Wysoka na jakieś dwa metry. Zuzia bawiła się na niej poprzedniego lata. W tym roku była pierwszy raz. Powoli weszła na górę i ostrożnie zbliżyła się do rynny. Usiadła i zamiast jechać zaczęła się rozglądać. Przestałem ziewać i podszedłem do niej.

    - Dlaczego nie zjeżdżasz?

    - Tatusiu, ja się boję…

    Z tyłu naciskał na nią tłum zziajanych dzieciaków.

    - Dobrze, to przepuść inne dzieci. Nie musisz zjeżdżać.

    Przepuściła dzieci i zaczęła schodzić. Powoli, trzymając się poręczy, na zgiętych nogach. Stawiała małe, bojaźliwe kroczki. Szła tak, nawet wtedy, gdy na najniższym poziomie, kilkanaście centymetrów nad ziemią. Inne dzieciaki wymijały ją podśmiewając się.

    Poczułem złość. Gdy zeszła wygarnąłem bezmyślnie:

    - Jak mogłaś pozwolić sobie pozwolić na taki strach!

    Nic nie powiedziała, mnie zresztą też nie interesowała jej reakcja. Wziąłem ją za rękę i powiedziałem:

    - Idziemy do domu.

    Piętnaście sekund później, gdy wyszliśmy z placu zabaw, zaczęła płakać.

    - O co chodzi? – zapytałem, ciągnąc ją w stronę domu

    - Chcę tam wrócić.

    - Gdzie?

    - Na zjeżdżalnię! Chcę spróbować jeszcze raz.

    - Ale przecież się bałaś.

    - Nie będę się bała.

    - Może jutro, teraz musimy iść do domu – nie miałem najmniejszej ochoty wracać.

    Im dalej byliśmy placu, tym głośniej płakała. Nie chciała iść, więc wziąłem ją na ręce.  W jednej ręce płaczące dziecko, w drugiej rowerek. Z plac zabaw było jakieś dwadzieścia minut drogi. Działałem jak typowy rodzic. Spokojny, mimo, że w środku zły, z poczuciem przecież lepiej wiem, co dla ciebie dobre. Wymieniałem porozumiewające spojrzenia z innymi rodzicami: no tak, zdarza się, kto nie miał do czynienia z kapryszącym dzieckiem?

    W końcu doszliśmy do domu. Ona mokra od łez, ja od potu. Tak długo nigdy jeszcze nie płakała. Wreszcie się zaniepokoiłem.

    - Dobrze Zuziu, jak ci tak zależy, możemy wrócić….

    To wcale nie pomogło, zaczęła płakać jeszcze bardziej.

    Kucnąłem i pogłaskałem główkę. Powiedziała łkając:

    - Tatusiu, ja się zastanawiam czy ty mnie jeszcze lubisz…

    Wreszcie dotarło do mnie co się dzieje. Wziąłem ją na kolana, przytuliłem i powiedziałem:

    - Tak Zuziu. Lubię cię. I lubię cię także wtedy gdy się boisz. Wcale mi to nie przeszkadza jak się boisz.

    Uspokoiła się natychmiast. Dopiero teraz dotarło do mnie, że moja uwaga rzucona po zejściu ze zjeżdżalni sprawiła, że dziecko poczuło się odrzucone i jak najszybciej chciało odzyskać pełnię miłości. Jak najszybciej chciała zasłużyć na miłość. Zmienić to, co jej zdaniem odrzuciłem. W końcu, gdy ktoś kocha twoją część, to tak jakby wcale nie kochał.

    Ponieważ ojcu nie spodobało się, że się przestraszyła, jak najszybciej musiała pokonać siebie i zrobić coś, co sprawi, że znowu poczuje jego szacunek. Poprzez swoją gruboskórność, nie zauważałem tego.

    Potem powiedziałem jej:

    - Naprawdę lubię cię, także wtedy gdy się boisz. To nic złego bać się czegoś. Czasem dopiero po kilku próbach odważamy się coś zrobić. Po prostu musimy próbować więcej razy. A czasem jak się nawet odważymy, ciągle się trochę boimy. Wiem, że gdy kilka razy spróbujesz, w końcu się odważysz zjechać. Może nie za następnym razem, ale na pewno ci się to uda. Wiesz, co ja też często się boję. Na przykład boję się wizyty znajomych (mieli za godzinę być u nas i rzeczywiście byłem spięty).

    Zaciekawiona popatrzyła na mnie

    - Chciałbym, żebyś mi pomogła. Pomożesz?

    - Tak!

    Byłem ciekaw, czy następnego dnia ciągle będzie chciała spróbować. W końcu główny powód, dla którego tak jej zależało na zmierzeniu się z trudnością minął. Gdyby dała sobie spokój, byłby to argument dla tych, którzy twierdzą, że tylko napięcie i poczucie braku popycha nas do przodu, że człowieka trzeba ciągle czymś straszyć i coś mu zabierać, bo inaczej będzie stał w miejscu.

    Chciała. W inny sposób niż w niedzielę. To nie było rozpaczliwe i niekontrolowane muszę, muszę, muszę. Teraz podeszła do tego spokojnie i z radością. To była postawa fajnie, że mogę spróbować, cieszę się na to, że mogę zrobić coś trudnego. Gdy na placu zaproponowałem byśmy poczekali, aż nikogo na zjeżdżali nie będzie, z chęcią się zgodziła. Gdybyśmy wrócili tam w niedzielę, pchałaby się na ślepo, nie zwracając na nic uwagi.

    Wyszła na górę, ja stanąłem obok.

    - Tatusiu, trochę się boję.

    - To może łatwiej będzie, jak będę dotykał twojego bucika.

    - Dobrze.

    Zjechała i była dumna z siebie.

    Kochać w całości

    Jeżeli komukolwiek mówisz „kocham cię”, ale odrzucasz go wtedy gdy czuje się słaby, zalękniony czy bezradny, tak naprawdę nie wiesz co to znaczy miłość. Możesz odrzucać zachowania drugiej osoby (np. dłubanie w nosie, kłamanie czy nie mycie rąk do obiadu) ale nigdy nie możesz odrzucić jego uczuć. Są rodzice – mam wrażenie, że głównie ojcowie – którzy w imię zrobienia ze swoich pociech „porządnych ludzi” mówią:

    - Nie maż się!

    - Jak możesz być taką ofiarą?!

    - Jak możesz się tym przejmować!

    - Natychmiast przestań płakać!

    W ten sposób odrzucają swoje dziecko i wysyłają mu komunikat: jesteś do niczego! Tym samym blokują dziecku możliwość poradzenia sobie z jego emocjami. Jeżeli kogoś kochasz, nie możesz odrzucić żądnych jego emocji. Szczególnie poczucia bezradności. Tak na marginesie: ci „twardzi rodzice”, w swoim życiu zazwyczaj normalnymi, zakamuflowanymi tchórzami.

    Relacja z sobą

    Dokładnie tak samo jest w naszych relacja z sobą samym. Nie możesz blokować, tłumić czy odrzucać bezradnej części siebie. Akceptować siebie oznacza dostrzec wszystkie uczucia. Także te, jakich wolałbyś nie mieć.

    Afirmacje nigdy nie powinny w tobie niczego tłumić ani blokować. Inaczej będziesz wobec siebie jak rodzic, który mówi “jak się nie odważysz, to nie jesteś godzien mojego szacunku”. Kto ma kochać bezwarunkowo, jak nie on?

    Kto ma dawać nam wsparcie, jak nie my sami?

    Zanim zastosujesz jakąkolwiek afirmacje, otwórz się na wszystkie odrzucone uczucia. Poczuj je. Nie obawiaj się, nie zawładną tobą. Jesteś większy niż one. W tym poście zależało mi na tym, by ci pokazać, że istnieje coś takiego, jak mechanizm tłamszenia tego, co mamy wewnątrz. Nie było rad praktyczynych, bo nie taki był cel. Ale jeszce wrócimy do tematu.

    Niezrealizowane marzenie copywritera

    Niezrealizowane marzenie copywritera

    Opublikowano 29 października 2008 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 2 komentarze

    John Caples urodził się w 1900 roku na Manhattanie. Ukończył dobre studia, po których pracował jako inżynier elektryk. Jednak ta praca go nudziła. Jego pasją było pisanie. W szkole był redaktorem gazetki, jego wiersze publikowało lokalne czasopismo. Nie był jednak pewien własnych możliwości i wahał się co z sobą zrobić. [...]

    Sztuka wyrzucania

    Opublikowano 02 września 2008 | By | Kategorie: motywacja, sukces | 7 komentarzy

    Nie ma chyba rzeczy, których bardziej nie lubię jak przeprowadzki i remonty. Trzeba zwinąć całe codzienne życie równo poustawiane na półkach i poupychane w kątach. Zapakować je w pudła i wynieść na zewnątrz. A potem, wstawić je z powrotem i od nowa poustawiać. [...]