Tag Archives: rozwój
Dostrzec własne słabości

Dostrzec własne słabości

Opublikowano 23 marca 2010 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 10 komentarzy

Dwie kieszenie

Jeden z cadyków, rabbi Bunam, powiedział do swoich uczniów:

- Każdy z was powinien mieć dwie kieszenie i w razie potrzeby sięgać do jednej albo do drugiej. W prawej kieszeni leżą słowa Dla mnie stworzono świat, a w lewej Jestem pyłem i prochem. (Martin Buber, Opowieści chasydów).

Dziś wielu osobom wydaje się, że rozwój polega wyłącznie na korzystaniu z prawej kieszeni. Za pomocą różnych technik uczymy się jak najczęściej tam zaglądać.

I dobrze, bo często jest nam to bardzo potrzebne. Ale szybko stajemy się karykaturą, gdy nasza lewa kieszeń pozostaje całkiem nieużywana.

Sięganie do lewej kieszeni, dostrzeganie swoich słabości oraz zła, jakie w sobie mamy nie jest pozostałością jakiegoś przestarzałego systemu religijnego. Nie jest wymysłem kaznodziei straszących piekłem. Jest jednym z warunków rozwoju i samorealizacji.

Warunek samorealizacji

Kiedyś już cytowałem Abrahama Maslowa (znanego z piramidy potrzeb). Maslow przeprowadził badania ludzi będących prawdziwymi okazami zdrowia psychicznego, których nazywał ludźmi samorealizującymi się. Pisał o nich:

Są to ludzie zdolni ze stoicyzmem akceptować własną ludzką naturę z jej wszystkimi brakami, z tym wszystkim, co odbiega od obrazu idealnego, bez prawdziwego zakłopotania.

Powiedzenie, że są to osoby zadowolone z siebie, sugerowałoby błędne wrażenie. Należy raczej powiedzieć, że są one zdolne przyjmować niedoskonałości i grzechy, słabości oraz zło ludzkiej natury, w tym samum, niekwestionującym duchu, w jakim przyjmuje się właściwości przyrody.

Ludzie realizujący się, to nie ci, którzy nie mają wad. Przeciwnie, to ci, którzy są w stanie dostrzec to, co w nich jest nie takie jak powinno.

To nie jest łatwe

Sięgnąć do lewej kieszeni nie jest łatwo. Nie ma w niej abstrakcyjnego posypania głowy popiołem, rozważań nad kruchością ludzkiego życia czy niepewną kondycją człowieka we wszechświecie. Są w niej konkretne słabości, braki, niedociągnięcia i błędy. Jest zło, jakie wyrządzamy innym.

To boli. Nic dziwnego, że wolimy się tym nie zajmować. Nasza psychika najeżona jest mechanizmami obronnymi, które pozwalają nam uciec od lewej kieszeni.

Przypisujemy innym nasze wady, wymyślamy dla nich miłe nazwy, pokrętnie je tłumaczymy. To inni są obłudni, my jesteśmy tylko przezorni. To inni są nieczuli i nieludzcy, my tylko musimy z czegoś żyć. To inni są rozbabrani i niezdecydowani, my tylko podejmujemy decyzję. Inni są beznadziejni i sobie nie radzą, my mamy od czasu do czasu słaby dzień.

C.S. Lewis pisze:

Zakładamy, często wierzymy w to, że nasze notoryczne wady są wyjątkowymi, pojedynczymi aktami. Odwrotną pomyłkę robimy, co do naszych zalet – podobnie jak kiepski tenisista, który swoją normalną formę nazywa „złymi dniami” a swoje rzadkie sukcesy uznaje za normę.

Gdyby wierzyć popularnej psychologii, przed takim tenisistą lada dzień otworzy się prawdziwa kariera. Każdy jednak wie, że tak nie będzie. Ten człowiek jest zbyt ślepy na to, by czegoś nowego się nauczyć czy coś w sobie zmienić.

Rozwój zaczyna się dopiero wtedy, gdy umiesz wziąć odpowiedzialność za swoje słabości. Gdy przestajesz zwalać winę na innych, gdy przestajesz nazywać swoje porażki przypadkami a swoje zwycięstwa potwierdzeniem normy.

Iść do przodu możesz dopiero wtedy, gdy masz odwagę popatrzeć uczciwie na swoje życie i dostrzec w nim swoje słabości, błędy i głupotę.

Świadomość słabości otwiera drogę

Ciarki mi przechodzą po grzebiecie, gdy słyszę jak ktoś cytuje słowa „prawda was wyzwoli”. Różne zakłamane typy upodobały sobie ten zwrot by uzasadniać nim niszczenie innych ludzi.

Tak, prawda wyzwala i otwiera drogę. Ale prawda dotycząca twojego własnego zła i słabości. Prawda dotycząca słabości innych ludzi, nigdy nikogo nie wyzwoliła.

Łatwo jest mówić, jaka jest prawda o innych. Znacznie trudniej szukać prawdy o sobie.

Jaka jest prawda na mój temat? To nie jest łatwe pytanie. Ale warto przynajmniej spróbować.

Oczywiście są w nas nie tylko słabości. Mamy wiele mocnych i dobrych stron. Ale bez słabości nasza odpowiedź jest niepełna.

Tak długo, póki cię nie zasmuci, nie przerazi czy nie rozczaruje to, co masz w sobie, znasz tylko pół prawdy.

Refleksja Naikan

Swoich słabości można szukać na różne sposoby. Jednym z nich jest japońska praktyka refleksji Naikan.

Jest banalnie prosta i nie wymaga żadnych szczególnych przygotowań. Potrzebujesz jedynie trochę czasu i jakiegoś spokojnego miejsca. Wystarczy nawet piętnaście minut. Oczywiście lepiej, gdy masz go więcej (w centrach Naikan ludzie siedzą i praktykują przez czternaście godzin dziennie przez tydzień).

Nie jest to żadna skomplikowana medytacja i nie chodzi w niej o wyciszanie czy kontrolowanie umysłu. W Naikan chodzi o otwarcie oczu na samego siebie.

Wybierz jakąś osobę obecną w twoim życiu. To może być któreś z rodziców, rodzeństwo, mąż, żona, partner czy partnerka, dziecko, nauczyciel, ktoś bliski czy ktoś, komu wiele zawdzięczasz.

Następnie poświęć minimum po dziesięć minut, na to by sobie odpowiedzieć na trzy kolejne pytania:

- Co dostałem od tej osoby?

Co dałem tej osobie?

- Jakie kłopoty i trudności sprawiłem tej osobie?

Możesz, szczególnie, gdy przeprowadzasz Naikan w odniesieniu do swojego ojca czy matki, potrzebować więcej czasu.

Gdy już wiesz, o co chodzi możesz zrobić listę osób, które spotkałeś w swoim życiu. Po kolei, w odniesieniu do każdej z nich odpowiadaj sobie na te trzy pytania.

Możesz także zastosować te pytania w nieco inny sposób. Poświęć wieczorem jakieś 15 minut na to by odpowiedzieć:

- Co dziś dostałem od innych?

- Co dałem dziś innym?

- Jakie kłopoty i trudności sprawiłem dziś innym?

Bądź konkretny i nie pomijaj żadnego pytania. Szczególnie trzeciego.

Twórca tej praktyki, buddysta i przedsiębiorca Ishin Yoshimoto radzi by poświęcać na ostatnie pytanie najwięcej czasu. Nie zadawalaj się odpowiedziami typu nic takiego nie było. Gdy czujesz, że trudno ci znaleźć odpowiedzi na trzecie pytania, poświęcaj na nie przynajmniej 60% czasu całego naikan.

Bez tego trzeciego pytania jakakolwiek refleksja na swój temat będzie niepełna.

Każdy z nas jest źródłem bólu, cierpienia i kłopotów dla innych ludzi. To nie jest ani łatwe, ani przyjemne.

Ale nie chodzi o samopoczucie. Wytrzymaj wszystkie negatywne uczucia. Dzięki temu łatwiej ci będzie zminimalizować ilość cierpień, jakie zadajesz innym.

Czy wiesz, co jest naprawdę ważne?

Czy wiesz, co jest naprawdę ważne?

Opublikowano 04 grudnia 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Brak poczucia kierunku

Życie wielu osób jest pogmatwane i pełne cierpień, bo nie wiedzą, co jest dla nich ważne.

Czy można żyć nie wiedząc takich rzeczy? Gordon Allport, jeden z bardzo cenionych psychologów, pisał w latach pięćdziesiątych, że co najmniej 25% studentów nie potrafi odpowiedzieć na pytanie Po co ja żyję? Są apatyczni, znudzeni i nie mają żadnych pasji. Czy w ciągu pięćdziesięciu lat, takich ludzi przybyło czy ubyło?

Wydaje mi się, że dziś można by było znaleźć nie więcej niż 25% młodych ludzi z poczuciem kierunku. Być może to typowe zrzędzenie „na tę dzisiejszą młodzież”. Niech jedynym usprawiedliwieniem będzie to, że moim zdaniem to i tak dobrze w porównaniu ze starszymi. W miarę upływu lat ten odsetek ostro maleje. Wśród czterdziestolatków, nie wiem czy 10% osób ma poczucie kierunku.

Ludzie oczywiście potrafią powiedzieć, co lubią i co by chcieli. Jednak preferencje to nie to samo, co wartości.

Gdy prowadziłem rozmowy selekcyjne, moi rozmówcy na pytanie, co jest dla nich ważne recytowali bez zająknięcie:

- Rozwój, wymagająca, odpowiedzialna i dobrze płatna praca, szczęśliwa rodzina. Podróże też by się przydały.

Mało kto jednak potrafił podać przekonujące przykłady, na to, że te rzeczy mają jakieś pokrycie w jego życiu. Nie trzeba być psychologiem by się zorientować, że najczęściej były to puste deklaracje. Czasem podsłuchane w telewizji, czasem od kolegów, czasem od rodziców a czasem na ambonach.

Ci ludzie najczęściej nie mieli zielonego pojęcia, co jest dla ich naprawdę wazne. Wszyscy tego chcą, to ja też. Po co się nad tym zbytnio rozwodzić?

Tymczasem, jak pisze Allport, posiadanie mocnych osobistych dążeń odróżnia człowieka od zwierzęcia, dorosłego od dziecka, a w wielu przypadkach osobowość zdrową od chorej.

Zapominając o tym, co jest dla nas naprawdę ważne stajemy się niedojrzali i chorzy (może zwierząt już do tego nie mieszajmy).

Źródło energii

Gdy nie wiesz, co jest twoją wartością, może się zdarzyć, że poświęcasz siły na coś, czego tak naprawdę nie chcesz. Na przykład starasz się ze wszystkich sił zrobić karierę, gdy tak naprawdę liczy się rodzina. Albo poświęcasz cały czas na wychowywanie dzieci, gdy liczy się tylko kariera.

W efekcie wszystko robisz na pół gwizdka. Oczywiście można mieć kilka wartości. I rodzinę i karierę. Jednak póki nie wiesz, jakie są to wartości, możesz niepotrzebnie tracić swoją energię.

Dzięki wartościom masz dostęp do ukrytych w tobie pokładów energii wewnętrznej. Gdy jesteś ich świadomy możesz podejmować znacznie mądrzejsze i bardziej trafne decyzje. W efekcie twoje życie może być pełniejsze i bardziej spójne.

Odkrywanie

Wartości się nie wybiera. Mógłbym cię przekonywać przez najbliższe cztery lata, że coś jest wartością, mógłbyś mi nawet przyznać rację, ale niewiele by to dało. Nie da się powiedzieć: od jutra moją wartością będzie wolność. Nie będzie, jeżeli nie miałeś jej w sobie od zawsze.

Wartości możemy tylko odkrywać. Szukając ich jesteśmy jak archeolodzy, którzy rozkopują ziemię w poszukiwaniu zasypanego miasta. Posuwając się głąb, ściągając kolejne warstwy ziemi są uważni i otwarci na wszystko, co się pojawia.

Docieranie do własnych wartości

O wartościach pisałem już w książce „Energia wewnętrzna”. Opisałem tam kilka sposobów pracy nad nimi.

Przygotowałem rozdział z tej książki w postaci pliku pdf. W porównaniu z książką jest tam kilka niedużych zmian. Dodałem też kilka zdjęć. Jest to lektura na jeden spokojny wieczór (albo inną, piękną porę dnia).

Zachęcam do tego by przeczytać ten rozdział i zrobić sugerowane tam ćwiczenia.

Z przyjemnością ci wyślę te materiały (oczywiście całkowicie bezpłatnie). Wystarczy kliknąć na okładkę obok. Otworzy się nowe nowe okno i zostaniesz poproszona o dopisanie się do listy subskrypcyjnej. Po potwierdzeniu, na podany adres zostanie wysłany plik. okladka_wart_opt

Miłej pracy!

Cele

Znać swoje wartości to dopiero początek. Wiele osób ma rozbabrane życie, bo nie potrafi się zabrać za działanie.

Wartości są jak wymagający dyrektor. Ciągle dają cię jakieś polecenia i wymagają byś coś dla nich robił.

Jednak sama ich świadomość nie wystarczy. Od czasu do czasu musisz pójść do gabinetu dyrektora i ustalić plan działania.

Mówić inaczej, wartości są jak drogowskazy. Wskazują kierunek, w którym powinieneś się poruszać. Jednak nigdy do nich nie dojdziesz. W stronę miłości, mądrości czy wolności człowiek dąży całe życie i nigdy nie ma poczucie, że osiągnął wszystko, co mógł.

Dlatego potrzebujemy celów. Konkretnych projektów. Konkretnych marzeń, które chcemy zrealizować.

Pod którymś z moich tekstów o marzeniach, ktoś napisał, że jego jedynym marzeniem jest pokój. To wartość, a nie cel. By konstruktywnie żyć, trzeba ją przełożyć na coś konkretnego. Co konkretnie możesz zrobić by przybliżyć do siebie tą wartość? Jaki konkretny projekt uruchomisz?

Posiadanie celów, do których dążymy jest warunkiem szczęścia. Szczęście jest tylko efektem ubocznym naszego działania. Tak jesteśmy skonstruowani. Jak ktoś powiedział – drzwi do szczęścia otwierają się na zewnątrz: kto usiłuje się do niego wedrzeć przed tym się zamykają. Szczęście przychodzi samo, gdy z poświęceniem dążysz do realizacji celów.

Przypomnienie jeżeli nie pobrałeś pliku o wartościach: Jeżeli chcesz, kliknij na ten link . Lub po prostu do mnie napisz.

Czy jesteś kimś wyjątkowym?

Czy jesteś kimś wyjątkowym?

Opublikowano 25 listopada 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | Brak komentarzy

Jeden z powodów dla których potrzeba porównywania się jest tak mocna, to pragnienie własnej wyjątkowości. Mamy ambicję – przynajmniej niektórzy z nas – by się wybić ponad przeciętność i szarość. By wyrwać się z udeptanych ścieżek przeciętności. Wiele oczekujemy od życia. Nie chcemy go tracić tak, jak nasi rodzice, znajomi, sąsiedzi, czy inni, zadawalający się tym, co dostali. My musimy wyrosnąć ponad nich.

Porównujemy się także z najlepszymi. Szukamy mistrzów, badamy ich osiągnięcia i staramy się ich naśladować. Chcemy im dorównać. Doścignąć ich. Nauczyć się czegoś, co sprawi, że my również staniemy się wyjątkowi.

Pragnienie wyjątkowości

Nie wiem czy jest ktoś, kto nie oglądał filmu Matrix. Byłem na nim dwa razy w kinie i z piętnaście razy obejrzałem go na video. Gdyby ktoś nie znał fabuły: był sobie Neo. Jego życie było do niczego. Praca kiepska. Najlepszą z rozrywek – drzemka na klawiaturze komputera. Ogólnie, życie, to tylko kiepski sen. Któregoś dnia spotyka ludzi, którzy mówią mu, że wszystko co go otacza to złudzenie stworzone przez bezwzględne maszyny a on jest wybrańcem, jedynym człowiekiem, który może ocalić ludzkość. Początkowo nie wierzy, ale się przekonuje.

Film stał się tak popularny wcale nie dzięki zdjęciom, efektom specjalnym, muzyce, choreografii i aktorom (choć to wszystko było bardzo ważne). Sama forma to za mało by aż tak bardzo zawładnąć widzami. Bracia Wachowscy zagrali na jednym z najgłębszych pragnień człowieka: odkryć któregoś dnia, że jest się wybrańcem, od którego zależą losy świata.

To pragnienie jest najbardziej widoczne, gdy jesteśmy młodzi, potem stopniowo zużywa się i zostaje z niego jedynie zwitek poczucia żalu, rozczarowania i wyrzutów sumienia.

Droga, jaką przechodzi Neo (jak każdy inny bohater dobrej bajki) jest obrazem naszej własnej drogi. Nasze życie domaga się tego by znaleźć w nim swoją wyjątkowość i niepowtarzalność. Póki tego nie zrobimy, świat będzie nam się wydawał tylko głupim snem.

Próbujemy tą wyjątkowość osiągnąć porównując się z gorszymi i naśladując lepszych.

To nic nie daje.

Wyjątkowości nie musimy osiągać. Od dawna ją mamy.

Każdy jest wyjątkowy

Martin Buber przytacza słowa jednego z cadyków o imieniu Zusja:

W przyszłym świecie nie będą mnie pytać „Czemu nie byłeś Mojżeszem?”. Zapytają „Czemu nie byłeś Zusją?

Dosyć obrazoburcze. W chrześcijaństwie, często mówi się o  naśladowaniu Chrystusa. Jest nawet książeczka pod takim tytułem napisana przez Tomasza à Kempis. Zusja, gdyby w ogóle się wypowiadał na ten temat, powiedział by: „W przyszłym świecie nikt nie zapyta czemu nie byłeś Chrystusem. Zapytają zamiast tego, czemu nie byłeś Zbyszkiem, Anią, Olą, Tomkiem, Moniką, Marzeną, Beatą, …”.

Jeżeli tak jest w odniesieniu do Mojżesza czy Chrystusa, to o ile bardziej nie warto imitować zwykłych ludzi. Czy powinienem być jak matka Teresa z Kalkuty, Albert Einstein, Mark Twain, Robert Kubica czy John Malkovich? Czy powinienem być taki jak moi mistrzowie i mentorzy?

Od czasu do czasu można usłyszeć, że gdy człowiek staje się gotowy, pojawia się mistrz. Ktoś mi ostatnio zwrócił uwagę, że to pomyłka. Gdy stajesz się gotowy, mistrz znika. Albo przynajmniej mistrz rozumiany jako ktoś, kogo trzeba kopiować. Jeżeli ktokolwiek każe ci się kopiować, to znaczy że jest oszukanym mistrzem. Prawdziwy wyciąga to, co jest w tobie wyjątkowe i pozwala ci znaleźć swoją własną drogę. Nie wtłacza cię w coś, co kiedyś wynalazł dla siebie.

Czasem my sami, na siłę robimy z innych ludzi mistrzów. Czytamy biografię, oglądamy filmy, słuchamy tego, co mają do powiedzenia i staramy się przystosować swój sposób życia do ich. To nie ma większego sensu. Możesz w ten sposób nauczyć się jakichś praktycznych trików. Możesz coś podpatrzeć. Możesz nawet pozbyć się ciężaru podejmowaia własnych decyzji. Ale gubisz coś, co jest znacznie cenniejsze: twoją własną drogę do twojej wyjątkowości.

Bycie takim jak inni – choćby najlepsi – jest strasznym marnotrawstwem.

Jesteś absolutnie jednorazowym projektem. Niepowtarzalnym. Drugiego takiego nigdy nie było i nie będzie. Choćby na świecie było sto miliardów ludzi, jesteś unikalny. Przyniosłeś ze sobą coś czego nikt nie miał, nie ma i nie będzie nigdy mieć. Byłbyś niepotrzebny, gdybyś miał być tacy, jak inni.

Martin Buber (w książeczce Droga człowieka według nauczania chasydów) pisze:

Każdy człowiek jest nowym zjawiskiem w świecie i został powołany by wypełnić swoją jednorazowość na ziemi … Najważniejszym celem każdego człowieka jest urzeczywistnienie jego unikalnych możliwości, tych, których nigdy przedtem nie było i nigdy potem nie będzie, nie zaś powtarzanie czegoś, co ktoś inny, choćby nawet największy, kiedyś już zrobił.

To nie oznacza własnego kultu

To, że jesteś wyjątkowy nie oznacza, że masz rozpocząć swój kult i obnosić się ze swoją wyjątkowością. Każdy z nas tak samo jest wyjątkowy. Nie jestem mniej wyjątkowy od ciebie. Ty nie jesteś mniej wyjątkowy ode mnie.

Wyjątkowość ani nie jest naszą zasługą, ani nasze wysiłki nas do niej nie przybliżają. Nie potrzebujemy się starać o wyjątkowość. Nie musimy rozwijać swojej oryginalności czy niezwykłości. Nie musisz się dziwacznie ubierać, specyficznie wysławiać, szukać niecodziennego hobby czy poruszać się za pomocą dziwacznych kroków.

Jesteś wyjątkowy, wtedy, gdy jesteś naturalny. Taki jaki jesteś, bez żadnych udziwnień, pogłębień czy kombinacji. W zen radzi się adeptom by kultywowali „zwyczajny umysł”. To właśnie ten zwyczajny umysł jest wyjątkowy. Nie ten udziwniony, egzaltowany i silący się na oryginalność.

Płatki śniegu nie starają się wyróżniać, a jednak każdy z nich jest zupełnie inny. Nie ma dwóch takich samych. Jakiś zakompleksiony płatek mógłby próbować doczepić sobie wyjątkowe (jego zdaniem) wzorki. Mógłby próbować zaprojektować się w sposób „unikalny”. Tylko po co? Robiąc to straciłby to, co przesądza o jego wyjątkowości.

Jesteśmy jak płatki śniegu. Wyjątkowi i niepowtarzalni. Nie dlatego , że się staramy. Dlatego, że tak zostaliśmy stworzeni – czy jeżeli wolisz – dlatego, że tak działa natura.

Przyjmowanie tego, co masz w sobie

Patricia Ryan Madson, która uczy improwizacji na Uniwersytecie Stanford, w swojej książce „Imprv wisdom” proponuje proste ćwiczenie. Spróbujmy je zrobić razem.

Usiądź wygodnie i wyobraź sobie paczkę. Pięknie zapakowaną i przewiązaną wstążką. Poświęć chwilę, na to by zobaczyć paczkę najwyraźniej jak tylko potrafisz.

Jaki kolor ma papier? Jaki kolor mają wstążki? Dotknij paczki. Podnieś ją i sprawdź jej wagę. Jeżeli chcesz możesz nią potrząsnąć.

A teraz rozwiąż wstążkę i odpakuj paczkę. Otwórz ją i popatrz do środka.

Co zobaczyłeś? Co było pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślałeś?

Wyciągnij prezent i przyjrzyj się mu.

Czy udało ci się odkryć to, co było w pudle?

Wiele osób jest rozczarowanych, tym co najpierw zobaczy. Szybko odrzuca swój pierwszy pomysł i szuka czegoś innego. Ten pierwszy jest nie dość dobry, szukają czegoś oryginalnego czy bardziej odpowiedniego.

Czy należysz do takich „wymyślających” zawartość pudełka osób? Czy czujesz się odpowiedzialny za to, co się w tobie pojawia? Czy starasz się sprawić by było to jak najlepsze? Czy obawiasz się, że tam w środku niczego nie ma, albo jest to nie dość cenne?

Ja niestety ciągle taki jestem. Ciągle jest we mnie potrzeba robienia i mówienia niezwykłych rzeczy, mimo, że wiele razy się przekonałem, że najcenniejsze jest to, co po prostu samo wypływa i co jest najbardziej proste i najzwyklejsze.

Gdy wymyślasz co ma być w pudełku twój umysł pracuje w trybie osądzania. Czasem jego efektem jest puste pudełko. Wszystko co się pojawia osądzamy jako nie dość dobre czy nie dość wyjątkowe. Ciągle szukamy czegoś innego, czegoś, co będzie dość oryginalne, wyjątkowe czy ponadprzeciętne. Tak jest gdy próbujemy napisać coś wyjątkowo mądrego, dać komuś jakiś wyjątkowy prezent czy zrobić ze swoim życiem coś naprawdę istotnego. Zamiast powiedzieć, dać czy zrobić, tracimy czas na szukanie niezwykłości. Im bardziej nam zależy na oryginalności, tym bardziej zblokowani i sztampowi się stajemy.

Można do tego ćwiczenia podejść inaczej. Nie wymyślać tego co powinno być w pudełku, ale pozwolić się zaskoczyć. Zaakceptować pierwszy pomysł. Przestawić tryb osądzania na tryb akceptacji.

Po prostu odkryj to, co jest w środku. Nie musisz się starać być oryginalnym. Jeszcze raz zobacz pięknie opakowane pudełko i pozwól zaskoczyć siebie samego tym co znajdziesz w środku.

Gdy w ten sposób wykonasz to ćwiczenie, małe są szanse, byś kogoś powielił. Patricia pisze, że gdy przeprowadza to ćwiczenie w grupie kilkudziesięciu osób, każdy znajduje coś innego. Rzadko się zdarza by dwie osoby zobaczyły to samo.

Jak odnosić sukcesy nie tracąc życia? Kilka rad dla ludzi owładniętych żądzą wygrywania

Jak odnosić sukcesy nie tracąc życia? Kilka rad dla ludzi owładniętych żądzą wygrywania

Opublikowano 18 listopada 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Pogoń za sukcesem

Kilkanaście lat temu, gdy założyliśmy firmę szkoleniową, jakiś potencjalny klient zapytał dlaczego ma z nami współpracować. Odpowiedziałem mu, że w tym, co robimy jesteśmy najlepsi. Mamy najlepsze programy szkoleniowe, najlepszych trenerów i największą wiedzę.

Taki miałem wtedy obraz świata. Myślałem: zadaniem każdego człowieka, a szczególnie kogoś, kto pracuje na swój rachunek jest być lepszym niż inni. Najważniejszą rzeczą jest nie tylko pokonać innych, ale wyprzedzić cały peleton o kilka długości. Być kimś wyjątkowym i jedynym. Zaczytywałam się wtedy książkami o geniuszach biznesu i starałem się ich naśladować. Jakoś dziwnie nie potrafiłem dostrzec, że większość z moich idoli (jak Bill Gates czy Sam Walton) osiągnęła sukces, przy okazji, eksperymentując bawiąc się i robiąc swoje bez oglądania się na innych.

Szliśmy jak burza. Nie nadążaliśmy za obsługą zamówień. Musieliśmy z roku na rok podwajać ilość pracowników. Klienci nas kochali. Na jednej z konferencji branżowej, na którą nie pojechaliśmy z braku czasu, zostaliśmy wybrani najlepszą firmą szkoleniową. Takie nagrody zazwyczaj nie mają żadnej wartości. Wiadomo, że dostają je sponsorzy i zaprzyjaźnione firmy. My jednak nie mieliśmy z organizatorami nic wspólnego. Musieli się bardzo zdziwić, bo nawet nas o tym nie poinformowali, dowiedzieliśmy się tego dopiero z jakiejś gazety i relacji uczestników konferencji. Tak, przez chwilę byliśmy na szczycie.

Oglądałem kiedyś program o Indiach. Jego realizatorzy spędzili chwilkę w Bollywood. To miejsce to prawdziwe serce Indii. Ktoś nie był w Indiach, albo był w ramach jakiejś wycieczki może sobie wyobrażać Indie jako miejsce pełne duchowych mędrców i ludzi troszczących się jedynie o rozwój duchowy. Może mu się wydawać, że każdy hindus jest przekonany o tym, że rzeczy materialne to jedynie maya – ułuda. To oczywiście bzdurna perspektywa. Tak samo można by uważać Europę za miejsce, w którym wszyscy się kochają, dlatego, że mamy wiele kościołów, a Chrystus mówił o miłości bliźniego. Nasze religie mówią raczej o tym, czego najbardziej nam brakuje. Chrześcijanom brakuje miłości, tak jak hindusom dystansu do rzeczy materialnych. Myślę, że mało jest miejsc na ziemi, w których tak bardzo liczą się przyziemne rzeczy i w których ludzie z taką determinacją dążą do tego by odnieść sukces, jak Indie. Oczywiście jest wielu uduchowionych mędrców, ale wystarczy porozmawiać ze zwykłymi ludźmi by zrozumieć, że to tylko wyjątki. W tym programie była krótka rozmowa z jedną z najbardziej popularnych aktorek Bollywood. Ponieważ to nie był materiał na wewnętrzny rynek, a sam program był mało nakładowy, siedziała taka jak jest na co dzień: nieumalowana, w t-shircie, nieco przygarbiona, na zwykłym plastikowym krześle. Zmęczona i zgorzkniała mówiła:

- To żadna sztuka wybić się i zaistnieć. Sztuką jest utrzymać się na szczycie.

Trudno było ją poznać, gdy za chwilę pojawiła się scena z filmu, w którym grała. Zniknęły zmarszczki, zmęczenie i znudzenie. Była piękna, młoda i energiczna.

Tak jest nie tylko w Bollywood. W każdej branży możesz być najlepszy. To nie zawsze jest takie trudne. Ale każdy kolejny rok na szczycie to dziesięć lat mniej z twojego życia. Cena jaką ludzie płacą za bycie numerem jeden jest ogromna. Do mnie po paru latach dotarło, że nie warto. Że pokonywanie innych nie jest tego warte. Szczerze mówiąc nie pamiętam dobrze prawie dziesięciu lat działania firmy. Pamiętam tylko jakieś fragmenty. Noce spędzone w biurze nad komputerem. Hotele z obowiązkowym hałasem pijanych gości zza ścianą, godziny w przepełnionym ekspresie do Warszawy i z powrotem. Prezentacje, czasem dla kretynów, którzy nie potrafili zrozumieć co to są szkolenia. Same szkolenia – pamiętam jedno z nich, w którym co dwa dni zmieniały się grupy, a ja przez dwa tygodnie, dzień w dzień pracowałem po dziesięć godzin i ani razu nie wyszedłem na zewnątrz ośrodka szkoleniowego. Pamiętam też ustawiczne dyskusje o firmie. Co zrobić, jak zrobić, jak być lepszym. Najlepiej pamiętam wczasy. Co roku góra dwa tygodnie (zawsze w styczniu, bo zastój na rynku) gdzieś, gdzie można było nic nie robić. Najczęściej Wyspy Kanaryjskie, Maroko, Grecja, Hiszpania czy Włochy. To było dobre, ale pracować przez rok na tydzień w luksusowym ośrodku?

Długo wytrzymałem. W którymś momencie zrozumiałem, że jestem w pułapce. Próbowałem zrobić jakiś dramatyczny gest – zmienić wszystko, zerwać ze wszystkim, ale im usilniej próbowałem, tym bardziej się plątałem. W końcu metodą małych kroczków udało mi się wyplątać. Dziś praktycznie nie prowadzę szkoleń, ani nie podejmuję decyzji. Nie jeżdżę na spotkania biznesowe.

Mogę spokojnie, we własnym rytmie robić, to co lubię. Tylko od czasu do czasu chwyta mnie lęk, że marnuję czas, że powinienem zwyciężać i bardziej się starać. Na przykład porównuję ile osób wchodzi na mojego bloga a ile na inne blogi i czuję, że mam ochotę się pościgać. Staram się jednak pamiętać to, co napisał dyrygent Benjamin Zander, autor doskonałej książki „Sztuka możliwości”:

Pragnienie sukcesu i obawa przed porażką są ze sobą nieodłącznie związane jak orzeł i reszka.

Chcesz wygrać? Przygotuj się na strach. Im bardziej gonisz za sukcesem, tym większy cię czeka (możesz go nazwać zmęczeniem, stresem, napięciem, ale to niewiele zmienia).

Sukces jako dokopanie innym

Zander mówi, że ludzie rozumieją sukces najczęściej jako trio składające się z pieniędzy, sławy i władzy. Mają poczucie, że go osiągają, gdy:

  • ktoś nazywa ich numerem jeden,
  • pokonali konkurencję,
  • pokazali że rządzą,
  • wykazali innym, że trzeba się z nimi liczyć
  • mają więcej niż inni (albo przynajmniej tyle samo),

Jakiś czas temu oglądałem rozmowę z jakimś zdolnym, początkującym tancerzem. Mówił, że pragnie stać się profesjonalistą. Dziennikarz zapytał go, co to dla niego oznacza. Odpowiedział:

- Być lepszym od innych. Najpierw w swoim okręgu, potem w województwie, potem w Polsce, potem na świecie.

Jestem w stanie się założyć, że ten człowiek niewiele osiągnie. Gdy ktoś mówi, ze chce być „lepszym niż inni” póki nie zmieni swojego myślenia nie ma szans czegokolwiek dokonać. Zbyt wiele jego sił pokona strach.

Anthony de Mello cytuje chińskiego mędrca Tranxu:

Kiedy łucznik strzela nie dla wygranej, panuje nad wszystkimi swoimi umiejętnościami. Kiedy strzela by wygrać mosiężną klamrę, staje się nerwowy. Kiedy strzela by wygrać nagrodę ze złota, staje się ślepy, widzi cel podwójnie a umysł go zawodzi. Jego umiejętności się nie zmieniły: to nagroda go rozdwaja. Zależy my na niej! Więcej myśli o wygrywaniu niż strzelaniu, a potrzeba zwycięstwa pozbawia go mocy.

Inne rozumienie sukcesu

Gdyby ktoś mnie dziś zapytał czy dążę do sukcesu – odpowiedziałbym twierdząco. Tyle, że dziś trochę inaczej go rozumiem.

Jackie Joyner – Kersee przez wielu jest uznana za jedną z największych lekkoatletek wszech czasów. W latach 1985-1996 wygrywała wszystkie siedmioboje lekkoatletyczne, zdobyła siedem złotych medali olimpijskich i ustanowiła kilka rekordów świata.

Sport to dziedzina w której sukces wiąże się z pokonywaniem innych. Ktoś mógłby powiedzieć, że najważniejszym celem każdego sportowca jest wygrać z konkurencją. Jackie Joyner – Kersee mówi tymczasem:

Radość ze sportu, nigdy nie zawierała się dla mnie w wygrywaniu. Czerpię dokładnie tyle samo szczęścia z procesu jak i wyników. Nie mam nic przeciwko przegrywaniu, tak długo jak widzę u siebie postępy albo czuję, że zrobiłam wszystko, co mogłam. Gdy przegrywam, po prostu wracam i pracuję trochę więcej.

Mia Hamm mistrzyni świata w piłce nożnej kobiet, zdobywczyni dwóch złotych medali olimpijskich i dwóch mistrzostw świata, mówi:

Po każdej grze, gdy zejdziesz z boiska ze świadomością, że dałaś z siebie wszystko, zawsze będziesz zwycięzcą.

Tiger Woods, najbardziej znany na świecie golfistsa przyznaje, że chce być najlepszy, dodaje jednak:

Ale najlepszym mną – a to trochę ważniejsze…czasem najwięcej satysfakcji ma się z osiągnięcia jakiegoś wyniku, gdy rzeczy nie idą po twojej myśli (wszystkie cytaty sportowców za Carol S.Dweck Mindset. The New Psychology of Success)

Okazuje się, że nawet w sporcie sukces wcale nie musi być rozumiany jako pokonywanie innych. Sukcesem jest sam fakt robienia czegoś z pełnym oddaniem i zaangażowaniem. Sukcesem jest postęp jaki robisz.

Gdy kochasz swoją dyscyplinę i całkowicie poświęcasz uwagę temu, co robisz, zwycięstwa same przychodzą. Gdy natomiast jedyne co się dla ciebie liczy, to – jak to nazwał Zander – trio władzy, sławy i pieniędzy, nawet gdy uda ci się cokolwiek osiągnąć, będzie to bardzo krótkotrwałe.

Kilka rad

Nie staraj się być lepszym od innych. To nie jest takie ważne. Staraj się robić swoje, najlepiej jak możesz. Wygrana czy przegrana jest czymś wtórnym. Sportowcy zafiksowani tylko i wyłącznie na byciu lepszym, kończą zazwyczaj jak Andrzej Gołota.

  • Nie rób czegokolwiek tylko po to, by komuś dorównać czy być od niego lepszym. Nie prowadź bloga, nie ucz się języków, nie gotuj, nie kupuj psa, bo inni tak robią i nie możesz być gorsza/ gorszy.
  • W każdej sytuacji rób wszystko co możesz. To wystarczy. Nie oczekuj od siebie pokonania kogokolwiek. Wystarczy, że pokonasz swoje opory, bezwładność, lenistwo czy co tam masz do pokonania. Gdy przy okazji uda ci się dostać medal (pieniądze, sławę, uznanie, itp.)– ciesz się z tego, ale nie dział tego tylko z tego względu.
  • Gdy przybiegniesz ostatni, nie trać czasu na zajmowanie się tym. To nie ma tak wielkiego znaczenia, jeżeli zrobiłeś wszystko co mogłeś i jeżeli czegoś się nauczyłeś.
  • Gdy analizujesz swoje osiągnięcia, nie zastanawiaj się czy byłeś lepszy czy gorszy. Zastanów się, czy zrobiłeś wszystko, co mogłeś. Zastanów się także, czy się czegoś nowego nauczyłeś. Czy na podstawie tego co się dowiedziałeś możesz opracować jakieś nowe ćwiczenie lub strategię? Jeżeli przegrałeś ale dałeś z siebie tyle, na ile cię było stać w tym momencie – pogratuluj sobie sukcesu.
  • Jeżeli ciągle oglądasz się na to, który jesteś i porównujesz się z innymi, zastanów się czy rzeczywiście lubisz to robić. Czy ciągle byś to robił, gdyby na widowni nie było ani jednego widza?
  • Gdy się za coś zabierasz przynajmniej na chwilę oczyść swój umysł. Przez kilka minut przestań kombinować, oceniać ustalać strategie. Skup się na oddechu, albo na tym co widzisz wokół. Gdy działasz nie zastanawiaj się nad tym, jak to ocenią ludzie. Gdy zaczynasz o tym myśleć, wróć do togo co widzisz i czujesz.
  • Gdy czymś się zajmujesz skup się na swoich działaniach a nie na tym, co robi konkurencja. Przyglądaj się ludziom by się uczyć od nich, a nie być od nich lepszym.

Co o tym myślisz? Może spróbujesz zrobić eksperyment i przez jakiś czas będziesz robił to, co robisz bez oglądania się na to, czy wygrywasz czy nie?

Determinacja i pokora

Determinacja i pokora

Opublikowano 15 września 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 17 komentarzy

Dwie osoby

Z jednej strony człowiek pewny siebie, zdecydowany i wierzący we własną gwiazdę. Gdy starał się o przyjęcie na Hervard, jeden z profesorów zapytał go czy jest inteligentny.

- Jestem zajebiście inteligenty – odpowiedział.

Najlepiej czuł się w drogim, włoskim garniturze, na środku sali, gdy mógł opowiadać innym o swoich genialnych pomysłach. Poruszał się jak gwiazda filmowa świadoma otaczających ją wielbicieli i fotoreporterów. Patrzył przed siebie twardym, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

Z drugiej człowiek skromny, świadomy swoich braków. Zza dużych okularów przypominał cierpliwego nauczyciela z małomiasteczkowej szkoły. Najlepiej czuł się w kraciastej koszuli, na swojej farmie i w ulubionej koparce. Nie udzielał zbyt dużo wywiadów, rzadko był obiektem zainteresowania fotografów. Jeżeli już musiał być w centrum, wolał odwracać uwagę od siebie i kierować ją na coś innego.

Gdyby tych ludzi postawić obok siebie i zapytać przechodniów, który ma szansę zrobić karierę, dziewięćdziesiąt procent wskazałoby pierwszego. Takie czasy. Trzeba być przebojowym, agresywnym i zdecydowanym. To musi być prawda, skoro tyle osób tak uważa. Osoby przebojowe i całkowicie bezkompromisowe są szybciej dostrzegane i łatwiej robią karierę. Tak, ten pewny siebie człowiek zrobił karierę. Został prezesem ogromnej, zatrudniającej kilkadziesiąt tysięcy osób firmy. Przez długi czas gazety i inwestorzy czcili go jak geniusza.

Ale temu drugiemu, mimo wszystko też się udało. Też został prezesem dużej firmy. Tyle, że końcowe efekty jego działania były zupełnie inne. Najpierw jednak wróćmy na chwilę do naszej gwiazdy.

Wrodzony talent

W życiu trzeba mieć talent. Trzeba mieć ten dar od Boga (lub Natury lub Losu). Gdy masz, wszystko przychodzi łatwo i prosto.

Firmą, która zapoczątkowała ruch „zarządzania talentami” był McKinsey. Troje z jej kluczowych konsultantów napisało bestseller „War for talents”. Na świecie trwa wojna o talenty. Ten, kto ją wygra, wygra wszystko. Trzeba jak najszybciej znajdować utalentowanych ludzi (najlepiej jeszcze na studiach), pozyskiwać ich i tworzyć im odpowiednie warunki (płacić, płacić, płacić i raz na rok oceniać). Sukces jest kwestią czasu. Nie można przegrać, gdy masz ludzi z talentami.

Możesz przegrać tylko wtedy, gdy nie jesteś agresywny. To wojna a nie popołudniowa przechadzka. Nie może ci zadrżeć ręka przy zwalnianiu starych, ale nie tak zdolnych pracowników. Nie możesz się wahać przed awansowaniem młodych zdolnych ponad głowami bardziej doświadczonych.

Jednym z najbardziej utalentowanych konsultantów McKinseya, najmłodszym w historii partnerem był Jeffrey Skilling. Dosyć szybko został szefem ogromnej firmy obsługiwanej przez McKinseya. Oczywiście od razu wdrożył w niej program zarządzania talentami. Przyjmował ludzi takich jak on – młodych, zdolnych i agresywnych.

Skilling, sam o sobie mówił:

Mój geniusz nie tylko określa moją wartość, on także określa wartość tej firmy. Mój geniusz kreuje wartość. Mój geniusz jest zyskiem dla firmy!

To się nazywa rozmach. Uważać się za geniusza to drobnica. Uważać się za geniusza wartego miliardy dolarów – to dopiero coś.

Firma nazywała się Enron. Gdy okazało się, że pomysły Skillinga nie są genialne, ani nawet dobre, jedynym rozwiązaniem stały się oszustwa. Skilling z kolegami zaczął na wielką skalę fałszować dane księgowe. Był zbyty bystry by nie domyślać się, jak to się skończy. Nie był jednak w stanie znieść świadomości, że nie jest geniuszem. Był w stanie zrobić dosłownie wszystko byle tylko nie okazało się, że jest zwykłym śmiertelnikiem, który jak inni popełnia błędy.

Jego niezachwiana wiara we własny geniusz doprowadziła do utraty pracy przez 22 tysiące osób oraz bilionowych strat, jakie ponieśli inwestorzy. On sam został zmuszony do przeprowadzki z najwyższego piętra oszklonego wieżowca do znacznie mniej przestronnej, więziennej celi. Dostał 24 lata bez możliwości zwolnienia przed upływem 20 lat. Oczywiście uznał wszystko za spisek. Pewnie dalej czuje się tak samo cenny. Nie sądzę jednak by więzienie, w którym przebywa rozważało wejście na giełdę.

Opinia jaką ma Skilling na swój temat nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jego mniemania, przez pierwszy okres kariery, gdy ważne było robienie wokół siebie szumu, zapewne były pomocne. Ale później, gdy sprawa przestała się do tego sprowadzać, doprowadziły do katastrofy. Skilling całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Jego inteligencja (naprawdę wysoka) na nic mu się nie przydała, bo nie potrafił odczytać tego, co wokół dzieje.

Mimo tego, że co pewien czas mamy okazje przyglądać się opłakanym skutkom działania ludzi takich jak Skilling czy ostatnio Madoff, ciągle pokutuje wyobrażenie, że w biznesie nie da się inaczej. Że co prawda bycie pyszałkiem zbyt estetyczne nie jest, ale to wynik ostrej konkurencji, XXI wieku czy specyfiki biznesu. Taki styl wydaje się odpowiednim przystosowaniem do warunków. Ale to nie jest prawda.

Ciągły rozwój

Jim Collins, który zajmuje się badaniem przedsiębiorstw odnoszących długotrwałe sukcesy, w książce „Good to great” (Od dobrego do wielkiego) jako pozytywny przykład opisuje firmę Kimberly-Clark. Jej szefem był Darwin E. Smith. Gdybyś zainwestował jednego dolara, w dniu w którym Smith objął jej stery, po 20 latach w dniu gdy przeszedł na emeryturę zrobiłoby się z niego 40 dolarów. To cztery razy lepszy wynik niż to, co osiągnęły dobre firmy giełdowe.

W 1971 roku, gdy Darwin E. Smith został wybrany prezesem, jeden z dyrektorów wziął go na bok i zapytał, czy zdaje sobie sprawę, że nie ma wszystkich potrzebnym na tej pozycji kompetencji. Smith ani się nie obruszył, ani nie zaprzeczył. Sam zbyt dobrze o tym wiedział. Nie uważał się za osobę wyjątkową ani wybitnie uzdolnioną. Po wielu latach, gdy osiągnął sukces, zadano mu pytanie jak udało mu się to zrobić. Smith odpowiedział:

- Nigdy nie zaprzestałem prób by zdobyć kwalifikacje do tej pracy.

Zespół Collinsa przebadał wiele firm. Okazało się, że w każdej z „wielkich” szefem był ktoś, kto przejawiał, jak to nazywa Collins „piąty poziom zarządzana”. Charakterystyczną cechą tego stylu jest osobista pokora (personal humility).

Żaden z szefów tych firm nie miał rozbuchanego ego. Nikt z nich nie twierdził, że wszystko wie, że jest najmądrzejszy, że nigdy się nie myli i zawsze osiąga sukcesy. Nikt z nich nie mówił o sobie per „geniusz” lub „urodzony talent”.

Szefowie tych firm:

…nigdy nie chcieli zostać super-bohaterami (larger-then-life hero). Nigdy nie aspirowali do tego by być na piedestale lub stać się niedosięgłą ikoną. Byli zwyczajnymi ludźmi, którzy bez rozgłosu osiągali niezwyczajne rezultaty.

Okazuje się, że to pokora jest kluczem a nie pycha.

Pokorny i zdeterminowany człowiek

Nie chodzi o dwóch różnych ludzi, mimo, że „pokorny zdeterminowany” brzmi jak oksymoron. Albo jesteś pokorny albo zdeterminowany? Niby dlaczego te dwie rzeczy miały się wykluczać? Collins pisze, że piąty poziom zarządzania to „paradoksalna mieszanka pokory osobistej z silną wolą”. Owszem tego rodzaju szefowie nie lubią mówić o swoich osiągnięciach, nie lubią błyszczeć na świeczniku. Ale to nie znaczy, że lubią zgadzać z każdym zdaniem i poddawać się każdej trudności. Przeciwnie. Dzięki temu, że nie muszą się promować i udowadniać geniuszu, potrafią skuteczniej niż inni zadbać o firmę. Gdy to nie ty jesteś w centrum własnej uwagi, ale firma, którą kierujesz, możesz osiągnąć naprawdę wiele.

Pyszałkowatemu Skillingowi, tak naprawdę nie zależało na firmie. Jemu zależało tylko na własnej wielkości.

Determinacja neurotyka

Jedynym ważnym dla Skillinga celem było pokazać światu swój geniusz. Jeżeli nie jestem geniuszem to niech się wali cały świat. Nic innego się nie liczy. Tysiące ludzi bez pracy, miliony osób tracących zainwestowane oszczędności – to mały pikuś w porównaniu z moją tragedią. Z tym, że ktoś zaprzecza mojej genialności.

Taka osoba robi wrażenie szalejącego tygrysa. Ale jej determinacja nie jest skierowana na konstruktywne działanie. Ten szalejący tygrys jest ślepy. Jego pazury trafiają w pustkę. Walczy z urojonymi duchami, które zagrażają jego urojonej tożsamości. Równocześnie nie dostrzega, że wokół zaciska się prawdziwa sieć.

To nie jest determinacja zdrowej osoby. Jest to typowy mechanizmem neurotyczny. Karen Horney tak go opisuje:

Oto mówi sobie, że jest i będzie kimś nieporównanie lepszym od „nich”. Stanie się kimś naprawdę wielkim i wszystkich zawstydzi. On im pokaże jak dalece go nie docenili i jak bardzo skrzywdzili. Stanie się wielkim bohaterem (w przypadku Stenhalowskiego Juliana – Napoleonem) prześladowcą, przywódcą, uczonym o nieśmiertelnej sławie.

Taki super-bohater stawia sobie szereg wymagań, ale nie po to by coś wnieść do świata, ale po to, by ciągle udowadniać sobie i innym swoją wyjątkowość:

Uzasadnieniem dla stawianych wymagań, jest przekonanie o posiadanych wybitnych przymiotach, na które składają się: większa od innych wiedza, „mądrość’ i zdolność przewidywania. (Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka)

Takie szarpanie się jest efektem wewnętrznej rozpaczy związanej z brakiem poczucia akceptacji. Skilling nie miał grama zdrowej akceptacji siebie. A z akceptacją siebie jest trochę jak z butami. Gdy są dobre, zapominasz o stopach. Gdy ciągle o nich pamiętasz, coś jest nie tak.

Ludzie, którzy akceptują siebie nie mają potrzeby zajmowania się sobą. Zapominają o sobie, jak zapomina się o wygodnych butach. Gdy ciągle wracasz do siebie, coś jest nie tak.

Pokorna determinacja

Gdy nie musisz walczyć z duchami, które zabierają ci twoją urojoną nieśmiertelność możesz zacząć osiągać coś rzeczywistego.

Darwin E. Smith był równocześnie pokorny i zdeterminowany. Pochodził z ubogiej rodziny i aby skończyć college, pracował dniami a uczył się nocami. Dzięki uporowi dostał się na prawnicze studia na Harvardzie. Gdy kilka miesięcy po objęciu posady prezesa, lekarze wykryli u niego raka krtani i dali mu rok życia, nie przestał ani na chwilę pracować. O chorobie poinformował zarząd, podkreślając, że ciągle jeszcze żyje. Dalej pracował jako prezes, równocześnie jeżdżąc na naświetlania. To tylko jego życie osobiste. Kierując firmą przejawiał jeszcze więcej determinacji.

To nie była sierotka, która na każdą przeciwność reaguje nieśmiałym westchnieniem: „może mi się uda” czy „byle nie zapeszyć”.

To był człowiek, który miał przed sobą cel i do tego celu dążył, nie rozpraszając się na olśniewanie innych.

Naprawdę silnym jest się wtedy, gdy nie tracisz energii na ukrywanie przed sobą własnych słabości. Cała siła może być wtedy skierowana na spójne, konstruktywne działanie. Wiem, łatwo się mówi a trudno to osiągnąć praktyce. Dziś, gdy szedłem do pracy nagle na mnie to spłynęło: Jak nieporównanie prostsze byłoby moje życie, gdybym nie musiał tak bardzo się starać być takim, jak sobie to wyobrażam. Ale powoli idę do przodu.

Kuerti zapytałeś mnie w komentarzu:

Zdaję sobie sprawę z własnych słabości, ale wierzę jednocześnie, że uda mi się je kiedyś poprawić… To pycha czy po prostu optymizm?

Dla mnie to nie jest pycha. Jeżeli nie traktuję się jak człowieka bezbłędnego, jeżeli nie mam w głowie etykiet, jaki to genialny jestem i nie tracę energii na podtrzymywania dobrego mniemania o sobie – nie ma to nic wspólnego z pychą. Gdy do tego znam swoje słabości – jestem realistą. Dla mnie nie jest to także optymizm, ale realizm połączony z nadzieją.

Pokora przecież nie wyklucza posiadania nadziei (marzeń czy pragnień). Twoje nadzieje, nawet te wielkie nie sprawiają, że stajesz się pyszny.

Ale jest jedna ważna rzecz. Nadzieja to nie żądanie. Czasem te rzeczy mylimy. Nadzieja to chcę. Chcę nawet bardzo mocno. Bardzo mi na tym zależy. Chcę wygrać zawody, napisać książkę, zbudować dom, znaleźć miłość życia, awansować, itp. To nic złego. Są ponoć zdrowi ludzie, którzy pozbyli się wszystkich pragnień. Nie spotkałem jeszcze i nie za bardzo wiem gdzie spotkać. Dla mnie posiadanie pragnień i dążenie do ich realizacji ze wszystkich sił jest zdrową rzeczą. A nawet niezbędną. Za dużo widziałem ludzi, którzy pozbawieni celów i marzeń, marnowali dzień za dniem.

Czymś innym jednak jest żądanie. Pragnienie to chcę. Żądanie to muszę. To neurotyczny, pyszałkowaty przymus. Gdy tak nie będzie świat się zawali, ludzie będą okropni, ja nie będę miał prawa istnienia. Żądam, bo „mi się należy”. Żądanie jest wtedy, gdy dążysz do wygrania zawodów, bo musisz, bo inaczej nie będziesz się czuł wartościową osobą. Wtedy, gdy dążysz do napisania książki, by udowodnić, że jesteś coś warty. Gdy dążysz do pieniędzy, bo inaczej będziesz czuł się nikim lub osobą pozbawioną wolności. Gdy szukasz bliskiej osoby, bo sam czujesz się nic nie warty.

Wywalić całe to muzeum

Pycha nie polega na tym, że czegoś chcesz od życia. Pycha polega na tym, że identyfikujesz się z pozytywnymi mniemaniami na swój temat.

Oczywiście być całkowicie pokornym jest ciężko. Anthony De Mello napisał:

Zaprawdę świętym był ten, kto powiedział „Jestem tylko czterema ścianami z pustką między nimi” Nikt nie może być pełniejszy.

To nie takie łatwe przez dłuższy czas być aż takim realistą. Ale wystarczy przestać zapełniać te cztery ściany swoimi pomnikami: pomnik genialnego szefa, który zawsze wygrywa; pomnik doskonałego kochanka; pomnik troskliwego rodzica, pomnik natchnionego muzyka… Tak samo nie należy wypełniać tych ścian pomnikami w innym stylu: pomnik nieśmiałego człowieka; pomnik człowieka, któremu nigdy nic się nie udaje; pomnik osoby, która nie ma talentu do pisania czy pomnik osoby, która biedna się urodziła i biedna umrze.

Zapełnianie naszych czterech ścian pomnikami sprawia, że miejsce do życia zmienia się w muzeum a my stajemy się jego kustoszami. Przestajemy żyć a zaczynamy konserwować. Czasem, gdy uda nam się uwieść innych, możemy mieć nawet całkiem spory ruch. Ludzie nas odwiedzają, podziwiają i gratulują. Ale ten ruch to tylko pozory życia.

Jak zabrać się za rozbijanie pomników? Kilka pomysłów z brzegu:

  • spisać listę swoich słabych stron (konkretnie) i opracować sposób pracy nad nimi,
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do swoich pomyłek i błędów,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię zbytnio i w sposób przesadny wychwalać, przyjąć tą część pochwał, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną (mimo, że przyjemną),
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najlepszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kto jest lepszy i poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię chwalą i nigdy nie krytykują (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które zawsze doskonale ci wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo zajmujesz się zbyt łatwymi rzeczami)
  • gdy czujesz się doskonały i zaawansowany zająć się rzeczami, których nie umiesz i które ci kiepsko wychodzą. Najlepiej raz na jakiś czas zacząć uczyć się rzeczy, co do których myślisz, że „nie masz uzdolnień” (np. nauczyć się chińskiego, gry na klarnecie, surfowania czy wyszywania haftem krzyżykowym).

To lista raczej dla tych, którzy mają pomniki „patetyczne”. Nie należy przesadzać, bo nie chodzi o zmianę pomników patetycznych (ja-geniusz) na dramatyczne (ja-ofiara losu).

Dla kolekcjonerów pomników dramatycznych proponuję:

  • spisać listę swoich mocnych stron (konkretnie),
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do tego co ci wychodzi i w czym osiągasz sukcesy,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię w sposób przesadny krytykować, przyjąć tą część krytyki, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną,
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najgorszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kogo możesz poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które nigdy ci nie wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo stawiasz przed sobą zbyt trudne cele)
  • Wreszcie nauczyć się czegoś dobrze i dość w jakiejś umiejętności do wyższego poziomu zaawansowania.

* * *

Masz może jakiś inne pomysły? Co o tym myślisz?

Wzbudzanie uczuć

Wzbudzanie uczuć

Opublikowano 23 sierpnia 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 8 komentarzy

Opisywałem poprzednio moje nieskuteczne próby wzbudzania w sobie uczucia przyzwolenia. Próbowałem w ten sposób zastosować się do zaleceń popularnej psychologii.

Zgodnie z nimi odpowiednie ustawienie swoich emocji gwarantuje osiągniecie sukcesu. Zalecenie jest proste: poczuj odpowiednie uczucie, a reszta sama przyjdzie. Co rusz można spotkać wskazówki:

  • poczuj pewność siebie,
  • poczuj miłość,
  • poczuj przyzwolenie,
  • poczuj akceptację,
  • przestań rozczulać się nad sobą

To trochę przypomina mi lekcje religii. Wzbudź w sobie żal za grzechy, obrzydzenie do złego i pragnienie poprawy. Z okazji świąt wzbudź w sobie radość. Sory, albo żałuję, albo nie. Zawsze mnie wkurzało udawanie. Bóg jest dla mnie Kimś zbyt ważnym by mu serwować przekrzywioną na bok główkę i piąstkę klepiącą okolice biustu.

Emocje się przydarzają

To, że znasz jakiś stan psychiczny, nie znaczy, że możesz go celowo, wysiłkiem woli wywołać.

Weźmy kwestię zapominania. Każdy doskonale wie, na czym polega. Co rusz zapominamy o rzeczach mniej lub bardziej ważnych. Spróbuj jednak zapomnieć o czymś celowo, np. o jakimś przykrym wydarzeniu. Im bardziej się starasz, tym lepiej pamiętasz. Nie można zmusić się do zapomnienia. Zapominanie jest czymś banalnym, póki nam się przydarza. Staje się jednak czymś niemożliwym do osiągnięcia, gdy chcemy je celowo wywołać.

Czy można się czymś zaskoczyć? Czasem sami siebie zaskakujemy, ale czy można to osiągnąć, gdy akurat mamy taki zamysł? Powiedzieć sobie: jutro są moje urodziny, w związku, z czym zrobię sobie jakąś niespodziankę! Nie możesz celowo sam siebie zaskoczyć.

Podobnie jest z wiarą. Niektórzy usiłują wysiłkiem woli w coś uwierzyć. W efekcie im bardziej się starają, tym więcej mają wątpliwości. Wierzysz, gdy doświadczasz – widzisz dowody, słyszysz o faktach czy przeżywasz silne doznania – a nie wtedy, gdy sobie tak postanowisz.

Tak samo jest z poczuciem przyzwolenia. Próbując w sposób wolicjonalny wywołać tego rodzaju proces, wpadasz w koszmarny węzeł, z którego nie da się wyjść bez pomocy tasaka. Im bardziej się starasz w tym większą wpadasz pułapkę. Ponieważ zależy mi na tym, nie może mi na tym zależeć. Panie Janeczku, czy ja mam grać czy nie? Bo bardziej nie grać po to by bardziej grać, to jakieś trudne jest.

Efektem takich prób manipulowania emocjami, jest stres, napięcie i coraz mniejszy kontakt z rzeczywistością.

Istotą emocji jest swobodny przepływ. Są jak rzeka, która płynie obok naszego domu. Masz wpływ na to jak ta rzeka płynie. Możesz sprawić, że woda popłynie w zupełnie inną stronę. Ale nie osiągniesz tego nigdy stojąc i mówiąc do rzeki. Jeżeli zależy ci na zmianie, zamiast gadania do wody, musisz zakasać rękawy, wziąć do ręki łopatę i wykopać nowe koryto. Musisz zacząć działać, czując to co czujesz, licząc, że nowe emocje ci się przydarzą.

Pomieszanie czynników

W psychologii eksperymentalnej, aby przeprowadzić jakiekolwiek badanie trzeba dokładnie określić charakter zmiennych. To, że jakieś czynniki wiążą się ze sobą niewiele znaczy. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób się wiążą.

To, że osoby, które osiągają sukcesy czują określonego rodzaju emocje (np. poczucie pewności czy rozluźnienia) wcale nie oznacza, że emocje są przyczyną ich osiągnięć. Emocje mogą być wynikiem sukcesów (czuję pewność siebie, bo mi się coś udało), mogą być też tzw. zmienną pośredniczącą (czymś co pośrednio pomaga osiągnąć sukces), mogą być także czymś równoległym – dodatkowym efektem innej zmiennej.

Gdyby wziąć pod uwagę tylko dwa czynniki, takie jak np. zasób wiedzy i noszenie okularów w wieku powyżej 50 lat, można by było dojść do wniosku, że okulary podnoszą zasób wiedzy. Tyle, że to nie noszenie okularów wywołuje wzrost wiedzy, a ilość przeczytanych tekstów. Czytanie wywołuje zarówno przyrost wiedzy, jak i pogorszenie wzroku. Jednak tak długo, póki badasz tylko dwie rzeczy: wiedzę i wzrok, możesz dojść do absurdalnych wniosków i zalecać ludziom, którzy chcą mieć sprawny umysł noszenie okularów.

Na nasze życie składa się znacznie więcej zmiennych. Weźmy tylko trzy z nich:

  • skuteczność działania (sukces i brak sukcesu)
  • emocje
  • strategie behawioralne (działanie) i strategie poznawcze (uwaga)

Emocje nie są przyczyną sukcesu. Emocje są dodatkowym wynikiem zastosowania odpowiednich strategii działania i kierowania uwagą.

Ten ostatni czynnik: nasze działanie oraz sposób kierowania uwagą, w odróżnieniu od emocji podlega naszym wpływom.

Problemy z manipulacją

Są tacy, którzy mówią, że emocje absolutnie nie podlegają manipulacji wolicjonalnej. Szczerze mówiąc nie jestem aż takim ortodoksem. Jakiś wpływ na nie mamy. Każdy się jednak zgodzi, że to bardzo trudne.

W praktyce emocje bardzo trudno wywołać. Wiemy o tym od dziecka. Pewnie zdarzyło ci się usłyszeć od dorosłych polecenia typu:

  • Uspokój się
  • Nie bój się
  • Przestań płakać
  • Dlaczego się nie cieszysz?
  • Dlaczego nie możesz tego po prostu polubić?

Czy łatwo było spełnić to polecenie? Jeżeli nie, witamy w klubie. Praktycznie nikomu nie udaje się ta sztuczka.

Ci, którzy twierdzą, że doskonale sobie z tym radzą, po prostu odcięli się od swoich emocji. Łatwo to rozpoznać z boku.

Jakieś dwa dni temu wracałem zmęczony do domu. Gdy minąłem jakiegoś bogu ducha winnego sąsiada, zauważyłem, że myślę o nim w stylu „dlaczego ten gość tak się rozpycha”.

- Oho – pomyślałem – czyżbym czuł złość? No nie, musze się uspokoić.

Szybko się uspokoiłem i z uśmiechem na twarzy wszedłem do domu.

Trzy minuty później z jakiegoś byle powodu zrobiłem awanturę. Nagle ni stąd ni zowąd zacząłem się drzeć.

Świetnie się uspokoiłem. Bardzo skutecznie!

Osoby, które twierdzą, że manipulowanie emocjami banalnie łatwo im przychodzi, że całkowicie panują nad swoimi uczuciami, dziwnie nie kontrolują swojego życia.

Nie chcę się bawić w plotkarstwo i pisać o życiu prywatnym autorów, twierdzących, że znają tajemnice pełnego panowania nad emocjami. Byłoby o czym opowiadać: serie rozwodów, alkoholizm, narkomania, zamieszanie w morderstwo, samobójstwo… Ale to wszystko im nie przeszkadza by wprowadzać psychologiczny terroryzm i dyrygować naszym emocjom, mówiąc:

  • Zaakceptuj siebie
  • Pokochaj siebie
  • Pokochaj innych ludzi
  • Otwórz się na świat
  • Odpręż się
  • Otwórz się na obfitość
  • (i tysiące innych haseł)

Czytamy, próbujemy i po tygodniu, albo miesiącu nic nam z tego nie zostaje. No tak, nie dość się starałem, to moja wina. Może przeczytam jeszcze jedną książkę i spróbuję jeszcze raz.

I tak bez końca.

Czy to my jesteśmy winni? Czy to z nami jest coś nie tak?

A może to po prostu głupota psychoterrorystów, którym wydaje się, że emocje można na siebie włożyć jak kapelusz?

Jesteśmy tak zniszczeni przez ich propagandę, że próby manipulowania emocji traktujemy jak nasz święty obowiązek.

Dobrze przeżyć dzień, to zamanipulować sobą rano tak by poczuć entuzjazm, podczas lanczu by poczuć ożywienie, podczas obiadu, by poczuć pewność siebie, a wieczorem by poczuć wyciszenie. Podczas snu, też trzeba się kontrolować.

Naprawdę ci to odpowiada? Przez całe życie chcesz sobie mówić, co masz czuć? Chcesz planować swoje emocje, zmuszać się do tego by czuć się tak, jak ci powiedzą? Chcesz programować swoje przeżycia? Ustawiać emocje?

Zamiast wzbudzania uczuć

Mądry rodzic, gdy dziecko wywróci się i płacze nie zmusza go do manipulacji emocjami, nie mówi:

- „nie płacz” czy „poczuj radość”

Mądry rodzic odwraca jego uwagę od tego, co wywołało płacz i proponuje mu jakieś działanie. Mówi np.:

- Popatrz, jaki wspaniały motyl siedzi na tym kwiatku. Chodź pobiegniemy do niego.

I jak ręką odjął emocje się zmieniają. Same.

Emocje zawsze są skutkiem przyjęcia pewnych strategii działania i sposobu kierowania uwagą. Nie traktuj ich jak przyczyny, bo pozbawisz się jakiejkolwiek możliwości skutecznego działania.

O ile zależy ci na zdrowiu psychicznym, nie mów sobie, co masz czuć. Nie mów sobie: muszę się czuć szczęśliwy, zadowolony, spokojny czy nie przywiązany do efektów starań…

Ta orkiestra cię nie posłucha

To bardzo ważne by nie usiłować dyrygować swoimi emocjami.

Zdjęcie, na którym gość we fraku dyryguje falom zostało zrobione dokładnie 23 lata temu. 23 sierpnia 1967. To happening Tadeusza Kantora, zatytułowany „Panoramiczny koncert morski”.

Gdy próbujesz mówić sobie, co masz czuć, jesteś jak człowiek, który stara się dyrygować morzu. Od czasu do czasu słuchaczom może się wydawać, że ocean jest mu posłuszny. Ale poczekaj na sztorm, a przekonasz się, że to tylko złudzenie.

Ocean jest zewnętrzną siłą. Nie masz na niego wpływu. Próby dyrygowania falami kończą się nieszczególnie.

Ludzie, którzy mówią sobie, że mają być szczęśliwi, nigdy nie są szczęśliwi. Ludzie, którzy mówią sobie, że muszą być spokojni, nigdy nie są spokojni. Ludzie, którzy rozkazują sobie zadowolenie, nigdy nie są zadowoleni.

Nie steruj emocjami, bo nie tylko nie masz na nie wpływu, ale wpadasz w błędną pętlę i wzbudzasz w sobie chaos.

Zamiast zmieniać emocje, zmieniaj swój sposób patrzenia na świat. Emocje zawsze są skutkiem, efektem, który nie podlega twojej bezpośredniej kontroli.

Ucz się ich doświadczać bez prób manipulowania nimi. Ucz się na nie cierpliwie czekać.

Jeszcze jedno. To nie znaczy że masz być wobec swoich uczuć bezwolną ofiarą. Wiele osób stara się za wszelką cenę manipulować emocjami, bo wydaje im się, że gdy tego nie zrobią, stracą kontrolę nad swoim życiem. Gdy np. ktoś mnie denerwuje, od razu zmuszam się by go pokochać, bo boję się, że się na niego rzucę. Bez obawy. O ile nie jesteś w afekcie, nie stracisz kontroli nad sobą. Wręcz przeciwnie. Gdy będziesz świadomy tego, co czujesz, łatwiej ci będzie się kontrolować. Np. asertywnie powiedzieć tej osobie co ci się nie podoba. To jednak temat na inny tekst.

Zdjęcie Eustachy Kossakowski. Źródło: http://www.dsw.muzeum.koszalin.pl/tiki-browse_image.php?imageId=123

Jak bez szarpania osiągnąć swój cel: lekcja jaką wyniosłem zadając pewien egzamin

Jak bez szarpania osiągnąć swój cel: lekcja jaką wyniosłem zadając pewien egzamin

Opublikowano 20 sierpnia 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

Pisałem poprzednio, że nasze sukcesy mogą być źródłem cennej wiedzy. Dzięki nim łatwo odkryć sposoby, które pozwolą nam żyć z większą energią. Warto szukać sukcesów i uważnie im się przyglądać. Szczególnie cenne są zwycięstwa, które odnosimy po wielu próbach. Nie wychodzi, nie wychodzi, nie wychodzi… aż tu wreszcie …udało się! Świętować trzeba, ale szkoda nie nauczyć się czegoś nowego.

W każdym sukcesie zawarta jest darmowa i łatwa do zrozumienia lekcja.

Cenne głupoty

Nie jest ważne, jakiej dziedziny dotyczy sukces. Często właśnie te małe, pomijane, na co dzień obszary zawierają najwięcej zasobów.

Gdy coś jest ważne, staramy się robić wszystko tak, jak powinno być. Tak bardzo nam zależy, że napinamy się i uruchamiamy cały szereg „poprawnych” schematów.

Gdy robimy rzeczy mniej ważne, jesteśmy bardziej rozluźnieni, Naszej wewnętrznej mądrości łatwiej jest wtedy znaleźć drogę na powierzchnię.

Mój przykład

Jednym z takich sukcesów było dla mnie zrobienie prawa jazdy. To nic szczególnie ważnego, jednak zawsze miałem poczucie, że zrobiłem to w specyficzny (jak dla siebie) sposób.

Bardzo długo mi się to nie udawało. W którymś momencie miałem nawet dwa samochody i żadnym z nich nie umiałem jeździć. Próbowałem zdać kilka razy. Jedynym efektem był stres, zażenowanie, rezygnacja i brak przekonania, że kiedykolwiek mi się uda.

A potem, jakieś pięć lat po pierwszej próbie, wszystko poszło jak z płatka – bez stresu, napięcia, z pewnością siebie. Gdy pewnego październikowego dnia włożyłem do portfela zalaminowany, połyskujący kartonik z moim zdjęciem, sam byłem zdziwiony sposobem, w jaki mi się udało. Wiedziałem tylko tyle, że zrobiłem to inaczej niż normalnie. Nie miałem jednak pojęcia, na czym to polegało i jak to powtórzyć.

Opowieść o prawie jazdy

To było już prawie pewne. Miałem zostać ojcem. Swobodne życie bez obowiązków, miało odejść w przeszłość. Czułem trochę żalu i obaw, ale dominowała ekscytacja. Być ojcem, być odpowiedzialnym za dziecko – to dosyć fascynujący projekt. Może ROI (zwrot z inwestycji) nie jest wielki, ale co mi tam… Będę woził dziecko do kina, do teatru, do restauracji, może na wycieczki za miasto.… Hm.. woził?

Przecież nie mam prawa jazdy.

Co z przedszkolem, szkołą, wizytami u lekarza czy dentysty? Mam wozić je tramwajem, autobusem albo taksówką?

Sprawdziłem w ośrodku egzaminacyjnym, czy mają jeszcze moje papiery. Wysłali je do miasta, w którym byłem wcześniej zameldowany, ale udało się je odzyskać. Mogłem zapisać się na egzamin. Bez problemów zdałem teoretyczny. Dostałem termin praktycznego. Wiedziałem jednak, że póki co nie mam szans. Manewry były czarną magią, a jazda po mieście – jeszcze czarniejszą magią ze sporymi kawałkami paniki.

Usiadłem przed googlem, spisałem kilka namiarów, zadzwoniłem do kilku instruktorów. Do jazdy po mieście wybrałem kobietę. Nie pamiętam ile godzin wyjeździłem. Chyba z pięćdziesiąt. Może więcej. Manewry ćwiczyłem z kimś innym. Przychodziłem na plac, dostawałem kluczyki, instruktor szedł na harbatkę a ja maltretowałem samochód. Spokojnie, przez jakieś dwie godziny dziennie, trzy razy w tygodniu potrącałem słupki, najeżdżałem na puste opony i wyjeżdżałem za linie.

Najdziwniejsze było poczucie pewności, że zdam. Nie miałem pojęcia skąd się wzięło. Wiedziałem, że to zrobię. Prędzej czy później. Za pierwszym, dwudziestym, pięćdziesiątym piątym razem. Taka leniwa pewność, że już się udało.

Przyszedł termin egzaminu. Manewry zrobiłem bez problemu (mimo, że byłem spięty). Potem wyjechaliśmy na miasto. Cieszyłem się, że mogę pojechać z egzaminatorem. To doskonałe przygotowanie do kolejnego podejścia. Miałem już zaplanowany termin następnego egzaminu i terminy kolejnych jazd. Plany okazały się nieaktualne. Zdałem.

Gdy jakiś czas później pokazałem żonie prawo jazdy była solidnie zdziwiona. Ani ona, ani nikt inny nie wiedział o moich przygotowaniach. Nawet, gdy zdałem nikomu nie powiedziałem. Ujawniłem się, dopiero, gdy trzymałem dokument w ręce.

W poszukiwaniu wyjaśnienia

To była jedna z dziwniejszych przygód z samym sobą. Długo starałem się zrozumieć, w jaki sposób to osiągnąłem.

Jakiś czas później przeżywałem burzliwy romans z pozytywnym myśleniem i prawem przyciągania. Doszedłem wtedy do wniosku, że kluczem było poczucie przyzwolenia (allowing).

Gdy masz swój cel, wizualizujesz go i starasz się pozbyć uczucia gorączkowego przywiązania do efektów. Pozbywasz się napięcia. Pozwalasz by wszechświat sam ci dał to, czego chcesz. Wyobrażasz sobie jakbyś już miał to, na czym ci najbardziej zależy Np. gdy chcesz być bogaty, wyobrażasz sobie, że w twoim portfelu są już pieniądze. Wyluzowujesz i czekasz. Ja miałem poczucie, że prawo jazdy już mam.

Długo trzymałem się tego tłumaczenia. Autorzy mówiący o prawie przyciągania radzą by wywołać w sobie takie uczucie. Masz „nastroić swoje emocje, na odpowiednią częstotliwość”. Próbowałem to zrobić zabierając się do innych projektów.

Znam techniki kotwiczenia, potrafię wprowadzić w stan hipnozy innych i samego siebie. Ale jedyne, co mogłem osiągnąć, to chwilowe emocje. A i to dosyć udawane, z grubsza przypominające tamten stan.

Po wielu eksperymentach doszedłem do wniosku, że nie da się wywołać w sobie autentycznego i trwałego poczucia przyzwolenia. Można je tylko udawać. A to nie to samo.

Strategie działania

Gdy dotarł do mnie absurd manipulowania emocjami zabrałem się za szukanie innych rozwiązań. Zrobiłem listę tego, czym, to podejście do egzaminu różniło się od poprzednich. Doszedłem do czterech prostych punktów:

  • Miałem inny niż zazwyczaj motyw: nie robiłem tego dla siebie, ale dla dziecka, które miało się urodzić, nie chciałem go zawieść.
  • Z góry byłem przygotowany na kolejne próby. Zupełnie nie przerażała mnie perspektywa porażki i kolejnego podejścia.
  • Nikomu nie powiedziałem o moich zamiarach, z nikim nie rozmawiałem o trudnościach czy kłopotach.
  • Ćwiczyłem tyle ile się tylko dało, bez zastanawiania się, czy już wystarczy czy nie.

Warto zrozumieć, dlaczego każdy z tych punktów jest ważny. Z jaką zmianą perspektywy się wiąże? W jaki sposób przekierunkowuje uwagę?

Gdy udało mi się to zrozumieć opracowałem dla siebie cztery pytania:

  • Czy wiem, w jaki sposób moje działanie (jego zaniechanie) wpłynie na innych ludzi? Jaką cenę ludzie, który kocham będą musieli zapłacić, gdy czegoś nie zrobię? Co dam ludziom, na których mi zależy, gdy coś zrobię?
  • Czy jestem w stanie opuścić swój wygodny kokon i wystawić się na wszystkie nieprzyjemne doznania, jakie trzeba będzie znieść? Czy jestem gotowy znosić zażenowanie / wstyd / zmęczenie itp. bez użalania się nad sobą i szukania szybkiej ulgi?
  • W jaki sposób mogę zredukować ból i lęk przed porażką tak by nie wpłynęło to na skuteczność mojego działania? Jeżeli np. boję się, że inni powiedzą „znowu ci nie wyszło” mogę po prostu im nie mówić, że zabieram się za coś. Innym sposobem redukcji lęku było zatrudnienie do jazdy po mieście kobiety. Mężczyzna wprowadza więcej stresu (przynajmniej dla mnie). Jeżeli można – bez straty energii – uniknąć jakiegoś bólu, to trzeba to zrobić. I to jest właśnie pytanie o to, czego można uniknąć, dążąc do celu.
  • Od strony działania, to banalnie prosty punkt: czy zaplanowałem maksymalną, możliwą bez wywrócenia życia do góry nogami, dawkę ćwiczeń? Jednak wiąże się z nim także zmiana myślenia. Istotą było tutaj pozbycie się fantazji na temat swoich talentów i uzdolnień. Przy poprzednich próbach zawsze miałem wyobrażenie: tyle a tyle godzin powinno wystarczyć. Tu nie było żadnych kalkulacji. Założyłem, że będę ćwiczyć tyle, ile tylko trzeba. Im więcej masz wyobrażeń na temat twoich talentów i uzdolnień tym trudniej ci się rozwijać. Nie chodzi o to, by traktować się jak idiotę, ale by przestać liczyć na to, że masz jakąś szybszą ścieżkę zapisaną w DNA.
    W związku z tym, pytanie dodatkowe:

    Czy mam w sobie oczekiwania mówiące o tym, jak pojętny jestem i jak wiele czasu mi wystarczy by opanować to, co mam opanować? Czy umiem pozbyć się tych oczekiwań? Czy umiem pozbyć się fantazji na temat tego na ile jestem zdolny?

Poczucie spokoju, pewności czy przyzwolenia było efektem ubocznym tych decyzji. Gdy:

  • potrafię zobaczyć cel poza sobą,
  • gdy jestem gotowy opuścić kokon,
  • gdy nie liczę na moje zdolności a jedynie mój wysiłek,
  • gdy umiem odpuścić sobie to, co można odpuścić

… szansa, że pojawi się tego rodzaju poczucie jest duża. Ale to nie jest ważne czy się pojawi, czy nie. Nie musi. Wystarczy, że taki sposób patrzenia na świat i siebie się sprawdzi. Wystarczy go zastosować i ocenić.

Twoja kolej

To moja strategia, ale być może w twoim życiu znajdziesz podobne doświadczenia i pewne punkty również będą cenną radą.

Być może jednak żaden z tych punktów, w tym momencie twojego życia nie będzie tym, czego potrzebujesz.

Weź swój sukces i spróbuj go zrozumieć. Zobacz, czego jesteś w stanie się z niego nauczyć.

Ucz się od siebie samego

Ucz się od siebie samego

Opublikowano 18 sierpnia 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | Jeden komentarz

Często szukamy wiedzy o tym, jak żyć w przeżyciach innych osób. Czytamy książki, w których autorzy opowiadają, co im się kiedyś zdarzyło lub co spotkało ich znajomych, klientów czy pacjentów. Czytamy biografie sławnych ludzi i oglądamy wywiady z ludźmi sukcesu. Nawet, gdy czytamy naukowe książki psychologiczne, tak naprawdę dowiadujemy się tylko tego, co wydarzyło się w życiu innych ludzi – tym razem badanych.

I słusznie, bo można się wiele nauczyć przyglądając się temu, jak ktoś inny sobie radził. Jego błędy i porażki mogą być dla nas cenną podpowiedzią.

Zapominamy jednak o tym, że nasze własne życie także jest źródłem wiedzy i mądrości. I to znacznie większym i znacznie bardziej cennym niż cokolwiek innego (przynajmniej dla nas).

Dotarcie do lekcji zawartej we własnym życiu nie zawsze jest łatwe. Często zamiast dowiedzieć się czegoś o sobie i wprowadzić jakieś zmiany, chowamy się przed lekcjami, jakie są nam serwowane.

Nasze życie – porażki i sukcesy, prowadzą doskonale dostosowane do naszych potrzeb szkolenie. My natomiast zamiast uważać czytamy pod ławką podręcznik napisany przez kogoś innego.

W efekcie ciągle jesteśmy w tym samym miejscu. Ta sama lekcja ciągle się powtarza. Jedyna korzyść, że zawsze możemy ją odrobić.

Tak długo, póki nie nauczymy się uczyć od siebie samych, niewiele nauczą nas mądrości innych.

To dotyczy także tego bloga. To, czego może cię nauczyć twoje życie jest ważniejsze i cenniejsze niż najbardziej poruszające i najbardziej prawdziwe myśli innej osoby.

Nauka z porażek

Gdy nie zdam egzaminu, zastanawiam się, co mogłem zrobić inaczej. Może więcej się uczyć? Może zastosować jakieś techniki zapamiętywania? Może zmienić dietę i przyjmować więcej magnezu? Porażka – jeżeli nie chowamy przed nią głowy w piasek –zawsze jest impulsem do tego by nauczyć się czegoś na swój temat.

To znana myśl. Powtarzana tu i tam. Na pewno ją słyszałeś. Co rusz można przeczytać: nie ma błędów, są tylko informacje zwrotne, nie ma porażek są tylko lekcje do odrobienia…

Ostatnio czytałem książkę, w której autorka chwali się, że podczas swoich warsztatów „widziała niezliczone transformacje uczestników pochodzące ze zrozumienia, że każda porażka jest czymś cennym”. W trakcie warsztatów prowadzący (świadomie lub nie) zazwyczaj posługuje się sugestią. Zahipnotyzowany uczestnik uwierzy we wszystko, co mu się powie. Każda hipnoza jednak „puszcza”. Człowiek wraca do swojego życia i okazuje się, że porażki jakoś tak przestały go cieszyć.

Jak to – człowiek myśli – straciłem odpowiednią postawę, muszę się bardziej starać, nie mogę być taki!

Zaczyna sobie wmawiać, że porażki wzbudzają w nim przyjemne odczucia i dają mu energię. Zaczyna manipulować tym, co czuje. Niestety, gdy zacznie majstrować przy swojej percepcji, coraz trudniej będzie mu oceniać, co jest prawdą a co nie, co jest dobrym wnioskiem, a co tylko złudzeniem.

Gdy chcesz się czegoś nauczyć na swoich błędach potrzebujesz klarownego spojrzenia. Nie uda ci się go osiągnąć, gdy tracisz energię na owijanie tego, co widzisz w mięciutką bawełnę.

Chcesz się czegoś nauczyć czy chcesz się czegoś dowiedzieć o sobie?

Porażka boli. Człowiek czuje się z nią źle. Frustracja wkurza. Gdy dostaniesz kopa w tyłek nie wmawiaj sobie, że to była trampolina. Nie udawaj przed sobą, że jesteś guru dziesiątego stopnia wtajemniczenia, który zapanował nad energią i materią.

Gdy czujesz porażkę, po prostu nie zmuszaj się do tego by się nią cieszyć. To nie jest konieczne. Czuć porażkę i frustrację nie równa się użalać się nad sobą i poddawać.

Czuj to, co czujesz i gdy tylko negatywne uczucia ci na to pozwolą zadaj sobie pytanie o to, czego możesz się nauczyć. Co możesz zmienić? Czego dowiedziałeś się o sobie?

Ryzyko złych wniosków

Nasze błędy i porażki zawierają wiele wiedzy o nas samych. Możemy wiele się na nich nauczyć. Jednak to bardzo trudna wiedza. Nie dość, że musimy znosić cały szereg nieprzyjemnych doznań, to jeszcze nie mamy gwarancji, że wnioski, do jakich dojdziemy będą cokolwiek warte. Często wyciągamy nie te wnioski, które powinniśmy i stosujemy się nie do tych rad, do których warto.

Analizując błędy sięgamy zazwyczaj po rady innych. W końcu coś się nie udało i potrzebujemy pomocy. To wiąże się z ryzykiem. Po porażce jesteśmy szczególnie podatni na sugestię. Łatwo nam wcisnąć jakąkolwiek, nawet całkiem nie pasującą do nas radę. Wystarczy by ktoś powiedział, że miał dokładnie taki sam problem i poradził sobie z nim w jakiś sposób. Od razu zakładamy, że jego metoda będzie dobra również dla nas.

W firmach, gdy sprzedawcy mają problemy często zatrudnia się jakiegoś doświadczonego i pełnego sukcesów sprzedawcę by nauczył ich swoich sposobów. Po szkoleniu okazuje się zazwyczaj, że jego metody, owszem są skuteczne, ale w innych warunkach, z innym produktem, na innym rynku, w innym systemie motywacyjnym i z innymi warunkami psychologicznymi. Słowem – dla niego są skuteczne, dla innych zabójcze. Do działu personalnego jednak nie dociera, że sposób jest zły. Trener ma sukcesy, w związku, z czym musi mieć rację. To sprzedawcy są leniwi, głupi czy nie pojętni.

Podobnie jest z nami. Jak coś napisali w książce i powiedzieli na szkoleniu, to musi być słuszne. To ja byłem nie dość zaangażowany, skupiony czy pojętny. Zamiast spróbować czegoś innego próbuję jeszcze raz i jeszcze raz.

Trochę więcej dystansu. Wyciąg wniosek i sprawdź czy przyniesie efekt. Jeżeli jakaś technika wymaga jeszcze więcej zaangażowania, jeszcze więcej skupienia, jeszcze więcej prób, to znaczy, że jest trzeba spróbować czegoś innego. Szkoda czasu na bicie głową w mur.

Całe szczęście istnieje jeszcze jedne źródło wiedzy, które jest pozbawiane tych ograniczeń.

Nauczyciel sukces

Sukcesy to najcenniejsze i najłatwiejsze do wykorzystania źródło wiedzy i umiejętności.

Jeżeli coś ci wyszło, to znaczy, że zastosowałaś jakiś skuteczny sposób. Być może da się z niego skorzystać także w odniesieniu do innych przedsięwzięć. Jeżeli uda ci się zrozumieć, co takiego zrobiłaś zyskasz cenną wiedzę.

Ucząc się na sukcesach nie jesteśmy narażeni – tak jak przy porażkach – na przyjęcie pierwszej lepszej, nie pasującej do mnie rady. Znacznie łatwiej nam przebierać wśród dostępnych na rynku mądrości.

Pierwszym krokiem do wykorzystania tego źródła jest zmiana podejścia do sukcesów. Jesteśmy skupieni na słabościach. Przyłapujemy się na wszystkich niedoskonałościach i niedociągnięciach, licząc na to, że któregoś dnia wszystko naprawimy i staniemy się doskonali. To ślepa uliczka. Zamiast przyłapywać się na porażkach, zacznij przyłapywać się na sukcesach.

Każdy ma ich mnóstwo. Nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego jak wiele. To nie muszą być wielkie, epokowe zwycięstwa. Nie muszą dotyczyć jakiejś szczególnie ważnej dziedziny życia. Nawet z mało ważnych osiągnięć wiele można się nauczyć.

Gdy coś ci wychodzi nie traktuj tego jak coś normalnego i spodziewanego. Ale także nie ograniczaj się do świętowania i cieszenia się.

Usiądź i zastanów się:

  • Na czym polegał ten sukces?
  • Gdzie i jak mogę jeszcze zastosować tę metodę?

Szczególnie cenne są osiągnięcia, jakie odnosimy po wielu nieudanych próbach. Walczę, walczę i nic, a tu nagle coś mi wychodzi.

Pomyśl:

  • Jak to robiłem?
  • Czym to się różniło od innych prób, które mi nie wychodziły?

Nie musisz od razu dokładnie rozumieć swojego sposobu. Czasem trzeba poszukać podpowiedzi i wyjaśnień. Tutaj przydają się książki i szkolenia. Być może ktoś stosował podobny sposób i dzięki jego doświadczeniom lepiej ci będzie zrozumieć siebie samego.

Gdy masz ochotę się wycofać

Gdy masz ochotę się wycofać

Opublikowano 06 sierpnia 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Zawsze jest zbyt wcześnie na to by się poddać. Jason Kidd
Wycofuj się tylko wtedy, gdy odniesiesz sukces. David K. Reynolds

Znowu nowa firma

Mam znajomą, która jakiś czas temu wpadła na nowatorski pomysł. By go zrealizować założyła firmę i rozpoczęła działanie. Potrzebowała na początek kilku klientów i niewielkiego zainteresowania mediów. Pogratulowałem jej odwagi i życzyłem sukcesów. Po kilku tygodniach, skontaktowałem się i zapytałem, co z firmą. Powiedziała:
- Wiesz, siedzę już w czymś innym. Lepszy target i lepszy produkt.
- Ale co z tamtym pomysłem?
- Już mnie tak nie ciągnie.
- Ale jakie efekty? Czy udało ci się to, co miałaś w planach?
- To było nieco trudniejsze niż myślałam, doszłam do wniosku, że szkoda czasui i wysiłku. Może coś jeszcze z tego będzie, ale teraz skupiam się na czymś innym.

Faza pierwsza: w pełnym słońcu

Większość naszych projektów, zaczyna się w słońcu. Wpada nam do głowy jakiś nowy, rewolucyjny pomysł. Nie możemy przestać o nim myśleć. Wymyślamy nazwę firmy, rejestrujemy domenę, dopracowujemy biznes plan, wymyślamy logo, chwalimy się znajomym.… To może wyglądać inaczej, ale zapewne znasz gorączkę nowości.

Dobrze czuć radość, ekscytację, wierzyć, że podbijesz świat, że nikt jeszcze czegoś takiego nie widział, że ludzie przysiądą z wrażenia, że głodne masy czekają tylko na ciebie. Do pewnego momentu łatwo jest działać z energią.

Ale przychodzi chwila, by pokazać to ludziom.
Wspaniale, gdy są zachwyceni i wszystko dzieje się tak, jak sobie człowiek wymarzył.
Ale bardzo rzadko tak jest.

Faza druga: smuga cienia

Niestety, większość projektów, w którymś z momentów wchodzi w smugę cienia. Pojawiaj się trudności. Głodne masy się nie rzucają. Ludzie nie mdleją. Klienci nie walą oknami. Nikt nie prosi cię o to byś przyjął wyższe stanowisko. Twoje cv nie robi zbyt wielkiego wrażenie i nikt nawet nie raczy się z tobą skontaktować. Waga nie spada tak szybko jak to miało być. Nie osiągasz takich wyników…

No może nie jest najgorzej, ale daleko nie tak, jak byś chciała czy chciał.

Tego, co czujesz, pewnie nie nazwałbyś zniechęceniem. Ani tym bardziej rozczarowaniem. Tylko jakoś dziwnie straciłeś miętę do projektu. Już nie jest tak atrakcyjny.

Przestało świecić słońce. Twój projekt znalazł się w smudze cienia.

W smudze cienia jest nudno, niewygodnie, nieprzyjemnie, duszno, nieco smutno. Bez polotu. Gdzieś tam w środku, coś ci być może mówi: nie liczysz się, nie uda ci się, może to wszystko jest bez sensu.

Ucieczka ze smugi cienia

Nikt nie lubi być w smudze cienia. Po co tam tkwić, skoro jest dobre i szybkie wyjście? Jesteś osobą kreatywną, szybko możesz wymyślić coś nowego i lepszego. Zamiast się męczyć, możesz zacząć pisać nową, lepszą książkę, możesz założyć lepszą firmę, możesz założyć nową stronę, możesz zacząć ćwiczyć coś innego, możesz posprzątać, itp.

To idealne rozwiązanie. Porzucasz smugę cienia i wracasz do świata słońca. Znowu wierzysz w siebie i sens tego, co robisz. Nie musisz się męczyć z wątpliwościami, nudą i niewdzięcznym robieniem poprawek.

Dobrze-się-zapowiadacze

Tyle tylko, że jeżeli choć raz zgodzisz się uciec ze smugi cienia, do końca życia będziesz czuł taką pokusę.

Jeżeli pozwolisz, by nowy, fascynujący projekt zajął miejsce tego starego i nudnego, ryzykujesz, że staniesz się kolejnym dobrze-się-zapowiadaczem. Będziesz zostawiać za sobą, niedokończone, dobrze rokujące projektu. Szkice i drafy. Strony bez treści z dumnymi zapowiedziami. Nic nie znaczące, zarejestrowane nazwy firm.
Ale nie widzisz tego, co zostaje za tobą, bo myślami jesteś przy następnej rzeczy. Wydaje ci się większa i bardziej pasjonująca. Jak to powiedziała moja znajoma „lepszy target, lepszy produkt” (cokolwiek to znaczy).

Nie wychodź ze smugi cienia – niech ona wyjdzie

Gdy pojawia się smuga cienia, skuteczne działanie wymaga czegoś odwrotnego niż to, na co mamy ochotę.

Nie opuszczaj cienia. Nie uciekaj. Nie szukaj ulgi. Zostań w cieniu, tak długo jak trzeba. To nie ty masz uciekać. To ona ma ustąpić.

Czujesz zniechęcenie? I co z tego? Kto powiedział, że nigdy go nie poczujesz? Kto powiedział, że to taki ogromny problem?

Wytrzymasz czy zemdlejesz?

Moja córka – jak każde dziecko – czasem marudzi i rozpacza na byle czym. Kiedyś miała niewielką ranę na kolenie. Po prostu zdarta skóra. Nic wielkiego, rzecz chyba sprzed dwóch dni. W ogóle o niej nie pamiętała, do chwili gdy weszła do wanny. Musiało ją trochę zaszczypać. Zaczęła krzyczeć, płakać, stanęła na jednej nodze i kategorycznie stwierdziła, że nie pozwoli się umyć. Normalnie bym spełnił jej prośbę, ale tym razem byłem pewny, że przesadza.

Zapytałem ją:
- Boli cie?
- Bardzo, bardzo, bardzo
- A jaki to jest ból, czy taki jakby gryzł cię krokodyl?
- Nie…
- To może taki, jakby gryzł cię kotek?
- Nie.
- A może taki, jakby kotek chwycił cię pazurkami?
- Nie…

I tak doszliśmy do stwierdzenia, że jest to ból, taki jakby mała mrówka chodziła i trochę szczypała. Okazało się, że można go wytrzymać i umyć nóżkę.

Dorośli ludzie w taki sam sposób panicznie reagują na wewnętrzne, nieprzyjemne uczucia.
Gdy tylko poczują się nieco gorzej, zaczynają panikować:

- Och, nie zniosę tego, czuję się tak zniechęcony, tak przerażony, tak osłabiony …. muszę coś z tym zrobić.

I zamiast po prostu wytrzymać – coś co jest całkowicie do zniesienia – tracą czas na jakiś bzdury w stylu kotwiczenia, wprowadzanie się w trans, przepracowywania, itp. Zamiast pomóc, to tylko rozprasza ich siły. Przyjemniej jest zająć się swoimi wewnętrznymi stanami niż pracować będąc w strefie cienia. W efekcie dostajesz dobre samopoczucie, ale robota pozostaje niezrobiona.

Warto, gdy pojawia się w tobie potrzeba ulgi, zadać sobie pytanie:
-Czy naprawdę to taki wielki ból? Czy nie jestem w stanie go znieść?

Jeżeli masz coś do zrobienia, a ból i zniechęcenie jakie czujesz nie wywołuje katatonii, to po prostu to zrób.

Gatunek ludzki przestałby istnieć, gdyby ludzie nie potrafili działać mimo negatywnych doznań. Kobiety rodzą dzieci, mężczyźni się boksują, asceci głodują na pustyni, alpiniści znoszą ból głowy w rozrzedzonym tlenie, itd.

Smuga cienia ustępuje zawsze, gdy działasz. Im więcej wygody pragniesz, tym mniej masz realnych możliwości.

Ocena

To oczywiście nie oznacza, że wszystko, zawsze należy kończyć. I że bez względu na wszystko trzeba wytrzymywać zniechęcenie. Są projekty, które lepiej porzucić niż skończyć. Ale bądźmy szczerzy – to rzadkie przypadki. Jesteśmy cywilizacją twórczych, rozczulających się nad sobą ludzi i porażki częściej są efektem braku wytrwałości (nazywam to twardymi czterema literami) niż złych pomysłów.

Ile razy masz ochotę zająć się czymś nowym zadaj sobie pytanie, czy jest to:

  • Ucieczka, próba uniknięcia konfrontacji z przeciwnościami.
  • Działanie strategiczne, przemyślane i uzasadnione.

Gdy nie możesz tego znieść

Zanim podejmiesz się czegoś nowego (założysz nową firmę, zaczniesz pracę na nową książką, zaczniesz uczyć się kolejnego języka, itp.) sprawdź, co się dzieje w tym obszarze, z którego się wycofujesz.

Przychodzą mi na myśl cztery pytania:

  • Czy masz jasno zdefiniowane cele? Czy wiesz, co chcesz osiągnąć? Jeżeli nie wiesz, zawsze będziesz zniechęcony. Jeszcze raz przypomnij sobie co jest teraz twoim celem.
  • Czy te cele ciągle są ważne? Może już przestały. Może nigdy nie były dla ciebie ważne, bo pochodziły od kogoś innego. Nie odkładaj pracy, ale po prostu z niej zrezygnuj
  • Czy twoje cele i standardy są wygórowane? Czy naprawdę ludzie muszą zemdleć? Czy muszą o tobie pisać gazety? Czy musisz zdobyć tysiąc subskrybentów w ciągu miesiąca, czy musisz napisać książkę w ciągu trzech tygodni)? Obniż standardy tak by przystawały do twoich obecnych możliwości
  • Czy masz poczucie, że jesteś w stanie skutecznie poradzić sobie z przeszkodami, jakie się pojawiły? Może czujesz, że czegoś nie umiesz? W takiej sytuacji zamiast zmagać się ze zniechęceniem lepiej poprosić kogoś o pomoc, lub poświęcić trochę czasu na naukę.
  • Źródło prawdziwej siły

    Źródło prawdziwej siły

    Opublikowano 31 lipca 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 22 komentarze

    Czy ty też jesteś mistrzem rozwoju osobistego?

    Co pewien czas rzuca mnie po internecie. Trafiam na przeróżne strony. Ostatnio coraz częściej spotykam ludzi, którzy chcą uczyć innych jak stać się człowiekiem sukcesu. Interesuje mnie to, bo sam chciałbym kiedyś nim zostać. Parę dni temu oglądałem pewne nagranie video. Młody człowiek, góra dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy lata zachwalał swoje zaawansowane szkolenie z zakresu rozwoju osobistego. Oczywiście elitarne, pośpiesz się, bo zostało tylko kilka miejsc. Mówił patrząc wprost w kamerę, a jednak miałem wrażenie, że był rozkojarzony i nieobecny. Być może to ten wyższy poziom rozwoju osobistego. Ktoś, kto prowadzi elitarne, zaawansowane seminarium z rozwoju osobistego niewątpliwie wiele sam już osiągnął. Na pewno rozwinął swoją osobistość na wyższym, niedostępnym przeciętnemu człowiekowi poziomie.

    Nie obejrzałem nagrania do końca. W internecie dużo jest ludzi, którzy osiągnęli podobny, wyższy poziom rozwoju osobowości. Pewnych siebie, zdecydowanych. Mających poczucie własnej wartości.

    Ale wiesz co? Oni niewiele wiedzą na temat rozwoju. Wiesz, kto naprawdę się na tym zna?

    Nie, nie, nie… nie ty. Nawet o tym nie myśl. Bo jeszcze zabierzesz mi klientów.

    Oczywiście, chodzi o mnie. Wiedziałem, że się domyślisz.

    Żartuję. Nie jestem Brucem Lee. Jeżeli nie znasz tego starego dowcipu, przypomnienie:

    Do szpitala wariatów przyjeżdża wizytacja. Pytają pierwszego pacjenta:

    - Jak się pan nazywa?

    - Bruce Lee

    Pochodzą do następnego.

    - A pan, jak się nazywa?

    - Bruce Lee

    To samo powtarza się w kolejnych salach, z kolejnymi pacjentami.

    W końcu trafiają do dyrektora.

    - Panie dyrektorze, dlaczego wszyscy uważają się za Bruca Lee?

    - To wariaci…. To ja jestem Bruce Lee!

    Nie jestem Brucem Lee. Nie jestem też Napoleonem, Billem Gatesem, Osho, Lao Tsy, Joe Vitale, Bobem Kiyosaki, Napoleonem Hillem, …

    Pokora i pycha

    Przypominałem sobie dwa stare pojęcia. Używano je wieki temu. Dziś nie mają zastosowania. Choć być może coś pomagają zrozumieć. To pokora i pycha.

    Pokora kojarzy nam się z byciem sierotą. Popychadłem, kimś, kto nic w życiu nie osiąga. Pokornie i z uniżeniem człowiek dorabia się garba i zostaje byle kim. Zdrowy człowiek, to taki, który jest asertywny, przebojowy i bezczelny. Potrafi się cenić i dopominać o swoje. Ciche myszki, które nie umieją się bezczelnie promować dostają po uszach i klepią biedę. Oczywiście, kiedyś tam dostaną nagrodę. Jak ktoś wierzy w życie pozagrobowe, może na coś liczyć. Jezus powiedział: Błogosławieni cisi, bo na własność posiądą ziemię. Wiadomo, kiedy to będzie – jak nas już na ziemi nie będzie, albo ziemi już nie będzie.

    Takie jest powszechne wyobrażenie na temat pokory. Myślę, że błędne. Pokora to olbrzymia siła. Taka, która pozwala naprawdę, tu i teraz „mieć na własność ziemię”.

    Siła

    Czasem tę siłę trudno dostrzec. Możesz mieć wrażenie, że pokorny człowiek to słabeusz. Ktoś, kto niewiele może. Ktoś, kogo złamie byle podmuch. Gdy widzisz obok niego wielkoluda prężącego mięśnie, od razu wiesz, na kogo postawić.

    Kiedyś był taki człowiek. Miał mizerną posturę i był potwornie wstydliwy. Bał się zabrać głos w większym gronie. Gdy brał udział w zebraniach i chciał coś powiedzieć, zanim zebrał się na odwagę, temat się już zmieniał. Z czasem nauczył się kontrolować swoją nieśmiałość, ale jak wspomina w autobiografii, nigdy całkowicie jej się nie pozbył. Nigdy nie był w stanie swobodnie zabierać głosu – nawet w grupie przyjaciół.

    Gdy ktoś, kto go nie znał patrzył z boku, miał wrażenie dziwaka. Drobny, słaby, dziwnie ubrany. Ale jak wspominają ludzie, którzy go widzieli w działaniu:

    Jego siła pozostawała ukryta, dopóki nie wymagała tego sytuacja, wtedy w ułamku sekundy podrywał się i rozpędzał do setki, siedząc za kierownicą, tak spokojny jak zwykle (Eknath Easwaran).

    Ten mały, pokorny człowiek znany jest jako Mahatma Ghandi.

    Może to jednak zbyt odległy przykład.

    Operacja

    Kilkanaście lat temu przygotowywałem się do operacji serca. Na mojej sali było dwóch ludzi. Wesoły, wygadany i pewny siebie taksówkarz z Tarnowa, oraz mały, chuderlawy rolnik z jakiś zapadłej wsi. Taksówkarz ciągle był dobrej myśli:

    - Raz, dwa to zrobią i człowiek od razu zapomni. Nie ma się, czego bać. Ha, ha, ha…

    Był pewny siebie i nic sobie nie robił z tego, co go czeka. Ciągle odwiedzali go znajomi. Roześmiani i pewni siebie jak on.

    Rolnik był cichy i raczej smutny. Najczęściej spokojnie patrzył na drzewa za oknem. Nie mówił wiele, ale nie ukrywał, że się boi.

    Obydwaj mieli być operowani tego samego dnia. Wieczorem odbywa się „przygotowanie do operacji”. Wygląda to jak jakiś plemienny, ludożerczy obrzęd przed wrzuceniem delikwenta do gara. Golą człowiekowi klatkę piersiową, robią lewatywę, ubierają w sztywną, szpitalną pidżamę i dają tabletkę na uspokojenie. Myślę, że robią to specjalnie, żeby pacjentowi nie była za lekko. Po tym obrzędzie człowiek – jeżeli miał jakieś wątpiwości – zaczyna czuć powagę chwili.

    Coś wreszcie dotarło do taksówkarza. Zmienił się. Zaczęły mu się trząść ręce. Zamiast kpić i pocieszać innych, patrzył pustym wzrokiem w ścianę. Szybo dostał drugą porcję „głupiego jasia” i odpłynął.

    Rolnik zachowywał się dokładnie tak samo jak do tej pory. Rano, następnego dnia, gdy stałem na korytarzu, akurat wieźli go do windy (wiozą człowieka w pozycji leżącej nawet, gdy może chodzić, może boją się, że im uciekanie tuż przed kotłem). Popatrzył mi w oczy i szeroko się uśmiechnął. Taki uśmiech zdarza się, gdy człowiek jest całkowicie autentyczny i spójny z tym, co czuje. Gdy czuje zgodę, na wszystko co się dzieje. Gdy akceptuje lęk (co nie znaczy, że mu się poddaje).

    Tydzień później, Rolnik i ja, byliśmy w tym samym sanatorium. Rany goiły się szybko, chodziliśmy na spacery i coraz mniej sapaliśmy pokonując cztery schodki u wejścia. Taksówkarza nie było. Leżał pod respiratorem. Do sanatorium przywieźli go miesiąc później, gdy nas wypisywano. Z dawnej pewności siebie mało zostało.

    Widziałem kilka takich przypadków. Ludzie, którzy nie mieli kontaktu ze swoimi emocjami, którzy udawali bohaterów, przechodzi przez operację znacznie gorzej niż ci, którzy nie bali się przyznać, że się boją.

    Pycha

    Czytałem ostatnio kilka wywiadów z Kingą Baranowską. To młoda, idąca jak burza alpinistka, która m.in. zdobyła szczyt Kanczendzondze (wcześniej zginęła tam Wanda Rutkiewicz). W jednym z wywiadów mówi że wielcy, napakowali goście z reguły nie dają sobie rady w wysokich górach. Ktoś, komu wydaje się, że pokona naturę, nie miał jeszcze okazji się zmierzyć z jej ogromem. Kinga mówi:

    Trzeba umieć poddać się naturze, zaakceptować to, że na górze od człowieka już niewiele zależy, bo rządzą tam pierwotne prawa przyrody. Dopiero wówczas można coś zdziałać. Wykorzystać umiejętności, kiedy pozwoli na to natura. (Cały wywiad tutaj)

    Myślę, że wszystkie ekstremalne wydarzenia, te niezaplanowane, jak choroby i operacje, jak i te zaplanowane jak wyjście na ośmiotysięcznik, uczą pokory. Zarówno wobec świata jak i siebie oraz swoich sił.

    Pycha polega na tym, że człowiekowi wydaj się, że zawsze i ze wszystkim sobie poradzi. Że zawsze wszystko mu się uda i że zawsze będzie miał wiele sił. To złudzenia, dziecinada, przebieranki, strojenie się w teatralne kostiumy, ubieranie papierowych koron.

    Pycha, czyli sztywne, wysokie mniemanie na temat siebie i własnych możliwości, zaburza ocenę sytuacji. Alpinista, który nie potrafi realnie ocenić własnych możliwości po prostu ginie. Nikt, nawet największy twardziel nie jest w stanie wisieć na jednym palcu, w mrozie i lodzie i bez jedzenia. Tak samo, jak nikt nie jest w stanie świadomie otrzeć się o śmierć i nie poczuć strachu.

    Mając dwadzieścia lat łatwo z pewną siebie miną, ubrać szaty mistrza, zaawansowanego w rozwoju osobowym. Ale przed tobą człowieku jeszcze parę gór. Parę mroźnych zawieruch. Kilka gór, na których brak tlenu i człowiek cały czas czuje się słaby, zmęczony i obolały.

    Prawdziwa siła nie jest efektem papierowej wiedzy. Nie jest efektem obtrzaskania się w kolejnych, mielących to samo poradnikach, filmach i ebookach.

    Prawdziwa siła nie bierze się z powtarzania sobie, jaki jestem wielki, dumny i wspaniały. Nie jest efektem afirmacji, kotwiczenia, czy pracy z terapeutą.

    Pokora

    Pokora to nie jest umniejszanie się, pomniejszanie, stawianie w kącie czy uważanie się za kogoś najgorszego. Pokora to taki stan, w którym po prostu jesteś taki, jaki jesteś. W którym nie udajesz przed innymi, ani przed sobą, że jesteś „kimś”. W którym nie udajesz, że czujesz coś innego niż czujesz. W którym nie stroisz się w jakieś maski czy etykiety.

    Łacińskie słowo oznaczające pokorę – humilitas, wzięte jest ze słowa oznaczającego ziemie (humus).

    Być pokornym, to być jak ziemia. Być pokorny, to być z ziemi. Ani z marsa, ani z wenus. Z otwartej, dostępnej dla wszystkich, chłonnej ziemi. Nie jesteś pokorny wtedy, gdy nad sobą rozciągasz parasol, który nie pozwala padać kroplom. Pokorny człowiek, to człowiek odsłonięty, nagi. Taki jak ziemia. Jak pisze Anselm Grün:

    …humilitas oznacza pogodzenie się z naszą ziemską istotą, z naszą przyziemnością, z naszym światem popędów, z naszym cieniem. Humilitas oznacza odwagę przyznania się do prawdy o sobie.

    Niech cię nie zwiedzie nieco jęczący ton, który co pewien czas się pojawia na tym blogu. Cały czas staram się, także przez mój przykład, położyć cię na ziemi. Bo wiem, ze dzięki temu będziesz silniejsza / silniejszy, Chciałbym byś nauczył się swojej głupoty, ograniczeń i słabości. Byś nauczył się ją radośnie przyjmować. Nie dlatego by się tym chwalić, ani nad nią użalać, ani jej poddawać.

    Być może trochę ciężko to wszystko przyjąć.

    Jestem neurotykiem. Człowiekiem splątanym przez zbyt wiele ograniczeń i emocji. Tak samo jak ty. Tak samo, jak dziewięćdziesiąt parę procent ludzi żyjących we współczesnej zachodniej cywilizacji.

    To trochę dziwne być słabym, niezdarnym, pokręconym, głupim świrem, w świecie, gdzie każdy musi być doskonały, silny, mądry i odnoszący sukcesy.

    Dla niektórych bardzo dziwne. Ale może, przyznając się do tego jesteśmy w całkiem dobrym towarzystwie?

    Abraham Maslow, znany ze swojej teorii motywacji, zrobił coś bardzo cennego. Przeprowadził badania nad ludźmi, będącymi prawdziwymi okazami zdrowia psychicznego. Nazwał ich ludźmi samorealizującymi się (były to zarówno osoby współczesne jak i historyczne – np. Einstein, Huxley, Schweitzer, Spinoza, Casalas, Whitman). Jedną z ich kluczowych cech okazała się akceptacja – siebie, innych i przyrody. Maslow pisze:

    Są to ludzie zdolni ze stoicyzmem akceptować własną ludzką naturę z jej wszystkimi brakami, z tym wszystkim, co odbiega od obrazu idealnego, bez prawdziwego zakłopotania. Powiedzenie, że są to osoby zadowolone z siebie, sugerowałoby błędne wrażenie. Należy raczej powiedzieć, że są one zdolne przyjmować niedoskonałości i grzechy, słabości oraz zło ludzkiej natury, w tym samum, niekwestioniującym duchu, w jakim przyjmuje się właściwości przyrody.

    Czasem świeci słońce i jestem pełny radości. Jestem skuteczny i pewny siebie. Czasem wieje wiatr i boję się wyjść z domu. Jestem słaby i ograniczony. To normalne. Gdy to zaakceptujesz, gdy przestaniesz oczekiwać czegoś sprzecznego z naturą, zaczniesz docierać do prawdziwej siły.

    Nie trać czasu na próby „zaawansowanego rozwinięcia swojej osobowości”. Szkoda energii. Carlos Castaneda w jednej ze swoich książek o Don Juanie pisze:

    Większość naszej energii pochłania podtrzymywanie wysokiego mniemania o sobie… Gdybyśmy potrafili utracić odrobinę swojej ważności, zaszłyby dwa niezwykłe zdarzenie. Po pierwsze uwolnilibyśmy energię wkładaną w utrzymanie złudnego wizerunku własnej wielkości i po drugie, dostarczylibyśmy sobie dość energii by na mgnienie dojrzeć rzeczywistą wielkość wszechświata.

    Nie widzisz wspaniałości świata, gdy ciągle jesteś skupiony na sobie.

    Nie szukaj pozorów. Nie daj się omotać zawodowym manipulatorom (czy motywatorom – podobne słowo).

    Szukaj prawdziwej siły i wiedzy. Nie tej papierowej.

    A ona zjawia się wtedy, gdy odważysz się przyjąć swoją własną naturę. Taką, jaką jest. Gdy przestaniesz traktować siebie samego, jakbyś był kartką papieru, na której można wypisywać największe bzdury.

    Spotkasz w sobie część tej samej natury, którą podczas wspinaczki spotyka himalaistka. Należy jej się szacunek, a nie lekceważenie.

    Photo:

    Samodyscyplina

    Samodyscyplina

    Opublikowano 29 lipca 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 14 komentarzy

    Pewnego dnia pracowałem w moim biurze dłużej niż zwykle. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jest prawie piąta. Byłem umówiony na piątą! Jak mogłem zapomnieć?! Szybko zamknąłem komputer i spakowałam się. Biegiem do drzwi wyjściowych. Chwyciłem za klamkę. Bezruch. Zamknięte od zewnątrz.

    Drzwi mają zamek Gerda. Nie cierpię tych zamków. Gdy ktoś przekręci klucz z zewnątrz, nie można ich otworzyć od środka. Mój sąsiad z biura obok wyszedł wcześniej i zapomniał sprawdzić, czy ktoś jeszcze jest.

    Byłem uwięziony. Do tego bardzo się spieszyłem.

    Biuro jest na pierwszym piętrze. Wyjść przez okno się nie da. W budynku nie żadnej obsługi (strażników czy portierów). Nikt by nie usłyszał mojego tłuczenie się. Nie miałem gdzie zadzwonić po pomoc.

    Do pracy ludzie przychodzą rano. Po piątej rzadko ktoś się pojawia.

    Podszedłem do okna i domyśliłem się co muszę zrobić. Otworzyć okno, zatrzymać jakiegoś przechodnia, rzucić mu klucz i poprosić by mnie otworzył.

    Łatwo powiedzieć. Otworzyłem okno. Na zewnątrz był hałas. Raz na jakiś czas ktoś przechodził. Ale przecież nikt nie chodzi z oczyma utkwionymi w moje okno. Trzeba przyciągnąć uwagę człowieka. Krzyknąć, albo przynajmniej głośno mówić.

    Akurat ktoś przechodził. Wziąłem oddech i … nic. Odsunąłem się od okna. Jestem osobą nieśmiałą. Nie chorobliwie. We wielu obszarach jestem śmiały, np. stosunkowo bez problemów przemawiam przed grupą. Jednak moją piętą achillesową jest inicjowania kontaktów. Nie potrafię bez stresu zaczepić kogoś, kogo nie znam. A nawet, jeżeli już jestem w stanie to zrobić (czasem się zdarza) to zaczepianie kogoś krzykiem, z wysokości pierwszego piętra, nie do końca mi się podobało. Bądźmy szczerzy. To mnie przerażało. Trudno mi wyobrazić coś bardziej stresującego.

    Nogi się pode mną ugięły. Poczułem się słabo, zabrakło mi oddechu, głos ugrzązł w krtani…

    - Nie, nie jestem jeszcze gotowy – wyszeptałem – muszę się przygotować. Zacząłem próbować różnych metod, wzbudzałem w sobie odwagę i pewność siebie, tłumaczyłem sobie, wyciszałem się, patrzyłem z innej perspektywy, dysocjowałem…

    Czas mijał. Było już prawie dziesięć po piątej. Być może do rano rozwiązałbym swoje problemy emocjonalne.

    Wtedy zrozumiałem, że jedynym sposobem jest przestać walczyć z emocjami.

    - Tak jestem świrem, jestem spięty i nieśmiały, głos mi się łamie, boję się i nic nie mogę z tym zrobić.

    Podszedłem do okna:

    - Proszę pana…. mój głos brzmiał bardzo niemrawo. Rzeczywiście jestem nieśmiały – pomyślałem – całkowita sierota. Gość na dole, nawet nie zwrócił na mnie uwagi.

    - Halo, proszę pana – spróbowałem nieco głośniej, mimo, że miałem ochotę uciec. – Halo… Człowiek w końcu podniósł głowę.

    - Mam wielką prośbę. Kolega zamknął mnie od zewnątrz. To Gerda i nie da się jej otworzyć od środka. Mógłby pan wziąć te klucze i otworzyć od zewnątrz?

    - Proszę rzucić

    Po chwili byłem wolny.

    Na tym właśnie polega samodyscyplina. Zrobić coś, niezależnie od tego, co czujesz, dlatego, że wiesz, że trzeba to zrobić. To nie jest łatwe.

    Samodyscyplina nigdy nie jest łatwa. Ale staje się łatwiejsza, gdy przyjmujesz otwarcie, „na klatę”, wszystkie emocje jakie czujesz. Gdy przestajesz szukać w sobie odwagi, dzielności czy śmiałości i skupiasz się na tym, co masz do zrobienia. Zrobiłem to jak sierota. Głos mi się łamał i byłem spięty. Wątpię jednak by przechodzień to zauważył.

    Samodyscyplina nie polega na próbie kontroli swoich emocji czy wmawianiu sobie, że jest się odważnym, pracowitym czy skupionym.

    Shōma Morita napisał:

    Machnij ręką na siebie. Zacznij działać teraz, gdy jesteś neurotyczny, niedoskonały, wiecznie zwlekający, leniwy, niezdrowy czy też jakiejkolwiek innej niecelnej etykiety w odniesieniu do siebie używasz. Idź naprzód i bądź najlepszą niedoskonała osoba, jaką możesz być i zabierz się za rzeczy, jakich chcesz dokonać, zanim umrzesz.

    Nie walcz, nie próbuj się zmieniać, nie podbijaj siebie. Dostrzegaj i czuj to, co się dzieje w twoim środku, ale swoją energię skup na tym, co masz do zrobienia.

    Gdy zaczniesz już działać, zobaczysz, że twoje emocje i stany zaczną same się zmieniać i iść za tym, co robisz. Gdybym jeszcze kilka razy był zmuszony zaczepić w ten sposób ludzi, stałbym sie całkiem odważny. Odpukać… Wcale mi na tym nie zależy. Lubię swoją nieśmiałość.

    Samodyscyplina, która polega na sterowaniu emocjami czy myślami, to walka z wiatrakami. Mimo chwilowych sukcesów, nigdy jej nie wygrasz.

    Skuteczna dyscyplina polega na działaniu. Po pierwsze musisz wiedzieć co trzeba zrobić. Po drugie musisz skupić swoją uwagę na działaniu a nie na sobie. Gdy walczysz ze swoimi emocjami czy myślami, jesteś skupiony na sobie, a nie na świecie zewnętrznym.

    Podziwiaj ludzi

    Podziwiaj ludzi

    Opublikowano 25 lipca 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | Jeden komentarz

    Jeżeli widzę inne osoby, takie jak ja, które odnoszą sukcesy dzięki swojemu wysiłkowi, dochodzę do wniosku, że ja również sobie poradzę. W końcu nie święci garnki lepią, Kowalskiemu się udało, to dlaczego ja mam sobie z tym nie dać rady? Z drugiej strony, jeżeli obserwuję porażki – moje poczucie skuteczności maleje: tego egzaminu się nie da zdać, nikomu się to jeszcze nie udało.

    Obserwuj, jak pracują inni ludzie. Nie tylko, dlatego że możesz wiele się nauczyć. Dzięki obserwacji tego, jak odnoszą sukcesy, możesz rozwinąć swoje poczucie skuteczności. Obserwacja ich sukcesów jest czymś w rodzaju zastępczego doświadczenia sukcesu. W tym celu najlepiej obserwować ludzi podobnych do ciebie, lub przynajmniej takich, którzy w twoim odczuciu nie są zbyt odlegli od ciebie.

    Wirtuozi również zaczynali w kołysce

    Nie unikaj jednak geniuszów i wirtuozów. Na pierwszy rzut oka, mogą ci się wydawać zbyt odlegli. Możesz powiedzieć, że to, że Charlemu Parkerowi udawało się wyrzucać z siebie niesamowite pasaże z szybkością odrzutowca, wcale cię nie pociesza podczas nauki gry na saksofonie. Ale jeżeli dokładnie się przyjrzysz Parkerowi, to okaże się zapewne, że on również miał problemy. Nie grał na saksofonie w kołysce i zapewne wiele wysiłku go kosztowało opanowanie tego, co później tak łatwo robił. Pewnie miał takie same problemy jak ty.

    Gdy masz nabożny stosunek do wielkich, spróbuj przyjrzeć się ich pierwszym pracom. Czasem są skrzętnie ukryte, ale od czasu do czasu można do nich dotrzeć. Moim ulubionym przykładem są rysunki van Gogha. Trudno powiedzieć coś innego o jego rysunkach niż to, że były nieporadne, toporne i naiwne. O tym człowieku, jeszcze na dziesięć lat przed śmiercią, można było śmiało powiedzieć, że nie miał pojęcia ani talentu do rysunku. A jednak udało mu się stworzyć dzieła absolutnie genialne. Gdy ściągniesz wielkich z pomnika, gdy przekroczysz granicę „ja szaraczek – oni bogowie”, obserwacja każdego dokonania, każdego człowieka, może być dla ciebie źródłem rozwoju poczucia wiary we własne możliwości.

    Znajdź model do naśladowania i zbuduj z nim relację

    Oto twoje zadanie na dziś: znajdź kogoś, kto może być twoim modelem. Kogoś, od kogo możesz się czegoś nauczyć. Kogoś, kto osiągnął sukces, kto musiał walczyć z podobnymi jak ty przeciwnościami lub po prostu kogoś, kto ci imponuje.

    Idealnie, gdy znasz go (ją) osobiście. Wiem, czasem to trudne. Wobec tego zacznij od kogoś znanego pośrednio – z prasy, telewizji czy książek. Poszukaj wywiadów, jakie ta osoba udzieliła, znajdź jej biografię, poszukaj jej zdjęć.

    Możesz znaleźć kilka takich modeli. Ale, nie podchodź do sprawy tylko od strony kronikarskiej. Nie chodzi o to, by się obczytać. Postaraj się zrozumieć jak tak osoba myśli. Jak podchodzi do zadań i trudności. Jak patrzy na świat. Zbuduj w sobie, jej wewnętrzną reprezentację.

    Może to być oczywiście, ktoś, kto już nie żyje. Ja np. lubię Francisa Drake. Ale warto poszukać także kogoś, kto żyje. Spróbuj do niej napisać. Na pewno uda ci się zdobyć gdzieś maila. Napisz tylko, że ją podziwiasz i że jej osiągnięcia są dla ciebie inspiracją. Nie oczekuj odpowiedzi. Być może odpowie, być może nie. Chodzi tylko o to, by zbudować psychiczną więź między nią a tobą.

    Nasz umysł potrzebuje wzorców, szablonów zgodnie, z którymi może pracować. Gdy dostarczysz mu żywych, cennych szablonów – bardzo mu ułatwisz osiąganie sukcesu.

    Jeżeli nie masz osoby, która by cię inspirowała, będzie ci bardzo trudno coś osiągnąć. Wielkość najłatwiej osiągnąć idąc po śladach.

    Szukaj u innych sukcesów a nie porażek

    Szukaj w innych ludziach natchnienia. Szukaj wielkości. Im więcej jej znajdziesz u innych, tym więcej jej znajdziesz w sobie. Nauczy się cieszyć sukcesami innych. Nauczyć się czerpać od ludzi wokół ciebie inspirację.

    Są ludzie, którzy w innych szukają wyłącznie słabości. Tacy, którzy najpewniej się czują, gdy inni odnoszą porażki. Nie ma dla nich większej przyjemności niż krytykowanie i wytykanie innym błędów. Czują wtedy w środku miłe łechtanie. Od razu czują się lepsi i mądrzejsi. Myślą sobie: Może to i owo mi nie wyszło, ale tak źle nie jest. Aż takim kretynem jak tamten nie jestem.

    Takie osoby jednak nigdy nie osiągną sukcesu. Skupiając się na porażkach i słabościach, przyciągają do siebie porażki, klęski i złe emocje.

    Zdarza mi się czasem wpaść w taki nastrój. Czuję rozdrażnienie, złość i mam ochotę powiedzieć to i owo na temat głupoty ludzkiej. Nauczyłem się jednak, że dzieje się tak wtedy, gdy jestem zmęczony lub czuję winę, że nie dość uważnie pracowałem. Wiem, że to znak by zrobić przerwę. Otworzyć okno, pospacerować, głęboko pooddychać, przyjrzeć się liściom lub obłokom. Dużą pomocą jest wtedy myślenie o kimś, kogo podziwiam. Złe wibracje po chwili same odpływają.

    Nie niszcz swojej zbiorowej tożsamości

    Czy potrafiłbyś w ciągu pięciu sekund wymienić pięciu żyjących w Polsce kretynów? Chyba nie byłoby to takie trudne, co? W każdym razie, gdybyśmy zrobili sondę na ulicy, mielibyśmy komplet odpowiedzi. Niektórzy by jeszcze protestowali: dlaczego tylko pięciu?!

    A czy potrafiłbyś w ciągu pięciu sekund wymienić pięciu podziwianych przez ciebie Polaków? Co by było, gdybyśmy wyszli z taką sondą na ulicę. Hm… ale mają żyć, tak? To nie wiem… Większość z nas miałby z tym problem.

    Polacy są głupcami. To cwaniaczki, kombinatorzy…. Jak przejrzysz komentarze pod jakimś artykułem w internetowym wydaniu gazety, szybko znajdziesz takie opinie. Piszą je ludzie, którzy sami siebie uważają za Polaków. Pytanie całkowicie retoryczne: Czy może osiągnąć sukces, ktoś, kto myśli o sobie (przynajmniej w pewnych kontekstach) jako o Polaku a równocześnie twierdzi, że Polacy są do niczego?

    Naprawdę daleko jest mi do patriotycznych uniesień. Szczerze mówiąc nie uważam się za patriotę (albo przynajmniej nie za takiego w XIX wiecznym stylu). Ale nie da się pominąć tego, że każdy z nas nosi w sobie jakąś zbiorową tożsamość. Skupiając się na wadach innych osób, które noszą w sobie tą samą tożsamość, psujemy coś w sobie samych.

    Gdy gardzisz ludźmi, który mają taki wiele wspólnego z tobą samym, osłabiasz swoje możliwości.

    Szukaj ludzi, których podziwiasz

    Czy potrafisz wymienić pięć osób z twojej miejscowości, które za coś podziwiasz?

    Niech ci się nie wydaje, że to pytanie bez znaczenia. Od tego, czy umiesz podziwiać ludzi żyjących obok ciebie – w twoim kraju, mieście czy sąsiedztwie – zależy twoja przyszłość.

    Jeżeli nie ma nikogo, kogo nie mógłbyś podziwiać – przynajmniej w jakiś zakresie – masz małe szanse na osiągnięcie sukcesu.

    Drugie zadanie na dziś: spotykając dzisiaj ludzi, lub myśląc o nich, zadawaj sobie pytanie

    Za co mogę podziwiać tą osobę?

    To pytanie zmienia sposób myślenia. Nawet, jeżeli jesteś malkontentem, po godzinie czy dwóch zadawania sobie takiego pytania, twój sposób myślenia zacznie się przestawiać.

    Coraz łatwiej ci będzie znajdować w innych mocne strony, zamiast słabości.

    Coraz łatwiej będzie ci znajdować w sobie samym mocne strony, zamiast słabości.

    Kogo podziwiasz. Kto jest twoją inspiracją? Będę wdzięczny za podzielenie się tym w komenatarzach.

    Sztuka wyborów

    Sztuka wyborów

    Opublikowano 20 czerwca 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: pracuję nad.... | 4 komentarze

    To nie burdel…

    Poprzednio narzekałem trochę na afirmacje. Robiąc to, gdzieś tam w tyle głowy czułem jak może rosnąć niezadowolenie tych, którzy są zafascynowani pozytywnym myśleniem czy „prawem przyciągania”.

    Faktem jest, że przez ostatni rok zmienił mi się trochę podgląd na istotę skutecznego działania i zdrowia psychicznego. Jakiś czas temu byłem świadkiem takiej rozmowy:

    Psycholog: Co byś chciała osiągnąć? Jakie masz cele?

    Klientka: Chciałabym się poczuć lepiej niż teraz.

    Psycholog: To nie jest burdel i nie mogę ci tego obiecać.

    Klientka: eeee…

    Brutalne, ale prawdziwe. Psychologia, terapia czy ogólnie rozwój, to nie burdel byś miał po wyjściu zawsze czuć się dobrze.

    Rozwój boli. Jeżeli nie, to znaczy, że się nie rozwijasz.

    Można się na ten temat długo rozwodzić. Nie będę. Postraszę tylko. Arnold Mindel, twórca terapii zorientowanej na proces (której kiedyś byłem ogromnym fanem), napisał coś co niestety jest prawdą:

    Całkowite rozluźnienie i eliminowanie myśli tworzących napięcia może być czymś wielce niezdrowym…wypieranie napięć poprzez relaksowanie się, rozmasowywanie czy wizualizowanie często poprzedza zachorowania na różnego rodzaju nowotwory. Napięcia, tak jak wszystkie inne procesy nie znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki, choć na krótki okres można je usunąć ze świadomości. Wyparte, czy rozluźnione napięcie nie znikają

    Czy rzeczywiście musimy programować nasze umysły, aby się „rozluźniły”? Dlaczego mamy „zastępować stare myśli nowymi wyobrażeniami? Chociaż takie recepty są proste w użyciu, to jednak mogą szkodzić poprzez tworzenie chorób.

    Mówiąc wprost, gdy wypierasz negatywne emocje, możesz tego nie przeżyć. Obawiam się, że gdyby ktoś zabrał się za badanie konsekwencji zdrowotnych pewnych radosnych terapeutów, musieliby pójść do więzienia.

    Im starszy jestem, tym bardziej jestem tego świadomy i z tym mniejszą ochotą robię ludziom „dobrze”.

    Umiar

    Staram się jednak zachować umiar. Łatwo wpaść w odwrotną przesadę i skazywać ludzi na niepotrzebne i bolesne wglądy i cierpienia. To nie jest tak, że możemy się tylko poddać i użalać się nad sobą. Stosowanie afirmacji jest ryzykowne, ale czasem, lepiej je zastosować niż tkwić w miejscu, użalając się nad sobą.

    Jest wiele różnych narzędzi i technik, które można stosować. Dziś chciałbym napisać o decyzji. Jestem bardzo ciekawy, co o niej myślicie. Czy ta procedura do czegoś może się przydać?

    Decyzje a afirmacje

    Z jednej strony decyzje i afirmacje są do siebie podobne. Jedne i drugie stosujemy wtedy, gdy czujemy, że coś idzie nie tak. Jedne i drugie opierają się na powtarzaniu. Afirmacje trzeba powtarzać, wybory trzeba ponawiać. Jednak w rzeczywistości, są to skrajnie odmienne strategie. Podstawowa różnica dotyczy tego, co dzieje się z naszymi emocjami i świadomością.

    Afirmacje stosujesz po to, by czuć się dobrze. Twoim celem jest pozbyć się tego, co niewygodne. Starasz się jak najszybciej zastąpić to, co czujesz czymś innym. Starasz się nie myśleć o swoje słabości, bezradności czy porażce. Odcinasz swoje emocje i usuwasz je w kąt.

    W efekcie pogarszasz swój kontakt z rzeczywistością. Zamiast np. przyjrzeć się sytuacji, w jakiej się znajdujesz (za oknem pada deszcz i trzeba wziąć parasol), starasz się odwrócić od niego uwagę i przywołać do pamięci coś miłego (zobaczyć w wyobraźni piękne słoneczne niebo). Wszystko jest fajnie, dopóki nie wyjdziesz na zewnątrz.

    Afirmacje okrajają świadomość doznań. Wiele ze stłumionych emocji, wcale nie znika, ale przechodzi do podziemia. Trzymanie ich tam – już wiemy – może być bardzo groźne.

    Inaczej jest, gdy podejmujesz decyzję. Nie musisz uciekać od tego, co czujesz. A nawet więcej – by podjąć decyzję musisz to brać pod uwagę.

    Gdy dokonujesz wyboru (lub go ponawiasz) twoja świadomość się poszerza. Zawsze przecież wybierasz z czegoś. Dopiero, gdy uświadomisz sobie różne możliwości, możesz wybrać. Każdy wybór pozwala zatem na poszerzenie świadomości siebie i świata.

    1. Gdzie jestem?

    Decyzję czasem podejmujemy w sposób automatyczny, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robimy. Czasem jednak coś się zacina. Dlatego warto rozłożyć ją na elementy. To trochę sztuczne, ale ułatwia ćwiczenie.

    Krok pierwszy to coś, czego, którego brakuje osobom poprawiającym sobie samopoczucie. Możesz zadać sobie pytanie:

    • Gdzie teraz jestem?
    • Co teraz czuję?
    • Co się teraz ze mną dzieje?

    Bez tego pytanie możemy nieświadomie grzęznąć w różnego rodzaju działania, które nie biorą pod uwagę aktualnej sytuacji.

    Kilka dni temu jechałem samochodem. Z tyłu na foteliku spała moja córka. Nagle jakiś kretyn zaczął zajeżdżać mi drogę. Nawet się nie spostrzegłem, a zacząłem z nim rywalizować. Zareagowałem automatycznie i zacząłem podejmować automatyczne decyzje. Całe szczęście szybko zadałem sobie pytanie: co się ze mną dzieje? Odpowiedź był prosta: czuję złość, zaczynam się ścigać.

    To pytanie jest po to, by uruchomić proces decyzyjny. Nie chodzi o to, by cały czas być skupionym na sobie. Gdy jednak nie potrafimy go sobie zadawać, ryzyko polega na tym, że możemy nieświadomie angażować się w jakieś zachowanie, aż na wybór będzie za późno.

    Gdy siedziałem za kierownicą, odpowiedź zajęła mi ułamek sekundy. Może się jednak zdarzyć, że pytanie będzie wymagać więcej czasu. Mój znajomy przyjechał na kilka dni do Krakowa. Spędziliśmy razem pierwszy dzień. Pod koniec przeprosił mnie i powiedział, że nie chciałby spotykać się ze mną następnego dnia. Ponieważ Kraków działa na niego refleksyjnie postanowił poświęcić ten czas na przyjrzenie się swojemu życiu. Okazało się, że to była jego standardowa praktyka. Co pewien czas jechał w miejsce, które lubił i włócząc się bez planu, przez cały dzień zadawał sobie pytanie „gdzie jestem?”.

    Może się też zdarzyć, że aby odpowiedzieć na to proste pytanie będziesz potrzebować jeszcze więcej czasu i wysiłku. Na przykład kilka sesji z terapeutą.

    2. Gdzie chcę być?

    Od razu, gdy uświadomisz sobie, co się z tobą dzieje, zadaj sobie pytanie o to, do czego dążysz. Wybierz taką formę pytania, która ci najbardziej pasuje, na przykład:

    • Co jest teraz najważniejsze?
    • Na czym naprawdę mi zależy?
    • Czego naprawdę pragnę?
    • Co jest teraz dla mnie ważne?
    • Jak jest moja kluczowa intencja w tym momencie?

    Podobnie, jak w poprzednim punkcie, odpowiedź może zająć ułamek sekundy. Siedząc za kierownicą od razu odpowiedziałem sobie dowieźć bezpiecznie dziecko.

    Nieco dłużej zajmuje mi znalezienie odpowiedzi na to pytanie, gdy np. czuję tremę przed zajęciami. Czy zależy mi najbardziej na tym, by dobrze wypaść? A może ważniejsze jest to, by dać ludziom jak najwięcej? A może by ułatwić im wymianę wiedzy między sobą?

    Jeszcze więcej czasu może zająć odpowiedź na to pytanie, np. w kontekście firmy. Gdy np. pracujesz jako przełożony, ciągle musisz zadawać sobie to pytanie. Ma one często formę:

    • Co mogę zrobić tylko ja?
    • Po co tu jestem?

    Gdy nie potrafisz na to odpowiedzieć, grozi ci, że zaczniesz wykonywać zadania swoich podwładnych, a właściwa praca, jakiej nikt inny nie może wykonać, nie zostanie zrobiona.

    Ten punkt przywołuje twoje kluczową intencję. Możesz mieć wiele przeciwstawnych celów. Możesz chcieć się zapaść pod ziemię, odpocząć, przestać czuć napięcie, ale równocześnie zmienić coś w swoim życiu, uwolnić się od napięcie, itp. Każdy z tych celów jest ważny, ale razem wywołują poczucie słabości.

    Jeszcze więcej wysiłku, może ci znaleźć odpowiedź na to pytanie, gdy jesteś w jakimś martwym punkcie. Gdy czujesz się zagubiony czy pozbawiany energii. Wtedy, to pytanie może brzmieć: Czego chcę od życia? lub Co chcę w swoim życiu osiągnąć?.

    Zwróć uwagę, że są to pytania o jedną rzecz. O, to co teraz, w chwili gdy zadajesz sobie to pytanie jest najważniejsze. Nie w teorii, nie w przyszłości, nie w ogóle.

    3. Co wybieram?

    Czasem w różnego rodzaju zbiorkach afirmacji można spotkać sformułowanie typu: wybieram powodzenie.

    Nie o to chodzi. Wyboru dokonuje się, jak mówi słownik „spomiędzy pewnej liczby osób, rzeczy”. Potrzebujesz minimum dwóch rzeczy. Nie jesteś w stanie niczego wybrać, jeżeli droga, przed którą stoisz się nie rozgałęzia. Wyboru możesz dokonać tylko na rozdrożu. Jeżeli nie widzisz alternatyw, wybór jest tylko figurą językową, a nie wewnętrznym doświadczeniem.

    Jeżeli odpowiedziałeś sobie na dwa powyższe pytania (gdzie jestem oraz gdzie chcę być), łatwo ci znaleźć rzeczy, z których wybierasz.

    Stawiając się przed wyborem, uświadamiasz sobie wymiar, na którym twoje życie się opiera. Każdy z nas różni się tym, jakimi wymiarami się posługuje. Dla jednej osoby kluczowe znacznie może mieć np. wymiar sympatyczny – niesympatyczny, czy otwarty na innych – zamknięty na innych. Dla kogoś innego kluczowe będzie rozróżnienie pewny siebie – niepewny siebie czy powierzchowny – głęboki. Mamy oczywiście wiele takich wymiarów (konstruktów czy schematów ja, jak je nazywają różne teorie). Co więcej możemy je zmieniać i rozwijać w trakcie życia.

    Jeżeli już posiadamy jakiś wymiar, to znaczy, że dysponujmy zasobami, jakie pozwalają nam funkcjonować na jego obydwu biegunach. Jeżeli twój umysł stworzył danego rodzaju wymiar, to znaczy, że dysponuje odpowiednią ilością doświadczeń i informacji, dzięki którym może funkcjonować tak lub tak.

    Gdy uświadomisz sobie wybór, łatwiej ci będzie te zasoby przywołać. Oto kilka przykładowych wyborów:

    • Mogę siedzieć i użalać się nad sobą, lub mogę coś z tym zrobić.
    • Mogę być kimś, kto dławi rozmowę, lub mogę być uważnym słuchaczem.
    • Mogę być nieobecnym rodzicem, lub kimś, kto ma z nim dobry kontakt.
    • Mogę się wycofać lub znieść przeciwności i doprowadzić moje przedsięwzięcie do końca.

    Gdy sobie uświadomisz wymiar, na którym dokonujesz wyboru, powiedz sobie na głos (lub) zapisz, co wybierasz.

    4. Co mogę zrobić?

    Najczęściej, gdy dokonasz wyboru, działanie pojawi się samo. Automatycznie zmieni się twój sposób poruszania się, oddychania czy myślenia. Wybór celu i sposobu działania uruchamia nasze wewnętrzne zasoby.

    Nie jest to jednak regułą. Czasem warto jeszcze zadać sobie pytanie:

    • Co mogę teraz zrobić?

    Wybór polega najczęściej na tym, by działać mimo tego jak się czuję – mimo tego, że czuję się bezradny czy zawstydzony, zmęczony…

    Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

    Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

    Opublikowano 02 czerwca 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 4 komentarze

    Akceptacja siebie jest pierwszym krokiem

    Czy to, że należy otworzyć się na wszystko co w sobie mamy (i jeszcze ten post) w sobie oznacza, że mamy tacy zostać? Poddać się i zrezygnować z naszych wizji? Ponieważ jestem mały i bezradny, to nic innego nie mogę, jak tylko siedzieć i czekać? Ponieważ się boję, to lepiej nie będę się forsował, w końcu mam żyć w zgodzie z tym co czuję?

    Co ze słowami Williama Jamesa

    Istoty ludzkie poprzez zmianę swoich wewnętrznych postaw, mogą zmieniać zewnętrzne aspekty swojego życia.

    Czy to tylko pobożne życzenie?

    Mam nadzieję, że nikt tego w ten sposób nie rozumie. Przyznanie się do negatywnych uczuć nie oznacza, że mamy zrezygnować. Akceptacja wszystkiego co w sobie mam jest pierwszym krokiem na drodze do tego zmieniać siebie i swoje życie.

    Zanim jednak zaczniesz się zmieniać, musisz nauczyć się wsłuchiwać w siebie. Musisz rozwinąć w sobie nawyk wpuszczania światła, wszędzie tam, skąd dobiegają niepokojące dźwięki, tam gdzie coś się kryje.

    Lokator małego mieszkania

    Był sobie człowiek, który mieszkał w jednym ciasnym pokoju. Pokój był tak mały, jak te z reklamówek IKEA. Aby położyć się spać musiał złożyć stół i schować krzesła. Aby zrobić coś do jedzenia musiał schować łóżko i wystawić książki za drzwi. Widoki z okna też nie miały w sobie przestrzenni. Ceglasta ściana innego budynku. Także akustycznie mieszkanie był nieprzyjemne. Z mieszkań obok ciągle dobiegały jakieś dziwne dźwięki. Czasem pełne złości okrzyki, czasem kłótnie, czasem szlochy i zawodzenie. Miał już tego dość. Marzył by coś się zmieniło.

    Któregoś dnia odwiedził znajomego. Jego kilkupokojowe mieszkanie wydawało mu się wielkie, przestronne i wspaniałe. Widok z okien go zachwycał. Lokator ciasnego mieszkanka poczuł się jak w raju. Znajomemu pochlebiał jego zachwyt. Zaproponował mu, że jeżeli tak bardzo mu się to wszystko podoba, może zrobić sobie kilka zdjęć jego mieszkania.

    - Naprawdę, będziesz tak dobry dla mnie? Zapytał pełny szczęścia – To doskonały pomysł. Gdy wywieszę te zdjęcia w swoim mieszkaniu, będę mógł czuć się, tak jakbym był tutaj.

    Obfotografował mieszkanie, poszedł do zakładu fotograficznego i kazał sobie zrobić największe odbitki jakie można. Gdy wrócił do swojej ciasnoty porozklejał zdjęcia wokół. W jego ciasnym mieszkaniu zrobiło się bardziej przestrzennie. Gdy patrzył na ścianę i widział duże zdjęcie, wydawało mu się że też ma takie wspaniałe mieszkanie jak jego znajomy. Nawet na oknie nakleił zdjęcie. Teraz, tak jak znajomy, gdy patrzył w stronę okna widział zielone drzewa. Czuł się o niebo lepiej. Wydawało mu się, że nie słyszy już nawet hałasów zza ścian. Przeszkadzały mu tylko czasem w nocy, gdy było ciemno. Ale wystarczyło zaświecić światło i popatrzeć na ściany.

    Po pewnym czasie przywykł. Zdjęcia przestały mu dawać poczucie przestrzeni. Ale odkrył, że wystarczy zdobyć nowe zdjęcia na ścianę. Za niewielką opłatą, właściciele większych mieszkań z chęcią dzielili się tym, co widzą po przebudzeniu. Jedne zdjęcia przylepiał na drugie, aż po paru latach narosła całkiem spora ich warstwa. Nasz lokator był bardziej zadowolony ze swojego życia.

    Któregoś wieczora usłyszał nieśmiałe pukanie do drzwi. Gdy otworzył drzwi zobaczył ubranego na szaro staruszka. Już miał go przegonić, ale staruszek wydał mu się znajomy. Rozmawiało im się tak dobrze, że zaprosił go do środka na herbatę. Gdy staruszek spojrzał na ściany powiedział:

    - Widzę, ze marzysz o większej przestrzeni. To dobrze. Powiedz tylko, dlaczego nie sprawdziłeś, co jest za drzwiami na tej ścianie?

    Staruszek wskazał jedną ze ścian.

    - Drzwiami? Tu przecież nie ma żadnych drzwi.

    - Może masz rację. Może mi się tylko wydawało? Powiedział z uśmiechem staruszek i poszedł.

    - Miły człowiek – westchnął lokator ciasnego mieszkania – ale trochę zakręcony. Jego myśli zaczęły jednak krążyć wokół tego co powiedział. W końcu nie wytrzymał i zaczął zrywać z niej wszystkie zdjęcia i plakaty, jakie przez lata na niej przyklejał. Pod spodem rzeczywiście były drzwi. Już zupełnie zapomniał o tym, jak wyglądało jego mieszkanie, zanim zaczął ozdabiać jego ściany.

    Pchnął je nieśmiało. Z ciemnej szpary dobiegał zawodzący, smutny dźwięk, ten sam, który wiele razy słyszał, tylko przestał na niego zwracać uwagę. Szybko zamknął drzwi i przykrył ścianę zdjęciami. Nie podobało mi się to. Nie chciał nic o tym wiedzieć.

    Położył się spać mając nadzieję, że wszystko będzie jak dawniej. Nie mógł zasnąć. Nie pomogło przykrywanie się poduszką i liczenie owiec. Wstał, wyciągnął latarkę, jeszcze raz zerwał wszystko ze ściany i pchnął drzwi. Był przerażony, ale mimo tego zrobił krok do przodu. Pokój był pusty, a zawodzące płaczliwe dźwięki dobiegały z niesprawnej wentylacji. Gdy się oswoił, rozejrzał się i zobaczył okiennice. Gdy je otworzył, pokój okazał się jasnym pomieszczeniem, który wymagało tylko niewielkiego remontu.

    To nie było jego jedyne odkrycie. Z duszą na ramieniu i latarką w dłoni  odrywał kolejne pomieszczenia. Jedno za drugim. W końcu zrozumiał, całe życie mieszkał w małym, ciasnym, kiepsko położonym pokoiku, który był częścią wielkiego, zamku. Gdyby nie strach przed dźwiękami dobiegającymi zza ścian, gdyby nie zdjęcia powieszone na ścianie, być może dawno by odkrył, że jest właścicielem wspaniałego, ogromnego zamku. Znacznie większego i piękniejszego niż to, co widział u innych. Być może już dawno by się przeniósł, do obszernej wspaniałej komnaty o jakiej zawsze marzył.

    Gdy ktoś go odwiedzał i patrzył z rozmarzeniem na przestrzeń w jakiej mieszkał, nigdy nie pozwalał robić zdjęć. Zamiast tego dawał mu latarkę i pytał: „Czy sprawdziłaś kiedyś, co masz za ścianą?”

    Wpuść światło

    Wpuść światło, tam skąd dobiegają zatrważające dźwięki. Może nic tam nie będzie, może to tylko wiatr, albo buszujące myszy, a może – kto wie – będzie tam jakiś potwór, który czeka na oswojenie? Nie ma jednak innej drogi do tego by zacząć mieszkać we większym mieszkaniu. Przyklejanie na ścianę wspaniałych widoków daje tylko złudzenie przestrzeni. Gdy powtarzasz zaklęcia i zapewnienia o tym, jak wszystko jest wspaniałe, zaklejasz drzwi, które powinieneś pokonać. Jesteś bogaty, jesteś wspaniały, ale najpierw wpuść światło.

    Nie ma skutecznej zmiany, która by opierała się na tłumieniu siebie. Jeżeli chcesz zmienić swoje życie i swoją postawę, musisz zacząć od wsłuchania się w siebie. Nic nie można w sobie zmienić, tak długo, póki najpierw tego nie doświadczysz.

    Czego się boisz? Czego się obawiasz? Jakie stoją przed tobą lęki?

    Patrz im w oczy. Oswajaj je. Bądź do nich większy. Nie pozwalaj im zabierać przestrzeni. Nie udawaj, że ich nie ma.

    Photo by JoopDorresteijn 

    1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 5,00 out of 5)
    Loading ... Loading ...
    Talent to miłość

    Talent to miłość

    Opublikowano 08 listopada 2008 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: tak to czuję | 2 komentarze

    Gdy oglądasz latającego nad parkietem Michaela Jordana, może ci się wydawać, że to efekt wrodzonego talentu. Tymczasem on mówi coś innego: [...]