Tag Archives: sukces
Lista starych diabłów – jak doprowadzić projekt do końca?

Lista starych diabłów – jak doprowadzić projekt do końca?

Posted 06 stycznia 2010 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | 6 komentarzy

Niezawodny sposób by nie spotkać żadnych trudności

Każdy chciałby spotkać po drodze jak najmniej problemów. Jest jeden sposób. Zawsze niezawodny, dla każdego skuteczny.

Trzeba umrzeć.

Człowiek martwy, ponieważ nie ma nic do stracenia ani do zyskania, nie ma żadnych zmartwień. Nie ma się czego bać, nie ma się czym stresować, nie straszne mu żadne pomyłki ani błędy. Nie ogarnie go panika, nie jest mu smutno, nie opanują go żadne obsesje.

Słowem, pełna świętość.

Nie dziwię się, że kościół ogłasza świętość jakiś czas po śmierci.

My jednak czasem oczekujemy od siebie by równocześnie być żywym i świętym.

Szukamy rad, które pozwolą na zawsze pokonać wszystkie słabości i odsunąć wizję porażek. Które uchronią nas od błędów, pomyłek i głupot.

Wydałem dwie książki (a napisałem kilka więcej). Niektóre moje słowa podobają mi się tak, że chciałbym zawsze żyć zgodnie z nimi.

Czy zawsze mi sie udaje? Nie.  Napisałem, że trzeba być otwartym i nie chować się przed emocjami. Zdarza się, że się ukrywam.

Napisałem, że trzeba robić to, co w życiu ważne. Zdarza się, że zajmuję się głupotami.

Znać swoje wartości i żyć nimi? Zdarza się, że o nich nie pamiętam.

Ktoś mi napisał, że po przeczytaniu mojej książki, wszystko w jego życiu się zmieni. Zazdroszczę, choć obawiam się, że to nie do końca może być prawdą.

Póki żyjesz i póki masz nowe rzeczy do zrobienia spotkasz po drodze jeszcze kilka problemów. Zapomnisz o wszystkim, co przeczytałeś (i napisałeś) i zrobisz jeszcze trochę głupstw. Na twojej drodze pojawi się jeszcze wiele demonów (czy diabłów).

Kilka z nich już czai się za rogiem:

- znudzenie i spowszednienie,

- przyzwyczajenie się do nowej wiedzy,

- zmęczenie,

- zbyt wysokie oczekiwania pod swoim adresem,

- złość,

- strach,

- smutek,

- brak pewności,

- zapomnienie o celu,

- skupienie na sobie

- błędne decyzje

Zrób listę starych diabłów

Mimo, że nigdy nie możesz być pewny, co cię spotka, większość przeszkód, jakie spotkasz, to stare, dobrze znane ci demony.

Coś, na czym od zawsze łamałeś sobie zęby. Te same sytuacje, te same emocje i te same myśli. Choć za każdym razem w nieco innym przebraniu, z nieco inną maską.

Te wszystkie demony są najgorsze, gdy pojawiają się w sposób nieoczekiwany. Gdy ci się wydaje, że teraz na pewno nic ci nie przeszkodzi. Że teraz wszystko będzie łatwe i proste.

Gdy tkwisz w takim przekonaniu i nagle pojawia się jakaś trudność masz tendencję do tego by unikać doświadczeń. Możesz wtedy myśleć:

- O nie, znowu… a miało być inaczej. Już nie mam do tego siły…

Taka reakcje jest sygnałem, tego co w jednym z poprzednich artykułów nazwałem (za terapeutami ACT) fuzją poznawczą. Człowiek traci wtedy dystans do swoich uczuć. Stają się one nadmiernie ważne w porównaniu ze wszystkim innym. Im bardziej chce się ich pozbyć, tym bardziej – jak to stwierdził Kubuś Puchatek w odniesieniu do czegoś zupełnie innego – one tam są. Uruchamia się samonapędzająca pętla, która szybko doprowadza do stanu „dłużej tego nie zniosę”. Typowe myśli w tym stanie to np.:

- Dlaczego znowu mi się to przydarzyło?

- Dlaczego nigdy nie potrafię zrobić czegoś porządnie?

- Dlaczego nie mogę przerwać tego zaklętego kręgu?

- Nic ze mnie nie będzie!

- Nigdy mi się nie uda…

Im bardziej zależy mi by wszystko było tak jak chcę, tym bardziej jestem rozczarowany. Im bardziej jestem rozczarowany, tym bardziej pragnę by wszystko było tak, jak bym chciał. Im bardziej mi zależy, tym bardziej rozczarowanie sobą rośnie. Błędne koło.

W efekcie największym problemem nie jest to, że pojawiają się bariery, ale to, że nie jesteś w stanie tego znieść.

Być przygotowanym

Jednym ze sposobów by nie doszło do takiej pętli jest być gotowym na pojawienie się problemów.

Nie chodzi o to by myśleć w negatywnie – np. mówić sobie „na pewno mi nie wyjdzie”.

Chodzi o to, by przynajmniej trochę podważyć nierealne oczekiwania pod swoim adresem. Nikt nie może całkowicie zmienić się pod wpływem jednego szkolenia czy jednej książki. Nikt nie może całkowicie zmienić swojego życia pod wpływem najgłębszego nawet wglądu czy nawet kilku sesji terapeutycznych.

Jeżeli przez ostatnich dziesięć lat czułeś lęk, lenistwo, rozbabranie, itp. to jakim cudem wszystko ma się zmienić?

Bądź realistą. Stary diabeł odwiedzi cię jeszcze nie raz. Najlepiej przymierzyć się do spotkania z nim wtedy, gdy wydaje ci się to bardzo odległe. Na przykład, gdy zabierasz się za coś i bariery wydają ci się jeszcze odległe.

Gdy się przygotujesz łatwiej ci będzie przywitać starego diabła nie przerażeniem i utratą równowagi, ale myślą:

- Aha, znowu to samo, ale przecież tego się spodziewałem… co mogę zrobić?

Usiądź i zrób listę

Określ co jest twoim celem (im bardziej konkretnie tym lepiej), spisz listę działań jakie chcesz podjąć, a następnie spisz niebezpieczeństwa, jakie możesz spotkać po drodze.

Jakie emocje, odczucia, myśli, wspomnienia czy sytuacje utrudniają ci osiągnięcie twoich celów?

Moim zamiarem jest np. skończenie w ciągu najbliższych dwóch tygodni książki, nad którą od dawna pracuję.

Bariery, jakie prawdopodobnie się pojawią, to:

  • zabieranie się za kilka rzeczy równocześnie (po drodze pewnie pojawi się inny „nie cierpiący najmniejszej zwłoki projekt”);
  • poczucie „to nie jest dość dobre, powinienem się bardziej postarać”; tendencja do wyszukiwania podwójnego dna, rozbijania każdego zagadnienia na elementy pierwsze;
  • okresowe ataki paniki pt. „nie będę miał za co żyć, powinienem zająć się czymś, co przynosi pieniądze”;
  • złe samopoczucie związane ze zmianami pogodowymi i małą ilością snu (życie rodzinne);
  • zbyt długie godziny pracy i słaba nieumiejętność regeneracji.

To oczywiście nie są wszystkie możliwe bariery. By nie zanudzać wybrałem tylko pięć (na oryginalnej liście było ich prawie dwadzieścia).

Zrób swoją listę. Określ cel swojego projektu, działania, jakie masz podjąć i zapisz to wszystko, co może ci zablokować twój projekt. Jeżeli nie wiesz, co to może być, zamknij oczy i wyobraź sobie, że robisz, to, co planujesz.

Co może pójść nie tak?

Jeżeli dalej ciągle nic się nie pojawia, sprawa jest podejrzana.

Demony najbardziej ze wszystkiego nie lubią, gdy im się świeci latarką po oczach. Dlatego starają się za każdą cenę chować się po kątach by móc w odpowiedniej sytuacji wyskoczyć z ukrycia z przeraźliwym wyciem. Wydają się wtedy większe i potężniejsze. Ten efekt zaskoczenia nie jest możliwy, gdy ktoś je wcześniej oświetli i uważnie im się przyjrzy. Okazują się wtedy często małe, pokraczne i wcale nie tak przerażające.

Dlatego tak bardzo zależy im na tym, by stworzyć wrażenie, że nie istnieją.

Znaleźć sposób

Umieć nazwać swoje diabły to już bardzo dużo. Gdy jesteś świadomy, tego, co ci grozi masz większe szanse zrobić to, co powinieneś zrobić.

Bardzo przydatne jest także opracowanie strategii postępowania.

Wybierz trzy najważniejsze bariery i zastanów się, jak sobie możesz z nimi poradzić. Realistyczne strategie. Nie takie, które opierają się na unikaniu czy wmuszaniu w siebie czegoś, czego nie czujesz.

W moim przypadku:

-> Chęć zabrania się za nowy, nie cierpiący zwłoki projekt zanim skończę stary (który w świetle nowego będzie wydawał się nudny i nieciekawy).

To więcej niż pewne, że taki pomysł się pojawi. Co więcej będzie bardzo ciekawy. Przygotowałem dla niego czerwony zeszyt, w którym go zapiszę. Umawiam się ze sobą, że po skończeniu pracy (dokładnie 20 stycznia 2010) poświęcę cały dzień na analizę nowych pomysłów. Jestem też przygotowany na to, że będę musiał w trakcie tych dwóch tygodni znosić nudę i pamiętać o tym, bym nie próbował się od niej uwalniać.

Jak widać, z jednej strony jest to jakiegoś rodzaju rozwiązanie techniczne (zeszyt i termin), z drugiej gotowość na doświadczanie jakiegoś rodzaju emocji (znudzenie).

->Perfekcjonizm – oczekiwanie, że to, co napiszę ma być doskonałe, mądre i spójne.
Dobrze znam tą kreaturę, która ciągle wydaje mi rozkazy by pisać arcydzieła i odpuszczać wszystko, co nie jest dość dobre. Czy to źle chcieć napisać coś doskonałego? Oczywiście, że nie, ale zbyt długo w tym siedzę, by dać się nabrać, że można to osiągnąć od razu. Doskonałość osiąga się stopniowo, poprzez poprawki a nie jednym skokiem. Dlatego umawiam się ze sobą, że pracuję nad wersją 0.9 tekstu, tzn. wersją do pierwszej redakcji. To, co napiszę dostanie moja redaktorka. Ja sam wrócę do tekstu po dwu tygodniowej przerwie. To, co piszę musi być oczywiście klarowne i czytelne, ale do wersji 0.9 wystarczy by dało się czytać. Nie piszę gotowej, ostatecznej wersji.

Tutaj rozwiązanie jest podobne, jak w poprzednim punkcie: stworzenie określonych warunków (umówienie się z osobą, która przeprowadzi redakcją) z drugiej gotowość na doświadczanie poczucia „to nie jest dość dobre”)

-> Ataki paniki pt. „muszę zająć się czymś bardziej dochodowym”.
Znam kilka innych bardziej dochodowych aktywności niż pisanie książek. Gdyby chodziło tylko o mnie sprawa byłby klarowna: robię to, co lubię, nie muszę dużo zarabiać. Mam jednak obowiązki wynikające z posiadania rodziny. To nie jest lęk zupełnie irracjonalny (zresztą jak wiele z naszych lęków). Nie mogę nastawić się po prostu na „znoszenie go”. Obawa, że zabraknie mi pieniędzy jest zdrowa i wymaga jakiegoś załatwienia.

Rozwiązanie jest tu techniczne. By zabrać się za pisanie książki (czytaj – poświęcić na tą działalność określoną ilość godzin) muszę dysponować odpowiednim funduszem. Wygląda to trochę tak, jakbym sobie sam płacił. Gdy nie mam, czym „płacić”, nie ma pisania i muszę gromadzić środki.

Nie chcę rozwodzić się nad kwestiami technicznymi, to nie jest blog o finansach i organizacji pracy własnej, ale o emocjach.

Jedno jest pewne, że aby spokojnie realizować swoje pomysły, nie możemy udawać, że problemy z pieniędzmi nie istnieją (no chyba, że u kogoś nie istnieją). Nie możemy wmawiać sobie, że „jakoś to będzie”. Konieczne jest konkretne, techniczne rozwiązanie.

Piszę o tym wszystkim, nie dlatego, że lubię opowiadać o sobie (ostatnio coraz bardziej nie cierpię) ale by dać przykład pracy. Chodziło mi o pokazanie kierunku myślenia, który być może przyda się także i Tobie. Po kolei:

  • Zrób listę barier (poświeć latarką starym diabłom schowanym za rogiem)
  • Przygotuj się na spotkanie z nimi: wymyśl z jednej strony techniczne rozwiązanie, które sprawi, że lęki czy obawy będą nieuzasadnione, a z drugiej strony przygotuj się na doświadczanie nieprzyjemnego zestawu emocji.
  • Działaj.
Czy wiesz, co jest naprawdę ważne?

Czy wiesz, co jest naprawdę ważne?

Posted 04 grudnia 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | 7 komentarzy

Brak poczucia kierunku

Życie wielu osób jest pogmatwane i pełne cierpień, bo nie wiedzą, co jest dla nich ważne.

Czy można żyć nie wiedząc takich rzeczy? Gordon Allport, jeden z bardzo cenionych psychologów, pisał w latach pięćdziesiątych, że co najmniej 25% studentów nie potrafi odpowiedzieć na pytanie Po co ja żyję? Są apatyczni, znudzeni i nie mają żadnych pasji. Czy w ciągu pięćdziesięciu lat, takich ludzi przybyło czy ubyło?

Wydaje mi się, że dziś można by było znaleźć nie więcej niż 25% młodych ludzi z poczuciem kierunku. Być może to typowe zrzędzenie „na tę dzisiejszą młodzież”. Niech jedynym usprawiedliwieniem będzie to, że moim zdaniem to i tak dobrze w porównaniu ze starszymi. W miarę upływu lat ten odsetek ostro maleje. Wśród czterdziestolatków, nie wiem czy 10% osób ma poczucie kierunku.

Ludzie oczywiście potrafią powiedzieć, co lubią i co by chcieli. Jednak preferencje to nie to samo, co wartości.

Gdy prowadziłem rozmowy selekcyjne, moi rozmówcy na pytanie, co jest dla nich ważne recytowali bez zająknięcie:

- Rozwój, wymagająca, odpowiedzialna i dobrze płatna praca, szczęśliwa rodzina. Podróże też by się przydały.

Mało kto jednak potrafił podać przekonujące przykłady, na to, że te rzeczy mają jakieś pokrycie w jego życiu. Nie trzeba być psychologiem by się zorientować, że najczęściej były to puste deklaracje. Czasem podsłuchane w telewizji, czasem od kolegów, czasem od rodziców a czasem na ambonach.

Ci ludzie najczęściej nie mieli zielonego pojęcia, co jest dla ich naprawdę wazne. Wszyscy tego chcą, to ja też. Po co się nad tym zbytnio rozwodzić?

Tymczasem, jak pisze Allport, posiadanie mocnych osobistych dążeń odróżnia człowieka od zwierzęcia, dorosłego od dziecka, a w wielu przypadkach osobowość zdrową od chorej.

Zapominając o tym, co jest dla nas naprawdę ważne stajemy się niedojrzali i chorzy (może zwierząt już do tego nie mieszajmy).

Źródło energii

Gdy nie wiesz, co jest twoją wartością, może się zdarzyć, że poświęcasz siły na coś, czego tak naprawdę nie chcesz. Na przykład starasz się ze wszystkich sił zrobić karierę, gdy tak naprawdę liczy się rodzina. Albo poświęcasz cały czas na wychowywanie dzieci, gdy liczy się tylko kariera.

W efekcie wszystko robisz na pół gwizdka. Oczywiście można mieć kilka wartości. I rodzinę i karierę. Jednak póki nie wiesz, jakie są to wartości, możesz niepotrzebnie tracić swoją energię.

Dzięki wartościom masz dostęp do ukrytych w tobie pokładów energii wewnętrznej. Gdy jesteś ich świadomy możesz podejmować znacznie mądrzejsze i bardziej trafne decyzje. W efekcie twoje życie może być pełniejsze i bardziej spójne.

Odkrywanie

Wartości się nie wybiera. Mógłbym cię przekonywać przez najbliższe cztery lata, że coś jest wartością, mógłbyś mi nawet przyznać rację, ale niewiele by to dało. Nie da się powiedzieć: od jutra moją wartością będzie wolność. Nie będzie, jeżeli nie miałeś jej w sobie od zawsze.

Wartości możemy tylko odkrywać. Szukając ich jesteśmy jak archeolodzy, którzy rozkopują ziemię w poszukiwaniu zasypanego miasta. Posuwając się głąb, ściągając kolejne warstwy ziemi są uważni i otwarci na wszystko, co się pojawia.

Docieranie do własnych wartości

O wartościach pisałem już w książce „Energia wewnętrzna”. Opisałem tam kilka sposobów pracy nad nimi.

Przygotowałem rozdział z tej książki w postaci pliku pdf. W porównaniu z książką jest tam kilka niedużych zmian. Dodałem też kilka zdjęć. Jest to lektura na jeden spokojny wieczór (albo inną, piękną porę dnia).

Zachęcam do tego by przeczytać ten rozdział i zrobić sugerowane tam ćwiczenia.

Z przyjemnością ci wyślę te materiały (oczywiście całkowicie bezpłatnie). Wystarczy kliknąć na okładkę obok. Otworzy się nowe nowe okno i zostaniesz poproszona o dopisanie się do listy subskrypcyjnej. Po potwierdzeniu, na podany adres zostanie wysłany plik. okladka_wart_opt

Miłej pracy!

Cele

Znać swoje wartości to dopiero początek. Wiele osób ma rozbabrane życie, bo nie potrafi się zabrać za działanie.

Wartości są jak wymagający dyrektor. Ciągle dają cię jakieś polecenia i wymagają byś coś dla nich robił.

Jednak sama ich świadomość nie wystarczy. Od czasu do czasu musisz pójść do gabinetu dyrektora i ustalić plan działania.

Mówić inaczej, wartości są jak drogowskazy. Wskazują kierunek, w którym powinieneś się poruszać. Jednak nigdy do nich nie dojdziesz. W stronę miłości, mądrości czy wolności człowiek dąży całe życie i nigdy nie ma poczucie, że osiągnął wszystko, co mógł.

Dlatego potrzebujemy celów. Konkretnych projektów. Konkretnych marzeń, które chcemy zrealizować.

Pod którymś z moich tekstów o marzeniach, ktoś napisał, że jego jedynym marzeniem jest pokój. To wartość, a nie cel. By konstruktywnie żyć, trzeba ją przełożyć na coś konkretnego. Co konkretnie możesz zrobić by przybliżyć do siebie tą wartość? Jaki konkretny projekt uruchomisz?

Posiadanie celów, do których dążymy jest warunkiem szczęścia. Szczęście jest tylko efektem ubocznym naszego działania. Tak jesteśmy skonstruowani. Jak ktoś powiedział – drzwi do szczęścia otwierają się na zewnątrz: kto usiłuje się do niego wedrzeć przed tym się zamykają. Szczęście przychodzi samo, gdy z poświęceniem dążysz do realizacji celów.

Przypomnienie jeżeli nie pobrałeś pliku o wartościach: Jeżeli chcesz, kliknij na ten link . Lub po prostu do mnie napisz.

Poznaj swoje naturalne siły

Poznaj swoje naturalne siły

Posted 30 listopada 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | 7 komentarzy

W Krakowie, jakiś czas temu pewien sprytny człowiek sprzedawał hejnał. Każdy słyszał Program Pierwszy Polskiego Radia. O dwunastej trębacz czterokrotnie gra swoją melodię. Spryciarz wypatrywał grup, które pojawiały się po dwunastej, zagadywał, a jak się okazywało, że grupa jest średnio rozgarnięta pytał:
- Szkoda, że nie słuchaliście hejnału, zawsze jest o dwunastej
- Tak, szkoda…
- Być w Krakowie i słyszeć hejnału, to rzeczywiście strata
- Tak, ale co zrobić…
- Wiecie co, hejnalista to mój znajomy, jak by wam zależało, mógłbym pogadać. Może uda mi się go namówić by zagrał specjalnie dla was.
- Naprawdę? To możliwe?
- Normalnie tego nie robi, ale rzadko w Krakowie przebywają tak wspaniali goście.
Klienci, dopieszczeni i pełni nadziei patrzą na swojego wybawcę. Ten, widząc, że ryba bierze zaczyna szarpać.

To fragment mojej nowej książki.

Właśnie wyszła. Ma format ebooka, ale można zamówić ją też w formie papierowej. Uważni czytelnicy poznają w niej kilka tekstów z bloga.

Tytuł książki „Efekt jojo w motywacji” wymyślili spece z Wydawnictwa. Jest lepszy od mojego pierwotnego (Naturalnie Spełnione Marzenia) ale nie do końca oddaje zawartość książki.

W rzeczywistości to nie tyle książka o motywacji, ale o pułapce, w jaką wpadamy zabiegając o jej zawsze wysoki poziom.

To książka o pułapce, w jaką wpadamy wierząc różnego typu guru samorozwoju.

To książka o tym, jak zapominamy o swoich naturalnych siłach starając się dopasować do obrazów narzucanych nam przez media, psychologów, rodziców i wszystkich specjalistów od „rozwoju osobistego”.

Jeżeli jesteś gotowy by trochę przestawić swój świat – zmierz się z nią.

Jeżeli jesteś gotowy bardziej zaufać sobie niż płatnym motywatorom – poznaj jej treść.

Dzięki niej nauczysz się realizować swoje zamierzenia niezależnie od tego czy masz w sobie motywację czy nie.

Klikając na link poniżej można pobrać darmowy fragment książki. Jest tam cały spis treści oraz fragment jednego z rozdziałów.

Fragment książki „Efekt jo-jo w motywacji” do pobrania

Klikając na okładkę można zamówić książkę.
Efekt jojo w motywacji - kliknij by zamówić

A co działo się na Krakowskim Rynku?

- Tylko jest mały problem. Ten hejnalista musi zapłacić ochronie wieży – wiecie, takie są przepisy. Zagra dla was za darmo, ja oczywiście grosza nie wezmę, za pośrednictwo.
- Hm… A dużo?
- Nie, jak się zrzucicie, to niewiele wyjdzie.
Po chwili zadowolony spryciarz niknie w Kościele Mariackim z pieniędzmi. Zostawienie sami sobie ludzie, który my dali pieniądze, zaczynają czuć lekkie obawy.
- A może nas oszukał – pytają siebie – może wziął pieniądze i nic z tego nie będzie?
Jednak po chwili spryciarz się pojawia.
- Załatwione. Ciężko było, ale się udało. Zagra specjalnie dla was.
- Super! Wspaniale!
Wybija pełna godzina. Hejnalista otwiera okienko i zaczyna grać. Wniebowzięta grupa słucha z zapartym tchem, jak hejnał płynie ze strzelistej wieży wprost do ich uszu. Spryciarz znika. Skromny człowiek. Nawet nie czekał, aż mu podziękują.
I wszystko świetnie. Klient jest zadowolony. Pieniądze zostały zapłacone. Tylko jest mały problem. Hejnał jest grany co godzinę. O każdej porze dnia i nocy. Nie tylko w południe, tak jak w radiu. Nie musisz nikomu płacić, by go wysłuchać.
Sprzedawcy motywacji są jak ten spryciarz. Masz wszystko, co jest Ci potrzebne, by osiągnąć sukces. Masz w sobie tyle motywacji, ile trzeba, by zrealizować swoje marzenie. Nikomu nie musisz płacić, nie musisz jeździć na żadne szkolenia, nie musisz słuchać „mistrzów” motywacji, nie musisz czytać kolejnych książek.
Wszystko, co potrzeba, masz tu i teraz. Nie gdzieś w podświadomości, w głębi, w możliwości. Nie. Tu i teraz.
Wystarczy, że zabierzesz się za działanie. Czekanie na motywację i nastrój tylko Cię rozprasza. Motywacja pojawi się sama, gdy zaczniesz działać. Przyjdzie chwila, gdy poczujesz przepływ. Gdy cały świat będzie Cię niósł. Gdy poczujesz, że wszystko jest zgrane, harmonijne i piękne. Że wszystko się ze sobą łączy.

Jak odnosić sukcesy nie tracąc życia? Kilka rad dla ludzi owładniętych żądzą wygrywania

Jak odnosić sukcesy nie tracąc życia? Kilka rad dla ludzi owładniętych żądzą wygrywania

Posted 18 listopada 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | 7 komentarzy

Pogoń za sukcesem

Kilkanaście lat temu, gdy założyliśmy firmę szkoleniową, jakiś potencjalny klient zapytał dlaczego ma z nami współpracować. Odpowiedziałem mu, że w tym, co robimy jesteśmy najlepsi. Mamy najlepsze programy szkoleniowe, najlepszych trenerów i największą wiedzę.

Taki miałem wtedy obraz świata. Myślałem: zadaniem każdego człowieka, a szczególnie kogoś, kto pracuje na swój rachunek jest być lepszym niż inni. Najważniejszą rzeczą jest nie tylko pokonać innych, ale wyprzedzić cały peleton o kilka długości. Być kimś wyjątkowym i jedynym. Zaczytywałam się wtedy książkami o geniuszach biznesu i starałem się ich naśladować. Jakoś dziwnie nie potrafiłem dostrzec, że większość z moich idoli (jak Bill Gates czy Sam Walton) osiągnęła sukces, przy okazji, eksperymentując bawiąc się i robiąc swoje bez oglądania się na innych.

Szliśmy jak burza. Nie nadążaliśmy za obsługą zamówień. Musieliśmy z roku na rok podwajać ilość pracowników. Klienci nas kochali. Na jednej z konferencji branżowej, na którą nie pojechaliśmy z braku czasu, zostaliśmy wybrani najlepszą firmą szkoleniową. Takie nagrody zazwyczaj nie mają żadnej wartości. Wiadomo, że dostają je sponsorzy i zaprzyjaźnione firmy. My jednak nie mieliśmy z organizatorami nic wspólnego. Musieli się bardzo zdziwić, bo nawet nas o tym nie poinformowali, dowiedzieliśmy się tego dopiero z jakiejś gazety i relacji uczestników konferencji. Tak, przez chwilę byliśmy na szczycie.

Oglądałem kiedyś program o Indiach. Jego realizatorzy spędzili chwilkę w Bollywood. To miejsce to prawdziwe serce Indii. Ktoś nie był w Indiach, albo był w ramach jakiejś wycieczki może sobie wyobrażać Indie jako miejsce pełne duchowych mędrców i ludzi troszczących się jedynie o rozwój duchowy. Może mu się wydawać, że każdy hindus jest przekonany o tym, że rzeczy materialne to jedynie maya – ułuda. To oczywiście bzdurna perspektywa. Tak samo można by uważać Europę za miejsce, w którym wszyscy się kochają, dlatego, że mamy wiele kościołów, a Chrystus mówił o miłości bliźniego. Nasze religie mówią raczej o tym, czego najbardziej nam brakuje. Chrześcijanom brakuje miłości, tak jak hindusom dystansu do rzeczy materialnych. Myślę, że mało jest miejsc na ziemi, w których tak bardzo liczą się przyziemne rzeczy i w których ludzie z taką determinacją dążą do tego by odnieść sukces, jak Indie. Oczywiście jest wielu uduchowionych mędrców, ale wystarczy porozmawiać ze zwykłymi ludźmi by zrozumieć, że to tylko wyjątki. W tym programie była krótka rozmowa z jedną z najbardziej popularnych aktorek Bollywood. Ponieważ to nie był materiał na wewnętrzny rynek, a sam program był mało nakładowy, siedziała taka jak jest na co dzień: nieumalowana, w t-shircie, nieco przygarbiona, na zwykłym plastikowym krześle. Zmęczona i zgorzkniała mówiła:

- To żadna sztuka wybić się i zaistnieć. Sztuką jest utrzymać się na szczycie.

Trudno było ją poznać, gdy za chwilę pojawiła się scena z filmu, w którym grała. Zniknęły zmarszczki, zmęczenie i znudzenie. Była piękna, młoda i energiczna.

Tak jest nie tylko w Bollywood. W każdej branży możesz być najlepszy. To nie zawsze jest takie trudne. Ale każdy kolejny rok na szczycie to dziesięć lat mniej z twojego życia. Cena jaką ludzie płacą za bycie numerem jeden jest ogromna. Do mnie po paru latach dotarło, że nie warto. Że pokonywanie innych nie jest tego warte. Szczerze mówiąc nie pamiętam dobrze prawie dziesięciu lat działania firmy. Pamiętam tylko jakieś fragmenty. Noce spędzone w biurze nad komputerem. Hotele z obowiązkowym hałasem pijanych gości zza ścianą, godziny w przepełnionym ekspresie do Warszawy i z powrotem. Prezentacje, czasem dla kretynów, którzy nie potrafili zrozumieć co to są szkolenia. Same szkolenia – pamiętam jedno z nich, w którym co dwa dni zmieniały się grupy, a ja przez dwa tygodnie, dzień w dzień pracowałem po dziesięć godzin i ani razu nie wyszedłem na zewnątrz ośrodka szkoleniowego. Pamiętam też ustawiczne dyskusje o firmie. Co zrobić, jak zrobić, jak być lepszym. Najlepiej pamiętam wczasy. Co roku góra dwa tygodnie (zawsze w styczniu, bo zastój na rynku) gdzieś, gdzie można było nic nie robić. Najczęściej Wyspy Kanaryjskie, Maroko, Grecja, Hiszpania czy Włochy. To było dobre, ale pracować przez rok na tydzień w luksusowym ośrodku?

Długo wytrzymałem. W którymś momencie zrozumiałem, że jestem w pułapce. Próbowałem zrobić jakiś dramatyczny gest – zmienić wszystko, zerwać ze wszystkim, ale im usilniej próbowałem, tym bardziej się plątałem. W końcu metodą małych kroczków udało mi się wyplątać. Dziś praktycznie nie prowadzę szkoleń, ani nie podejmuję decyzji. Nie jeżdżę na spotkania biznesowe.

Mogę spokojnie, we własnym rytmie robić, to co lubię. Tylko od czasu do czasu chwyta mnie lęk, że marnuję czas, że powinienem zwyciężać i bardziej się starać. Na przykład porównuję ile osób wchodzi na mojego bloga a ile na inne blogi i czuję, że mam ochotę się pościgać. Staram się jednak pamiętać to, co napisał dyrygent Benjamin Zander, autor doskonałej książki „Sztuka możliwości”:

Pragnienie sukcesu i obawa przed porażką są ze sobą nieodłącznie związane jak orzeł i reszka.

Chcesz wygrać? Przygotuj się na strach. Im bardziej gonisz za sukcesem, tym większy cię czeka (możesz go nazwać zmęczeniem, stresem, napięciem, ale to niewiele zmienia).

Sukces jako dokopanie innym

Zander mówi, że ludzie rozumieją sukces najczęściej jako trio składające się z pieniędzy, sławy i władzy. Mają poczucie, że go osiągają, gdy:

  • ktoś nazywa ich numerem jeden,
  • pokonali konkurencję,
  • pokazali że rządzą,
  • wykazali innym, że trzeba się z nimi liczyć
  • mają więcej niż inni (albo przynajmniej tyle samo),

Jakiś czas temu oglądałem rozmowę z jakimś zdolnym, początkującym tancerzem. Mówił, że pragnie stać się profesjonalistą. Dziennikarz zapytał go, co to dla niego oznacza. Odpowiedział:

- Być lepszym od innych. Najpierw w swoim okręgu, potem w województwie, potem w Polsce, potem na świecie.

Jestem w stanie się założyć, że ten człowiek niewiele osiągnie. Gdy ktoś mówi, ze chce być „lepszym niż inni” póki nie zmieni swojego myślenia nie ma szans czegokolwiek dokonać. Zbyt wiele jego sił pokona strach.

Anthony de Mello cytuje chińskiego mędrca Tranxu:

Kiedy łucznik strzela nie dla wygranej, panuje nad wszystkimi swoimi umiejętnościami. Kiedy strzela by wygrać mosiężną klamrę, staje się nerwowy. Kiedy strzela by wygrać nagrodę ze złota, staje się ślepy, widzi cel podwójnie a umysł go zawodzi. Jego umiejętności się nie zmieniły: to nagroda go rozdwaja. Zależy my na niej! Więcej myśli o wygrywaniu niż strzelaniu, a potrzeba zwycięstwa pozbawia go mocy.

Inne rozumienie sukcesu

Gdyby ktoś mnie dziś zapytał czy dążę do sukcesu – odpowiedziałbym twierdząco. Tyle, że dziś trochę inaczej go rozumiem.

Jackie Joyner – Kersee przez wielu jest uznana za jedną z największych lekkoatletek wszech czasów. W latach 1985-1996 wygrywała wszystkie siedmioboje lekkoatletyczne, zdobyła siedem złotych medali olimpijskich i ustanowiła kilka rekordów świata.

Sport to dziedzina w której sukces wiąże się z pokonywaniem innych. Ktoś mógłby powiedzieć, że najważniejszym celem każdego sportowca jest wygrać z konkurencją. Jackie Joyner – Kersee mówi tymczasem:

Radość ze sportu, nigdy nie zawierała się dla mnie w wygrywaniu. Czerpię dokładnie tyle samo szczęścia z procesu jak i wyników. Nie mam nic przeciwko przegrywaniu, tak długo jak widzę u siebie postępy albo czuję, że zrobiłam wszystko, co mogłam. Gdy przegrywam, po prostu wracam i pracuję trochę więcej.

Mia Hamm mistrzyni świata w piłce nożnej kobiet, zdobywczyni dwóch złotych medali olimpijskich i dwóch mistrzostw świata, mówi:

Po każdej grze, gdy zejdziesz z boiska ze świadomością, że dałaś z siebie wszystko, zawsze będziesz zwycięzcą.

Tiger Woods, najbardziej znany na świecie golfistsa przyznaje, że chce być najlepszy, dodaje jednak:

Ale najlepszym mną – a to trochę ważniejsze…czasem najwięcej satysfakcji ma się z osiągnięcia jakiegoś wyniku, gdy rzeczy nie idą po twojej myśli (wszystkie cytaty sportowców za Carol S.Dweck Mindset. The New Psychology of Success)

Okazuje się, że nawet w sporcie sukces wcale nie musi być rozumiany jako pokonywanie innych. Sukcesem jest sam fakt robienia czegoś z pełnym oddaniem i zaangażowaniem. Sukcesem jest postęp jaki robisz.

Gdy kochasz swoją dyscyplinę i całkowicie poświęcasz uwagę temu, co robisz, zwycięstwa same przychodzą. Gdy natomiast jedyne co się dla ciebie liczy, to – jak to nazwał Zander – trio władzy, sławy i pieniędzy, nawet gdy uda ci się cokolwiek osiągnąć, będzie to bardzo krótkotrwałe.

Kilka rad

Nie staraj się być lepszym od innych. To nie jest takie ważne. Staraj się robić swoje, najlepiej jak możesz. Wygrana czy przegrana jest czymś wtórnym. Sportowcy zafiksowani tylko i wyłącznie na byciu lepszym, kończą zazwyczaj jak Andrzej Gołota.

  • Nie rób czegokolwiek tylko po to, by komuś dorównać czy być od niego lepszym. Nie prowadź bloga, nie ucz się języków, nie gotuj, nie kupuj psa, bo inni tak robią i nie możesz być gorsza/ gorszy.
  • W każdej sytuacji rób wszystko co możesz. To wystarczy. Nie oczekuj od siebie pokonania kogokolwiek. Wystarczy, że pokonasz swoje opory, bezwładność, lenistwo czy co tam masz do pokonania. Gdy przy okazji uda ci się dostać medal (pieniądze, sławę, uznanie, itp.)– ciesz się z tego, ale nie dział tego tylko z tego względu.
  • Gdy przybiegniesz ostatni, nie trać czasu na zajmowanie się tym. To nie ma tak wielkiego znaczenia, jeżeli zrobiłeś wszystko co mogłeś i jeżeli czegoś się nauczyłeś.
  • Gdy analizujesz swoje osiągnięcia, nie zastanawiaj się czy byłeś lepszy czy gorszy. Zastanów się, czy zrobiłeś wszystko, co mogłeś. Zastanów się także, czy się czegoś nowego nauczyłeś. Czy na podstawie tego co się dowiedziałeś możesz opracować jakieś nowe ćwiczenie lub strategię? Jeżeli przegrałeś ale dałeś z siebie tyle, na ile cię było stać w tym momencie – pogratuluj sobie sukcesu.
  • Jeżeli ciągle oglądasz się na to, który jesteś i porównujesz się z innymi, zastanów się czy rzeczywiście lubisz to robić. Czy ciągle byś to robił, gdyby na widowni nie było ani jednego widza?
  • Gdy się za coś zabierasz przynajmniej na chwilę oczyść swój umysł. Przez kilka minut przestań kombinować, oceniać ustalać strategie. Skup się na oddechu, albo na tym co widzisz wokół. Gdy działasz nie zastanawiaj się nad tym, jak to ocenią ludzie. Gdy zaczynasz o tym myśleć, wróć do togo co widzisz i czujesz.
  • Gdy czymś się zajmujesz skup się na swoich działaniach a nie na tym, co robi konkurencja. Przyglądaj się ludziom by się uczyć od nich, a nie być od nich lepszym.

Co o tym myślisz? Może spróbujesz zrobić eksperyment i przez jakiś czas będziesz robił to, co robisz bez oglądania się na to, czy wygrywasz czy nie?

Jak sobie ułatwić osiągnięcie celu?

Jak sobie ułatwić osiągnięcie celu?

Posted 28 września 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | 6 komentarzy

Francuz, Pierre le Grand z wyspy Tortuga, zmęczony życiem myśliwego i plantatora (tzw. bukaniera), zebrał kilkunastu kompanów i wypłynął na morze. Ledwo mieścili się w swojej łódce. Chcieli złupić jakiś niewielki statek handlowy. Nie mieli jednak szczęścia. Byli na pełnym morzu już od kilku dni, ciągle jednak nic nie spotkali. Skończyła im się woda i jedzenie, dokuczał upał i niewygody.

Już mieli zrezygnowani wracać, gdy ktoś w dali zobaczył żagiel. Rzuci się w jago stronę najszybciej jak mogli. Jednak im lepiej mogli go widzieć, tym bardziej rzedły im miny. To nie był „niewielki statek handlowy”. To był ogromny okręt wojenny z rzędem dział po obu stronach burty i załogą liczącą ponad 200 osób. Małe szanse by trzydziestka wygłodzonych i obdartych plantatorów, stłoczonych w niewielkiej żaglówce i uzbrojonych jedynie w noże i pistolety, mogła coś wskórać. Z drugiej strony zdobycz kusiły. Byli głodni i wycieńczeniu, a na statku było jedzenie i być może jakieś pieniądze.

Łódź została zauważona z okrętu wojennego. Jeden z oficerów zameldował to kapitanowi. Ten spojrzał, nie przerywając gry w karty i powiedział: „No i co z tego? Nie obawiam się nawet okrętu tak wielkiego i potężnego jak mój, a cóż dopiero takiej łupiny”. Spokojnie wrócił do kart.

Zapadł zmrok a łódź ciągle trzymała się w okolicy okrętu. Głodni i zmęczeni bukanierzy postanowili działać. Zaczęli od złożenia przysięgę wobec siebie „iż w boju nie okażą najmniejszej obawy czy słabości”. To było zaklinanie rzeczywistości. My również często powtarzamy sobie takie rzeczy: tym razem się uda, zrobię, to będę niepokonany! Efekty – wiadomo jakie są. Nasz Pierre, nie byłby la Grande (Wielki) gdyby o tym nie wiedział. Dlatego zrobił coś jeszcze. Gdy cicho podpływali pod burty okrętu, kazał wywiercić w dnie łodzi dziurę. Im bardziej podpływali, tym bardziej łódź się zanurzała. Gdy mogli chwycić się burt, łódź cicho poszła na dno.

Nie mieli odwrotu. Mogli iść tylko do przodu. Błyskawicznie wdrapali się na pokład i zaatakowali zbrojownię. Potem wdarli się do wielkiej kabiny, gdzie kapitan ciągle grał w karty. Przystawiając mu pistolet do piersi kazali poddać cały okręt. Okazało się, że statek wiózł ładunek złota. Pierre la Grand zatrzymał tylu żołnierzy ilu potrzebował do obsługi żagli a pozostałych wysadził na ląd. Następnie wrócił do Francji i nigdy nie wrócił na Karaiby. Gdy tylko rozeszła się wiadomość o jego wyczynie, morze zaroiło się od podobnie działających, gotowych na wszystko rzezimieszków. Przez następne kilkaset lat, regularne armie nie mogły sobie poradzić z “piratami z Karaibów”.

Takich historii można opowiedzieć więcej. Wielcy wodzowie przekraczali Rubikon, palili za sobą mosty czy palili własne okręty – jak choćby w 711 roku Tarik ibn Ziyad, dowódca, który na kilkaset lat podbił Hiszpanię:

O moi wojownicy, dokąd mielibyście umknąć? Za wami jest morze, a przed wami wróg. Zostaliście jedynie z nadzieją na odwagę i stałość … jeżeli będziecie zwlekać z szybkim uchwyceniem zwycięstwa, wasz szczęśliwy los zniknie, a wasz nieprzyjaciel, którego obecność napełnia was strachem przeważy… oto stoi przed wami wspaniała okazja do pobicia go, jeżeli tylko odważycie się chętnie narazić się na śmierć[i].

Bliższy naszym czasom jest inny dowódca, który zastosował tą samą technikę. Henran Cortez, konkwistador, który z grupą zaledwie kilkuset żołnierzy podbił ogromne imperium Inków. Zanim spalił okręty, by wyleczyć swoich żołnierzy z wahań, najpierw wymontował z nich wszystko, co stanowiło jakąkolwiek wartość (metalowe części, działa, żagle, itp.).

Nie chodzi o niszczenie

Strategia „palenia okrętów” nie polega na bezmyślnym niszczeniu. Nie chodzi o to, byś zaczął wszystko rozwalać, gdy tylko wpadnie ci do głowy marzenie. Nie chodzi o to, by utrudniać sobie życie, nieprzemyślanymi krokami.

Chodzi o to, by z rozmysłem stworzyć warunki, w których nie będziesz rozdarty między możliwościami. Gdy droga do tyłu jest tak samo otwarta jak droga do tyłu, jesteś w zawieszeniu. Twój umysł błąka się to tu, to tam. W efekcie nie wykorzystujesz wszystkich możliwych okazji i wszystkich własnych możliwości działania.

Póki droga odwrotu jest tak samo otwarta jak droga do przodu, nie możesz być pewny swojej woli. W jednej chwili możesz czuć energię i zapał, ale w drugiej możesz poczuć rezygnację. Gdy pojawią się trudności lub będziesz miał gorszy dzień, okaże się, że chcesz tylko na wpół. Że twoja wiara w sukces nie do końca jest pewna, że trudno ci się do czegoś zmobilizować. W takiej sytuacji spalone, lub przynajmniej podtopione okręty bardzo się przydają. Gdy nie masz innego wyboru, łatwiej uwierzyć, że może

Kilka sugestii

Możesz zrobić kilka rzeczy:

Nie planuj odwrotu. Wiele osób myśli o swoich marzeniach, z góry planując drogę odwrotu i nazywając ją planem awaryjny. Mówią np. jak mi nie wyjdzie własny biznes, to zawsze mogę liczyć na etat. To nie jest żaden plan awaryjny, ale plan ucieczki. Dobry plan awaryjny to plan działań typu: „jak mi nie wyjdzie w ten sposób, to spróbuję tak, jak nie drzwiami, to oknem”. W takim planie nie ma miejsca na ucieczkę.

Zaangażuj innych ludzi by utrudnili ci tkwienie w miejscu. William James pisze: „Pamiętam, że niegdyś czytałem w jednej z gazet austriackich ogłoszenie pewnego Rudolfa, który obiecał pięćdziesiąt guldenów nagrody człowiekowi, który pod dacie ogłoszenia spotka go w winiarni. «Czynię to – wyjaśniał dalej w ogłoszeniu – wskutek przyrzeczenia, danego mej żonie». Taka żona i takie właściwe pojmowanie sposobu pozbywania się starych nałogów, mogą każdego ośmielić do zaryzykowania pieniędzy i założenia się, że Rudolf dotrzyma postanowienia.

Nie musisz dawać ogłoszenia w gazecie. Możesz poprosić ludzi (lub ich nawet zatrudnić) by uprzykrzali cię stanie w miejscu. Niech cię wyśmieją, gdy nie uda ci się tego osiągnąć. Możesz założyć się z kimś, o coś cennego, że uda ci się dopiąć swego.

Podbij stawkę. Przez wiele lat usiłowałem zrobić prawo jazdy. Bez żadnych efektów poświęciłem na to wiele energii. Gdy dowiedziałem się, że będę ojcem, zrobiłem je w ciągu miesiąca. Tym razem wiedziałem do czego jest mi potrzebne. Wiedziałem, że bez niego (moja żona również nie miała wtedy prawa jazdy) dziecko będzie miało znacznie ciężej. Usiądź jeszcze i spisz wszystkie korzyści, jakie osiągniesz dzięki realizacji swojego marzenia. Zrób tak długa listę, jak tylko się da. Czego, z tej całej listy najbardziej potrzebujesz? Bez czego nie możesz żyć?

Podnieś koszty nie działania. Dla niektórych pomocna jest prosta strategia karania się i nagradzania. Np.: nie golę się, dopóki nie ukończę książki, albo nie umawiam się na randki, póki nie zarobię pierwszych 10 000. Nie zawsze to dobrze działa – czasem buduje niepotrzebne napięcie i stres. Może jednak być pomocne.

Zrób krok do przodu (rozważny). Pozbądź się tego, co nie jest ci potrzebne do realizacji celów. Zwolnij się z pracy, wyjedź za granicę, zapisz się na studia, itd. Nie zwlekaj, aż zapał ci przejdzie.


[i] http://www.fordham.edu/halsall/source/711Tarik1.html

Determinacja i pokora

Determinacja i pokora

Posted 15 września 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | 17 komentarzy

Dwie osoby

Z jednej strony człowiek pewny siebie, zdecydowany i wierzący we własną gwiazdę. Gdy starał się o przyjęcie na Hervard, jeden z profesorów zapytał go czy jest inteligentny.

- Jestem zajebiście inteligenty – odpowiedział.

Najlepiej czuł się w drogim, włoskim garniturze, na środku sali, gdy mógł opowiadać innym o swoich genialnych pomysłach. Poruszał się jak gwiazda filmowa świadoma otaczających ją wielbicieli i fotoreporterów. Patrzył przed siebie twardym, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

Z drugiej człowiek skromny, świadomy swoich braków. Zza dużych okularów przypominał cierpliwego nauczyciela z małomiasteczkowej szkoły. Najlepiej czuł się w kraciastej koszuli, na swojej farmie i w ulubionej koparce. Nie udzielał zbyt dużo wywiadów, rzadko był obiektem zainteresowania fotografów. Jeżeli już musiał być w centrum, wolał odwracać uwagę od siebie i kierować ją na coś innego.

Gdyby tych ludzi postawić obok siebie i zapytać przechodniów, który ma szansę zrobić karierę, dziewięćdziesiąt procent wskazałoby pierwszego. Takie czasy. Trzeba być przebojowym, agresywnym i zdecydowanym. To musi być prawda, skoro tyle osób tak uważa. Osoby przebojowe i całkowicie bezkompromisowe są szybciej dostrzegane i łatwiej robią karierę. Tak, ten pewny siebie człowiek zrobił karierę. Został prezesem ogromnej, zatrudniającej kilkadziesiąt tysięcy osób firmy. Przez długi czas gazety i inwestorzy czcili go jak geniusza.

Ale temu drugiemu, mimo wszystko też się udało. Też został prezesem dużej firmy. Tyle, że końcowe efekty jego działania były zupełnie inne. Najpierw jednak wróćmy na chwilę do naszej gwiazdy.

Wrodzony talent

W życiu trzeba mieć talent. Trzeba mieć ten dar od Boga (lub Natury lub Losu). Gdy masz, wszystko przychodzi łatwo i prosto.

Firmą, która zapoczątkowała ruch „zarządzania talentami” był McKinsey. Troje z jej kluczowych konsultantów napisało bestseller „War for talents”. Na świecie trwa wojna o talenty. Ten, kto ją wygra, wygra wszystko. Trzeba jak najszybciej znajdować utalentowanych ludzi (najlepiej jeszcze na studiach), pozyskiwać ich i tworzyć im odpowiednie warunki (płacić, płacić, płacić i raz na rok oceniać). Sukces jest kwestią czasu. Nie można przegrać, gdy masz ludzi z talentami.

Możesz przegrać tylko wtedy, gdy nie jesteś agresywny. To wojna a nie popołudniowa przechadzka. Nie może ci zadrżeć ręka przy zwalnianiu starych, ale nie tak zdolnych pracowników. Nie możesz się wahać przed awansowaniem młodych zdolnych ponad głowami bardziej doświadczonych.

Jednym z najbardziej utalentowanych konsultantów McKinseya, najmłodszym w historii partnerem był Jeffrey Skilling. Dosyć szybko został szefem ogromnej firmy obsługiwanej przez McKinseya. Oczywiście od razu wdrożył w niej program zarządzania talentami. Przyjmował ludzi takich jak on – młodych, zdolnych i agresywnych.

Skilling, sam o sobie mówił:

Mój geniusz nie tylko określa moją wartość, on także określa wartość tej firmy. Mój geniusz kreuje wartość. Mój geniusz jest zyskiem dla firmy!

To się nazywa rozmach. Uważać się za geniusza to drobnica. Uważać się za geniusza wartego miliardy dolarów – to dopiero coś.

Firma nazywała się Enron. Gdy okazało się, że pomysły Skillinga nie są genialne, ani nawet dobre, jedynym rozwiązaniem stały się oszustwa. Skilling z kolegami zaczął na wielką skalę fałszować dane księgowe. Był zbyty bystry by nie domyślać się, jak to się skończy. Nie był jednak w stanie znieść świadomości, że nie jest geniuszem. Był w stanie zrobić dosłownie wszystko byle tylko nie okazało się, że jest zwykłym śmiertelnikiem, który jak inni popełnia błędy.

Jego niezachwiana wiara we własny geniusz doprowadziła do utraty pracy przez 22 tysiące osób oraz bilionowych strat, jakie ponieśli inwestorzy. On sam został zmuszony do przeprowadzki z najwyższego piętra oszklonego wieżowca do znacznie mniej przestronnej, więziennej celi. Dostał 24 lata bez możliwości zwolnienia przed upływem 20 lat. Oczywiście uznał wszystko za spisek. Pewnie dalej czuje się tak samo cenny. Nie sądzę jednak by więzienie, w którym przebywa rozważało wejście na giełdę.

Opinia jaką ma Skilling na swój temat nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jego mniemania, przez pierwszy okres kariery, gdy ważne było robienie wokół siebie szumu, zapewne były pomocne. Ale później, gdy sprawa przestała się do tego sprowadzać, doprowadziły do katastrofy. Skilling całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Jego inteligencja (naprawdę wysoka) na nic mu się nie przydała, bo nie potrafił odczytać tego, co wokół dzieje.

Mimo tego, że co pewien czas mamy okazje przyglądać się opłakanym skutkom działania ludzi takich jak Skilling czy ostatnio Madoff, ciągle pokutuje wyobrażenie, że w biznesie nie da się inaczej. Że co prawda bycie pyszałkiem zbyt estetyczne nie jest, ale to wynik ostrej konkurencji, XXI wieku czy specyfiki biznesu. Taki styl wydaje się odpowiednim przystosowaniem do warunków. Ale to nie jest prawda.

Ciągły rozwój

Jim Collins, który zajmuje się badaniem przedsiębiorstw odnoszących długotrwałe sukcesy, w książce „Good to great” (Od dobrego do wielkiego) jako pozytywny przykład opisuje firmę Kimberly-Clark. Jej szefem był Darwin E. Smith. Gdybyś zainwestował jednego dolara, w dniu w którym Smith objął jej stery, po 20 latach w dniu gdy przeszedł na emeryturę zrobiłoby się z niego 40 dolarów. To cztery razy lepszy wynik niż to, co osiągnęły dobre firmy giełdowe.

W 1971 roku, gdy Darwin E. Smith został wybrany prezesem, jeden z dyrektorów wziął go na bok i zapytał, czy zdaje sobie sprawę, że nie ma wszystkich potrzebnym na tej pozycji kompetencji. Smith ani się nie obruszył, ani nie zaprzeczył. Sam zbyt dobrze o tym wiedział. Nie uważał się za osobę wyjątkową ani wybitnie uzdolnioną. Po wielu latach, gdy osiągnął sukces, zadano mu pytanie jak udało mu się to zrobić. Smith odpowiedział:

- Nigdy nie zaprzestałem prób by zdobyć kwalifikacje do tej pracy.

Zespół Collinsa przebadał wiele firm. Okazało się, że w każdej z „wielkich” szefem był ktoś, kto przejawiał, jak to nazywa Collins „piąty poziom zarządzana”. Charakterystyczną cechą tego stylu jest osobista pokora (personal humility).

Żaden z szefów tych firm nie miał rozbuchanego ego. Nikt z nich nie twierdził, że wszystko wie, że jest najmądrzejszy, że nigdy się nie myli i zawsze osiąga sukcesy. Nikt z nich nie mówił o sobie per „geniusz” lub „urodzony talent”.

Szefowie tych firm:

…nigdy nie chcieli zostać super-bohaterami (larger-then-life hero). Nigdy nie aspirowali do tego by być na piedestale lub stać się niedosięgłą ikoną. Byli zwyczajnymi ludźmi, którzy bez rozgłosu osiągali niezwyczajne rezultaty.

Okazuje się, że to pokora jest kluczem a nie pycha.

Pokorny i zdeterminowany człowiek

Nie chodzi o dwóch różnych ludzi, mimo, że „pokorny zdeterminowany” brzmi jak oksymoron. Albo jesteś pokorny albo zdeterminowany? Niby dlaczego te dwie rzeczy miały się wykluczać? Collins pisze, że piąty poziom zarządzania to „paradoksalna mieszanka pokory osobistej z silną wolą”. Owszem tego rodzaju szefowie nie lubią mówić o swoich osiągnięciach, nie lubią błyszczeć na świeczniku. Ale to nie znaczy, że lubią zgadzać z każdym zdaniem i poddawać się każdej trudności. Przeciwnie. Dzięki temu, że nie muszą się promować i udowadniać geniuszu, potrafią skuteczniej niż inni zadbać o firmę. Gdy to nie ty jesteś w centrum własnej uwagi, ale firma, którą kierujesz, możesz osiągnąć naprawdę wiele.

Pyszałkowatemu Skillingowi, tak naprawdę nie zależało na firmie. Jemu zależało tylko na własnej wielkości.

Determinacja neurotyka

Jedynym ważnym dla Skillinga celem było pokazać światu swój geniusz. Jeżeli nie jestem geniuszem to niech się wali cały świat. Nic innego się nie liczy. Tysiące ludzi bez pracy, miliony osób tracących zainwestowane oszczędności – to mały pikuś w porównaniu z moją tragedią. Z tym, że ktoś zaprzecza mojej genialności.

Taka osoba robi wrażenie szalejącego tygrysa. Ale jej determinacja nie jest skierowana na konstruktywne działanie. Ten szalejący tygrys jest ślepy. Jego pazury trafiają w pustkę. Walczy z urojonymi duchami, które zagrażają jego urojonej tożsamości. Równocześnie nie dostrzega, że wokół zaciska się prawdziwa sieć.

To nie jest determinacja zdrowej osoby. Jest to typowy mechanizmem neurotyczny. Karen Horney tak go opisuje:

Oto mówi sobie, że jest i będzie kimś nieporównanie lepszym od „nich”. Stanie się kimś naprawdę wielkim i wszystkich zawstydzi. On im pokaże jak dalece go nie docenili i jak bardzo skrzywdzili. Stanie się wielkim bohaterem (w przypadku Stenhalowskiego Juliana – Napoleonem) prześladowcą, przywódcą, uczonym o nieśmiertelnej sławie.

Taki super-bohater stawia sobie szereg wymagań, ale nie po to by coś wnieść do świata, ale po to, by ciągle udowadniać sobie i innym swoją wyjątkowość:

Uzasadnieniem dla stawianych wymagań, jest przekonanie o posiadanych wybitnych przymiotach, na które składają się: większa od innych wiedza, „mądrość’ i zdolność przewidywania. (Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka)

Takie szarpanie się jest efektem wewnętrznej rozpaczy związanej z brakiem poczucia akceptacji. Skilling nie miał grama zdrowej akceptacji siebie. A z akceptacją siebie jest trochę jak z butami. Gdy są dobre, zapominasz o stopach. Gdy ciągle o nich pamiętasz, coś jest nie tak.

Ludzie, którzy akceptują siebie nie mają potrzeby zajmowania się sobą. Zapominają o sobie, jak zapomina się o wygodnych butach. Gdy ciągle wracasz do siebie, coś jest nie tak.

Pokorna determinacja

Gdy nie musisz walczyć z duchami, które zabierają ci twoją urojoną nieśmiertelność możesz zacząć osiągać coś rzeczywistego.

Darwin E. Smith był równocześnie pokorny i zdeterminowany. Pochodził z ubogiej rodziny i aby skończyć college, pracował dniami a uczył się nocami. Dzięki uporowi dostał się na prawnicze studia na Harvardzie. Gdy kilka miesięcy po objęciu posady prezesa, lekarze wykryli u niego raka krtani i dali mu rok życia, nie przestał ani na chwilę pracować. O chorobie poinformował zarząd, podkreślając, że ciągle jeszcze żyje. Dalej pracował jako prezes, równocześnie jeżdżąc na naświetlania. To tylko jego życie osobiste. Kierując firmą przejawiał jeszcze więcej determinacji.

To nie była sierotka, która na każdą przeciwność reaguje nieśmiałym westchnieniem: „może mi się uda” czy „byle nie zapeszyć”.

To był człowiek, który miał przed sobą cel i do tego celu dążył, nie rozpraszając się na olśniewanie innych.

Naprawdę silnym jest się wtedy, gdy nie tracisz energii na ukrywanie przed sobą własnych słabości. Cała siła może być wtedy skierowana na spójne, konstruktywne działanie. Wiem, łatwo się mówi a trudno to osiągnąć praktyce. Dziś, gdy szedłem do pracy nagle na mnie to spłynęło: Jak nieporównanie prostsze byłoby moje życie, gdybym nie musiał tak bardzo się starać być takim, jak sobie to wyobrażam. Ale powoli idę do przodu.

Kuerti zapytałeś mnie w komentarzu:

Zdaję sobie sprawę z własnych słabości, ale wierzę jednocześnie, że uda mi się je kiedyś poprawić… To pycha czy po prostu optymizm?

Dla mnie to nie jest pycha. Jeżeli nie traktuję się jak człowieka bezbłędnego, jeżeli nie mam w głowie etykiet, jaki to genialny jestem i nie tracę energii na podtrzymywania dobrego mniemania o sobie – nie ma to nic wspólnego z pychą. Gdy do tego znam swoje słabości – jestem realistą. Dla mnie nie jest to także optymizm, ale realizm połączony z nadzieją.

Pokora przecież nie wyklucza posiadania nadziei (marzeń czy pragnień). Twoje nadzieje, nawet te wielkie nie sprawiają, że stajesz się pyszny.

Ale jest jedna ważna rzecz. Nadzieja to nie żądanie. Czasem te rzeczy mylimy. Nadzieja to chcę. Chcę nawet bardzo mocno. Bardzo mi na tym zależy. Chcę wygrać zawody, napisać książkę, zbudować dom, znaleźć miłość życia, awansować, itp. To nic złego. Są ponoć zdrowi ludzie, którzy pozbyli się wszystkich pragnień. Nie spotkałem jeszcze i nie za bardzo wiem gdzie spotkać. Dla mnie posiadanie pragnień i dążenie do ich realizacji ze wszystkich sił jest zdrową rzeczą. A nawet niezbędną. Za dużo widziałem ludzi, którzy pozbawieni celów i marzeń, marnowali dzień za dniem.

Czymś innym jednak jest żądanie. Pragnienie to chcę. Żądanie to muszę. To neurotyczny, pyszałkowaty przymus. Gdy tak nie będzie świat się zawali, ludzie będą okropni, ja nie będę miał prawa istnienia. Żądam, bo „mi się należy”. Żądanie jest wtedy, gdy dążysz do wygrania zawodów, bo musisz, bo inaczej nie będziesz się czuł wartościową osobą. Wtedy, gdy dążysz do napisania książki, by udowodnić, że jesteś coś warty. Gdy dążysz do pieniędzy, bo inaczej będziesz czuł się nikim lub osobą pozbawioną wolności. Gdy szukasz bliskiej osoby, bo sam czujesz się nic nie warty.

Wywalić całe to muzeum

Pycha nie polega na tym, że czegoś chcesz od życia. Pycha polega na tym, że identyfikujesz się z pozytywnymi mniemaniami na swój temat.

Oczywiście być całkowicie pokornym jest ciężko. Anthony De Mello napisał:

Zaprawdę świętym był ten, kto powiedział „Jestem tylko czterema ścianami z pustką między nimi” Nikt nie może być pełniejszy.

To nie takie łatwe przez dłuższy czas być aż takim realistą. Ale wystarczy przestać zapełniać te cztery ściany swoimi pomnikami: pomnik genialnego szefa, który zawsze wygrywa; pomnik doskonałego kochanka; pomnik troskliwego rodzica, pomnik natchnionego muzyka… Tak samo nie należy wypełniać tych ścian pomnikami w innym stylu: pomnik nieśmiałego człowieka; pomnik człowieka, któremu nigdy nic się nie udaje; pomnik osoby, która nie ma talentu do pisania czy pomnik osoby, która biedna się urodziła i biedna umrze.

Zapełnianie naszych czterech ścian pomnikami sprawia, że miejsce do życia zmienia się w muzeum a my stajemy się jego kustoszami. Przestajemy żyć a zaczynamy konserwować. Czasem, gdy uda nam się uwieść innych, możemy mieć nawet całkiem spory ruch. Ludzie nas odwiedzają, podziwiają i gratulują. Ale ten ruch to tylko pozory życia.

Jak zabrać się za rozbijanie pomników? Kilka pomysłów z brzegu:

  • spisać listę swoich słabych stron (konkretnie) i opracować sposób pracy nad nimi,
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do swoich pomyłek i błędów,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię zbytnio i w sposób przesadny wychwalać, przyjąć tą część pochwał, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną (mimo, że przyjemną),
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najlepszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kto jest lepszy i poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię chwalą i nigdy nie krytykują (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które zawsze doskonale ci wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo zajmujesz się zbyt łatwymi rzeczami)
  • gdy czujesz się doskonały i zaawansowany zająć się rzeczami, których nie umiesz i które ci kiepsko wychodzą. Najlepiej raz na jakiś czas zacząć uczyć się rzeczy, co do których myślisz, że „nie masz uzdolnień” (np. nauczyć się chińskiego, gry na klarnecie, surfowania czy wyszywania haftem krzyżykowym).

To lista raczej dla tych, którzy mają pomniki „patetyczne”. Nie należy przesadzać, bo nie chodzi o zmianę pomników patetycznych (ja-geniusz) na dramatyczne (ja-ofiara losu).

Dla kolekcjonerów pomników dramatycznych proponuję:

  • spisać listę swoich mocnych stron (konkretnie),
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do tego co ci wychodzi i w czym osiągasz sukcesy,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię w sposób przesadny krytykować, przyjąć tą część krytyki, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną,
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najgorszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kogo możesz poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które nigdy ci nie wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo stawiasz przed sobą zbyt trudne cele)
  • Wreszcie nauczyć się czegoś dobrze i dość w jakiejś umiejętności do wyższego poziomu zaawansowania.

* * *

Masz może jakiś inne pomysły? Co o tym myślisz?

Zanurkować w deszcz

Zanurkować w deszcz

Posted 26 sierpnia 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | 7 komentarzy

Od pewnego czasu w wolnych chwilach czytam książkę napisaną w 1928 roku przez japońskiego psychiatrę Shōma Morita. Najczęściej czytam ją porcjami dziesięciominutowymi, ale to wystarczy by mieć wiele do myślenia. Ostatnio przeczytałem historię wyleczenie pewnej pacjentki.

Pacjentka z atakami palpitacji

Kobieta od kilku lat cierpiała na ataki bólu i palpitacje serca. W trakcie ataków nie mogła położyć się na łóżku, ale ze względu na ból musiała siedzieć podparta. Ataki zawsze powtarzały się codziennie przez kilka dni.

Podczas badań okazało się, że kobieta jest zdrowa od strony fizycznej – ma zdrowe serce i nie cierpi na schorzenia, które mogłyby wywoływać ból.

Podczas pierwszej rozmowy pacjentka powiedziała, że tej nocy ból na pewno się pojawi, bo poprzedniej miała pierwszy atak. Morita relacjonuje:

Poprosiłem ją, by wieczorem przyjęła w łóżku poziomą pozycję (taką, w której atak jest najbardziej prawdopodobny) i postarała się samodzielnie wywołać ból. Poprosiłem ją, by uważnie obserwowała, od samego początku cały przebieg ataku. Obiecałem, że jeżeli to zrobi, nauczę ją zapobiegać atakom w przyszłości. Zapewniłem ją, że nawet, gdyby miała odczuwać ból przez całą noc, warto wytrzymać by w perspektywie na stałe pozbyć się dolegliwości. Klientka obiecała, że tak postąpi.

Podczas następnej wizyty, opowiedziała, że próbowała zrobić tak, jak jej poleciłem, ale nie była w stanie wywołać ataku. Zasnęła w przeciągu pięciu minut i nie obudziła się aż do rana. Gdy zapytałem ją czy myśli, że ataki powrócą, odpowiedziała, że jest przekonana, że nie, gdyż jest od nich uwolniona, mimo, że nie potrafi powiedzieć dlaczego. Wyjaśniłem jej, że to taitoku [termin zen oznaczający wiedzę pochodzącą z bezpośredniego doświadczenia, będącą przeciwieństwem rikai – wiedzy pochodzącej z intelektu]. Ta wiedza nie jest ani teorią ani ideologią.

Gdy zaakceptowała moją instrukcję, stała się zdeterminowana do tego by cierpieć przez całą noc i zanurkować w tym, co ją przeraża. Przestała obawiać się ataku, który ma nastąpić i przestała zajmować się kwestią uniknięcia go. To był powód, dla którego atak nie nastąpił. Poprzednio, gdy spodziewała się ataku, chciała go uniknąć, to wywoływało konflikt mentalny, który powiększał cierpienie i lęk.

Bez potrzeby unikania bólu

Czytając ten opis uświadomiłem sobie, że dokładnie ten sam proces był podstawą mojego małego sukcesu związanego z prawem jazdy (pisałem o nim tutaj). Poprzednio ile razy chciałem zdać egzamin, bałem się związanego z tym bólu. Bałem się:

  • wstydu, że nie zdam,
  • zażenowania (taki stary, a jeszcze nie ma prawa jazdy),
  • rozczarowania (własnego i innych ludzi)
  • etykietki mało zdolnego, itp.

To wszystko było na tyle nieprzyjemne, że moja energia się rozpraszała. Z jednej strony starałem się skupić na nauce i zadawaniu, z drugiej zminimalizować nieprzyjemności. W efekcie byłem jak ktoś, kto chce dojść do domu, ale zamiast tego przeskakuje od okapu do okapu, bo zaczął padać deszcz a on nie ma parasola.

Fragment osiemnastowiecznej, księgi samurajów Hagakure cytowałem już w „Energii wewnętrznej”:

Jest coś, czego możesz się nauczyć podczas burzy. Gdy dopadnie cię nagła ulewa, nie próbuj się przed nią schować, ale szybko pobiegnij drogą. Przechodzenie od okapu do okapu nie uchroni cię od wody. Gdy jesteś zdeterminowany od samego początku, nie pogubisz się, mimo, że przemokniesz.

Gdy nasza uwaga jest rozproszona miedzy unikaniem deszczu a szybkim dotarcie do celu, zazwyczaj grzęźniemy gdzieś po drodze. Stajemy się pogubieni, nie dość klarowni.

Cel – gdzie biegnę?

Gdy toczą się sprawy życia i śmierci nikt nie bawi się w unikanie deszczu. Nie muszą to być dosłownie sprawy życia i śmierci. Wystarczy, że są to np. kwestie finansowe. Ile osób jest w stanie solidnie zmoknąć, byle im dobrze zapłacili? Ale mogą to być także sprawy innych ludzi.

Dla mnie dużą siłą jest uświadomienie sobie ceny, jaką inni zapłacą za moje zaniedbania. Ja sam wszystko jeszcze jakoś zniosę, ale dlaczego inni mają płacić za moje lenistwo?

Dla wielu z nas taka zewnętrzna motywacja jest bardzo silna. Znacznie silniejsza niż np. oczekiwanie, że będę się dobrze bawić lub będę bardziej doskonały.

Cel, który nie dotyczy nas samych ma w sobie siłę, która uodparnia nas na niewygody. Gdy jedyne, na czym mi zależy jest moje samopoczucie, dobra zabawa czy doskonałość, staję się nadmiernie wrażliwy na przeszkody. Mdleję przed byle pogorszeniem warunków.

Gdy dążę, do czegoś poza mną, kwestie samopoczucia przestają być tak ważne. Staję się znacznie mniej delikatny.

Moje wewnętrzne niedogodności przestają być ważne, gdy widzę siebie jako człowieka działającego w świecie i przekształcającego ten świat.

Nie chodzi o to by być twardym

Wiele osób zna nieco podobną strategię. To stary, żołnierski sposób „na twardziela”: gdy idziesz w bój, przygotuj się na śmierć. Gdy np. boisz się wystąpienia publicznego wyobraź sobie, co najgorszego może cię spotkać. Zobacz jak cię wyśmiewają i krytykują. Albo, gdy wstydzisz się podejść do nieznanej osoby, pomyśl, co najgorszego może się stać. Wyśmieje cię? Wezwie policję?

Czasem zdarza mi się mieć ciężki czas podczas pisania. Siedzę i trudno mi wydusić z siebie coś sensownego. Piszę i od razy kasuję. Boję się, że nie napiszę nic sensownego i nikt nie znajdzie w tym nic przydatnego. Co zrobić? Zgodnie z tą metodą, powinienem wyobrazić sobie niezadowolonych czytelników. Fajnie, tylko, że gdy to widzę, wcale nie chce mi się pisać. Po co mam to robić? Jakim cudem mam mieć ochotę pisać dla ludzi, którzy tego nie potrzebują?

Nie jestem masochistą. Nie muszę pisać. Nie muszę występować publicznie. Nie należę do tych, którzy robią coś, bo ktoś im kazał. Nie chodzę już do szkoły. Nie mam nad sobą szefa. Jak coś mi się nie podoba, nie robię tego.

Ciekaw jestem czy ktokolwiek zastosował sposób „na twardziela” więcej niż trzy razy. Za pierwszym razem może być skuteczny na zasadzie autosugestii. Za trzecim, siła sugestii maleje i okazuje się, że gdy wyobrażam sobie swoje porażki jest jeszcze gorzej. Jestem przekonany, że ktoś, kto poleca tą metodę, sam nie próbował je używać.

Morita wcale nie przekonywał klientki o tym, że w życiu trzeba być twardym. Słowem nie, że musi być gotowa do tego by znosić ból. Zamiast tego dał jej cel. Cel w świetle, którego ból stał się mało ważny. Ciągle dokuczliwy, ciągle nieprzyjemny i nie chciany, ale mało ważny.

Twardziel, to ktoś, kto szuka trudności dla samej trudności. To ktoś, kto wybiega na deszcz by udowodnić (często także sobie), że się go nie boi. To nie jest ani postawa samuraja, ani mądrego człowieka. Nie chodzi o to, by być mokrym. Jak nie musisz nie wychodź na deszcz. A jak musisz wyjść i masz przy sobie parasol, to wyciąg go zanim wyjdziesz. Jeżeli możesz uniknąć deszczu – uniknij.

Nigdy jednak nie trać czasu na szukanie parasola, gdy masz coś ważnego do załatwienia. Nie pozwól by krople deszczu ci przeszkodziły.

Skoro i tak zmokniesz, jaki ma sens chowanie się przed deszczem?

Skoro i tak będziesz cierpieć, jaki ma sens chowanie się przed cierpieniem? Lepiej cierpieć z sensem, idąc do przodu niż bez sensu, usiłując wszystko wygodnie ułożyć.

Lepiej czuć ból biegnąc z determinacją do przodu, mając świadomość, że robisz coś ważnego, niż czuć ból będąc schowanym pod okapem.

Znosić z odwagą codzienne cierpienie, które jest konieczne – to jest mądrość.

Rozejrzyj się wokół

Ktoś może powiedzieć, odróżnić cierpienie, które warto znosić, od tego, które nie warto, jest bardzo trudno. Tak, trudne dla naszego intelektu. Ale gdy masz przed sobą ważny cel i nie oszukujesz siebie samego, dobrze wiesz, co musisz znieść, a co nie.

Gdy ciągle masz wątpliwości, to znak, że jeszcze usiłujesz dopasować siebie samego do papierowych fantazji. Że ciągle starasz się stosować do jakichś ideałów.

By wyjść z tego błędnego koła, rozejrzyj się wokół siebie. Choćby na chwilę zobacz, co się dzieje wokół ciebie.

Przestań ciągle szukać odpowiedzi na pytanie o to jak się dziś czujesz, dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa i jak możesz zmienić swoje życie. Zamiast tego pomyśl, co się dzieje w ludziach, którzy cię otaczają. Co czują? Czego się boją? Z czego się cieszą?

Przestań przygotowywać się do życia, bo ten deszcz zawsze będzie padał. Nigdy nie przyjdzie odpowiedni moment.

Przestań przygotowywać się na śmierć, bo to ciągle jest szukanie własnej wygody i skupianie na sobie. Nie ma w tym nic szlachetnego. Zamiast tego otwórz oczy i rozejrzyj się wokół.

Kiedyś rozmawiałem z trenerką, która przed szkoleniem była bardzo przejęta tym, jak wypadnie. Była tak skupiona na tym, że drżały jej ręce i łamał się głos. Im bardziej starała się zapanować nad sobą, tym było z nią gorzej. Zaczęła się mi żalić na to, co przechodzi.

Zapytałem ją czy ma pojęcie, jak się czują uczestnicy szkolenia. Czy mogłaby wymienić przynajmniej trzy rzeczy, których się boją? Okazało się, że wspólnie możemy znaleźć znacznie więcej obaw. Boją się, że szkolenie będzie stratą czasu, że nie zrozumieją, o co chodzi, że okażą się niepojętni, że po powrocie ze szkolenia przełożony powie im, że nie rokują nadziei, że prowadzący wytknie im niewiedzę.

Gdy dotarło do niej, że istnieje jeszcze świat poza jej własnym, że inni ludzie w tej samej sytuacji mogą mieć równie ciężko, nie czekając na początek zajęć poszła wśród ludzi i zaczęła z nimi rozmawiać. Zamiast dogadzać sobie, poczuła, że jest potrzebna innym.

Kiedyś słyszałem taką historię:

Młody chirurg ma po raz pierwszy dyżur na oddziale nagłych przypadków. Przywożą mu okropnie poparzonego pacjenta. Chirurg chce mu pomóc, ale czuje tremę. Pierwszy raz tak wiele od niego zależy. Nie wie, czy uda mu się wszystko bezbłędnie zrobić. Przed zabiegiem dzwoni do przyjaciela i zwierza się, że jest strasznie spięty i nie czuje się najlepiej w tej sytuacji.

- Nie czujesz się najlepiej? – mówi przyjaciel – pomyśl jak czuje się ten człowiek!

Młodemu chirurgowi robi się głupio. Zobaczył, że jest skupiony na rzeczy najmniej ważnej. Zamiast myśleć o sobie, skupia się na pacjencie i robi wszystko, co może.

Gdy się boisz nie dbaj o to, co się z tobą dzieje. Nie szukaj ulgi. Nie staraj się być bardziej dojrzałym, bardziej akceptującym czy bardziej twardym.

Boisz się? To dlatego, że ciągle skupiasz uwagę na sobie. Myślisz, że świat wokół ciebie jest mniej ciekawy? Że i tak nie uda ci się utrzymać na nim uwagi? Spróbuj. Otwórz oczy i przyjrzyj się temu, co cię otacza. Popatrz na miejsce w którym jesteś. Przyjrzyj się ludziom, jacy cię otaczają. Zobacz czego potrzebują i czym żyją? Sam ocenisz, czy chcesz wrócić do ciągłego wpatrywania się w lustro.

Założę się, że szybko sobie uświadomisz co ważnego masz do zrobienia na świecie. Gdy tylko sobie to uświadomisz, natychmiast zacznij biec do przodu. Nie czekaj aż przestanie padać deszcz. Zanurkuj w nim, choćby był największy.

I tak go nie unikniesz. A tak, przynajmniej się nie pogubisz.

Liczy się świat, a nie twoje niedoskonałości

Po chwili biegu, złapiesz się na tym, że znów lecisz pod okap. Nie rób z tego afery. No cóż, nie jesteś doskonały. Nazywaj się jak chcesz. Głupi, leniwy, spięty, niegodny, niedojrzały…

To tylko mało ważne etykiety. Tak, ciągle jeszcze bardziej skupiasz się na sobie a nie na świecie. Ale to nie jest takie ważne. Po prostu wróć do swojego biegu. On liczy się bardziej niż twoja doskonałość.

Wzbudzanie uczuć

Wzbudzanie uczuć

Posted 23 sierpnia 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | 8 komentarzy

Opisywałem poprzednio moje nieskuteczne próby wzbudzania w sobie uczucia przyzwolenia. Próbowałem w ten sposób zastosować się do zaleceń popularnej psychologii.

Zgodnie z nimi odpowiednie ustawienie swoich emocji gwarantuje osiągniecie sukcesu. Zalecenie jest proste: poczuj odpowiednie uczucie, a reszta sama przyjdzie. Co rusz można spotkać wskazówki:

  • poczuj pewność siebie,
  • poczuj miłość,
  • poczuj przyzwolenie,
  • poczuj akceptację,
  • przestań rozczulać się nad sobą

To trochę przypomina mi lekcje religii. Wzbudź w sobie żal za grzechy, obrzydzenie do złego i pragnienie poprawy. Z okazji świąt wzbudź w sobie radość. Sory, albo żałuję, albo nie. Zawsze mnie wkurzało udawanie. Bóg jest dla mnie Kimś zbyt ważnym by mu serwować przekrzywioną na bok główkę i piąstkę klepiącą okolice biustu.

Emocje się przydarzają

To, że znasz jakiś stan psychiczny, nie znaczy, że możesz go celowo, wysiłkiem woli wywołać.

Weźmy kwestię zapominania. Każdy doskonale wie, na czym polega. Co rusz zapominamy o rzeczach mniej lub bardziej ważnych. Spróbuj jednak zapomnieć o czymś celowo, np. o jakimś przykrym wydarzeniu. Im bardziej się starasz, tym lepiej pamiętasz. Nie można zmusić się do zapomnienia. Zapominanie jest czymś banalnym, póki nam się przydarza. Staje się jednak czymś niemożliwym do osiągnięcia, gdy chcemy je celowo wywołać.

Czy można się czymś zaskoczyć? Czasem sami siebie zaskakujemy, ale czy można to osiągnąć, gdy akurat mamy taki zamysł? Powiedzieć sobie: jutro są moje urodziny, w związku, z czym zrobię sobie jakąś niespodziankę! Nie możesz celowo sam siebie zaskoczyć.

Podobnie jest z wiarą. Niektórzy usiłują wysiłkiem woli w coś uwierzyć. W efekcie im bardziej się starają, tym więcej mają wątpliwości. Wierzysz, gdy doświadczasz – widzisz dowody, słyszysz o faktach czy przeżywasz silne doznania – a nie wtedy, gdy sobie tak postanowisz.

Tak samo jest z poczuciem przyzwolenia. Próbując w sposób wolicjonalny wywołać tego rodzaju proces, wpadasz w koszmarny węzeł, z którego nie da się wyjść bez pomocy tasaka. Im bardziej się starasz w tym większą wpadasz pułapkę. Ponieważ zależy mi na tym, nie może mi na tym zależeć. Panie Janeczku, czy ja mam grać czy nie? Bo bardziej nie grać po to by bardziej grać, to jakieś trudne jest.

Efektem takich prób manipulowania emocjami, jest stres, napięcie i coraz mniejszy kontakt z rzeczywistością.

Istotą emocji jest swobodny przepływ. Są jak rzeka, która płynie obok naszego domu. Masz wpływ na to jak ta rzeka płynie. Możesz sprawić, że woda popłynie w zupełnie inną stronę. Ale nie osiągniesz tego nigdy stojąc i mówiąc do rzeki. Jeżeli zależy ci na zmianie, zamiast gadania do wody, musisz zakasać rękawy, wziąć do ręki łopatę i wykopać nowe koryto. Musisz zacząć działać, czując to co czujesz, licząc, że nowe emocje ci się przydarzą.

Pomieszanie czynników

W psychologii eksperymentalnej, aby przeprowadzić jakiekolwiek badanie trzeba dokładnie określić charakter zmiennych. To, że jakieś czynniki wiążą się ze sobą niewiele znaczy. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób się wiążą.

To, że osoby, które osiągają sukcesy czują określonego rodzaju emocje (np. poczucie pewności czy rozluźnienia) wcale nie oznacza, że emocje są przyczyną ich osiągnięć. Emocje mogą być wynikiem sukcesów (czuję pewność siebie, bo mi się coś udało), mogą być też tzw. zmienną pośredniczącą (czymś co pośrednio pomaga osiągnąć sukces), mogą być także czymś równoległym – dodatkowym efektem innej zmiennej.

Gdyby wziąć pod uwagę tylko dwa czynniki, takie jak np. zasób wiedzy i noszenie okularów w wieku powyżej 50 lat, można by było dojść do wniosku, że okulary podnoszą zasób wiedzy. Tyle, że to nie noszenie okularów wywołuje wzrost wiedzy, a ilość przeczytanych tekstów. Czytanie wywołuje zarówno przyrost wiedzy, jak i pogorszenie wzroku. Jednak tak długo, póki badasz tylko dwie rzeczy: wiedzę i wzrok, możesz dojść do absurdalnych wniosków i zalecać ludziom, którzy chcą mieć sprawny umysł noszenie okularów.

Na nasze życie składa się znacznie więcej zmiennych. Weźmy tylko trzy z nich:

  • skuteczność działania (sukces i brak sukcesu)
  • emocje
  • strategie behawioralne (działanie) i strategie poznawcze (uwaga)

Emocje nie są przyczyną sukcesu. Emocje są dodatkowym wynikiem zastosowania odpowiednich strategii działania i kierowania uwagą.

Ten ostatni czynnik: nasze działanie oraz sposób kierowania uwagą, w odróżnieniu od emocji podlega naszym wpływom.

Problemy z manipulacją

Są tacy, którzy mówią, że emocje absolutnie nie podlegają manipulacji wolicjonalnej. Szczerze mówiąc nie jestem aż takim ortodoksem. Jakiś wpływ na nie mamy. Każdy się jednak zgodzi, że to bardzo trudne.

W praktyce emocje bardzo trudno wywołać. Wiemy o tym od dziecka. Pewnie zdarzyło ci się usłyszeć od dorosłych polecenia typu:

  • Uspokój się
  • Nie bój się
  • Przestań płakać
  • Dlaczego się nie cieszysz?
  • Dlaczego nie możesz tego po prostu polubić?

Czy łatwo było spełnić to polecenie? Jeżeli nie, witamy w klubie. Praktycznie nikomu nie udaje się ta sztuczka.

Ci, którzy twierdzą, że doskonale sobie z tym radzą, po prostu odcięli się od swoich emocji. Łatwo to rozpoznać z boku.

Jakieś dwa dni temu wracałem zmęczony do domu. Gdy minąłem jakiegoś bogu ducha winnego sąsiada, zauważyłem, że myślę o nim w stylu „dlaczego ten gość tak się rozpycha”.

- Oho – pomyślałem – czyżbym czuł złość? No nie, musze się uspokoić.

Szybko się uspokoiłem i z uśmiechem na twarzy wszedłem do domu.

Trzy minuty później z jakiegoś byle powodu zrobiłem awanturę. Nagle ni stąd ni zowąd zacząłem się drzeć.

Świetnie się uspokoiłem. Bardzo skutecznie!

Osoby, które twierdzą, że manipulowanie emocjami banalnie łatwo im przychodzi, że całkowicie panują nad swoimi uczuciami, dziwnie nie kontrolują swojego życia.

Nie chcę się bawić w plotkarstwo i pisać o życiu prywatnym autorów, twierdzących, że znają tajemnice pełnego panowania nad emocjami. Byłoby o czym opowiadać: serie rozwodów, alkoholizm, narkomania, zamieszanie w morderstwo, samobójstwo… Ale to wszystko im nie przeszkadza by wprowadzać psychologiczny terroryzm i dyrygować naszym emocjom, mówiąc:

  • Zaakceptuj siebie
  • Pokochaj siebie
  • Pokochaj innych ludzi
  • Otwórz się na świat
  • Odpręż się
  • Otwórz się na obfitość
  • (i tysiące innych haseł)

Czytamy, próbujemy i po tygodniu, albo miesiącu nic nam z tego nie zostaje. No tak, nie dość się starałem, to moja wina. Może przeczytam jeszcze jedną książkę i spróbuję jeszcze raz.

I tak bez końca.

Czy to my jesteśmy winni? Czy to z nami jest coś nie tak?

A może to po prostu głupota psychoterrorystów, którym wydaje się, że emocje można na siebie włożyć jak kapelusz?

Jesteśmy tak zniszczeni przez ich propagandę, że próby manipulowania emocji traktujemy jak nasz święty obowiązek.

Dobrze przeżyć dzień, to zamanipulować sobą rano tak by poczuć entuzjazm, podczas lanczu by poczuć ożywienie, podczas obiadu, by poczuć pewność siebie, a wieczorem by poczuć wyciszenie. Podczas snu, też trzeba się kontrolować.

Naprawdę ci to odpowiada? Przez całe życie chcesz sobie mówić, co masz czuć? Chcesz planować swoje emocje, zmuszać się do tego by czuć się tak, jak ci powiedzą? Chcesz programować swoje przeżycia? Ustawiać emocje?

Zamiast wzbudzania uczuć

Mądry rodzic, gdy dziecko wywróci się i płacze nie zmusza go do manipulacji emocjami, nie mówi:

- „nie płacz” czy „poczuj radość”

Mądry rodzic odwraca jego uwagę od tego, co wywołało płacz i proponuje mu jakieś działanie. Mówi np.:

- Popatrz, jaki wspaniały motyl siedzi na tym kwiatku. Chodź pobiegniemy do niego.

I jak ręką odjął emocje się zmieniają. Same.

Emocje zawsze są skutkiem przyjęcia pewnych strategii działania i sposobu kierowania uwagą. Nie traktuj ich jak przyczyny, bo pozbawisz się jakiejkolwiek możliwości skutecznego działania.

O ile zależy ci na zdrowiu psychicznym, nie mów sobie, co masz czuć. Nie mów sobie: muszę się czuć szczęśliwy, zadowolony, spokojny czy nie przywiązany do efektów starań…

Ta orkiestra cię nie posłucha

To bardzo ważne by nie usiłować dyrygować swoimi emocjami.

Zdjęcie, na którym gość we fraku dyryguje falom zostało zrobione dokładnie 23 lata temu. 23 sierpnia 1967. To happening Tadeusza Kantora, zatytułowany „Panoramiczny koncert morski”.

Gdy próbujesz mówić sobie, co masz czuć, jesteś jak człowiek, który stara się dyrygować morzu. Od czasu do czasu słuchaczom może się wydawać, że ocean jest mu posłuszny. Ale poczekaj na sztorm, a przekonasz się, że to tylko złudzenie.

Ocean jest zewnętrzną siłą. Nie masz na niego wpływu. Próby dyrygowania falami kończą się nieszczególnie.

Ludzie, którzy mówią sobie, że mają być szczęśliwi, nigdy nie są szczęśliwi. Ludzie, którzy mówią sobie, że muszą być spokojni, nigdy nie są spokojni. Ludzie, którzy rozkazują sobie zadowolenie, nigdy nie są zadowoleni.

Nie steruj emocjami, bo nie tylko nie masz na nie wpływu, ale wpadasz w błędną pętlę i wzbudzasz w sobie chaos.

Zamiast zmieniać emocje, zmieniaj swój sposób patrzenia na świat. Emocje zawsze są skutkiem, efektem, który nie podlega twojej bezpośredniej kontroli.

Ucz się ich doświadczać bez prób manipulowania nimi. Ucz się na nie cierpliwie czekać.

Jeszcze jedno. To nie znaczy że masz być wobec swoich uczuć bezwolną ofiarą. Wiele osób stara się za wszelką cenę manipulować emocjami, bo wydaje im się, że gdy tego nie zrobią, stracą kontrolę nad swoim życiem. Gdy np. ktoś mnie denerwuje, od razu zmuszam się by go pokochać, bo boję się, że się na niego rzucę. Bez obawy. O ile nie jesteś w afekcie, nie stracisz kontroli nad sobą. Wręcz przeciwnie. Gdy będziesz świadomy tego, co czujesz, łatwiej ci będzie się kontrolować. Np. asertywnie powiedzieć tej osobie co ci się nie podoba. To jednak temat na inny tekst.

Zdjęcie Eustachy Kossakowski. Źródło: http://www.dsw.muzeum.koszalin.pl/tiki-browse_image.php?imageId=123

Jak bez szarpania osiągnąć swój cel: lekcja jaką wyniosłem zadając pewien egzamin

Jak bez szarpania osiągnąć swój cel: lekcja jaką wyniosłem zadając pewien egzamin

Posted 20 sierpnia 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | 16 komentarzy

Pisałem poprzednio, że nasze sukcesy mogą być źródłem cennej wiedzy. Dzięki nim łatwo odkryć sposoby, które pozwolą nam żyć z większą energią. Warto szukać sukcesów i uważnie im się przyglądać. Szczególnie cenne są zwycięstwa, które odnosimy po wielu próbach. Nie wychodzi, nie wychodzi, nie wychodzi… aż tu wreszcie …udało się! Świętować trzeba, ale szkoda nie nauczyć się czegoś nowego.

W każdym sukcesie zawarta jest darmowa i łatwa do zrozumienia lekcja.

Cenne głupoty

Nie jest ważne, jakiej dziedziny dotyczy sukces. Często właśnie te małe, pomijane, na co dzień obszary zawierają najwięcej zasobów.

Gdy coś jest ważne, staramy się robić wszystko tak, jak powinno być. Tak bardzo nam zależy, że napinamy się i uruchamiamy cały szereg „poprawnych” schematów.

Gdy robimy rzeczy mniej ważne, jesteśmy bardziej rozluźnieni, Naszej wewnętrznej mądrości łatwiej jest wtedy znaleźć drogę na powierzchnię.

Mój przykład

Jednym z takich sukcesów było dla mnie zrobienie prawa jazdy. To nic szczególnie ważnego, jednak zawsze miałem poczucie, że zrobiłem to w specyficzny (jak dla siebie) sposób.

Bardzo długo mi się to nie udawało. W którymś momencie miałem nawet dwa samochody i żadnym z nich nie umiałem jeździć. Próbowałem zdać kilka razy. Jedynym efektem był stres, zażenowanie, rezygnacja i brak przekonania, że kiedykolwiek mi się uda.

A potem, jakieś pięć lat po pierwszej próbie, wszystko poszło jak z płatka – bez stresu, napięcia, z pewnością siebie. Gdy pewnego październikowego dnia włożyłem do portfela zalaminowany, połyskujący kartonik z moim zdjęciem, sam byłem zdziwiony sposobem, w jaki mi się udało. Wiedziałem tylko tyle, że zrobiłem to inaczej niż normalnie. Nie miałem jednak pojęcia, na czym to polegało i jak to powtórzyć.

Opowieść o prawie jazdy

To było już prawie pewne. Miałem zostać ojcem. Swobodne życie bez obowiązków, miało odejść w przeszłość. Czułem trochę żalu i obaw, ale dominowała ekscytacja. Być ojcem, być odpowiedzialnym za dziecko – to dosyć fascynujący projekt. Może ROI (zwrot z inwestycji) nie jest wielki, ale co mi tam… Będę woził dziecko do kina, do teatru, do restauracji, może na wycieczki za miasto.… Hm.. woził?

Przecież nie mam prawa jazdy.

Co z przedszkolem, szkołą, wizytami u lekarza czy dentysty? Mam wozić je tramwajem, autobusem albo taksówką?

Sprawdziłem w ośrodku egzaminacyjnym, czy mają jeszcze moje papiery. Wysłali je do miasta, w którym byłem wcześniej zameldowany, ale udało się je odzyskać. Mogłem zapisać się na egzamin. Bez problemów zdałem teoretyczny. Dostałem termin praktycznego. Wiedziałem jednak, że póki co nie mam szans. Manewry były czarną magią, a jazda po mieście – jeszcze czarniejszą magią ze sporymi kawałkami paniki.

Usiadłem przed googlem, spisałem kilka namiarów, zadzwoniłem do kilku instruktorów. Do jazdy po mieście wybrałem kobietę. Nie pamiętam ile godzin wyjeździłem. Chyba z pięćdziesiąt. Może więcej. Manewry ćwiczyłem z kimś innym. Przychodziłem na plac, dostawałem kluczyki, instruktor szedł na harbatkę a ja maltretowałem samochód. Spokojnie, przez jakieś dwie godziny dziennie, trzy razy w tygodniu potrącałem słupki, najeżdżałem na puste opony i wyjeżdżałem za linie.

Najdziwniejsze było poczucie pewności, że zdam. Nie miałem pojęcia skąd się wzięło. Wiedziałem, że to zrobię. Prędzej czy później. Za pierwszym, dwudziestym, pięćdziesiątym piątym razem. Taka leniwa pewność, że już się udało.

Przyszedł termin egzaminu. Manewry zrobiłem bez problemu (mimo, że byłem spięty). Potem wyjechaliśmy na miasto. Cieszyłem się, że mogę pojechać z egzaminatorem. To doskonałe przygotowanie do kolejnego podejścia. Miałem już zaplanowany termin następnego egzaminu i terminy kolejnych jazd. Plany okazały się nieaktualne. Zdałem.

Gdy jakiś czas później pokazałem żonie prawo jazdy była solidnie zdziwiona. Ani ona, ani nikt inny nie wiedział o moich przygotowaniach. Nawet, gdy zdałem nikomu nie powiedziałem. Ujawniłem się, dopiero, gdy trzymałem dokument w ręce.

W poszukiwaniu wyjaśnienia

To była jedna z dziwniejszych przygód z samym sobą. Długo starałem się zrozumieć, w jaki sposób to osiągnąłem.

Jakiś czas później przeżywałem burzliwy romans z pozytywnym myśleniem i prawem przyciągania. Doszedłem wtedy do wniosku, że kluczem było poczucie przyzwolenia (allowing).

Gdy masz swój cel, wizualizujesz go i starasz się pozbyć uczucia gorączkowego przywiązania do efektów. Pozbywasz się napięcia. Pozwalasz by wszechświat sam ci dał to, czego chcesz. Wyobrażasz sobie jakbyś już miał to, na czym ci najbardziej zależy Np. gdy chcesz być bogaty, wyobrażasz sobie, że w twoim portfelu są już pieniądze. Wyluzowujesz i czekasz. Ja miałem poczucie, że prawo jazdy już mam.

Długo trzymałem się tego tłumaczenia. Autorzy mówiący o prawie przyciągania radzą by wywołać w sobie takie uczucie. Masz „nastroić swoje emocje, na odpowiednią częstotliwość”. Próbowałem to zrobić zabierając się do innych projektów.

Znam techniki kotwiczenia, potrafię wprowadzić w stan hipnozy innych i samego siebie. Ale jedyne, co mogłem osiągnąć, to chwilowe emocje. A i to dosyć udawane, z grubsza przypominające tamten stan.

Po wielu eksperymentach doszedłem do wniosku, że nie da się wywołać w sobie autentycznego i trwałego poczucia przyzwolenia. Można je tylko udawać. A to nie to samo.

Strategie działania

Gdy dotarł do mnie absurd manipulowania emocjami zabrałem się za szukanie innych rozwiązań. Zrobiłem listę tego, czym, to podejście do egzaminu różniło się od poprzednich. Doszedłem do czterech prostych punktów:

  • Miałem inny niż zazwyczaj motyw: nie robiłem tego dla siebie, ale dla dziecka, które miało się urodzić, nie chciałem go zawieść.
  • Z góry byłem przygotowany na kolejne próby. Zupełnie nie przerażała mnie perspektywa porażki i kolejnego podejścia.
  • Nikomu nie powiedziałem o moich zamiarach, z nikim nie rozmawiałem o trudnościach czy kłopotach.
  • Ćwiczyłem tyle ile się tylko dało, bez zastanawiania się, czy już wystarczy czy nie.

Warto zrozumieć, dlaczego każdy z tych punktów jest ważny. Z jaką zmianą perspektywy się wiąże? W jaki sposób przekierunkowuje uwagę?

Gdy udało mi się to zrozumieć opracowałem dla siebie cztery pytania:

  • Czy wiem, w jaki sposób moje działanie (jego zaniechanie) wpłynie na innych ludzi? Jaką cenę ludzie, który kocham będą musieli zapłacić, gdy czegoś nie zrobię? Co dam ludziom, na których mi zależy, gdy coś zrobię?
  • Czy jestem w stanie opuścić swój wygodny kokon i wystawić się na wszystkie nieprzyjemne doznania, jakie trzeba będzie znieść? Czy jestem gotowy znosić zażenowanie / wstyd / zmęczenie itp. bez użalania się nad sobą i szukania szybkiej ulgi?
  • W jaki sposób mogę zredukować ból i lęk przed porażką tak by nie wpłynęło to na skuteczność mojego działania? Jeżeli np. boję się, że inni powiedzą „znowu ci nie wyszło” mogę po prostu im nie mówić, że zabieram się za coś. Innym sposobem redukcji lęku było zatrudnienie do jazdy po mieście kobiety. Mężczyzna wprowadza więcej stresu (przynajmniej dla mnie). Jeżeli można – bez straty energii – uniknąć jakiegoś bólu, to trzeba to zrobić. I to jest właśnie pytanie o to, czego można uniknąć, dążąc do celu.
  • Od strony działania, to banalnie prosty punkt: czy zaplanowałem maksymalną, możliwą bez wywrócenia życia do góry nogami, dawkę ćwiczeń? Jednak wiąże się z nim także zmiana myślenia. Istotą było tutaj pozbycie się fantazji na temat swoich talentów i uzdolnień. Przy poprzednich próbach zawsze miałem wyobrażenie: tyle a tyle godzin powinno wystarczyć. Tu nie było żadnych kalkulacji. Założyłem, że będę ćwiczyć tyle, ile tylko trzeba. Im więcej masz wyobrażeń na temat twoich talentów i uzdolnień tym trudniej ci się rozwijać. Nie chodzi o to, by traktować się jak idiotę, ale by przestać liczyć na to, że masz jakąś szybszą ścieżkę zapisaną w DNA.
    W związku z tym, pytanie dodatkowe:

    Czy mam w sobie oczekiwania mówiące o tym, jak pojętny jestem i jak wiele czasu mi wystarczy by opanować to, co mam opanować? Czy umiem pozbyć się tych oczekiwań? Czy umiem pozbyć się fantazji na temat tego na ile jestem zdolny?

Poczucie spokoju, pewności czy przyzwolenia było efektem ubocznym tych decyzji. Gdy:

  • potrafię zobaczyć cel poza sobą,
  • gdy jestem gotowy opuścić kokon,
  • gdy nie liczę na moje zdolności a jedynie mój wysiłek,
  • gdy umiem odpuścić sobie to, co można odpuścić

… szansa, że pojawi się tego rodzaju poczucie jest duża. Ale to nie jest ważne czy się pojawi, czy nie. Nie musi. Wystarczy, że taki sposób patrzenia na świat i siebie się sprawdzi. Wystarczy go zastosować i ocenić.

Twoja kolej

To moja strategia, ale być może w twoim życiu znajdziesz podobne doświadczenia i pewne punkty również będą cenną radą.

Być może jednak żaden z tych punktów, w tym momencie twojego życia nie będzie tym, czego potrzebujesz.

Weź swój sukces i spróbuj go zrozumieć. Zobacz, czego jesteś w stanie się z niego nauczyć.

Ucz się od siebie samego

Ucz się od siebie samego

Posted 18 sierpnia 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | Jeden komentarz

Często szukamy wiedzy o tym, jak żyć w przeżyciach innych osób. Czytamy książki, w których autorzy opowiadają, co im się kiedyś zdarzyło lub co spotkało ich znajomych, klientów czy pacjentów. Czytamy biografie sławnych ludzi i oglądamy wywiady z ludźmi sukcesu. Nawet, gdy czytamy naukowe książki psychologiczne, tak naprawdę dowiadujemy się tylko tego, co wydarzyło się w życiu innych ludzi – tym razem badanych.

I słusznie, bo można się wiele nauczyć przyglądając się temu, jak ktoś inny sobie radził. Jego błędy i porażki mogą być dla nas cenną podpowiedzią.

Zapominamy jednak o tym, że nasze własne życie także jest źródłem wiedzy i mądrości. I to znacznie większym i znacznie bardziej cennym niż cokolwiek innego (przynajmniej dla nas).

Dotarcie do lekcji zawartej we własnym życiu nie zawsze jest łatwe. Często zamiast dowiedzieć się czegoś o sobie i wprowadzić jakieś zmiany, chowamy się przed lekcjami, jakie są nam serwowane.

Nasze życie – porażki i sukcesy, prowadzą doskonale dostosowane do naszych potrzeb szkolenie. My natomiast zamiast uważać czytamy pod ławką podręcznik napisany przez kogoś innego.

W efekcie ciągle jesteśmy w tym samym miejscu. Ta sama lekcja ciągle się powtarza. Jedyna korzyść, że zawsze możemy ją odrobić.

Tak długo, póki nie nauczymy się uczyć od siebie samych, niewiele nauczą nas mądrości innych.

To dotyczy także tego bloga. To, czego może cię nauczyć twoje życie jest ważniejsze i cenniejsze niż najbardziej poruszające i najbardziej prawdziwe myśli innej osoby.

Nauka z porażek

Gdy nie zdam egzaminu, zastanawiam się, co mogłem zrobić inaczej. Może więcej się uczyć? Może zastosować jakieś techniki zapamiętywania? Może zmienić dietę i przyjmować więcej magnezu? Porażka – jeżeli nie chowamy przed nią głowy w piasek –zawsze jest impulsem do tego by nauczyć się czegoś na swój temat.

To znana myśl. Powtarzana tu i tam. Na pewno ją słyszałeś. Co rusz można przeczytać: nie ma błędów, są tylko informacje zwrotne, nie ma porażek są tylko lekcje do odrobienia…

Ostatnio czytałem książkę, w której autorka chwali się, że podczas swoich warsztatów „widziała niezliczone transformacje uczestników pochodzące ze zrozumienia, że każda porażka jest czymś cennym”. W trakcie warsztatów prowadzący (świadomie lub nie) zazwyczaj posługuje się sugestią. Zahipnotyzowany uczestnik uwierzy we wszystko, co mu się powie. Każda hipnoza jednak „puszcza”. Człowiek wraca do swojego życia i okazuje się, że porażki jakoś tak przestały go cieszyć.

Jak to – człowiek myśli – straciłem odpowiednią postawę, muszę się bardziej starać, nie mogę być taki!

Zaczyna sobie wmawiać, że porażki wzbudzają w nim przyjemne odczucia i dają mu energię. Zaczyna manipulować tym, co czuje. Niestety, gdy zacznie majstrować przy swojej percepcji, coraz trudniej będzie mu oceniać, co jest prawdą a co nie, co jest dobrym wnioskiem, a co tylko złudzeniem.

Gdy chcesz się czegoś nauczyć na swoich błędach potrzebujesz klarownego spojrzenia. Nie uda ci się go osiągnąć, gdy tracisz energię na owijanie tego, co widzisz w mięciutką bawełnę.

Chcesz się czegoś nauczyć czy chcesz się czegoś dowiedzieć o sobie?

Porażka boli. Człowiek czuje się z nią źle. Frustracja wkurza. Gdy dostaniesz kopa w tyłek nie wmawiaj sobie, że to była trampolina. Nie udawaj przed sobą, że jesteś guru dziesiątego stopnia wtajemniczenia, który zapanował nad energią i materią.

Gdy czujesz porażkę, po prostu nie zmuszaj się do tego by się nią cieszyć. To nie jest konieczne. Czuć porażkę i frustrację nie równa się użalać się nad sobą i poddawać.

Czuj to, co czujesz i gdy tylko negatywne uczucia ci na to pozwolą zadaj sobie pytanie o to, czego możesz się nauczyć. Co możesz zmienić? Czego dowiedziałeś się o sobie?

Ryzyko złych wniosków

Nasze błędy i porażki zawierają wiele wiedzy o nas samych. Możemy wiele się na nich nauczyć. Jednak to bardzo trudna wiedza. Nie dość, że musimy znosić cały szereg nieprzyjemnych doznań, to jeszcze nie mamy gwarancji, że wnioski, do jakich dojdziemy będą cokolwiek warte. Często wyciągamy nie te wnioski, które powinniśmy i stosujemy się nie do tych rad, do których warto.

Analizując błędy sięgamy zazwyczaj po rady innych. W końcu coś się nie udało i potrzebujemy pomocy. To wiąże się z ryzykiem. Po porażce jesteśmy szczególnie podatni na sugestię. Łatwo nam wcisnąć jakąkolwiek, nawet całkiem nie pasującą do nas radę. Wystarczy by ktoś powiedział, że miał dokładnie taki sam problem i poradził sobie z nim w jakiś sposób. Od razu zakładamy, że jego metoda będzie dobra również dla nas.

W firmach, gdy sprzedawcy mają problemy często zatrudnia się jakiegoś doświadczonego i pełnego sukcesów sprzedawcę by nauczył ich swoich sposobów. Po szkoleniu okazuje się zazwyczaj, że jego metody, owszem są skuteczne, ale w innych warunkach, z innym produktem, na innym rynku, w innym systemie motywacyjnym i z innymi warunkami psychologicznymi. Słowem – dla niego są skuteczne, dla innych zabójcze. Do działu personalnego jednak nie dociera, że sposób jest zły. Trener ma sukcesy, w związku, z czym musi mieć rację. To sprzedawcy są leniwi, głupi czy nie pojętni.

Podobnie jest z nami. Jak coś napisali w książce i powiedzieli na szkoleniu, to musi być słuszne. To ja byłem nie dość zaangażowany, skupiony czy pojętny. Zamiast spróbować czegoś innego próbuję jeszcze raz i jeszcze raz.

Trochę więcej dystansu. Wyciąg wniosek i sprawdź czy przyniesie efekt. Jeżeli jakaś technika wymaga jeszcze więcej zaangażowania, jeszcze więcej skupienia, jeszcze więcej prób, to znaczy, że jest trzeba spróbować czegoś innego. Szkoda czasu na bicie głową w mur.

Całe szczęście istnieje jeszcze jedne źródło wiedzy, które jest pozbawiane tych ograniczeń.

Nauczyciel sukces

Sukcesy to najcenniejsze i najłatwiejsze do wykorzystania źródło wiedzy i umiejętności.

Jeżeli coś ci wyszło, to znaczy, że zastosowałaś jakiś skuteczny sposób. Być może da się z niego skorzystać także w odniesieniu do innych przedsięwzięć. Jeżeli uda ci się zrozumieć, co takiego zrobiłaś zyskasz cenną wiedzę.

Ucząc się na sukcesach nie jesteśmy narażeni – tak jak przy porażkach – na przyjęcie pierwszej lepszej, nie pasującej do mnie rady. Znacznie łatwiej nam przebierać wśród dostępnych na rynku mądrości.

Pierwszym krokiem do wykorzystania tego źródła jest zmiana podejścia do sukcesów. Jesteśmy skupieni na słabościach. Przyłapujemy się na wszystkich niedoskonałościach i niedociągnięciach, licząc na to, że któregoś dnia wszystko naprawimy i staniemy się doskonali. To ślepa uliczka. Zamiast przyłapywać się na porażkach, zacznij przyłapywać się na sukcesach.

Każdy ma ich mnóstwo. Nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego jak wiele. To nie muszą być wielkie, epokowe zwycięstwa. Nie muszą dotyczyć jakiejś szczególnie ważnej dziedziny życia. Nawet z mało ważnych osiągnięć wiele można się nauczyć.

Gdy coś ci wychodzi nie traktuj tego jak coś normalnego i spodziewanego. Ale także nie ograniczaj się do świętowania i cieszenia się.

Usiądź i zastanów się:

  • Na czym polegał ten sukces?
  • Gdzie i jak mogę jeszcze zastosować tę metodę?

Szczególnie cenne są osiągnięcia, jakie odnosimy po wielu nieudanych próbach. Walczę, walczę i nic, a tu nagle coś mi wychodzi.

Pomyśl:

  • Jak to robiłem?
  • Czym to się różniło od innych prób, które mi nie wychodziły?

Nie musisz od razu dokładnie rozumieć swojego sposobu. Czasem trzeba poszukać podpowiedzi i wyjaśnień. Tutaj przydają się książki i szkolenia. Być może ktoś stosował podobny sposób i dzięki jego doświadczeniom lepiej ci będzie zrozumieć siebie samego.

Źródło prawdziwej siły

Źródło prawdziwej siły

Posted 31 lipca 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | 21 komentarzy

Czy ty też jesteś mistrzem rozwoju osobistego?

Co pewien czas rzuca mnie po internecie. Trafiam na przeróżne strony. Ostatnio coraz częściej spotykam ludzi, którzy chcą uczyć innych jak stać się człowiekiem sukcesu. Interesuje mnie to, bo sam chciałbym kiedyś nim zostać. Parę dni temu oglądałem pewne nagranie video. Młody człowiek, góra dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy lata zachwalał swoje zaawansowane szkolenie z zakresu rozwoju osobistego. Oczywiście elitarne, pośpiesz się, bo zostało tylko kilka miejsc. Mówił patrząc wprost w kamerę, a jednak miałem wrażenie, że był rozkojarzony i nieobecny. Być może to ten wyższy poziom rozwoju osobistego. Ktoś, kto prowadzi elitarne, zaawansowane seminarium z rozwoju osobistego niewątpliwie wiele sam już osiągnął. Na pewno rozwinął swoją osobistość na wyższym, niedostępnym przeciętnemu człowiekowi poziomie.

Nie obejrzałem nagrania do końca. W internecie dużo jest ludzi, którzy osiągnęli podobny, wyższy poziom rozwoju osobowości. Pewnych siebie, zdecydowanych. Mających poczucie własnej wartości.

Ale wiesz co? Oni niewiele wiedzą na temat rozwoju. Wiesz, kto naprawdę się na tym zna?

Nie, nie, nie… nie ty. Nawet o tym nie myśl. Bo jeszcze zabierzesz mi klientów.

Oczywiście, chodzi o mnie. Wiedziałem, że się domyślisz.

Żartuję. Nie jestem Brucem Lee. Jeżeli nie znasz tego starego dowcipu, przypomnienie:

Do szpitala wariatów przyjeżdża wizytacja. Pytają pierwszego pacjenta:

- Jak się pan nazywa?

- Bruce Lee

Pochodzą do następnego.

- A pan, jak się nazywa?

- Bruce Lee

To samo powtarza się w kolejnych salach, z kolejnymi pacjentami.

W końcu trafiają do dyrektora.

- Panie dyrektorze, dlaczego wszyscy uważają się za Bruca Lee?

- To wariaci…. To ja jestem Bruce Lee!

Nie jestem Brucem Lee. Nie jestem też Napoleonem, Billem Gatesem, Osho, Lao Tsy, Joe Vitale, Bobem Kiyosaki, Napoleonem Hillem, …

Pokora i pycha

Przypominałem sobie dwa stare pojęcia. Używano je wieki temu. Dziś nie mają zastosowania. Choć być może coś pomagają zrozumieć. To pokora i pycha.

Pokora kojarzy nam się z byciem sierotą. Popychadłem, kimś, kto nic w życiu nie osiąga. Pokornie i z uniżeniem człowiek dorabia się garba i zostaje byle kim. Zdrowy człowiek, to taki, który jest asertywny, przebojowy i bezczelny. Potrafi się cenić i dopominać o swoje. Ciche myszki, które nie umieją się bezczelnie promować dostają po uszach i klepią biedę. Oczywiście, kiedyś tam dostaną nagrodę. Jak ktoś wierzy w życie pozagrobowe, może na coś liczyć. Jezus powiedział: Błogosławieni cisi, bo na własność posiądą ziemię. Wiadomo, kiedy to będzie – jak nas już na ziemi nie będzie, albo ziemi już nie będzie.

Takie jest powszechne wyobrażenie na temat pokory. Myślę, że błędne. Pokora to olbrzymia siła. Taka, która pozwala naprawdę, tu i teraz „mieć na własność ziemię”.

Siła

Czasem tę siłę trudno dostrzec. Możesz mieć wrażenie, że pokorny człowiek to słabeusz. Ktoś, kto niewiele może. Ktoś, kogo złamie byle podmuch. Gdy widzisz obok niego wielkoluda prężącego mięśnie, od razu wiesz, na kogo postawić.

Kiedyś był taki człowiek. Miał mizerną posturę i był potwornie wstydliwy. Bał się zabrać głos w większym gronie. Gdy brał udział w zebraniach i chciał coś powiedzieć, zanim zebrał się na odwagę, temat się już zmieniał. Z czasem nauczył się kontrolować swoją nieśmiałość, ale jak wspomina w autobiografii, nigdy całkowicie jej się nie pozbył. Nigdy nie był w stanie swobodnie zabierać głosu – nawet w grupie przyjaciół.

Gdy ktoś, kto go nie znał patrzył z boku, miał wrażenie dziwaka. Drobny, słaby, dziwnie ubrany. Ale jak wspominają ludzie, którzy go widzieli w działaniu:

Jego siła pozostawała ukryta, dopóki nie wymagała tego sytuacja, wtedy w ułamku sekundy podrywał się i rozpędzał do setki, siedząc za kierownicą, tak spokojny jak zwykle (Eknath Easwaran).

Ten mały, pokorny człowiek znany jest jako Mahatma Ghandi.

Może to jednak zbyt odległy przykład.

Operacja

Kilkanaście lat temu przygotowywałem się do operacji serca. Na mojej sali było dwóch ludzi. Wesoły, wygadany i pewny siebie taksówkarz z Tarnowa, oraz mały, chuderlawy rolnik z jakiś zapadłej wsi. Taksówkarz ciągle był dobrej myśli:

- Raz, dwa to zrobią i człowiek od razu zapomni. Nie ma się, czego bać. Ha, ha, ha…

Był pewny siebie i nic sobie nie robił z tego, co go czeka. Ciągle odwiedzali go znajomi. Roześmiani i pewni siebie jak on.

Rolnik był cichy i raczej smutny. Najczęściej spokojnie patrzył na drzewa za oknem. Nie mówił wiele, ale nie ukrywał, że się boi.

Obydwaj mieli być operowani tego samego dnia. Wieczorem odbywa się „przygotowanie do operacji”. Wygląda to jak jakiś plemienny, ludożerczy obrzęd przed wrzuceniem delikwenta do gara. Golą człowiekowi klatkę piersiową, robią lewatywę, ubierają w sztywną, szpitalną pidżamę i dają tabletkę na uspokojenie. Myślę, że robią to specjalnie, żeby pacjentowi nie była za lekko. Po tym obrzędzie człowiek – jeżeli miał jakieś wątpiwości – zaczyna czuć powagę chwili.

Coś wreszcie dotarło do taksówkarza. Zmienił się. Zaczęły mu się trząść ręce. Zamiast kpić i pocieszać innych, patrzył pustym wzrokiem w ścianę. Szybo dostał drugą porcję „głupiego jasia” i odpłynął.

Rolnik zachowywał się dokładnie tak samo jak do tej pory. Rano, następnego dnia, gdy stałem na korytarzu, akurat wieźli go do windy (wiozą człowieka w pozycji leżącej nawet, gdy może chodzić, może boją się, że im uciekanie tuż przed kotłem). Popatrzył mi w oczy i szeroko się uśmiechnął. Taki uśmiech zdarza się, gdy człowiek jest całkowicie autentyczny i spójny z tym, co czuje. Gdy czuje zgodę, na wszystko co się dzieje. Gdy akceptuje lęk (co nie znaczy, że mu się poddaje).

Tydzień później, Rolnik i ja, byliśmy w tym samym sanatorium. Rany goiły się szybko, chodziliśmy na spacery i coraz mniej sapaliśmy pokonując cztery schodki u wejścia. Taksówkarza nie było. Leżał pod respiratorem. Do sanatorium przywieźli go miesiąc później, gdy nas wypisywano. Z dawnej pewności siebie mało zostało.

Widziałem kilka takich przypadków. Ludzie, którzy nie mieli kontaktu ze swoimi emocjami, którzy udawali bohaterów, przechodzi przez operację znacznie gorzej niż ci, którzy nie bali się przyznać, że się boją.

Pycha

Czytałem ostatnio kilka wywiadów z Kingą Baranowską. To młoda, idąca jak burza alpinistka, która m.in. zdobyła szczyt Kanczendzondze (wcześniej zginęła tam Wanda Rutkiewicz). W jednym z wywiadów mówi że wielcy, napakowali goście z reguły nie dają sobie rady w wysokich górach. Ktoś, komu wydaje się, że pokona naturę, nie miał jeszcze okazji się zmierzyć z jej ogromem. Kinga mówi:

Trzeba umieć poddać się naturze, zaakceptować to, że na górze od człowieka już niewiele zależy, bo rządzą tam pierwotne prawa przyrody. Dopiero wówczas można coś zdziałać. Wykorzystać umiejętności, kiedy pozwoli na to natura. (Cały wywiad tutaj)

Myślę, że wszystkie ekstremalne wydarzenia, te niezaplanowane, jak choroby i operacje, jak i te zaplanowane jak wyjście na ośmiotysięcznik, uczą pokory. Zarówno wobec świata jak i siebie oraz swoich sił.

Pycha polega na tym, że człowiekowi wydaj się, że zawsze i ze wszystkim sobie poradzi. Że zawsze wszystko mu się uda i że zawsze będzie miał wiele sił. To złudzenia, dziecinada, przebieranki, strojenie się w teatralne kostiumy, ubieranie papierowych koron.

Pycha, czyli sztywne, wysokie mniemanie na temat siebie i własnych możliwości, zaburza ocenę sytuacji. Alpinista, który nie potrafi realnie ocenić własnych możliwości po prostu ginie. Nikt, nawet największy twardziel nie jest w stanie wisieć na jednym palcu, w mrozie i lodzie i bez jedzenia. Tak samo, jak nikt nie jest w stanie świadomie otrzeć się o śmierć i nie poczuć strachu.

Mając dwadzieścia lat łatwo z pewną siebie miną, ubrać szaty mistrza, zaawansowanego w rozwoju osobowym. Ale przed tobą człowieku jeszcze parę gór. Parę mroźnych zawieruch. Kilka gór, na których brak tlenu i człowiek cały czas czuje się słaby, zmęczony i obolały.

Prawdziwa siła nie jest efektem papierowej wiedzy. Nie jest efektem obtrzaskania się w kolejnych, mielących to samo poradnikach, filmach i ebookach.

Prawdziwa siła nie bierze się z powtarzania sobie, jaki jestem wielki, dumny i wspaniały. Nie jest efektem afirmacji, kotwiczenia, czy pracy z terapeutą.

Pokora

Pokora to nie jest umniejszanie się, pomniejszanie, stawianie w kącie czy uważanie się za kogoś najgorszego. Pokora to taki stan, w którym po prostu jesteś taki, jaki jesteś. W którym nie udajesz przed innymi, ani przed sobą, że jesteś „kimś”. W którym nie udajesz, że czujesz coś innego niż czujesz. W którym nie stroisz się w jakieś maski czy etykiety.

Łacińskie słowo oznaczające pokorę – humilitas, wzięte jest ze słowa oznaczającego ziemie (humus).

Być pokornym, to być jak ziemia. Być pokorny, to być z ziemi. Ani z marsa, ani z wenus. Z otwartej, dostępnej dla wszystkich, chłonnej ziemi. Nie jesteś pokorny wtedy, gdy nad sobą rozciągasz parasol, który nie pozwala padać kroplom. Pokorny człowiek, to człowiek odsłonięty, nagi. Taki jak ziemia. Jak pisze Anselm Grün:

…humilitas oznacza pogodzenie się z naszą ziemską istotą, z naszą przyziemnością, z naszym światem popędów, z naszym cieniem. Humilitas oznacza odwagę przyznania się do prawdy o sobie.

Niech cię nie zwiedzie nieco jęczący ton, który co pewien czas się pojawia na tym blogu. Cały czas staram się, także przez mój przykład, położyć cię na ziemi. Bo wiem, ze dzięki temu będziesz silniejsza / silniejszy, Chciałbym byś nauczył się swojej głupoty, ograniczeń i słabości. Byś nauczył się ją radośnie przyjmować. Nie dlatego by się tym chwalić, ani nad nią użalać, ani jej poddawać.

Być może trochę ciężko to wszystko przyjąć.

Jestem neurotykiem. Człowiekiem splątanym przez zbyt wiele ograniczeń i emocji. Tak samo jak ty. Tak samo, jak dziewięćdziesiąt parę procent ludzi żyjących we współczesnej zachodniej cywilizacji.

To trochę dziwne być słabym, niezdarnym, pokręconym, głupim świrem, w świecie, gdzie każdy musi być doskonały, silny, mądry i odnoszący sukcesy.

Dla niektórych bardzo dziwne. Ale może, przyznając się do tego jesteśmy w całkiem dobrym towarzystwie?

Abraham Maslow, znany ze swojej teorii motywacji, zrobił coś bardzo cennego. Przeprowadził badania nad ludźmi, będącymi prawdziwymi okazami zdrowia psychicznego. Nazwał ich ludźmi samorealizującymi się (były to zarówno osoby współczesne jak i historyczne – np. Einstein, Huxley, Schweitzer, Spinoza, Casalas, Whitman). Jedną z ich kluczowych cech okazała się akceptacja – siebie, innych i przyrody. Maslow pisze:

Są to ludzie zdolni ze stoicyzmem akceptować własną ludzką naturę z jej wszystkimi brakami, z tym wszystkim, co odbiega od obrazu idealnego, bez prawdziwego zakłopotania. Powiedzenie, że są to osoby zadowolone z siebie, sugerowałoby błędne wrażenie. Należy raczej powiedzieć, że są one zdolne przyjmować niedoskonałości i grzechy, słabości oraz zło ludzkiej natury, w tym samum, niekwestioniującym duchu, w jakim przyjmuje się właściwości przyrody.

Czasem świeci słońce i jestem pełny radości. Jestem skuteczny i pewny siebie. Czasem wieje wiatr i boję się wyjść z domu. Jestem słaby i ograniczony. To normalne. Gdy to zaakceptujesz, gdy przestaniesz oczekiwać czegoś sprzecznego z naturą, zaczniesz docierać do prawdziwej siły.

Nie trać czasu na próby „zaawansowanego rozwinięcia swojej osobowości”. Szkoda energii. Carlos Castaneda w jednej ze swoich książek o Don Juanie pisze:

Większość naszej energii pochłania podtrzymywanie wysokiego mniemania o sobie… Gdybyśmy potrafili utracić odrobinę swojej ważności, zaszłyby dwa niezwykłe zdarzenie. Po pierwsze uwolnilibyśmy energię wkładaną w utrzymanie złudnego wizerunku własnej wielkości i po drugie, dostarczylibyśmy sobie dość energii by na mgnienie dojrzeć rzeczywistą wielkość wszechświata.

Nie widzisz wspaniałości świata, gdy ciągle jesteś skupiony na sobie.

Nie szukaj pozorów. Nie daj się omotać zawodowym manipulatorom (czy motywatorom – podobne słowo).

Szukaj prawdziwej siły i wiedzy. Nie tej papierowej.

A ona zjawia się wtedy, gdy odważysz się przyjąć swoją własną naturę. Taką, jaką jest. Gdy przestaniesz traktować siebie samego, jakbyś był kartką papieru, na której można wypisywać największe bzdury.

Spotkasz w sobie część tej samej natury, którą podczas wspinaczki spotyka himalaistka. Należy jej się szacunek, a nie lekceważenie.

Photo:

Samodyscyplina

Samodyscyplina

Posted 29 lipca 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | 13 komentarzy

Pewnego dnia pracowałem w moim biurze dłużej niż zwykle. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jest prawie piąta. Byłem umówiony na piątą! Jak mogłem zapomnieć?! Szybko zamknąłem komputer i spakowałam się. Biegiem do drzwi wyjściowych. Chwyciłem za klamkę. Bezruch. Zamknięte od zewnątrz.

Drzwi mają zamek Gerda. Nie cierpię tych zamków. Gdy ktoś przekręci klucz z zewnątrz, nie można ich otworzyć od środka. Mój sąsiad z biura obok wyszedł wcześniej i zapomniał sprawdzić, czy ktoś jeszcze jest.

Byłem uwięziony. Do tego bardzo się spieszyłem.

Biuro jest na pierwszym piętrze. Wyjść przez okno się nie da. W budynku nie żadnej obsługi (strażników czy portierów). Nikt by nie usłyszał mojego tłuczenie się. Nie miałem gdzie zadzwonić po pomoc.

Do pracy ludzie przychodzą rano. Po piątej rzadko ktoś się pojawia.

Podszedłem do okna i domyśliłem się co muszę zrobić. Otworzyć okno, zatrzymać jakiegoś przechodnia, rzucić mu klucz i poprosić by mnie otworzył.

Łatwo powiedzieć. Otworzyłem okno. Na zewnątrz był hałas. Raz na jakiś czas ktoś przechodził. Ale przecież nikt nie chodzi z oczyma utkwionymi w moje okno. Trzeba przyciągnąć uwagę człowieka. Krzyknąć, albo przynajmniej głośno mówić.

Akurat ktoś przechodził. Wziąłem oddech i … nic. Odsunąłem się od okna. Jestem osobą nieśmiałą. Nie chorobliwie. We wielu obszarach jestem śmiały, np. stosunkowo bez problemów przemawiam przed grupą. Jednak moją piętą achillesową jest inicjowania kontaktów. Nie potrafię bez stresu zaczepić kogoś, kogo nie znam. A nawet, jeżeli już jestem w stanie to zrobić (czasem się zdarza) to zaczepianie kogoś krzykiem, z wysokości pierwszego piętra, nie do końca mi się podobało. Bądźmy szczerzy. To mnie przerażało. Trudno mi wyobrazić coś bardziej stresującego.

Nogi się pode mną ugięły. Poczułem się słabo, zabrakło mi oddechu, głos ugrzązł w krtani…

- Nie, nie jestem jeszcze gotowy – wyszeptałem – muszę się przygotować. Zacząłem próbować różnych metod, wzbudzałem w sobie odwagę i pewność siebie, tłumaczyłem sobie, wyciszałem się, patrzyłem z innej perspektywy, dysocjowałem…

Czas mijał. Było już prawie dziesięć po piątej. Być może do rano rozwiązałbym swoje problemy emocjonalne.

Wtedy zrozumiałem, że jedynym sposobem jest przestać walczyć z emocjami.

- Tak jestem świrem, jestem spięty i nieśmiały, głos mi się łamie, boję się i nic nie mogę z tym zrobić.

Podszedłem do okna:

- Proszę pana…. mój głos brzmiał bardzo niemrawo. Rzeczywiście jestem nieśmiały – pomyślałem – całkowita sierota. Gość na dole, nawet nie zwrócił na mnie uwagi.

- Halo, proszę pana – spróbowałem nieco głośniej, mimo, że miałem ochotę uciec. – Halo… Człowiek w końcu podniósł głowę.

- Mam wielką prośbę. Kolega zamknął mnie od zewnątrz. To Gerda i nie da się jej otworzyć od środka. Mógłby pan wziąć te klucze i otworzyć od zewnątrz?

- Proszę rzucić

Po chwili byłem wolny.

Na tym właśnie polega samodyscyplina. Zrobić coś, niezależnie od tego, co czujesz, dlatego, że wiesz, że trzeba to zrobić. To nie jest łatwe.

Samodyscyplina nigdy nie jest łatwa. Ale staje się łatwiejsza, gdy przyjmujesz otwarcie, „na klatę”, wszystkie emocje jakie czujesz. Gdy przestajesz szukać w sobie odwagi, dzielności czy śmiałości i skupiasz się na tym, co masz do zrobienia. Zrobiłem to jak sierota. Głos mi się łamał i byłem spięty. Wątpię jednak by przechodzień to zauważył.

Samodyscyplina nie polega na próbie kontroli swoich emocji czy wmawianiu sobie, że jest się odważnym, pracowitym czy skupionym.

Shōma Morita napisał:

Machnij ręką na siebie. Zacznij działać teraz, gdy jesteś neurotyczny, niedoskonały, wiecznie zwlekający, leniwy, niezdrowy czy też jakiejkolwiek innej niecelnej etykiety w odniesieniu do siebie używasz. Idź naprzód i bądź najlepszą niedoskonała osoba, jaką możesz być i zabierz się za rzeczy, jakich chcesz dokonać, zanim umrzesz.

Nie walcz, nie próbuj się zmieniać, nie podbijaj siebie. Dostrzegaj i czuj to, co się dzieje w twoim środku, ale swoją energię skup na tym, co masz do zrobienia.

Gdy zaczniesz już działać, zobaczysz, że twoje emocje i stany zaczną same się zmieniać i iść za tym, co robisz. Gdybym jeszcze kilka razy był zmuszony zaczepić w ten sposób ludzi, stałbym sie całkiem odważny. Odpukać… Wcale mi na tym nie zależy. Lubię swoją nieśmiałość.

Samodyscyplina, która polega na sterowaniu emocjami czy myślami, to walka z wiatrakami. Mimo chwilowych sukcesów, nigdy jej nie wygrasz.

Skuteczna dyscyplina polega na działaniu. Po pierwsze musisz wiedzieć co trzeba zrobić. Po drugie musisz skupić swoją uwagę na działaniu a nie na sobie. Gdy walczysz ze swoimi emocjami czy myślami, jesteś skupiony na sobie, a nie na świecie zewnętrznym.

Siedem zasad prostego życia z celem

Siedem zasad prostego życia z celem

Posted 11 lipca 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: Bez kategorii | 15 komentarzy

Siedem zasad, które ostatnio są dla mnie ważne. We większości zaczerpnięte od Shomo Morita, który stał się ostatnimi czasy kimś w rodzaju przewodnika.

Być może któraś z tych zasad będzie pomocna także dla ciebie. Mnie pozwalają wyzwolić się z głupiej gonitwy opierającej się na fałszowaniu rzeczywistości i ściganiu własnego ogona.

Pierwsza. Przyjmuję wszystko co się dzieje wewnątrz mnie. Nie ukrywam się przed niczym, co zechce pojawić się w mojej świadomości. Nie udaję przed sobą, że nie mam jakichś emocji. Np. nie udaję, że jestem pełny siły, gdy nie jestem. Nie udaję, że mam doskonały humor, gdy czuję smutek. Nie udaję spokoju, gdy wewnątrz czuję złość. Przyjmuję wszystko co zechce się we mnie pojawić. Otwarcie przyjmuję zarówno emocje przyjemne jak i nieprzyjemne. Otwieram na nie cierpliwą i wyrozumiałą uważność.

Druga: Porzucam nadzieję na zmianę swoich myśli i odczuć. Porzucam poczucie odpowiedzialność za emocje i myśli jakie odczuwam. Porzucam oczekiwania na to bym się stał innym człowiekiem, bym miał inne myśli, odczucia, wyobrażenia, bym w inny sposób wyglądał, miał inne ciało czy inaczej mówił. Mam to, co powinienem mieć. Próby jakichkolwiek zmian siebie przez siłę woli są nieskuteczne. Mogę tylko usiłować zmienić swoje odczucia, ale nie mogę ich zmienić. Nie jestem odpowiedzialny za emocje i myśli jakie do mnie przypływają. Np. myśl: to co robię jest bez sensu, nie jest moją winą i nie muszę jej na gwałt zmieniać. Nie jest moją winą smutek, złość czy zagmatwanie. Tak samo jak nie jest moją winą stan nieba za oknem – to czy są na nim chmury czy słońce.

Trzecia: Przyjmuję pełną odpowiedzialność za wszystkie moje działania. Jestem odpowiedzialny za wszystkie moje czyny, niezależnie od tego jak się czuję. To jakie myśli przychodzą mi do głowy oraz jakie emocje czuję, nigdy nie jest wytłumaczeniem zaniechania jakiegoś działania czy zrobienia czegoś, czego nie powinienem robić. Gdy człowiek spowoduje wypadek wjeżdżając na czerwone światło, to, że czuł pośpiech nie jest okolicznością łagodzącą. Każdy z nas, codziennie robi setki rzeczy na które nie ma żadnej ochoty – chodzimy do dentysty, wstajemy wcześnie rano, witamy się ze zrzędzącym sąsiadem, płacimy podatki, itp. Nikt z tego nie robi problemu. Mówienie „ale ja się bardzo bałem” nie wyleczy zepsutych zębów. Jestem w pełni odpowiedzialny za wszystkie moje działania, niezależnie od tego co czuję. Jeżeli nie mam najmniejszej ochoty wymyć garów, nie jestem odpowiedzialny za to ile zapału czuję do mycia garów, ale jestem w pełni odpowiedzialny za to, czy gary są wymyte czy nie.

Czwarta: Pozwalam sobie dostrzec świat wokół mnie. Przestaję utrzymywać skupienie uwagi na mnie samym – moich odczuciach czy myślach. Utrzymywanie uwagi na sobie samym jest jak skupianie się na szybie, zamiast na widoku za nią. Zza najbrudniejszej szyby można zobaczyć wspaniały widok a przez najbardziej czystą taflę niczego można nie zobaczyć. Gdy tylko mogę skupiam swoją uwagę na tym, co mnie w danej chwili otacza – na innych ludziach, niebie, powietrzu…. Świat za oknem jest ciekawszy niż samo okno. To moje złe nawyki trzymają mnie skupionego na własnym nosie. Pozwalam sobie na to by skupić się na świecie za oknem. Gdy mój wzrok znowu skupia się na brudach za oknem (lub pięknych ornamentach), dostrzegam je a następnie patrzę co jest ciekawego poza nimi.

Piąta: Pamiętam o swoim marzeniu i celach, choćby nie wiem jak wydawały mi się nierealne, odległe czy śmieszne. Zadaję sobie pytanie: Co teraz jest moim celem? Do czego teraz dążę? Gdy piszę staram się przypominać sobie po co to piszę. Jaki problem chcę rozwiązać. Jakiej rozrywki chcę dostarczyć. Komu chcę pomóc. Co jest moim celem?

Szósta: Skupiam się na kolejnym kroku. W każdej chwili mogę zrobić jeden mały krok do przodu. Jeżeli znam swój cel, mogę skupić się na kolejnym kroku. Nie mogę zrobić wszystkiego od razu. Skupiam się na tym, co mam pod nosem. Nie czekam, aż zmienią się warunki, ktoś mi pomoże, lepiej się poczuję czy wreszcie nauczę się wszystkiego, czego powinienem umieć. Wszystko, co mogę teraz zrobić, to…….. Nie jest ważne co mogą zrobić inni by mi pomóc. Nie jest ważne, co mogę zrobić kiedyś, w przyszłości. Ważne jest to, co ja mogę zrobić teraz .

Siódma: Rezygnuję, dopiero gdy mi się uda. Jestem osobą, która łatwo się wycofuje. Często czuję, że to co robię nie ma sensu. Często zabieram się za coś innego, bo wydaje mi się, że odniosłem totalną porażkę. Potem okazuje się, że wcale tak źle nie było. To wszystko tylko myśli i odczucia. Nie jest ważne dlaczego i skąd się wzięły. Szkoda czasu na ich leczenie i analizę. Wiem, że są po prostu jak stara zrzędząca baba, która chce mnie zepchnąć z mojej drogi. Mówi tym głośniej im bardziej chcę ją zagłuszyć. A gdy robię swoje mimo jej zrzędzenia, cichnie. Tak, zmienię swoje cele, wycofam się, zrezygnuję – ale dopiero gdy uda mi się to do czego dążę.

Która z zasad wydaje ci się przydatna? Którą stosujesz? Którą warto zastosować? Której nie mógłbyś stosować?

Nową notkę opublikuję dopiero po tym, jak zbierzemy tu siedem komentarzy ;-)

Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

Posted 02 lipca 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: historie | 9 komentarzy

Gilbert Kaplan miał 24 lata i był jednym z wielu dobrze zapowiadających się ekonomistów pracujących na nowojorskiej giełdzie.

Jeden z jego kolegów, pewnego dnia zaproponował:

- Może byś się wybrał ze mną na koncert do Carnegie Hall? W składzie orkiestry będzie nauczyciel mojego dziecka.

Gilbert z chęcią się zgodził. Lubił muzykę poważną. Jako dziecko uczył się nawet gry na fortepianie. W Carnegie Hall mieli grać II Symfonię Mahlera „Zmartwychwstanie”. Wolałby coś, co znał – Beethovena, Mozarta czy Bacha. Wszedł do sali koncertowej obojętny, bez żadnych specjalnych oczekiwań.

Wyszedł oszołomiony. Muzyka poruszyła go do szpiku kości. Nie mógł przestać o niej myśleć. Wspomina:

Poczułem się jakby przebiegła przeze mnie błyskawica. Muzyka objęła mnie wokół swoimi ramionami i nigdy mnie nie puściła.

Zamarzył by znaleźć się w środku. Wywoływać ją ruchami dłoni. Pozwolić jej przepływać przez siebie. Słowem, poprowadzić orkiestrę.

Marzenie dosyć powszechne. Nie ma chyba melomana, który by nie dyrygował swojemu odtwarzaczowi gdy nikt nie widzi. W rzeczywistości jednak wymachiwanie rękoma i podrygiwanie w rytm nagrania, nie ma wiele wspólnego z dyrygowaniem. Gdy przyjrzysz się temu co robi dyrygent, zauważysz, że jego ręce często wyprzedzają muzykę. Gdy np. pokazuje mocne uderzenie w kotły, przez chwilę nic nie słychać. Muzyk, nawet gdy ma pałki w pogotowiu, musi je jeszcze opuścić. Uderzenie słuchać zatem po chwili. Pokazując co będzie za chwilę, maestro równocześnie słucha uważnie tego, co się dzieje teraz. Gdy trzeba spowalnia albo przyśpiesza, gdy trzeba wycisza lub podgłaśnia. Musi także pamiętać o tym, co będzie za jakiś czas i z góry dać sygnał odpowiednim muzykom. Do tego dochodzi ciężka praca przed koncertem. Trzeba dać szczegółowe wskazówki i opanować muzyków (najczęściej zakompleksionych, złośliwych, przemądrzałych i niesamowicie biegłych). Prowadzenie orkiestry symfonicznej to naprawdę trudna sztuka. A prowadzenie orkiestry grającej II Symfonię Mahlera to cztery razy trudniejsza sztuka. Ponad stu muzyków, do tego prawie dwustuosobowy chór. Dwóch solistów. Prawie dziewięćdziesiąt minut muzyki.

Ponieważ sprawa była niemożliwa do zrealizowania, Kaplan zajął się ekonomią. Założył miesięcznik poświęcony inwestowaniu i osiągnął ogromny sukces. W ciągu następnych kilkunastu lat został milionerem oraz osobą o dużej reputacji w swojej branży.

Jednak jego miłość do symfonii Mahlera tak łatwo się nie poddała. Powoli przeradzała się w obsesję. Słuchał nagrań, jeździł na koncerty, zbierał pamiątki po Mahlerze, czytał co mógł. Ale to wszystko było za mało.

Po piętnastu latach, do czterdziestoletniego przedsiębiorcy dotarło że ma dwie możliwości. Może spróbować coś zrobić, albo może tylko mieć marzenie.

Pierwsza możliwość była bardzo ryzykowna. Łatwo zrobić z siebie głupca. Poważny inwestor i przedsiębiorca zabiera się za dyrygowanie. Bez żadnego wykształcenia muzycznego, bez doświadczenia, porywa się na Mahlera. Kolejny bogacz, któremu pieniądze przewróciły w głowie. Kolejny niedojrzały facet, który zamiast robić swoje, jak mały chłopczyk żyje dziecięcymi marzeniami. To nie byłby najlepszy zabieg z punktu widzenia PR-u.

A co będzie, jak nie wyjdzie? Co będzie jak muzycy nie będą słuchali? Jak każdy zacznie grać swoje i zamiast symfonii rozlegnie się chaos?

Czy nie lepiej zostać przy machaniu rękami przed drogim sprzętem hi-fi? Dźwięk jest przecież jeszcze lepszy niż w filharmonii. Po co ryzykować reputację?

Ale druga możliwość też wiązała się z ryzykiem. Kaplan mówi:

W życiu zawsze jest ryzyko, które podejmujesz lub nie. W moim przypadku były tylko dwa rodzaje ryzyka. Pierwsze, że zrobię z siebie głupca. Drugie, dla mnie znacznie większe, że przez całe życie będę zastanawiać się co by było, gdyby spróbował. Nie mogłem zdobyć się przez lata. Byłem zbyt przerażony by się odważyć. Ale w końcu…

…w końcu zdecydował się spróbować. Zbliżała się rocznica założenia jego czasopisma. Postanowił choć raz poprowadzić orkiestrę. Plan był prosty. Wynająć orkiestrę, zaprosić znajomych i wykonać ukochaną symfonię.

Wystarczy się przygotować. Po pierwsze partytura. Bagatela, dwieście dziewięć stron zapełnionych nutami. Wspomina:

Gdy zacząłem się uczyć, czułem, że nie robię żadnych postępów. Ucząc się przez dwa tygodnie, po dziewięć godzin dziennie, opanowałem zaledwie czternaście stron. To było zniechęcające. Ale wtedy uświadomiłem sobie, że przecież uczę się jednej strony dziennie. Nauka zajmie mi dwieście dziewięć dni. Kawałek po kawałku, ale robiłem postępy. To dało mi poczucie pewności.

Nie wystarczała znajomość nut. Kaplan, na prywatnych lekcjach uczył się także dyrygentury. Przygotowanie zajęło mu dziewięć miesięcy codziennej pracy po pięć – dziewięć godzin. Później mówił:

Gdybym wiedział, jakie to trudne, nigdy bym się na to nie odważył. Coś ci mówi idź do przodu podczas gdy logika mówi: nie rób tego. To tak jak z trzmielem. Od strony aerodynamicznej trzmiel nie jest zdolny do tego by latać. Jego waga, rozpiętość skrzydeł, to wszystko sprawia, że nie powinien nawet próbować. Ale o tym nie wie. I jakoś lata.

Lepiej podjąć ryzyko niż żyć z wyrzutami. Zawsze możesz zrobić więcej niż ci się wydaje. Największym problemem jest po prostu zacząć. Po prostu spróbuj. Zawsze możesz zrezygnować. To niesamowite jak niewiele osób próbuje cokolwiek zrobić, bo boją się uczynić pierwszy krok.

Pierwsze wykonanie II Symfonii pod batutą Kaplana było sukcesem. Do dziś Kaplan pracował z ponad trzydziestoma orkiestrami. Zaproszono go nawet na prestiżowy festiwal w Salzburgu, gdzie prowadził Londyńską Orkiestrę Symfoniczną. Od publiczności otrzymał niespotykaną, dziesięciominutową owację na stojąco. Płyty z jego wykonaniem symfonii, stały się bestsellerami.

Trzmiel, mimo, że nie powinien, poleciał. Niektórzy muzycy narzekają, że wykonania Kaplana nie są tak wielkie jak uważa publiczność i krytycy. Że sprawa jest rozreklamowania. Być może mają rację. Trzmiel nie jest owadem, który lata najpiękniej. Ale w odróżnieniu od narzekających, lata.

Czasem marzenie jest czymś, o czym staramy się zapomnieć. Czymś, co odsuwamy od siebie, tak długo, jak tylko się da. Wizja wydaje się zbyt nierealna. Logicznie rzecz biorąc nie powinniśmy mieć szansy na to, by ją zrealizować. Jak tam u ciebie? Czy jeszcze masz takie marzenie? Marzenie, którego nieco boisz się mieć? Coś, co jest zbyt nierealne by próbować? Dziś, zbyt nierealne, ale jutro… wszystko zależy od tego co dziś zrobisz.


Źródła cytatów:


1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

Posted 02 czerwca 2009 | By Zbyszek Ryżak | Categories: historie, pracuję nad.... | 4 komentarze

Akceptacja siebie jest pierwszym krokiem

Czy to, że należy otworzyć się na wszystko co w sobie mamy (i jeszcze ten post) w sobie oznacza, że mamy tacy zostać? Poddać się i zrezygnować z naszych wizji? Ponieważ jestem mały i bezradny, to nic innego nie mogę, jak tylko siedzieć i czekać? Ponieważ się boję, to lepiej nie będę się forsował, w końcu mam żyć w zgodzie z tym co czuję?

Co ze słowami Williama Jamesa

Istoty ludzkie poprzez zmianę swoich wewnętrznych postaw, mogą zmieniać zewnętrzne aspekty swojego życia.

Czy to tylko pobożne życzenie?

Mam nadzieję, że nikt tego w ten sposób nie rozumie. Przyznanie się do negatywnych uczuć nie oznacza, że mamy zrezygnować. Akceptacja wszystkiego co w sobie mam jest pierwszym krokiem na drodze do tego zmieniać siebie i swoje życie.

Zanim jednak zaczniesz się zmieniać, musisz nauczyć się wsłuchiwać w siebie. Musisz rozwinąć w sobie nawyk wpuszczania światła, wszędzie tam, skąd dobiegają niepokojące dźwięki, tam gdzie coś się kryje.

Lokator małego mieszkania

Był sobie człowiek, który mieszkał w jednym ciasnym pokoju. Pokój był tak mały, jak te z reklamówek IKEA. Aby położyć się spać musiał złożyć stół i schować krzesła. Aby zrobić coś do jedzenia musiał schować łóżko i wystawić książki za drzwi. Widoki z okna też nie miały w sobie przestrzenni. Ceglasta ściana innego budynku. Także akustycznie mieszkanie był nieprzyjemne. Z mieszkań obok ciągle dobiegały jakieś dziwne dźwięki. Czasem pełne złości okrzyki, czasem kłótnie, czasem szlochy i zawodzenie. Miał już tego dość. Marzył by coś się zmieniło.

Któregoś dnia odwiedził znajomego. Jego kilkupokojowe mieszkanie wydawało mu się wielkie, przestronne i wspaniałe. Widok z okien go zachwycał. Lokator ciasnego mieszkanka poczuł się jak w raju. Znajomemu pochlebiał jego zachwyt. Zaproponował mu, że jeżeli tak bardzo mu się to wszystko podoba, może zrobić sobie kilka zdjęć jego mieszkania.

- Naprawdę, będziesz tak dobry dla mnie? Zapytał pełny szczęścia – To doskonały pomysł. Gdy wywieszę te zdjęcia w swoim mieszkaniu, będę mógł czuć się, tak jakbym był tutaj.

Obfotografował mieszkanie, poszedł do zakładu fotograficznego i kazał sobie zrobić największe odbitki jakie można. Gdy wrócił do swojej ciasnoty porozklejał zdjęcia wokół. W jego ciasnym mieszkaniu zrobiło się bardziej przestrzennie. Gdy patrzył na ścianę i widział duże zdjęcie, wydawało mu się że też ma takie wspaniałe mieszkanie jak jego znajomy. Nawet na oknie nakleił zdjęcie. Teraz, tak jak znajomy, gdy patrzył w stronę okna widział zielone drzewa. Czuł się o niebo lepiej. Wydawało mu się, że nie słyszy już nawet hałasów zza ścian. Przeszkadzały mu tylko czasem w nocy, gdy było ciemno. Ale wystarczyło zaświecić światło i popatrzeć na ściany.

Po pewnym czasie przywykł. Zdjęcia przestały mu dawać poczucie przestrzeni. Ale odkrył, że wystarczy zdobyć nowe zdjęcia na ścianę. Za niewielką opłatą, właściciele większych mieszkań z chęcią dzielili się tym, co widzą po przebudzeniu. Jedne zdjęcia przylepiał na drugie, aż po paru latach narosła całkiem spora ich warstwa. Nasz lokator był bardziej zadowolony ze swojego życia.

Któregoś wieczora usłyszał nieśmiałe pukanie do drzwi. Gdy otworzył drzwi zobaczył ubranego na szaro staruszka. Już miał go przegonić, ale staruszek wydał mu się znajomy. Rozmawiało im się tak dobrze, że zaprosił go do środka na herbatę. Gdy staruszek spojrzał na ściany powiedział:

- Widzę, ze marzysz o większej przestrzeni. To dobrze. Powiedz tylko, dlaczego nie sprawdziłeś, co jest za drzwiami na tej ścianie?

Staruszek wskazał jedną ze ścian.

- Drzwiami? Tu przecież nie ma żadnych drzwi.

- Może masz rację. Może mi się tylko wydawało? Powiedział z uśmiechem staruszek i poszedł.

- Miły człowiek – westchnął lokator ciasnego mieszkania – ale trochę zakręcony. Jego myśli zaczęły jednak krążyć wokół tego co powiedział. W końcu nie wytrzymał i zaczął zrywać z niej wszystkie zdjęcia i plakaty, jakie przez lata na niej przyklejał. Pod spodem rzeczywiście były drzwi. Już zupełnie zapomniał o tym, jak wyglądało jego mieszkanie, zanim zaczął ozdabiać jego ściany.

Pchnął je nieśmiało. Z ciemnej szpary dobiegał zawodzący, smutny dźwięk, ten sam, który wiele razy słyszał, tylko przestał na niego zwracać uwagę. Szybko zamknął drzwi i przykrył ścianę zdjęciami. Nie podobało mi się to. Nie chciał nic o tym wiedzieć.

Położył się spać mając nadzieję, że wszystko będzie jak dawniej. Nie mógł zasnąć. Nie pomogło przykrywanie się poduszką i liczenie owiec. Wstał, wyciągnął latarkę, jeszcze raz zerwał wszystko ze ściany i pchnął drzwi. Był przerażony, ale mimo tego zrobił krok do przodu. Pokój był pusty, a zawodzące płaczliwe dźwięki dobiegały z niesprawnej wentylacji. Gdy się oswoił, rozejrzał się i zobaczył okiennice. Gdy je otworzył, pokój okazał się jasnym pomieszczeniem, który wymagało tylko niewielkiego remontu.

To nie było jego jedyne odkrycie. Z duszą na ramieniu i latarką w dłoni  odrywał kolejne pomieszczenia. Jedno za drugim. W końcu zrozumiał, całe życie mieszkał w małym, ciasnym, kiepsko położonym pokoiku, który był częścią wielkiego, zamku. Gdyby nie strach przed dźwiękami dobiegającymi zza ścian, gdyby nie zdjęcia powieszone na ścianie, być może dawno by odkrył, że jest właścicielem wspaniałego, ogromnego zamku. Znacznie większego i piękniejszego niż to, co widział u innych. Być może już dawno by się przeniósł, do obszernej wspaniałej komnaty o jakiej zawsze marzył.

Gdy ktoś go odwiedzał i patrzył z rozmarzeniem na przestrzeń w jakiej mieszkał, nigdy nie pozwalał robić zdjęć. Zamiast tego dawał mu latarkę i pytał: „Czy sprawdziłaś kiedyś, co masz za ścianą?”

Wpuść światło

Wpuść światło, tam skąd dobiegają zatrważające dźwięki. Może nic tam nie będzie, może to tylko wiatr, albo buszujące myszy, a może – kto wie – będzie tam jakiś potwór, który czeka na oswojenie? Nie ma jednak innej drogi do tego by zacząć mieszkać we większym mieszkaniu. Przyklejanie na ścianę wspaniałych widoków daje tylko złudzenie przestrzeni. Gdy powtarzasz zaklęcia i zapewnienia o tym, jak wszystko jest wspaniałe, zaklejasz drzwi, które powinieneś pokonać. Jesteś bogaty, jesteś wspaniały, ale najpierw wpuść światło.

Nie ma skutecznej zmiany, która by opierała się na tłumieniu siebie. Jeżeli chcesz zmienić swoje życie i swoją postawę, musisz zacząć od wsłuchania się w siebie. Nic nie można w sobie zmienić, tak długo, póki najpierw tego nie doświadczysz.

Czego się boisz? Czego się obawiasz? Jakie stoją przed tobą lęki?

Patrz im w oczy. Oswajaj je. Bądź do nich większy. Nie pozwalaj im zabierać przestrzeni. Nie udawaj, że ich nie ma.

Photo by JoopDorresteijn 

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 5,00 out of 5)
Loading ... Loading ...