Tag Archives: unikanie doświadczeń
Negatywne emocje – jak wyciągnąć kamyk z buta?

Negatywne emocje – jak wyciągnąć kamyk z buta?

Opublikowano 22 grudnia 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: Bez kategorii | 9 komentarzy

Człowiek szedł górską drogą. Śpieszył się, bo na szczycie czekał na niego wspaniały widok. Gdy przechodził przez piargi, do buta wpadł mu ostry kamień. Jęknął z bólu, ale nie przestał iść.

Za chwilę go wyjmę, gdy okolica będzie bardziej przyjazna – pomyślał.

Kamień tylko na początku był trudny do zniesienia. Wystarczyło stawiać stopę nieco bokiem i mniej ją obciążać a ból stawał się łatwiejszy do wytrzymania. Człowiek zaczął się przyzwyczajać. Po jakimś czasie całkiem przestał zwracać uwagę na uwieranie. Ciągle szedł pod górę. Co prawda kulał i niezgrabnie stawiał stopę, jednak nie przejmował się tym. Ten sposób poruszania zaczął mu się wydawać zupełnie normalny.

Niby wszystko świetnie, ale nasz podróżnik zużywa na swój marsz więcej energii niż potrzeba. Nadweręża swoje stawy, ścięgna i mięśnie. To z kolei obciąża cały jego organizm.

To wszystko jest spowodowane nie tyle przez kamień (który nie jest tak dużym balastem) ale przez chodzenie w taki sposób by go nie czuć.

Mamy wiele takich uwierających kamieni. Nic z nimi nie robimy oprócz tego, że staramy się jak najsłabiej je czuć.

Na przykład idziesz ulicą i czujesz się „nie w sosie”. Jesteś rozdrażniony, denerwują cię przepychający się ludzie, smrodzące samochody, pochmurna pogoda czy temperatura. Wsiadasz do tramwaju (znowu wszystko jest nie tak), potem wchodzisz do pracy (myślisz: dlaczego ja muszę tych ludzi codziennie oglądać?)… i tak mija cały dzień. Coś cię uwiera, ale przywykłeś. Radzisz sobie jakoś. Wydaje ci się, że to odczucie jest normalną ceną za to, że idziesz do przodu.

Na pierwszy rzut oka ten sposób wydaje się dobry. Robienie tragedii nad każdym negatywnym odczuciem jest przecież właściwe dla neurotyków. Złe samopoczucie nie powinno blokować tego, co robimy. Głupi kamyk w bucie nie może przerywać marszu do góry.

To rzeczywiście dobra zasada by nie przejmować się chandrami i pogorszeniami nastroju. Nie ma co robić tragedii. Ale pod warunkiem trzymania się innej zasady, która brzmi: zrób wszystko co ma sens, by pozbyć się uwierającej cię rzeczy.

Wszystko co ma sens, tzn. wszystko co jest możliwe, co nie opiera się na zaklinaniu rzeczywistości i co nie blokuje marszu do przodu.

Zasada: nie rób nic, tylko znoś wszystkie trudności z cierpliwością i rezygnacją, nie jest zbyt mądra. Często można coś zrobić by zmienić sytuację i pozbyć się swoich negatywnych uczuć. Wygoda jest lepsza od niewygody. Pozytywne emocje są lepsze od negatywnych.

Czasem trzeba wytrzymać

Niewiele rzeczy da się na przykład zrobić z tremą, złym samopoczuciem spowodowanym zmianami pogodowymi, rozbiciem wywołanym przez wirusa, poczuciem skrzywdzenia gdy ktoś nas oszukał czy doznaniem zawodu, gdy nie dostaliśmy czegoś, na czym nam zależało.

Czasem negatywne emocje są jak mróz w zimie. Nie lubię zimna, wolałbym się wylegiwać w ciepłych krajach. Ale jest zima. Środek grudnia. Jedyne co rozsądnego można zrobić w tej części świata to przestać narzekać na mróz i ciepło się ubierać. Gdy ktoś mnie skrzywdzi, albo gdy stracę coś ważnego, czuję się źle. Oczekiwanie bym w takiej sytuacji czuł się doskonale jest tym samym co oczekiwania, że w zimie będę czuł ciepło i będę mógł chodzić po dworze w samej koszuli.

Gdy nic nie możesz zrobić – zaakceptuj uwieranie. Nie udawaj jednak przed sobą, że nic się nie dzieje. Nie stosuj żadnych technik unikania doznań. Nie stawiaj stopy bokiem, nie kuśtykaj, nie wykrzywiaj nogi. To znaczy – bez metafor – nie wmawiaj sobie, że jest doskonale, że czujesz się tak dobrze jak nigdy, że twoja porażka jest tak naprawdę sukcesem czy, że wcale ci na tym nie zależało.

Co można zrobić by pozbyć się negatywnych odczuć?

Dokładnie to samo, co wtedy, gdy chcemy się pozbyć uwierającego kamienia:

- przystanąć na chwilę,

- przechylić but i pozwolić kamieniowi wypaść,

- jeżeli kamień nie chce wypaść, można spróbować go wyciągnąć.

- Jeżeli się to nie uda, albo jeżeli nie ma możliwości zatrzymania się – iść dalej, pamiętając o tym by nie obciążać swoich kolan i barków.

Przystanąć

Pierwszym krokiem pozbycia się zamętu jest przystanąć, choćby na kilka sekund i przyjrzeć się temu, co czujesz.

Obserwacja siebie nie ma nic wspólnego z byciem zaaferowanym czy zaabsorbowanym sobą. Wiele osób jest ciągle skupionych na sobie, a mimo to nie ma dużego pojęcia o tym, co się w nich dzieje.

Takie osoby za bardzo są zainteresowane określonym wynikiem obserwacji. Traktują się trochę jak boksera, którego wynik walki się obstawiło. Wyłapują wszystko to, co jest zgodne z ich oczekiwaniami, skrupulatnie nie dostrzegając tego co nie pasuje.

Prawdziwa obserwacja jest podobna do tego co robi komentator, który wie, że ma wśród słuchaczy fanów jednego jak i drugiego zawodnika. Nie może z góry obstawiać żadnego z wyników. Musi być uważny i obiektywny. Walka nie jest dla niego nigdy wygrana, ani przegrana. Może być jedynie ciekawa (albo i nie). Dzięki takiej perspektywie można widzieć więcej i dokładniej.

To oczywiście dość trudne. Wymaga braku przywiązania do własnego obrazu – pozytywnego czy negatywnego. Wymaga patrzenia na siebie tak, jakby się było jednym z wielu elementów świata. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, by kiedykolwiek udało mi się w taki sposób patrzeć na siebie.

Ale to, że nie mogę osiągnąć ideału, nie oznacza, że próby są bez znaczenia. Ważny jest sam kierunek. Wystarczy choć trochę uwolnić się od pomysłów na siebie samego. Przestać zakładać się z sobą o wyniki.

Jeżeli czujesz się nie w sosie usiądź na chwilę i przyjrzyj się jakie odbierasz emocje, obrazy, jakie myśli pojawiają się w twoje głowie oraz jakie doznania czujesz w swoim ciele.

Takie obserwowanie warto uczynić nawykiem. Warto co jakiś czas (choć nie za często) zrobić przerwę i w ramach rozrywki przez minutę czy dwie, przyjrzeć się temu co dzieje się w środku.

Nie stosuj żadnej taryfy ulgowej. Nie wybieraj: to warto dostrzec, a tego nie. Zobacz wszystko. Bez oceny.

Jeżeli spostrzeżesz coś niewygodnego i powiesz sobie: natychmiast przestań, jeżeli użyjesz tak zwanej siły woli, efekty będą pozorne. Na chwilę – może na trzy sekundy wystarczy. Jednak bądź pewny, że po trzech sekundach wszystko wróci i prawdopodobnie będzie jeszcze mocniejsze. Dlatego po prostu dopuść to do świadomości. Stwierdź, ale nie walcz.

Być może nie od razu wszystko łatwo ci będzie objąć. Z czasem będzie jednak coraz lepiej.

Pozwolić by kamyk sam wypadł

Wyrzucanie kamienia, gdy but jest na nodze, to dosyć karkołomne zadanie. Ale gdy przystaniesz i uświadomisz sobie co czujesz, zobaczysz, że twój stan samorzutnie zacznie się zmieniać. Dostrzeżesz, że negatywne emocje i doznania, co prawda dalej są w tobie, ale nie są tobą. Są czymś przejściowym. Zyskasz inną perspektywę. Do tej pory, gdy ogarniała cię złość, smutek czy poczucie winy, zapełniały cię w całości – od czubka głowy do podeszw.

Gdy zaczniesz świadomie przyglądać się temu, co dzieje się wewnątrz, okaże się – być może – że jesteś znacznie większy. Że ta chmura odczuć nie jest wszystkim, co w tobie istnieje. Że oprócz niej, jest jeszcze wielkie i zawsze spokojne niebo.

Nie próbuj jednak wywoływać tego doznania na siłę. Taka perspektywa przyjdzie sama, albo i nie przyjdzie. Nic na to nie poradzisz. Twoim zadaniem jest obserwować a nie uspokajać się, wyciszać czy zyskiwać nowe doświadczenia.

Pocieszające jest to, że zazwyczaj efektem obserwacji jest wyciszenie.

Daniel Goleman, opisując wyniki jednego z eksperymentów pisze:

Już samo uświadomienie sobie wrących w nas uczuć, może mieć zbawienne skutki…Najszybciej otrząsali się z ponurego nastroju ci, który zdawali sobie sprawę ze swych uczuć. Wydaje się zatem, że dobre rozpoznanie emocji pomaga nam szybciej pozbyć się złego nastroju Daniel Goleman, Inteligencja emocjonalna w praktyce (Poznań: Media Rodzina, 1999), 128

Uczestnikami jednych z badań byli menedżerowie zwolnieni z pracy. Prawie wszyscy czuli ogromną złość. Połowie z nich polecono prowadzić przez pięć dni dzienniki, w których mieli zapisywać, co dzieje się z ich emocjami. Okazało się, że ludzie z tej grupy szybciej znajdowali pracę niż pozostali. Pisanie dziennika, pozwoliło im uświadomić sobie negatywne emocje. Nazwanie ich i zrozumienie znacznie im ułatwiło konstruktywne radzenie sobie z nimi.

Czasem doświadczamy czegoś podobnego, gdy mamy okazje komuś się wygadać. Mówimy, żalimy się, skarżymy i nagle wszystkie emocje opadają.

Jednak zarówno z pisaniem jak i wygadywaniem się należy być ostrożnym. W moim przypadku strategie te działają zupełnie odwrotnie. Im więcej mówię i myślę o tym, co mi nie pasuję, tym bardziej się nakręcam. Dlatego znacznie bardziej wolę pomilczeć na temat moich zmartwień. Od nazywania znacznie ważniejsze jest uświadomienie sobie. Czasem słowa zaciemniają.

Wyciągnąć

Często źródłem zamieszania są obiektywne problemy przed jakimi stajemy. Nie wystarczy dopuścić odczuć do świadomości i je obserwować. Trzeba jeszcze coś zrobić.

Negatywne emocje są komunikatem, że coś warto zrobić (lub przestać robić). Warto nauczyć się odczytywać te komunikaty i umieć na ich podstawie podejmować decyzje. Można to zrobić zadając sobie kilka prostych pytań:

1) Czym się martwię? Co jest źródłem mojego niepokoju?

2) Dlaczego to mnie niepokoi? Co jest przyczyną?

3) Co mogę z tym zrobić? Jakie rozwiązania są możliwe?

4) Które rozwiązanie wybiorę? Co konkretnie zrobię i kiedy to zrobię?

To proste pytania i nie warto ich komplikować. Szukanie wglądów, analizowanie snów, docieranie do przeżyć z dzieciństwa i inne podobne sztuczki zazwyczaj niewiele wnoszą bo zatrzymują nas w pierwszym i drugim punkcie.

Często komplikujemy sobie życie psychologizowaniem po to by nie dostrzec najprostszych rzeczy. Znam osobę, której jednym z podstawowych problemów jest to, że kiepsko zarabia. Zamiast znaleźć nową, lepiej płatną pracę, woli analizować swoje głębokie przeżycia i wydawać pieniądze na kolejnych terapeutów. Oczywiście, że ma niskie poczucie wartości i zestaw traumatycznych przeżyć z dzieciństwa. Tyle, że po pierwsze jej wieloletnia terapia nic nie zmienia w jej życiu, a po drugie wiele osób z jeszcze gorszymi przeżyciami doskonale funkcjonuje bez pomocy psychologów.

Nie jestem przeciwnikiem terapii, ale podoba mi się podejście jakie mieli mistrzowie sztuk walki. Gdy przychodził do nich uczeń, mistrz najpierw kazał mu sprzątać, gotować i zajmować się prostymi, przyziemnymi sprawami. Gdy przychodzi do terapeuty pacjent, który chce siebie zgłębiać, najpierw powinien dostać zadanie posprzątania wokół siebie. Jak może zgłębiać swoje nieświadome procesy, skoro nie jesteś w stanie napisać swojego cv czy zapisać się na kurs angielskiego?

Ten zestaw pytań dotyczy prostych, przyziemnych rzeczy. Jeżeli dojście do punktu cztery zajmuje ci dwa tygodnie, to znaczy, że zbytnio komplikujesz.

Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

Spójne relacje z sobą samym – zanim zastosujesz afirmacje

Opublikowano 29 maja 2009 | By Zbyszek Ryżak | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 2 komentarze

Afirmacje

Problem z niektórymi afirmacjami polega na tym, że próbujmey odcinąć jakąś część nas samych. Okrajamy się, stosujemy wobec siebie gwałt. Przypominamy rodzica, który bije dziecko równocześnie mówiąc do niego bardzo cię kocham. Psycholodzy taką postawę nazywają czasem brakiem kongruencji (spójności). Wielu z terapeutów dowodzi, że trzymywana przez dłuższy czas prowadzi do schizofrenii.

Być może taka postawa w odniesieniu do siebie nie jest aż tak groźna. Ale brak spójności w relacjach z sobą na pewno nie jest czymś zdrowym. Nie możesz bez żądnych następstw mówić sobie kocham się, w pełni się akceptuję, szanuję się, równocześnie tłumiąc i nie dopuszczając do głosu jakieś części siebie.

Miłość wymaga zaakceptowania wszystkiego – także uczucia własnej bezradności i nieporadności.

Niedzielna zjeżdżalnia

Kilka dni temu, w niedzielne przedpołudnie poszedłem z córką na plac zabaw. Było duszono i hałaśliwie. Trochę bolała mnie głowa, najchętniej bym się położył na ławce i usnął.

Zamiast tego siedziałem na skraju piaskownicy w której siedziała Zuzia i ziewając patrzyłem tępym wzrokiem w dal. Potem poszliśmy na huśtawki. Znudzony pomagałem jej się huśtać. Całe szczęście zbliżała się pora obiadu.

- Zuziu musimy wracać, mam już czeka z obiadem

- Dobrze, ale jeszcze zjeżdżalnia.

To była ta większa zjeżdżalnia. Wysoka na jakieś dwa metry. Zuzia bawiła się na niej poprzedniego lata. W tym roku była pierwszy raz. Powoli weszła na górę i ostrożnie zbliżyła się do rynny. Usiadła i zamiast jechać zaczęła się rozglądać. Przestałem ziewać i podszedłem do niej.

- Dlaczego nie zjeżdżasz?

- Tatusiu, ja się boję…

Z tyłu naciskał na nią tłum zziajanych dzieciaków.

- Dobrze, to przepuść inne dzieci. Nie musisz zjeżdżać.

Przepuściła dzieci i zaczęła schodzić. Powoli, trzymając się poręczy, na zgiętych nogach. Stawiała małe, bojaźliwe kroczki. Szła tak, nawet wtedy, gdy na najniższym poziomie, kilkanaście centymetrów nad ziemią. Inne dzieciaki wymijały ją podśmiewając się.

Poczułem złość. Gdy zeszła wygarnąłem bezmyślnie:

- Jak mogłaś pozwolić sobie pozwolić na taki strach!

Nic nie powiedziała, mnie zresztą też nie interesowała jej reakcja. Wziąłem ją za rękę i powiedziałem:

- Idziemy do domu.

Piętnaście sekund później, gdy wyszliśmy z placu zabaw, zaczęła płakać.

- O co chodzi? – zapytałem, ciągnąc ją w stronę domu

- Chcę tam wrócić.

- Gdzie?

- Na zjeżdżalnię! Chcę spróbować jeszcze raz.

- Ale przecież się bałaś.

- Nie będę się bała.

- Może jutro, teraz musimy iść do domu – nie miałem najmniejszej ochoty wracać.

Im dalej byliśmy placu, tym głośniej płakała. Nie chciała iść, więc wziąłem ją na ręce.  W jednej ręce płaczące dziecko, w drugiej rowerek. Z plac zabaw było jakieś dwadzieścia minut drogi. Działałem jak typowy rodzic. Spokojny, mimo, że w środku zły, z poczuciem przecież lepiej wiem, co dla ciebie dobre. Wymieniałem porozumiewające spojrzenia z innymi rodzicami: no tak, zdarza się, kto nie miał do czynienia z kapryszącym dzieckiem?

W końcu doszliśmy do domu. Ona mokra od łez, ja od potu. Tak długo nigdy jeszcze nie płakała. Wreszcie się zaniepokoiłem.

- Dobrze Zuziu, jak ci tak zależy, możemy wrócić….

To wcale nie pomogło, zaczęła płakać jeszcze bardziej.

Kucnąłem i pogłaskałem główkę. Powiedziała łkając:

- Tatusiu, ja się zastanawiam czy ty mnie jeszcze lubisz…

Wreszcie dotarło do mnie co się dzieje. Wziąłem ją na kolana, przytuliłem i powiedziałem:

- Tak Zuziu. Lubię cię. I lubię cię także wtedy gdy się boisz. Wcale mi to nie przeszkadza jak się boisz.

Uspokoiła się natychmiast. Dopiero teraz dotarło do mnie, że moja uwaga rzucona po zejściu ze zjeżdżalni sprawiła, że dziecko poczuło się odrzucone i jak najszybciej chciało odzyskać pełnię miłości. Jak najszybciej chciała zasłużyć na miłość. Zmienić to, co jej zdaniem odrzuciłem. W końcu, gdy ktoś kocha twoją część, to tak jakby wcale nie kochał.

Ponieważ ojcu nie spodobało się, że się przestraszyła, jak najszybciej musiała pokonać siebie i zrobić coś, co sprawi, że znowu poczuje jego szacunek. Poprzez swoją gruboskórność, nie zauważałem tego.

Potem powiedziałem jej:

- Naprawdę lubię cię, także wtedy gdy się boisz. To nic złego bać się czegoś. Czasem dopiero po kilku próbach odważamy się coś zrobić. Po prostu musimy próbować więcej razy. A czasem jak się nawet odważymy, ciągle się trochę boimy. Wiem, że gdy kilka razy spróbujesz, w końcu się odważysz zjechać. Może nie za następnym razem, ale na pewno ci się to uda. Wiesz, co ja też często się boję. Na przykład boję się wizyty znajomych (mieli za godzinę być u nas i rzeczywiście byłem spięty).

Zaciekawiona popatrzyła na mnie

- Chciałbym, żebyś mi pomogła. Pomożesz?

- Tak!

Byłem ciekaw, czy następnego dnia ciągle będzie chciała spróbować. W końcu główny powód, dla którego tak jej zależało na zmierzeniu się z trudnością minął. Gdyby dała sobie spokój, byłby to argument dla tych, którzy twierdzą, że tylko napięcie i poczucie braku popycha nas do przodu, że człowieka trzeba ciągle czymś straszyć i coś mu zabierać, bo inaczej będzie stał w miejscu.

Chciała. W inny sposób niż w niedzielę. To nie było rozpaczliwe i niekontrolowane muszę, muszę, muszę. Teraz podeszła do tego spokojnie i z radością. To była postawa fajnie, że mogę spróbować, cieszę się na to, że mogę zrobić coś trudnego. Gdy na placu zaproponowałem byśmy poczekali, aż nikogo na zjeżdżali nie będzie, z chęcią się zgodziła. Gdybyśmy wrócili tam w niedzielę, pchałaby się na ślepo, nie zwracając na nic uwagi.

Wyszła na górę, ja stanąłem obok.

- Tatusiu, trochę się boję.

- To może łatwiej będzie, jak będę dotykał twojego bucika.

- Dobrze.

Zjechała i była dumna z siebie.

Kochać w całości

Jeżeli komukolwiek mówisz „kocham cię”, ale odrzucasz go wtedy gdy czuje się słaby, zalękniony czy bezradny, tak naprawdę nie wiesz co to znaczy miłość. Możesz odrzucać zachowania drugiej osoby (np. dłubanie w nosie, kłamanie czy nie mycie rąk do obiadu) ale nigdy nie możesz odrzucić jego uczuć. Są rodzice – mam wrażenie, że głównie ojcowie – którzy w imię zrobienia ze swoich pociech „porządnych ludzi” mówią:

- Nie maż się!

- Jak możesz być taką ofiarą?!

- Jak możesz się tym przejmować!

- Natychmiast przestań płakać!

W ten sposób odrzucają swoje dziecko i wysyłają mu komunikat: jesteś do niczego! Tym samym blokują dziecku możliwość poradzenia sobie z jego emocjami. Jeżeli kogoś kochasz, nie możesz odrzucić żądnych jego emocji. Szczególnie poczucia bezradności. Tak na marginesie: ci „twardzi rodzice”, w swoim życiu zazwyczaj normalnymi, zakamuflowanymi tchórzami.

Relacja z sobą

Dokładnie tak samo jest w naszych relacja z sobą samym. Nie możesz blokować, tłumić czy odrzucać bezradnej części siebie. Akceptować siebie oznacza dostrzec wszystkie uczucia. Także te, jakich wolałbyś nie mieć.

Afirmacje nigdy nie powinny w tobie niczego tłumić ani blokować. Inaczej będziesz wobec siebie jak rodzic, który mówi “jak się nie odważysz, to nie jesteś godzien mojego szacunku”. Kto ma kochać bezwarunkowo, jak nie on?

Kto ma dawać nam wsparcie, jak nie my sami?

Zanim zastosujesz jakąkolwiek afirmacje, otwórz się na wszystkie odrzucone uczucia. Poczuj je. Nie obawiaj się, nie zawładną tobą. Jesteś większy niż one. W tym poście zależało mi na tym, by ci pokazać, że istnieje coś takiego, jak mechanizm tłamszenia tego, co mamy wewnątrz. Nie było rad praktyczynych, bo nie taki był cel. Ale jeszce wrócimy do tematu.