Tag Archives: upór
Porażki, sukcesy i droga do domu

Porażki, sukcesy i droga do domu

Opublikowano 12 października 2010 | By | Kategorie: zdrowe emocje | 40 komentarzy

Człowiek sukcesu?

Przyznam się. Nie jestem człowiekiem, który mógłby służyć młodzieży za wzór sukcesu. Może, kiedyś, gdy będę już bardzo stary i przypadkiem uda mi się coś wielkiego, będę mógł świecić przykładem. Może będę mógł opowiadać anegdoty jak to sobie zawsze doskonale radziłem. Stopniowo moja pamięć będzie coraz bardziej życzliwa i w końcu sam uwierzę, że mam patent na życie. Będę mówił: tak róbta ludziska, a będziecie szczęśliwi… a słuchacze będą patrzeć z otwartymi ustami myśląc: wow, ja też chcę być taki jak dorosnę…

Ale póki co, te czasy jeszcze nie nadeszły. Wciąż jestem człowiekiem, który doznaje więcej porażek niż sukcesów. Mniejszych, średnich i większych. Wciąż jestem nieuważny, wciąż za szybko się wycofuję, wciąż nie umiem skupić się na jednej rzeczy, wciąż koncentruję się głównie na sobie… to nie spowiedź, nie będę rozwijał. Ale weźmy coś konkretnego. Jakiś czas postawiłem przed sobą cel by pisać jedną książkę na miesiąc i po jakimś czasie utrzymywać się z tego. Piszę dosyć szybko. Byłbym to w stanie zrobić. Ale po roku z moich wielkich zamierzeń nie zostało prawie nic. Jedna wydana książka i jeden e-book, mnóstwo rozproszonych tekstów. Utrzymać się z tego na pewno nie można.

Nie kochani. Niech nikt nie szuka u mnie rady. Nie jestem tym, który może je dawać. Może, gdy czytasz te słowa widzisz dynamicznego i skutecznego człowieka. Szanuję obrazy jakie ludzie mają w głowach, ale jak to zazwyczaj bywa z obrazami nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością. Bywam dynamiczny i skuteczny. Ale bywam też zupełnie inny. Mógłbym napisać, że nie jest ze mnie żaden Winston Churchil, gdyby nie to, że Winston co prawda innych motywował, ale sam miał depresję, był alkoholikiem a dodatkowo miał, delikatnie mówiąc, słabość do kobiet. No dobra, przynajmniej nie jest ze mnie żaden Lincoln. O, sorry, też depresja. Goethe? Schumann? Luther? Tołstoj? No dobra, wystarczy. Wszystko deprecha.

Wróćmy do tematu.

Jeżeli szukasz rad od ludzi sukcesu, jestem pewien, że znajdziesz ich wiele. Jest tyle blogów, których autorzy wszystko wiedzą i wszystko potrafią. Tylu autorów, którzy próbowali wszystkiego. Którzy wiedzą jak sobie poradzić i jak zawsze, niezawidnie osiągać sukcesy.

Owszem, zazdroszczę im. Też bym tak chciał. Chciałbym wszystko umieć, wiedzieć, zawsze sobie radzić i zawsze być skuteczny. Iść od sukcesu do sukcesu. Nigdy nie czuć przygnębienia, pomieszania i przegranej.

Umiem udawać taką osobę. Gdy człowiek pracuje parę lat, jako trener uczy się wielu sztuczek. Zdarzało mi się prowadzić z migreną całe szkolenie. Wszyscy na sali byli uśmiechnięci i radości. Ale na każdej przerwie szukałem miejsca gdzie nikt mnie nie widział i kładłem się na podłodze lub siadałem pod ścianą bez ruchu. To nie jest takie trudne jak się wydaje. Jeszcze łatwiejsze jest udawać człowieka sukcesu. Niestety i to mi się zdarzało.

Ale jakiś czas temu dotarło do mnie, że autentyczność jest wartością, która za cholerę nie chce się ode mnie odczepić. Chciałbym sobie poudawać. Nie być tak do bólu szczery. Już mi to nie wychodzi.

Dlatego trzeba się przyznać. Jeżeli musiałbym się zdefiniować na wymiarze sukces – porażka, muszę powiedzieć: tak jestem człowiekiem porażek.

Nie mówię tego z dumą.

Gdy patrzę jak niewiele udało mi się zrealizować celów, myślę z goryczą: szkoda, za dużo błędów, za częste porażki, wolałbym inaczej…

Zakładam, że znasz to uczucie. Bo jeżeli nie, to ten tekst nie jest dla ciebie.

Poddać się?

Uczucie wątpliwości, osłabienia sobą samym. Bezradność. Myśl: chyba nigdy mi się nie uda.

Pierwsza pokusa – wszystko sobie odpuścić. Przestać się szarpać. Pójść na łatwiznę. To i tak nie było możliwe. Uderz się w głowę. I tak byłeś bez szans. To było za trudne. Nie walcz już. Żyj z dnia na dzień. Pogódź się, że nie dla ciebie morski wiatr w liściach palm, śnieg na niebosiężnych szczytach czy czerwone dachy Paryża. Nie dla ciebie setki klientów zadowolonych z twoich usług, duże nakłady książek czy pełna gości kawiarnia.

Bierz, co dają. Od ósmej do czwartej. Książka do poduszki. Wolne soboty. Nie taki znowu zły szef. Te, tylko trochę głupie, imprezy firmowe. Teściowa na niedzielnym obiedzie, którą jakoś można znieść. Grymaszące dziecko. Te same, coraz bardziej zmęczone oczy patrzące z lustra.

Bierz, co dają. W menu nie ma nic innego.

Jakiś czas temu, zasypiając po trudnym dniu, w którym zbyt dużo mówiłem i zbyt mocno się szarpałem, przyszła mi do głowy myśl, o tym, jakie to wspaniałe, że życie kiedyś się kończy. Poczułem, że to zupełnie nieważne, co jest po drugiej stronie: prawda i światło czy pustka – tak czy owak jest ciszej. Zatęskniłem do tej ciszy. Następnego dnia byłem bardzo zdziwiony, tym, że taka myśl w ogóle pojawiła się w mojej głowie. Człowiek nawet nie wie, co w sobie ma.

Ale gdy się poddajesz, gdy przestajesz podążać swoją drogą, tworzysz coraz więcej i więcej miejsca dla tej zjawy (czarnego psa, jak nazywał ją Churchill). Stopniowo zjawa może stać się większa. W końcu może cię nawet zmusić do unikania peronów, mostów, wieżowców i krawędzi. Winston Churchill zwierzał się:

Nie lubię stać blisko krawędzi peronu, gdy przejeżdżają pociągi. Lubię stać z tyłu i jeżeli to możliwe mieć coś między mną a pociągiem. Nie lubię stać przy burcie statku i patrzeć w dół na wodę. Działanie podjęte w sekundę mogłoby wszystko skończyć. Kilka kropel desperacji.

Wziąć się za mordę?

Ale przychodzi też druga pokusa. Nie, nie poddam się! Muszę się wziąć za siebie. Ordug! Zniszczyć to, co opóźnia marsz. Chwycić się w karby, zaciągnąć gorset. Mocno ścisnąć jego sznurki, tak by ciało prawie nie mogło oddychać.

Jakiś człowiek pod jednym z moich tekstów napisał, że nie znam się na samodyscyplinie. Bo samodyscyplina polega na tym, że każdego dnia ma się twardy plan i realizuje się go krok za krokiem. Ma się kalendarz a w nim cele i harmonogramy. Wie się, kiedy praca się zaczyna a kiedy się kończy. Panuje się nad każdą myślą i każdym ruchem.

Nie odpisałem temu człowiekowi. Musiałbym mu napisać, że myli samodyscyplinę z nerwicą natręctw. Że najpierw powinien stawić czoła lękowi a później wypowiadać się na tematy związane z kierowaniem sobą.

Lęk sprawia, że wpadają nam do głowy dziwne pomysły. Próbujemy zmienić żywe ciało w metal. Próbujemy za pomocą zaklęć zmienić swoją psychikę w krzemowy procesor.

Zamiast żyć i być sobą, zaczynamy siebie odgrywać. Zmieniamy życie w kukiełkowy teatrzyk. Autor tego komentarza podpisał się mgr Piotr. Pan magister intelektualista – i tak skromna kukiełka. Sam mam kilka lepszych: pan psycholog dyplomowany na UJ; autor książek dwóch; człowiek, który zaczynał dwieście metrów od końca Polski itp.

Jest tyle wspaniałych kukiełek – tożsamości do wyboru: święty, geniusz, jedyny-który-ma-rację, wybraniec, zawsze przebojowy człowiek, jedyny sprawiedliwy…

Nie, to również nie jest droga. Nie lubię żyć według scenariusza opracowanego przez głowę. Bez zaskoczeń, zdziwienia i niespodzianek.

Podróż pociągiem

Nie tak dawno temu, była sobie pewna utalentowana dziewczyna. Jako dziecko śmiała się, biegała i była pełna pasji i marzeń. Dobrze się uczyła i dostała się na trudne studia. Gdy je skończyła przyjęli ją do dobrej firmy konsultingowej. Rodzice byli szczęśliwi. Koleżanki zazdrościły. Nowi przełożeni zachwycali się. Doskonale łapała wszelkie meandry prawa i księgowości. Po ponad dziesięciu latach została partnerem, dyrektorem i cenionym specjalistą od spraw inwestycyjnych. Wszyscy gratulowali jej sukcesów i mówili jak spójna, pełna konsekwencji jest jej kariera.

Nikt już nie pamiętał, że skończyła biologię a nie księgowość, że całe dzieciństwo marzyła by być jak Jane Goodall. Że jej pasją były zwierzęta, że to ich dotyczyły jej marzenia i fantazje. Że to nimi chciała się opiekować, leczyć i poznawać. Ale przecież każdy wie, że nie da się z tego wyżyć. Dała się przekonać, że najlepsze jest celowe i planowe działanie. Najpierw musi zdobyć konkretny zawód, zaoszczędzić, a później będzie mogła robić, co chce. Prosty plan.

Gdyby jakiś uważny psychoanalityk przyjrzał się jej pracy zauważyłby, że zawsze zostawiała furtkę dla porażki – zapominała o dołączeniu kluczowych danych, albo specjalnie zapominała o sprawdzeniu czegoś. Tak, jakby coś w niej chciało uciec z całej tej pełnej sukcesów kariery. Ale firma miała dobre procedury i zawsze udawało się w miarę szybko wyłapać to, co było nie tak, kładąc to na karb normalnej ludzkiej omylności. Efektem był sukces za sukcesem.

Teraz, mając czterdzieści parę lat, kobieta siedzi w wygodnym wagonie pierwszej klasy. Od niechcenia przegląda gazetę i trafia na artykuł o młodych ludziach, którzy prowadzą stadninę koni. Patrzy na zdjęcia i czuje w środku coś dziwnego. Smutek? Złość? Porażkę? Pogardę dla naiwności małolatów? Zamyka oczy, jakby to miało wyprowadzić na prostą tą kotłującą się grupę zdezorientowanych biegaczy.

Nagle czuje, że ktoś dotyka jej ramienia.

- Pani bilet poproszę…

- Co proszę?

- Kontrola biletów.

Podaje bilet.

- Niestety, to nie jest bilet na ten pociąg. Wsiadła pani do innego pociągu.

Co z tego, że pociąg odjechał o czasie, co z tego, że jest pełen wygód, co z tego, że mknie przez kolejne stacje jak burza? Co z tego, skoro to nie jest właściwy pociąg?

Czy jesteś we właściwym pociągu? Tak, jestem we właściwym bo jest mi wygodnie, bo wagon restauracyjny serwuje doskonałe potrawy a za oknem szybko mijają pola i drzewa. Jakie to ma związek?

Sukcesy są przyjemne, miłe i wygodne. Ale to nie one mają znaczenie. Nie patrz na nie. Nie szukaj w nich sensu.

Właściwe pociągi rzadko bywają wygodne, punktualne i niezatłoczone. Ale co zrobić, jeżeli tylko takie kursują do twojej stacji? Co zrobić, gdy tylko takie mogą cię zawieźć do domu?

Zostaniesz na peronie?

Przesiądziesz się do innego, wygodniejszego i ładniejszego, ale jadącego na drugi kraniec świata?

Będziesz czekał, aż przyjedzie lepszy, mniej zatłoczony?

Co się liczy?

Nie szukaj drogi, na której nie ma porażek. Szukaj drogi, która ma serce. Takiej, która prowadzi do domu. Do miejsca, do którego należysz. Do miejsca, w którym chcesz spędzać święta.

Nie liczy się to ile odnosisz porażek a ile sukcesów. Liczy się to, gdzie prowadzi droga. Na każdej drodze spotkasz trochę tego i trochę tego. Nie ma reguł, ale jeżeli jest zbyt wygodnie, jeżeli wszystko idzie zbyt łatwo i zbyt szybko, warto się rozejrzeć, czy to na pewno właściwa droga. Droga z sercem, częściej jest niewygodna i męcząca. Nie wiem dlaczego, ale tak jest. Może Bóg miał gorszy dzień, gdy to wymyślał? Skąd mam wiedzieć?

Lepiej odnosić porażki będąc na dobrej drodze niż sukcesy będąc na złej.

Odniosłeś porażkę? Porażkę za porażką? Jesteś człowiekiem porażek? Jednym wielkim, chodzącym nieszczęściem?

To się nie liczy. Liczy się to, czy jesteś na właściwej drodze. Czy jesteś człowiekiem, który kieruje się tym, co jest najważniejsze. Nie musisz odnosić sukcesów, ale musisz robić w swoim życiu to, co ważne.

Jeszcze jedna sprawa

Aha. Gdybym miał się zdefiniować na wymiarze brak szczęścia – szczęście, to bym powiedział: tak, jestem szczęśliwym człowiekiem. Jak cholera! Największym szczęściarzem z ludzi, których znam.

———–

Zdjęcia: Justina Kochansky i Amir Jina

Jak wykorzystać swój strach do tego by pełniej żyć?

Jak wykorzystać swój strach do tego by pełniej żyć?

Opublikowano 19 lutego 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 23 komentarze

Nie przepłyniesz oceanu dopóki nie odważysz się stracić z oczu widoku brzegu. Krzysztof Kolumb

Życie w udeptanym kręgu

Puszek cały czas podskakiwał i merdał ogonem. Mieliśmy nie więcej niż siedem lat i uwielbialiśmy z nim biegać po sadzie. Uciekaliśmy, a Puszek gonił nas ujadając cienkim głosem. Wywracaliśmy się, a on skakał po nas tarmosząc za ubrania. Gdy tylko się pojawialiśmy, nie mógł się doczekać zabawy.

Skończyły się wakacje. Gdy następny raz zobaczyłem Puszka, był dużym psem. Co prawda nie miał na szyi łańcucha a jedynie linkę, był jednak uwiązany do budy.

Podszedłem, a on zaczął groźnie szczekać i rzucać się w moją stronę. Wyglądało to tak, jakby chciał zerwać się z uwięzi. Dzielnie szarpał się ze sznurkiem. Nie pamiętał mnie, po prostu na mnie szczekał. Trochę się bałem, ale podszedłem i odwiązałem sznurek. Od razu ucichł i skulił ogon. Potem pociągnąłem go w stronę ogrodu. Początkowo poszedł za mną, ale gdy tylko dotarł do granicy wydeptanego przez siebie kręgu, zatrzymał się. – Chodź – powiedziałem i jeszcze raz pociągnąłem. Pies przysiadł i zaczął skomleć. Nic nie pomogło szarpanie. Zaparł się, byle tylko nie przekroczyć magicznej, wydeptanej przez lata granicy. Próbowałem go nawet wynieść. Ze skowytem uciekał tam, gdzie czuł się bezpiecznie. Mógł funkcjonować tylko w tym małym fragmencie wydeptanego przez siebie świata. Zrobiło mi się smutno.

Jak każdy pies łańcuchowy, stał się maszynką do szczekania i udawania, że rzuca się na ludzi. Tak długo, póki miał na szyi sznurek, wyglądał na odważnego, zdeterminowanego, marzącego o wyrwanie się z uwięzi psa. Tak, jakby mówił: wypuście mnie, to ja wam pokażę!. Sznurek trzymający go na uwięzi wydawał się jego największym wrogiem.

Gdyby był człowiekiem, pewnie mógłby godzinami narzekać na to jak ciężko być na uwięzi i przysięgać, że gdyby tylko udało mu się stąd urwać, dopiero by pokazał!

Nasze granice

Czasem, gdy słucham, jak ludzi opowiadają o swoich ciągle niezrealizowanych marzeniach, mam wrażenie, że są w podobnej sytuacji. Ach, gdybym miał tylko więcej czasu mógłbym napisać książkę, albo gdybym tylko miał starsze dzieci mógłbym odbyć podróż wokół świata, ach gdybym miał więcej pieniędzy mógłbym założyć kawiarnię…. Te znienawidzone, koszmarne ograniczenia! Gdyby nie one…

A może jest inaczej? Może to, co nazywasz ograniczeniami jest twoją ochroną? Czymś, co sam budujesz by wieść spokojne, niewymagające życie?

Być może wydaje ci się, że napierasz, ale tak naprawdę, gdzieś w środku, po cichu cieszysz się, że nie możesz się stąd ruszyć.

Czego się boję?

Na początku roku przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zrobić jakichś postanowień noworocznych. Wziąłem kartkę i i góry wykaligrafowałem dużymi literami „2010” i zacząłem się zastanawiać, co by tu wpisać.

I wtedy wpadłem na pomysł, że zamiast kolejny raz spisywać pobożne marzenia dotyczące przyszłości, tym razem zrobię zupełnie inną listę: rzeczy, których się boję. Przez kilka kolejnych dni od czasu do czasu coś dopisywałem do listy albo coś skreślałem.

Starałem się by na liście były tylko rzeczy, które z jednej strony wiążą się z lękiem, a z drugiej są cenne i wiążą się z czyś ważnym.

Nie wyszło tego dużo. Jakieś siedem punktów.

Długo myślałem, że jestem odważnym człowiekiem. Mam na swoim koncie kilka rzeczy, które mogły pozwolić na taką ocenę. Gdy patrzę na tą listę, wcale nie czuję się odważny. Wręcz przeciwnie. Wiem, że w moim życiu jest wiele lęków.

Po co tak się torturować?

Po co tak się męczyć? Po co szukać rzeczy, których się boję?

Z dwóch powodów.

Po pierwsze by nie pomylić rutyny z dojrzałością. Od mniej więcej siódmego roku życia słyszałem, że jestem dojrzały (może dlatego, że bywałem nieśmiały). Co gorsza miałem kiedyś okres, że sam w to uwierzyłem. Czułem, że wreszcie wyrosłem z obaw, wahań i wątpliwości. Że udało mi się odkryć drogę. Że stałem się pewnym siebie, świadomym własnej wartości człowiekiem.

Bardzo łatwo osiągnąć takie poczucie dojrzałości. Wystarczy robić to, co zawsze. Ograniczyć się tylko do tego, co dobrze znasz. Nie mówię, że to złe. Tyle, że nie należy mylić przyzwyczajenia z dojrzałością.

Po drugie by nie stracić smaku życia. Swoją firmę zakładałem mając niecałe trzydzieści lat. Do dziś pamiętam ten czas jako jeden wielki okres erupcji. Nawet na studiach, podczas sesji nie zdarzało mi się nie przespać tylu nocy, co wtedy. Pracowaliśmy jak szaleni. Dziesięć lat później rozmawiałem z kimś, kto miał podobne doświadczenia o założeniu nowej firmy. Powiedział:

- Ale to już nie to. Gdy człowiek ma czterdziestkę, nie ma już tyle energii.

Przyznałem mu rację i powiedziałem.

- Masz rację. To już tak nie smakuje.

I wtedy uświadomiłem sobie, że tak się czuję. Życie mi już tak nie smakuje. Co z tego, że mam coraz więcej rzeczy, skoro one są coraz bardziej zwietrzałe?

Naprawdę? Każdy powyżej trzydziestki /czterdziestki / pięćdziesiątki jest skazany na życie bez smaku? Dlaczego osoba powyżej pięćdziesiątki miałaby by niezdolna do tego, by czuć taki sam smak życia jak nastolatek?

To nie jest kwestia wieku. To kwestia życia w udeptanym kręgu. Mając więcej lat, wyrobioną pozycję, stabilne źródło dochodów, itp. łatwiej wpaść w rutynę.

Całe szczęście istnieje jeszcze strach – drogowskaz, który pokazuje jak wyjść z tego stanu.

Strachu nie warto pokonywać, nie warto udawać, że go nie ma. Nie warto szukać stanu, w którym nie będziemy go nigdy czuć. Swój strach warto wykorzystać.

Jeżeli czujesz, że coś w twoim życiu nie do końca gra, przyjrzyj temu, czego się boisz.

Potem zdobądź się na odwagę.

Odwaga

Czytałem niedawno książkę niedoszłego prezydenta USA, Johna McCaina Rozważania o odwadze. Jednak znalazłem tam głównie opisy wojennych rzezi. McCainowi odwaga myli się z heroizmem i szałem bojowym. Zapewne z perspektywy żołnierza, jakim jest McCain, są to cenne rzeczy.

W rzeczywistości jednak, odwaga nie ma wiele wspólnego z będącym w amoku żołnierzem, pędzącym w stronę innych, równie nieprzytomnych żołnierzy.

Prawdziwa odwaga to świadome działanie wbrew temu, że czuje się strach i niewygodę. Taka odwaga znacznie częściej przejawia się w codziennym życiu niż na polu walki.

Czujesz lęk? Świetnie. To znaczy, że żyjesz. Że jesteś w podróży. Że życie znowu nabrało smaku.

Co praktycznie można zrobić by wyjść ze swojego udeptanego kręgu?

Zrób pierwszy, mały krok

Zazwyczaj myślimy o zmianach jak rewolucjoniści. Od dziś zaczynam żyć inaczej! Biegam, zdrowo się odżywiam, wcześnie wstaję, nie tracę czasu na telewizję, itd. Rewolucje są tak samo ponętne jak i przerażające.

Nic dziwnego, że wiele osób zwleka. Któregoś pięknego dnia zwolnię się z tej pracy i założę firmę, kiedyś, zacznę pisać, któregoś dnia w przyszłości wybiorę się w podróż.

Być może kiedyś ten dzień przyjdzie. Obudzisz się i nagle wszystko zmienisz. Ale po pierwsze: ten dzień może nigdy nie przyjść. Po drugie: rewolucja może skończyć się szybciej niż się zaczęła.

By się zmieniać, natura częściej używa ewolucji. Ewolucja jest mało spektakularna, ale znacznie bardziej skuteczna.

Poszukaj rzeczy, od których mógłbyś zacząć, bez wywracania wszystkiego do góry nogami. Zacznij od rzeczy, które nie są przerażające i stopniowo, ale regularnie idź do przodu.

Jak mówi chińskie przysłowie: nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Pierwszy krok zazwyczaj nie jest przerażający. To przecież nic strasznego postawić stopę za progiem. Ale gdy to zrobisz łatwiej ci będzie postawić kolejny krok, a potem kolejny. Wielka podróż nie tylko zaczyna się od małego kroku. Ona także składa się z małych kroków.

Co możesz zacząć dzisiaj robić?

Obserwuj, co czujesz

Odwaga nie polega na tym, by nigdy nie czuć strachu. Nie ma sensu udawać przed sobą kogoś, zawsze spokojnego i pełnego harmonii. Znacznie lepiej jest być świadomym wszystkiego, co czujesz.

To naturalne, że od czasu do czasu w twoim wnętrzu pojawią się budzące grozę chmury. Jednak ty nie jesteś chmurą. Nie jesteś swoim stanem emocjonalnym. Jesteś niebem.

Jesteś tym, który tego doświadcza. Obserwuj to, co się dzieje. Wiem łatwo się mówi. Ale nie ma innego sposobu.

Oswajaj się z niewygodą.

Nie da się całkiem uniknąć strefy komfortu. Zbyt szybko się przyzwyczajamy. Gdy wszystko jest precyzyjnie, wspaniale i wygodnie, zaczynają nas przerażać najmniejsze zmiany. Tracimy odporność psychiczną i rozkładają nas najmniejsze przeciwności.

Warto robić coś, co tą odporność utrzymuje. Ciągle niepokoić granice swojej strefy komfortu.

To nie muszą być wielkie rzeczy. Lubię przypominać sobie coś, co sto lat temu napisał William James:

Przez codzienne drobne ćwiczenia podtrzymuj w sobie zdolność do wysiłku. To znaczy: w rzeczach drobnych i małej wagi systematycznie spełniaj małe bohaterstwa, codziennie zrób coś trudnego, tylko dlatego, że jest to trudne (że nie masz do tego ochoty), abyś w chwili, gdy cię spotkają wielkie przeciwności, znalazł potrzebną siłę i sposób się z nimi zmierzyć. Tego rodzaju ascetyzm jest czymś w rodzaju ubezpieczenia, opłacanego od domu i ruchomości. Wnoszona opłata na razie nie przynosi żadnych korzyści, a może nawet nie zwróci się nigdy; lecz jeżeli nawiedzi nas pożar, dzięki niej unikniemy ruiny. Tak samo dzieje się z człowiekiem, który nawykł do skupiania uwagi, energii, wytrwałości i panowania nad sobą w sprawach codziennych. Stać on będzie jak wyniosła wieża, gdy wszystko się zachwieje koło niego, a ludźmi wątlejszej natury, niby liśćmi wiatr będzie pomiatał.


Poznaj swoje naturalne siły

Poznaj swoje naturalne siły

Opublikowano 30 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 9 komentarzy

W Krakowie, jakiś czas temu pewien sprytny człowiek sprzedawał hejnał. Każdy słyszał Program Pierwszy Polskiego Radia. O dwunastej trębacz czterokrotnie gra swoją melodię. Spryciarz wypatrywał grup, które pojawiały się po dwunastej, zagadywał, a jak się okazywało, że grupa jest średnio rozgarnięta pytał:
- Szkoda, że nie słuchaliście hejnału, zawsze jest o dwunastej
- Tak, szkoda…
- Być w Krakowie i słyszeć hejnału, to rzeczywiście strata
- Tak, ale co zrobić…
- Wiecie co, hejnalista to mój znajomy, jak by wam zależało, mógłbym pogadać. Może uda mi się go namówić by zagrał specjalnie dla was.
- Naprawdę? To możliwe?
- Normalnie tego nie robi, ale rzadko w Krakowie przebywają tak wspaniali goście.
Klienci, dopieszczeni i pełni nadziei patrzą na swojego wybawcę. Ten, widząc, że ryba bierze zaczyna szarpać.

To fragment mojej nowej książki.

Właśnie wyszła. Ma format ebooka, ale można zamówić ją też w formie papierowej. Uważni czytelnicy poznają w niej kilka tekstów z bloga.

Tytuł książki „Efekt jojo w motywacji” wymyślili spece z Wydawnictwa. Jest lepszy od mojego pierwotnego (Naturalnie Spełnione Marzenia) ale nie do końca oddaje zawartość książki.

W rzeczywistości to nie tyle książka o motywacji, ale o pułapce, w jaką wpadamy zabiegając o jej zawsze wysoki poziom.

To książka o pułapce, w jaką wpadamy wierząc różnego typu guru samorozwoju.

To książka o tym, jak zapominamy o swoich naturalnych siłach starając się dopasować do obrazów narzucanych nam przez media, psychologów, rodziców i wszystkich specjalistów od „rozwoju osobistego”.

Jeżeli jesteś gotowy by trochę przestawić swój świat – zmierz się z nią.

Jeżeli jesteś gotowy bardziej zaufać sobie niż płatnym motywatorom – poznaj jej treść.

Dzięki niej nauczysz się realizować swoje zamierzenia niezależnie od tego czy masz w sobie motywację czy nie.

Klikając na link poniżej można pobrać darmowy fragment książki. Jest tam cały spis treści oraz fragment jednego z rozdziałów.

Fragment książki „Efekt jo-jo w motywacji” do pobrania

Klikając na okładkę można zamówić książkę.
Efekt jojo w motywacji - kliknij by zamówić

A co działo się na Krakowskim Rynku?

- Tylko jest mały problem. Ten hejnalista musi zapłacić ochronie wieży – wiecie, takie są przepisy. Zagra dla was za darmo, ja oczywiście grosza nie wezmę, za pośrednictwo.
- Hm… A dużo?
- Nie, jak się zrzucicie, to niewiele wyjdzie.
Po chwili zadowolony spryciarz niknie w Kościele Mariackim z pieniędzmi. Zostawienie sami sobie ludzie, który my dali pieniądze, zaczynają czuć lekkie obawy.
- A może nas oszukał – pytają siebie – może wziął pieniądze i nic z tego nie będzie?
Jednak po chwili spryciarz się pojawia.
- Załatwione. Ciężko było, ale się udało. Zagra specjalnie dla was.
- Super! Wspaniale!
Wybija pełna godzina. Hejnalista otwiera okienko i zaczyna grać. Wniebowzięta grupa słucha z zapartym tchem, jak hejnał płynie ze strzelistej wieży wprost do ich uszu. Spryciarz znika. Skromny człowiek. Nawet nie czekał, aż mu podziękują.
I wszystko świetnie. Klient jest zadowolony. Pieniądze zostały zapłacone. Tylko jest mały problem. Hejnał jest grany co godzinę. O każdej porze dnia i nocy. Nie tylko w południe, tak jak w radiu. Nie musisz nikomu płacić, by go wysłuchać.
Sprzedawcy motywacji są jak ten spryciarz. Masz wszystko, co jest Ci potrzebne, by osiągnąć sukces. Masz w sobie tyle motywacji, ile trzeba, by zrealizować swoje marzenie. Nikomu nie musisz płacić, nie musisz jeździć na żadne szkolenia, nie musisz słuchać „mistrzów” motywacji, nie musisz czytać kolejnych książek.
Wszystko, co potrzeba, masz tu i teraz. Nie gdzieś w podświadomości, w głębi, w możliwości. Nie. Tu i teraz.
Wystarczy, że zabierzesz się za działanie. Czekanie na motywację i nastrój tylko Cię rozprasza. Motywacja pojawi się sama, gdy zaczniesz działać. Przyjdzie chwila, gdy poczujesz przepływ. Gdy cały świat będzie Cię niósł. Gdy poczujesz, że wszystko jest zgrane, harmonijne i piękne. Że wszystko się ze sobą łączy.

Jak sobie ułatwić osiągnięcie celu?

Jak sobie ułatwić osiągnięcie celu?

Opublikowano 28 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Francuz, Pierre le Grand z wyspy Tortuga, zmęczony życiem myśliwego i plantatora (tzw. bukaniera), zebrał kilkunastu kompanów i wypłynął na morze. Ledwo mieścili się w swojej łódce. Chcieli złupić jakiś niewielki statek handlowy. Nie mieli jednak szczęścia. Byli na pełnym morzu już od kilku dni, ciągle jednak nic nie spotkali. Skończyła im się woda i jedzenie, dokuczał upał i niewygody.

Już mieli zrezygnowani wracać, gdy ktoś w dali zobaczył żagiel. Rzuci się w jago stronę najszybciej jak mogli. Jednak im lepiej mogli go widzieć, tym bardziej rzedły im miny. To nie był „niewielki statek handlowy”. To był ogromny okręt wojenny z rzędem dział po obu stronach burty i załogą liczącą ponad 200 osób. Małe szanse by trzydziestka wygłodzonych i obdartych plantatorów, stłoczonych w niewielkiej żaglówce i uzbrojonych jedynie w noże i pistolety, mogła coś wskórać. Z drugiej strony zdobycz kusiły. Byli głodni i wycieńczeniu, a na statku było jedzenie i być może jakieś pieniądze.

Łódź została zauważona z okrętu wojennego. Jeden z oficerów zameldował to kapitanowi. Ten spojrzał, nie przerywając gry w karty i powiedział: „No i co z tego? Nie obawiam się nawet okrętu tak wielkiego i potężnego jak mój, a cóż dopiero takiej łupiny”. Spokojnie wrócił do kart.

Zapadł zmrok a łódź ciągle trzymała się w okolicy okrętu. Głodni i zmęczeni bukanierzy postanowili działać. Zaczęli od złożenia przysięgę wobec siebie „iż w boju nie okażą najmniejszej obawy czy słabości”. To było zaklinanie rzeczywistości. My również często powtarzamy sobie takie rzeczy: tym razem się uda, zrobię, to będę niepokonany! Efekty – wiadomo jakie są. Nasz Pierre, nie byłby la Grande (Wielki) gdyby o tym nie wiedział. Dlatego zrobił coś jeszcze. Gdy cicho podpływali pod burty okrętu, kazał wywiercić w dnie łodzi dziurę. Im bardziej podpływali, tym bardziej łódź się zanurzała. Gdy mogli chwycić się burt, łódź cicho poszła na dno.

Nie mieli odwrotu. Mogli iść tylko do przodu. Błyskawicznie wdrapali się na pokład i zaatakowali zbrojownię. Potem wdarli się do wielkiej kabiny, gdzie kapitan ciągle grał w karty. Przystawiając mu pistolet do piersi kazali poddać cały okręt. Okazało się, że statek wiózł ładunek złota. Pierre la Grand zatrzymał tylu żołnierzy ilu potrzebował do obsługi żagli a pozostałych wysadził na ląd. Następnie wrócił do Francji i nigdy nie wrócił na Karaiby. Gdy tylko rozeszła się wiadomość o jego wyczynie, morze zaroiło się od podobnie działających, gotowych na wszystko rzezimieszków. Przez następne kilkaset lat, regularne armie nie mogły sobie poradzić z “piratami z Karaibów”.

Takich historii można opowiedzieć więcej. Wielcy wodzowie przekraczali Rubikon, palili za sobą mosty czy palili własne okręty – jak choćby w 711 roku Tarik ibn Ziyad, dowódca, który na kilkaset lat podbił Hiszpanię:

O moi wojownicy, dokąd mielibyście umknąć? Za wami jest morze, a przed wami wróg. Zostaliście jedynie z nadzieją na odwagę i stałość … jeżeli będziecie zwlekać z szybkim uchwyceniem zwycięstwa, wasz szczęśliwy los zniknie, a wasz nieprzyjaciel, którego obecność napełnia was strachem przeważy… oto stoi przed wami wspaniała okazja do pobicia go, jeżeli tylko odważycie się chętnie narazić się na śmierć[i].

Bliższy naszym czasom jest inny dowódca, który zastosował tą samą technikę. Henran Cortez, konkwistador, który z grupą zaledwie kilkuset żołnierzy podbił ogromne imperium Inków. Zanim spalił okręty, by wyleczyć swoich żołnierzy z wahań, najpierw wymontował z nich wszystko, co stanowiło jakąkolwiek wartość (metalowe części, działa, żagle, itp.).

Nie chodzi o niszczenie

Strategia „palenia okrętów” nie polega na bezmyślnym niszczeniu. Nie chodzi o to, byś zaczął wszystko rozwalać, gdy tylko wpadnie ci do głowy marzenie. Nie chodzi o to, by utrudniać sobie życie, nieprzemyślanymi krokami.

Chodzi o to, by z rozmysłem stworzyć warunki, w których nie będziesz rozdarty między możliwościami. Gdy droga do tyłu jest tak samo otwarta jak droga do tyłu, jesteś w zawieszeniu. Twój umysł błąka się to tu, to tam. W efekcie nie wykorzystujesz wszystkich możliwych okazji i wszystkich własnych możliwości działania.

Póki droga odwrotu jest tak samo otwarta jak droga do przodu, nie możesz być pewny swojej woli. W jednej chwili możesz czuć energię i zapał, ale w drugiej możesz poczuć rezygnację. Gdy pojawią się trudności lub będziesz miał gorszy dzień, okaże się, że chcesz tylko na wpół. Że twoja wiara w sukces nie do końca jest pewna, że trudno ci się do czegoś zmobilizować. W takiej sytuacji spalone, lub przynajmniej podtopione okręty bardzo się przydają. Gdy nie masz innego wyboru, łatwiej uwierzyć, że może

Kilka sugestii

Możesz zrobić kilka rzeczy:

Nie planuj odwrotu. Wiele osób myśli o swoich marzeniach, z góry planując drogę odwrotu i nazywając ją planem awaryjny. Mówią np. jak mi nie wyjdzie własny biznes, to zawsze mogę liczyć na etat. To nie jest żaden plan awaryjny, ale plan ucieczki. Dobry plan awaryjny to plan działań typu: „jak mi nie wyjdzie w ten sposób, to spróbuję tak, jak nie drzwiami, to oknem”. W takim planie nie ma miejsca na ucieczkę.

Zaangażuj innych ludzi by utrudnili ci tkwienie w miejscu. William James pisze: „Pamiętam, że niegdyś czytałem w jednej z gazet austriackich ogłoszenie pewnego Rudolfa, który obiecał pięćdziesiąt guldenów nagrody człowiekowi, który pod dacie ogłoszenia spotka go w winiarni. «Czynię to – wyjaśniał dalej w ogłoszeniu – wskutek przyrzeczenia, danego mej żonie». Taka żona i takie właściwe pojmowanie sposobu pozbywania się starych nałogów, mogą każdego ośmielić do zaryzykowania pieniędzy i założenia się, że Rudolf dotrzyma postanowienia.

Nie musisz dawać ogłoszenia w gazecie. Możesz poprosić ludzi (lub ich nawet zatrudnić) by uprzykrzali cię stanie w miejscu. Niech cię wyśmieją, gdy nie uda ci się tego osiągnąć. Możesz założyć się z kimś, o coś cennego, że uda ci się dopiąć swego.

Podbij stawkę. Przez wiele lat usiłowałem zrobić prawo jazdy. Bez żadnych efektów poświęciłem na to wiele energii. Gdy dowiedziałem się, że będę ojcem, zrobiłem je w ciągu miesiąca. Tym razem wiedziałem do czego jest mi potrzebne. Wiedziałem, że bez niego (moja żona również nie miała wtedy prawa jazdy) dziecko będzie miało znacznie ciężej. Usiądź jeszcze i spisz wszystkie korzyści, jakie osiągniesz dzięki realizacji swojego marzenia. Zrób tak długa listę, jak tylko się da. Czego, z tej całej listy najbardziej potrzebujesz? Bez czego nie możesz żyć?

Podnieś koszty nie działania. Dla niektórych pomocna jest prosta strategia karania się i nagradzania. Np.: nie golę się, dopóki nie ukończę książki, albo nie umawiam się na randki, póki nie zarobię pierwszych 10 000. Nie zawsze to dobrze działa – czasem buduje niepotrzebne napięcie i stres. Może jednak być pomocne.

Zrób krok do przodu (rozważny). Pozbądź się tego, co nie jest ci potrzebne do realizacji celów. Zwolnij się z pracy, wyjedź za granicę, zapisz się na studia, itd. Nie zwlekaj, aż zapał ci przejdzie.


[i] http://www.fordham.edu/halsall/source/711Tarik1.html

Determinacja i pokora

Determinacja i pokora

Opublikowano 15 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 17 komentarzy

Dwie osoby

Z jednej strony człowiek pewny siebie, zdecydowany i wierzący we własną gwiazdę. Gdy starał się o przyjęcie na Hervard, jeden z profesorów zapytał go czy jest inteligentny.

- Jestem zajebiście inteligenty – odpowiedział.

Najlepiej czuł się w drogim, włoskim garniturze, na środku sali, gdy mógł opowiadać innym o swoich genialnych pomysłach. Poruszał się jak gwiazda filmowa świadoma otaczających ją wielbicieli i fotoreporterów. Patrzył przed siebie twardym, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

Z drugiej człowiek skromny, świadomy swoich braków. Zza dużych okularów przypominał cierpliwego nauczyciela z małomiasteczkowej szkoły. Najlepiej czuł się w kraciastej koszuli, na swojej farmie i w ulubionej koparce. Nie udzielał zbyt dużo wywiadów, rzadko był obiektem zainteresowania fotografów. Jeżeli już musiał być w centrum, wolał odwracać uwagę od siebie i kierować ją na coś innego.

Gdyby tych ludzi postawić obok siebie i zapytać przechodniów, który ma szansę zrobić karierę, dziewięćdziesiąt procent wskazałoby pierwszego. Takie czasy. Trzeba być przebojowym, agresywnym i zdecydowanym. To musi być prawda, skoro tyle osób tak uważa. Osoby przebojowe i całkowicie bezkompromisowe są szybciej dostrzegane i łatwiej robią karierę. Tak, ten pewny siebie człowiek zrobił karierę. Został prezesem ogromnej, zatrudniającej kilkadziesiąt tysięcy osób firmy. Przez długi czas gazety i inwestorzy czcili go jak geniusza.

Ale temu drugiemu, mimo wszystko też się udało. Też został prezesem dużej firmy. Tyle, że końcowe efekty jego działania były zupełnie inne. Najpierw jednak wróćmy na chwilę do naszej gwiazdy.

Wrodzony talent

W życiu trzeba mieć talent. Trzeba mieć ten dar od Boga (lub Natury lub Losu). Gdy masz, wszystko przychodzi łatwo i prosto.

Firmą, która zapoczątkowała ruch „zarządzania talentami” był McKinsey. Troje z jej kluczowych konsultantów napisało bestseller „War for talents”. Na świecie trwa wojna o talenty. Ten, kto ją wygra, wygra wszystko. Trzeba jak najszybciej znajdować utalentowanych ludzi (najlepiej jeszcze na studiach), pozyskiwać ich i tworzyć im odpowiednie warunki (płacić, płacić, płacić i raz na rok oceniać). Sukces jest kwestią czasu. Nie można przegrać, gdy masz ludzi z talentami.

Możesz przegrać tylko wtedy, gdy nie jesteś agresywny. To wojna a nie popołudniowa przechadzka. Nie może ci zadrżeć ręka przy zwalnianiu starych, ale nie tak zdolnych pracowników. Nie możesz się wahać przed awansowaniem młodych zdolnych ponad głowami bardziej doświadczonych.

Jednym z najbardziej utalentowanych konsultantów McKinseya, najmłodszym w historii partnerem był Jeffrey Skilling. Dosyć szybko został szefem ogromnej firmy obsługiwanej przez McKinseya. Oczywiście od razu wdrożył w niej program zarządzania talentami. Przyjmował ludzi takich jak on – młodych, zdolnych i agresywnych.

Skilling, sam o sobie mówił:

Mój geniusz nie tylko określa moją wartość, on także określa wartość tej firmy. Mój geniusz kreuje wartość. Mój geniusz jest zyskiem dla firmy!

To się nazywa rozmach. Uważać się za geniusza to drobnica. Uważać się za geniusza wartego miliardy dolarów – to dopiero coś.

Firma nazywała się Enron. Gdy okazało się, że pomysły Skillinga nie są genialne, ani nawet dobre, jedynym rozwiązaniem stały się oszustwa. Skilling z kolegami zaczął na wielką skalę fałszować dane księgowe. Był zbyty bystry by nie domyślać się, jak to się skończy. Nie był jednak w stanie znieść świadomości, że nie jest geniuszem. Był w stanie zrobić dosłownie wszystko byle tylko nie okazało się, że jest zwykłym śmiertelnikiem, który jak inni popełnia błędy.

Jego niezachwiana wiara we własny geniusz doprowadziła do utraty pracy przez 22 tysiące osób oraz bilionowych strat, jakie ponieśli inwestorzy. On sam został zmuszony do przeprowadzki z najwyższego piętra oszklonego wieżowca do znacznie mniej przestronnej, więziennej celi. Dostał 24 lata bez możliwości zwolnienia przed upływem 20 lat. Oczywiście uznał wszystko za spisek. Pewnie dalej czuje się tak samo cenny. Nie sądzę jednak by więzienie, w którym przebywa rozważało wejście na giełdę.

Opinia jaką ma Skilling na swój temat nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jego mniemania, przez pierwszy okres kariery, gdy ważne było robienie wokół siebie szumu, zapewne były pomocne. Ale później, gdy sprawa przestała się do tego sprowadzać, doprowadziły do katastrofy. Skilling całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Jego inteligencja (naprawdę wysoka) na nic mu się nie przydała, bo nie potrafił odczytać tego, co wokół dzieje.

Mimo tego, że co pewien czas mamy okazje przyglądać się opłakanym skutkom działania ludzi takich jak Skilling czy ostatnio Madoff, ciągle pokutuje wyobrażenie, że w biznesie nie da się inaczej. Że co prawda bycie pyszałkiem zbyt estetyczne nie jest, ale to wynik ostrej konkurencji, XXI wieku czy specyfiki biznesu. Taki styl wydaje się odpowiednim przystosowaniem do warunków. Ale to nie jest prawda.

Ciągły rozwój

Jim Collins, który zajmuje się badaniem przedsiębiorstw odnoszących długotrwałe sukcesy, w książce „Good to great” (Od dobrego do wielkiego) jako pozytywny przykład opisuje firmę Kimberly-Clark. Jej szefem był Darwin E. Smith. Gdybyś zainwestował jednego dolara, w dniu w którym Smith objął jej stery, po 20 latach w dniu gdy przeszedł na emeryturę zrobiłoby się z niego 40 dolarów. To cztery razy lepszy wynik niż to, co osiągnęły dobre firmy giełdowe.

W 1971 roku, gdy Darwin E. Smith został wybrany prezesem, jeden z dyrektorów wziął go na bok i zapytał, czy zdaje sobie sprawę, że nie ma wszystkich potrzebnym na tej pozycji kompetencji. Smith ani się nie obruszył, ani nie zaprzeczył. Sam zbyt dobrze o tym wiedział. Nie uważał się za osobę wyjątkową ani wybitnie uzdolnioną. Po wielu latach, gdy osiągnął sukces, zadano mu pytanie jak udało mu się to zrobić. Smith odpowiedział:

- Nigdy nie zaprzestałem prób by zdobyć kwalifikacje do tej pracy.

Zespół Collinsa przebadał wiele firm. Okazało się, że w każdej z „wielkich” szefem był ktoś, kto przejawiał, jak to nazywa Collins „piąty poziom zarządzana”. Charakterystyczną cechą tego stylu jest osobista pokora (personal humility).

Żaden z szefów tych firm nie miał rozbuchanego ego. Nikt z nich nie twierdził, że wszystko wie, że jest najmądrzejszy, że nigdy się nie myli i zawsze osiąga sukcesy. Nikt z nich nie mówił o sobie per „geniusz” lub „urodzony talent”.

Szefowie tych firm:

…nigdy nie chcieli zostać super-bohaterami (larger-then-life hero). Nigdy nie aspirowali do tego by być na piedestale lub stać się niedosięgłą ikoną. Byli zwyczajnymi ludźmi, którzy bez rozgłosu osiągali niezwyczajne rezultaty.

Okazuje się, że to pokora jest kluczem a nie pycha.

Pokorny i zdeterminowany człowiek

Nie chodzi o dwóch różnych ludzi, mimo, że „pokorny zdeterminowany” brzmi jak oksymoron. Albo jesteś pokorny albo zdeterminowany? Niby dlaczego te dwie rzeczy miały się wykluczać? Collins pisze, że piąty poziom zarządzania to „paradoksalna mieszanka pokory osobistej z silną wolą”. Owszem tego rodzaju szefowie nie lubią mówić o swoich osiągnięciach, nie lubią błyszczeć na świeczniku. Ale to nie znaczy, że lubią zgadzać z każdym zdaniem i poddawać się każdej trudności. Przeciwnie. Dzięki temu, że nie muszą się promować i udowadniać geniuszu, potrafią skuteczniej niż inni zadbać o firmę. Gdy to nie ty jesteś w centrum własnej uwagi, ale firma, którą kierujesz, możesz osiągnąć naprawdę wiele.

Pyszałkowatemu Skillingowi, tak naprawdę nie zależało na firmie. Jemu zależało tylko na własnej wielkości.

Determinacja neurotyka

Jedynym ważnym dla Skillinga celem było pokazać światu swój geniusz. Jeżeli nie jestem geniuszem to niech się wali cały świat. Nic innego się nie liczy. Tysiące ludzi bez pracy, miliony osób tracących zainwestowane oszczędności – to mały pikuś w porównaniu z moją tragedią. Z tym, że ktoś zaprzecza mojej genialności.

Taka osoba robi wrażenie szalejącego tygrysa. Ale jej determinacja nie jest skierowana na konstruktywne działanie. Ten szalejący tygrys jest ślepy. Jego pazury trafiają w pustkę. Walczy z urojonymi duchami, które zagrażają jego urojonej tożsamości. Równocześnie nie dostrzega, że wokół zaciska się prawdziwa sieć.

To nie jest determinacja zdrowej osoby. Jest to typowy mechanizmem neurotyczny. Karen Horney tak go opisuje:

Oto mówi sobie, że jest i będzie kimś nieporównanie lepszym od „nich”. Stanie się kimś naprawdę wielkim i wszystkich zawstydzi. On im pokaże jak dalece go nie docenili i jak bardzo skrzywdzili. Stanie się wielkim bohaterem (w przypadku Stenhalowskiego Juliana – Napoleonem) prześladowcą, przywódcą, uczonym o nieśmiertelnej sławie.

Taki super-bohater stawia sobie szereg wymagań, ale nie po to by coś wnieść do świata, ale po to, by ciągle udowadniać sobie i innym swoją wyjątkowość:

Uzasadnieniem dla stawianych wymagań, jest przekonanie o posiadanych wybitnych przymiotach, na które składają się: większa od innych wiedza, „mądrość’ i zdolność przewidywania. (Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka)

Takie szarpanie się jest efektem wewnętrznej rozpaczy związanej z brakiem poczucia akceptacji. Skilling nie miał grama zdrowej akceptacji siebie. A z akceptacją siebie jest trochę jak z butami. Gdy są dobre, zapominasz o stopach. Gdy ciągle o nich pamiętasz, coś jest nie tak.

Ludzie, którzy akceptują siebie nie mają potrzeby zajmowania się sobą. Zapominają o sobie, jak zapomina się o wygodnych butach. Gdy ciągle wracasz do siebie, coś jest nie tak.

Pokorna determinacja

Gdy nie musisz walczyć z duchami, które zabierają ci twoją urojoną nieśmiertelność możesz zacząć osiągać coś rzeczywistego.

Darwin E. Smith był równocześnie pokorny i zdeterminowany. Pochodził z ubogiej rodziny i aby skończyć college, pracował dniami a uczył się nocami. Dzięki uporowi dostał się na prawnicze studia na Harvardzie. Gdy kilka miesięcy po objęciu posady prezesa, lekarze wykryli u niego raka krtani i dali mu rok życia, nie przestał ani na chwilę pracować. O chorobie poinformował zarząd, podkreślając, że ciągle jeszcze żyje. Dalej pracował jako prezes, równocześnie jeżdżąc na naświetlania. To tylko jego życie osobiste. Kierując firmą przejawiał jeszcze więcej determinacji.

To nie była sierotka, która na każdą przeciwność reaguje nieśmiałym westchnieniem: „może mi się uda” czy „byle nie zapeszyć”.

To był człowiek, który miał przed sobą cel i do tego celu dążył, nie rozpraszając się na olśniewanie innych.

Naprawdę silnym jest się wtedy, gdy nie tracisz energii na ukrywanie przed sobą własnych słabości. Cała siła może być wtedy skierowana na spójne, konstruktywne działanie. Wiem, łatwo się mówi a trudno to osiągnąć praktyce. Dziś, gdy szedłem do pracy nagle na mnie to spłynęło: Jak nieporównanie prostsze byłoby moje życie, gdybym nie musiał tak bardzo się starać być takim, jak sobie to wyobrażam. Ale powoli idę do przodu.

Kuerti zapytałeś mnie w komentarzu:

Zdaję sobie sprawę z własnych słabości, ale wierzę jednocześnie, że uda mi się je kiedyś poprawić… To pycha czy po prostu optymizm?

Dla mnie to nie jest pycha. Jeżeli nie traktuję się jak człowieka bezbłędnego, jeżeli nie mam w głowie etykiet, jaki to genialny jestem i nie tracę energii na podtrzymywania dobrego mniemania o sobie – nie ma to nic wspólnego z pychą. Gdy do tego znam swoje słabości – jestem realistą. Dla mnie nie jest to także optymizm, ale realizm połączony z nadzieją.

Pokora przecież nie wyklucza posiadania nadziei (marzeń czy pragnień). Twoje nadzieje, nawet te wielkie nie sprawiają, że stajesz się pyszny.

Ale jest jedna ważna rzecz. Nadzieja to nie żądanie. Czasem te rzeczy mylimy. Nadzieja to chcę. Chcę nawet bardzo mocno. Bardzo mi na tym zależy. Chcę wygrać zawody, napisać książkę, zbudować dom, znaleźć miłość życia, awansować, itp. To nic złego. Są ponoć zdrowi ludzie, którzy pozbyli się wszystkich pragnień. Nie spotkałem jeszcze i nie za bardzo wiem gdzie spotkać. Dla mnie posiadanie pragnień i dążenie do ich realizacji ze wszystkich sił jest zdrową rzeczą. A nawet niezbędną. Za dużo widziałem ludzi, którzy pozbawieni celów i marzeń, marnowali dzień za dniem.

Czymś innym jednak jest żądanie. Pragnienie to chcę. Żądanie to muszę. To neurotyczny, pyszałkowaty przymus. Gdy tak nie będzie świat się zawali, ludzie będą okropni, ja nie będę miał prawa istnienia. Żądam, bo „mi się należy”. Żądanie jest wtedy, gdy dążysz do wygrania zawodów, bo musisz, bo inaczej nie będziesz się czuł wartościową osobą. Wtedy, gdy dążysz do napisania książki, by udowodnić, że jesteś coś warty. Gdy dążysz do pieniędzy, bo inaczej będziesz czuł się nikim lub osobą pozbawioną wolności. Gdy szukasz bliskiej osoby, bo sam czujesz się nic nie warty.

Wywalić całe to muzeum

Pycha nie polega na tym, że czegoś chcesz od życia. Pycha polega na tym, że identyfikujesz się z pozytywnymi mniemaniami na swój temat.

Oczywiście być całkowicie pokornym jest ciężko. Anthony De Mello napisał:

Zaprawdę świętym był ten, kto powiedział „Jestem tylko czterema ścianami z pustką między nimi” Nikt nie może być pełniejszy.

To nie takie łatwe przez dłuższy czas być aż takim realistą. Ale wystarczy przestać zapełniać te cztery ściany swoimi pomnikami: pomnik genialnego szefa, który zawsze wygrywa; pomnik doskonałego kochanka; pomnik troskliwego rodzica, pomnik natchnionego muzyka… Tak samo nie należy wypełniać tych ścian pomnikami w innym stylu: pomnik nieśmiałego człowieka; pomnik człowieka, któremu nigdy nic się nie udaje; pomnik osoby, która nie ma talentu do pisania czy pomnik osoby, która biedna się urodziła i biedna umrze.

Zapełnianie naszych czterech ścian pomnikami sprawia, że miejsce do życia zmienia się w muzeum a my stajemy się jego kustoszami. Przestajemy żyć a zaczynamy konserwować. Czasem, gdy uda nam się uwieść innych, możemy mieć nawet całkiem spory ruch. Ludzie nas odwiedzają, podziwiają i gratulują. Ale ten ruch to tylko pozory życia.

Jak zabrać się za rozbijanie pomników? Kilka pomysłów z brzegu:

  • spisać listę swoich słabych stron (konkretnie) i opracować sposób pracy nad nimi,
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do swoich pomyłek i błędów,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię zbytnio i w sposób przesadny wychwalać, przyjąć tą część pochwał, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną (mimo, że przyjemną),
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najlepszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kto jest lepszy i poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię chwalą i nigdy nie krytykują (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które zawsze doskonale ci wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo zajmujesz się zbyt łatwymi rzeczami)
  • gdy czujesz się doskonały i zaawansowany zająć się rzeczami, których nie umiesz i które ci kiepsko wychodzą. Najlepiej raz na jakiś czas zacząć uczyć się rzeczy, co do których myślisz, że „nie masz uzdolnień” (np. nauczyć się chińskiego, gry na klarnecie, surfowania czy wyszywania haftem krzyżykowym).

To lista raczej dla tych, którzy mają pomniki „patetyczne”. Nie należy przesadzać, bo nie chodzi o zmianę pomników patetycznych (ja-geniusz) na dramatyczne (ja-ofiara losu).

Dla kolekcjonerów pomników dramatycznych proponuję:

  • spisać listę swoich mocnych stron (konkretnie),
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do tego co ci wychodzi i w czym osiągasz sukcesy,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię w sposób przesadny krytykować, przyjąć tą część krytyki, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną,
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najgorszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kogo możesz poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które nigdy ci nie wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo stawiasz przed sobą zbyt trudne cele)
  • Wreszcie nauczyć się czegoś dobrze i dość w jakiejś umiejętności do wyższego poziomu zaawansowania.

* * *

Masz może jakiś inne pomysły? Co o tym myślisz?

Moment na decyzję: poddać się lub biec

Moment na decyzję: poddać się lub biec

Opublikowano 07 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 3 komentarze

Nie wolno tego czuć!

Ojciec z synem kończyli jeść lody. Ośmiolatek wysmarował sobie całą twarz. Ojciec nie mógł znaleźć chusteczki by go wytrzeć. Niedaleko była pizzeria. Ojciec pokazał ją synowi i powiedział:

- Idź tam i poproś o serwetkę, na pewno ci dadzą.

- Ale ja się wstydzę…

- Jak to się wstydzisz?! Nie wolno czuć wstydu! Taki chłopak i się wstydzi. No idź!

- Ty idź…

- No dobra, jakoś inaczej to wyczyścimy.

Pewnie ojciec ojca też mówił „nie wolno się wstydzić”. Syn będzie to zapewne powtarzał swojemu synowi.

W efekcie:

  1. Dziecko dalej jest nieśmiałe (ojciec sam czuł się nieśmiały i dlatego wycofał się z pomysłu)
  2. Dziecko dowiaduje się, że jest z nim coś nie tak, bo czuje coś, czego nie powinno.

Zamiast pomóc dzieciom nauczyć się radzić sobie z emocjami, wiele osób wydaje im instrukcje. Opisuje im jak powinny się czuć.

Ale jestem biedna…

Błędem jest zaprzeczanie uczuciom, ale błędem jest także poddawanie się im.

Idziemy z córką na dłuższy spacer. Mała rzeczywiście nachodziła się sporo i ma prawo być zmęczona. Słyszę:

- Tatusiu nie mam siły.

Nie zastanawiając się, biorę ją na ręce. I dopiero wtedy myślę:

- Zaraz, zaraz, coś mi tu nie gra…

Gdy następnym razem słyszę „nie mam siły” pytam, czy to znaczy, że chce bym ją wziął na ręce.

- Tak.

- Jeżeli o to ci chodzi, to chciałbym byś mi mówiła co chcesz, a nie skarżyła się, że nie masz siły.

Umawiam się z nią, że gdy będzie chciała, bym wziął ją na ręce zada mi pytanie:

- Czy możesz mnie wziąć na ręce?

Ćwiczymy to kilka razy, tłumaczę jej, że to nasze zaklęcie, że po samym „brakuje mi siły” wyrażę tylko zrozumienie.

Po jakimś czasie słyszę:

- Tatusiu nie mam siły.

- Rozumiem, rzeczywiście długo szliśmy.

- Tatusiu! Ale ja nie mam siły!

- Tak, to nieprzyjemne uczucie.

Zatrzymuje się i tupiąc nogą powtarza „nie mam siły”. Ponieważ nie biorę ją na ręce, kładzie się na ziemii.

Mówię jej:

- Pamiętasz nasze hasło?

- Ale ja nie mam siły…

Podpowiadam jej szeptem:

- Czy – możesz – mnie – wziąć…

- Aha! Czy możesz mnie wziąć na ręce?

- Z przyjemnością!

Dopiero po kilku powtórzeniach nauczyła się mówić, czego chce.

Dzieci szybko uczą się tego rodzaju manipulacji. Mówię rodzicom, jaki jestem słaby, jak mi nie wychodzi, jak sobie nie radzę, a rodzice automatycznie biorą mnie na ręce, pomagają rozwiązać zadanie, rozprawiają się z huliganami, idą do klasy i wstawiają się za mną u pani,… . I nie problem w tym, że rodzic coś robi. Czasem (zależnie od sytuacji) trzeba . Problem w tym, że dziecko uczy się bezradnego poddawania się.

Nie zawsze biorę dziecko na ręce. Czasem mówię:

- Nie, ale może zrobimy krótki postój i odpoczniemy.

- albo: Może będziemy iść wolniej

- albo: Może pójdziemy inną drogą.

Chodzi mi o to, by dziecko nauczyło się, że gdy nie ma siły może coś z tym zrobić – poprosić o pomoc czy zaproponować odpoczynek. Samo stwierdzenie, że „nie mam siły” i bierne czekanie aż ktoś z tym coś zrobi jest bez sensu, tak samo jak udawanie, że mam mnóstwo siły.

Gdy nie umiesz się przyznać do swoich negatywnych emocji czy słabości, jesteś w pułapce. Im mocniej twój wewnętrzny ojciec będzie naciskał, tym bardziej będziesz się czuł splątany. Gdy w środku mówisz sobie: nie wolno mi takim być, nie mogę tak się czuć, nie mogę sobie pozwolić na takie odczucia, coraz trudniej będzie ci iść do przodu.

Jednak przyznanie się do tego, to tylko pierwszy krok. Dla wielu osób potwornie trudny (i dlatego tak się o tym rozpisuję). Ale gdy go już zrobisz, zostają ci jeszcze dwa kroki. Nie możesz zatrzymać się na pierwszym, bo wpadniesz w bierność.

Decyzja

Wiele osób uważa, że związek emocji z działaniem jest bardzo prosty: czuję emocję –> działam. Wyobrażają sobie, że emocje automatycznie uruchamiają w nas działanie.

Ludzie często tłumaczą powody swoich złych zachowań siłą emocji: „Uderzyłem żonę, bo poczułem wściekłość. Byłem tak wściekły, że nie mogłem się powstrzymać. Nic z tym nie mogłem zrobić.” Skoro to sprawka emocji, to nie do końca jestem winny. Emocje zostały przecież sprowokowane. Ciekawe, że ten sam człowiek nie uderzył swojego szefa, który budzi jeszcze większą wściekłość. Albo dwa razy większego sąsiada, który notorycznie wpuszcza głośną muzykę, przy której krew go zalewa. Te same emocje, ale różne działania.

Tylko nam się wydaje, że emocje są automatycznym wyzwalaczem zachowań. W rzeczywistości pomiędzy nimi jest coś jeszcze. Krótki moment, od którego zależy to, co będzie się dalej działo. Ciąg wygląda tak: Emocje – Decyzja – Działanie.

Za każdym razem, mimo, że rzadko jesteśmy tego świadomi podejmujemy decyzję czy poddać się emocjom czy nie.

Bieg do zimnej wody

Przed paroma dniami współprowadziłem szkolenie. Gdy prowadzi się samemu człowiek jest cały czas zajęty. Teraz jednak robiłem to z koleżanką. Siedziałem bezczynnie z boku. Po jakiejś chwili zacząłem patrzeć za okno i poczułem, że naprawdę nie mam ochoty siedzieć na tej sali, że nie mam siły nic do tych ludzi mówić, że w ogóle nie powinno mnie tu być, że jestem nieszczęśliwy musząc tak się eksploatować i w ogóle to mam już dość i dłużej nie wytrzymam. Słowem poczułem lęk.

Dobrze znam tę chwilę. Człowiek czuje uderzenie lęku i wycofuje się, zwija się, zaczyna snuć fantazje, ucieka od tego, co ma zrobić. Oczywiście dosłownie nigdy mi się nie zdarzyło uciec, ale wiele razy uciekałem wewnętrznie. Człowiek niby jest obecny, ale działa z wewnętrznym dystansem i poczuciem pretensji. Tak jakby jechał dalej, ale z wciśniętymi hamulcami. Jakby odgradzał się od zewnętrznego świata. Po dniu takiej pracy człowiek jest bardziej zmęczony niż po miesiącu normalnej.

Jednak tym razem, gdy poczułem lęk, pomyślałem:

- Mam dwie możliwości. Mogę się temu poddać, asekurować się, wycofywać i robić wszystko na pół gwizdka. Ale mogę też wybiec do przodu. Mimo tego, co czuję, w pełni zaangażować się w szkolenie.

Samo uświadomienie sobie tych możliwości pozwoliło mi wybrać. Wstałem i aby coś zrobić przyłączyłem się do prowadzenia.

To nie było banalnie proste. To było jak bieg do zimnej wody. Rzucasz się w zimne fale, mimo, że cały organizm protestuje. Im mocniej protestuje tym szybciej biegniesz i mocniej chlapiesz. Po chwili, trudno powiedzieć, w którym momencie, czujesz, że woda nie jest zimna, ale przyjemna. Płyniesz wśród fal zostawiając na brzegu tych, którzy starają się wejść do wody tak by nie poczuć chłodu.

Gdy strach wrócił, znowu wybrałem rzucenie się do przodu. Tym razem nie mogłem mówić (bo akurat mówili uczestnicy), ale wystarczyło wyciągnąć notatnik i zacząć robić notatki. Za trzecim razem było to jeszcze łatwiejsze. Stopniowo takich uderzeń paniki było coraz mniej. Drugiego dnia wcale ich nie było.

Z czasem nawykowa decyzja by poddać się emocjom ustępuje nawykowej decyzji by robić swoje. Każdy wybuch lęku staje się impulsem do tego by być bardziej obecnym i zaangażowanym.

Rinpocze Trugpa i straszny pies

Pema Chödrön, uczennica rinpocze Chögyan Trungpy w jednej ze swoich książek opowiada historię:

Gdy pierwszy raz spotkałam Rinpocze Trugnpa, rozmawiał z grupą uczniów czwartej klasy, którzy zadawali mu mnóstwo pytań o jego dzieciństwo w Tybecie i o ucieczce z komunistycznych Chin do Indii. Jeden z chłopców zapytał go, czy kiedykolwiek się bał. Rinpocze odpowiedział, że jego nauczyciel zachęcał go by chodził w przerażające go miejsca, takie jak np. cmentarze, oraz by próbował zbliżyć się do rzeczy, których nie lubił. Potem opowiedział historię o tym jak podróżował ze swoim służącym do klasztoru, w którym nigdy wcześniej nie był. Gdy zbliżyli się do drzwi, zobaczyli wielkiego warującego psa z ogromnymi kłami i czerwonymi oczyma. Pies srogo warczał i szarpał się na łańcuchu, którym był przywiązany. Gdy podeszli bliżej mogli zobaczyć jego zsiniały język i pryskająca mu z ust ślinę. Ominęli go szerokim łukiem i podeszli do bramy. Nagle łańcuch się zerwał a pies zaczął gnać w ich stronę. Służący wrzasnął i zastygł w przerażeniu. Rinpocze odwrócił się i pobiegł, tak szybko jak tylko mógł, wprost na psa. Pies był tak zaskoczony, że skulił ogon i uciekł.

Alternatywa

Gdy czujesz negatywną emocję masz dwie możliwości:

  • poddać się (siedzisz i użalasz się nad sobą, uciekasz, wycofujesz się, rezygnujesz, uderzasz, karzesz, itp.)
  • wybiec naprzeciw i zrobić to, co masz do zrobienia (wstajesz i szukasz zajęcia, biegniesz do przodu, jeszcze raz próbujesz, dajesz sobie czas, wysłuchujesz przyczyn, itp.)

Czasem jest to łatwiejsze, czasem trudniejsze. Nigdy nie ma gwarancji, że emocja na zawsze zniknie. Twoja decyzja zazwyczaj będzie wymagała ciągłej uważności i ciągłego ponawiania.

Nikt jednak nie twierdzi, że da się dobrze przejść przez życie korzystając z autopilota. Trening naszej uwagi jest pierwszym kluczem do jakichkolwiek zmian. Gdy nauczysz się być uważnym na to, co dzieje się ze światem wokół i tobą samym, uda ci się wyłapać ten moment, w którym „osuwasz się pod wpływem emocji”. W którym w nawykowy sposób podejmujesz pierwszą z tych decyzji. Ale gdy tylko uświadomisz sobie, że to właśnie ta chwila, możesz postawić przed sobą alternatywę. Chcę się poddać czy chcę biec? Chcę się położyć na ziemi czy zebrać siły?

Te dwie małe rzeczy: nasza uwaga i możliwość wyboru są wszystkim, co mamy. Być może to nie są jakieś oszołamiające mechanizmy. Ale z dnia na dzień możemy być coraz bardziej uważni i coraz bardziej świadomi swoich wyborów. Przykłady wielu ludzi – nie tylko mistrzów buddyjskich – pokazują, że to możliwe.

Oczywiście to wszystko nie znaczy, że można sobie dowolnie radzić z każdą emocją, choćby nie wiem jak była silna. Nie należy bezmyślnie dopuszczać do rozkwitu negatywnych tendencji. Alkoholik nie powinien chodzić na przyjęcia z darmowymi drinkami, a człowiek, któremu zależy na wierności nie powinien korzystać z erotycznych czatów. Umiejętność podejmowania decyzji nie zwalnia z rozważności.

W skrócie

Procedury zawsze są uproszczeniem, ale gdy zaczynamy ćwiczyć coś nowego warto z nich korzystać.

Dlatego proponuję proste trzy kroki:

  • Przyjrzy się temu, co czujesz i myślisz. Nie tłum w sobie żadnych emocji, przeżyć czy myśli. W moim przypadku mógłbym sobie mówić: jestem pewny siebie i rozluźniony, ale skończyłoby się to tak, że po prostu prowadziłbym szkolenie na zaciśniętych hamulcach. Dziwiłbym się później temu, dlaczego jestem tak zmęczony. Jeżeli nie wiem, co się ze mną dzieje, nie mogę z tym nic zrobić. Przyjrzeć się oznacza zrozumieć co się czuje, ale nie oznacza prześledzić skąd to się we mnie wzięło. To mało ważne czy panikuję dlatego, że miałem trudne dzieciństwo czy dlatego, że dawno nie stałem przed grupą, czy dlatego, że mam poczucie, że zbyt mało się przygotowywałem.
  • Postaw przed sobą alternatywę: chcę się temu poddać czy wolę wyjść temu naprzeciw? Lepiej zrobić to konkretnie, np.: chcę poddać się lękowi i siedzieć z boku, czy chcę zaryzykować i w pełni się zaangażować w zajęcia? Gdy stawiasz przed sobą alternatywę, otwierasz przed sobą moment decyzji. Wyłączasz autopilota, który jest mechanicznie nastawiony na unikanie doświadczeń. Być może z czasem ten stary autopilot da się zastąpić nowym. Nie wiem. Jestem na etapie, w którym każda decyzja by wyjść do przodu wymaga pełnej świadomości.
  • Działaj. Gdy tylko podejmiesz decyzję od razu rzuć się do działania. Wstań, zacznij robić notatki, zacznij słuchać, itp. W zasadzie działać trzeba już w chwili postawienia przed sobą wyboru. Najcenniejsze są działania skierowane na świat i takie, których do tej pory najbardziej się bałeś.

Ojciec na ławeczce

Co mógł zrobić ten ojciec, od którego zaczęliśmy? Co prawda był nieśmiały, ale mógł własną nieśmiałość znakomicie wykorzystać. Mógł np. powiedzieć:

- Ja też się wstydzę, chodźmy w takim razie razem.

Po pierwsze nauczyłby dziecko akceptacji swoich uczuć. Zamiast odbierać dziecku wewnętrzną spójność, odcinać jakiś fragment siebie (jestem do niczego, bo się wstydzę), dałby komunikat: wszystko z tobą w porządku. Po drugie pokazałby, że można stawiać czoło wewnętrznym zmorom. Że można wyjść im naprzeciw, a nie chować się przed nimi po kątach, przykrywając się hasłami bez pokrycia.

Nie zrobił tego, bo był dumnym ojcem. Przecież ojciec nie może okazać żadnych słabości. Jak by to wyglądało, gdyby się okazało, że ojciec się czegoś wstydzi? Przecież każdy ojciec musi być twardy, odważny i bez skazy.

Tak właśnie nasze fantazje blokują rozwój nas samych i innych ludzi. Nie nauczysz się niczego nowego, tak długo póki mylisz fantazje na swój temat z rzeczywistością.

Zanurkować w deszcz

Zanurkować w deszcz

Opublikowano 26 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Od pewnego czasu w wolnych chwilach czytam książkę napisaną w 1928 roku przez japońskiego psychiatrę Shōma Morita. Najczęściej czytam ją porcjami dziesięciominutowymi, ale to wystarczy by mieć wiele do myślenia. Ostatnio przeczytałem historię wyleczenie pewnej pacjentki.

Pacjentka z atakami palpitacji

Kobieta od kilku lat cierpiała na ataki bólu i palpitacje serca. W trakcie ataków nie mogła położyć się na łóżku, ale ze względu na ból musiała siedzieć podparta. Ataki zawsze powtarzały się codziennie przez kilka dni.

Podczas badań okazało się, że kobieta jest zdrowa od strony fizycznej – ma zdrowe serce i nie cierpi na schorzenia, które mogłyby wywoływać ból.

Podczas pierwszej rozmowy pacjentka powiedziała, że tej nocy ból na pewno się pojawi, bo poprzedniej miała pierwszy atak. Morita relacjonuje:

Poprosiłem ją, by wieczorem przyjęła w łóżku poziomą pozycję (taką, w której atak jest najbardziej prawdopodobny) i postarała się samodzielnie wywołać ból. Poprosiłem ją, by uważnie obserwowała, od samego początku cały przebieg ataku. Obiecałem, że jeżeli to zrobi, nauczę ją zapobiegać atakom w przyszłości. Zapewniłem ją, że nawet, gdyby miała odczuwać ból przez całą noc, warto wytrzymać by w perspektywie na stałe pozbyć się dolegliwości. Klientka obiecała, że tak postąpi.

Podczas następnej wizyty, opowiedziała, że próbowała zrobić tak, jak jej poleciłem, ale nie była w stanie wywołać ataku. Zasnęła w przeciągu pięciu minut i nie obudziła się aż do rana. Gdy zapytałem ją czy myśli, że ataki powrócą, odpowiedziała, że jest przekonana, że nie, gdyż jest od nich uwolniona, mimo, że nie potrafi powiedzieć dlaczego. Wyjaśniłem jej, że to taitoku [termin zen oznaczający wiedzę pochodzącą z bezpośredniego doświadczenia, będącą przeciwieństwem rikai – wiedzy pochodzącej z intelektu]. Ta wiedza nie jest ani teorią ani ideologią.

Gdy zaakceptowała moją instrukcję, stała się zdeterminowana do tego by cierpieć przez całą noc i zanurkować w tym, co ją przeraża. Przestała obawiać się ataku, który ma nastąpić i przestała zajmować się kwestią uniknięcia go. To był powód, dla którego atak nie nastąpił. Poprzednio, gdy spodziewała się ataku, chciała go uniknąć, to wywoływało konflikt mentalny, który powiększał cierpienie i lęk.

Bez potrzeby unikania bólu

Czytając ten opis uświadomiłem sobie, że dokładnie ten sam proces był podstawą mojego małego sukcesu związanego z prawem jazdy (pisałem o nim tutaj). Poprzednio ile razy chciałem zdać egzamin, bałem się związanego z tym bólu. Bałem się:

  • wstydu, że nie zdam,
  • zażenowania (taki stary, a jeszcze nie ma prawa jazdy),
  • rozczarowania (własnego i innych ludzi)
  • etykietki mało zdolnego, itp.

To wszystko było na tyle nieprzyjemne, że moja energia się rozpraszała. Z jednej strony starałem się skupić na nauce i zadawaniu, z drugiej zminimalizować nieprzyjemności. W efekcie byłem jak ktoś, kto chce dojść do domu, ale zamiast tego przeskakuje od okapu do okapu, bo zaczął padać deszcz a on nie ma parasola.

Fragment osiemnastowiecznej, księgi samurajów Hagakure cytowałem już w „Energii wewnętrznej”:

Jest coś, czego możesz się nauczyć podczas burzy. Gdy dopadnie cię nagła ulewa, nie próbuj się przed nią schować, ale szybko pobiegnij drogą. Przechodzenie od okapu do okapu nie uchroni cię od wody. Gdy jesteś zdeterminowany od samego początku, nie pogubisz się, mimo, że przemokniesz.

Gdy nasza uwaga jest rozproszona miedzy unikaniem deszczu a szybkim dotarcie do celu, zazwyczaj grzęźniemy gdzieś po drodze. Stajemy się pogubieni, nie dość klarowni.

Cel – gdzie biegnę?

Gdy toczą się sprawy życia i śmierci nikt nie bawi się w unikanie deszczu. Nie muszą to być dosłownie sprawy życia i śmierci. Wystarczy, że są to np. kwestie finansowe. Ile osób jest w stanie solidnie zmoknąć, byle im dobrze zapłacili? Ale mogą to być także sprawy innych ludzi.

Dla mnie dużą siłą jest uświadomienie sobie ceny, jaką inni zapłacą za moje zaniedbania. Ja sam wszystko jeszcze jakoś zniosę, ale dlaczego inni mają płacić za moje lenistwo?

Dla wielu z nas taka zewnętrzna motywacja jest bardzo silna. Znacznie silniejsza niż np. oczekiwanie, że będę się dobrze bawić lub będę bardziej doskonały.

Cel, który nie dotyczy nas samych ma w sobie siłę, która uodparnia nas na niewygody. Gdy jedyne, na czym mi zależy jest moje samopoczucie, dobra zabawa czy doskonałość, staję się nadmiernie wrażliwy na przeszkody. Mdleję przed byle pogorszeniem warunków.

Gdy dążę, do czegoś poza mną, kwestie samopoczucia przestają być tak ważne. Staję się znacznie mniej delikatny.

Moje wewnętrzne niedogodności przestają być ważne, gdy widzę siebie jako człowieka działającego w świecie i przekształcającego ten świat.

Nie chodzi o to by być twardym

Wiele osób zna nieco podobną strategię. To stary, żołnierski sposób „na twardziela”: gdy idziesz w bój, przygotuj się na śmierć. Gdy np. boisz się wystąpienia publicznego wyobraź sobie, co najgorszego może cię spotkać. Zobacz jak cię wyśmiewają i krytykują. Albo, gdy wstydzisz się podejść do nieznanej osoby, pomyśl, co najgorszego może się stać. Wyśmieje cię? Wezwie policję?

Czasem zdarza mi się mieć ciężki czas podczas pisania. Siedzę i trudno mi wydusić z siebie coś sensownego. Piszę i od razy kasuję. Boję się, że nie napiszę nic sensownego i nikt nie znajdzie w tym nic przydatnego. Co zrobić? Zgodnie z tą metodą, powinienem wyobrazić sobie niezadowolonych czytelników. Fajnie, tylko, że gdy to widzę, wcale nie chce mi się pisać. Po co mam to robić? Jakim cudem mam mieć ochotę pisać dla ludzi, którzy tego nie potrzebują?

Nie jestem masochistą. Nie muszę pisać. Nie muszę występować publicznie. Nie należę do tych, którzy robią coś, bo ktoś im kazał. Nie chodzę już do szkoły. Nie mam nad sobą szefa. Jak coś mi się nie podoba, nie robię tego.

Ciekaw jestem czy ktokolwiek zastosował sposób „na twardziela” więcej niż trzy razy. Za pierwszym razem może być skuteczny na zasadzie autosugestii. Za trzecim, siła sugestii maleje i okazuje się, że gdy wyobrażam sobie swoje porażki jest jeszcze gorzej. Jestem przekonany, że ktoś, kto poleca tą metodę, sam nie próbował je używać.

Morita wcale nie przekonywał klientki o tym, że w życiu trzeba być twardym. Słowem nie, że musi być gotowa do tego by znosić ból. Zamiast tego dał jej cel. Cel w świetle, którego ból stał się mało ważny. Ciągle dokuczliwy, ciągle nieprzyjemny i nie chciany, ale mało ważny.

Twardziel, to ktoś, kto szuka trudności dla samej trudności. To ktoś, kto wybiega na deszcz by udowodnić (często także sobie), że się go nie boi. To nie jest ani postawa samuraja, ani mądrego człowieka. Nie chodzi o to, by być mokrym. Jak nie musisz nie wychodź na deszcz. A jak musisz wyjść i masz przy sobie parasol, to wyciąg go zanim wyjdziesz. Jeżeli możesz uniknąć deszczu – uniknij.

Nigdy jednak nie trać czasu na szukanie parasola, gdy masz coś ważnego do załatwienia. Nie pozwól by krople deszczu ci przeszkodziły.

Skoro i tak zmokniesz, jaki ma sens chowanie się przed deszczem?

Skoro i tak będziesz cierpieć, jaki ma sens chowanie się przed cierpieniem? Lepiej cierpieć z sensem, idąc do przodu niż bez sensu, usiłując wszystko wygodnie ułożyć.

Lepiej czuć ból biegnąc z determinacją do przodu, mając świadomość, że robisz coś ważnego, niż czuć ból będąc schowanym pod okapem.

Znosić z odwagą codzienne cierpienie, które jest konieczne – to jest mądrość.

Rozejrzyj się wokół

Ktoś może powiedzieć, odróżnić cierpienie, które warto znosić, od tego, które nie warto, jest bardzo trudno. Tak, trudne dla naszego intelektu. Ale gdy masz przed sobą ważny cel i nie oszukujesz siebie samego, dobrze wiesz, co musisz znieść, a co nie.

Gdy ciągle masz wątpliwości, to znak, że jeszcze usiłujesz dopasować siebie samego do papierowych fantazji. Że ciągle starasz się stosować do jakichś ideałów.

By wyjść z tego błędnego koła, rozejrzyj się wokół siebie. Choćby na chwilę zobacz, co się dzieje wokół ciebie.

Przestań ciągle szukać odpowiedzi na pytanie o to jak się dziś czujesz, dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa i jak możesz zmienić swoje życie. Zamiast tego pomyśl, co się dzieje w ludziach, którzy cię otaczają. Co czują? Czego się boją? Z czego się cieszą?

Przestań przygotowywać się do życia, bo ten deszcz zawsze będzie padał. Nigdy nie przyjdzie odpowiedni moment.

Przestań przygotowywać się na śmierć, bo to ciągle jest szukanie własnej wygody i skupianie na sobie. Nie ma w tym nic szlachetnego. Zamiast tego otwórz oczy i rozejrzyj się wokół.

Kiedyś rozmawiałem z trenerką, która przed szkoleniem była bardzo przejęta tym, jak wypadnie. Była tak skupiona na tym, że drżały jej ręce i łamał się głos. Im bardziej starała się zapanować nad sobą, tym było z nią gorzej. Zaczęła się mi żalić na to, co przechodzi.

Zapytałem ją czy ma pojęcie, jak się czują uczestnicy szkolenia. Czy mogłaby wymienić przynajmniej trzy rzeczy, których się boją? Okazało się, że wspólnie możemy znaleźć znacznie więcej obaw. Boją się, że szkolenie będzie stratą czasu, że nie zrozumieją, o co chodzi, że okażą się niepojętni, że po powrocie ze szkolenia przełożony powie im, że nie rokują nadziei, że prowadzący wytknie im niewiedzę.

Gdy dotarło do niej, że istnieje jeszcze świat poza jej własnym, że inni ludzie w tej samej sytuacji mogą mieć równie ciężko, nie czekając na początek zajęć poszła wśród ludzi i zaczęła z nimi rozmawiać. Zamiast dogadzać sobie, poczuła, że jest potrzebna innym.

Kiedyś słyszałem taką historię:

Młody chirurg ma po raz pierwszy dyżur na oddziale nagłych przypadków. Przywożą mu okropnie poparzonego pacjenta. Chirurg chce mu pomóc, ale czuje tremę. Pierwszy raz tak wiele od niego zależy. Nie wie, czy uda mu się wszystko bezbłędnie zrobić. Przed zabiegiem dzwoni do przyjaciela i zwierza się, że jest strasznie spięty i nie czuje się najlepiej w tej sytuacji.

- Nie czujesz się najlepiej? – mówi przyjaciel – pomyśl jak czuje się ten człowiek!

Młodemu chirurgowi robi się głupio. Zobaczył, że jest skupiony na rzeczy najmniej ważnej. Zamiast myśleć o sobie, skupia się na pacjencie i robi wszystko, co może.

Gdy się boisz nie dbaj o to, co się z tobą dzieje. Nie szukaj ulgi. Nie staraj się być bardziej dojrzałym, bardziej akceptującym czy bardziej twardym.

Boisz się? To dlatego, że ciągle skupiasz uwagę na sobie. Myślisz, że świat wokół ciebie jest mniej ciekawy? Że i tak nie uda ci się utrzymać na nim uwagi? Spróbuj. Otwórz oczy i przyjrzyj się temu, co cię otacza. Popatrz na miejsce w którym jesteś. Przyjrzyj się ludziom, jacy cię otaczają. Zobacz czego potrzebują i czym żyją? Sam ocenisz, czy chcesz wrócić do ciągłego wpatrywania się w lustro.

Założę się, że szybko sobie uświadomisz co ważnego masz do zrobienia na świecie. Gdy tylko sobie to uświadomisz, natychmiast zacznij biec do przodu. Nie czekaj aż przestanie padać deszcz. Zanurkuj w nim, choćby był największy.

I tak go nie unikniesz. A tak, przynajmniej się nie pogubisz.

Liczy się świat, a nie twoje niedoskonałości

Po chwili biegu, złapiesz się na tym, że znów lecisz pod okap. Nie rób z tego afery. No cóż, nie jesteś doskonały. Nazywaj się jak chcesz. Głupi, leniwy, spięty, niegodny, niedojrzały…

To tylko mało ważne etykiety. Tak, ciągle jeszcze bardziej skupiasz się na sobie a nie na świecie. Ale to nie jest takie ważne. Po prostu wróć do swojego biegu. On liczy się bardziej niż twoja doskonałość.

Wzbudzanie uczuć

Wzbudzanie uczuć

Opublikowano 23 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 8 komentarzy

Opisywałem poprzednio moje nieskuteczne próby wzbudzania w sobie uczucia przyzwolenia. Próbowałem w ten sposób zastosować się do zaleceń popularnej psychologii.

Zgodnie z nimi odpowiednie ustawienie swoich emocji gwarantuje osiągniecie sukcesu. Zalecenie jest proste: poczuj odpowiednie uczucie, a reszta sama przyjdzie. Co rusz można spotkać wskazówki:

  • poczuj pewność siebie,
  • poczuj miłość,
  • poczuj przyzwolenie,
  • poczuj akceptację,
  • przestań rozczulać się nad sobą

To trochę przypomina mi lekcje religii. Wzbudź w sobie żal za grzechy, obrzydzenie do złego i pragnienie poprawy. Z okazji świąt wzbudź w sobie radość. Sory, albo żałuję, albo nie. Zawsze mnie wkurzało udawanie. Bóg jest dla mnie Kimś zbyt ważnym by mu serwować przekrzywioną na bok główkę i piąstkę klepiącą okolice biustu.

Emocje się przydarzają

To, że znasz jakiś stan psychiczny, nie znaczy, że możesz go celowo, wysiłkiem woli wywołać.

Weźmy kwestię zapominania. Każdy doskonale wie, na czym polega. Co rusz zapominamy o rzeczach mniej lub bardziej ważnych. Spróbuj jednak zapomnieć o czymś celowo, np. o jakimś przykrym wydarzeniu. Im bardziej się starasz, tym lepiej pamiętasz. Nie można zmusić się do zapomnienia. Zapominanie jest czymś banalnym, póki nam się przydarza. Staje się jednak czymś niemożliwym do osiągnięcia, gdy chcemy je celowo wywołać.

Czy można się czymś zaskoczyć? Czasem sami siebie zaskakujemy, ale czy można to osiągnąć, gdy akurat mamy taki zamysł? Powiedzieć sobie: jutro są moje urodziny, w związku, z czym zrobię sobie jakąś niespodziankę! Nie możesz celowo sam siebie zaskoczyć.

Podobnie jest z wiarą. Niektórzy usiłują wysiłkiem woli w coś uwierzyć. W efekcie im bardziej się starają, tym więcej mają wątpliwości. Wierzysz, gdy doświadczasz – widzisz dowody, słyszysz o faktach czy przeżywasz silne doznania – a nie wtedy, gdy sobie tak postanowisz.

Tak samo jest z poczuciem przyzwolenia. Próbując w sposób wolicjonalny wywołać tego rodzaju proces, wpadasz w koszmarny węzeł, z którego nie da się wyjść bez pomocy tasaka. Im bardziej się starasz w tym większą wpadasz pułapkę. Ponieważ zależy mi na tym, nie może mi na tym zależeć. Panie Janeczku, czy ja mam grać czy nie? Bo bardziej nie grać po to by bardziej grać, to jakieś trudne jest.

Efektem takich prób manipulowania emocjami, jest stres, napięcie i coraz mniejszy kontakt z rzeczywistością.

Istotą emocji jest swobodny przepływ. Są jak rzeka, która płynie obok naszego domu. Masz wpływ na to jak ta rzeka płynie. Możesz sprawić, że woda popłynie w zupełnie inną stronę. Ale nie osiągniesz tego nigdy stojąc i mówiąc do rzeki. Jeżeli zależy ci na zmianie, zamiast gadania do wody, musisz zakasać rękawy, wziąć do ręki łopatę i wykopać nowe koryto. Musisz zacząć działać, czując to co czujesz, licząc, że nowe emocje ci się przydarzą.

Pomieszanie czynników

W psychologii eksperymentalnej, aby przeprowadzić jakiekolwiek badanie trzeba dokładnie określić charakter zmiennych. To, że jakieś czynniki wiążą się ze sobą niewiele znaczy. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób się wiążą.

To, że osoby, które osiągają sukcesy czują określonego rodzaju emocje (np. poczucie pewności czy rozluźnienia) wcale nie oznacza, że emocje są przyczyną ich osiągnięć. Emocje mogą być wynikiem sukcesów (czuję pewność siebie, bo mi się coś udało), mogą być też tzw. zmienną pośredniczącą (czymś co pośrednio pomaga osiągnąć sukces), mogą być także czymś równoległym – dodatkowym efektem innej zmiennej.

Gdyby wziąć pod uwagę tylko dwa czynniki, takie jak np. zasób wiedzy i noszenie okularów w wieku powyżej 50 lat, można by było dojść do wniosku, że okulary podnoszą zasób wiedzy. Tyle, że to nie noszenie okularów wywołuje wzrost wiedzy, a ilość przeczytanych tekstów. Czytanie wywołuje zarówno przyrost wiedzy, jak i pogorszenie wzroku. Jednak tak długo, póki badasz tylko dwie rzeczy: wiedzę i wzrok, możesz dojść do absurdalnych wniosków i zalecać ludziom, którzy chcą mieć sprawny umysł noszenie okularów.

Na nasze życie składa się znacznie więcej zmiennych. Weźmy tylko trzy z nich:

  • skuteczność działania (sukces i brak sukcesu)
  • emocje
  • strategie behawioralne (działanie) i strategie poznawcze (uwaga)

Emocje nie są przyczyną sukcesu. Emocje są dodatkowym wynikiem zastosowania odpowiednich strategii działania i kierowania uwagą.

Ten ostatni czynnik: nasze działanie oraz sposób kierowania uwagą, w odróżnieniu od emocji podlega naszym wpływom.

Problemy z manipulacją

Są tacy, którzy mówią, że emocje absolutnie nie podlegają manipulacji wolicjonalnej. Szczerze mówiąc nie jestem aż takim ortodoksem. Jakiś wpływ na nie mamy. Każdy się jednak zgodzi, że to bardzo trudne.

W praktyce emocje bardzo trudno wywołać. Wiemy o tym od dziecka. Pewnie zdarzyło ci się usłyszeć od dorosłych polecenia typu:

  • Uspokój się
  • Nie bój się
  • Przestań płakać
  • Dlaczego się nie cieszysz?
  • Dlaczego nie możesz tego po prostu polubić?

Czy łatwo było spełnić to polecenie? Jeżeli nie, witamy w klubie. Praktycznie nikomu nie udaje się ta sztuczka.

Ci, którzy twierdzą, że doskonale sobie z tym radzą, po prostu odcięli się od swoich emocji. Łatwo to rozpoznać z boku.

Jakieś dwa dni temu wracałem zmęczony do domu. Gdy minąłem jakiegoś bogu ducha winnego sąsiada, zauważyłem, że myślę o nim w stylu „dlaczego ten gość tak się rozpycha”.

- Oho – pomyślałem – czyżbym czuł złość? No nie, musze się uspokoić.

Szybko się uspokoiłem i z uśmiechem na twarzy wszedłem do domu.

Trzy minuty później z jakiegoś byle powodu zrobiłem awanturę. Nagle ni stąd ni zowąd zacząłem się drzeć.

Świetnie się uspokoiłem. Bardzo skutecznie!

Osoby, które twierdzą, że manipulowanie emocjami banalnie łatwo im przychodzi, że całkowicie panują nad swoimi uczuciami, dziwnie nie kontrolują swojego życia.

Nie chcę się bawić w plotkarstwo i pisać o życiu prywatnym autorów, twierdzących, że znają tajemnice pełnego panowania nad emocjami. Byłoby o czym opowiadać: serie rozwodów, alkoholizm, narkomania, zamieszanie w morderstwo, samobójstwo… Ale to wszystko im nie przeszkadza by wprowadzać psychologiczny terroryzm i dyrygować naszym emocjom, mówiąc:

  • Zaakceptuj siebie
  • Pokochaj siebie
  • Pokochaj innych ludzi
  • Otwórz się na świat
  • Odpręż się
  • Otwórz się na obfitość
  • (i tysiące innych haseł)

Czytamy, próbujemy i po tygodniu, albo miesiącu nic nam z tego nie zostaje. No tak, nie dość się starałem, to moja wina. Może przeczytam jeszcze jedną książkę i spróbuję jeszcze raz.

I tak bez końca.

Czy to my jesteśmy winni? Czy to z nami jest coś nie tak?

A może to po prostu głupota psychoterrorystów, którym wydaje się, że emocje można na siebie włożyć jak kapelusz?

Jesteśmy tak zniszczeni przez ich propagandę, że próby manipulowania emocji traktujemy jak nasz święty obowiązek.

Dobrze przeżyć dzień, to zamanipulować sobą rano tak by poczuć entuzjazm, podczas lanczu by poczuć ożywienie, podczas obiadu, by poczuć pewność siebie, a wieczorem by poczuć wyciszenie. Podczas snu, też trzeba się kontrolować.

Naprawdę ci to odpowiada? Przez całe życie chcesz sobie mówić, co masz czuć? Chcesz planować swoje emocje, zmuszać się do tego by czuć się tak, jak ci powiedzą? Chcesz programować swoje przeżycia? Ustawiać emocje?

Zamiast wzbudzania uczuć

Mądry rodzic, gdy dziecko wywróci się i płacze nie zmusza go do manipulacji emocjami, nie mówi:

- „nie płacz” czy „poczuj radość”

Mądry rodzic odwraca jego uwagę od tego, co wywołało płacz i proponuje mu jakieś działanie. Mówi np.:

- Popatrz, jaki wspaniały motyl siedzi na tym kwiatku. Chodź pobiegniemy do niego.

I jak ręką odjął emocje się zmieniają. Same.

Emocje zawsze są skutkiem przyjęcia pewnych strategii działania i sposobu kierowania uwagą. Nie traktuj ich jak przyczyny, bo pozbawisz się jakiejkolwiek możliwości skutecznego działania.

O ile zależy ci na zdrowiu psychicznym, nie mów sobie, co masz czuć. Nie mów sobie: muszę się czuć szczęśliwy, zadowolony, spokojny czy nie przywiązany do efektów starań…

Ta orkiestra cię nie posłucha

To bardzo ważne by nie usiłować dyrygować swoimi emocjami.

Zdjęcie, na którym gość we fraku dyryguje falom zostało zrobione dokładnie 23 lata temu. 23 sierpnia 1967. To happening Tadeusza Kantora, zatytułowany „Panoramiczny koncert morski”.

Gdy próbujesz mówić sobie, co masz czuć, jesteś jak człowiek, który stara się dyrygować morzu. Od czasu do czasu słuchaczom może się wydawać, że ocean jest mu posłuszny. Ale poczekaj na sztorm, a przekonasz się, że to tylko złudzenie.

Ocean jest zewnętrzną siłą. Nie masz na niego wpływu. Próby dyrygowania falami kończą się nieszczególnie.

Ludzie, którzy mówią sobie, że mają być szczęśliwi, nigdy nie są szczęśliwi. Ludzie, którzy mówią sobie, że muszą być spokojni, nigdy nie są spokojni. Ludzie, którzy rozkazują sobie zadowolenie, nigdy nie są zadowoleni.

Nie steruj emocjami, bo nie tylko nie masz na nie wpływu, ale wpadasz w błędną pętlę i wzbudzasz w sobie chaos.

Zamiast zmieniać emocje, zmieniaj swój sposób patrzenia na świat. Emocje zawsze są skutkiem, efektem, który nie podlega twojej bezpośredniej kontroli.

Ucz się ich doświadczać bez prób manipulowania nimi. Ucz się na nie cierpliwie czekać.

Jeszcze jedno. To nie znaczy że masz być wobec swoich uczuć bezwolną ofiarą. Wiele osób stara się za wszelką cenę manipulować emocjami, bo wydaje im się, że gdy tego nie zrobią, stracą kontrolę nad swoim życiem. Gdy np. ktoś mnie denerwuje, od razu zmuszam się by go pokochać, bo boję się, że się na niego rzucę. Bez obawy. O ile nie jesteś w afekcie, nie stracisz kontroli nad sobą. Wręcz przeciwnie. Gdy będziesz świadomy tego, co czujesz, łatwiej ci będzie się kontrolować. Np. asertywnie powiedzieć tej osobie co ci się nie podoba. To jednak temat na inny tekst.

Zdjęcie Eustachy Kossakowski. Źródło: http://www.dsw.muzeum.koszalin.pl/tiki-browse_image.php?imageId=123

Jak bez szarpania osiągnąć swój cel: lekcja jaką wyniosłem zadając pewien egzamin

Jak bez szarpania osiągnąć swój cel: lekcja jaką wyniosłem zadając pewien egzamin

Opublikowano 20 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 19 komentarzy

Pisałem poprzednio, że nasze sukcesy mogą być źródłem cennej wiedzy. Dzięki nim łatwo odkryć sposoby, które pozwolą nam żyć z większą energią. Warto szukać sukcesów i uważnie im się przyglądać. Szczególnie cenne są zwycięstwa, które odnosimy po wielu próbach. Nie wychodzi, nie wychodzi, nie wychodzi… aż tu wreszcie …udało się! Świętować trzeba, ale szkoda nie nauczyć się czegoś nowego.

W każdym sukcesie zawarta jest darmowa i łatwa do zrozumienia lekcja.

Cenne głupoty

Nie jest ważne, jakiej dziedziny dotyczy sukces. Często właśnie te małe, pomijane, na co dzień obszary zawierają najwięcej zasobów.

Gdy coś jest ważne, staramy się robić wszystko tak, jak powinno być. Tak bardzo nam zależy, że napinamy się i uruchamiamy cały szereg „poprawnych” schematów.

Gdy robimy rzeczy mniej ważne, jesteśmy bardziej rozluźnieni, Naszej wewnętrznej mądrości łatwiej jest wtedy znaleźć drogę na powierzchnię.

Mój przykład

Jednym z takich sukcesów było dla mnie zrobienie prawa jazdy. To nic szczególnie ważnego, jednak zawsze miałem poczucie, że zrobiłem to w specyficzny (jak dla siebie) sposób.

Bardzo długo mi się to nie udawało. W którymś momencie miałem nawet dwa samochody i żadnym z nich nie umiałem jeździć. Próbowałem zdać kilka razy. Jedynym efektem był stres, zażenowanie, rezygnacja i brak przekonania, że kiedykolwiek mi się uda.

A potem, jakieś pięć lat po pierwszej próbie, wszystko poszło jak z płatka – bez stresu, napięcia, z pewnością siebie. Gdy pewnego październikowego dnia włożyłem do portfela zalaminowany, połyskujący kartonik z moim zdjęciem, sam byłem zdziwiony sposobem, w jaki mi się udało. Wiedziałem tylko tyle, że zrobiłem to inaczej niż normalnie. Nie miałem jednak pojęcia, na czym to polegało i jak to powtórzyć.

Opowieść o prawie jazdy

To było już prawie pewne. Miałem zostać ojcem. Swobodne życie bez obowiązków, miało odejść w przeszłość. Czułem trochę żalu i obaw, ale dominowała ekscytacja. Być ojcem, być odpowiedzialnym za dziecko – to dosyć fascynujący projekt. Może ROI (zwrot z inwestycji) nie jest wielki, ale co mi tam… Będę woził dziecko do kina, do teatru, do restauracji, może na wycieczki za miasto.… Hm.. woził?

Przecież nie mam prawa jazdy.

Co z przedszkolem, szkołą, wizytami u lekarza czy dentysty? Mam wozić je tramwajem, autobusem albo taksówką?

Sprawdziłem w ośrodku egzaminacyjnym, czy mają jeszcze moje papiery. Wysłali je do miasta, w którym byłem wcześniej zameldowany, ale udało się je odzyskać. Mogłem zapisać się na egzamin. Bez problemów zdałem teoretyczny. Dostałem termin praktycznego. Wiedziałem jednak, że póki co nie mam szans. Manewry były czarną magią, a jazda po mieście – jeszcze czarniejszą magią ze sporymi kawałkami paniki.

Usiadłem przed googlem, spisałem kilka namiarów, zadzwoniłem do kilku instruktorów. Do jazdy po mieście wybrałem kobietę. Nie pamiętam ile godzin wyjeździłem. Chyba z pięćdziesiąt. Może więcej. Manewry ćwiczyłem z kimś innym. Przychodziłem na plac, dostawałem kluczyki, instruktor szedł na harbatkę a ja maltretowałem samochód. Spokojnie, przez jakieś dwie godziny dziennie, trzy razy w tygodniu potrącałem słupki, najeżdżałem na puste opony i wyjeżdżałem za linie.

Najdziwniejsze było poczucie pewności, że zdam. Nie miałem pojęcia skąd się wzięło. Wiedziałem, że to zrobię. Prędzej czy później. Za pierwszym, dwudziestym, pięćdziesiątym piątym razem. Taka leniwa pewność, że już się udało.

Przyszedł termin egzaminu. Manewry zrobiłem bez problemu (mimo, że byłem spięty). Potem wyjechaliśmy na miasto. Cieszyłem się, że mogę pojechać z egzaminatorem. To doskonałe przygotowanie do kolejnego podejścia. Miałem już zaplanowany termin następnego egzaminu i terminy kolejnych jazd. Plany okazały się nieaktualne. Zdałem.

Gdy jakiś czas później pokazałem żonie prawo jazdy była solidnie zdziwiona. Ani ona, ani nikt inny nie wiedział o moich przygotowaniach. Nawet, gdy zdałem nikomu nie powiedziałem. Ujawniłem się, dopiero, gdy trzymałem dokument w ręce.

W poszukiwaniu wyjaśnienia

To była jedna z dziwniejszych przygód z samym sobą. Długo starałem się zrozumieć, w jaki sposób to osiągnąłem.

Jakiś czas później przeżywałem burzliwy romans z pozytywnym myśleniem i prawem przyciągania. Doszedłem wtedy do wniosku, że kluczem było poczucie przyzwolenia (allowing).

Gdy masz swój cel, wizualizujesz go i starasz się pozbyć uczucia gorączkowego przywiązania do efektów. Pozbywasz się napięcia. Pozwalasz by wszechświat sam ci dał to, czego chcesz. Wyobrażasz sobie jakbyś już miał to, na czym ci najbardziej zależy Np. gdy chcesz być bogaty, wyobrażasz sobie, że w twoim portfelu są już pieniądze. Wyluzowujesz i czekasz. Ja miałem poczucie, że prawo jazdy już mam.

Długo trzymałem się tego tłumaczenia. Autorzy mówiący o prawie przyciągania radzą by wywołać w sobie takie uczucie. Masz „nastroić swoje emocje, na odpowiednią częstotliwość”. Próbowałem to zrobić zabierając się do innych projektów.

Znam techniki kotwiczenia, potrafię wprowadzić w stan hipnozy innych i samego siebie. Ale jedyne, co mogłem osiągnąć, to chwilowe emocje. A i to dosyć udawane, z grubsza przypominające tamten stan.

Po wielu eksperymentach doszedłem do wniosku, że nie da się wywołać w sobie autentycznego i trwałego poczucia przyzwolenia. Można je tylko udawać. A to nie to samo.

Strategie działania

Gdy dotarł do mnie absurd manipulowania emocjami zabrałem się za szukanie innych rozwiązań. Zrobiłem listę tego, czym, to podejście do egzaminu różniło się od poprzednich. Doszedłem do czterech prostych punktów:

  • Miałem inny niż zazwyczaj motyw: nie robiłem tego dla siebie, ale dla dziecka, które miało się urodzić, nie chciałem go zawieść.
  • Z góry byłem przygotowany na kolejne próby. Zupełnie nie przerażała mnie perspektywa porażki i kolejnego podejścia.
  • Nikomu nie powiedziałem o moich zamiarach, z nikim nie rozmawiałem o trudnościach czy kłopotach.
  • Ćwiczyłem tyle ile się tylko dało, bez zastanawiania się, czy już wystarczy czy nie.

Warto zrozumieć, dlaczego każdy z tych punktów jest ważny. Z jaką zmianą perspektywy się wiąże? W jaki sposób przekierunkowuje uwagę?

Gdy udało mi się to zrozumieć opracowałem dla siebie cztery pytania:

  • Czy wiem, w jaki sposób moje działanie (jego zaniechanie) wpłynie na innych ludzi? Jaką cenę ludzie, który kocham będą musieli zapłacić, gdy czegoś nie zrobię? Co dam ludziom, na których mi zależy, gdy coś zrobię?
  • Czy jestem w stanie opuścić swój wygodny kokon i wystawić się na wszystkie nieprzyjemne doznania, jakie trzeba będzie znieść? Czy jestem gotowy znosić zażenowanie / wstyd / zmęczenie itp. bez użalania się nad sobą i szukania szybkiej ulgi?
  • W jaki sposób mogę zredukować ból i lęk przed porażką tak by nie wpłynęło to na skuteczność mojego działania? Jeżeli np. boję się, że inni powiedzą „znowu ci nie wyszło” mogę po prostu im nie mówić, że zabieram się za coś. Innym sposobem redukcji lęku było zatrudnienie do jazdy po mieście kobiety. Mężczyzna wprowadza więcej stresu (przynajmniej dla mnie). Jeżeli można – bez straty energii – uniknąć jakiegoś bólu, to trzeba to zrobić. I to jest właśnie pytanie o to, czego można uniknąć, dążąc do celu.
  • Od strony działania, to banalnie prosty punkt: czy zaplanowałem maksymalną, możliwą bez wywrócenia życia do góry nogami, dawkę ćwiczeń? Jednak wiąże się z nim także zmiana myślenia. Istotą było tutaj pozbycie się fantazji na temat swoich talentów i uzdolnień. Przy poprzednich próbach zawsze miałem wyobrażenie: tyle a tyle godzin powinno wystarczyć. Tu nie było żadnych kalkulacji. Założyłem, że będę ćwiczyć tyle, ile tylko trzeba. Im więcej masz wyobrażeń na temat twoich talentów i uzdolnień tym trudniej ci się rozwijać. Nie chodzi o to, by traktować się jak idiotę, ale by przestać liczyć na to, że masz jakąś szybszą ścieżkę zapisaną w DNA.
    W związku z tym, pytanie dodatkowe:

    Czy mam w sobie oczekiwania mówiące o tym, jak pojętny jestem i jak wiele czasu mi wystarczy by opanować to, co mam opanować? Czy umiem pozbyć się tych oczekiwań? Czy umiem pozbyć się fantazji na temat tego na ile jestem zdolny?

Poczucie spokoju, pewności czy przyzwolenia było efektem ubocznym tych decyzji. Gdy:

  • potrafię zobaczyć cel poza sobą,
  • gdy jestem gotowy opuścić kokon,
  • gdy nie liczę na moje zdolności a jedynie mój wysiłek,
  • gdy umiem odpuścić sobie to, co można odpuścić

… szansa, że pojawi się tego rodzaju poczucie jest duża. Ale to nie jest ważne czy się pojawi, czy nie. Nie musi. Wystarczy, że taki sposób patrzenia na świat i siebie się sprawdzi. Wystarczy go zastosować i ocenić.

Twoja kolej

To moja strategia, ale być może w twoim życiu znajdziesz podobne doświadczenia i pewne punkty również będą cenną radą.

Być może jednak żaden z tych punktów, w tym momencie twojego życia nie będzie tym, czego potrzebujesz.

Weź swój sukces i spróbuj go zrozumieć. Zobacz, czego jesteś w stanie się z niego nauczyć.

Gdy masz ochotę się wycofać

Gdy masz ochotę się wycofać

Opublikowano 06 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Zawsze jest zbyt wcześnie na to by się poddać. Jason Kidd
Wycofuj się tylko wtedy, gdy odniesiesz sukces. David K. Reynolds

Znowu nowa firma

Mam znajomą, która jakiś czas temu wpadła na nowatorski pomysł. By go zrealizować założyła firmę i rozpoczęła działanie. Potrzebowała na początek kilku klientów i niewielkiego zainteresowania mediów. Pogratulowałem jej odwagi i życzyłem sukcesów. Po kilku tygodniach, skontaktowałem się i zapytałem, co z firmą. Powiedziała:
- Wiesz, siedzę już w czymś innym. Lepszy target i lepszy produkt.
- Ale co z tamtym pomysłem?
- Już mnie tak nie ciągnie.
- Ale jakie efekty? Czy udało ci się to, co miałaś w planach?
- To było nieco trudniejsze niż myślałam, doszłam do wniosku, że szkoda czasui i wysiłku. Może coś jeszcze z tego będzie, ale teraz skupiam się na czymś innym.

Faza pierwsza: w pełnym słońcu

Większość naszych projektów, zaczyna się w słońcu. Wpada nam do głowy jakiś nowy, rewolucyjny pomysł. Nie możemy przestać o nim myśleć. Wymyślamy nazwę firmy, rejestrujemy domenę, dopracowujemy biznes plan, wymyślamy logo, chwalimy się znajomym.… To może wyglądać inaczej, ale zapewne znasz gorączkę nowości.

Dobrze czuć radość, ekscytację, wierzyć, że podbijesz świat, że nikt jeszcze czegoś takiego nie widział, że ludzie przysiądą z wrażenia, że głodne masy czekają tylko na ciebie. Do pewnego momentu łatwo jest działać z energią.

Ale przychodzi chwila, by pokazać to ludziom.
Wspaniale, gdy są zachwyceni i wszystko dzieje się tak, jak sobie człowiek wymarzył.
Ale bardzo rzadko tak jest.

Faza druga: smuga cienia

Niestety, większość projektów, w którymś z momentów wchodzi w smugę cienia. Pojawiaj się trudności. Głodne masy się nie rzucają. Ludzie nie mdleją. Klienci nie walą oknami. Nikt nie prosi cię o to byś przyjął wyższe stanowisko. Twoje cv nie robi zbyt wielkiego wrażenie i nikt nawet nie raczy się z tobą skontaktować. Waga nie spada tak szybko jak to miało być. Nie osiągasz takich wyników…

No może nie jest najgorzej, ale daleko nie tak, jak byś chciała czy chciał.

Tego, co czujesz, pewnie nie nazwałbyś zniechęceniem. Ani tym bardziej rozczarowaniem. Tylko jakoś dziwnie straciłeś miętę do projektu. Już nie jest tak atrakcyjny.

Przestało świecić słońce. Twój projekt znalazł się w smudze cienia.

W smudze cienia jest nudno, niewygodnie, nieprzyjemnie, duszno, nieco smutno. Bez polotu. Gdzieś tam w środku, coś ci być może mówi: nie liczysz się, nie uda ci się, może to wszystko jest bez sensu.

Ucieczka ze smugi cienia

Nikt nie lubi być w smudze cienia. Po co tam tkwić, skoro jest dobre i szybkie wyjście? Jesteś osobą kreatywną, szybko możesz wymyślić coś nowego i lepszego. Zamiast się męczyć, możesz zacząć pisać nową, lepszą książkę, możesz założyć lepszą firmę, możesz założyć nową stronę, możesz zacząć ćwiczyć coś innego, możesz posprzątać, itp.

To idealne rozwiązanie. Porzucasz smugę cienia i wracasz do świata słońca. Znowu wierzysz w siebie i sens tego, co robisz. Nie musisz się męczyć z wątpliwościami, nudą i niewdzięcznym robieniem poprawek.

Dobrze-się-zapowiadacze

Tyle tylko, że jeżeli choć raz zgodzisz się uciec ze smugi cienia, do końca życia będziesz czuł taką pokusę.

Jeżeli pozwolisz, by nowy, fascynujący projekt zajął miejsce tego starego i nudnego, ryzykujesz, że staniesz się kolejnym dobrze-się-zapowiadaczem. Będziesz zostawiać za sobą, niedokończone, dobrze rokujące projektu. Szkice i drafy. Strony bez treści z dumnymi zapowiedziami. Nic nie znaczące, zarejestrowane nazwy firm.
Ale nie widzisz tego, co zostaje za tobą, bo myślami jesteś przy następnej rzeczy. Wydaje ci się większa i bardziej pasjonująca. Jak to powiedziała moja znajoma „lepszy target, lepszy produkt” (cokolwiek to znaczy).

Nie wychodź ze smugi cienia – niech ona wyjdzie

Gdy pojawia się smuga cienia, skuteczne działanie wymaga czegoś odwrotnego niż to, na co mamy ochotę.

Nie opuszczaj cienia. Nie uciekaj. Nie szukaj ulgi. Zostań w cieniu, tak długo jak trzeba. To nie ty masz uciekać. To ona ma ustąpić.

Czujesz zniechęcenie? I co z tego? Kto powiedział, że nigdy go nie poczujesz? Kto powiedział, że to taki ogromny problem?

Wytrzymasz czy zemdlejesz?

Moja córka – jak każde dziecko – czasem marudzi i rozpacza na byle czym. Kiedyś miała niewielką ranę na kolenie. Po prostu zdarta skóra. Nic wielkiego, rzecz chyba sprzed dwóch dni. W ogóle o niej nie pamiętała, do chwili gdy weszła do wanny. Musiało ją trochę zaszczypać. Zaczęła krzyczeć, płakać, stanęła na jednej nodze i kategorycznie stwierdziła, że nie pozwoli się umyć. Normalnie bym spełnił jej prośbę, ale tym razem byłem pewny, że przesadza.

Zapytałem ją:
- Boli cie?
- Bardzo, bardzo, bardzo
- A jaki to jest ból, czy taki jakby gryzł cię krokodyl?
- Nie…
- To może taki, jakby gryzł cię kotek?
- Nie.
- A może taki, jakby kotek chwycił cię pazurkami?
- Nie…

I tak doszliśmy do stwierdzenia, że jest to ból, taki jakby mała mrówka chodziła i trochę szczypała. Okazało się, że można go wytrzymać i umyć nóżkę.

Dorośli ludzie w taki sam sposób panicznie reagują na wewnętrzne, nieprzyjemne uczucia.
Gdy tylko poczują się nieco gorzej, zaczynają panikować:

- Och, nie zniosę tego, czuję się tak zniechęcony, tak przerażony, tak osłabiony …. muszę coś z tym zrobić.

I zamiast po prostu wytrzymać – coś co jest całkowicie do zniesienia – tracą czas na jakiś bzdury w stylu kotwiczenia, wprowadzanie się w trans, przepracowywania, itp. Zamiast pomóc, to tylko rozprasza ich siły. Przyjemniej jest zająć się swoimi wewnętrznymi stanami niż pracować będąc w strefie cienia. W efekcie dostajesz dobre samopoczucie, ale robota pozostaje niezrobiona.

Warto, gdy pojawia się w tobie potrzeba ulgi, zadać sobie pytanie:
-Czy naprawdę to taki wielki ból? Czy nie jestem w stanie go znieść?

Jeżeli masz coś do zrobienia, a ból i zniechęcenie jakie czujesz nie wywołuje katatonii, to po prostu to zrób.

Gatunek ludzki przestałby istnieć, gdyby ludzie nie potrafili działać mimo negatywnych doznań. Kobiety rodzą dzieci, mężczyźni się boksują, asceci głodują na pustyni, alpiniści znoszą ból głowy w rozrzedzonym tlenie, itd.

Smuga cienia ustępuje zawsze, gdy działasz. Im więcej wygody pragniesz, tym mniej masz realnych możliwości.

Ocena

To oczywiście nie oznacza, że wszystko, zawsze należy kończyć. I że bez względu na wszystko trzeba wytrzymywać zniechęcenie. Są projekty, które lepiej porzucić niż skończyć. Ale bądźmy szczerzy – to rzadkie przypadki. Jesteśmy cywilizacją twórczych, rozczulających się nad sobą ludzi i porażki częściej są efektem braku wytrwałości (nazywam to twardymi czterema literami) niż złych pomysłów.

Ile razy masz ochotę zająć się czymś nowym zadaj sobie pytanie, czy jest to:

  • Ucieczka, próba uniknięcia konfrontacji z przeciwnościami.
  • Działanie strategiczne, przemyślane i uzasadnione.

Gdy nie możesz tego znieść

Zanim podejmiesz się czegoś nowego (założysz nową firmę, zaczniesz pracę na nową książką, zaczniesz uczyć się kolejnego języka, itp.) sprawdź, co się dzieje w tym obszarze, z którego się wycofujesz.

Przychodzą mi na myśl cztery pytania:

  • Czy masz jasno zdefiniowane cele? Czy wiesz, co chcesz osiągnąć? Jeżeli nie wiesz, zawsze będziesz zniechęcony. Jeszcze raz przypomnij sobie co jest teraz twoim celem.
  • Czy te cele ciągle są ważne? Może już przestały. Może nigdy nie były dla ciebie ważne, bo pochodziły od kogoś innego. Nie odkładaj pracy, ale po prostu z niej zrezygnuj
  • Czy twoje cele i standardy są wygórowane? Czy naprawdę ludzie muszą zemdleć? Czy muszą o tobie pisać gazety? Czy musisz zdobyć tysiąc subskrybentów w ciągu miesiąca, czy musisz napisać książkę w ciągu trzech tygodni)? Obniż standardy tak by przystawały do twoich obecnych możliwości
  • Czy masz poczucie, że jesteś w stanie skutecznie poradzić sobie z przeszkodami, jakie się pojawiły? Może czujesz, że czegoś nie umiesz? W takiej sytuacji zamiast zmagać się ze zniechęceniem lepiej poprosić kogoś o pomoc, lub poświęcić trochę czasu na naukę.
  • Samodyscyplina

    Samodyscyplina

    Opublikowano 29 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

    Pewnego dnia pracowałem w moim biurze dłużej niż zwykle. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jest prawie piąta. Byłem umówiony na piątą! Jak mogłem zapomnieć?! Szybko zamknąłem komputer i spakowałam się. Biegiem do drzwi wyjściowych. Chwyciłem za klamkę. Bezruch. Zamknięte od zewnątrz.

    Drzwi mają zamek Gerda. Nie cierpię tych zamków. Gdy ktoś przekręci klucz z zewnątrz, nie można ich otworzyć od środka. Mój sąsiad z biura obok wyszedł wcześniej i zapomniał sprawdzić, czy ktoś jeszcze jest.

    Byłem uwięziony. Do tego bardzo się spieszyłem.

    Biuro jest na pierwszym piętrze. Wyjść przez okno się nie da. W budynku nie żadnej obsługi (strażników czy portierów). Nikt by nie usłyszał mojego tłuczenie się. Nie miałem gdzie zadzwonić po pomoc.

    Do pracy ludzie przychodzą rano. Po piątej rzadko ktoś się pojawia.

    Podszedłem do okna i domyśliłem się co muszę zrobić. Otworzyć okno, zatrzymać jakiegoś przechodnia, rzucić mu klucz i poprosić by mnie otworzył.

    Łatwo powiedzieć. Otworzyłem okno. Na zewnątrz był hałas. Raz na jakiś czas ktoś przechodził. Ale przecież nikt nie chodzi z oczyma utkwionymi w moje okno. Trzeba przyciągnąć uwagę człowieka. Krzyknąć, albo przynajmniej głośno mówić.

    Akurat ktoś przechodził. Wziąłem oddech i … nic. Odsunąłem się od okna. Jestem osobą nieśmiałą. Nie chorobliwie. We wielu obszarach jestem śmiały, np. stosunkowo bez problemów przemawiam przed grupą. Jednak moją piętą achillesową jest inicjowania kontaktów. Nie potrafię bez stresu zaczepić kogoś, kogo nie znam. A nawet, jeżeli już jestem w stanie to zrobić (czasem się zdarza) to zaczepianie kogoś krzykiem, z wysokości pierwszego piętra, nie do końca mi się podobało. Bądźmy szczerzy. To mnie przerażało. Trudno mi wyobrazić coś bardziej stresującego.

    Nogi się pode mną ugięły. Poczułem się słabo, zabrakło mi oddechu, głos ugrzązł w krtani…

    - Nie, nie jestem jeszcze gotowy – wyszeptałem – muszę się przygotować. Zacząłem próbować różnych metod, wzbudzałem w sobie odwagę i pewność siebie, tłumaczyłem sobie, wyciszałem się, patrzyłem z innej perspektywy, dysocjowałem…

    Czas mijał. Było już prawie dziesięć po piątej. Być może do rano rozwiązałbym swoje problemy emocjonalne.

    Wtedy zrozumiałem, że jedynym sposobem jest przestać walczyć z emocjami.

    - Tak jestem świrem, jestem spięty i nieśmiały, głos mi się łamie, boję się i nic nie mogę z tym zrobić.

    Podszedłem do okna:

    - Proszę pana…. mój głos brzmiał bardzo niemrawo. Rzeczywiście jestem nieśmiały – pomyślałem – całkowita sierota. Gość na dole, nawet nie zwrócił na mnie uwagi.

    - Halo, proszę pana – spróbowałem nieco głośniej, mimo, że miałem ochotę uciec. – Halo… Człowiek w końcu podniósł głowę.

    - Mam wielką prośbę. Kolega zamknął mnie od zewnątrz. To Gerda i nie da się jej otworzyć od środka. Mógłby pan wziąć te klucze i otworzyć od zewnątrz?

    - Proszę rzucić

    Po chwili byłem wolny.

    Na tym właśnie polega samodyscyplina. Zrobić coś, niezależnie od tego, co czujesz, dlatego, że wiesz, że trzeba to zrobić. To nie jest łatwe.

    Samodyscyplina nigdy nie jest łatwa. Ale staje się łatwiejsza, gdy przyjmujesz otwarcie, „na klatę”, wszystkie emocje jakie czujesz. Gdy przestajesz szukać w sobie odwagi, dzielności czy śmiałości i skupiasz się na tym, co masz do zrobienia. Zrobiłem to jak sierota. Głos mi się łamał i byłem spięty. Wątpię jednak by przechodzień to zauważył.

    Samodyscyplina nie polega na próbie kontroli swoich emocji czy wmawianiu sobie, że jest się odważnym, pracowitym czy skupionym.

    Shōma Morita napisał:

    Machnij ręką na siebie. Zacznij działać teraz, gdy jesteś neurotyczny, niedoskonały, wiecznie zwlekający, leniwy, niezdrowy czy też jakiejkolwiek innej niecelnej etykiety w odniesieniu do siebie używasz. Idź naprzód i bądź najlepszą niedoskonała osoba, jaką możesz być i zabierz się za rzeczy, jakich chcesz dokonać, zanim umrzesz.

    Nie walcz, nie próbuj się zmieniać, nie podbijaj siebie. Dostrzegaj i czuj to, co się dzieje w twoim środku, ale swoją energię skup na tym, co masz do zrobienia.

    Gdy zaczniesz już działać, zobaczysz, że twoje emocje i stany zaczną same się zmieniać i iść za tym, co robisz. Gdybym jeszcze kilka razy był zmuszony zaczepić w ten sposób ludzi, stałbym sie całkiem odważny. Odpukać… Wcale mi na tym nie zależy. Lubię swoją nieśmiałość.

    Samodyscyplina, która polega na sterowaniu emocjami czy myślami, to walka z wiatrakami. Mimo chwilowych sukcesów, nigdy jej nie wygrasz.

    Skuteczna dyscyplina polega na działaniu. Po pierwsze musisz wiedzieć co trzeba zrobić. Po drugie musisz skupić swoją uwagę na działaniu a nie na sobie. Gdy walczysz ze swoimi emocjami czy myślami, jesteś skupiony na sobie, a nie na świecie zewnętrznym.

    Siedem zasad prostego życia z celem

    Siedem zasad prostego życia z celem

    Opublikowano 11 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

    Siedem zasad, które ostatnio są dla mnie ważne. We większości zaczerpnięte od Shomo Morita, który stał się ostatnimi czasy kimś w rodzaju przewodnika.

    Być może któraś z tych zasad będzie pomocna także dla ciebie. Mnie pozwalają wyzwolić się z głupiej gonitwy opierającej się na fałszowaniu rzeczywistości i ściganiu własnego ogona.

    Pierwsza. Przyjmuję wszystko co się dzieje wewnątrz mnie. Nie ukrywam się przed niczym, co zechce pojawić się w mojej świadomości. Nie udaję przed sobą, że nie mam jakichś emocji. Np. nie udaję, że jestem pełny siły, gdy nie jestem. Nie udaję, że mam doskonały humor, gdy czuję smutek. Nie udaję spokoju, gdy wewnątrz czuję złość. Przyjmuję wszystko co zechce się we mnie pojawić. Otwarcie przyjmuję zarówno emocje przyjemne jak i nieprzyjemne. Otwieram na nie cierpliwą i wyrozumiałą uważność.

    Druga: Porzucam nadzieję na zmianę swoich myśli i odczuć. Porzucam poczucie odpowiedzialność za emocje i myśli jakie odczuwam. Porzucam oczekiwania na to bym się stał innym człowiekiem, bym miał inne myśli, odczucia, wyobrażenia, bym w inny sposób wyglądał, miał inne ciało czy inaczej mówił. Mam to, co powinienem mieć. Próby jakichkolwiek zmian siebie przez siłę woli są nieskuteczne. Mogę tylko usiłować zmienić swoje odczucia, ale nie mogę ich zmienić. Nie jestem odpowiedzialny za emocje i myśli jakie do mnie przypływają. Np. myśl: to co robię jest bez sensu, nie jest moją winą i nie muszę jej na gwałt zmieniać. Nie jest moją winą smutek, złość czy zagmatwanie. Tak samo jak nie jest moją winą stan nieba za oknem – to czy są na nim chmury czy słońce.

    Trzecia: Przyjmuję pełną odpowiedzialność za wszystkie moje działania. Jestem odpowiedzialny za wszystkie moje czyny, niezależnie od tego jak się czuję. To jakie myśli przychodzą mi do głowy oraz jakie emocje czuję, nigdy nie jest wytłumaczeniem zaniechania jakiegoś działania czy zrobienia czegoś, czego nie powinienem robić. Gdy człowiek spowoduje wypadek wjeżdżając na czerwone światło, to, że czuł pośpiech nie jest okolicznością łagodzącą. Każdy z nas, codziennie robi setki rzeczy na które nie ma żadnej ochoty – chodzimy do dentysty, wstajemy wcześnie rano, witamy się ze zrzędzącym sąsiadem, płacimy podatki, itp. Nikt z tego nie robi problemu. Mówienie „ale ja się bardzo bałem” nie wyleczy zepsutych zębów. Jestem w pełni odpowiedzialny za wszystkie moje działania, niezależnie od tego co czuję. Jeżeli nie mam najmniejszej ochoty wymyć garów, nie jestem odpowiedzialny za to ile zapału czuję do mycia garów, ale jestem w pełni odpowiedzialny za to, czy gary są wymyte czy nie.

    Czwarta: Pozwalam sobie dostrzec świat wokół mnie. Przestaję utrzymywać skupienie uwagi na mnie samym – moich odczuciach czy myślach. Utrzymywanie uwagi na sobie samym jest jak skupianie się na szybie, zamiast na widoku za nią. Zza najbrudniejszej szyby można zobaczyć wspaniały widok a przez najbardziej czystą taflę niczego można nie zobaczyć. Gdy tylko mogę skupiam swoją uwagę na tym, co mnie w danej chwili otacza – na innych ludziach, niebie, powietrzu…. Świat za oknem jest ciekawszy niż samo okno. To moje złe nawyki trzymają mnie skupionego na własnym nosie. Pozwalam sobie na to by skupić się na świecie za oknem. Gdy mój wzrok znowu skupia się na brudach za oknem (lub pięknych ornamentach), dostrzegam je a następnie patrzę co jest ciekawego poza nimi.

    Piąta: Pamiętam o swoim marzeniu i celach, choćby nie wiem jak wydawały mi się nierealne, odległe czy śmieszne. Zadaję sobie pytanie: Co teraz jest moim celem? Do czego teraz dążę? Gdy piszę staram się przypominać sobie po co to piszę. Jaki problem chcę rozwiązać. Jakiej rozrywki chcę dostarczyć. Komu chcę pomóc. Co jest moim celem?

    Szósta: Skupiam się na kolejnym kroku. W każdej chwili mogę zrobić jeden mały krok do przodu. Jeżeli znam swój cel, mogę skupić się na kolejnym kroku. Nie mogę zrobić wszystkiego od razu. Skupiam się na tym, co mam pod nosem. Nie czekam, aż zmienią się warunki, ktoś mi pomoże, lepiej się poczuję czy wreszcie nauczę się wszystkiego, czego powinienem umieć. Wszystko, co mogę teraz zrobić, to…….. Nie jest ważne co mogą zrobić inni by mi pomóc. Nie jest ważne, co mogę zrobić kiedyś, w przyszłości. Ważne jest to, co ja mogę zrobić teraz .

    Siódma: Rezygnuję, dopiero gdy mi się uda. Jestem osobą, która łatwo się wycofuje. Często czuję, że to co robię nie ma sensu. Często zabieram się za coś innego, bo wydaje mi się, że odniosłem totalną porażkę. Potem okazuje się, że wcale tak źle nie było. To wszystko tylko myśli i odczucia. Nie jest ważne dlaczego i skąd się wzięły. Szkoda czasu na ich leczenie i analizę. Wiem, że są po prostu jak stara zrzędząca baba, która chce mnie zepchnąć z mojej drogi. Mówi tym głośniej im bardziej chcę ją zagłuszyć. A gdy robię swoje mimo jej zrzędzenia, cichnie. Tak, zmienię swoje cele, wycofam się, zrezygnuję – ale dopiero gdy uda mi się to do czego dążę.

    Która z zasad wydaje ci się przydatna? Którą stosujesz? Którą warto zastosować? Której nie mógłbyś stosować?

    Nową notkę opublikuję dopiero po tym, jak zbierzemy tu siedem komentarzy ;-)

    Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

    Marzenie w zasadzie bez szans na realizację

    Opublikowano 02 lipca 2009 | By | Kategorie: historie | 9 komentarzy

    Gilbert Kaplan miał 24 lata i był jednym z wielu dobrze zapowiadających się ekonomistów pracujących na nowojorskiej giełdzie.

    Jeden z jego kolegów, pewnego dnia zaproponował:

    - Może byś się wybrał ze mną na koncert do Carnegie Hall? W składzie orkiestry będzie nauczyciel mojego dziecka.

    Gilbert z chęcią się zgodził. Lubił muzykę poważną. Jako dziecko uczył się nawet gry na fortepianie. W Carnegie Hall mieli grać II Symfonię Mahlera „Zmartwychwstanie”. Wolałby coś, co znał – Beethovena, Mozarta czy Bacha. Wszedł do sali koncertowej obojętny, bez żadnych specjalnych oczekiwań.

    Wyszedł oszołomiony. Muzyka poruszyła go do szpiku kości. Nie mógł przestać o niej myśleć. Wspomina:

    Poczułem się jakby przebiegła przeze mnie błyskawica. Muzyka objęła mnie wokół swoimi ramionami i nigdy mnie nie puściła.

    Zamarzył by znaleźć się w środku. Wywoływać ją ruchami dłoni. Pozwolić jej przepływać przez siebie. Słowem, poprowadzić orkiestrę.

    Marzenie dosyć powszechne. Nie ma chyba melomana, który by nie dyrygował swojemu odtwarzaczowi gdy nikt nie widzi. W rzeczywistości jednak wymachiwanie rękoma i podrygiwanie w rytm nagrania, nie ma wiele wspólnego z dyrygowaniem. Gdy przyjrzysz się temu co robi dyrygent, zauważysz, że jego ręce często wyprzedzają muzykę. Gdy np. pokazuje mocne uderzenie w kotły, przez chwilę nic nie słychać. Muzyk, nawet gdy ma pałki w pogotowiu, musi je jeszcze opuścić. Uderzenie słuchać zatem po chwili. Pokazując co będzie za chwilę, maestro równocześnie słucha uważnie tego, co się dzieje teraz. Gdy trzeba spowalnia albo przyśpiesza, gdy trzeba wycisza lub podgłaśnia. Musi także pamiętać o tym, co będzie za jakiś czas i z góry dać sygnał odpowiednim muzykom. Do tego dochodzi ciężka praca przed koncertem. Trzeba dać szczegółowe wskazówki i opanować muzyków (najczęściej zakompleksionych, złośliwych, przemądrzałych i niesamowicie biegłych). Prowadzenie orkiestry symfonicznej to naprawdę trudna sztuka. A prowadzenie orkiestry grającej II Symfonię Mahlera to cztery razy trudniejsza sztuka. Ponad stu muzyków, do tego prawie dwustuosobowy chór. Dwóch solistów. Prawie dziewięćdziesiąt minut muzyki.

    Ponieważ sprawa była niemożliwa do zrealizowania, Kaplan zajął się ekonomią. Założył miesięcznik poświęcony inwestowaniu i osiągnął ogromny sukces. W ciągu następnych kilkunastu lat został milionerem oraz osobą o dużej reputacji w swojej branży.

    Jednak jego miłość do symfonii Mahlera tak łatwo się nie poddała. Powoli przeradzała się w obsesję. Słuchał nagrań, jeździł na koncerty, zbierał pamiątki po Mahlerze, czytał co mógł. Ale to wszystko było za mało.

    Po piętnastu latach, do czterdziestoletniego przedsiębiorcy dotarło że ma dwie możliwości. Może spróbować coś zrobić, albo może tylko mieć marzenie.

    Pierwsza możliwość była bardzo ryzykowna. Łatwo zrobić z siebie głupca. Poważny inwestor i przedsiębiorca zabiera się za dyrygowanie. Bez żadnego wykształcenia muzycznego, bez doświadczenia, porywa się na Mahlera. Kolejny bogacz, któremu pieniądze przewróciły w głowie. Kolejny niedojrzały facet, który zamiast robić swoje, jak mały chłopczyk żyje dziecięcymi marzeniami. To nie byłby najlepszy zabieg z punktu widzenia PR-u.

    A co będzie, jak nie wyjdzie? Co będzie jak muzycy nie będą słuchali? Jak każdy zacznie grać swoje i zamiast symfonii rozlegnie się chaos?

    Czy nie lepiej zostać przy machaniu rękami przed drogim sprzętem hi-fi? Dźwięk jest przecież jeszcze lepszy niż w filharmonii. Po co ryzykować reputację?

    Ale druga możliwość też wiązała się z ryzykiem. Kaplan mówi:

    W życiu zawsze jest ryzyko, które podejmujesz lub nie. W moim przypadku były tylko dwa rodzaje ryzyka. Pierwsze, że zrobię z siebie głupca. Drugie, dla mnie znacznie większe, że przez całe życie będę zastanawiać się co by było, gdyby spróbował. Nie mogłem zdobyć się przez lata. Byłem zbyt przerażony by się odważyć. Ale w końcu…

    …w końcu zdecydował się spróbować. Zbliżała się rocznica założenia jego czasopisma. Postanowił choć raz poprowadzić orkiestrę. Plan był prosty. Wynająć orkiestrę, zaprosić znajomych i wykonać ukochaną symfonię.

    Wystarczy się przygotować. Po pierwsze partytura. Bagatela, dwieście dziewięć stron zapełnionych nutami. Wspomina:

    Gdy zacząłem się uczyć, czułem, że nie robię żadnych postępów. Ucząc się przez dwa tygodnie, po dziewięć godzin dziennie, opanowałem zaledwie czternaście stron. To było zniechęcające. Ale wtedy uświadomiłem sobie, że przecież uczę się jednej strony dziennie. Nauka zajmie mi dwieście dziewięć dni. Kawałek po kawałku, ale robiłem postępy. To dało mi poczucie pewności.

    Nie wystarczała znajomość nut. Kaplan, na prywatnych lekcjach uczył się także dyrygentury. Przygotowanie zajęło mu dziewięć miesięcy codziennej pracy po pięć – dziewięć godzin. Później mówił:

    Gdybym wiedział, jakie to trudne, nigdy bym się na to nie odważył. Coś ci mówi idź do przodu podczas gdy logika mówi: nie rób tego. To tak jak z trzmielem. Od strony aerodynamicznej trzmiel nie jest zdolny do tego by latać. Jego waga, rozpiętość skrzydeł, to wszystko sprawia, że nie powinien nawet próbować. Ale o tym nie wie. I jakoś lata.

    Lepiej podjąć ryzyko niż żyć z wyrzutami. Zawsze możesz zrobić więcej niż ci się wydaje. Największym problemem jest po prostu zacząć. Po prostu spróbuj. Zawsze możesz zrezygnować. To niesamowite jak niewiele osób próbuje cokolwiek zrobić, bo boją się uczynić pierwszy krok.

    Pierwsze wykonanie II Symfonii pod batutą Kaplana było sukcesem. Do dziś Kaplan pracował z ponad trzydziestoma orkiestrami. Zaproszono go nawet na prestiżowy festiwal w Salzburgu, gdzie prowadził Londyńską Orkiestrę Symfoniczną. Od publiczności otrzymał niespotykaną, dziesięciominutową owację na stojąco. Płyty z jego wykonaniem symfonii, stały się bestsellerami.

    Trzmiel, mimo, że nie powinien, poleciał. Niektórzy muzycy narzekają, że wykonania Kaplana nie są tak wielkie jak uważa publiczność i krytycy. Że sprawa jest rozreklamowania. Być może mają rację. Trzmiel nie jest owadem, który lata najpiękniej. Ale w odróżnieniu od narzekających, lata.

    Czasem marzenie jest czymś, o czym staramy się zapomnieć. Czymś, co odsuwamy od siebie, tak długo, jak tylko się da. Wizja wydaje się zbyt nierealna. Logicznie rzecz biorąc nie powinniśmy mieć szansy na to, by ją zrealizować. Jak tam u ciebie? Czy jeszcze masz takie marzenie? Marzenie, którego nieco boisz się mieć? Coś, co jest zbyt nierealne by próbować? Dziś, zbyt nierealne, ale jutro… wszystko zależy od tego co dziś zrobisz.


    Źródła cytatów:


    1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
    Loading ... Loading ...

    Sztuka wyborów

    Sztuka wyborów

    Opublikowano 20 czerwca 2009 | By | Kategorie: pracuję nad.... | 4 komentarze

    To nie burdel…

    Poprzednio narzekałem trochę na afirmacje. Robiąc to, gdzieś tam w tyle głowy czułem jak może rosnąć niezadowolenie tych, którzy są zafascynowani pozytywnym myśleniem czy „prawem przyciągania”.

    Faktem jest, że przez ostatni rok zmienił mi się trochę podgląd na istotę skutecznego działania i zdrowia psychicznego. Jakiś czas temu byłem świadkiem takiej rozmowy:

    Psycholog: Co byś chciała osiągnąć? Jakie masz cele?

    Klientka: Chciałabym się poczuć lepiej niż teraz.

    Psycholog: To nie jest burdel i nie mogę ci tego obiecać.

    Klientka: eeee…

    Brutalne, ale prawdziwe. Psychologia, terapia czy ogólnie rozwój, to nie burdel byś miał po wyjściu zawsze czuć się dobrze.

    Rozwój boli. Jeżeli nie, to znaczy, że się nie rozwijasz.

    Można się na ten temat długo rozwodzić. Nie będę. Postraszę tylko. Arnold Mindel, twórca terapii zorientowanej na proces (której kiedyś byłem ogromnym fanem), napisał coś co niestety jest prawdą:

    Całkowite rozluźnienie i eliminowanie myśli tworzących napięcia może być czymś wielce niezdrowym…wypieranie napięć poprzez relaksowanie się, rozmasowywanie czy wizualizowanie często poprzedza zachorowania na różnego rodzaju nowotwory. Napięcia, tak jak wszystkie inne procesy nie znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki, choć na krótki okres można je usunąć ze świadomości. Wyparte, czy rozluźnione napięcie nie znikają

    Czy rzeczywiście musimy programować nasze umysły, aby się „rozluźniły”? Dlaczego mamy „zastępować stare myśli nowymi wyobrażeniami? Chociaż takie recepty są proste w użyciu, to jednak mogą szkodzić poprzez tworzenie chorób.

    Mówiąc wprost, gdy wypierasz negatywne emocje, możesz tego nie przeżyć. Obawiam się, że gdyby ktoś zabrał się za badanie konsekwencji zdrowotnych pewnych radosnych terapeutów, musieliby pójść do więzienia.

    Im starszy jestem, tym bardziej jestem tego świadomy i z tym mniejszą ochotą robię ludziom „dobrze”.

    Umiar

    Staram się jednak zachować umiar. Łatwo wpaść w odwrotną przesadę i skazywać ludzi na niepotrzebne i bolesne wglądy i cierpienia. To nie jest tak, że możemy się tylko poddać i użalać się nad sobą. Stosowanie afirmacji jest ryzykowne, ale czasem, lepiej je zastosować niż tkwić w miejscu, użalając się nad sobą.

    Jest wiele różnych narzędzi i technik, które można stosować. Dziś chciałbym napisać o decyzji. Jestem bardzo ciekawy, co o niej myślicie. Czy ta procedura do czegoś może się przydać?

    Decyzje a afirmacje

    Z jednej strony decyzje i afirmacje są do siebie podobne. Jedne i drugie stosujemy wtedy, gdy czujemy, że coś idzie nie tak. Jedne i drugie opierają się na powtarzaniu. Afirmacje trzeba powtarzać, wybory trzeba ponawiać. Jednak w rzeczywistości, są to skrajnie odmienne strategie. Podstawowa różnica dotyczy tego, co dzieje się z naszymi emocjami i świadomością.

    Afirmacje stosujesz po to, by czuć się dobrze. Twoim celem jest pozbyć się tego, co niewygodne. Starasz się jak najszybciej zastąpić to, co czujesz czymś innym. Starasz się nie myśleć o swoje słabości, bezradności czy porażce. Odcinasz swoje emocje i usuwasz je w kąt.

    W efekcie pogarszasz swój kontakt z rzeczywistością. Zamiast np. przyjrzeć się sytuacji, w jakiej się znajdujesz (za oknem pada deszcz i trzeba wziąć parasol), starasz się odwrócić od niego uwagę i przywołać do pamięci coś miłego (zobaczyć w wyobraźni piękne słoneczne niebo). Wszystko jest fajnie, dopóki nie wyjdziesz na zewnątrz.

    Afirmacje okrajają świadomość doznań. Wiele ze stłumionych emocji, wcale nie znika, ale przechodzi do podziemia. Trzymanie ich tam – już wiemy – może być bardzo groźne.

    Inaczej jest, gdy podejmujesz decyzję. Nie musisz uciekać od tego, co czujesz. A nawet więcej – by podjąć decyzję musisz to brać pod uwagę.

    Gdy dokonujesz wyboru (lub go ponawiasz) twoja świadomość się poszerza. Zawsze przecież wybierasz z czegoś. Dopiero, gdy uświadomisz sobie różne możliwości, możesz wybrać. Każdy wybór pozwala zatem na poszerzenie świadomości siebie i świata.

    1. Gdzie jestem?

    Decyzję czasem podejmujemy w sposób automatyczny, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robimy. Czasem jednak coś się zacina. Dlatego warto rozłożyć ją na elementy. To trochę sztuczne, ale ułatwia ćwiczenie.

    Krok pierwszy to coś, czego, którego brakuje osobom poprawiającym sobie samopoczucie. Możesz zadać sobie pytanie:

    • Gdzie teraz jestem?
    • Co teraz czuję?
    • Co się teraz ze mną dzieje?

    Bez tego pytanie możemy nieświadomie grzęznąć w różnego rodzaju działania, które nie biorą pod uwagę aktualnej sytuacji.

    Kilka dni temu jechałem samochodem. Z tyłu na foteliku spała moja córka. Nagle jakiś kretyn zaczął zajeżdżać mi drogę. Nawet się nie spostrzegłem, a zacząłem z nim rywalizować. Zareagowałem automatycznie i zacząłem podejmować automatyczne decyzje. Całe szczęście szybko zadałem sobie pytanie: co się ze mną dzieje? Odpowiedź był prosta: czuję złość, zaczynam się ścigać.

    To pytanie jest po to, by uruchomić proces decyzyjny. Nie chodzi o to, by cały czas być skupionym na sobie. Gdy jednak nie potrafimy go sobie zadawać, ryzyko polega na tym, że możemy nieświadomie angażować się w jakieś zachowanie, aż na wybór będzie za późno.

    Gdy siedziałem za kierownicą, odpowiedź zajęła mi ułamek sekundy. Może się jednak zdarzyć, że pytanie będzie wymagać więcej czasu. Mój znajomy przyjechał na kilka dni do Krakowa. Spędziliśmy razem pierwszy dzień. Pod koniec przeprosił mnie i powiedział, że nie chciałby spotykać się ze mną następnego dnia. Ponieważ Kraków działa na niego refleksyjnie postanowił poświęcić ten czas na przyjrzenie się swojemu życiu. Okazało się, że to była jego standardowa praktyka. Co pewien czas jechał w miejsce, które lubił i włócząc się bez planu, przez cały dzień zadawał sobie pytanie „gdzie jestem?”.

    Może się też zdarzyć, że aby odpowiedzieć na to proste pytanie będziesz potrzebować jeszcze więcej czasu i wysiłku. Na przykład kilka sesji z terapeutą.

    2. Gdzie chcę być?

    Od razu, gdy uświadomisz sobie, co się z tobą dzieje, zadaj sobie pytanie o to, do czego dążysz. Wybierz taką formę pytania, która ci najbardziej pasuje, na przykład:

    • Co jest teraz najważniejsze?
    • Na czym naprawdę mi zależy?
    • Czego naprawdę pragnę?
    • Co jest teraz dla mnie ważne?
    • Jak jest moja kluczowa intencja w tym momencie?

    Podobnie, jak w poprzednim punkcie, odpowiedź może zająć ułamek sekundy. Siedząc za kierownicą od razu odpowiedziałem sobie dowieźć bezpiecznie dziecko.

    Nieco dłużej zajmuje mi znalezienie odpowiedzi na to pytanie, gdy np. czuję tremę przed zajęciami. Czy zależy mi najbardziej na tym, by dobrze wypaść? A może ważniejsze jest to, by dać ludziom jak najwięcej? A może by ułatwić im wymianę wiedzy między sobą?

    Jeszcze więcej czasu może zająć odpowiedź na to pytanie, np. w kontekście firmy. Gdy np. pracujesz jako przełożony, ciągle musisz zadawać sobie to pytanie. Ma one często formę:

    • Co mogę zrobić tylko ja?
    • Po co tu jestem?

    Gdy nie potrafisz na to odpowiedzieć, grozi ci, że zaczniesz wykonywać zadania swoich podwładnych, a właściwa praca, jakiej nikt inny nie może wykonać, nie zostanie zrobiona.

    Ten punkt przywołuje twoje kluczową intencję. Możesz mieć wiele przeciwstawnych celów. Możesz chcieć się zapaść pod ziemię, odpocząć, przestać czuć napięcie, ale równocześnie zmienić coś w swoim życiu, uwolnić się od napięcie, itp. Każdy z tych celów jest ważny, ale razem wywołują poczucie słabości.

    Jeszcze więcej wysiłku, może ci znaleźć odpowiedź na to pytanie, gdy jesteś w jakimś martwym punkcie. Gdy czujesz się zagubiony czy pozbawiany energii. Wtedy, to pytanie może brzmieć: Czego chcę od życia? lub Co chcę w swoim życiu osiągnąć?.

    Zwróć uwagę, że są to pytania o jedną rzecz. O, to co teraz, w chwili gdy zadajesz sobie to pytanie jest najważniejsze. Nie w teorii, nie w przyszłości, nie w ogóle.

    3. Co wybieram?

    Czasem w różnego rodzaju zbiorkach afirmacji można spotkać sformułowanie typu: wybieram powodzenie.

    Nie o to chodzi. Wyboru dokonuje się, jak mówi słownik „spomiędzy pewnej liczby osób, rzeczy”. Potrzebujesz minimum dwóch rzeczy. Nie jesteś w stanie niczego wybrać, jeżeli droga, przed którą stoisz się nie rozgałęzia. Wyboru możesz dokonać tylko na rozdrożu. Jeżeli nie widzisz alternatyw, wybór jest tylko figurą językową, a nie wewnętrznym doświadczeniem.

    Jeżeli odpowiedziałeś sobie na dwa powyższe pytania (gdzie jestem oraz gdzie chcę być), łatwo ci znaleźć rzeczy, z których wybierasz.

    Stawiając się przed wyborem, uświadamiasz sobie wymiar, na którym twoje życie się opiera. Każdy z nas różni się tym, jakimi wymiarami się posługuje. Dla jednej osoby kluczowe znacznie może mieć np. wymiar sympatyczny – niesympatyczny, czy otwarty na innych – zamknięty na innych. Dla kogoś innego kluczowe będzie rozróżnienie pewny siebie – niepewny siebie czy powierzchowny – głęboki. Mamy oczywiście wiele takich wymiarów (konstruktów czy schematów ja, jak je nazywają różne teorie). Co więcej możemy je zmieniać i rozwijać w trakcie życia.

    Jeżeli już posiadamy jakiś wymiar, to znaczy, że dysponujmy zasobami, jakie pozwalają nam funkcjonować na jego obydwu biegunach. Jeżeli twój umysł stworzył danego rodzaju wymiar, to znaczy, że dysponuje odpowiednią ilością doświadczeń i informacji, dzięki którym może funkcjonować tak lub tak.

    Gdy uświadomisz sobie wybór, łatwiej ci będzie te zasoby przywołać. Oto kilka przykładowych wyborów:

    • Mogę siedzieć i użalać się nad sobą, lub mogę coś z tym zrobić.
    • Mogę być kimś, kto dławi rozmowę, lub mogę być uważnym słuchaczem.
    • Mogę być nieobecnym rodzicem, lub kimś, kto ma z nim dobry kontakt.
    • Mogę się wycofać lub znieść przeciwności i doprowadzić moje przedsięwzięcie do końca.

    Gdy sobie uświadomisz wymiar, na którym dokonujesz wyboru, powiedz sobie na głos (lub) zapisz, co wybierasz.

    4. Co mogę zrobić?

    Najczęściej, gdy dokonasz wyboru, działanie pojawi się samo. Automatycznie zmieni się twój sposób poruszania się, oddychania czy myślenia. Wybór celu i sposobu działania uruchamia nasze wewnętrzne zasoby.

    Nie jest to jednak regułą. Czasem warto jeszcze zadać sobie pytanie:

    • Co mogę teraz zrobić?

    Wybór polega najczęściej na tym, by działać mimo tego jak się czuję – mimo tego, że czuję się bezradny czy zawstydzony, zmęczony…

    Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

    Wewnętrzna przestrzeń – gdzie ją znaleźć?

    Opublikowano 02 czerwca 2009 | By | Kategorie: historie, pracuję nad.... | 4 komentarze

    Akceptacja siebie jest pierwszym krokiem

    Czy to, że należy otworzyć się na wszystko co w sobie mamy (i jeszcze ten post) w sobie oznacza, że mamy tacy zostać? Poddać się i zrezygnować z naszych wizji? Ponieważ jestem mały i bezradny, to nic innego nie mogę, jak tylko siedzieć i czekać? Ponieważ się boję, to lepiej nie będę się forsował, w końcu mam żyć w zgodzie z tym co czuję?

    Co ze słowami Williama Jamesa

    Istoty ludzkie poprzez zmianę swoich wewnętrznych postaw, mogą zmieniać zewnętrzne aspekty swojego życia.

    Czy to tylko pobożne życzenie?

    Mam nadzieję, że nikt tego w ten sposób nie rozumie. Przyznanie się do negatywnych uczuć nie oznacza, że mamy zrezygnować. Akceptacja wszystkiego co w sobie mam jest pierwszym krokiem na drodze do tego zmieniać siebie i swoje życie.

    Zanim jednak zaczniesz się zmieniać, musisz nauczyć się wsłuchiwać w siebie. Musisz rozwinąć w sobie nawyk wpuszczania światła, wszędzie tam, skąd dobiegają niepokojące dźwięki, tam gdzie coś się kryje.

    Lokator małego mieszkania

    Był sobie człowiek, który mieszkał w jednym ciasnym pokoju. Pokój był tak mały, jak te z reklamówek IKEA. Aby położyć się spać musiał złożyć stół i schować krzesła. Aby zrobić coś do jedzenia musiał schować łóżko i wystawić książki za drzwi. Widoki z okna też nie miały w sobie przestrzenni. Ceglasta ściana innego budynku. Także akustycznie mieszkanie był nieprzyjemne. Z mieszkań obok ciągle dobiegały jakieś dziwne dźwięki. Czasem pełne złości okrzyki, czasem kłótnie, czasem szlochy i zawodzenie. Miał już tego dość. Marzył by coś się zmieniło.

    Któregoś dnia odwiedził znajomego. Jego kilkupokojowe mieszkanie wydawało mu się wielkie, przestronne i wspaniałe. Widok z okien go zachwycał. Lokator ciasnego mieszkanka poczuł się jak w raju. Znajomemu pochlebiał jego zachwyt. Zaproponował mu, że jeżeli tak bardzo mu się to wszystko podoba, może zrobić sobie kilka zdjęć jego mieszkania.

    - Naprawdę, będziesz tak dobry dla mnie? Zapytał pełny szczęścia – To doskonały pomysł. Gdy wywieszę te zdjęcia w swoim mieszkaniu, będę mógł czuć się, tak jakbym był tutaj.

    Obfotografował mieszkanie, poszedł do zakładu fotograficznego i kazał sobie zrobić największe odbitki jakie można. Gdy wrócił do swojej ciasnoty porozklejał zdjęcia wokół. W jego ciasnym mieszkaniu zrobiło się bardziej przestrzennie. Gdy patrzył na ścianę i widział duże zdjęcie, wydawało mu się że też ma takie wspaniałe mieszkanie jak jego znajomy. Nawet na oknie nakleił zdjęcie. Teraz, tak jak znajomy, gdy patrzył w stronę okna widział zielone drzewa. Czuł się o niebo lepiej. Wydawało mu się, że nie słyszy już nawet hałasów zza ścian. Przeszkadzały mu tylko czasem w nocy, gdy było ciemno. Ale wystarczyło zaświecić światło i popatrzeć na ściany.

    Po pewnym czasie przywykł. Zdjęcia przestały mu dawać poczucie przestrzeni. Ale odkrył, że wystarczy zdobyć nowe zdjęcia na ścianę. Za niewielką opłatą, właściciele większych mieszkań z chęcią dzielili się tym, co widzą po przebudzeniu. Jedne zdjęcia przylepiał na drugie, aż po paru latach narosła całkiem spora ich warstwa. Nasz lokator był bardziej zadowolony ze swojego życia.

    Któregoś wieczora usłyszał nieśmiałe pukanie do drzwi. Gdy otworzył drzwi zobaczył ubranego na szaro staruszka. Już miał go przegonić, ale staruszek wydał mu się znajomy. Rozmawiało im się tak dobrze, że zaprosił go do środka na herbatę. Gdy staruszek spojrzał na ściany powiedział:

    - Widzę, ze marzysz o większej przestrzeni. To dobrze. Powiedz tylko, dlaczego nie sprawdziłeś, co jest za drzwiami na tej ścianie?

    Staruszek wskazał jedną ze ścian.

    - Drzwiami? Tu przecież nie ma żadnych drzwi.

    - Może masz rację. Może mi się tylko wydawało? Powiedział z uśmiechem staruszek i poszedł.

    - Miły człowiek – westchnął lokator ciasnego mieszkania – ale trochę zakręcony. Jego myśli zaczęły jednak krążyć wokół tego co powiedział. W końcu nie wytrzymał i zaczął zrywać z niej wszystkie zdjęcia i plakaty, jakie przez lata na niej przyklejał. Pod spodem rzeczywiście były drzwi. Już zupełnie zapomniał o tym, jak wyglądało jego mieszkanie, zanim zaczął ozdabiać jego ściany.

    Pchnął je nieśmiało. Z ciemnej szpary dobiegał zawodzący, smutny dźwięk, ten sam, który wiele razy słyszał, tylko przestał na niego zwracać uwagę. Szybko zamknął drzwi i przykrył ścianę zdjęciami. Nie podobało mi się to. Nie chciał nic o tym wiedzieć.

    Położył się spać mając nadzieję, że wszystko będzie jak dawniej. Nie mógł zasnąć. Nie pomogło przykrywanie się poduszką i liczenie owiec. Wstał, wyciągnął latarkę, jeszcze raz zerwał wszystko ze ściany i pchnął drzwi. Był przerażony, ale mimo tego zrobił krok do przodu. Pokój był pusty, a zawodzące płaczliwe dźwięki dobiegały z niesprawnej wentylacji. Gdy się oswoił, rozejrzał się i zobaczył okiennice. Gdy je otworzył, pokój okazał się jasnym pomieszczeniem, który wymagało tylko niewielkiego remontu.

    To nie było jego jedyne odkrycie. Z duszą na ramieniu i latarką w dłoni  odrywał kolejne pomieszczenia. Jedno za drugim. W końcu zrozumiał, całe życie mieszkał w małym, ciasnym, kiepsko położonym pokoiku, który był częścią wielkiego, zamku. Gdyby nie strach przed dźwiękami dobiegającymi zza ścian, gdyby nie zdjęcia powieszone na ścianie, być może dawno by odkrył, że jest właścicielem wspaniałego, ogromnego zamku. Znacznie większego i piękniejszego niż to, co widział u innych. Być może już dawno by się przeniósł, do obszernej wspaniałej komnaty o jakiej zawsze marzył.

    Gdy ktoś go odwiedzał i patrzył z rozmarzeniem na przestrzeń w jakiej mieszkał, nigdy nie pozwalał robić zdjęć. Zamiast tego dawał mu latarkę i pytał: „Czy sprawdziłaś kiedyś, co masz za ścianą?”

    Wpuść światło

    Wpuść światło, tam skąd dobiegają zatrważające dźwięki. Może nic tam nie będzie, może to tylko wiatr, albo buszujące myszy, a może – kto wie – będzie tam jakiś potwór, który czeka na oswojenie? Nie ma jednak innej drogi do tego by zacząć mieszkać we większym mieszkaniu. Przyklejanie na ścianę wspaniałych widoków daje tylko złudzenie przestrzeni. Gdy powtarzasz zaklęcia i zapewnienia o tym, jak wszystko jest wspaniałe, zaklejasz drzwi, które powinieneś pokonać. Jesteś bogaty, jesteś wspaniały, ale najpierw wpuść światło.

    Nie ma skutecznej zmiany, która by opierała się na tłumieniu siebie. Jeżeli chcesz zmienić swoje życie i swoją postawę, musisz zacząć od wsłuchania się w siebie. Nic nie można w sobie zmienić, tak długo, póki najpierw tego nie doświadczysz.

    Czego się boisz? Czego się obawiasz? Jakie stoją przed tobą lęki?

    Patrz im w oczy. Oswajaj je. Bądź do nich większy. Nie pozwalaj im zabierać przestrzeni. Nie udawaj, że ich nie ma.

    Photo by JoopDorresteijn 

    1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 5,00 out of 5)
    Loading ... Loading ...