Tag Archives: Uwaga
Działanie z uwagą i bez nacisku

Działanie z uwagą i bez nacisku

Opublikowano 20 maja 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 27 komentarzy

Mokre ognisko

Od paru dni pada. Wszystko jest wilgotne, albo całkiem mokre. Gdy patrzę na mokrą zieleń drzew i stalowe niebo, przypominam sobie jak pewnego deszczowego lata włóczyłem się po Bieszczadach. To, że nasze buty były ciągle mokre można było jeszcze znieść. To, że z Połonin nic nie było widać – trudno. To, że się człowiek ślizgał w błocie – co zrobić? Ale najgorsze było to, że nie dało się rozpalić ogniska. Nawet, gdy coś zaczynało się palić, ognisko dymiło i szczypało w oczy. Poza tym, co to za przyjemność siedzieć przy ognisku pod parasolem?

Chyba tylko raz udało nam się rozpalić prawdziwe, trzaskające iskrami, radosne ognisko. Takie, w którym było więcej ciepła i ognia niż dymu i skwierczenia.

Deszcze przestaną padać i wszystko wyschnie. Ale niektórzy ludzie mogą nie poznać radości spalania się, jak dobre suche ognisko. Radości pełnego, ciepłego płomienia. Radości iskier i radości stawania się popiołem. Niektórzy z nas całe życie, nawet w najbardziej suche lata są jak mokre gałęzie. Tlą się niemrawo, dając więcej dymu niż ciepła.

Shunryu Suzuki mówi:

Gdy coś robisz, powinieneś całkowicie się spalać, jak dobre ognisko, nie zostawiając po sobie śladów…

Aby nie pozostawić żadnych śladów, kiedy coś robicie, powinniście robić to całym waszym ciałem i umysłem, powinniście być skoncentrowani na tym, co robicie. Powinniście robić to do końca, tak jak spala się dobre ognisko. Nie powinniście być dymiącym ogniem. Powinniście spalić się całkowicie. Jeśli nie spalacie się kompletnie, wasz ślad zostanie w tym, co robicie. Coś z was pozostanie, coś co nie jest całkowicie spalone.

Działać z pełnią energii

Ostatnio pisałem, jak ważne jest by zacząć coś robić a nie tylko czekać z założonymi rękoma.

No dobrze, mogę zacząć działać. Mogę zacząć coś robić. Co mi szkodzi? Mówią, że działanie przynosi efekty, co mi szkodzi spróbować?

Nie do końca chodzi o coś takiego. Ważne by zacząć działać, ale liczy się także sposób.

Robić coś warto z pełnym zaangażowaniem i pełną energią. Bez oszczędzania się i bez działania na pół gwizdka. Tak, jak mówi Suzuki – spalając się bez śladu.

I tu można by było skończyć. Takim sposobem dołączylibyśmy się do chóru doradców z uporem powtarzających:

  • Zmuś się
  • Zmobilizuj się
  • Wysil się
  • Napnij się
  • Wywrzyj na siebie nacisk
  • Weź się za gębę
  • Postaw się do pionu
  • itp.

To tzw. protestancka etyka pracy – by coś w życiu osiągnąć nie wolno się rozczulać. Trzeb być twardym, zdeterminowanym, pracowitym i śmiertelnie poważnym. Nie wolno tracić czasu na zabawę. Ten model powielają dziesiątki poradników, od napisanych w XVIII wieku przez Beniamina Franklina po dzisiejsze, napisane przez Briana Tracy.

Myślę, że wszyscy znamy te rady. I pewnie większość z nas stosuje je od dawna.

Dla mnie takie podejście jest czymś bardzo bliskim. Myślę, że jestem w nim mistrzem. Gdy tylko się za coś zabieram, zawsze potwornie się przejmuję. Staram się zawsze wszystko robić najlepiej jak można (a czasem nawet, jak nie można). Staram się jak mogę. Naciskam na siebie tak, że czasem ciężko mi oddychać. Przejmuję się i zmuszam, dopinguję i terroryzuję. Wygłaszam do siebie mowy i daję sobie ostatnią szansę.

Z jakimi efektami?

Briana Tracy pisze:

Gdy wywierasz na siebie nacisk, osiągasz więcej i pracujesz wydajniej niż kiedykolwiek. Stajesz się osobowością wysokowydajną oraz wysokoosiągającą. Czujesz się fantastycznie w odniesieniu do siebie i krok po kroku budujesz nawyk szybkiego kończenia zadań…

Hmm…. Kurcze, wygląda na to, że coś ze mną nie tak.

Opowiadanie bajek

Moja córka – jak wiele innych dzieci – wieczorem potrzebuje bajek. Ale nie jednej ani nie dwóch. Przy trzeciej jej oczka całkiem uważnie wpatrują się w świat wokół. Przy czwartej jest szansa, że odwróci się do mnie plecami i zacznie zasypiać. Ale gdy tylko przerwę, odwróci się nagle z pytaniem: tatusiu i co dalej? Dopiero piąta bajka daje gwarancję, że mam malucha z głowy.

Nic dziwnego, że w którymś momencie zabrakło mi bajek do czytania. Wyczytaliśmy wszystko co było w księgarniach, pobliskiej bibliotece i antykwariatach. Zacząłem zatem wymyślać coś na poczekaniu. Spodobało się. Nawet na tyle, że gdy potem kupiłem jakiś nowy zbiorek bajek i zacząłem go czytać, usłyszałem:

-Tatusiu, nie taką, opowiedz mi z głowy!

- Nie ma sprawy – powiedziałem z uśmiechem.

I opowiadałem bajkę po bajce. To była niesamowita zabawa. Sam byłem zdziwiony jak łatwo mi to przychodzi. Niektóre z bajek nawet mnie zaskakiwały. Ich fabuła rozwijała się w trakcie opowiadania. Rzadko wiedziałem co będzie za chwilę. Wiedziałem tylko tyle, że aby utrzymać zainteresowanie główny bohater musi mieć jakiś motyw, w którym przeszkadza mu jakiś czarny charakter albo niezwykłe przeszkody. Reszta brała się z powietrza.

Tworzenie bajek zaczęło mi się coraz bardziej podobać. Po jakiejś pięćdziesiątej bajce doszedłem do wniosku, że muszę je zapisywać. Szkoda by się zmarnowały! Może uda mi się je wydać? Marzyłem. To by było świetnie, zobaczyć swoją bajkę zilustrowaną i pięknie wydaną. Wiadomo, nigdy nic nie rób na pół gwizdka, zmuś się by to, co robisz było najlepsze. Zamówiłem w Amazonie kilka książek nt. pisania bajek. Pełny energii zacząłem doskonalić się w tej dziedzinie. Opowiadałem coraz solidniejsze bajki, coraz bardziej przemyślane, z coraz lepszym morałem. Zacząłem się przygotowywać do wieczornych sesji. Przed południem spisywałem wczorajsze bajki i wymyślałem co opowiem dzisiaj. Wieczorem, gdy siadałem przy łóżku córki, byłem w pełni przygotowany: obok leżały kartki z notatkami, z czasem nawet pojawił się dyktafon.

Po jakichś dwóch tygodniach takiego działania wieczory z „bajkami z głowy” zaczęły być męczące.

Coraz częściej czułem, że moja bajka nie jest dość dobrze przygotowana. Coraz częściej miewałem poczucie winy, że nie przygotowałem się zbyt dobrze. Że mogłem zrobić więcej, że nie dość dobrze opracowałem motyw postaci, że czarny charakter nie jest dość przekonywujący, że morał nie jest dość klarowny….

Przyszedł taki wieczór, gdy po prostu nie byłem w stanie opowiedzieć „bajki z głowy”. Starałem się i starałem, ale nic mi nie przychodziło. Zaczynałem, ale nie miałem zielonego pomysłu co powiedzieć dalej. Opowiadanie bajek stało się koszmarem. Całe szczęście udało mi się kupić świetny zbiorek i wróciliśmy do czytania.

Pewnie nie każdy może opowiadać „bajki z głowy”, ale mam wrażenie, że jest wiele osób, które skutecznie blokują swoje twórcze możliwości przez to, że wywierają na siebie zbyt duży nacisk.

Są ludzie, którzy pięknie mówią, ale gdy stają przed grupą, tak bardzo im zależy na tym, by dobrze wypaść, że głos grzęźnie im w gardle. Są ludzie, którzy pięknie malują, ale gdy tylko chcą pochwalić się prze innymi, przechodzi im cała wena. Są ludzie (i to całkiem sporo), którzy na egzaminie nie potrafią przypomnieć sobie czegoś, co doskonale wiedzą.

Nie twierdzę, że rady jakich udziela Brian Tracy są nieskuteczne. Zapewne są osoby, którym nacisk na siebie dobrze zrobi. Ale w tych wszystkich sytuacjach próba zmuszania się, dopingowania, wywierania nacisku, ma dokładnie odwrotny efekt. Im mocniej chcesz, im bardziej naciskasz – tym gorzej. Tym bardziej jesteś zablokowany

Powrót do opowiadania bajek

Po pewnym czasie moje podręczniki bajkopisania trafiły w kąt. Także moje aspiracje by napisać zbiór wspaniałych bajek zginęły gdzieś w natłoku innych pomysłów na życie.

Któregoś dnia, jeszcze w łazience, by uspokoić rozbrykaną dziewczynkę, zacząłem coś opowiadać o gumowych zwierzątkach do kąpieli. Opowieść przerodziła się w długą bajkę. Nie myślałem o tym, że ją opowiadam. Pozbawiony aspiracji, oczekiwań, ocen i nacisków, znów bawiłem się opowieścią. Bajka opowiadała się sama. Było to dla mnie tak samo przyjemne jak dla mojej córki.

To było lekkie jak niedzielne śniadanie w środku lata. Śniadanie? Wiedziałem, że gdzieś już musiałem o tym czytać. Następnego dnia przypomniałem sobie gdzie. To były słowa, XVIII wiecznego, japońskiego nauczyciela szermierki Odagiri Ichuina. Radzi on wojownikowi miecza:

Niech działa tak, jakby zajmował się codziennymi sprawami – jakby z przyjemnością jadł śniadanie. Niechaj posługuje się mieczem jak pałeczkami do ryżu, podnosząc kawałki jedzenia i wkładając je do ust, odkładając pałeczki, gdy skończy posiłek. Posługiwanie się mieczem nie wymaga więcej uwagi niż siedzenie przy stole.

To dosyć szokujące zalecenie. Człowiek trzyma w ręku ostry jak brzytwa miecz, na przeciw niego stoi drugi, nasrożony samuraj, a on ma po prostu zachowywać się jakby delektował się swoją miską z ryżem. To paradoks, ale właśnie takie podejście sprawia, że wojownik staje się nie do pokonania.

To, coś zupełnie odwrotnego niż rady by się sprężyć, zmusić i zmobilizować. Ale czy te słowa nie przeczą także temu o czym była mowa na początku? Czy to nie jest odwrotność zalecenia: powinieneś całkowicie się spalać, jak dobre ognisko?

Myślę, że nie. Zalecenie by spalać się jak dobre ognisko można dobrze zrozumieć dopiero wtedy, gdy pamiętamy o zaleceniu robić to tak lekko, jakby się jadło śniadanie.

Na czym polega bycie mokrym ogniskiem

Człowiek, który spala się jak dobre ognisko, to ktoś, kto potrafi skupić się całkowicie na działaniu i który nie poświęca sobie samemu więcej uwagi niż to konieczne.

Bycie dymiącym, mokrym ogniskiem polega na tym, że duża część mojej uwagi uwięziona jest przez moje koncepcje i wyobrażenia na swój temat. Bardziej zależy mi na tym bym był doskonały, by inni mnie podziwiali i doceniali niż na tym, co robię. Zamiast działać, zastanawiam się, przygotowuję, motywuję, kalkuluję, oddaję wyobrażeniom i analizuję.

W moim przypadku była to seria myśli:

  • O rany, przecież nie mogę opowiadać takich prostych bajek. Stać mnie na coś więcej. One muszą być świetne, perfekcyjne, przemyślane!
  • Muszę robić to doskonale.
  • No, nie, przecież ta bajka nie jest dobrze wymyślona.
  • O nie, przecież ten pomysł nie jest dobry, stać mnie na coś lepszego.
  • Chyba jestem w tym dobry, nie mogę obniżać poprzeczki.

Taki sposób myślenia rozbudowuje oczekiwania pod własnym adresem. To z kolei prowadzi do coraz większego lęku. Lęku, że nie sprostam własnym oczekiwaniom.

Lęk

Tego rodzaju lęk jest jedną z największych przyczyn „dymienia”. Normalne obawy – gdy np. boję się, że stracę pieniądze, że mój tekst komuś się nie spodoba, że ugryzie mnie pies, że moja bajka nie będzie ciekawa, itp. jest rzeczą łatwą do zniesienia. Tego rodzaju obawy raczej nas mobilizują niż usztywniają.

Problem zaczyna się wtedy, gdy lękamy się nie spełnienia swoich własnych oczekiwań. Gdy obawiamy się, że nasze własne wyobrażenia na swój temat są nieprawdziwe. Tylko taki lęk nas paraliżuje.

To przerażające, że nie jestem taki, jakbym chciał. To przerażające, że nie czuję się tak, jak powinienem. To straszne, że nie czuję się tak pewny siebie, jak trzeba. To okropne, że nie jestem tak produktywny jakbym chciał.

Jedna z teorii psychologicznych mówi, że mamy w sobie kilka trakcji przetwarzania informacji na swój temat. Między innymi jedną, którą można nazwać „ja oceniającym” i drugą, którą można nazwać „ja doświadczającym”.

Gdy doświadczasz problemów i trudności, jesteś w stanie je pokonać. Blokady zaczynają się wtedy, gdy zaczynasz oceniać siebie samego. Różnego typu choroby psychiczne pojawiają się wtedy, gdy zbyt dużo czasu poświęcamy na ocenianie siebie.

Brian Tracy radzi:

Stwórz własny system przymusu. Podnieś sobie poprzeczkę i już jej nie obniżaj.

Takie podejście szybko prowadzi do uruchomienia ja oceniającego. Zamiast działać zaczynam się oceniać. Zamiast skupić się na życiu, zaczynam analizować i przetwarzać.

Mam inną radę:

Pozwól sobie działać bez przymusu, tak jakbyś jadł smaczne śniadanie. Gdy twoja poprzeczka jest zbyt wysoko – obniż ją.

Nie przejmuj się swoją doskonałością czy bezbłędnością. Nie przejmuj się nawet tym, gdy przychodzą do ciebie myśli, że wreszcie musisz wziąć się za siebie. Że musisz zrobić z sobą porządek.

Co ci to przeszkadza? Myśli są myślami. Pozwól im przepłynąć i nie goń za nimi jak za objawionymi prawdami. Wróć, do tego co robisz.

Gdy za bardzo ci takie myśli przeszkadzają, wstań i policz ile wokół siebie masz rzeczy o niebieskim kolorze. Albo poszukaj czegoś, na co do tej pory nie zwracałeś uwagi. Albo zwróć uwagę na to, co się dzieje z twoim oddechem. Albo wyjdź na spacer i poczuj krople deszczu na twarzy i chłód wiatru. Cokolwiek, co sprawi, że przestaniesz analizować i oceniać siebie a zaczniesz doświadczać. Tzn. doznawać tego, co się dzieje w twoich zmysłach.

To samo podejście możesz stosować wtedy, gdy czujesz potrzebę pokonania innych, pragnienie by zasłużyć na ich pochwałę czy ochotę zrobienia, czegoś, czego świat nie widział. Czy też gdy zaczynasz się zastanawiać czy coś ci wyjdzie tak, jak byś chciał. Zaakceptuj to wszystko. Pozwól by te myśli przypłynęły i wróć, tak szybko jak możesz do tego, co robisz.

Gdy ci się to uda, stopniowo, po pewnym czasie być może wróci uczucie, że to, czym się zajmujesz „robi się samo”. Być może poczujesz się całością z tym co robisz.

Dopiero takie działanie jest blisko palenia się. Ogień rozprzestrzenia się sam, bez naszego starania. Jedyne, co może mu przeszkodzić, to woda jaką ciągle się zalewamy. Tą wodą jest nasze skupienie na własnym obrazie. Analizowanie siebie, próby dorastania do własnych, ciągle śrubowanych oczekiwań pod swoim adresem.

Ile piękna umiesz dostrzec?

Ile piękna umiesz dostrzec?

Opublikowano 03 lutego 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

Ośnieżone szczyty Alp

Ewa wróciła z tygodniowego urlopu w Alpach. Byłem kiedyś w tych samych okolicach (tyle, że w lecie). Z pola namiotowego, widać było skaliste szczyty. Zachwycaliśmy się strumieniami, które płynęły w korytach z białego kamienia. Chłonęliśmy odbicia chmur w jeziorach. Po całodziennej wspinaczce szczęśliwi schodziliśmy na dół. Zapytałem Ewy, jak jej się podobało.

- Wspaniale – powiedziała – przez tydzień nie było w okolicy żadnych marudzących i narzekających Polaków.

- To rzeczywiści świetnie, czy coś jeszcze fajnego tam było?

- Dzieciom się podobało…. ale ogólnie trochę drogo.

Są ludzie, którzy na skutek jakiś schorzeń nie czują zapachu albo smaku. Są ludzie, którzy nie potrafią powiedzieć czy mają pełny żołądek, czy są spragnieni, ani czy coś ich boli. Są tacy, którzy ze względu na uszkodzone nerwy nie odbierają wrażeń z całych partii ciała. Można im wbijać w rękę szpilkę, albo przypalić ich papierosem, ale oni – póki na to nie spojrzą – nie będą wiedzieli, że coś się z nimi dzieje.

Ewa jest pozbawiona odczuć estetycznych.

Cokolwiek dla ludzi jest piękne – górski krajobraz z ośnieżonymi szczytami czy czerwona karoseria samochodu, szmer strumyka czy głośne uderzenia gitar, smak wyrafinowanej potrawy czy wybuchy kolorowych fajerwerków – dla Ewy wszystko jest takie same. Nie wywołuje w niej żadnych szczególnych doznań. Bez dreszczu, rozkoszy, poczucia błogości czy poczucia niezwykłości. Nie sprawia, że miałaby ochotę uklęknąć, nie wywołuje głębszego oddechu, nie zatrzymuje w pół kroku.

Ewa jest inteligentna. Potrafi włożyć kwiat do wazonu i powiedzieć:

- Popatrz jaki ładny.

Robi to jednak tylko dlatego, że ktoś jej o tym powiedział. Gdyby usłyszała, że pogrzebacz w wazonie jest piękny i gdyby wszyscy wokół umówili się na wstawianie do wazonu pogrzebaczy, Ewa trzymałby w swoim domu kilka wazonów, pełnych pogrzebaczy.

Czysty pragmatyzm

Oczywiście Ewa ma preferencje. Jednak wartości estetyczne nie grają w nich żadnej roli. Ewa, jak sama się określa, jest czystym pragmatykiem.

Słyszałem kiedyś rozmowę pragmatyka z estetą. Siedzieli na trawie w parku i pociągali z butelki:

- Nawet dobre – stwierdził jeden – ja ci powiem, że lubię jak winko jest dobre.

- E tam… dla mnie to bez znaczenia. Ja tam bardziej praktycznie podchodzę. Najważniejsze, żeby moc miało!

Dla „pragmatyka” butelka wina za kilkaset złotych to całkowite nieporozumienie. Przecież za te pieniądze można mieć całą skrzynkę wódki! A najlepsza wódka, to oczywiście taka, która wchodzi jak woda!

Czy jest w tobie widz?

Władysław Tatarkiewicz cytuje słowa Pitagorasa:

Życie jest jak igrzyska: jedni przychodzą jako zapaśnicy, inni – żeby handlować, ale najlepsi przychodzą jako widzowie.

Mówiąc o widzach, Pitagoras nie miał na myśli ludzi zdystansowanych czy trzymających się z boku. Chodziło mu o tych, którzy widzą piękno. Jak pisze Tatarkiewicz takich, którzy „zajmują postawę estetyczną”.

Pitagoras nie do końca ma rację pisząc o typach ludzi. Według mnie to trzy typy postaw, które mamy w sobie. Każdy raz na jakiś czas jest zapaśnikiem. Ścigamy się z innymi, zmagamy się z przeciwnościami i doskonalimy swoje ciało i umysł. Każdy, raz na jakiś czas ma praktyczną postawę handlowca. Rachujemy zyski i straty, bierzemy oraz dajemy, planujemy i przewidujemy.

Wielu z nas jednak nie wykorzystuje trzeciej możliwości– postawy widza, który patrzy uważnie na świat i chłonie jego piękno.

Być widzem, to pozbyć się choć na chwilę okularów lepszy / gorszy oraz korzystny / niekorzystny, opuścić zwykłą, pragmatyczną postawę i zamiast tego zacząć bezinteresownie przyglądać się światu. Otworzyć się na niego i pozwolić by wywołał w nas rezonans.

Gdy człowiek przyjmuje tą postawę…

…przestaje myśleć abstrakcyjnie, całą siłę umysłu wkłada w oglądanie rzeczy, zatapia się w nich, świadomość swą wypełnia tym, co ogląda, tym co ma przed sobą, zapomina o własnej osobowości. (Tatarkiwicz, Dzieje sześciu pojęć, str. 367)

Gdzie znaleźć piękno?

Większość z nas przynajmniej od czasu do czasu doświadcza piękna. Raz na rok, gdy jedziemy na urlop i znajdujemy się w nieznanej okolicy, rozglądamy się z zachwytem wokół. Albo nieruchomiejemy, gdy po kilkugodzinnej wspinaczce na samym szczycie z mgieł wyłaniają się górskie urwiska. Albo, gdy przypadkiem znajdziemy się w środku nocy na wielkiej łące poza miastem i podnosimy głowę a widok drogi mlecznej rozwiniętej na czarnym niebie.

Zazwyczaj jednak, mimo, że jesteśmy do tego zdolni nie czujemy zbytnio piękna. Blokuje nas:

  • przyzwyczajenie,
  • znudzenie,
  • zmęczenie,
  • pośpiech,
  • popędzanie się,
  • zmuszanie się by ciągle być produktywnym, przezornym i rozsądnym,
  • ciągłe skupienie na sobie.

Słowem nasze nawyki. Przez nie jesteśmy ślepi na piękno, jakie promieniuje z miejsc, ludzi i przedmiotów.

Nawet jeżeli dawno nie byłeś na górskiej wycieczce, od lat nie widziałeś rozgwieżdżonego nieba czy wschodu słońca nad morzem, to wcale nie oznacza, że nie miałeś okazji by doznać piękna. Odczucia estetyczne nie są zarezerwowane dla górskich urwisk, morskich zachodów słońca czy rozgwieżdżonych nocy.

Poczucie piękna jest wydarzeniem, jakie zachodzi między nami a światem. Świat cały czas rozbrzmiewa dźwiękami, które mogłyby wprawić nas w rezonans, ale my blokujemy wszystkie nasze struny.

Gdy dziś rano jechałem do pracy w lusterku stojącego przede mną samochodu zobaczyłem oczy kierującej nim kobiety. Nie było widać twarzy, tylko oczy, piękne, uważne i spokojne.

Tysiące pięknych momentów czeka być zwrócił na nie uwagę:

- światło pierwszych latarni zawieszone nad ruchliwą ulicą,

- biały księżyc witający nad ranem lądujące samoloty,

- mozaika cieni na błyszczącym w mrozie śniegu,

- pierwszy powiew wiatru pachnącego liśćmi,

- dotyk trawy pod stopami,

- dudnienie kropel deszczu o parapet,

- śpiew ptaka ledwo przebijający się przez gwar rozmów,

- rytm kroków biegnącego dziecka,

- chłodne podmuchy zbliżającej się burzy,

- cisza niedzielnego popołudnia na werandzie z kubkiem herbaty,

- kolor oczu ukochanej osoby,

- dotyk rączki dziecka, które chce ci coś pokazać,

- smak kromki dobrego chleba podczas śniadania,

Rozejrzyj się wokół i zacznij tworzyć swoją listę.

Chmury i niebo: umiejętność obserwacji siebie

Chmury i niebo: umiejętność obserwacji siebie

Opublikowano 01 grudnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 30 komentarzy

Ten artykuł jest drugim z cyklu „Poznaj cztery umiejętności konstruktywnej obsługi siebie samego”. Pierwszy z nich był poświęcony umiejętności akceptacji.

Eksperyment

Wyobraź sobie, że jesteś chory i ktoś daje ci mocne lekarstwo. Dzięki niemu od razu wyzdrowiejesz, ale musisz się przygotować na nietypowe efekty uboczne. Możesz przez jakiś czas odczuwać palpitacje, drżenie rąk, złość, rozdrażnienie, strach lub smutek. To wszystko może być nieprzyjemne, jednak po jakimś czasie minie. Doznania będą chwilowe i oprócz dyskomfortu w żaden sposób trwale na ciebie nie wpłyną.

Zażywasz lek i rzeczywiście, po kilkudziesięciu minutach pojawiają się wszystkie objawy. Nie jest to przyjemne, ale przecież wiesz, że to nic takiego. Mówisz sobie:

- Aha, więc tak to wygląda. To nic takiego.

Załóżmy, że akurat zacząłeś oglądać jakiś ciekawy film. Czy przerwiesz seans? Prawdopodobnie nie. Wrócisz do swojego zajęcia i mimo, że nie ogląda ci się tak dobrze jak do tej pory, ciągle dobrze się bawisz. Gdy kończysz film, zauważasz, że wszystko, nie wiadomo, kiedy przeszło.

A teraz wyobraź sobie, że to samo lekarstwo podano komuś bez żadnej informacji o efektach ubocznych. Czy ta osoba zareaguje tak samo? Co się stanie, gdy kilkadziesiąt minut później, bez uprzedzenia pojawi się zestaw nieprzyjemnych doznań i emocji?

Najbardziej prawdopodobne będzie to, ze człowiek zacznie się niepokoić i podda się emocjom. Coś się ze mną dzieje, coś jest nie tak. Wkurza mnie ta sytuacja…. Przerwie to, co robi i albo zacznie się zastanawiać, co jest nie tak, albo będzie szukał ujścia dla emocji.

Im bardziej będzie się zastanawiał, tym wyraźniej będzie czuł negatywne doznania (świadomość wzmacnia odczuwanie). Gdy będzie szukał ujścia (np. skrzyczy żonę, że stuka garami, podczas gdy on ogląda) pojawi się poczucie winy, które jeszcze bardziej wzmocni rozdrażnienie. Słowem błędne koło zacznie się napędzać i po dwóch godzinach, gdy fizjologiczne działanie leku zniknie, ta osoba ciągle będzie czuła się pobudzona i rozdrażniona.

Jednym z najsłynniejszych eksperymentów psychologicznych były badania Stanleya Schachtera poświęcone naturze emocji. W ich trakcie ochotnikom podawano zastrzyk adrenaliny. Jedni słyszeli, że to niewinne witaminy bez żadnych efektach ubocznych. Innych rzetelnie informowano o tym, że pojawi się pobudzenie, drżenie mięśni i inne doznania.

Okazało się, że ludzie, których poinformowano o efektach ubocznych znacznie rzadziej poddawali się emocjom. Ci, którzy nie byli uprzedzeniu szybko zarażali się złością lub euforią od pomocników eksperymentatora.

Dlaczego tak łatwo zachować spokój i nie wpaść w błędny krąg, gdy jesteśmy uprzedzeni o efektach?

W takiej sytuacji, gdy pojawiają się doznania i emocje, wiesz, że są one tylko efektem podania leku. Masz do nich dystans. Jak to się czasem mówi – nie zlewasz się z nimi. Jest w tobie część obserwująca i część doznająca. Tu jestem ja a tu są moje doznania i emocje. Wiesz, że twoje doznania są tylko artefaktem, sztucznym wytworem. Nie są sygnałem alarmowym, który ma źródło w jakimś realnym zagrożeniu. Wiesz, że to „nic takiego”.

W drugiej sytuacji, gdy doznania przychodzą niespodziewanie, reagujesz inaczej. To, co się wtedy dzieje, niektórzy z psychologów nazywają fuzją poznawczą (cognitive fusion). W jej trakcie nasze emocje, myśli czy doznania traktujemy jak absolutną, jedyną rzeczywistość. Emocje i myśli stapiają się z całym tobą.

Możesz z nimi walczyć, możesz im się poddać, ale cały czas traktujesz je jak rzeczywistość.

Codzienne stapianie się z emocjami i myślami

Nasze emocje, myśli czy doznania fizyczne są powiązane z tym, co dzieje się w świecie. Gdy czuję złość, smutek czy zagubienie, to nie dlatego, że ktoś mi podał jakiś zastrzyk.

Ale mimo to, ten pierwszy sposób patrzenia (który miały osoby poinformowane o efektach) jest bliższy prawdzie niż drugi.

Nasze nastroje, uczucia i myśli są rezultatem pracy naszego umysłu. Są efektem pracy skomplikowanej i cudownej maszyny, zawierającej miliony skojarzeń i pojęć. Nie są jednak rzeczywistością. Są jakimś jej obrazem – mniej lub bardziej trafnym, mniej lub bardziej praktycznym – ale niczym więcej niż tylko obrazem.

Myśli są tylko myślami. Emocje są tylko emocjami.

Trudno nam to dostrzec od środka. Nieco łatwiej, gdy przyglądamy się temu z boku.

Oto Zbyszek Ryżak siedzi nad trudnym tekstem i ma wrażenie, że cały jego wysiłek idzie na marne. Ma poczucie, że nic mu się dziś nie udaje. Szamocze się i szamocze i nic z tego nie wynika. Wszystko jest szare i do niczego. Podchodzi do okna i patrzy na niebo o barwie płyt chodnikowych i myśli by dać sobie spokój. Potem siada za komputerem i otwiera pocztę. Znajduje maila z podziękowaniem od kogoś za pomoc. I nagle świat jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki się zmienia. Staje się piękny, cudowny i radosny. Zbyszek Ryżak jest przekonany, że to co robi ma sens. Zupełnie nie pamięta o tym, co było chwilę temu. Nawet niebo się zmienia. Przypomina mu teraz przyjemny pobyt w Szkocji. Co się stało? Czy świat się zmienił? Przeszła przez niego burza magnetyczna i wszystko pozmieniała? Nie. Świat cały czas jest taki sam.

To tylko mój umysł się przestawił.

Opinie naszego umysłu i jego doznania czasem są trafne, czasem nie. Czasem są cenne a czasem szkodliwe. Ale są to tylko opinie i obrazy. Coś, co nakładamy na świat.

Na codzień jesteśmy całkowicie zanurzeni w świecie swoich myśli i doznaniach. Obrazy, jakie wytwarza nasz umysł i doznania traktujemy jak coś realnego.

Co więcej, jeszcze się kłócimy i do upadłego walczymy, twierdząc, że nasze opinie są faktami.

Ostatnio słyszałem, jak ktoś mówił:

- Trzeba być realistą, nie da się w Polsce zarobić dużych pieniędzy bez kradzieży! Ktoś, kto mówi inaczej ma kłopoty z oceną rzeczywistości!

Taka wypowiedź świadczy o fuzji poznawczej – stopieniu się rzeczywistości z opiniami. Ta osoba myli swoje opinie i doznania z rzeczywistością. Nie przychodzi jej do głowy, że to, o czym mówi to tylko jedna z wielu ocen. Być może słuszna, być może nie, ale nic poza tym.

W największym stopniu fuzji podlegają obrazy i odczucia dotyczące nas samych.

- Jestem nieudacznikiem.

- Nigdy nic mi nie wychodzi.

- Jestem słaby.

- Ciągle wszystko plączę.

- Znowu przegrywam.

- Nic mi nie wychodzi.

- Nigdy mi się nic nie uda.

- Moje życie to bałagan.

- …

Tego rodzaju zdania mogą brzmieć jak mądre i obiektywne odkrycia. Człowiek siada i przychodzi do niego odkrywcza myśl:

- No tak. Bądź raz ze sobą szczery. Nigdy ci się to nie uda.

Czy zdarzyło ci się kiedyś mieć takie myśli? Mnie się zdarzyło i to nie raz.

Przypomnij sobie, jak się wtedy czułeś? Czy wydawało ci się, że to prawda? Że tak jest w rzeczywistości?

Zaczerpnąłem te sformułowania z listy typowych myśli automatycznych, jakie pojawiają się podczas depresji (bez obawy, nie wystarczy stwierdzić u siebie takich myśli by być uznanym za chorego). Tych myśli doświadczają ludzie będący w najróżniejszych sytuacjach – zarówno gospodynie domowe, jak i uznani reżyserzy czy bankierzy z osiągnięciami. Te myśli nie mają nic wspólnego z ich sytuacją, a jedynie z tym jak pracuje ich umysł.

Są jedynie bełkotem pijanego, depresyjnego mózgu.

Podstawowa różnica, jaka jest między chorymi na depresję a ludźmi, którzy potrafią żyć w sposób konstruktywny jest taka, że ci pierwsi bezkrytycznie „kupują” produkty swojego umysłu. Za obiektywną rzeczywistość biorą obrazy i doznania, jakie wytwarza skomplikowana maszyneria schowana pod ich czołem.

W efekcie:

  • ile razy pojawi się doznanie strachu – żyją w strachu,
  • ile razy pojawi się doznanie złości – żyją w złości,
  • ile razy pojawi się doznanie smutku – żyją w smutku.

Budzenie obserwatora

Gdyby nie możliwości metapoznania, nie moglibyśmy odpowiedzieć na najprostsze pytanie, typu: o czym teraz myślisz?. Możemy nie tylko powiedzieć, o czym myślimy, ale jak nasze myśli się zmieniają oraz jak łączą się z innymi doznaniami.

Dzięki metaświadomości możemy stanąć krok wyżej i przyjrzeć się temu jak pracuje nasz umysł.

Gdy przyjmiesz pozycję życzliwego i zainteresowanego obserwatora i skierujesz uwagę, na to co dzieje się w tobie, łatwo ci będzie pojąć, że twoje myśli i uczucia są myślami i uczuciami. Pojawiają się, przepływają i znikają. Zabarwiają świat, czasem go zaciemniają, czasem wyostrzają. Ale nie są światem.

Są wewnętrznymi zjawiskami wywołanymi przez nasz umysł.

Emocje i myśli są jak chmury na niebie – czasem burzowe, czasem lekkie i jasne, czasem poruszające się bardzo powoli a czasem szybko. Czasem jest ich niewiele (rzadko kiedy nie ma żadnej chmury) a czasem całe niebo jest zasnute.

Nie jesteś chmurami. Jesteś niebem, na którym się pojawiają. Gdy zapomnisz o tym, kim naprawdę jesteś, emocje mogą cię porwać. Zawsze jednak możesz na nowo uzyskać „metaperspektywę”, wyrywając się z fuzji poznawczej.

Gdy nauczysz się takiej perspektywy twoje życie może się zmienić:

  • gdy pojawi się w tobie doznanie strachu – zamiast żyć w strachu, możesz żyć ze strachem, robiąc to co powinieneś, mimo tego, że czujesz obawy;
  • gdy pojawi się w tobie doznanie złości – zamiast żyć w złości, możesz zacząć żyć ze złością – z kłopotliwym, hałaśliwym i dokuczliwym lokatorem, ale jednak lokatorem a nie właścicielem;
  • gdy pojawi się w tobie doznanie smutku – zamiast pogrążać się w nim, możesz żyć ze smutkiem, ciężarem, który cię spowalnia ale nie zamyka w czarnej norze.

Gdy zamiast żyć w emocjach, żyjesz z emocjami jesteś jak człowiek, który został uprzedzonym, że mogą się pojawić różne efekty uboczne. Robi swoje i pozwala emocjom oraz myślom wybrzmieć.

Uwagi do ćwiczeń

Wyjście poza stopienie się ze swoimi myślami czy odczuciami jest dosyć trudne.

To chyba najtrudniejsza umiejętność z tych, o których piszę w tym cyklu.

Łatwo pomylić ją z żonglerką poznawczą. Zacząć np. fantazjować, że umiemy wyjść poza siebie, wejść w skórę drugiej osoby czy nawet unieść się poza świat. Tu naprawdę nie chodzi ani o pozycje percepcyjne NLP, ani o „doświadczenia astralne”. Tego rodzaju praktyki wiążą się z jeszcze mocniejszym zagłębianiem się w swój umysł. Jednym z podstawowych wskaźników czy w swoich ćwiczeniach nie zbaczasz na manowce jest poczucie zwykłości i normalności. Gdy czujesz, że dzieje się coś niesamowitego, niezwykłego, że doświadczasz doznań o niezwykłej przenikliwości, że udało ci się wreszcie zobaczyć istotę świata i przeniknąć przez zasłony materii – to sygnał, że pora zrobić przerwę. Iść do ubikacji, albo pogadać z kimś o cenie rzodkiewki. Gdy mimo tego poczucie olśnienia nie ustępuje, warto udać się do psychiatry albo spowiednika (rabina, imama, guru, sensia, rosiego czy kogo tam masz). Albo jesteś wariatem, albo świętym.

Druga uwaga. Nie da się tego ćwiczyć bez przynajmniej pewnego poziomu akceptacji (pierwszej umiejętności, o której była mowa w poprzednim tekście tego cyklu). Tak długo, póki nie uda ci się porzucić oczekiwania na to by było inaczej niż jest, nie możesz przyglądać się temu jak pracuje twój umysł.

Porzuć nadzieję na uwolnienie się od negatywnych doznań. Porzuć przynajmniej część nadziei, bo inaczej niczego nie dostrzeżesz. Póki chcesz by było inaczej będziesz „przyspawany” do obrazów tworzonych przez swój chimeryczny i zmienny umysł.

Akceptacja oznacza życzliwość czy łagodność dla siebie. Gdy ciągle wybierasz i stawiasz warunki: tak powinienem się czuć, taki powinienem być, tak powinienem myśleć, itp. jesteś nieżyczliwy dla tego, co się w tobie pojawia.

Jesteś jak ktoś, kto wydał przyjęcie, rozesłał zaproszenia a teraz nie wpuszcza tych, którzy przyszli ubrani nie w takich kolorach jak lubi. Gospodarz, mimo, że ma prawo mieć swoje preferencje, musi być życzliwy wobec wszystkich gości.

Z drugiej strony sama akceptacja może być pułapką. Gospodarze nie powinien zostawiać swego domu, całkowicie we władanie gości. Gdy tylko akceptujesz, ale tkwisz w fuzji, negatywne emocje szarpią tobą i porywają cię.

Dlatego ważne jest by oprócz godzenia się na nie umieć je traktować tak jak tego wymagają – jako emocje i myśli – produkty naszego umysłu.

Propozycje ćwiczeń

Jest wiele ćwiczeń, które ułatwiają rozwój umiejętności obserwacji czy de-fuzji poznawczej. Ten artykuł jest wprowadzeniem w temat. Jeżeli będzie taka potrzeba mogę podać więcej ćwiczeń. Teraz tylko wybrane trzy.

Ćwiczenie Eckharta Tolle

Eckhart Tolle, proponuje bardzo proste ćwiczenie (może nawet zabawę), które pomaga rozwinąć umiejętność obserwacji swojego umysłu:

Zamknij oczy i powiedz sobie: Ciekawe, jak pierwsza myśl mi się nasunie. A potem czekaj na nią z wytężoną czujnością, jak kot przy mysiej dziurze. Jaka myśl wyskoczy z dziury? Spróbuj (Echart Tolle, Potęga teraźniejszości, str. 116).

Póki jesteś w pełnej obecności myśli, tak chętnie się nie pojawiają. Gdy się już pojawią ciągle możesz je przez chwilę poobserwować. Nie musisz rzucać się na nie jak kot.

Podsłuchiwanie myśli

By ułatwić sobie obserwację tego, co się dzieje z twoim umysłem możesz posłużyć się wyobraźnią i zabawą. Np.:

  • Pomyśl, że twój umysł jest stacją radiową, posłuchaj tego, co się w nim dzieje, tak jakbyś słuchał radia. Co mówi spiker? Jaką muzykę nadaje?
  • Pomyśl, że twoje myśli to telefon. Słyszysz dzwonek, podnosisz do ucha i słyszysz np.:. Hej, czy ja już ci mówiłem, że nic ci z tego nie wyjdzie? Pomyślałem sobie, że chciałbyś usłyszeć moją rzetelną opinię na twój temat: jesteś ofiarą!
  • Potraktuj swój umysł jak wyskakujące reklamy internetowe. Co się na nich pojawia?

Liczenie oddechów

To chyba podstawowe ćwiczenie, pozwalające rozwinąć tą umiejętność. Prawdziwym celem tego ćwiczenia nie jest uspokojenie czy regulowanie oddechu. Nie jest nawet rozwój umiejętności koncentracji. Najważniejsza jest umiejętność obserwowania swoich myśli jak zjawisk przepływających przez nasz umysł.

Oto krótka instrukcja

Usiądź wygodnie (możesz na krześle lub na poduszce ułożonej na podłodze). Wyprostuj kręgosłup. Głowę trzymaj prosto. Wyobraź sobie, że do samego czubka głowy masz przywiązaną linkę, która podnosi cię do góry, będąc dokładnym przedłużeniem kręgosłupa. Rozluźnij ramiona. Linka podnosi cię tylko w linii kręgosłupa. Ręce połóż swobodnie na kolana. Możesz także położyć je jedną na drugiej, wewnętrzną stroną do góry, lewa dłoń grzbietem na prawej, palce prostopadle do linii nosa. Nie przyciskaj łokci do tułowia, pozwól im leżeć swobodnie. Aby ustabilizować pozycję, możesz wykonać tułowiem i głową parę ruchów w lewo i prawo. Wybierz pozycję w samym środku – najbardziej równomierną i stabilną. Zamknij oczy lub opuść powieki. Możesz skupić wzrok na jakimś punkcie leżącym przed tobą (w odległości metra czy dwóch).

Oddychaj nosem, lekko i bez wysiłku. Dźwięk oddechu nie powinien być słyszalny (jeżeli masz zatkany nos, wcześniej go przeczyść). Obserwuj swój oddech.

W myśli licz wdechy i wydechy (wdech – jeden, wydech – dwa). Możesz liczyć także same wdechy (wdech – jeden, wydech, kolejny wdech – dwa, wydech …)

Gdy dojdziesz do dziesięciu, zacznij od początku. Gdy się pomylisz, nie przejmuj się tym, nie poświęcaj temu zbytniej uwagi. Zacznij liczyć od początku. Gdy uświadomisz sobie, że myślisz o czymś innym, łagodnie wróć do oddechu. Po prostu zacznij liczyć od nowa.

Pozwól, by twoje myśli swobodnie przepływały. Patrz na nie, jakbyś patrzył z okna na przechodniów. Nie biegnij za żadną, ale pozwalaj każdej spokojnie przejść.

Nie kontroluj oddechu. Nie staraj się, by był szybszy czy wolniejszy. Sam z siebie zacznie się wydłużać, ty jednak nie staraj się o to, a jedynie licz ilość oddechów. Wytrzymaj przynajmniej trzy minuty. Nie sprawdzaj czasu na zegarku, ustaw minutnik i przerwij dopiero, gdy usłyszysz sygnał. Gdy w trakcie ćwiczenia pojawi się myśl typu: długo, jeszcze? chyba nie wytrzymam, ale to nudne… pozwól jej przepłynąć i wróć do liczenia oddechów: jeden, dwa, trzy…

Chwila refleksji

Chwila refleksji

Opublikowano 09 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 2 komentarze

Błąkając się po internecie znalazłem ciekawy film. Jeżeli jeszcze go nie znasz, o to on. Zadanie jest proste: trzeba policzyć ile podań wykonał zespół ubrany na biało.

httpv://www.youtube.com/watch?v=Ahg6qcgoay4

Udało ci się policzyć podania? Czy zauważyłeś człowieka przebranego za niedźwiedzia, który dziwnym krokiem przeszedł pomiędzy graczami?

Uwaga podczas aktywnego działania

Ten filmik jest jedną z wersji dobrze znanego wśród psychologów eksperymentu. W pierwszym wydaniu zamiast niedźwiedzia przechadzała się dziewczyna z parasolką. W kolejnej był to człowiek przebrany za goryla. Efekty były bardzo podobne. Większość ludzi nie dostrzegała tych osób.

Gdy po raz pierwszy oglądałem ten filmik, dobrze wiedziałem, że chodzi w nim o to, by pokazać selektywność uwagi. Starałem się być uważny. Liczyłem podania, ale zwracałem też uwagę na to, co dzieje się w drugim zespole. Dobrze poradziłem sobie z liczeniem. Naliczyłem dwanaście podań. Można zaakceptować. Nie zauważyłem niczego niezwykłego. W ogóle nie widziałem niedźwiedzia.

O nie, pomyślałem. Jestem ślepy, jak mogłem go nie zauważyć!

Wiele osób tak właśnie myśli. Muszę: bardziej się starać, muszę zacząć ćwiczyć swoją uwagę. Coś ze mną nie jest do końca w porządku.

Tymczasem taki wynik jest dowodem, na to, że moja uwaga doskonale funkcjonuje. W momencie, gdy dostała konkretne zadanie skupiła na nim wszystkie swoje zasoby.

Niektórzy są dumni, że zobaczyli niedźwiedzia za pierwszym razem. Super, ale jeżeli nie policzyłeś trafnie podań, to znaczy tylko tyle, że masz problemy ze skupieniem się na zadaniu. Jeżeli nie umiesz odciąć się od tła, prawdopodobnie trudno ci będzie poradzić sobie z wieloma, wymagającymi dużego skupienia zadaniami.

To, że nie dostrzegasz goryla jest przykładem tego jak wspaniały jest twój mózg. W żądnym razie nie jest to sygnał upośledzenia.

Aby działać muszę pomijać wiele rzeczy. Od chwili, gdy zacząłem pisać ten tekst, za oknem wiele się zmieniło. Gdy zaczynałem było ciemno i ponuro. Teraz jest jasno, wstało słońce. Nie widziałem wschodu słońca. Na pewno był piękny. Nie zauważę dzisiaj wielu innych zjawisk. Olbrzymich, co najmniej jak ten miś przechadzający się po środku boiska. Wiele z nich to naprawdę cudowne rzeczy.

Czy to jednak znaczy, że straciłem je bezpowrotnie? O tym, że wśród graczy przechodził się goryl wiem stąd, że obejrzałem film jeszcze raz. Tym razem oglądałem go z innej perspektywy.

Refleksja

Gdy jestem w wirze codziennych zadań czymś naturalnym jest to, że nie dostrzegam wspaniałych rzeczy, jakie dzieją się wokół mnie. Nasza robocza uwaga tak właśnie działa. To, że wielu rzeczy nie dostrzegam jest ceną jaką płacę za realizacje moich działań.

Ale oprócz tego roboczego trybu działania uwagi, mamy jeszcze możliwości uruchomienia refleksyjnego patrzenia na świat.

Refleksja to, jak mówi słownik…

„skierowanie umysłu ku temu, co go wcześniej zajmowało”.

Znajdź chwilę na to by odtworzyć w swojej głowie film z całego dnia. Tym razem nie pod kątem zadań, ale cudownych aniołów, jakie przechadzały się niepostrzeżenie wśród nas (lub jak ktoś woli wesołych niedźwiedzi). Nie chodzi o dosłowne wizualizowania (choć to może być przydatne). Chodzi o to by przypomnieć sobie krok za krokiem, to co się wydarzyło. Tym razem nie skupiaj się na zadaniu, ale na cudownościach, jakie cię otaczają.

Nie czekaj na starość by znaleźć szczęście

Ktoś zauważył:

Możesz biec do przodu w poszukiwaniu szczęścia, ale by go znaleźć musisz się wrócić.

Czasem przez całe lata żyjemy aktywnie, skupieni na tym, co mamy do zrobienia. Potem coś się wydarza i nagle dociera do nas, jak bardzo wczoraj byliśmy szczęśliwi. Cały czas gonimy do przodu, mówiąc sobie, że szczęście będzie jutro, a tu nagle okazuje się, że było wczoraj. Wydaje nam się, że to, co naprawdę cenne dopiero przyjdzie, a tu nagle okazuje się, właśnie odeszło.

To właśnie chwila refleksji. Wraca do nas to, co było wczoraj. Tym razem widzimy rzeczy, których nie potrafiliśmy dostrzec skupiając się na naszych trudnych zadaniach. Wreszcie widzimy szczęście, za jakim goniliśmy. Do wielu ludzi te chwile refleksji przychodzą na starość. Gdy nie ma już osób, którym zawdzięczaliśmy szczęście, gdy nie ma już miejsc, w jakich je czuliśmy.

Można czekać na tą chwilę refleksji do starości. Ale myślę, że znacznie lepiej jest nauczyć się jej teraz. Znaleźć każdego dnia pięć, dziesięć minut. Choćby krótką chwilę. Wróć do tego wszystkiego, co się wydarzyło. Poszukać w swojej codziennej bieganinie przechodzących aniołów.

Taka regularna chwila refleksji pozwoli ci uświadomić sobie jak pełne jest twoje życie i jakim szęściarzem jesteś. Nie wczoraj, nie jutro, ale dziś. Ten moment refleksji sam w sobie jest przyjemny. Ale także wpływa niezauważalnie na nasz codzienny, roboczy sposób patrzenia. Dzięki niemu dostrzeganie darów staje się naszą częścią. Zachęca nas do innych wyborów. Zachęca do wyrażania wdzięczności. Na to wszystko jest za późno, gdy czekasz z refleksją na starość, gdy jako pan czy pani w podeszłym wieku będziesz oglądać zdjęcia, pisać pamiętniki i przeglądać zachowane pamiątki.

Rób zdjęcia swoim sercem

Dobrze mieć zdjęcia, pamiętniki i pamiątki. Ale ich gromadzenie przypomina czasem gromadzenie śmieci. Robimy je mechanicznie, by później nie żałować, że nie mamy żadnych pamiątek. Oczywiście warto robić zdjęcia.

Lepiej jednak nie robić ich tylko za pomocą aparatu. Warto robić je także za pomocą swojego serca. Ile razy zrobisz zdjęcie zatrzymaj się na chwilę i rozejrzyj się w poszukiwaniu ukrytego w tle szczęścia.

Dlaczego człowiek ciągle jest niezadowolony?

Dlaczego człowiek ciągle jest niezadowolony?

Opublikowano 03 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 14 komentarzy

Kilkanaście lat temu z Beatą (dziś moją żoną) spacerowaliśmy po błyszczącym świeżością osiedlu. Patrzyliśmy z zachwytem na mieszkania dopiero oddawane do użytku. Obliczyliśmy, że gdybyśmy bardzo się postarali, do końca roku moglibyśmy uskładać na dwa, trzy metry kwadratowe. Gdyby ktoś nam powiedział, że za kilka lat kupimy duże, piękne mieszkanie blisko centrum Krakowa, bylibyśmy wniebowzięci. Dziś nasze mieszkanie nie wydaje się ani duże, ani wspaniałe. W ciągu ostatnich kilku miesięcy już kilka razy na nie narzekałem. Muszę zrobić kilka zmian. Wyrzucić jedną szafę, wstawić inną. Trzeba też zrobić kilka remontów. Same problemy… Szczerze mówiąc nie wiem, kiedy cieszyłem z tego mieszkania. Przy zakupie byłem zbyt przejęty kwotą. Potem trzeba było je wykończyć i się wprowadzić. Potem długo stały nie rozpakowane pudła. A potem nagle trzeba było zrobić remont, bo mieszkanie nie było już takie świeże. Teraz myślę o budowie domu. Zaraz, zaraz, czy ja tu mieszkam?

Braki i dary

Nasze życie składa się z braków, ale i darów. Mamy w nim mnóstwo problemów, ale i błogosławieństw. Mamy w nim wiele bólu, ale i przyjemności. Zmartwień, ale i radości. Rzeczy do zrobienia, ale i rzeczy do cieszenia się.

Człowiek, którego uwaga pracuje poprawnie potrafi zauważyć zarówno jedną jak i drugą stronę. Potrafi zauważyć problemy (i podjąć odpowiednie działania). Ale potrafi też dostrzec dary, błogosławieństwa, przyjemności i radości.

Niestety wielu z nas jest ślepa na tą stronę życia. Przynajmniej przez jakiś czas. Kontemplujemy swoje problemy czekając aż jakimś cudem rozwiążą. Albo wmawiamy sobie, że mamy coś, czego nie mamy. Albo marzymy o tym, co będzie jutro. Nie zwracamy uwagi na to, co jest tuż przed naszym nosem, pod naszymi stopami i w naszych dłoniach.

Jutro, gdy…

Wydaje nam się, że któregoś dnia (na pewno nie dziś) obudzimy się w świecie darów i błogosławieństw. Będziemy patrzeć na to, co mamy wokół, chłonąć widok i się cieszyć. Będziemy czuć, jak nam jest dobrze i ile mamy. Ale to będzie kiedyś:

  • Gdy będę mieć wspaniały dom z widokiem na morze.
  • Gdy będę mieć żonę i dwójkę dzieci.
  • Gdy będę jeździć czerwonym Ferrari.
  • Gdy będę mieć wspaniałego i troskliwego chłopaka.
  • Gdy będę mieć lepsze stanowisko.
  • Gdy wygram wszystkie konkursy.
  • Gdy stanę się znany,
  • Gdy dostanę wymarzoną pracę.

To wszystko przyjdzie jutro. I czasem rzeczywiście przychodzi. Zamieszkujemy w domu z widokiem na morze, rodzi nam się dwójka wspaniałych dzieci, wsiadamy do czerwonego Ferrari…, ale okazuje się, że pojawiają się nowe cele. Znowu, to wszystko, co mamy będzie warte mojej uwagi, gdy…

Dary, błogosławieństwa i radości są dla nas zawsze za rogiem. Zawsze gdzieś tam za chwilę. Na jakimś końcu drogi. Bardzo nam na nich zależy i robimy wszystko byle do nich dojść. Ale to będzie jutro, za tydzień, za rok. Nie w tym momencie.

Niestety szczęście nie przychodzi w przyszłości. Jutro okaże się być tym samym, co dziś, tyle, że z innym, gdy…. Gdy przyjdzie jutro i będziesz mieć to, o czym marzysz, będziesz mieć nowe cele i nowe pragnienia. Będziesz marzyć o czymś innym. Nie będziesz dostrzegać tego, co jest wokół ciebie.

Przyczyny

Po części to normalny proces. Doświadcza go większość ludzi. Jesteśmy tak skonstruowani, że ciągle wybiegamy do przodu i łatwo się przyzwyczajamy do tego, co dobre.

Frederick Herzberg, twórca znanej teorii motywacji zauważył, że wiele ważnych dla naszego życia czynników ma naturę higieniczną. Tzn. zwracamy na nie uwagę tylko wtedy, gdy coś jest nie tak. Gdy temperatura jest odpowiednia nie zwracasz na nią uwagi. Gdy jednak jest za ciepło lub za zimno nie możesz myśleć o niczym innym. Gdy solidnie zmarzniemy i wejdziemy do ciepłego pomieszczenia przez jakiś czas czujemy ulgę i błogość. Jednak szybko zapominamy o wygodzie. Takimi czynnikami higienicznymi są warunki, w jakich mieszkamy, narzędzia, jakimi dysponujemy, przedmioty, jakimi się posługujemy, stan konta czy zdrowie fizyczne. Gdy coś jest nie tak, dalibyśmy wszystko by to zmienić. Gdy jednak wszystko jest w normie, przestajemy zwracać uwagę. Jak to śpiewali Starsi Panowie:

Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest,

Lecz kiedy jej nie ma

Samotnyś jak pies.

Lub jak pisał Kochanowski:

Szlachetne zdrowie nikt się nie dowie

Jako smakujesz, aż się zepsujesz.

To naturalne czynniki. Z urodzenia jesteśmy częściowo ślepi na dary. Ale to tylko jeden z powodów. Jest jeszcze kilka nawyków poznawczych, które pognębiają naszą ślepotę.

Wygórowane standardy i oczekiwania

Wysokie standardy i oczekiwania motywują nas do większego wysiłku. Chyba, że są zbyt wysokie. Gdy młody człowiek wyobraża sobie, że bez ćwiczenia czy wysiłku będzie biegał, śpiewał czy walczył jak bohater kreskówki – skazuje się na wieczne niezadowolenie. By nauczyć się cieszyć życiem i skutecznie działać musimy nauczyć się ustalać swoje oczekiwania na optymalnym poziomie. Tak, by nie były ani za łatwe (bo brakuje nam wtedy napędu) ani za trudne (bo skazujemy się na wieczne niezadowolenie).

Pomyśl o swoich oczekiwaniach dotyczących choćby pieniędzy, zdrowia, pracy, przyjaciół czy własnej efektywności.

  • Kto powiedział, że masz mieć zdrowie jak koń?
  • Kto powiedział, że masz być kochana i lubiana przez wszystkich?
  • Kto powiedział, że wszystko, za co się zabierzesz ma, ci wychodzić?
  • Kto powiedział, że nie możesz popełniać życiowych błędów czy pomyłek?

Ustawiczne porównywanie się z innymi

Jest wiele osób, dla których największym nieszczęściem jest odkrycie, że ich sąsiedzi czy koledzy mają więcej. Byłem zadowolony ze swoich zarobków, dopóki nie dowiedziałem się, że młodszy ode mnie pracownik zarabia więcej. Moje postępy w nauce języka były satysfakcjonujące, dopóki nie dowiedziałem się, że mój kolega uczy się dwa razy szybciej.

Gdy drażni cię ktoś, kto osiągnął sukces (sąsiad, kolega, ktoś z rodziny) najczęściej po prostu mu zazdrościsz. Kupił dwa razy lepszy samochód i popsuł mi całą przyjemność jazdy moim. Nic dziwnego, że go nie lubisz.

Gdy ciągle porównujesz się z innymi wpadasz w pułapkę. Zawsze znajdziesz lepszych od siebie i powód do tego by być niezadowolonym. Rozwiązaniem nie jest wyszukiwanie do porównań gorszych ludzi. Rozwiązaniem jest pozbycie się nawyku porównywania.

Uzależnienia własnej wartości od osiągnięć

Wiele osób nie zna czegoś takiego jak bezwarunkowe poczucie własnej wartości. Rodziców, nauczyciele i rówieśnicy nauczyli ich uzależniać własne samopoczucie od osiągnięć: Gdy mi się nie uda zdać egzaminu będę kretynem. Gdy mi nie zostanę awansowany, będę nic nie warty. Gdy nie uda mi się zarobić jakiejś kwoty będę ostatnim frajerem.

To automatyczne skojarzenie: sukces –> dobra ocena, porażka –> kiepska ocena. Jeżeli już musisz się oceniać, staraj się raczej myśleć o twoim wysiłku. Nie ważne czy osiągnąłeś sukces czy porażkę. Ważne ile włożyłeś w to pracy.

Brak refleksji

Odpowiednie ustawienie swoich oczekiwań, unikanie porównywania się z innymi oraz akceptacja siebie podczas porażek, to dobre metody czyszczenie swojego spojrzenia na świat. Są one jednak bardzo trudne. Jeżeli uda ci się je stosować w praktyce – świetnie. Jeżeli ci jednak nie wyjdzie –nie martw się, jesteś jak większość z nas.

Zamiast skupiać uwagę na sobie i swoich odczuciach, rozejrzyj się po świecie. Poszukaj tego, co dostałeś. Z czasem dostrzeżesz coraz więcej i więcej darów. Refleksja polega na tym, by codziennie poświęcić kilka minut i poszukać w tym, co się dziś działo rzeczy dobrych.

Z czasem, dzięki treningowi możemy osiągnąć sposób myślenia, jaki proponował Charles Dickens:

Myśl o twoich obecnych błogosławieństwach, których każdy człowiek ma wiele, a nie o minionych nieszczęściach, których każdy ma trochę.

Praktyką refleksji zajmiemy się jeszcze w jednym z kolejnych artykułów.

Dostrzec to, co dziś dostałem

Dostrzec to, co dziś dostałem

Opublikowano 25 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Ten sam dzień…

Gdy zadzwonił budzik było ciemno. Przestawiłem na piętnaście minut później. Znowu ciężka noc. Dzieci płaczące z powodu nocnych koszmarów i budzące się od kataru. Co chwila trzeba wstać, przykryć, uspokoić. A potem, gdy człowiek zaczyna wreszcie spać, pobudka. Ból w skroniach. Zmiana bandażu na ręce. Szwy jak u zombie. Na zewnątrz zimno, nie chce się nigdzie iść. W pracy na stole stos książek i porozkładane bez składu notatki. Zacząłem pisać. Ale po chwili pomyślałem, że potrzebuję programu do robienia konspektów. Przez dwie godziny szukałem w internecie a potem konfigurowałem. Gdy wreszcie usiadłem do pisania, okazało się, że brak mi kilku informacji. Przeszukiwanie artykułów i książek. Coraz mocniejsze poczucie, że nic mi się dziś nie udaje. Wyszedłem z pracy czując, że odniosłem porażkę. Było znacznie cieplej niż rano. W zasadzie gorąco. Doszedłem do domu spocony i zmęczony. Gdy usiadłem na chwilę w fotelu, najmniejsza przyszła na czworakach. Wstała, chwyciła się nogi i podryguje, czekając aż wezmę ją na ręce. Starsza też wymaga uwagi. Trzeba wyciągnąć farby i chronić przed wymalowanie wszystkiego wokół.

A w głowie, co pewien czas myśli: zmarnowany dzień; nie udało się zrealizować planów; muszę bardziej się starać; ciągle w tym samym miejscu; jestem bezproduktywny…

Wreszcie poszły spać. Siedzę zmęczony i zniechęcony na sofie. Przez chwilę trzymam w ręku pilota. Włączyć kolorowe obrazy i nie myśleć. Po takim dniu trochę dryfowanie dobrze mi zrobi. Jednak wyciągam z torby kwartalnik, który noszę z sobą od dawna licząc, że znajdę gdzieś po drodze czas na czytanie. Na ostatniej stronie jest wiersz. Rosemery Wahtola Trommer, mama – poetka, pisze:

W chwilach przed zaśnięciem

Co dziś osiągnęłam?
Zamek z krzeseł i poduszek
zbudowany wspólnie z moim chłopcem.
Pełzanie wewnątrz niego a później rozbieranie.
Jeszcze. Jeszcze.
Wspólne szukanie źródła słodkiego zapachu
bez dotarcia do kwiatu, z którego pochodził.
Wspólny popołudniowy piknik z ciastem z mango i truskawek
pokruszonym na kuchennej podłodze.
Umyte talerze.
Nasze poszukiwania szparagów pod wiśniami, daremne.
Tory naszej drewnianej kolejki z ośmioma pętlami i trzema wzgórzami,
rozmontowane i zapakowane do pudełka.
Jego zęby wyszczotkowane, moje zęby wyszczotkowane.
Nasze ubrania złożone w stos by jutro je uprać.
Miłość tak silna, łamiąca klatkę
jaką stała się moja ochota na lot,
oswajająca nadzieję na wolność zrobienia spisu rzeczy do zrobienia,
odwracająca mnie od małego ja do wielkiego,
mały dar za małym darem*.

…widziany inaczej

Co ja dziś osiągnąłem? Nagle widzę swój dzień. Ale już nie z perspektywy:

  • Jak daleko do moich celów?

ale z perspektywy:

  • Co cennego dziś się wydarzyło?
  • Co cennego dziś dostałem?

W nocy możliwość bycia blisko dziecka. Okrywania go i uspokajania. Wsłuchiwania się w jego oddech. Potem możliwość wstania o piętnaście minut później. Także możliwość czucia swojej kruchości i cielesności, gdy bandażowałem rękę. Potem możliwość szukania nowych sposobów pracy i przeglądania nowych książek. Dostałem uwagę innych ludzi. Ich chęć słuchania i mówienia. W domu możliwość działania bez oglądania się na to, jak się czuję. Dotyk rączek dziecka, wdrapującego się na kolana. Jego miny i gaworzenie. Zapach farby zmywanej z małego, czerwonego stołu. Bycie potrzebnym. I nawet to, że tego wszystkiego nie do końca byłem świadomy. Po raz kolejny poczułem jak wiele zależy od sposobu patrzenia i jak ważne jest pamiętanie o wdzięczności.

Dociera do mnie, jak wiele dostałem. Jak bardzo zostałem obdarowany.Jakbym wyszedł z egzaminu, przekonany, że oblałem, a tu okazuje się, że zdałem celująco. Dostałem więcej niż to, na co zasługuję. Znacznie więcej niż sam dałem. Zasypiam przepełniony wdzięcznością.

Ćwiczenie: lista rzeczy za które czuję się wdzięczny

Jest przynajmniej kilka ćwiczeń, które mogą nas nauczyć życia w teraźniejszości. Mam nadzieję, że uda mi się je z czasem je opisać.

Dziś bardzo proste, ale ważne ćwiczenie.

Usiądź wieczorem i zrób listę. Spisz wszystko, co dzisiejszego dnia dostałeś. Wszystko, to, za co możesz być wdzięczna. Codziennie przez dwa tygodnie, każdego dnia spisz minimum pięć rzeczy. Każdego dnia inne. To może być cokolwiek. Sprawy małe jak i duże. Ludzie, wydarzenia, przedmioty, twoje osiągnięcia, talenty i uzdolnienia… Kto wzbogacił twoje życie? Pomyśl o nieznajomych, bliskich, współpracownikach, sąsiadach, dalekich znajomych, spotkanych nieznajomych, ludziach których nigdy nie poznasz … Możesz pomyśleć także o zwierzętach, krajobrazach, miastach, ulicach,…

Np. dziś mogę napisać na swojej liście, że jestem wdzięczny za:

  • to, że udało mi się wcześnie wstać,
  • kolory nieba jakie widziałem idąc do pracy,
  • smak i zapach porannej kawy,
  • komentarze na moim blogu,
  • muzykę, którą mogłem słuchać przy pracy (podcasty z KEXP oraz Radia Tres)

Oczywiście można spisać więcej pozycji. Idealnie jest założyć zeszyt i codziennie poświęcić dziesięć, piętnaście minut na spisywanie tego wszystkiego, co dziś dostaliśmy.

Ważne by robić to regularnie przez kilkanaście dni. Buduje się w nas wtedy nawyk. Dzięki niemu nasz świat staje się inny.

Jeżeli nie jesteś w stanie znaleźć w sobie poczucia wdzięczności nie staraj się go osiagać na siłę. Nie staraj się wzbudzać w sobie żadnych odczuć. Zamiast tego po prostu poszukaj rzeczy, które dostałaś bez swojego wkładu. Od innych ludzi, od losu, od Boga czy od natury. Każdy dostaje takie rzeczy. Gdy człowiek je sobie uświadomi, z czasem poczucie wdzięczności samo przychodzi.

To nie chodzi o to by coś zmieniać w swoich uczuciach. Chodzi tylko o to, by zmusić swoją uwagę do nieco innego patrzenia na świat. Takiego, które dostrzega dzisiejsze dary. Wystarczy uważnie się rozglądać. .

Warto to umieć. Często codzienne zmagania zajmują nam tyle czasu i energii, że gdy już uda nam się zrealizować marzenia, nie jesteśmy w stanie się tym cieszyć. Przez te lata walki staliśmy się do tego niezdolni. Gdy przez pół życia nie dostrzegłeś niczego, z czego można było by się cieszyć, nie będziesz czuć radości, gdy przyjdzie ten wielki dzień. Ciągle będziesz rozglądać się za czymś innym.

Są ludzie będący w bardzo trudnej sytuacji. Tacy, którzy muszą się solidnie nagimnastykować by znaleźć pięć rzeczy, za które można dziękować. Ale nie ma ludzi, którzy niczego nie dostają. Każdy z nas, nawet w najtrudniejszej sytuacji dostaje wiele rzeczy. Corrie ten Boom, której rodzina została wysłana do obozu koncentracyjnego za ukrywanie Żydów, wspominała, że dziękowała za pchły w jej baraku, bo dzięki nim strażnicy trzymali się nieco w oddaleniu, co dawało im nieco prywatności i pozwalało na praktyki religijne. Jeżeli tam można było czuć wdzięczność, jak można nie znaleźć niczego w naszym codziennym, pełnym wygód życiu?

Nawet, jeżeli wydaje ci się, że twoje życie jest bez sensu i nie możesz doczekać się zmiany, warto uczyć się wdzięczności. Choćby, dlatego, by ciągle być zdolnym do jej czucia, gdy wreszcie wszystko się odmieni.


* To dosyć kiepskie (moje własne) tłumaczenie. Niżej wiersz w oryginale.

Wiersz pochodzi z tomiku: Holding Three Things at Once. Rosemerry Wathola Trommer

In Moments Before Sleep

What did I achieve today?
Built forts with my boy
out of chairs and couch cushions,
Crawled inside then tore them down.
Again. Again.
Chased together the scent of something sweet,
never finding the flower from which it came.
Shared a mid-afternoon picnic of mango and strawberry crumble
sprawling on the kitchen floor.
Soaked and cleaned the dish.
Our search for asparagus beneath cherry trees, thwarted.
Our wooden train track with eight loops and three hills
disassembled and boxed and stowed.
His teeth brushed, my teeth brushed.
Our clothes in the pile to be washed tomorrow.
Love so strong it broke the cage
that my taste for flight had become,
tamed my hope for freedom to do the to do list,
turned me from the one self to the huge self
small gift by small gift.

Zachwyt nad teraźniejszością

Zachwyt nad teraźniejszością

Opublikowano 23 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

To nic złego, że rozkoszujemy się myślą o tym, co nas czeka. Źle jednak, gdy te myśli prowadzą nas do konfliktu z tym, co teraz. Tak bardzo pragnę, by wreszcie zrealizowało się moje marzenie, że to, co się dzieje teraz jest tylko cierpieniem. Ponieważ cały czas widzę wewnętrznym okiem piękne i jasne barwy świata wizji, moje teraz jest szare, brudne i okropne.

To jeden z powszechnym mechanizmów funkcjonowania naszego umysłu. Pema Cziedryn pisze:

Poczucie, że teraźniejszość nie jest wystarczająco dobra, to jeden z najgłębszych nawykowych schematów naszego myślenia… Nawet, gdy teraz wszystko nam się dobrze dzieje – jesteśmy zdrowi, spotkaliśmy partnera naszych marzeń, urodziło nam się dziecko, dostaliśmy wymarzoną pracę – mimo wszystko mamy tendencję do myślenia o tym, co będzie później. Nie doceniamy w pełni tego, kim jesteśmy obecnie[i].

Gdy skupiam się tylko na swojej wizji, czuję się uwięziony, spętany i ograniczony przez teraźniejszość. Chciałbym jak najszybciej przeskoczyć moje tutaj i teraz. Zmienić je na to przyszłe – wymarzone i kolorowe.

Gdzieś w środku rodzi się niecierpliwość i niechęć. Czuję to, gdy czasem, po całym dniu pisania z rozczarowaniem czytam to, co napisałem. Zaczynam czuć coraz większą niecierpliwość i mówić do siebie: kiedy wreszcie to skończę, kiedy wreszcie uda mi się wszystko zamknąć i odstawić na półkę. Zapominam o tym, jak dobrze mi się pisało czy też, ile rzeczy odkryłem. Zamiast tego skupiam się na tym, jak nie dość blisko jestem. Następnego dnia siadam z poczuciem, że dziś muszę wygrać i pokonać swoje teraz. To pułapka. Im bardziej jestem zniecierpliwiony, tym bardziej wpadam w konflikt z rzeczywistością i tym bardziej uciekam od „tu i teraz”. I tym bardziej gubię jedyną drogę, jaką mam.

Martin Buber pisze:

Podobno pewien mędrzec z Talmudu widział drogi niebieskie tak wyraźnie jak ulice w swoim rodzinnym mieści Nehardei. Chasydyzm odwraca kolej rzeczy: ważniejsze jest, by dla kogoś ulice w rodzinnym mieści były tak jasne jak szlaki niebieskie.[ii]

Są tacy, który widzą swoje marzenia, dokładnie, tak jakby były to ulice ich miasta. W wyobraźni przechodzą się po swoim przyszłym domu czy ogrodzie. To nic złego o ile nie stają się przez to całkowicie zagubieni w swoim własnym mieście. Często są tak pochłonięci „niebieskimi ścieżkami”, że potem nie mogą znaleźć drogi do swojego obecnego domu. A droga do nieba zawsze zaczyna się spod drzwi twojego domu. Dokładnie stąd, gdzie w tym momencie się znajdujesz. W konkretnej miejscowości, przy konkretnej ulicy, z konkretnymi słabościami, trudnościami i ograniczeniami. Twoje niebo zaczyna się tutaj, teraz, a nie gdzieś tam, kiedyś w przyszłości. Krok, który za chwilę zrobisz jest pierwszym krokiem na ścieżce twojego niebieskiego ogrodu. Lepiej, by ten krok był pełny uważności.

Patrz na marzenia, ale takim samym światłem oświetlaj twoje tutaj i teraz. Nikt nie neguje tego, że warto wiedzieć gdzie człowiek dąży. Ale to nie uzasadnia ślepoty na świat, który dziś jest wokół ciebie.

To wszystko, co cię otacza, wszyscy ludzie, wszystkie przedmioty, wszystkie wydarzenia, wszystkie porażki i trudności są szczeblem na drodze do twojego nieba. Trzeba się tylko w nie wsłuchać, poświęcić im wystarczająco dużo uwagi.

Rabin Lawrence Kushner, pisze:

To, czego szukamy nie znajduje się w przeszłości ani w przyszłości. Nie jest gdzieś daleko ani w posiadaniu kogoś innego. Jest dokładnie tu, gdzie jesteśmy[iii].

Rozejrzyj się wokół i zobacz jak cenne i cudowne rzeczy cię otaczają.


[i] Pema Cziedryn, Zacznij to gdzie jestes (Kraków: Khandro, 2004), 144-145

[ii] Martin Buber, Droga człowieka według nauczania chasydów (Warszawa: Wydawnictwo Cyklady, 2004), 45

[iii] Lawrence Kushner, Duchowość żydowska. Krótkie wprowadzenie dla chrześcijan (Poznań: W drodze, 2002), 84

Obecność

Obecność

Opublikowano 19 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii, Uwaga | 8 komentarzy

Miasto, w którym znajdował się klasztor zen nawiedziło trzęsienie ziemi. Gdy ściany zaczęły się chwiać wszyscy biegali w panice i krzyczeli. Tylko mistrz siedział spokojnie. Gdy trzęsienie się skończyło mistrz zebrał uczniów i powiedział:

- Mieliście okazję zobaczyć jak postępuje człowiek zen. Czy zauważyliście, że gdy wy biegaliście jak szaleni, ja spokojnie, bez drżenia rąk popijałem wodę?

Jeden z uczniów zaczął się śmiać.

- Z czego się śmiejesz? – zapytał nauczyciel.

- Panie – odparł –to, co piłeś, to był sos sojowy!

Biedny mistrz, nie dostrzegł nawet różnicy. Nic dziwnego. W trakcie niebezpiecznych sytuacji mamy tendencję do tego by wpadać w hipnotyczny trans. Odcinamy się od bezpośrednich doznań i tego, co się dzieje wokół. Zamykamy się w swoim własnym świecie. Mówiąc żargonem – dysocjujemy się. To naturalny mechanizm. Dzięki temu, że wpadamy w trans, możemy w trudnej sytuacji stać się niepodatni na ból lub robić rzeczy, o których normalnie nawet byśmy nie pomyśleli. Dopiero potem, gdy napięcie opada mdlejemy.

Nawyk

Temu kiepskiemu nauczycielowi przydarzyło się to, gdy zobaczył jak wokół padają ściany. Duży stres sprawił, że wpadł w stupor jak przestraszony królik. Ale i tak nie był najgorszy. To, co w jego przypadku było efektem mocnego stresu dla wielu osób jest codziennym nawykiem. Budzimy się rano, patrzymy na zegarek, łapiemy się za głowę i wpadamy w trans na dalszą część dnia. Co prawda nie mylimy sosu sojowego z wodą, ale pijąc nie czujemy smaku, siedząc nie czujemy ani krzesła ani swojego ciała, idąc na spacer nie widzimy chmur ani drzew, spotykając się z ludźmi nie widzimy ich, rozmawiając z nimi nie słyszymy. Przechodzimy przez życie na autopilocie, zamknięci w myślach, wspomnieniach czy planach.

Spróbuj opisać dokładnie swój wczorajszy dzień. Zamknij oczy i przywołaj wszystkie szczegóły. Co widziałeś, słyszałeś czy czułeś, od chwili, gdy wstałeś rano? Jaką osobę zobaczyłeś jako pierwszą po wyjściu z domu? Jak ta osoba była ubrana? Jaką miała minę, gdzie patrzyła? Gdy wykonasz to ćwiczenie, możesz się zdziwić, jak niewiele rzeczy pamiętasz. Większość ludzi, gdy minie kilkanaście godzin od jakiegoś wydarzenia, pamięta tylko ogólne rzeczy. A nawet te ogólne są na bieżąco odgadywane – często nietrafnie.

Czy to kwestia pamięci?

Nie mam dobrej pamięci – możesz powiedzieć. Po prostu nie pamiętam, ale to nie znaczy, że jestem nieobecny.

Kiedyś narzekałem na swoją pamięć do imion. Gdy ktoś mi się przedstawił nie byłem w stanie zapamiętać jego imienia. Musiałem go kilka razy prosić o przypomnienie. To duża przypadłość, gdy się prowadzi szkolenia. Trudno zadać bezpośrednie pytanie, trudno odnieść się do czegoś, co uczestnik powiedział, trudno zbudować dobre relacje. Odkryłem jednak, że pamiętanie imion nie ma nic wspólnego z pamięcią. Wiąże się natomiast z uwagą, jaką poświęcasz ludziom. Jeżeli jesteś w pełni obecny i uważnie ich słuchasz, jesteś w stanie zapamiętać nie tylko imiona, ale wiele innych ważnych szczegółów. Gdy myślisz o tym, co za chwilę powiesz, lub wspominasz, co było przed chwilą, choćby i pięć razy ktoś powtarzał ci swoje imię, dalej będziesz miał problem z zapamiętaniem.

Dziś, gdy nauczyłem się uważnie słuchać tego, co ludzie mówią, jestem w stanie od razu zapamiętać i dwadzieścia imion. A gdy mi się to nie udaje, od razu wiem, że jestem rozproszony.

Podobnie jest z tym, co pamiętamy z naszej codzienności. Jeżeli ktoś jest w pełni obecny, bez wysiłku zapamiętuję wiele szczegółów. Jeżeli przechodzi przez życie na autopilocie, świat spływa po nim jak woda po kaczce, nie zostawiając wielu śladów.

Trans

Wiele osób interesuje się hipnozą i autohipnozą. Gdy idą do hipnoterapeuty czy na jakieś zajęcia, na których ma być stosowana hipnoza, są podekscytowani. Jak to jest być zahipnotyzowany? Większość czuje potem rozczarowanie. Pytają: to wszystko? Przecież to nic niezwykłego. Oczywiście nie mówię tu o głębszych stanach transowych. Ale jak zauważył Milton Ericson, każdy z nas, na co dzień niezliczoną ilość razy wchodzi w stan lekkiego transu. Wystarczy się rozejrzeć. Przyjrzyj się ludziom, których widzisz obok siebie. Kto z nich ma ograniczony kontakt z rzeczywistością? Kto jest częściowo nieobecny? Prawdopodobnie nie będziesz miał problemu ze znalezieniem ludzi w takim stanie.

Stan lekkiego transu jest naszym normalnym stanem. To nie wprowadzania w autohipnozę powinniśmy się uczyć, a rozpoznawania tego, że w niej jesteśmy i wychodzenia z niej. Trans jest potrzebny (w końcu sen też jest formą transu, a bez niego nie da się funkcjonować). Jednak przez większą część naszego czasu powinniśmy być w pełni świadomi i obecni.

Trening obecności

Bycie obecnym jest kwestią treningu. We wielu klasztorach zen, mistrz przechadza się z drewnianym kijem. Gdy tylko widzi, że ktoś traci kontakt z rzeczywistością, wchodzi jakieś oderwane od życia pętle, resetuje delikwenta tłukąc go kijem tak mocno jak tylko może. Parę dni temu przeczytałem gdzieś, że tą metodę stosowano także podczas szkolenia jednostek specnazu. Instruktor cały czas pilnował by uczeń był świadomy tego, co dzieje się wokół.

Czy to nie jest męczące być cały czas świadomym tego, co się wokół dzieje? Jest odwrotnie niż oczekujemy. Gdy jesteś w pełni obecny twoja uwaga jest skupiona i zharmonizowana. To z kolei sprawia, że czujesz przypływa energii.

Prawdziwy mistrz zen byłby w stanie, nawet największego zamętu dostrzec, że ma przed sobą sos sojowy a nie wodę. Prawdziwy mistrz zen jest w pełnie skupiony na tym, co się dzieje wokół. Jest opowieść dotyczące XIX wiecznego mistrza Nan-in i jego ucznia Tenno.

Po dziesięciu latach nauki Tenno osiągnął tytuł nauczyciela. Pewnego deszczowego dnia poszedł odwiedzić swojego mistrza Nan-in. Gdy wszedł, mistrz powitał go pytaniem:

- Czy zostawiłeś swoje sandały w przedsionku?

- Tak- odpowiedział Tenno.

A czy parasol jest po lewej czy prawej stronie sandałów?

Tenno zmieszał się, ponieważ nie potrafił natychmiast udzielić odpowiedzi. Uświadomił sobie, że nie był uważny przez każdą minutę. Dlatego też przez następne sześć lat kontynuował naukę u mistrza Nan-in.

Propozycja ćwiczenia

Uważność można ćwiczyć na różne sposoby. Oto jedna z propozycji:

Wybierz jakąś codzienną, zwykłą czynność, która trwa minimum dziesięć minut. To może być np. zamiatanie, odkurzanie, prasowanie, kąpiel, spacer, pranie, jedzenie.

Wykonaj ją przez cały czas skupiając się tylko na niej. Nie rób żadnych innych rzeczy. Nie słuchaj radia, nie rozmawiaj, nie obmyślaj – po prostu to rób, to co robisz. Wbrew pozorom to bardzo trudne zadanie. Zobaczysz, że umysł zacznie ci uciekać i przełączać się. Gdy tak się stanie, spokojnie wróć do swojego zadania. Skup się na doznaniach (zapachach, temperaturze, dźwiękach, ruchach, widokach) związanych z tym, co robisz.

Z czasem zobaczysz, że twoja uwaga stanie się coraz bardziej skupiona. Być może uda ci się także dostrzec, że po kilku razach, zyskają na tym ćwiczeniu także twoje „wielkie i poważne” zadania.

<div xmlns:cc=”http://creativecommons.org/ns#” about=”http://www.flickr.com/photos/h-k-d/3635825539/”><a rel=”cc:attributionURL” href=”http://www.flickr.com/photos/h-k-d/”>Photo by h.koppdelaney -  http://www.flickr.com/photos/h-k-d/</a> / <a rel=”license” href=”http://creativecommons.org/licenses/by-nd/2.0/”>CC BY-ND 2.0</a></div>

Kontrola z pozycji dwupośladkowej

Kontrola z pozycji dwupośladkowej

Opublikowano 17 listopada 2008 | By | Kategorie: tak to czuję | 13 komentarzy

Gdy myślę o ludziach, którzy nie mają pojęcia o tym czym są marzenia, wcale nie widzę obdartusów włóczących się po dworcach i śmietnikach. Nie widzę uczniów z przetłuszczonymi włosami, trzymające się z boku, puszystych dziewczyn, niemodnie ubranych chłopaków z Huty ani nawet kiepsko umalowanych urzędniczek kończących pracę o 15.30. [...]

Problem w głowie

Opublikowano 22 maja 2008 | By | Kategorie: sukces, Uwaga | 2 komentarze

Kreatywność to strasznie dziwna umiejętność. Jej sednem jest umiejętność zawieszania tego, co wiemy i patrzenia na sytuację, tak jakby się ją widziało po raz pierwszy, poza schematem. Patrzenie trochę tak jak dziecko, które robi coś po raz pierwszy. [...]

Prosty sposób medytacji

Opublikowano 15 maja 2008 | By | Kategorie: Uwaga | 5 komentarzy

Pora na coś praktycznego. W jednym z rozdziałów „Energii Wewnętrznej” jest 30 ćwiczeń. Oto ćwiczenie 18 – prosta technika medytacji.

Usiądź wygodnie (możesz na krześle lub na poduszce ułożonej na podłodze). Wyprostuj kręgosłup. Głowę trzymaj prosto. Wyobraź sobie, że do samego czubka głowy masz przywiązaną linkę, która podnosi cię do góry, będąc dokładnym przedłużeniem kręgosłupa. Rozluźnij ramiona. Linka podnosi cię tylko w linii kręgosłupa. Ręce połóż swobodnie na kolana. Możesz także położyć je jedną na drugiej, wewnętrzną stroną do góry, lewa dłoń grzbietem na prawej, palce prostopadle do linii nosa. Nie przyciskaj łokci do tułowia, pozwól im leżeć swobodnie. Aby ustabilizować pozycję, możesz wykonać tułowiem i głową parę ruchów w lewo i prawo. Wybierz pozycję w samym środku – najbardziej równomierną i stabilną. Zamknij oczy lub opuść powieki. Możesz skupić wzrok na jakimś punkcie leżącym przed tobą (w odległości metra czy dwóch).

Oddychaj nosem. Oddychaj lekko i bez wysiłku. Dźwięk oddechu nie powinien być słyszalny (jeżeli masz zatkany nos, wcześniej go przeczyść). Obserwuj swój oddech.

W myśli licz wdechy i wydechy (wdech – jeden, wydech – dwa). Możesz liczyć także same wdechy (wdech – jeden, wydech, kolejny wdech – dwa, wydech …)

Gdy dojdziesz do dziesięciu, zacznij od początku. Gdy się pomylisz, nie przejmuj się tym, nie poświęcaj temu zbytniej uwagi. Zacznij liczyć od początku. Gdy uświadomisz sobie, że myślisz o czymś innym, łagodnie wróć do oddechu. Po prostu zacznij liczyć od nowa.

Skup się na liczeniu oddechów, jednak nie staraj się robić tego na siłę. Pozwól, by twoje myśli swobodnie przepływały. Patrz na nie, jakbyś patrzył z okna na przechodniów. Nie biegnij za żadną, ale pozwalaj każdej spokojnie przejść. Nie kontroluj oddechu. Nie staraj się, by był szybszy czy wolniejszy. Sam z siebie zacznie się wydłużać, ty jednak nie staraj się o to, a jedynie licz ilość oddechów.

Wytrzymaj przynajmniej trzy minuty. Nie sprawdzaj czasu na zegarku, ustaw minutnik i przerwij dopiero, gdy usłyszysz sygnał. Gdy w trakcie ćwiczenia pojawi się myśl typu: długo, jeszcze? chyba nie wytrzymam, ale to nudne… pozwól jej przepłynąć i wróć do liczenia oddechów: jeden, dwa, trzy…
Codziennie próbuj wykonywać to ćwiczenie nieco dłużej, tak by dość do piętnastu minut, podczas których myślisz tylko o liczeniu oddechów.