Tag Archives: uważność
Największa pułapka na drodze rozwoju osobistego – narcyzm

Największa pułapka na drodze rozwoju osobistego – narcyzm

Opublikowano 12 lutego 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 20 komentarzy

Tajemnicza umiejętność, którą psycholodzy nie chcą się dzielić

Musiałem kiedyś pokonać samochodem około tysiąca kilometrów. Jechaliśmy z koleżanką, zmieniając się, co pewien czas za kierownicą. Podróż zajęła nam kilkanaście godzin. Postanowiłem zrobić eksperyment. Polegał na tym, że nie mówiłem nic na swój temat, tak długo, póki o to nie zostałem zapytany. Zamiast tego skupiałem się na drugiej osobie i zadawałem pytania na jej temat.

Zadanie było trudne. Musiałem kilka razy gryźć się w język. Dałem sobie jednak jakoś radę. Mimo, że z natury jestem skupiony na sobie, szkolenia psychologiczne pozwoliły mi nauczyć się pewnej dyscypliny.

Efekt był doskonały. Rozmawiało nam się wspaniale. Później uświadomiłem sobie, że przez kilkanaście godzin ani przez chwilę nie rozmawialiśmy o mnie. Nie usłyszałem ani jednego pytania na swój temat.

Gdy byłem na pierwszym roku psychologii, ustawicznie powtarzano nam, że studiowanie psychologii nie pomaga w rozwiązywaniu swoich problemów i że osoby, których główną motywacją jest rozwiązanie swoich problemów powinny dać sobie spokój.

Zgadzam się, że coś takiego należy mówić kandydatom na psychologów. Ale to nieprawda. Istotą kształcenia terapeuty jest to, że uczy się go skupiać uwagę na drugiej osobie (kliencie), aktywnie go słuchać i brać pod uwagę jego interes.

Właśnie taka postawa, w której jestem zainteresowany drugą osobą a nie sobą, jest warunkiem zdrowia.

Niestety, wygląda to tak, jakby psycholodzy byli zazdrośni o tą umiejętność. Pacjentów za żadną cenę się w nią nie wtajemnicza. Przeciwnie, uczy się ich skupiania uwagi na sobie. Narzekania, kręcenia się wokół swoich doznań, analizowania siebie – swoich marzeń, pragnień i przeżyć.… Słowem blokuje się ich rozwój.

Po czym odróżnić wariata od psychiatry?

Zajmuję się psychologią już ponad dwadzieścia lat. Spotkałem się z kilkunastoma systemami terapii i doskonalenia ludzi. Ktoś wyliczył, że na świcie funkcjonuje ponad 450 różnych systemów i szkół terapeutycznych. Ich ilość ciągle rośnie. Każda szkoła stara się czymś wyróżniać.

I na pierwszy rzut oka, rzeczywiście można zobaczyć różnice. Tutaj pacjent leży na kozetce, a tutaj biega wokół. Tutaj najważniejsze są słowa, a tutaj ruchy. Tutaj analizuje dzieciństwo a tutaj planuje przyszłość…

Jednak, gdy w gabinecie zobaczysz dwie osoby, to zazwyczaj bez problemu poznasz, kto jest chory, a kto zdrowy. Chory, to ten, kto ciągle mówi i myśli o sobie. Zdrowy, to ten, kto skupia się na drugiej osobie.

Wiele badań wykazało, że chroniczne skupienie uwagi na sobie idzie w parze z częstością i głębokością zaburzeń psychicznych.

Na dwóch nogach

Warto rozumieć swój świat wewnętrzny. Nikt nie mówi, że nie.

Umiejętność rozumienia świata wewnętrznego i umiejętność rozumienia świata zewnętrznego uzupełniają się. Są jak dwie nogi. Obydwie w takim samym stopniu są potrzebne do sprawnego poruszania się. Gdy jedna szwankuje, trzeba ją wyleczyć.

Problem z większością psychologów polega na tym, że zajmują się nie tą nogą, co trzeba.

Klienci, którzy do nich przychodzą często dobrze wiedzą, co w sobie mają. Całe dotychczasowe życie stracili na myślenie o sobie – o tym, czego się boją, co ich ogranicza, co ich interesuje, co chcą zrobić… itp. Bez przerwy mielą, wałkują i odmieniają słowa ja, mnie, moje.

Zazwyczaj jednak nie mają zielonego pojęcia na temat tego, jakie potrzeby ma świat wokół nich. Psycholog zamiast uczyć klienta przekierowania uwagi na świat zewnętrzny i potrzeby innych ludzi, uczy jeszcze większego skupiania się na sobie.

Jaki jest efekt takich terapii? Doskonały, póki pacjent rozmawia z psychologiem. Coraz sprawniej analizuje swoje potrzeby i pragnienia. Terapeuta jest coraz bardziej zadowolony ze sprawności podopiecznego.

Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy spotyka się dwóch pacjentów. Niedawno słyszałem rozmowę pomiędzy ludźmi, w swoim mniemaniu bardzo rozwiniętymi psychicznie:

On: W ogóle nie rozumiesz moich potrzeb. Nie ma w tobie żadnej empatii!

Ona: A ty w ogóle nie dajesz mi żadnego wsparcia!

On: Nie, to ty nie doceniasz! Nie zauważasz, że jestem w stresie.

Ona: To ja jestem w większym stresie. Spróbowałbyś być przez dzień poczuć to, co ja…

…i tak dalej. Posługując się sprawnie różnymi pojęciami psychologicznymi licytują się, kto ma gorzej i żadno z nich nie ma najmniejszej ochoty by, choć na chwilę przerwać swoje skupienie na sobie.

Faza rozwoju

Egocentryzm jest naturalną fazą rozwoju człowieka. Dla niemowlęcia świat zewnętrzny nie istnieje. Jedyną rzeczywistością jest ono samo – jego doznania zimna, ciepła, głodu, sytości czy kontaktu fizycznego. Z czasem jednak, w miarę rozwoju zdolności umysłowych, niemowlę zaczyna odkrywać świat zewnętrzny. Robi to stopniowo. Jako małe dziecko dokładnie wszystko sprowadza do siebie. Potem zaczyna się domyślać, że za obrazami, jakie widzi jest coś więcej.

Pierwszym sygnałem jest pojawienie się tzw. stałości przedmiotu. Gdy niemowlęciu schować coś za zasłoną, nie będzie szukać. To, co znika z oczu, przestaje istnieć. Nieco większe dziecko nie poddaje się tak łatwo. Gdy schowasz mu zabawkę pod chusteczką, zacznie pod nią szukać, oczekując, że zabawka tam jest, mimo, że jej nie widać. To jedno z pierwszych osiągnięć poznawczych, przybliżających nas do odkrycia, że na zewnątrz nas jest niezależny od nas świat.

Niektórzy jednak dosyć szybko porzucają ten kierunek rozwoju.

Narcyzm

Wielu osobom nigdy nie udaje się wyjść za swojej skorupy pierwotnego narcyzmu. Albo wychodzą, ale natychmiast do mniej wracają. W skrajnym przypadku wpadają w urojenia, w łagodniejszym w ukrywany narcyzm.

Na pewnym przyjęciu, dystyngowany pan, po dłuższym monologu orientuje się, że całkowicie zmonopolizował rozmowę. Z uśmiechem mówi do swojej rozmówczyni:

- No dobrze, wystarczy już o mnie. Pomówmy może trochę o tobie. Co ty o mnie myślisz?

Narcyz, to ktoś, komu brakuje zainteresowania światem. To, co na zewnątrz jest dla niego w największym razie pretekstem do zajmowania się sobą – swoimi problemami, sukcesami i marzeniami.

Nic podobnego, ja kocham ludzi! – mówi narcyz. Zapomina powiedzieć, że tylko wtedy, gdy rozmawiają o nim. Kocham świat, mówi. Ale tylko wtedy, gdy ten świat pozwala mu się w nim przejrzeć. Świat jest bezużyteczny, gdy nie da się w nim zobaczyć własnego o obrazu.

Kto nie zna takich osób? Narcystycznych, niezdolnych do słuchania innych ludzi, nudziarzy raczących świat swoimi rzekomo odkrywczymi, a w rzeczywistości banalnymi opowieściami?

No dobrze, musze zadać to pytanie: kto nie ma w sobie narcyza? Choćby małej cząstki? Ja niestety mam.

Stan samorealizacji

Dla wielu samorealizacja, to stan, w którym spełnione będą ich wszystkie potrzeby i w którym, ludzie będą traktować ich tak, jak na to zasługują.

Nic podobnego.

Prawdziwa samorealizacja zaczyna się wtedy, gdy wychodzisz ze swojego urojonego świata i umiesz zapomnieć o swoim odbiciu.

Wspólną cechą ludzi, którzy osiągnęli wysoki poziom rozwoju nie jest to, że ustawicznie zajmują się sobą, ale to, że potrafią skupić swoją niepodzielną uwagę na drugiej osobie i świecie.

Obudź się. Świat to nie jest twój sen. Twoje potrzeby, odczucia i wrażenia są tylko jednymi z wielu.

Zamiast uczyć się jeszcze bardziej wikłać w siebie, wpadać w swoje własne sidła, naucz się patrzeć na świat.

Nie chodzi o to byś całkiem zapomniał o swoich potrzebach. Chodzi o to byś zobaczył wreszcie, jakie potrzeby mają inni ludzie.

Kochaj bliźniego jak siebie samego. To znaczy dostrzegaj potrzeby bliźniego, tak jak dostrzegasz swoje. Jedno i drugie jest ważne. Nie koncentruj uwagi tylko na swoich potrzebach. Co najmniej tyle samo uwagi poświęć temu, czego potrzebują inni.

Naucz się, przynajmniej na chwilę wyciszyć siebie i otwartym umysłem, przyjrzeć się drugiej osobie. Zobaczyć jak wygląda bez koloryzowania przez twoje potrzeby.

Propozycja ćwiczenia

Wybierz kilka osób ze swojego otoczenia i napisz (lub opowiedz) dla każdej z nich charakterystykę, tak jakbyś odpowiadała na pytania popularnego magazynu:

  • Co ta osoba lubi?
  • Czego ta osoba nie lubi?
  • Czego ta osoba potrzebuje?
  • Jakie są najważniejsze problemy tej osoby?
  • Jakie są jej najmilsze wspomnienia?
  • Czego obecnie potrzebuje?
  • Co ją ucieszyło w ostatnim czasie? Co jest jej źródłem radości?
  • Jakich emocji ma najwięcej?

Czy jesteś w stanie odpowiedzieć na każde z pytań w odniesieniu do wszystkich osób, które, na co dzień spotykasz? Narcyz by nie potrafił.

Ile piękna umiesz dostrzec?

Ile piękna umiesz dostrzec?

Opublikowano 03 lutego 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

Ośnieżone szczyty Alp

Ewa wróciła z tygodniowego urlopu w Alpach. Byłem kiedyś w tych samych okolicach (tyle, że w lecie). Z pola namiotowego, widać było skaliste szczyty. Zachwycaliśmy się strumieniami, które płynęły w korytach z białego kamienia. Chłonęliśmy odbicia chmur w jeziorach. Po całodziennej wspinaczce szczęśliwi schodziliśmy na dół. Zapytałem Ewy, jak jej się podobało.

- Wspaniale – powiedziała – przez tydzień nie było w okolicy żadnych marudzących i narzekających Polaków.

- To rzeczywiści świetnie, czy coś jeszcze fajnego tam było?

- Dzieciom się podobało…. ale ogólnie trochę drogo.

Są ludzie, którzy na skutek jakiś schorzeń nie czują zapachu albo smaku. Są ludzie, którzy nie potrafią powiedzieć czy mają pełny żołądek, czy są spragnieni, ani czy coś ich boli. Są tacy, którzy ze względu na uszkodzone nerwy nie odbierają wrażeń z całych partii ciała. Można im wbijać w rękę szpilkę, albo przypalić ich papierosem, ale oni – póki na to nie spojrzą – nie będą wiedzieli, że coś się z nimi dzieje.

Ewa jest pozbawiona odczuć estetycznych.

Cokolwiek dla ludzi jest piękne – górski krajobraz z ośnieżonymi szczytami czy czerwona karoseria samochodu, szmer strumyka czy głośne uderzenia gitar, smak wyrafinowanej potrawy czy wybuchy kolorowych fajerwerków – dla Ewy wszystko jest takie same. Nie wywołuje w niej żadnych szczególnych doznań. Bez dreszczu, rozkoszy, poczucia błogości czy poczucia niezwykłości. Nie sprawia, że miałaby ochotę uklęknąć, nie wywołuje głębszego oddechu, nie zatrzymuje w pół kroku.

Ewa jest inteligentna. Potrafi włożyć kwiat do wazonu i powiedzieć:

- Popatrz jaki ładny.

Robi to jednak tylko dlatego, że ktoś jej o tym powiedział. Gdyby usłyszała, że pogrzebacz w wazonie jest piękny i gdyby wszyscy wokół umówili się na wstawianie do wazonu pogrzebaczy, Ewa trzymałby w swoim domu kilka wazonów, pełnych pogrzebaczy.

Czysty pragmatyzm

Oczywiście Ewa ma preferencje. Jednak wartości estetyczne nie grają w nich żadnej roli. Ewa, jak sama się określa, jest czystym pragmatykiem.

Słyszałem kiedyś rozmowę pragmatyka z estetą. Siedzieli na trawie w parku i pociągali z butelki:

- Nawet dobre – stwierdził jeden – ja ci powiem, że lubię jak winko jest dobre.

- E tam… dla mnie to bez znaczenia. Ja tam bardziej praktycznie podchodzę. Najważniejsze, żeby moc miało!

Dla „pragmatyka” butelka wina za kilkaset złotych to całkowite nieporozumienie. Przecież za te pieniądze można mieć całą skrzynkę wódki! A najlepsza wódka, to oczywiście taka, która wchodzi jak woda!

Czy jest w tobie widz?

Władysław Tatarkiewicz cytuje słowa Pitagorasa:

Życie jest jak igrzyska: jedni przychodzą jako zapaśnicy, inni – żeby handlować, ale najlepsi przychodzą jako widzowie.

Mówiąc o widzach, Pitagoras nie miał na myśli ludzi zdystansowanych czy trzymających się z boku. Chodziło mu o tych, którzy widzą piękno. Jak pisze Tatarkiewicz takich, którzy „zajmują postawę estetyczną”.

Pitagoras nie do końca ma rację pisząc o typach ludzi. Według mnie to trzy typy postaw, które mamy w sobie. Każdy raz na jakiś czas jest zapaśnikiem. Ścigamy się z innymi, zmagamy się z przeciwnościami i doskonalimy swoje ciało i umysł. Każdy, raz na jakiś czas ma praktyczną postawę handlowca. Rachujemy zyski i straty, bierzemy oraz dajemy, planujemy i przewidujemy.

Wielu z nas jednak nie wykorzystuje trzeciej możliwości– postawy widza, który patrzy uważnie na świat i chłonie jego piękno.

Być widzem, to pozbyć się choć na chwilę okularów lepszy / gorszy oraz korzystny / niekorzystny, opuścić zwykłą, pragmatyczną postawę i zamiast tego zacząć bezinteresownie przyglądać się światu. Otworzyć się na niego i pozwolić by wywołał w nas rezonans.

Gdy człowiek przyjmuje tą postawę…

…przestaje myśleć abstrakcyjnie, całą siłę umysłu wkłada w oglądanie rzeczy, zatapia się w nich, świadomość swą wypełnia tym, co ogląda, tym co ma przed sobą, zapomina o własnej osobowości. (Tatarkiwicz, Dzieje sześciu pojęć, str. 367)

Gdzie znaleźć piękno?

Większość z nas przynajmniej od czasu do czasu doświadcza piękna. Raz na rok, gdy jedziemy na urlop i znajdujemy się w nieznanej okolicy, rozglądamy się z zachwytem wokół. Albo nieruchomiejemy, gdy po kilkugodzinnej wspinaczce na samym szczycie z mgieł wyłaniają się górskie urwiska. Albo, gdy przypadkiem znajdziemy się w środku nocy na wielkiej łące poza miastem i podnosimy głowę a widok drogi mlecznej rozwiniętej na czarnym niebie.

Zazwyczaj jednak, mimo, że jesteśmy do tego zdolni nie czujemy zbytnio piękna. Blokuje nas:

  • przyzwyczajenie,
  • znudzenie,
  • zmęczenie,
  • pośpiech,
  • popędzanie się,
  • zmuszanie się by ciągle być produktywnym, przezornym i rozsądnym,
  • ciągłe skupienie na sobie.

Słowem nasze nawyki. Przez nie jesteśmy ślepi na piękno, jakie promieniuje z miejsc, ludzi i przedmiotów.

Nawet jeżeli dawno nie byłeś na górskiej wycieczce, od lat nie widziałeś rozgwieżdżonego nieba czy wschodu słońca nad morzem, to wcale nie oznacza, że nie miałeś okazji by doznać piękna. Odczucia estetyczne nie są zarezerwowane dla górskich urwisk, morskich zachodów słońca czy rozgwieżdżonych nocy.

Poczucie piękna jest wydarzeniem, jakie zachodzi między nami a światem. Świat cały czas rozbrzmiewa dźwiękami, które mogłyby wprawić nas w rezonans, ale my blokujemy wszystkie nasze struny.

Gdy dziś rano jechałem do pracy w lusterku stojącego przede mną samochodu zobaczyłem oczy kierującej nim kobiety. Nie było widać twarzy, tylko oczy, piękne, uważne i spokojne.

Tysiące pięknych momentów czeka być zwrócił na nie uwagę:

- światło pierwszych latarni zawieszone nad ruchliwą ulicą,

- biały księżyc witający nad ranem lądujące samoloty,

- mozaika cieni na błyszczącym w mrozie śniegu,

- pierwszy powiew wiatru pachnącego liśćmi,

- dotyk trawy pod stopami,

- dudnienie kropel deszczu o parapet,

- śpiew ptaka ledwo przebijający się przez gwar rozmów,

- rytm kroków biegnącego dziecka,

- chłodne podmuchy zbliżającej się burzy,

- cisza niedzielnego popołudnia na werandzie z kubkiem herbaty,

- kolor oczu ukochanej osoby,

- dotyk rączki dziecka, które chce ci coś pokazać,

- smak kromki dobrego chleba podczas śniadania,

Rozejrzyj się wokół i zacznij tworzyć swoją listę.

Gotowość doświadczania

Gotowość doświadczania

Opublikowano 26 stycznia 2010 | By | Kategorie: Bez kategorii | 10 komentarzy

Jak pokonać fale?

Wyobraź sobie niewielką, skalistą wysepkę, zagubioną gdzieś na oceanie. Wokół faluje granatowe morze. Białe grzywy fal rozbijają się o brzeg. Na wysepce nie rośnie wiele roślin i niewiele jest źródeł pitnej wody. Nic dziwnego, że jej mieszkańcy tęsknym wzrokiem patrzą na widoczny w dali brzeg sąsiedniej wyspy. Gdy uważnie się wpatrzeć, można na nim zobaczyć wspaniałe drzewa uginające się od owoców i spływający z góry strumień słodkiej wody.

Co prawda na skalistej wysepce nie ma żadnych materiałów z których można by było zbudować tratwę, jednak odległość nie jest tak duża by nie dało się jej pokonać wpław. Jest jednak jeden problem.

Wielkie oceaniczne fale, które pędzą wprost na brzegi skalistej wysepki, zawracając każdego śmiałka do punktu wyjścia.

Ludzie usiłujący dopłynąć do brzegów obfitej wyspy mają najróżniejsze strategie.

Są tacy, którzy się mocują. Gdy tylko zbliża się fala jeszcze mocniej i silniej wymachują rękami i nogami licząc, że wreszcie pokonają przeciwności. Niestety, mimo, że ich siła rośnie, ciągle są słabsi od oceanu.

Są tacy, którzy usiłują przeskoczyć fale jak latające ryby. Nie potrafią jednak utrzymać się zbyt długo w powietrzu by ta strategia przyniosła jakiś efekt.

Są tacy, którzy usiłują wymyślić jakiś podstęp. Gdy zbliża się fala ustawiają się bokiem, płyną wzdłuż i szukają jakiejś dogi między falami. Ich skomplikowane wysiłki jednak zawsze kończą się przy skalistym brzegu.

Są tacy, którzy chowają się przed falami. Tkwią latami za osłoną nie zwracając uwagi, że obfity brzeg jest tak sam daleko jak był.

To nie wszystkie metody. Na wyspie powstała szkoła, której celem jest pokonanie fal siłą umysłu. Jej adepci, gdy zbliża się fala zamykają oczy, odwracają się tyłem i wyobrażają sobie, że morze jest spokojne, jak górskie jezioro. Dzięki temu czują wewnętrzne wyciszenie i spokój. Problem jednak polega na tym, że fale nie bardzo zwracają na to uwagę. Główny mistrz tej szkoły, co prawda ciągle mieszka na skalistej wyspie, ale utrzymuje, że gdyby tylko chciał mógłby przejść po morzu jak po gładkiej amerykańskiej autostradzie.

Inna szkoła, to ci, którzy po serii niepowodzeń doszli do wniosku, że na drugiej wyspie tak naprawdę jest dokładnie tak samo i szkoda czasu na walkę.

Są jednak i ludzie, którzy potrafią pokonać fale i dopłynąć do brzegu drugiej wyspy. Nie stosują żadnego z tych sposobów. Nie mocują się z falami, nie próbują ich przechytrzyć, nie próbują ich wyciszać. Mimo, że pokonują odległość między wyspami wiele razy i to dzięki nim mieszkańcy skalistej wysepki mają co jeść, mało kto chce ich naśladować. Ich sposób – jedyny skuteczny sposób pokonywania wielkich, spychających z drogi fal – polega na czymś, wydawałoby się sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem – na wpływaniu w głąb fali.

Oto fragment autentycznego poradnika omawiającego podstawowe umiejętności pływania na otwartym oceanie:

Nigdy nie zwalniaj przed napływającą falą. Zawsze płyń wprost w nią.

Zanurkuj w falę, w chwili, gdy ma cię uderzyć. Nurkowanie w falach jest bardzo proste, ale może być najtrudniejszą rzeczą na świecie, gdy boisz się wody. Ujmując to najprościej. Woda na szczycie fali zmierza w kierunku brzegu. Woda blisko dna zmierza w stronę oceanu. Próbując przepłynąć nad falą, będziesz spychany do brzegu. Gdy zanurkujesz w głąb, fala weźmie cię w kierunku, w jakim chcesz płynąć.

Obserwuj fale, gdy przebijasz się prze fale przybrzeżne. Gdy płyniesz patrz na tak często jak spoglądasz na boję. W ten sposób wiesz, kiedy wejść pod falę. (The Basics of Ocean Swimming, Erik Burgan)

Zamiast próbować unikać fal, zamiast mocować się z nimi, zamiast je wyciszać, nurkujesz wprost w nie.

To jedyny bezpieczny sposób. Gdy odwracasz się tyłem i udajesz, że pływasz w spokojnym jeziorze, fala może cię zalać, pozbawić oddechu i rzucić o dno. Mocując się z falą na powierzchni, stawiając jej opór wikłasz się w walkę, której nie sposób wygrać.

Takimi falami, które ciągle zawracają nas z drogi są nasze negatywne emocje i myśli.

Zanurkować w fale znaczy w pełni doświadczać myśli i emocji, równocześnie nie przerywając ruchu do przodu. Obraz pokonywania fal w taki sposób jest metaforą gotowości doświadczania.

Nurkowania w fale

Człowiek, który unika jakiegoś rodzaju doświadczeń, stara się je osłabić lub ominąć. Używając morskiej metafory, to ktoś, kto za wszelką cenę stara się utrzymać głowę na powierzchni.

Zanurzenie się w fali może być przerażające. Tego przecież chcemy uniknąć – zalania przez niekontrolowany żywioł. Jednak tak długo póki będziemy próbować wszystko kontrolować, póki będziemy starali się mieć głowę zawsze ponad wodą – dopóty nie będziemy w stanie płynąć do przodu.

Jeżeli chcesz dopłynąć do celu musisz zanurzyć głowę – tzn. stracić kontrolę ( w każdym razie częściowo). Tylko pełne, pozbawione osłon i otwarte doświadczanie negatywnych uczuć pozwala szybko i bez blokowania się przebić przez nie.

Karen Horney, opisując ten aspekt uwagi nazwała go nieograniczoną receptywnością. Według jej słów, jest to:

…zgoda na to, by wszystko, co odbieramy w danej chwili, wniknęło w nas bez żadnego oporu z naszej strony. Nieograniczona receptywność oznacza, że jesteśmy w danej sytuacji razem z wszystkimi naszymi emocjami (Horney, Wykłady ostatnie)

Taki typ uwagi jest czymś paradoksalnym. Ludzie nie dopuszczają do siebie pewnych doznań, by skuteczniej działać i lepiej się czuć. Nie chcą by coś im dokuczało, przeszkadzało czy rozpraszało. Ale im bardziej próbują manipulować sobą, tym gorzej się czują i tym mniej są produktywni. Próba okrajania swoich doświadczeń ma efekt dokładnie odwrotny do zamierzonego.

Pragnienie uniesienia się

Pisząc poprzednie słowa rzuciłem okiem na półkę z książkami. Jest na niej książka o grzbiecie w morskim kolorze. Jej tytuł brzmi „Umysł ponad nastrojem”. Tego pragniemy: uwolnić się, wznieść ponad negatywne nastroje i złe myśli. Osiągnąć upragniony spokój i ciszę. Przestać się czegokolwiek bać i czymkolwiek przejmować. Książki i psycholodzy mówią, że jest to możliwe. Bardziej wierzymy ich wiedzy niż latom swoich doświadczeń. Zapewne kiedyś mi się wreszcie uda. Wreszcie poznam sposób na to, by tak ustawić swój umysł, aby przestał doświadczać nieprzyjemnych emocji i nieprzydatnych myśli.

I na pewno kiedyś się to uda. Każdy z nas wzniesie się ponad wszystkie nastroje, myśli i emocje. Jednak póki żyjesz, póki masz ciało, póki masz mózg z zestawem pracujących w nim struktur, póki jedną z funkcji twojego umysłu jest doznawanie całego zakresu emocji – także tych, które nie są przyjemne – jesteś poddany falowaniu.

Życie, to pływanie w falującym morzu. Oczekiwanie by żyć i równocześnie „wznieść się ponad” jest tak samo nierealne, jak oczekiwanie by morze przestało falować, gdy do niego wchodzisz.

Czasem fale są wyższe, czasem niższe. Czasem uderzają raz po raz, jak podczas sztormu, a czasem są rzadkie i leniwe, jak wtedy, gdy wieje letnia bryza.

Fale przeszkadzają, ale równocześnie są informacją, że płyniesz do przodu. Nie doświadczają ich tylko ludzie, którzy taplają się przy brzegu w osłoniętych zatoczkach. Im większe masz cele, im wyraźniejsze są twoje wartości, im więcej dla nich robisz, tym większe fale.

Możesz się ich przeląc i wrócić do zacisznej zatoczki. Możesz jednak przestać szukać spokoju. Zaakceptować fale. Przestać za wszelką cenę wyciszać się, doprowadzać swój umysł do klarowności, przestać próbować kontrolować poruszające go fale. I zamiast tego skupić się na tym, gdzie chcesz dopłynąć. Stawić czoła falom i pokonywać je, pozwalając każdej na to by cię przykryła.

Nie jest to niestety coś, co można w sobie raz na zawsze wytrenować. Trening zawsze się przydaje, ale nikt nie może w trwały sposób stać się otwarty na wszystko, co go dotyka.

Otwarcie się na to, co nas w danej chwili dotyka jest bardziej aktem niż cechą. Nie ma ludzi, którzy są całkowicie wolni od ukrywania się przed doznaniami. Są tylko osoby, które raz po raz podejmują decyzję by otwarcie doświadczyć tego, co je w danej chwili spotyka.

Ruch do przodu

Gotowość nazywana jest także akceptacją i uważnością. To doskonałe określenia, czasem jednak, niektóre osoby rozumieją je na opak.

Słowo akceptacja, kojarzy się im z rezygnacją i poddaniem się. Jest to postawa kłapouchego: Tak to już w życiu jest i nic nie zostaje jak się z tym pogodzić…

Odmianą tej samej postawy może być czekanie aż problemy miną: no dobrze teraz jest ciężką, ale kiedyś jeszcze będzie przepięknie.

Prawdziwa akceptacja jest czymś innym. Zaakceptować swój niepokój nie oznacza poddać mu się, schować się pod pierzynę i nic nie robić, bo na zewnątrz jest strasznie i trzeba przeczekać.

Zaakceptować niepokój oznacza doświadczyć go bez żadnego znieczulenia, a następnie – mimo całego lęku zrobić krok w stronę tego, co jest ważne.

Równie dobrze taką akceptację można by nazwać zwycięstwem nad negatywnymi emocjami. Ale zwycięstwo kojarzy się ze zmaganiem, tłumieniem i unikaniem uczuć. Nie chodzi ani o to by wygrać, ani o to by przegrać. Chodzi o to by nauczyć się współżyć ze wszystkim, co w nas jest a nad czym nie mamy kontroli.

Lęk, jaki czuję nie jest przeze mnie zawiniony, nie jest efektem moich grzechów czy błędów, nie mogę – póki żyję się go pozbyć, wyrzucić czy przepracować. Jest czymś nieuniknionym. Akceptacja jest zatem bardziej sztuką koegzystencji – doświadczania nieprzyjemnych rzeczy, połączonych z robieniem swojego.

Także uważność jest czasem rozumiana opatrznie. Uważność (mindfulness) jest bardzo pojemnym terminem, który obejmuje zarówno akceptację, jak i świadomość obecnej chwili. Może być jednak rozumiana jako skupianie się nad sobą i swoimi doznaniami. Być uważnym to siedzieć w kucki z zamkniętymi oczyma i myśleć tylko o swoim oddechu. Nie o coś takiego chodzi.

Ostatnio wolę używać słowa gotowość (a dokładniej gotowość doświadczania), bo wiąże się ono z aktywnością.

Kluczowym elementem gotowości jest świadomość tego, po co chcesz przejść przez tą falę. Jeżeli twoim jedynym celem jest znoszenie nieprzyjemnych doznań jesteś masochistą. Jeżeli twoim celem jest budowanie własnej doskonałości, jesteś skupionym na sobie egotykiem.

O gotowości doświadczania możesz mówić dopiero wtedy, gdy wiesz, co jest twoją wartością i podjąłeś decyzję by iść do przodu.

Gotowość doświadczania jest najskuteczniejszą strategią ruchu do przodu. Gdy jej nie masz, zamiast iść do przodu możesz tracić czas na przepracowywanie swoich doznań, ukrywanie się przed nieprzyjemnymi odczuciami – ogólnie na tworzeniu tysięcy skrytek.

Gdy decydujesz się na gotowość, po prostu opuszczasz całą tą zabawę. Mówisz: nie chodzi o to, bym był cały czas zadowolony, bym był doskonały, bym pokonywał wszystkie trudności bez zmrużenia oka. Chodzi o to by robić, to, co trzeba. Płacąc za to tyle, ile trzeba.

Nurkujesz w falach nie po to by się tym rozkoszować (choć może to być przyjemne) ale dlatego, że jest to najkrótsza i najprostsza droga na drugą stronę. Jakikolwiek inny sposób – bokiem, podskokiem, tyłem czy zwodem grodzi utonięciem albo przynajmniej wplątaniem się w dłuższą i niebezpieczną szamotaninę. Najkrótsza drogą na druga stronę, to pełne stawienie czoła. Stawienie czoła bez żadnej nadziei na to, że od tego fale się zmniejszą, staną się łagodne czy otworzy się przed nami korytarz ze ścian z morza.

Chmury i niebo: umiejętność obserwacji siebie

Chmury i niebo: umiejętność obserwacji siebie

Opublikowano 01 grudnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 30 komentarzy

Ten artykuł jest drugim z cyklu „Poznaj cztery umiejętności konstruktywnej obsługi siebie samego”. Pierwszy z nich był poświęcony umiejętności akceptacji.

Eksperyment

Wyobraź sobie, że jesteś chory i ktoś daje ci mocne lekarstwo. Dzięki niemu od razu wyzdrowiejesz, ale musisz się przygotować na nietypowe efekty uboczne. Możesz przez jakiś czas odczuwać palpitacje, drżenie rąk, złość, rozdrażnienie, strach lub smutek. To wszystko może być nieprzyjemne, jednak po jakimś czasie minie. Doznania będą chwilowe i oprócz dyskomfortu w żaden sposób trwale na ciebie nie wpłyną.

Zażywasz lek i rzeczywiście, po kilkudziesięciu minutach pojawiają się wszystkie objawy. Nie jest to przyjemne, ale przecież wiesz, że to nic takiego. Mówisz sobie:

- Aha, więc tak to wygląda. To nic takiego.

Załóżmy, że akurat zacząłeś oglądać jakiś ciekawy film. Czy przerwiesz seans? Prawdopodobnie nie. Wrócisz do swojego zajęcia i mimo, że nie ogląda ci się tak dobrze jak do tej pory, ciągle dobrze się bawisz. Gdy kończysz film, zauważasz, że wszystko, nie wiadomo, kiedy przeszło.

A teraz wyobraź sobie, że to samo lekarstwo podano komuś bez żadnej informacji o efektach ubocznych. Czy ta osoba zareaguje tak samo? Co się stanie, gdy kilkadziesiąt minut później, bez uprzedzenia pojawi się zestaw nieprzyjemnych doznań i emocji?

Najbardziej prawdopodobne będzie to, ze człowiek zacznie się niepokoić i podda się emocjom. Coś się ze mną dzieje, coś jest nie tak. Wkurza mnie ta sytuacja…. Przerwie to, co robi i albo zacznie się zastanawiać, co jest nie tak, albo będzie szukał ujścia dla emocji.

Im bardziej będzie się zastanawiał, tym wyraźniej będzie czuł negatywne doznania (świadomość wzmacnia odczuwanie). Gdy będzie szukał ujścia (np. skrzyczy żonę, że stuka garami, podczas gdy on ogląda) pojawi się poczucie winy, które jeszcze bardziej wzmocni rozdrażnienie. Słowem błędne koło zacznie się napędzać i po dwóch godzinach, gdy fizjologiczne działanie leku zniknie, ta osoba ciągle będzie czuła się pobudzona i rozdrażniona.

Jednym z najsłynniejszych eksperymentów psychologicznych były badania Stanleya Schachtera poświęcone naturze emocji. W ich trakcie ochotnikom podawano zastrzyk adrenaliny. Jedni słyszeli, że to niewinne witaminy bez żadnych efektach ubocznych. Innych rzetelnie informowano o tym, że pojawi się pobudzenie, drżenie mięśni i inne doznania.

Okazało się, że ludzie, których poinformowano o efektach ubocznych znacznie rzadziej poddawali się emocjom. Ci, którzy nie byli uprzedzeniu szybko zarażali się złością lub euforią od pomocników eksperymentatora.

Dlaczego tak łatwo zachować spokój i nie wpaść w błędny krąg, gdy jesteśmy uprzedzeni o efektach?

W takiej sytuacji, gdy pojawiają się doznania i emocje, wiesz, że są one tylko efektem podania leku. Masz do nich dystans. Jak to się czasem mówi – nie zlewasz się z nimi. Jest w tobie część obserwująca i część doznająca. Tu jestem ja a tu są moje doznania i emocje. Wiesz, że twoje doznania są tylko artefaktem, sztucznym wytworem. Nie są sygnałem alarmowym, który ma źródło w jakimś realnym zagrożeniu. Wiesz, że to „nic takiego”.

W drugiej sytuacji, gdy doznania przychodzą niespodziewanie, reagujesz inaczej. To, co się wtedy dzieje, niektórzy z psychologów nazywają fuzją poznawczą (cognitive fusion). W jej trakcie nasze emocje, myśli czy doznania traktujemy jak absolutną, jedyną rzeczywistość. Emocje i myśli stapiają się z całym tobą.

Możesz z nimi walczyć, możesz im się poddać, ale cały czas traktujesz je jak rzeczywistość.

Codzienne stapianie się z emocjami i myślami

Nasze emocje, myśli czy doznania fizyczne są powiązane z tym, co dzieje się w świecie. Gdy czuję złość, smutek czy zagubienie, to nie dlatego, że ktoś mi podał jakiś zastrzyk.

Ale mimo to, ten pierwszy sposób patrzenia (który miały osoby poinformowane o efektach) jest bliższy prawdzie niż drugi.

Nasze nastroje, uczucia i myśli są rezultatem pracy naszego umysłu. Są efektem pracy skomplikowanej i cudownej maszyny, zawierającej miliony skojarzeń i pojęć. Nie są jednak rzeczywistością. Są jakimś jej obrazem – mniej lub bardziej trafnym, mniej lub bardziej praktycznym – ale niczym więcej niż tylko obrazem.

Myśli są tylko myślami. Emocje są tylko emocjami.

Trudno nam to dostrzec od środka. Nieco łatwiej, gdy przyglądamy się temu z boku.

Oto Zbyszek Ryżak siedzi nad trudnym tekstem i ma wrażenie, że cały jego wysiłek idzie na marne. Ma poczucie, że nic mu się dziś nie udaje. Szamocze się i szamocze i nic z tego nie wynika. Wszystko jest szare i do niczego. Podchodzi do okna i patrzy na niebo o barwie płyt chodnikowych i myśli by dać sobie spokój. Potem siada za komputerem i otwiera pocztę. Znajduje maila z podziękowaniem od kogoś za pomoc. I nagle świat jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki się zmienia. Staje się piękny, cudowny i radosny. Zbyszek Ryżak jest przekonany, że to co robi ma sens. Zupełnie nie pamięta o tym, co było chwilę temu. Nawet niebo się zmienia. Przypomina mu teraz przyjemny pobyt w Szkocji. Co się stało? Czy świat się zmienił? Przeszła przez niego burza magnetyczna i wszystko pozmieniała? Nie. Świat cały czas jest taki sam.

To tylko mój umysł się przestawił.

Opinie naszego umysłu i jego doznania czasem są trafne, czasem nie. Czasem są cenne a czasem szkodliwe. Ale są to tylko opinie i obrazy. Coś, co nakładamy na świat.

Na codzień jesteśmy całkowicie zanurzeni w świecie swoich myśli i doznaniach. Obrazy, jakie wytwarza nasz umysł i doznania traktujemy jak coś realnego.

Co więcej, jeszcze się kłócimy i do upadłego walczymy, twierdząc, że nasze opinie są faktami.

Ostatnio słyszałem, jak ktoś mówił:

- Trzeba być realistą, nie da się w Polsce zarobić dużych pieniędzy bez kradzieży! Ktoś, kto mówi inaczej ma kłopoty z oceną rzeczywistości!

Taka wypowiedź świadczy o fuzji poznawczej – stopieniu się rzeczywistości z opiniami. Ta osoba myli swoje opinie i doznania z rzeczywistością. Nie przychodzi jej do głowy, że to, o czym mówi to tylko jedna z wielu ocen. Być może słuszna, być może nie, ale nic poza tym.

W największym stopniu fuzji podlegają obrazy i odczucia dotyczące nas samych.

- Jestem nieudacznikiem.

- Nigdy nic mi nie wychodzi.

- Jestem słaby.

- Ciągle wszystko plączę.

- Znowu przegrywam.

- Nic mi nie wychodzi.

- Nigdy mi się nic nie uda.

- Moje życie to bałagan.

- …

Tego rodzaju zdania mogą brzmieć jak mądre i obiektywne odkrycia. Człowiek siada i przychodzi do niego odkrywcza myśl:

- No tak. Bądź raz ze sobą szczery. Nigdy ci się to nie uda.

Czy zdarzyło ci się kiedyś mieć takie myśli? Mnie się zdarzyło i to nie raz.

Przypomnij sobie, jak się wtedy czułeś? Czy wydawało ci się, że to prawda? Że tak jest w rzeczywistości?

Zaczerpnąłem te sformułowania z listy typowych myśli automatycznych, jakie pojawiają się podczas depresji (bez obawy, nie wystarczy stwierdzić u siebie takich myśli by być uznanym za chorego). Tych myśli doświadczają ludzie będący w najróżniejszych sytuacjach – zarówno gospodynie domowe, jak i uznani reżyserzy czy bankierzy z osiągnięciami. Te myśli nie mają nic wspólnego z ich sytuacją, a jedynie z tym jak pracuje ich umysł.

Są jedynie bełkotem pijanego, depresyjnego mózgu.

Podstawowa różnica, jaka jest między chorymi na depresję a ludźmi, którzy potrafią żyć w sposób konstruktywny jest taka, że ci pierwsi bezkrytycznie „kupują” produkty swojego umysłu. Za obiektywną rzeczywistość biorą obrazy i doznania, jakie wytwarza skomplikowana maszyneria schowana pod ich czołem.

W efekcie:

  • ile razy pojawi się doznanie strachu – żyją w strachu,
  • ile razy pojawi się doznanie złości – żyją w złości,
  • ile razy pojawi się doznanie smutku – żyją w smutku.

Budzenie obserwatora

Gdyby nie możliwości metapoznania, nie moglibyśmy odpowiedzieć na najprostsze pytanie, typu: o czym teraz myślisz?. Możemy nie tylko powiedzieć, o czym myślimy, ale jak nasze myśli się zmieniają oraz jak łączą się z innymi doznaniami.

Dzięki metaświadomości możemy stanąć krok wyżej i przyjrzeć się temu jak pracuje nasz umysł.

Gdy przyjmiesz pozycję życzliwego i zainteresowanego obserwatora i skierujesz uwagę, na to co dzieje się w tobie, łatwo ci będzie pojąć, że twoje myśli i uczucia są myślami i uczuciami. Pojawiają się, przepływają i znikają. Zabarwiają świat, czasem go zaciemniają, czasem wyostrzają. Ale nie są światem.

Są wewnętrznymi zjawiskami wywołanymi przez nasz umysł.

Emocje i myśli są jak chmury na niebie – czasem burzowe, czasem lekkie i jasne, czasem poruszające się bardzo powoli a czasem szybko. Czasem jest ich niewiele (rzadko kiedy nie ma żadnej chmury) a czasem całe niebo jest zasnute.

Nie jesteś chmurami. Jesteś niebem, na którym się pojawiają. Gdy zapomnisz o tym, kim naprawdę jesteś, emocje mogą cię porwać. Zawsze jednak możesz na nowo uzyskać „metaperspektywę”, wyrywając się z fuzji poznawczej.

Gdy nauczysz się takiej perspektywy twoje życie może się zmienić:

  • gdy pojawi się w tobie doznanie strachu – zamiast żyć w strachu, możesz żyć ze strachem, robiąc to co powinieneś, mimo tego, że czujesz obawy;
  • gdy pojawi się w tobie doznanie złości – zamiast żyć w złości, możesz zacząć żyć ze złością – z kłopotliwym, hałaśliwym i dokuczliwym lokatorem, ale jednak lokatorem a nie właścicielem;
  • gdy pojawi się w tobie doznanie smutku – zamiast pogrążać się w nim, możesz żyć ze smutkiem, ciężarem, który cię spowalnia ale nie zamyka w czarnej norze.

Gdy zamiast żyć w emocjach, żyjesz z emocjami jesteś jak człowiek, który został uprzedzonym, że mogą się pojawić różne efekty uboczne. Robi swoje i pozwala emocjom oraz myślom wybrzmieć.

Uwagi do ćwiczeń

Wyjście poza stopienie się ze swoimi myślami czy odczuciami jest dosyć trudne.

To chyba najtrudniejsza umiejętność z tych, o których piszę w tym cyklu.

Łatwo pomylić ją z żonglerką poznawczą. Zacząć np. fantazjować, że umiemy wyjść poza siebie, wejść w skórę drugiej osoby czy nawet unieść się poza świat. Tu naprawdę nie chodzi ani o pozycje percepcyjne NLP, ani o „doświadczenia astralne”. Tego rodzaju praktyki wiążą się z jeszcze mocniejszym zagłębianiem się w swój umysł. Jednym z podstawowych wskaźników czy w swoich ćwiczeniach nie zbaczasz na manowce jest poczucie zwykłości i normalności. Gdy czujesz, że dzieje się coś niesamowitego, niezwykłego, że doświadczasz doznań o niezwykłej przenikliwości, że udało ci się wreszcie zobaczyć istotę świata i przeniknąć przez zasłony materii – to sygnał, że pora zrobić przerwę. Iść do ubikacji, albo pogadać z kimś o cenie rzodkiewki. Gdy mimo tego poczucie olśnienia nie ustępuje, warto udać się do psychiatry albo spowiednika (rabina, imama, guru, sensia, rosiego czy kogo tam masz). Albo jesteś wariatem, albo świętym.

Druga uwaga. Nie da się tego ćwiczyć bez przynajmniej pewnego poziomu akceptacji (pierwszej umiejętności, o której była mowa w poprzednim tekście tego cyklu). Tak długo, póki nie uda ci się porzucić oczekiwania na to by było inaczej niż jest, nie możesz przyglądać się temu jak pracuje twój umysł.

Porzuć nadzieję na uwolnienie się od negatywnych doznań. Porzuć przynajmniej część nadziei, bo inaczej niczego nie dostrzeżesz. Póki chcesz by było inaczej będziesz „przyspawany” do obrazów tworzonych przez swój chimeryczny i zmienny umysł.

Akceptacja oznacza życzliwość czy łagodność dla siebie. Gdy ciągle wybierasz i stawiasz warunki: tak powinienem się czuć, taki powinienem być, tak powinienem myśleć, itp. jesteś nieżyczliwy dla tego, co się w tobie pojawia.

Jesteś jak ktoś, kto wydał przyjęcie, rozesłał zaproszenia a teraz nie wpuszcza tych, którzy przyszli ubrani nie w takich kolorach jak lubi. Gospodarz, mimo, że ma prawo mieć swoje preferencje, musi być życzliwy wobec wszystkich gości.

Z drugiej strony sama akceptacja może być pułapką. Gospodarze nie powinien zostawiać swego domu, całkowicie we władanie gości. Gdy tylko akceptujesz, ale tkwisz w fuzji, negatywne emocje szarpią tobą i porywają cię.

Dlatego ważne jest by oprócz godzenia się na nie umieć je traktować tak jak tego wymagają – jako emocje i myśli – produkty naszego umysłu.

Propozycje ćwiczeń

Jest wiele ćwiczeń, które ułatwiają rozwój umiejętności obserwacji czy de-fuzji poznawczej. Ten artykuł jest wprowadzeniem w temat. Jeżeli będzie taka potrzeba mogę podać więcej ćwiczeń. Teraz tylko wybrane trzy.

Ćwiczenie Eckharta Tolle

Eckhart Tolle, proponuje bardzo proste ćwiczenie (może nawet zabawę), które pomaga rozwinąć umiejętność obserwacji swojego umysłu:

Zamknij oczy i powiedz sobie: Ciekawe, jak pierwsza myśl mi się nasunie. A potem czekaj na nią z wytężoną czujnością, jak kot przy mysiej dziurze. Jaka myśl wyskoczy z dziury? Spróbuj (Echart Tolle, Potęga teraźniejszości, str. 116).

Póki jesteś w pełnej obecności myśli, tak chętnie się nie pojawiają. Gdy się już pojawią ciągle możesz je przez chwilę poobserwować. Nie musisz rzucać się na nie jak kot.

Podsłuchiwanie myśli

By ułatwić sobie obserwację tego, co się dzieje z twoim umysłem możesz posłużyć się wyobraźnią i zabawą. Np.:

  • Pomyśl, że twój umysł jest stacją radiową, posłuchaj tego, co się w nim dzieje, tak jakbyś słuchał radia. Co mówi spiker? Jaką muzykę nadaje?
  • Pomyśl, że twoje myśli to telefon. Słyszysz dzwonek, podnosisz do ucha i słyszysz np.:. Hej, czy ja już ci mówiłem, że nic ci z tego nie wyjdzie? Pomyślałem sobie, że chciałbyś usłyszeć moją rzetelną opinię na twój temat: jesteś ofiarą!
  • Potraktuj swój umysł jak wyskakujące reklamy internetowe. Co się na nich pojawia?

Liczenie oddechów

To chyba podstawowe ćwiczenie, pozwalające rozwinąć tą umiejętność. Prawdziwym celem tego ćwiczenia nie jest uspokojenie czy regulowanie oddechu. Nie jest nawet rozwój umiejętności koncentracji. Najważniejsza jest umiejętność obserwowania swoich myśli jak zjawisk przepływających przez nasz umysł.

Oto krótka instrukcja

Usiądź wygodnie (możesz na krześle lub na poduszce ułożonej na podłodze). Wyprostuj kręgosłup. Głowę trzymaj prosto. Wyobraź sobie, że do samego czubka głowy masz przywiązaną linkę, która podnosi cię do góry, będąc dokładnym przedłużeniem kręgosłupa. Rozluźnij ramiona. Linka podnosi cię tylko w linii kręgosłupa. Ręce połóż swobodnie na kolana. Możesz także położyć je jedną na drugiej, wewnętrzną stroną do góry, lewa dłoń grzbietem na prawej, palce prostopadle do linii nosa. Nie przyciskaj łokci do tułowia, pozwól im leżeć swobodnie. Aby ustabilizować pozycję, możesz wykonać tułowiem i głową parę ruchów w lewo i prawo. Wybierz pozycję w samym środku – najbardziej równomierną i stabilną. Zamknij oczy lub opuść powieki. Możesz skupić wzrok na jakimś punkcie leżącym przed tobą (w odległości metra czy dwóch).

Oddychaj nosem, lekko i bez wysiłku. Dźwięk oddechu nie powinien być słyszalny (jeżeli masz zatkany nos, wcześniej go przeczyść). Obserwuj swój oddech.

W myśli licz wdechy i wydechy (wdech – jeden, wydech – dwa). Możesz liczyć także same wdechy (wdech – jeden, wydech, kolejny wdech – dwa, wydech …)

Gdy dojdziesz do dziesięciu, zacznij od początku. Gdy się pomylisz, nie przejmuj się tym, nie poświęcaj temu zbytniej uwagi. Zacznij liczyć od początku. Gdy uświadomisz sobie, że myślisz o czymś innym, łagodnie wróć do oddechu. Po prostu zacznij liczyć od nowa.

Pozwól, by twoje myśli swobodnie przepływały. Patrz na nie, jakbyś patrzył z okna na przechodniów. Nie biegnij za żadną, ale pozwalaj każdej spokojnie przejść.

Nie kontroluj oddechu. Nie staraj się, by był szybszy czy wolniejszy. Sam z siebie zacznie się wydłużać, ty jednak nie staraj się o to, a jedynie licz ilość oddechów. Wytrzymaj przynajmniej trzy minuty. Nie sprawdzaj czasu na zegarku, ustaw minutnik i przerwij dopiero, gdy usłyszysz sygnał. Gdy w trakcie ćwiczenia pojawi się myśl typu: długo, jeszcze? chyba nie wytrzymam, ale to nudne… pozwól jej przepłynąć i wróć do liczenia oddechów: jeden, dwa, trzy…

Poznaj cztery umiejętności konstruktywnej obsługi siebie samego: akceptacja

Poznaj cztery umiejętności konstruktywnej obsługi siebie samego: akceptacja

Opublikowano 27 listopada 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 14 komentarzy

We wielu tekstach tego bloga pojawiają się opisy różnych umiejętności. Usiadłem ostatnio i zastanowiłem się, jakie są cztery najważniejsze zasady, które pozwalają konstruktywnie żyć. Odpowiedź na takie pytanie zawsze jest efektem tego, w jakim momencie życia jest człowiek, jakie książki ma na biurku i z kim się ostatnio zadaje. Ja od pewnego czasu najbardziej zadaję się z kierunkiem zwanym ACT (Acceptance and Commitment Therapy) oraz z tym wszystkim co wywodzi się z myśli japońskiego psychiatry z początku XX wieku, Shōma Mority. Moja lista nie pretenduje zatem do uniwersalności. Jednak, gdy ktoś mi zadaje pytania lub prosi o poradę, najczęściej mówię mu o jednej (lub kilku) z tych umiejętności.

Chciałbym napisać, że to proste rzeczy. Ale tak nie jest.

Nie mogę ci obiecać, że gdy tylko o nich przeczytasz, od razy wszystko stanie się proste.

Nie. Gdy po raz pierwszy będziesz próbował je zastosować możesz zrobić to nieumiejętnie.

Ale nawet gdybym stał obok ciebie, wiele bym ci pomógł. Te umiejętności wymagają twojej wewnętrznej pracy. Uzbrój się w postawę eksperymentatora. Choć „eksperymentator” nie jest tu najlepszym słowem. Sugeruje gościa w białym fartuchu i sterylnym laboratorium, który przeprowadza skomplikowane operacje. Chodzi mi o coś bardziej prozaicznego. Weź to, co masz pod ręką, rzuć na ścianę i patrz czy się przylepia. Jeżeli odpadło, podnieś i spróbuj jeszcze kilka razy. Możne pod innym kątem, może mocniej, może słabiej… Gdy coś się przylepi, będziesz wiedział jak i czym dalej rzucać.

Co dwa dni pojawią się tekstu o kolejnej z umiejętności.

Będą to kolei:

  • Akceptacja: bądź gotów doświadczyć wszystkiego, co się pojawi (niżej)
  • Obserwacja: pamiętaj, że nie jesteś chmurą i nie daj się porwać.
  • Wartości i cele: miej świadomość tego, co naprawdę ważne
  • Działanie: ubrudź sobie ręce

Akceptacja: bądź gotów doświadczać wszystkiego

Akceptacja jest trudną rzeczą, dlatego, że nasz umysł zazwyczaj posługuje się unikaniem.

Gdy coś jest bolesne czy choćby nieprzyjemne, unikamy tego. Gdy dotkniesz rozgrzanej kuchni, automatycznie wycofujesz rękę. To sensowne, jeżeli chodzi o świat zewnętrzny. W świecie wewnętrznym, ta strategia prowadzi do poważnych problemów. Gdy pojawia się w tobie złość, smutek czy zagubienie nie możesz po prostu odsunąć ręki, albo odwrócić się i udawać, że nic się nie dzieje.

Im bardziej będziesz próbował uniknąć swojego wewnętrznego doświadczenia, tym większą będzie miało nad tobą kontrolę. Przypomina to trochę grząskie piaski.

Człowiek wchodzi na piasek i nagle zapada się po kolana. Próbuje się oswobodzić, szarpie się, ale piasek wciąga go coraz bardziej. W końcu jedyne, co po nim zostaje to kapelusz.

Grząski piaski są niebezpieczne, bo uwolnienie się z nich wymaga działania sprzecznego z pierwszym odruchem. Zamiast szarpać się i próbować wyrwać, trzeba przestać się ruszać, zacząć głęboko oddychać i położyć na plecach. Gdy się szarpiesz, ciężar ciała oparty jest na małej powietrzni stóp. To powoduje wbijanie ich w piasek. Gdy ciężar ciała rozkłada się na większej powierzchni, zaczynasz unosić – tak jakby piasek był gęstą cieczą. Wykonując powolne, niewielkie ruchu, możesz dopłynąć do brzegu.

Podobnie jest z negatywnymi doznaniami. Im bardziej chcemy je zmienić, im bardziej nam się nie podobają, tym bardziej nas wciągają. Walka i szarpanie się tylko pogarsza sytuację.

Ofiara grząskich piasków ginie, bo błędnie założyła, że to jedyna droga przeżycia. W odniesieniu do emocji i myśli również mamy cały szereg błędnych założeń. Myślimy:

- Muszę się wziąć za siebie.

- Nie mogę sobie na to pozwolić.

- Wystarczy chcieć.

- To ja jestem odpowiedzialny za to jak się czuję.

- Muszę być wobec siebie bardziej stanowczy.

- Nie mogę być smutny / wściekły / przygnębiony, itp…

- Nie wolno mi czuć złości.

- Zawsze muszę myśleć pozytywnie.

- Ludzie sukcesu nigdy źle się nie czują, a ja jestem człowiekiem sukcesu!

Nie wiem czy opowiadałem już tą historię. Jakiś czas temu, grupka znajomych Anglików wybrała się do Pragi. Gdzieś w środku miasta znaleźli wygodny trawnik. Ponieważ zbliżała się siedemnasta, a oni mieli przy sobie kompletny sprzęt turystyczny, rozłożyli karimaty, kuchenkę turystyczną i zapatrzyli herbatę. Gdy już prawie kończyli ja popijać ze swoich blaszanych kubków, pojawiło się dwóch mundurowych. Gdy zorientowali się, że to Anglicy, jeden z nich powoli, szkolnym angielskim powiedział:

- It is not possible to sit on the grass – zapewne chciał powiedzieć, że w tamtym miejscu obowiązuje zakaz siadanie na trawie, ale wyszło mu, że to niemożliwe by siedzieć na trawie.

Jeden z Anglików, siwy pan w okularkach a la Ghandi, imieniem Hol, popatrzył na niego z miną wyrozumiałego nauczyciela i odpowiedział:

- No. It is possible. We are just sitting (Nie, to możliwe. Przecież siedzimy).

Bardzo często zachowujemy się względem naszych doznań jak ten średnio rozgarnięty czeski policjant:

- Nie mogę się tak czuć. To niemożliwe bym czuł [zawiść, złość, pożądanie, smutek, depresję, zmęczenie, żal, poczucie winy,…]

Nie stary. Możesz nie chcieć tego czuć. Ale to czujesz. It is possible! To się właśnie dzieje.

Twój świadomy wysiłek by tego nie czuć nic ci nie da. Uczucia nie podlegają naszej wolicjonalnej kontroli. Próby pozbycia się ich za pomocą wysiłku woli na nic się nie przydają.

Jedyne, co możesz zrobić to je zaakceptować. Dopuścić do świadomości. Doświadczać ich i obserwować je z pełną uważnością.

Opór czy zaprzeczanie tylko pogarsza sprawę. Gdy wypchniesz swoje odczucia poza zakres świadomości wcale nie przestaną istnieć. Zejdą tylko pod powierzchnię. Ale stamtąd będą na ciebie wpływać w jeszcze większym stopniu. Znacznie lepiej jest by pozostały na powierzchni.

Ćwiczenie akceptującej świadomości

Akceptacja jest umiejętnością, którą trzeba rozwijać. Całe szczęście mamy do tego wiele okazji. Jest nią każda sytuacja, w której dostrzegasz coś, co budzi twój niepokój, zażenowanie, złość smutek czy jakiekolwiek negatywne uczucie.

Gdy spotkasz taką sytuację spróbuj przyjrzeć się temu, co czujesz bez odwracania się. Zaakceptować nie oznacza od razu pokochać. Wystarczy przestać udawać, że tego nie ma.

Przestać walczyć i wypychać to, co jest w tobie.

Popatrz na to, co czujesz tak, jakby patrzył ktoś inny. Ktoś, chce jedynie opisać proces, który zachodzi.

  • Jakie doznania odbierasz?
  • Co do siebie mówisz?
  • Jak się czujesz?
  • Na czym skupiasz uwagę?
  • Co jest w tym momencie dla ciebie ważne?

Nie stosuj żadnej taryfy ulgowej. Nie wybieraj: to warto dostrzec, a tego nie. Zobacz wszystko. Bez oceny.

Jesteś do tego zdolny. Być może nie od razu wszystko łatwo ci będzie objąć. Z czasem będzie jednak coraz lepiej.

Chodzi tylko o to, by biernie zauważyć. Bez próby wpływania czy kontroli. Nie walcz. Łapiesz się np. na tym, że masz ochotę, powiedzmy, ukraść trochę cukierków ze sklepu. Albo, podczas rozmowy ze swoim szefem całkowicie go zgnoić. Albo, że masz ochotę uciec, schować się przed ludźmi i nie wychodzić z norki. Albo by ktoś cię przytulił, pogłaskał po głowie i powiedział, jaki jesteś biedny. Cokolwiek…

Dobra, masz taką chęć. I tyle. Wystarczy to stwierdzić. Bez walki. Jeżeli powiesz sobie: natychmiast przestań, jeżeli użyjesz tak zwanej siły woli, efekty będą pozorne. Na chwilę – może na trzy sekundy wystarczy. Jednak bądź pewny, że wszystko wróci i prawdopodobnie będzie jeszcze mocniejsze. Dlatego po prostu dopuść to do świadomości. Stwierdź, ale nie walcz. Dobra, mam ochotę ukraść te cukierki, mam ochotę mu dołożyć, mam ochotę uciec, mam ochotę poddać się, mam ochotę by ktoś mnie potraktował jak małe dziecko… I tyle.

Jeżeli nie znajdujesz u siebie takich negatywnych doznać, sprawdź czy nie unikasz jakiegoś rodzaju:

- myśli (np. nie uda mi się nic osiągnąć; nie jestem odpowiednio inteligentny; inni są mądrzejsi i sprawniejsi ode mnie… )

- wspomnień (np. sytuacji w której zostałeś upokorzony przez kogoś; sytuacji w której, ktoś cię oszukał…)

- ludzi (np. gadatliwych znajomych, osób; które ci się bardzo podobają…),

- obrazów (np. wizji że coś staje się bliskim; własnej nieporadności…)

- zachowań (np. wyrażania złości; niezgadzania się z kimś; biernego odpoczynku)

- odczuć i emocji (np.: lęku, niepewności, wstydu, smutku, złości, poczucia winy, zażenowania, zmieszania, nieśmiałości)

Zrób listę takich rzeczy.

Wiem, że to nie jest łatwe zadanie. Poświęć na to zadanie dzień lub dwa. W trakcie tych dni uważnie przyglądaj się, czego i kogo unikasz.

Być może uda ci się dojść od razu do tego, jakiego rodzaju odczuć i emocji unikasz. Być może masz na swojej liście jedynie zestaw obrazów, zachowań czy sytuacji. Jeżeli tak, dotrzyj do emocji, jakie stoją za nimi. Opisz te doświadczenia.

Jakie ich natężenie (od 1 do 10) jesteś w stanie obecnie znieść? Powiedzmy, że uczuciem, którego staram się unikać za wszelką cenę, jest bycie głupim i nielubianym. Moja tolerancja wynosi 2. Ledwo znoszę choćby najmniejsze objawy tego doznania.

Ustaw teraz swój cel o dwa, trzy punkty wyżej. Chodzi tylko o to byś bardziej świadomie doznawał, tego, czego doznajesz. Nie chodzi o, to byś się poddawał. Obserwuj przez najbliższe dni to doznanie. Nie staraj się go zmienić. Dąż tylko do tego by go w nieco pełniejszy sposób doświadczać.

Nie chodzi o to, byś od razu został guru, który przeniknął wszystkie tajemnice swojej psychiki. Wzbudź w sobie tylko ciekawość by zobaczyć to nieco dokładniej.

Zanim odwrócisz się w tył i zaczniesz uciekać, przyjrzyj się temu, przed czym się chowasz.

Jeżeli podejdziesz poważnie do tego zadania, zobaczysz, że zamiast unikać tych emocji, będziesz raczej podchodził do nich na zasadzie, naukowca, badającego tornada.

Nie cieszy się gdy zbliża się tornado, bo wie, jakie zniszczenia i ryzyko z nim się wiąże. Ale nie ucieka bo tornado jest dla niego fascynujące. Chce na jego temat jak najwięcej się dowiedzieć. Przygląda mu się uważnie. I zazwyczaj, dzięki takiej postawie jest znacznie bezpieczniejszy, niż ludzie, którzy panicznie wskakują pod pierwsze lepsze łóżko, byle tylko się ukryć, lub, którzy udają, że nic się nie dzieje i mają nadzieję, że tornado ich ominie.

W niedzielę kolejna umiejętność: umiejętność odplątywania się z emocji i myśli.

Dostrzec to, co dziś dostałem

Dostrzec to, co dziś dostałem

Opublikowano 25 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 6 komentarzy

Ten sam dzień…

Gdy zadzwonił budzik było ciemno. Przestawiłem na piętnaście minut później. Znowu ciężka noc. Dzieci płaczące z powodu nocnych koszmarów i budzące się od kataru. Co chwila trzeba wstać, przykryć, uspokoić. A potem, gdy człowiek zaczyna wreszcie spać, pobudka. Ból w skroniach. Zmiana bandażu na ręce. Szwy jak u zombie. Na zewnątrz zimno, nie chce się nigdzie iść. W pracy na stole stos książek i porozkładane bez składu notatki. Zacząłem pisać. Ale po chwili pomyślałem, że potrzebuję programu do robienia konspektów. Przez dwie godziny szukałem w internecie a potem konfigurowałem. Gdy wreszcie usiadłem do pisania, okazało się, że brak mi kilku informacji. Przeszukiwanie artykułów i książek. Coraz mocniejsze poczucie, że nic mi się dziś nie udaje. Wyszedłem z pracy czując, że odniosłem porażkę. Było znacznie cieplej niż rano. W zasadzie gorąco. Doszedłem do domu spocony i zmęczony. Gdy usiadłem na chwilę w fotelu, najmniejsza przyszła na czworakach. Wstała, chwyciła się nogi i podryguje, czekając aż wezmę ją na ręce. Starsza też wymaga uwagi. Trzeba wyciągnąć farby i chronić przed wymalowanie wszystkiego wokół.

A w głowie, co pewien czas myśli: zmarnowany dzień; nie udało się zrealizować planów; muszę bardziej się starać; ciągle w tym samym miejscu; jestem bezproduktywny…

Wreszcie poszły spać. Siedzę zmęczony i zniechęcony na sofie. Przez chwilę trzymam w ręku pilota. Włączyć kolorowe obrazy i nie myśleć. Po takim dniu trochę dryfowanie dobrze mi zrobi. Jednak wyciągam z torby kwartalnik, który noszę z sobą od dawna licząc, że znajdę gdzieś po drodze czas na czytanie. Na ostatniej stronie jest wiersz. Rosemery Wahtola Trommer, mama – poetka, pisze:

W chwilach przed zaśnięciem

Co dziś osiągnęłam?
Zamek z krzeseł i poduszek
zbudowany wspólnie z moim chłopcem.
Pełzanie wewnątrz niego a później rozbieranie.
Jeszcze. Jeszcze.
Wspólne szukanie źródła słodkiego zapachu
bez dotarcia do kwiatu, z którego pochodził.
Wspólny popołudniowy piknik z ciastem z mango i truskawek
pokruszonym na kuchennej podłodze.
Umyte talerze.
Nasze poszukiwania szparagów pod wiśniami, daremne.
Tory naszej drewnianej kolejki z ośmioma pętlami i trzema wzgórzami,
rozmontowane i zapakowane do pudełka.
Jego zęby wyszczotkowane, moje zęby wyszczotkowane.
Nasze ubrania złożone w stos by jutro je uprać.
Miłość tak silna, łamiąca klatkę
jaką stała się moja ochota na lot,
oswajająca nadzieję na wolność zrobienia spisu rzeczy do zrobienia,
odwracająca mnie od małego ja do wielkiego,
mały dar za małym darem*.

…widziany inaczej

Co ja dziś osiągnąłem? Nagle widzę swój dzień. Ale już nie z perspektywy:

  • Jak daleko do moich celów?

ale z perspektywy:

  • Co cennego dziś się wydarzyło?
  • Co cennego dziś dostałem?

W nocy możliwość bycia blisko dziecka. Okrywania go i uspokajania. Wsłuchiwania się w jego oddech. Potem możliwość wstania o piętnaście minut później. Także możliwość czucia swojej kruchości i cielesności, gdy bandażowałem rękę. Potem możliwość szukania nowych sposobów pracy i przeglądania nowych książek. Dostałem uwagę innych ludzi. Ich chęć słuchania i mówienia. W domu możliwość działania bez oglądania się na to, jak się czuję. Dotyk rączek dziecka, wdrapującego się na kolana. Jego miny i gaworzenie. Zapach farby zmywanej z małego, czerwonego stołu. Bycie potrzebnym. I nawet to, że tego wszystkiego nie do końca byłem świadomy. Po raz kolejny poczułem jak wiele zależy od sposobu patrzenia i jak ważne jest pamiętanie o wdzięczności.

Dociera do mnie, jak wiele dostałem. Jak bardzo zostałem obdarowany.Jakbym wyszedł z egzaminu, przekonany, że oblałem, a tu okazuje się, że zdałem celująco. Dostałem więcej niż to, na co zasługuję. Znacznie więcej niż sam dałem. Zasypiam przepełniony wdzięcznością.

Ćwiczenie: lista rzeczy za które czuję się wdzięczny

Jest przynajmniej kilka ćwiczeń, które mogą nas nauczyć życia w teraźniejszości. Mam nadzieję, że uda mi się je z czasem je opisać.

Dziś bardzo proste, ale ważne ćwiczenie.

Usiądź wieczorem i zrób listę. Spisz wszystko, co dzisiejszego dnia dostałeś. Wszystko, to, za co możesz być wdzięczna. Codziennie przez dwa tygodnie, każdego dnia spisz minimum pięć rzeczy. Każdego dnia inne. To może być cokolwiek. Sprawy małe jak i duże. Ludzie, wydarzenia, przedmioty, twoje osiągnięcia, talenty i uzdolnienia… Kto wzbogacił twoje życie? Pomyśl o nieznajomych, bliskich, współpracownikach, sąsiadach, dalekich znajomych, spotkanych nieznajomych, ludziach których nigdy nie poznasz … Możesz pomyśleć także o zwierzętach, krajobrazach, miastach, ulicach,…

Np. dziś mogę napisać na swojej liście, że jestem wdzięczny za:

  • to, że udało mi się wcześnie wstać,
  • kolory nieba jakie widziałem idąc do pracy,
  • smak i zapach porannej kawy,
  • komentarze na moim blogu,
  • muzykę, którą mogłem słuchać przy pracy (podcasty z KEXP oraz Radia Tres)

Oczywiście można spisać więcej pozycji. Idealnie jest założyć zeszyt i codziennie poświęcić dziesięć, piętnaście minut na spisywanie tego wszystkiego, co dziś dostaliśmy.

Ważne by robić to regularnie przez kilkanaście dni. Buduje się w nas wtedy nawyk. Dzięki niemu nasz świat staje się inny.

Jeżeli nie jesteś w stanie znaleźć w sobie poczucia wdzięczności nie staraj się go osiagać na siłę. Nie staraj się wzbudzać w sobie żadnych odczuć. Zamiast tego po prostu poszukaj rzeczy, które dostałaś bez swojego wkładu. Od innych ludzi, od losu, od Boga czy od natury. Każdy dostaje takie rzeczy. Gdy człowiek je sobie uświadomi, z czasem poczucie wdzięczności samo przychodzi.

To nie chodzi o to by coś zmieniać w swoich uczuciach. Chodzi tylko o to, by zmusić swoją uwagę do nieco innego patrzenia na świat. Takiego, które dostrzega dzisiejsze dary. Wystarczy uważnie się rozglądać. .

Warto to umieć. Często codzienne zmagania zajmują nam tyle czasu i energii, że gdy już uda nam się zrealizować marzenia, nie jesteśmy w stanie się tym cieszyć. Przez te lata walki staliśmy się do tego niezdolni. Gdy przez pół życia nie dostrzegłeś niczego, z czego można było by się cieszyć, nie będziesz czuć radości, gdy przyjdzie ten wielki dzień. Ciągle będziesz rozglądać się za czymś innym.

Są ludzie będący w bardzo trudnej sytuacji. Tacy, którzy muszą się solidnie nagimnastykować by znaleźć pięć rzeczy, za które można dziękować. Ale nie ma ludzi, którzy niczego nie dostają. Każdy z nas, nawet w najtrudniejszej sytuacji dostaje wiele rzeczy. Corrie ten Boom, której rodzina została wysłana do obozu koncentracyjnego za ukrywanie Żydów, wspominała, że dziękowała za pchły w jej baraku, bo dzięki nim strażnicy trzymali się nieco w oddaleniu, co dawało im nieco prywatności i pozwalało na praktyki religijne. Jeżeli tam można było czuć wdzięczność, jak można nie znaleźć niczego w naszym codziennym, pełnym wygód życiu?

Nawet, jeżeli wydaje ci się, że twoje życie jest bez sensu i nie możesz doczekać się zmiany, warto uczyć się wdzięczności. Choćby, dlatego, by ciągle być zdolnym do jej czucia, gdy wreszcie wszystko się odmieni.


* To dosyć kiepskie (moje własne) tłumaczenie. Niżej wiersz w oryginale.

Wiersz pochodzi z tomiku: Holding Three Things at Once. Rosemerry Wathola Trommer

In Moments Before Sleep

What did I achieve today?
Built forts with my boy
out of chairs and couch cushions,
Crawled inside then tore them down.
Again. Again.
Chased together the scent of something sweet,
never finding the flower from which it came.
Shared a mid-afternoon picnic of mango and strawberry crumble
sprawling on the kitchen floor.
Soaked and cleaned the dish.
Our search for asparagus beneath cherry trees, thwarted.
Our wooden train track with eight loops and three hills
disassembled and boxed and stowed.
His teeth brushed, my teeth brushed.
Our clothes in the pile to be washed tomorrow.
Love so strong it broke the cage
that my taste for flight had become,
tamed my hope for freedom to do the to do list,
turned me from the one self to the huge self
small gift by small gift.

Zachwyt nad teraźniejszością

Zachwyt nad teraźniejszością

Opublikowano 23 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

To nic złego, że rozkoszujemy się myślą o tym, co nas czeka. Źle jednak, gdy te myśli prowadzą nas do konfliktu z tym, co teraz. Tak bardzo pragnę, by wreszcie zrealizowało się moje marzenie, że to, co się dzieje teraz jest tylko cierpieniem. Ponieważ cały czas widzę wewnętrznym okiem piękne i jasne barwy świata wizji, moje teraz jest szare, brudne i okropne.

To jeden z powszechnym mechanizmów funkcjonowania naszego umysłu. Pema Cziedryn pisze:

Poczucie, że teraźniejszość nie jest wystarczająco dobra, to jeden z najgłębszych nawykowych schematów naszego myślenia… Nawet, gdy teraz wszystko nam się dobrze dzieje – jesteśmy zdrowi, spotkaliśmy partnera naszych marzeń, urodziło nam się dziecko, dostaliśmy wymarzoną pracę – mimo wszystko mamy tendencję do myślenia o tym, co będzie później. Nie doceniamy w pełni tego, kim jesteśmy obecnie[i].

Gdy skupiam się tylko na swojej wizji, czuję się uwięziony, spętany i ograniczony przez teraźniejszość. Chciałbym jak najszybciej przeskoczyć moje tutaj i teraz. Zmienić je na to przyszłe – wymarzone i kolorowe.

Gdzieś w środku rodzi się niecierpliwość i niechęć. Czuję to, gdy czasem, po całym dniu pisania z rozczarowaniem czytam to, co napisałem. Zaczynam czuć coraz większą niecierpliwość i mówić do siebie: kiedy wreszcie to skończę, kiedy wreszcie uda mi się wszystko zamknąć i odstawić na półkę. Zapominam o tym, jak dobrze mi się pisało czy też, ile rzeczy odkryłem. Zamiast tego skupiam się na tym, jak nie dość blisko jestem. Następnego dnia siadam z poczuciem, że dziś muszę wygrać i pokonać swoje teraz. To pułapka. Im bardziej jestem zniecierpliwiony, tym bardziej wpadam w konflikt z rzeczywistością i tym bardziej uciekam od „tu i teraz”. I tym bardziej gubię jedyną drogę, jaką mam.

Martin Buber pisze:

Podobno pewien mędrzec z Talmudu widział drogi niebieskie tak wyraźnie jak ulice w swoim rodzinnym mieści Nehardei. Chasydyzm odwraca kolej rzeczy: ważniejsze jest, by dla kogoś ulice w rodzinnym mieści były tak jasne jak szlaki niebieskie.[ii]

Są tacy, który widzą swoje marzenia, dokładnie, tak jakby były to ulice ich miasta. W wyobraźni przechodzą się po swoim przyszłym domu czy ogrodzie. To nic złego o ile nie stają się przez to całkowicie zagubieni w swoim własnym mieście. Często są tak pochłonięci „niebieskimi ścieżkami”, że potem nie mogą znaleźć drogi do swojego obecnego domu. A droga do nieba zawsze zaczyna się spod drzwi twojego domu. Dokładnie stąd, gdzie w tym momencie się znajdujesz. W konkretnej miejscowości, przy konkretnej ulicy, z konkretnymi słabościami, trudnościami i ograniczeniami. Twoje niebo zaczyna się tutaj, teraz, a nie gdzieś tam, kiedyś w przyszłości. Krok, który za chwilę zrobisz jest pierwszym krokiem na ścieżce twojego niebieskiego ogrodu. Lepiej, by ten krok był pełny uważności.

Patrz na marzenia, ale takim samym światłem oświetlaj twoje tutaj i teraz. Nikt nie neguje tego, że warto wiedzieć gdzie człowiek dąży. Ale to nie uzasadnia ślepoty na świat, który dziś jest wokół ciebie.

To wszystko, co cię otacza, wszyscy ludzie, wszystkie przedmioty, wszystkie wydarzenia, wszystkie porażki i trudności są szczeblem na drodze do twojego nieba. Trzeba się tylko w nie wsłuchać, poświęcić im wystarczająco dużo uwagi.

Rabin Lawrence Kushner, pisze:

To, czego szukamy nie znajduje się w przeszłości ani w przyszłości. Nie jest gdzieś daleko ani w posiadaniu kogoś innego. Jest dokładnie tu, gdzie jesteśmy[iii].

Rozejrzyj się wokół i zobacz jak cenne i cudowne rzeczy cię otaczają.


[i] Pema Cziedryn, Zacznij to gdzie jestes (Kraków: Khandro, 2004), 144-145

[ii] Martin Buber, Droga człowieka według nauczania chasydów (Warszawa: Wydawnictwo Cyklady, 2004), 45

[iii] Lawrence Kushner, Duchowość żydowska. Krótkie wprowadzenie dla chrześcijan (Poznań: W drodze, 2002), 84

Obecność

Obecność

Opublikowano 19 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii, Uwaga | 8 komentarzy

Miasto, w którym znajdował się klasztor zen nawiedziło trzęsienie ziemi. Gdy ściany zaczęły się chwiać wszyscy biegali w panice i krzyczeli. Tylko mistrz siedział spokojnie. Gdy trzęsienie się skończyło mistrz zebrał uczniów i powiedział:

- Mieliście okazję zobaczyć jak postępuje człowiek zen. Czy zauważyliście, że gdy wy biegaliście jak szaleni, ja spokojnie, bez drżenia rąk popijałem wodę?

Jeden z uczniów zaczął się śmiać.

- Z czego się śmiejesz? – zapytał nauczyciel.

- Panie – odparł –to, co piłeś, to był sos sojowy!

Biedny mistrz, nie dostrzegł nawet różnicy. Nic dziwnego. W trakcie niebezpiecznych sytuacji mamy tendencję do tego by wpadać w hipnotyczny trans. Odcinamy się od bezpośrednich doznań i tego, co się dzieje wokół. Zamykamy się w swoim własnym świecie. Mówiąc żargonem – dysocjujemy się. To naturalny mechanizm. Dzięki temu, że wpadamy w trans, możemy w trudnej sytuacji stać się niepodatni na ból lub robić rzeczy, o których normalnie nawet byśmy nie pomyśleli. Dopiero potem, gdy napięcie opada mdlejemy.

Nawyk

Temu kiepskiemu nauczycielowi przydarzyło się to, gdy zobaczył jak wokół padają ściany. Duży stres sprawił, że wpadł w stupor jak przestraszony królik. Ale i tak nie był najgorszy. To, co w jego przypadku było efektem mocnego stresu dla wielu osób jest codziennym nawykiem. Budzimy się rano, patrzymy na zegarek, łapiemy się za głowę i wpadamy w trans na dalszą część dnia. Co prawda nie mylimy sosu sojowego z wodą, ale pijąc nie czujemy smaku, siedząc nie czujemy ani krzesła ani swojego ciała, idąc na spacer nie widzimy chmur ani drzew, spotykając się z ludźmi nie widzimy ich, rozmawiając z nimi nie słyszymy. Przechodzimy przez życie na autopilocie, zamknięci w myślach, wspomnieniach czy planach.

Spróbuj opisać dokładnie swój wczorajszy dzień. Zamknij oczy i przywołaj wszystkie szczegóły. Co widziałeś, słyszałeś czy czułeś, od chwili, gdy wstałeś rano? Jaką osobę zobaczyłeś jako pierwszą po wyjściu z domu? Jak ta osoba była ubrana? Jaką miała minę, gdzie patrzyła? Gdy wykonasz to ćwiczenie, możesz się zdziwić, jak niewiele rzeczy pamiętasz. Większość ludzi, gdy minie kilkanaście godzin od jakiegoś wydarzenia, pamięta tylko ogólne rzeczy. A nawet te ogólne są na bieżąco odgadywane – często nietrafnie.

Czy to kwestia pamięci?

Nie mam dobrej pamięci – możesz powiedzieć. Po prostu nie pamiętam, ale to nie znaczy, że jestem nieobecny.

Kiedyś narzekałem na swoją pamięć do imion. Gdy ktoś mi się przedstawił nie byłem w stanie zapamiętać jego imienia. Musiałem go kilka razy prosić o przypomnienie. To duża przypadłość, gdy się prowadzi szkolenia. Trudno zadać bezpośrednie pytanie, trudno odnieść się do czegoś, co uczestnik powiedział, trudno zbudować dobre relacje. Odkryłem jednak, że pamiętanie imion nie ma nic wspólnego z pamięcią. Wiąże się natomiast z uwagą, jaką poświęcasz ludziom. Jeżeli jesteś w pełni obecny i uważnie ich słuchasz, jesteś w stanie zapamiętać nie tylko imiona, ale wiele innych ważnych szczegółów. Gdy myślisz o tym, co za chwilę powiesz, lub wspominasz, co było przed chwilą, choćby i pięć razy ktoś powtarzał ci swoje imię, dalej będziesz miał problem z zapamiętaniem.

Dziś, gdy nauczyłem się uważnie słuchać tego, co ludzie mówią, jestem w stanie od razu zapamiętać i dwadzieścia imion. A gdy mi się to nie udaje, od razu wiem, że jestem rozproszony.

Podobnie jest z tym, co pamiętamy z naszej codzienności. Jeżeli ktoś jest w pełni obecny, bez wysiłku zapamiętuję wiele szczegółów. Jeżeli przechodzi przez życie na autopilocie, świat spływa po nim jak woda po kaczce, nie zostawiając wielu śladów.

Trans

Wiele osób interesuje się hipnozą i autohipnozą. Gdy idą do hipnoterapeuty czy na jakieś zajęcia, na których ma być stosowana hipnoza, są podekscytowani. Jak to jest być zahipnotyzowany? Większość czuje potem rozczarowanie. Pytają: to wszystko? Przecież to nic niezwykłego. Oczywiście nie mówię tu o głębszych stanach transowych. Ale jak zauważył Milton Ericson, każdy z nas, na co dzień niezliczoną ilość razy wchodzi w stan lekkiego transu. Wystarczy się rozejrzeć. Przyjrzyj się ludziom, których widzisz obok siebie. Kto z nich ma ograniczony kontakt z rzeczywistością? Kto jest częściowo nieobecny? Prawdopodobnie nie będziesz miał problemu ze znalezieniem ludzi w takim stanie.

Stan lekkiego transu jest naszym normalnym stanem. To nie wprowadzania w autohipnozę powinniśmy się uczyć, a rozpoznawania tego, że w niej jesteśmy i wychodzenia z niej. Trans jest potrzebny (w końcu sen też jest formą transu, a bez niego nie da się funkcjonować). Jednak przez większą część naszego czasu powinniśmy być w pełni świadomi i obecni.

Trening obecności

Bycie obecnym jest kwestią treningu. We wielu klasztorach zen, mistrz przechadza się z drewnianym kijem. Gdy tylko widzi, że ktoś traci kontakt z rzeczywistością, wchodzi jakieś oderwane od życia pętle, resetuje delikwenta tłukąc go kijem tak mocno jak tylko może. Parę dni temu przeczytałem gdzieś, że tą metodę stosowano także podczas szkolenia jednostek specnazu. Instruktor cały czas pilnował by uczeń był świadomy tego, co dzieje się wokół.

Czy to nie jest męczące być cały czas świadomym tego, co się wokół dzieje? Jest odwrotnie niż oczekujemy. Gdy jesteś w pełni obecny twoja uwaga jest skupiona i zharmonizowana. To z kolei sprawia, że czujesz przypływa energii.

Prawdziwy mistrz zen byłby w stanie, nawet największego zamętu dostrzec, że ma przed sobą sos sojowy a nie wodę. Prawdziwy mistrz zen jest w pełnie skupiony na tym, co się dzieje wokół. Jest opowieść dotyczące XIX wiecznego mistrza Nan-in i jego ucznia Tenno.

Po dziesięciu latach nauki Tenno osiągnął tytuł nauczyciela. Pewnego deszczowego dnia poszedł odwiedzić swojego mistrza Nan-in. Gdy wszedł, mistrz powitał go pytaniem:

- Czy zostawiłeś swoje sandały w przedsionku?

- Tak- odpowiedział Tenno.

A czy parasol jest po lewej czy prawej stronie sandałów?

Tenno zmieszał się, ponieważ nie potrafił natychmiast udzielić odpowiedzi. Uświadomił sobie, że nie był uważny przez każdą minutę. Dlatego też przez następne sześć lat kontynuował naukę u mistrza Nan-in.

Propozycja ćwiczenia

Uważność można ćwiczyć na różne sposoby. Oto jedna z propozycji:

Wybierz jakąś codzienną, zwykłą czynność, która trwa minimum dziesięć minut. To może być np. zamiatanie, odkurzanie, prasowanie, kąpiel, spacer, pranie, jedzenie.

Wykonaj ją przez cały czas skupiając się tylko na niej. Nie rób żadnych innych rzeczy. Nie słuchaj radia, nie rozmawiaj, nie obmyślaj – po prostu to rób, to co robisz. Wbrew pozorom to bardzo trudne zadanie. Zobaczysz, że umysł zacznie ci uciekać i przełączać się. Gdy tak się stanie, spokojnie wróć do swojego zadania. Skup się na doznaniach (zapachach, temperaturze, dźwiękach, ruchach, widokach) związanych z tym, co robisz.

Z czasem zobaczysz, że twoja uwaga stanie się coraz bardziej skupiona. Być może uda ci się także dostrzec, że po kilku razach, zyskają na tym ćwiczeniu także twoje „wielkie i poważne” zadania.

<div xmlns:cc=”http://creativecommons.org/ns#” about=”http://www.flickr.com/photos/h-k-d/3635825539/”><a rel=”cc:attributionURL” href=”http://www.flickr.com/photos/h-k-d/”>Photo by h.koppdelaney -  http://www.flickr.com/photos/h-k-d/</a> / <a rel=”license” href=”http://creativecommons.org/licenses/by-nd/2.0/”>CC BY-ND 2.0</a></div>

Moment na decyzję: poddać się lub biec

Moment na decyzję: poddać się lub biec

Opublikowano 07 września 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 3 komentarze

Nie wolno tego czuć!

Ojciec z synem kończyli jeść lody. Ośmiolatek wysmarował sobie całą twarz. Ojciec nie mógł znaleźć chusteczki by go wytrzeć. Niedaleko była pizzeria. Ojciec pokazał ją synowi i powiedział:

- Idź tam i poproś o serwetkę, na pewno ci dadzą.

- Ale ja się wstydzę…

- Jak to się wstydzisz?! Nie wolno czuć wstydu! Taki chłopak i się wstydzi. No idź!

- Ty idź…

- No dobra, jakoś inaczej to wyczyścimy.

Pewnie ojciec ojca też mówił „nie wolno się wstydzić”. Syn będzie to zapewne powtarzał swojemu synowi.

W efekcie:

  1. Dziecko dalej jest nieśmiałe (ojciec sam czuł się nieśmiały i dlatego wycofał się z pomysłu)
  2. Dziecko dowiaduje się, że jest z nim coś nie tak, bo czuje coś, czego nie powinno.

Zamiast pomóc dzieciom nauczyć się radzić sobie z emocjami, wiele osób wydaje im instrukcje. Opisuje im jak powinny się czuć.

Ale jestem biedna…

Błędem jest zaprzeczanie uczuciom, ale błędem jest także poddawanie się im.

Idziemy z córką na dłuższy spacer. Mała rzeczywiście nachodziła się sporo i ma prawo być zmęczona. Słyszę:

- Tatusiu nie mam siły.

Nie zastanawiając się, biorę ją na ręce. I dopiero wtedy myślę:

- Zaraz, zaraz, coś mi tu nie gra…

Gdy następnym razem słyszę „nie mam siły” pytam, czy to znaczy, że chce bym ją wziął na ręce.

- Tak.

- Jeżeli o to ci chodzi, to chciałbym byś mi mówiła co chcesz, a nie skarżyła się, że nie masz siły.

Umawiam się z nią, że gdy będzie chciała, bym wziął ją na ręce zada mi pytanie:

- Czy możesz mnie wziąć na ręce?

Ćwiczymy to kilka razy, tłumaczę jej, że to nasze zaklęcie, że po samym „brakuje mi siły” wyrażę tylko zrozumienie.

Po jakimś czasie słyszę:

- Tatusiu nie mam siły.

- Rozumiem, rzeczywiście długo szliśmy.

- Tatusiu! Ale ja nie mam siły!

- Tak, to nieprzyjemne uczucie.

Zatrzymuje się i tupiąc nogą powtarza „nie mam siły”. Ponieważ nie biorę ją na ręce, kładzie się na ziemii.

Mówię jej:

- Pamiętasz nasze hasło?

- Ale ja nie mam siły…

Podpowiadam jej szeptem:

- Czy – możesz – mnie – wziąć…

- Aha! Czy możesz mnie wziąć na ręce?

- Z przyjemnością!

Dopiero po kilku powtórzeniach nauczyła się mówić, czego chce.

Dzieci szybko uczą się tego rodzaju manipulacji. Mówię rodzicom, jaki jestem słaby, jak mi nie wychodzi, jak sobie nie radzę, a rodzice automatycznie biorą mnie na ręce, pomagają rozwiązać zadanie, rozprawiają się z huliganami, idą do klasy i wstawiają się za mną u pani,… . I nie problem w tym, że rodzic coś robi. Czasem (zależnie od sytuacji) trzeba . Problem w tym, że dziecko uczy się bezradnego poddawania się.

Nie zawsze biorę dziecko na ręce. Czasem mówię:

- Nie, ale może zrobimy krótki postój i odpoczniemy.

- albo: Może będziemy iść wolniej

- albo: Może pójdziemy inną drogą.

Chodzi mi o to, by dziecko nauczyło się, że gdy nie ma siły może coś z tym zrobić – poprosić o pomoc czy zaproponować odpoczynek. Samo stwierdzenie, że „nie mam siły” i bierne czekanie aż ktoś z tym coś zrobi jest bez sensu, tak samo jak udawanie, że mam mnóstwo siły.

Gdy nie umiesz się przyznać do swoich negatywnych emocji czy słabości, jesteś w pułapce. Im mocniej twój wewnętrzny ojciec będzie naciskał, tym bardziej będziesz się czuł splątany. Gdy w środku mówisz sobie: nie wolno mi takim być, nie mogę tak się czuć, nie mogę sobie pozwolić na takie odczucia, coraz trudniej będzie ci iść do przodu.

Jednak przyznanie się do tego, to tylko pierwszy krok. Dla wielu osób potwornie trudny (i dlatego tak się o tym rozpisuję). Ale gdy go już zrobisz, zostają ci jeszcze dwa kroki. Nie możesz zatrzymać się na pierwszym, bo wpadniesz w bierność.

Decyzja

Wiele osób uważa, że związek emocji z działaniem jest bardzo prosty: czuję emocję –> działam. Wyobrażają sobie, że emocje automatycznie uruchamiają w nas działanie.

Ludzie często tłumaczą powody swoich złych zachowań siłą emocji: „Uderzyłem żonę, bo poczułem wściekłość. Byłem tak wściekły, że nie mogłem się powstrzymać. Nic z tym nie mogłem zrobić.” Skoro to sprawka emocji, to nie do końca jestem winny. Emocje zostały przecież sprowokowane. Ciekawe, że ten sam człowiek nie uderzył swojego szefa, który budzi jeszcze większą wściekłość. Albo dwa razy większego sąsiada, który notorycznie wpuszcza głośną muzykę, przy której krew go zalewa. Te same emocje, ale różne działania.

Tylko nam się wydaje, że emocje są automatycznym wyzwalaczem zachowań. W rzeczywistości pomiędzy nimi jest coś jeszcze. Krótki moment, od którego zależy to, co będzie się dalej działo. Ciąg wygląda tak: Emocje – Decyzja – Działanie.

Za każdym razem, mimo, że rzadko jesteśmy tego świadomi podejmujemy decyzję czy poddać się emocjom czy nie.

Bieg do zimnej wody

Przed paroma dniami współprowadziłem szkolenie. Gdy prowadzi się samemu człowiek jest cały czas zajęty. Teraz jednak robiłem to z koleżanką. Siedziałem bezczynnie z boku. Po jakiejś chwili zacząłem patrzeć za okno i poczułem, że naprawdę nie mam ochoty siedzieć na tej sali, że nie mam siły nic do tych ludzi mówić, że w ogóle nie powinno mnie tu być, że jestem nieszczęśliwy musząc tak się eksploatować i w ogóle to mam już dość i dłużej nie wytrzymam. Słowem poczułem lęk.

Dobrze znam tę chwilę. Człowiek czuje uderzenie lęku i wycofuje się, zwija się, zaczyna snuć fantazje, ucieka od tego, co ma zrobić. Oczywiście dosłownie nigdy mi się nie zdarzyło uciec, ale wiele razy uciekałem wewnętrznie. Człowiek niby jest obecny, ale działa z wewnętrznym dystansem i poczuciem pretensji. Tak jakby jechał dalej, ale z wciśniętymi hamulcami. Jakby odgradzał się od zewnętrznego świata. Po dniu takiej pracy człowiek jest bardziej zmęczony niż po miesiącu normalnej.

Jednak tym razem, gdy poczułem lęk, pomyślałem:

- Mam dwie możliwości. Mogę się temu poddać, asekurować się, wycofywać i robić wszystko na pół gwizdka. Ale mogę też wybiec do przodu. Mimo tego, co czuję, w pełni zaangażować się w szkolenie.

Samo uświadomienie sobie tych możliwości pozwoliło mi wybrać. Wstałem i aby coś zrobić przyłączyłem się do prowadzenia.

To nie było banalnie proste. To było jak bieg do zimnej wody. Rzucasz się w zimne fale, mimo, że cały organizm protestuje. Im mocniej protestuje tym szybciej biegniesz i mocniej chlapiesz. Po chwili, trudno powiedzieć, w którym momencie, czujesz, że woda nie jest zimna, ale przyjemna. Płyniesz wśród fal zostawiając na brzegu tych, którzy starają się wejść do wody tak by nie poczuć chłodu.

Gdy strach wrócił, znowu wybrałem rzucenie się do przodu. Tym razem nie mogłem mówić (bo akurat mówili uczestnicy), ale wystarczyło wyciągnąć notatnik i zacząć robić notatki. Za trzecim razem było to jeszcze łatwiejsze. Stopniowo takich uderzeń paniki było coraz mniej. Drugiego dnia wcale ich nie było.

Z czasem nawykowa decyzja by poddać się emocjom ustępuje nawykowej decyzji by robić swoje. Każdy wybuch lęku staje się impulsem do tego by być bardziej obecnym i zaangażowanym.

Rinpocze Trugpa i straszny pies

Pema Chödrön, uczennica rinpocze Chögyan Trungpy w jednej ze swoich książek opowiada historię:

Gdy pierwszy raz spotkałam Rinpocze Trugnpa, rozmawiał z grupą uczniów czwartej klasy, którzy zadawali mu mnóstwo pytań o jego dzieciństwo w Tybecie i o ucieczce z komunistycznych Chin do Indii. Jeden z chłopców zapytał go, czy kiedykolwiek się bał. Rinpocze odpowiedział, że jego nauczyciel zachęcał go by chodził w przerażające go miejsca, takie jak np. cmentarze, oraz by próbował zbliżyć się do rzeczy, których nie lubił. Potem opowiedział historię o tym jak podróżował ze swoim służącym do klasztoru, w którym nigdy wcześniej nie był. Gdy zbliżyli się do drzwi, zobaczyli wielkiego warującego psa z ogromnymi kłami i czerwonymi oczyma. Pies srogo warczał i szarpał się na łańcuchu, którym był przywiązany. Gdy podeszli bliżej mogli zobaczyć jego zsiniały język i pryskająca mu z ust ślinę. Ominęli go szerokim łukiem i podeszli do bramy. Nagle łańcuch się zerwał a pies zaczął gnać w ich stronę. Służący wrzasnął i zastygł w przerażeniu. Rinpocze odwrócił się i pobiegł, tak szybko jak tylko mógł, wprost na psa. Pies był tak zaskoczony, że skulił ogon i uciekł.

Alternatywa

Gdy czujesz negatywną emocję masz dwie możliwości:

  • poddać się (siedzisz i użalasz się nad sobą, uciekasz, wycofujesz się, rezygnujesz, uderzasz, karzesz, itp.)
  • wybiec naprzeciw i zrobić to, co masz do zrobienia (wstajesz i szukasz zajęcia, biegniesz do przodu, jeszcze raz próbujesz, dajesz sobie czas, wysłuchujesz przyczyn, itp.)

Czasem jest to łatwiejsze, czasem trudniejsze. Nigdy nie ma gwarancji, że emocja na zawsze zniknie. Twoja decyzja zazwyczaj będzie wymagała ciągłej uważności i ciągłego ponawiania.

Nikt jednak nie twierdzi, że da się dobrze przejść przez życie korzystając z autopilota. Trening naszej uwagi jest pierwszym kluczem do jakichkolwiek zmian. Gdy nauczysz się być uważnym na to, co dzieje się ze światem wokół i tobą samym, uda ci się wyłapać ten moment, w którym „osuwasz się pod wpływem emocji”. W którym w nawykowy sposób podejmujesz pierwszą z tych decyzji. Ale gdy tylko uświadomisz sobie, że to właśnie ta chwila, możesz postawić przed sobą alternatywę. Chcę się poddać czy chcę biec? Chcę się położyć na ziemi czy zebrać siły?

Te dwie małe rzeczy: nasza uwaga i możliwość wyboru są wszystkim, co mamy. Być może to nie są jakieś oszołamiające mechanizmy. Ale z dnia na dzień możemy być coraz bardziej uważni i coraz bardziej świadomi swoich wyborów. Przykłady wielu ludzi – nie tylko mistrzów buddyjskich – pokazują, że to możliwe.

Oczywiście to wszystko nie znaczy, że można sobie dowolnie radzić z każdą emocją, choćby nie wiem jak była silna. Nie należy bezmyślnie dopuszczać do rozkwitu negatywnych tendencji. Alkoholik nie powinien chodzić na przyjęcia z darmowymi drinkami, a człowiek, któremu zależy na wierności nie powinien korzystać z erotycznych czatów. Umiejętność podejmowania decyzji nie zwalnia z rozważności.

W skrócie

Procedury zawsze są uproszczeniem, ale gdy zaczynamy ćwiczyć coś nowego warto z nich korzystać.

Dlatego proponuję proste trzy kroki:

  • Przyjrzy się temu, co czujesz i myślisz. Nie tłum w sobie żadnych emocji, przeżyć czy myśli. W moim przypadku mógłbym sobie mówić: jestem pewny siebie i rozluźniony, ale skończyłoby się to tak, że po prostu prowadziłbym szkolenie na zaciśniętych hamulcach. Dziwiłbym się później temu, dlaczego jestem tak zmęczony. Jeżeli nie wiem, co się ze mną dzieje, nie mogę z tym nic zrobić. Przyjrzeć się oznacza zrozumieć co się czuje, ale nie oznacza prześledzić skąd to się we mnie wzięło. To mało ważne czy panikuję dlatego, że miałem trudne dzieciństwo czy dlatego, że dawno nie stałem przed grupą, czy dlatego, że mam poczucie, że zbyt mało się przygotowywałem.
  • Postaw przed sobą alternatywę: chcę się temu poddać czy wolę wyjść temu naprzeciw? Lepiej zrobić to konkretnie, np.: chcę poddać się lękowi i siedzieć z boku, czy chcę zaryzykować i w pełni się zaangażować w zajęcia? Gdy stawiasz przed sobą alternatywę, otwierasz przed sobą moment decyzji. Wyłączasz autopilota, który jest mechanicznie nastawiony na unikanie doświadczeń. Być może z czasem ten stary autopilot da się zastąpić nowym. Nie wiem. Jestem na etapie, w którym każda decyzja by wyjść do przodu wymaga pełnej świadomości.
  • Działaj. Gdy tylko podejmiesz decyzję od razu rzuć się do działania. Wstań, zacznij robić notatki, zacznij słuchać, itp. W zasadzie działać trzeba już w chwili postawienia przed sobą wyboru. Najcenniejsze są działania skierowane na świat i takie, których do tej pory najbardziej się bałeś.

Ojciec na ławeczce

Co mógł zrobić ten ojciec, od którego zaczęliśmy? Co prawda był nieśmiały, ale mógł własną nieśmiałość znakomicie wykorzystać. Mógł np. powiedzieć:

- Ja też się wstydzę, chodźmy w takim razie razem.

Po pierwsze nauczyłby dziecko akceptacji swoich uczuć. Zamiast odbierać dziecku wewnętrzną spójność, odcinać jakiś fragment siebie (jestem do niczego, bo się wstydzę), dałby komunikat: wszystko z tobą w porządku. Po drugie pokazałby, że można stawiać czoło wewnętrznym zmorom. Że można wyjść im naprzeciw, a nie chować się przed nimi po kątach, przykrywając się hasłami bez pokrycia.

Nie zrobił tego, bo był dumnym ojcem. Przecież ojciec nie może okazać żadnych słabości. Jak by to wyglądało, gdyby się okazało, że ojciec się czegoś wstydzi? Przecież każdy ojciec musi być twardy, odważny i bez skazy.

Tak właśnie nasze fantazje blokują rozwój nas samych i innych ludzi. Nie nauczysz się niczego nowego, tak długo póki mylisz fantazje na swój temat z rzeczywistością.

Jak żyć z niepewnością?

Jak żyć z niepewnością?

Opublikowano 14 sierpnia 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 7 komentarzy

Co to jest niepewność?

Przeczytałem wczoraj świetny tekst o oswajaniu niepewności, jaki Asia Boj napisała na swoim blogu. Joanna pisze, że nasz umysł ma tendencję do tego by się przywiązywać do tworzonych przez siebie obrazów przyszłości. Chcemy by coś było tak, jak sobie to wyobrazimy, wymyślimy czy zaplanujemy.

Staramy się zdobyć kontrolę nad światem, narzucić mu swoją wolę, a gdy to się nie udaje jesteśmy rozczarowani i niepewni. Nawet, gdy wszystko biegnie tak, jak chcemy, gdzieś w środku czujemy napięcie, że prędzej czy później coś pójdzie inaczej. Mimo, że pragniemy pewności, nasz umysł, który niejedno już widział wie, że nic nie jest pewne.

O niepewności można mówić na wielu płaszczyznach. Ale teraz chciałbym się zająć tym, co się dzieje, gdy dążymy do celu.

Czy można osiągnąć sukces, gdy jesteś niepewny?

Problem jest dosyć praktyczny. Masz jakieś marzenie, cel czy wizję? Jesteś pewny, że go zrealizujesz? Całkowicie pewna, że ci się uda? Mało, kto z całą pewnością wie, że mu się uda.

Czasem można usłyszeć: gdybym miał pewność, że mi się uda, to bym się za to zabrał, boję się ryzyka, że mi nie wyjdzie… Nawet, gdy się zabieram to niepwność mnie spowalnia i sprawia, że niepotrzebnie tracę energię. 

Za dwa tygodnie mam poprowadzić jakieś szkolenie. Szczerze mówiąc, boję się, że mi nie wyjdzie. To znaczy, pewnie się uda, ale kto wie? Może się nie uda… Średnio to przyjemne. Myślę o tym artykule już jakiś czas i coraz więcej mam wątpliwości czy jestem go w stanie dobrze napisać i czy się spodoba. Nie powiem, by to było przyjemne uczucie. To małe sparwy, ale każdy to zna. Zarówno w odniesieniu do mniejszych jaki i większych kwestii.

Co robimy, gdy się pojawia niepewność? Najczęściej jest to jedna z trzech strategii.

Po pierwsze  możemy się wycofać. Gdy coś jest niezbyt pewne, odpuszczam sobie. Bywa to mądre. Jeżeli wiem, że wygrana w totolotka jest mało prawdopodobna, to odpuszczenie sobie zakładów jest całkiem rozsądne. Gdy wiem, że nie mam szans u jakiejś dziewczyny, znalezienie innego obiektu westchnień, jest mądre. Czasem jednak odpuszczamy sobie rzeczy, które z perspektywy czasu warto było podjąć. Richard Leider, którzy przeprowadził ponad tysiąc wywiadów z osobami w podeszłym wieku, pisze, że większość z nich, gdyby mogła żyć jeszcze raz, zmieniłaby swoje podejście do niepewności. Twierdzili, że podejmowaliby więcej ryzyka. Najbardziej żałują tego, czego nie odważyli się zrobić. Czy jest ktoś, kto nie żałuje, że uległ niepewności? Gdy dobrze poszukać, pewnie u każdego coś takiego da się znaleźć.

Po drugie, gdy jednak zdecydujemy się na działanie, staramy się wszystko przygotować i zaplanować. Znowu – to może być mądra strategia, ale wielu z nas, zaczyna żyć w świecie planów i przygotowań. Zamiast skupić się na tym, co się dzieje, skupiamy się na naszych planach. Jesteśmy jak wykładowca, który widzi tylko swój konspekt i nie zauważa, że wszycy słuchacze wyszli lub usnęli.

W naszej kulturze bardzo mocny jest mit, że sukces jest efektem planów. Na każdym szkoleniu, z uporem maniaka trenerzy powtarzają: planuj, planuj, planuj. Z perspektywy prowadzenia przez dziesięć lat firmy szkoleniowej o obrotach powyżej miliona rocznie, wiem, że biznes plany są najbardziej potrzebne bankom udzielającym kredytów. W praktyce ich znaczenie jest znacznie mniejsze. Nie jestem wrogiem planów, sam wiele ich robię. Ale gdybym robił tylko to, co wcześniej zaplanowałem nie miałbym co jeść. Projekty spontaniczne, nieplanowane okazują się zazwyczaj bardziej dochodowe niż te starannie zaplanowane. To nie jest tylko moje doświadczenie. Bill Hewett, jeden z twórców firmy Hewlett Packard, mówi:

Kiedy czasem wykładam w szkołach biznesu, profesorowie od zarządzania są zwykle załamani, kiedy mówię, ż na początku nie mieliśmy żadnych planów, że po prosu staraliśmy się wykorzystać okazje. Podejmowaliśmy się wszystkiego, co mogło przynieść zarobek. Mieliśmy wskaźnik przekroczenia linii przy grze w kręgle, napęd zegarowy do teleskopu, urządzenie do automatycznego spłukiwania pisuaru i maszynę, która obniżała wagę ciała przy pomocy wstrząsów. Zaczynaliśmy z 500 dolarami kapitału próbując wszystkiego, co wydawało nam się możliwe do zrobienia

Te dwa sposoby radzenia sobie z niepewnością (rezygnacja i przygotowywanie się) mają swoje mocne i słabe strony.

Trzeci sposób nie ma żadnych pozytywnych stron. A mimo to jest najczęściej stosowany. To próba manipulacji swoimi odczuciami. Próba wmówienia sobie pewności i uwierzenie, że wszystko będzie tak, jak chcę.

Przeciwieństwo niepewności

Przeciwieństwem niepewności wg. Williama Jamesa jest wiara. Gdy czujesz niepewność masz w głowie parę różnych obrazów. Idziesz na przykład na spotkanie ze znajomym i gdy nie jesteś pewny czy go zastaniesz masz w głowie dwa obrazy: czeka na ciebie i nie czeka na ciebie. Te obrazy walczą ze sobą. Wiara to stan, w którym masz jeden obraz: wierzę, że czeka na mnie. Gdy piszę ten tekst, mam w głowie kilka obrazów: spodoba się, średnio się spodoba, nie spodoba się, wyśmieją mnie. Słowem, nie mam w sobie wiary, że będzie dobry. Jestem niepewny czy uda mi się go dobrze napisać.

Kiedyś starałem się unikać wszystkich negatywnych uczuć. Myślałem, że mój rozwój ma polegać na ich usuwaniu i zastępowaniu pozytywnymi odpowiednikami.

Kiedyś byłem pewny, że być niepewnym swych zamierzeń to coś złego. Ludzie nie odnoszą sukcesu, bo nie dość mocno wierzą – myślałem – mają zbyt wiele wątpliwości, są zbyt niepewni. Zamiast traktować coś, tak jakby już było realne, mówią: może tak, a może nie… Uwierz, zacznij być pewny swojego sukcesy, a go osiągniesz! Jezus powiedział prawie dwa tysiące lat temu: gdybyście mieli wiarę wielkości ziarnka gorczycy, powiedzielibyście tej górze idź i rzuć się w morze a ona by to zrobiła. No uwierz człowieku! Przestań być niepewnym!

Czy można bardziej uwierzyć?

Wszystko świetnie. Mam tylko małe pytanie: ilu osobom udała się ta sztuczka z górą? Dlaczego nikt jeszcze tego nie zademonstrował? Z tymi miliardami ludzi na ziemi, komuś powinno się już przecież udać. Przecież trzeba tylko uwierzyć! Troszeczkę bardziej. Czy to takie trudne? Do tego sprowadza się duża część New Thought (wyłożona np. w Sekrecie). Uwierzysz i masz. Krok drugi Sekretu mówi: Musisz wierzyć, mieć całkowitą i absolutną wiarę…uwierz, że otrzymałeś, a wszystko, co musisz zrobić, żeby otrzymać, to czuć się dobrze…

Poświęciłem wiele czasu, na to by „bardziej uwierzyć”. Gdy mi pewne rzeczy nie wychodziły, zawsze dochodziłem do wniosku, że być może nie dość mocno wierzyłem. Że muszę jeszcze razspróbować „uwierzyć bardziej” .

W końcu, po wielu próbach zrozumiałem najprostszą rzecz na świecie.

Tak, wiara pomaga. Człowiek, który w coś mocno wierzy osiąga więcej. Jezus miał rację. Wierząc, da się pewnie przenosić góry. Tyle, że Jezus nie powiedział „sam uwierz bardziej”. Kościół, jeżeli się nie mylę mówi, że wiara jest darem, nie można „sobie wziąć i uwierzyć”.

Po prostu, to czy w coś wierzę nie jest efektem wysiłku woli. Gdy Biała Królowa przekonuje Alicję z Krainy Czarów, że ma dokładnie sto jeden lat, pięć miesięcy i jeden dzień. Alicja mówi:

- Nie mogę w to uwierzyć!

- Nie możesz? – powiedziała z politowaniem Królowa. – No, spróbuj jeszcze raz! Zrób głęboki wdech i zamknij oczy.

Alicja roześmiała się.

- Nie mam co próbować – odrzekła – nie można uwierzyć w to, co niemożliwe.

- Zdaje się, że nie masz w tym wielkiej wprawy – powiedziała Królowa – Ja w twoim wieku zawsze ćwiczyłam to przez pół godziny dziennie. Nieraz jeszcze przed śniadaniem dochodziłam do sześciu niemożliwości, w które udawało mi się uwierzyć.

Czy można uwierzyć w coś, co wydaje się niemożliwe? Czy można po prostu usiąść i powiedzieć sobie: to jest prawdziwe i od dzisiaj w to wierzę? Szkoda, że Biała Królowa nie podzieliła się swoją metodą. Kiedyś byłem po jej stronie, ale dziś wiem, że to Alicja ma rację. Białej Królowa nie jest człowiekiem, jest figurą szachową. To Alicja jest człowiekiem.

Nie da się w coś „bardziej uwierzyć” tak samo, jak nie da się unieść w powietrze wysiłkiem myśli. Można skakać, napinać się i odczyniać czary. Można powtarzać zaklęcia, wizualizować i przylepiać sobie skrzydła jak u anioła. Ale na trzeźwo i bez prochów – nie da się latać.

Gdy ktoś mi radzi: „by osiągnąć sukces wystarczy uwierzyć” to tak jakby mówił „by latać, wystarczy się unieść w powietrze”. O, dziękuję za radę. Bardzo mi pomogła. Już się unoszę.

Skazany na niepewność

Dotarło do mnie, że uciekanie od negatywnych uczuć nie daje efektów. Jestem na nie skazany. Jestem skazany na niepewność. Nie jestem w stanie się jej pozbyć.

Jestem skazany? A może coś, co do tej pory traktowałem jako coś negatywnego jest siłą? Może właśnie dzięki temu mogę zmieniać swoje życie? Może niepewność jest czymś dobrym? Może to pewność i niezachwiana wiara jest kiepskim pomysłem na życie?

Co by było, gdyby się okazało, że poczucie niepewności nie tylko jest dobre, ale nawet przyjemne?

Poztywne skutki niepewności

Czy oglądanie meczu sprawiłoby komuś przyjemność, gdyby z góry było wiadomo, jaki będzie wynik?

Czy miałbyś ochotę iść na wybory, gdybyś z góry było ustalone, kto wygra?

Czy lubisz oglądać kryminały, które ktoś ci już opowiedział?

Sytuacje, w których czujemy niepewność są nam potrzebne. Lubimy je, dobrze się w nich bawimy. Im mniej masz w życiu takich sytuacji, tym bardziej twoje życie jest jałowe.

Budzisz się rano i dokładnie wiesz, jaki będzie dzisiejszy dzień. Dokładnie wiesz, co zrobisz i jaki będzie tego efekt. I tak przez 365 dni. Fajna perspektywa.

By zrozumieć, jak bardzo człowiek potrzebuje niepewności do tego by żyć, wystarczy przyjrzeć się multimilionerom. Albo popełniają samobójstwo znudzeni życiem bez ryzyka i niepewności, albo znajdują sobie coraz to bardziej ryzykowne hobby (jak np. loty balonem wokół świata).

Pomyśl, jak byś się czuł grając w tenisa z kimś, z kim wiesz, że wygrasz. Totalna nuda. Ziewanie. A teraz dostajesz kogoś, kto jest nieco lepszy od ciebie. Wygrasz, albo nie wygrasz, nie ma pewności. Od razu lepiej chwytasz rakietę, staranniej ustawiasz nogi i skupiasz się na piłce. Niepewność sprawia, że jesteś bardziej obecny. Bardziej tu i teraz. Niepewność wyrywa cię ze znudzenia i zmusza do przyjrzenia się życiu.

Niepewność sprawia, że człowiek zaczyna być bardziej uważnym. Gdy widzę coś, czego się nie spodziewałem włącza się odruch orientacyjny – nadstawiam uszu, uważniej się rozglądam, szeroko otwieram oczy.

Wspomniany Richarad Leider, który rozmawiał ze starcami, pisze:

Prawie wszyscy z nich mówili, że czuli się najbardziej żywi, gdy podejmowali ryzyko.

Niepewność jest bodźcem, który może nas obudzić.

Unikanie doświadczeń

Ale pod jednym warunkiem. Że nie dajemy jej etykiety czegoś złego i nie staramy się jej na siłę pozbyć.

Kluczowym czynnikiem, który całkowicie zmienia działanie niepewności jest coś, co nazywa się unikaniem doświadczeń (experience avoidance). Jest to nawyk emocjonalny, którego istotą jest nie dopuszczenie do tego by odczuwać swoje emocje. Poprzez blokowanie, tłumienie, projekcję, zaprzeczanie, itp. staramy się nie dopuścić do tego by odczuwać, coś co w nas jest.

Np. ktoś czuje złość na swoją matkę, ale go ta złość przeraża, i by ją przed samym sobą zakamuflować, zaczyna odgrywać wielką miłość do matki. To mechanizm obronny nazywany przez psychoanalityków „formowaniem reakcji przeciwnej”. Takich mechanizmów jest mnóstwo. Mogą być nieświadome, średnio świadome i świadome (jak np. wspomniane wycofywanie się czy nadmierne planowanie).

Gdy niepewność wydaje nam się czymś złym, zaczynamy kombinować. Próbujemy odgrodzić się od niej.

Złudzenie pewności

Próbujemy schować się w planach i przewidywaniach. Im bardziej usiłujemy to zrobić, tym bardziej grzęźniemy. Nasze schowki wyglądają jak papierowe domki stojące pośrodku koryta suchej rzeki. Siedzimy, w nich mając złudne poczucie bezpieczeństwa. Schowani przed światem w papierowym pudle, stajemy się jeszcze bardziej bezradni i jeszcze bardziej udręczeniu. Gdy zaczyna padać deszcz my beztrosko łatamy dziury w dachu. Gdy wokół robią się kałuże, my je przysypujemy piaskiem. Do koryta wpada coraz więcej wody, śpiewamy na głos starająć się nie słyszeć rosnącego szumu…

To nie jest skuteczny pomysł na życie.

Wmawiając sobie pewność stajemy się ślepi, aroganccy i gruboskórni. Ktoś, kto sobie wmawia, że jest doskonałym kierowcą, który zawsze radzi sobie na drodze, staje się piratem drogowym, który prędzej czy później zabije siebie lub innych. Ktoś, kto wmawia sobie, że jest genialnym biznesmenem, prędzej czy później pogrąży swoją firmę. Ktoś, kto jest absolutnie pewni, że jego partner / partnerka zawsze będą go kochać, prędzej czy później nadużyje jej/jego miłości.

Niepewność, dobrze przyjęta uczy nas delikatności, skupienia na świecie i uważności.

Jak nauczyć się dobrze przyjmować niepewność?

Niepewność jest częścią gry zwanej życiem. Często pojawia się jak nielubioany, nieproszony gość. Ale od nas zależy, w jaki sposób ją przyjmiemy. Dobrze przyjęta pozwoli obudzić w nas wrażliwość i delikatność.

Biała Królowa radzi, że jeżeli w coś nie wierzysz masz zamknąć oczy i mówić do siebie. Gdy czujesz niepewność zrób coś zupełnie odwrotnego: otwórz oczy i zacznij patrzeć i słuchać. Zamiast odcinać się od świata, jaki cię otacza i w myślach odbywać podróż w przyszłość, zacznij pełniej doświadczać tego, co dzieje się tu i teraz. Przestań żyć w abstrakcji (bo jutro jest abstrakcją) i zacznij uważnie słuchać i patrzeć. Wejdź w teraz. Rozejrzyj się wokół. Poszukaj dzwięków, kolorów, smaków…

Zareaguj tak, jak reaguje tenisista czy piłkarz, który staje przed trudnym przeciwnikiem. Im bardziej jest niepewny, że wygra tym bardziej skupia uwagę na tym, co się teraz dzieje.

Boisz się, że ktoś cię opuści? Ciesz się, zatem z tego, że teraz jest z tobą. Skup się na nim. Na tym, co mówi, czego chce, co czuje.

Boisz się, że nie uda ci się napisać dobrego tekstu? Czuj niepewność i przyjrzyj się uważnie ostatniemu zdaniu, jakie napisałeś, skup uwagę na tym zdaniu, które piszesz teraz.

Boisz się, że nie poradzisz sobie na rozmowie kwalifikacyjnej? Czuj ją i zacznij z uwagą słuchać, tego co osoba prowadząca wywiad do ciebie mówi, tego jak się rusza, jak patrzy.

Niepewność może nas zniszczyć, gdy zaczniemy kombinować, przygotowywać się, asekurować i zabezpieczać. Ale może także nas otworzyć na życie.

Traktuj niepewność jako sygnał do tego by otworzyć się na świat i to, co cię otacza. By wejść w głębszy kontakt z rzeczywistością.

Jestem niepewny – świetnie, to znak, że warto skupić się na tym, co mam teraz, pod nosem. Że warto ujrzeć kolory i faktury jakie są wokół ciebie, że warto usłyszeć dźwięki, że warto przyjrzeć się ludziom, jacy są wokół ciebie.


Słowa Billa Heletta za: Collins, C.C. i Porras, J. (2003) Wizjonerskie organizacje, str. 45.

Siedem zasad prostego życia z celem

Siedem zasad prostego życia z celem

Opublikowano 11 lipca 2009 | By | Kategorie: Bez kategorii | 16 komentarzy

Siedem zasad, które ostatnio są dla mnie ważne. We większości zaczerpnięte od Shomo Morita, który stał się ostatnimi czasy kimś w rodzaju przewodnika.

Być może któraś z tych zasad będzie pomocna także dla ciebie. Mnie pozwalają wyzwolić się z głupiej gonitwy opierającej się na fałszowaniu rzeczywistości i ściganiu własnego ogona.

Pierwsza. Przyjmuję wszystko co się dzieje wewnątrz mnie. Nie ukrywam się przed niczym, co zechce pojawić się w mojej świadomości. Nie udaję przed sobą, że nie mam jakichś emocji. Np. nie udaję, że jestem pełny siły, gdy nie jestem. Nie udaję, że mam doskonały humor, gdy czuję smutek. Nie udaję spokoju, gdy wewnątrz czuję złość. Przyjmuję wszystko co zechce się we mnie pojawić. Otwarcie przyjmuję zarówno emocje przyjemne jak i nieprzyjemne. Otwieram na nie cierpliwą i wyrozumiałą uważność.

Druga: Porzucam nadzieję na zmianę swoich myśli i odczuć. Porzucam poczucie odpowiedzialność za emocje i myśli jakie odczuwam. Porzucam oczekiwania na to bym się stał innym człowiekiem, bym miał inne myśli, odczucia, wyobrażenia, bym w inny sposób wyglądał, miał inne ciało czy inaczej mówił. Mam to, co powinienem mieć. Próby jakichkolwiek zmian siebie przez siłę woli są nieskuteczne. Mogę tylko usiłować zmienić swoje odczucia, ale nie mogę ich zmienić. Nie jestem odpowiedzialny za emocje i myśli jakie do mnie przypływają. Np. myśl: to co robię jest bez sensu, nie jest moją winą i nie muszę jej na gwałt zmieniać. Nie jest moją winą smutek, złość czy zagmatwanie. Tak samo jak nie jest moją winą stan nieba za oknem – to czy są na nim chmury czy słońce.

Trzecia: Przyjmuję pełną odpowiedzialność za wszystkie moje działania. Jestem odpowiedzialny za wszystkie moje czyny, niezależnie od tego jak się czuję. To jakie myśli przychodzą mi do głowy oraz jakie emocje czuję, nigdy nie jest wytłumaczeniem zaniechania jakiegoś działania czy zrobienia czegoś, czego nie powinienem robić. Gdy człowiek spowoduje wypadek wjeżdżając na czerwone światło, to, że czuł pośpiech nie jest okolicznością łagodzącą. Każdy z nas, codziennie robi setki rzeczy na które nie ma żadnej ochoty – chodzimy do dentysty, wstajemy wcześnie rano, witamy się ze zrzędzącym sąsiadem, płacimy podatki, itp. Nikt z tego nie robi problemu. Mówienie „ale ja się bardzo bałem” nie wyleczy zepsutych zębów. Jestem w pełni odpowiedzialny za wszystkie moje działania, niezależnie od tego co czuję. Jeżeli nie mam najmniejszej ochoty wymyć garów, nie jestem odpowiedzialny za to ile zapału czuję do mycia garów, ale jestem w pełni odpowiedzialny za to, czy gary są wymyte czy nie.

Czwarta: Pozwalam sobie dostrzec świat wokół mnie. Przestaję utrzymywać skupienie uwagi na mnie samym – moich odczuciach czy myślach. Utrzymywanie uwagi na sobie samym jest jak skupianie się na szybie, zamiast na widoku za nią. Zza najbrudniejszej szyby można zobaczyć wspaniały widok a przez najbardziej czystą taflę niczego można nie zobaczyć. Gdy tylko mogę skupiam swoją uwagę na tym, co mnie w danej chwili otacza – na innych ludziach, niebie, powietrzu…. Świat za oknem jest ciekawszy niż samo okno. To moje złe nawyki trzymają mnie skupionego na własnym nosie. Pozwalam sobie na to by skupić się na świecie za oknem. Gdy mój wzrok znowu skupia się na brudach za oknem (lub pięknych ornamentach), dostrzegam je a następnie patrzę co jest ciekawego poza nimi.

Piąta: Pamiętam o swoim marzeniu i celach, choćby nie wiem jak wydawały mi się nierealne, odległe czy śmieszne. Zadaję sobie pytanie: Co teraz jest moim celem? Do czego teraz dążę? Gdy piszę staram się przypominać sobie po co to piszę. Jaki problem chcę rozwiązać. Jakiej rozrywki chcę dostarczyć. Komu chcę pomóc. Co jest moim celem?

Szósta: Skupiam się na kolejnym kroku. W każdej chwili mogę zrobić jeden mały krok do przodu. Jeżeli znam swój cel, mogę skupić się na kolejnym kroku. Nie mogę zrobić wszystkiego od razu. Skupiam się na tym, co mam pod nosem. Nie czekam, aż zmienią się warunki, ktoś mi pomoże, lepiej się poczuję czy wreszcie nauczę się wszystkiego, czego powinienem umieć. Wszystko, co mogę teraz zrobić, to…….. Nie jest ważne co mogą zrobić inni by mi pomóc. Nie jest ważne, co mogę zrobić kiedyś, w przyszłości. Ważne jest to, co ja mogę zrobić teraz .

Siódma: Rezygnuję, dopiero gdy mi się uda. Jestem osobą, która łatwo się wycofuje. Często czuję, że to co robię nie ma sensu. Często zabieram się za coś innego, bo wydaje mi się, że odniosłem totalną porażkę. Potem okazuje się, że wcale tak źle nie było. To wszystko tylko myśli i odczucia. Nie jest ważne dlaczego i skąd się wzięły. Szkoda czasu na ich leczenie i analizę. Wiem, że są po prostu jak stara zrzędząca baba, która chce mnie zepchnąć z mojej drogi. Mówi tym głośniej im bardziej chcę ją zagłuszyć. A gdy robię swoje mimo jej zrzędzenia, cichnie. Tak, zmienię swoje cele, wycofam się, zrezygnuję – ale dopiero gdy uda mi się to do czego dążę.

Która z zasad wydaje ci się przydatna? Którą stosujesz? Którą warto zastosować? Której nie mógłbyś stosować?

Nową notkę opublikuję dopiero po tym, jak zbierzemy tu siedem komentarzy ;-)

Problem w głowie

Opublikowano 22 maja 2008 | By | Kategorie: sukces, Uwaga | 2 komentarze

Kreatywność to strasznie dziwna umiejętność. Jej sednem jest umiejętność zawieszania tego, co wiemy i patrzenia na sytuację, tak jakby się ją widziało po raz pierwszy, poza schematem. Patrzenie trochę tak jak dziecko, które robi coś po raz pierwszy. [...]

Prosty sposób medytacji

Opublikowano 15 maja 2008 | By | Kategorie: Uwaga | 5 komentarzy

Pora na coś praktycznego. W jednym z rozdziałów „Energii Wewnętrznej” jest 30 ćwiczeń. Oto ćwiczenie 18 – prosta technika medytacji.

Usiądź wygodnie (możesz na krześle lub na poduszce ułożonej na podłodze). Wyprostuj kręgosłup. Głowę trzymaj prosto. Wyobraź sobie, że do samego czubka głowy masz przywiązaną linkę, która podnosi cię do góry, będąc dokładnym przedłużeniem kręgosłupa. Rozluźnij ramiona. Linka podnosi cię tylko w linii kręgosłupa. Ręce połóż swobodnie na kolana. Możesz także położyć je jedną na drugiej, wewnętrzną stroną do góry, lewa dłoń grzbietem na prawej, palce prostopadle do linii nosa. Nie przyciskaj łokci do tułowia, pozwól im leżeć swobodnie. Aby ustabilizować pozycję, możesz wykonać tułowiem i głową parę ruchów w lewo i prawo. Wybierz pozycję w samym środku – najbardziej równomierną i stabilną. Zamknij oczy lub opuść powieki. Możesz skupić wzrok na jakimś punkcie leżącym przed tobą (w odległości metra czy dwóch).

Oddychaj nosem. Oddychaj lekko i bez wysiłku. Dźwięk oddechu nie powinien być słyszalny (jeżeli masz zatkany nos, wcześniej go przeczyść). Obserwuj swój oddech.

W myśli licz wdechy i wydechy (wdech – jeden, wydech – dwa). Możesz liczyć także same wdechy (wdech – jeden, wydech, kolejny wdech – dwa, wydech …)

Gdy dojdziesz do dziesięciu, zacznij od początku. Gdy się pomylisz, nie przejmuj się tym, nie poświęcaj temu zbytniej uwagi. Zacznij liczyć od początku. Gdy uświadomisz sobie, że myślisz o czymś innym, łagodnie wróć do oddechu. Po prostu zacznij liczyć od nowa.

Skup się na liczeniu oddechów, jednak nie staraj się robić tego na siłę. Pozwól, by twoje myśli swobodnie przepływały. Patrz na nie, jakbyś patrzył z okna na przechodniów. Nie biegnij za żadną, ale pozwalaj każdej spokojnie przejść. Nie kontroluj oddechu. Nie staraj się, by był szybszy czy wolniejszy. Sam z siebie zacznie się wydłużać, ty jednak nie staraj się o to, a jedynie licz ilość oddechów.

Wytrzymaj przynajmniej trzy minuty. Nie sprawdzaj czasu na zegarku, ustaw minutnik i przerwij dopiero, gdy usłyszysz sygnał. Gdy w trakcie ćwiczenia pojawi się myśl typu: długo, jeszcze? chyba nie wytrzymam, ale to nudne… pozwól jej przepłynąć i wróć do liczenia oddechów: jeden, dwa, trzy…
Codziennie próbuj wykonywać to ćwiczenie nieco dłużej, tak by dość do piętnastu minut, podczas których myślisz tylko o liczeniu oddechów.